Wpisy z tagiem: fotografia sportowa

wtorek, 05 czerwca 2012

Łukasz Kadziewicz. Fot. Kuba Atys

Jeśli spróbujemy wyłowić wzrokiem cechę wyróżniającą fotografię sportową z fotografii w ogóle, rzucą nam się w oczy przede wszystkim: swobodnie eksponowane, silne emocje oraz pęd. Rywalizacja w niemal wszystkich dyscyplinach - wyjąwszy igrzyska umysłowe, jak szachy czy brydż - opiera się na ruchu jej uczestników. Kiedy kopią albo kozłują piłkę, cierpią na trasie maratonu albo górskim etapie Tour de France, ruch jest rozciągnięty czasie. A kiedy skaczą o tyczce albo z trampoliny, wykonują krótki, lecz intensywny i gwałtowny zbiór gestów, których nie jesteśmy w stanie rozbić na klatki okiem nieuzbrojonym.

Dlatego zdjęcia mojego ulubionego fotoreportera Kuby Atysa - pomijam pozowane, wykonywane na specjalnych sesjach, poza zawodami - tak często wykraczają poza fotografii rolę podstawową, czyli rolę podręcznej pamięci - utrwalanie tego, co i tak widzimy, ale chcielibyśmy zapamiętać/oglądać po wielokroć. Nie, fotoreporter sportowy, zwłaszcza skupiony na detalu, umożliwia odkrywanie innego wymiaru sportu. Wymiaru, jeśli pozwolimy sobie na ryzykowną metaforę, cząstki elementarnej. Niedostrzegalnego ani w transmisji telewizyjnej, ani tym bardziej z trybun dla kibiców.

Fot. Kuba Atys

Na jednym z jego najbardziej pamiętnych zdjęć opublikowanych w „Gazecie Wyborczej” widzimy Roberta Korzeniowskiego, który przemierza trasę chodu na 50 km na igrzyskach w Atenach. Widzimy polskiego mistrza olimpijskiego frunącego nad asfaltem - odrywa od niego obie stopy, choć przepisy nakazują, by choć jedna zawsze dotykała podłoża. Sędziów - najpierw rozdają zawodnikom ostrzeżenia, potem dyskwalifikują - nie wspomaga technika, więc w swoich werdyktach, co wiemy dzięki fotografii (Kuba zrobił takich mnóstwo), są kompletnie niewiarygodni.

Robert Korzeniowski. Fot. Kuba Atys

To przykład szczególnie spektakularny, bo demaskatorski, ale też wizualnie niezbyt zajmujący. Atrakcyjniejsze są prace ukazujące anatomię wysiłku sportowca - często ekstremalnie powyginane ręce, nogi lub tułów (spójrzcie na niemożliwy do wyobrażenia wygibas siatkarza Łukasza Kadziewicza), rozbicie złożonych zachowań na podstawowe fazy, grę pojedynczych naprężonych mięśni, harmonijną rzeźbę całej muskulatury. Ruchome obrazy zejść na taki poziom szczegółowości często nie pozwalają właśnie dlatego, że są ruchome. Rozpraszają uwagę.

Atys ją skupia. Kompozycji kadru używa jak mikroskopu, powiększając drobną cząstkę stadionowej rzeczywistości i wyciągając ją na pierwszy plan. Nie ilustruje prasowej korespondencji, lecz ją wzbogaca. To w warstwie informacyjnej. W estetycznej wydobywa piękno choreografii widowiska sportowego, mowy ciała jego poddanych skrajnym wzruszeniom uczestników, a także ciała atlety, o kształtach z naturalnych względów dążących do perfekcji.

O czym piszę dziś dlatego, że od wczoraj do 28 lipca możecie oglądać prace Kuby (byliśmy razem na bezliku imprez sportowych) na wystawie na placu bpa Nankiera we Wrocławiu, w Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański”. Może przed lub po meczu piłkarzy z Czechami, który poprzedzi polski ćwierćfinał Euro 2012?

Fot. Kuba Atys

Archiwum
Tagi