Wpisy z tagiem: igrzyska olimpijskie

wtorek, 16 sierpnia 2016

Nasi siatkarze muszą w ćwierćfinale pokonać USA, żeby wykonać ostatnią misję. W XXI wieku zdobywali medale wszędzie, tylko nie na igrzyskach.

Odkąd naszej męskiej siatkówce godność przywrócił Raúl Lozano, a potem jego dzieło kontynuowali – lub kontynuują – trenerzy Daniel Castellani, Andrea Anastasi i Stéphane Antiga, wskakiwaliśmy na podium wszelkich możliwych imprez. Mundial – dwa medale. Puchar Świata – dwa medale. Mistrzostwa Europy – dwa medale. Liga Światowa – dwa medale. Tylko na igrzyskach się nie udało.

Turniej olimpijski w siatkówce jest bardzo specyficzny. Nikt nie nazwie go najtrudniejszym, bo klucz geograficzny sprawia, że brakuje potęg. Na przykład Serbii, triumfatorki tegorocznej LŚ. Ale też najłatwiej się tu boleśnie pośliznąć. Bo faza grupowa to zazwyczaj jedynie rywalizacja o rozstawienie w ćwierćfinale (teraz było inaczej przez Amerykanów, którzy niespodziewanie ulegli Kanadzie), a ćwierćfinał oddziela strefę medalową od katastrofy. To pierwszy ważny mecz na turnieju. I jeśli drużyna z ambicjami go przegra, to czuje się, jakby na igrzyskach w ogóle jej nie było. Nikt nie pamięta, co się działo w grupie.

Polacy przeżyli ćwierćfinałowe rozczarowanie trzykrotnie. W 2004 r. ulegli Brazylii, która wzięła potem złoto. W 2008 r. ulegli – po horrorze, decydowały milimetry i sędziowskie pomyłki – Włochom. W 2012 r. ulegli Rosji, która też zdobyła potem złoto.

Czy tym razem są faworytami? Nie. Ale Amerykanie też nimi nie są. Z fazy grupowej nie wolno wyciągać żadnych wniosków, o czym przekonali się najbliżsi rywale Polaków – przed czterema laty wyskoczyli do ćwierćfinału z pozycji lidera, by oberwać od czwartych w grupie Włochów do zera. A generalnie czołówka w męskiej siatkówce tak się spłaszczyła, że właściwie nikt nie wyrasta ponad innych. Właściwie każdy turniej wygrywa kto inny.

Drużyna USA ma wszystko, by zagrozić każdemu. Wysokich, agresywnie atakujących skrzydłowych, na czele z doskonale znanym z Ligi Mistrzów, lubiącym znęcać się nad polskimi drużynami Matthew Andersonem. Zręcznego rozgrywającego dojrzewającego w lidze włoskiej. Doświadczonych środkowych. Wściekle niebezpieczny serwis. Wszechstronni, znakomici atletycznie gracze uprawiają bardzo dobrze zorganizowaną siatkówkę (od trzech sezonów grają praktycznie w tym samym składzie!). Kto wie, czy nie tworzą dzisiaj reprezentacji najbardziej kompletnej, o największym potencjale.

Owszem, w Rio zaczęli od sensacyjnej porażki 0:3 z Kanadą, a następnie nie sprostali Włochom. Od tamtej pory jednak zwyciężają, rosną z każdym meczem. Oni też nabierali rozpędu przed rozstrzygającą fazą pucharową – jak Polacy, trener Antiga zapowiadał przed turniejem, że jego ludzie moc mają poczuć 17 sierpnia, w dniu ćwierćfinału.

O naszych siatkarzy się niepokoimy. Widzimy ewidentne atuty – zbijającego jak opętany Bartosza Kurka, superrezerwowego Rafała Buszka, nieprzewidywalnie serwującego Mateusza Bieńka, wybijającą się na tle konkurencji asekurację i generalnie zdolność do gry inteligentnej, modyfikowanej w zależności od przeciwnika. Zarazem jednak dostrzegamy, że nie odpalił Mateusz Mika (chyba w zgodnej opinii niezbędny do dużej wygranej), że rozgrywający Grzegorz Łomacz raczej nie wzbije się ponad rzetelność i sumienność. I nie wiemy, jak traktować dotychczasowe zwycięstwa. Jedynemu przeciwnikowi o medalowych aspiracjach, czyli Rosji, Polacy nie dali rady. A w grupie, w której bili się Amerykanie, mecze wydawały się mieć wyższą intensywność. I być może nasi siatkarze dopiero w ćwierćfinale poczują, że aby dofrunąć do olimpijskiego podium, trzeba latać w zupełnie innym tempie.

Wątpliwości są nieuniknione, ale nadmierny optymizm lub pesymizm nie ma sensu. Kto dzisiaj „wie”, jak będzie, ten zmyśla. Z USA za kadencji Antigi Polacy mierzyli się siedem razy – dwa razy wygrali, pięć razy przegrali. Jednak w najważniejszym meczu minionego sezonu, w japońskim Pucharze Świata, to oni byli górą. Ba, triumfowali w imponującym stylu. Amerykanie wręcz im gratulowali jako najsilniejszemu przeciwnikowi, z którym zagrali.

Dzisiejsze starcie unieważni jednak wszystkie poprzednie z minionych lat. W siatkówce igrzyska są ponad wszystkim, o czym najlepiej wiedzą właśnie Amerykanie, którzy mogą krzywo odbijać piłkę przez cztery lata, by pod olimpijską flagą przeobrazić się w wirtuozów. Zwłaszcza wtedy, gdy poczują doniosłość chwili.

Polacy reagowali w minionych latach inaczej. A dzisiaj kibice wierzą w nich mniej niż w Londynie czy Pekinie. Co akurat nie ma najmniejszego znaczenia. Przywykliśmy, że najsłabiej wypadają wtedy, gdy dekorujemy ich medalami jeszcze przed pierwszym meczem. A najlepiej – gdy nie spodziewamy się po nich niczego.

poniedziałek, 24 lutego 2014

igrzyska olimpijskie Soczi 2014

Trochę mnie wnerwiają szpanujący medalami Holendrzy, którzy umieją tylko jeździć na łyżwach, a wydobyli złota na ścisłą czołówkę klasyfikacji generalnej igrzysk. Nie chcę wrzeszczeć o skandalu, ale sami widzicie, resztę świata wyrolowali pokazowo, dobrze, że obok wyścigów na 500, 1000, 1500, 5000 i 10000 m nie zaproponowaliśmy im jeszcze wyścigów na 2000, 3000, 4000 i 7500, na pewno by hojność rodziny olimpijskiej docenili, zapewne zakasowaliby wówczas wszystkich, nawet triumfującą – a skazywaną przed Soczi na porażkę – Rosję. Wobec niewystarczającej liczby dystansów do przebycia wyślizgali ledwie piąte miejsce na planecie, ale to i tak rozbój w biały dzień, porównywalnie bezczelnej nacji nie znajdziemy, jeszcze nigdy nie trzeba było tak niewielu umiejących tak niewiele, by osiągnąć aż tak wiele – skutecznie udawać sportowe supermocarstwo.

Chyba że ktoś ambitny znajdzie? Monotematyczną reprezentację na czołową piątkę, zimą lub latem? Nawet południowi Koreańczycy – też kombinujący wyłącznie na lodzie – powysilali się w Vancouver stosunkowo wszechstronnie, trochę złota skubnęli w panczenach, trochę w short-tracku, a trochę na łyżwach figurowych.

Polacy wyglądają przy Holendrach na wyjątkowych frajerów. Choć wyuczyli się na medal i skakania na nartach, i biegania na nartach, i ślizgania po lodzie, to dyndają w mrokach drugiej dziesiątki, co gorsza, przyszłość rysuje się czarno. Jeśli mianowicie planujemy skok na bank siłami następców Małysza – znaczy uczynimy lataniu nad bulą to, co tamci uczynili panczenom – to przesadnie się nie nachapiemy. Upatrzyliśmy sobie dyscyplinę z dołująco ubogimi złożami medali, tymczasem pomarańczowi cwaniacy kopią w nieprzebranych bogactwach, wyspecjalizowali się w dyscyplinie najbardziej medalodajnej.

Teoretycznie wiadomo, o co powinniśmy walczyć. My, Polacy. Niech obok skoczni normalnej i dużej stanie mamucia. Obok konkursów latania w stylu V wprowadźmy konkursy latania w stylu klasycznym, znaczy z nartami trzymanymi równolegle, w pozycji bardziej, hm, cnotliwej. No i zorganizujmy rywalizację bez not za wrażenia artystyczne, niech się wreszcie liczy czysta odległość (to generalnie byłoby najzdrowsze, także bez konieczności zwalczania Niderlandów) – mierzona z dokładnością do centymetra, półmetrowe zaokrąglanie groziłoby nazbyt wieloma remisami. Podaję idee oczywiste, które narzucają się prawdopodobnie każdemu, kto kiedykolwiek zerknął na igrzyska, ale nie mam złudzeń, że uzdrowimy sytuację, niską asertywność w polityce międzynarodowej dziedziczymy z pokolenia na pokolenie, a zamysł projektantów olimpijskiej klasyfikacji medalowej od zawsze zdawał mi się taki, by nie ustalała precyzyjnej globalnej hierarchii w sporcie, lecz maksymalnie ją rozmazywała. To taka mapa świata, która np. uwzględnia wszystkie kraje poza górzystymi. Albo wszystkie poza pozbawionymi dostępu do morza. Albo wszystkie poza tymi z okularnikami na stanowiskach ministerialnych. Albo wszystkie poza hiszpańskojęzycznymi.

Właśnie, hiszpańskojęzycznymi. Do stóp sportowej Hiszpanii już tutaj wspólnie padaliśmy, po zliczeniu jej triumfów w grach drużynowych, znakomitych tenisistów czy kolarzy łatwo dojść do wniosku, że to jedno z najpotężniejszych imperiów. A jednak w olimpijskich tabelach albo nie występuje (zimą), albo występuje jako takie tam państewko średniego znaczenia. I pewnie z tego powodu Hiszpanie nie cierpią. Prędzej sądzą, że sobie w sporcie nieźle radzą.

Polacy też czują się po medalowej orgii w Soczi nasyceni, zadowoleni, pewnie nawet dumni. Gdyby istniał przyrząd mierzący stopień subiektywnej narodowej satysfakcji z igrzysk, to niewykluczone, że okazaliby się tak bardzo wygrani, jak Holendrzy. I może bardziej wygrani niż oficjalni triumfatorzy Rosjanie, których uwiera kompletna klapa w uwielbianym nie tylko przez Putina hokeju.

Ja przynajmniej nie pamiętam tak gremialnego olimpijskiego spełnienia Polaków. Nie ma stękania, szukania dziury w całym, rytualnego znęcania się nad nieudacznymi działaczowskimi darmozjadami. Poprzednio porównywalną frajdę mieliśmy chyba w 1992 roku w Barcelonie. Nie, nie z powodu szału w klasyfikacji medalowej. Po prostu czadu dali wtedy – po raz ostatni – piłkarze.

piątek, 07 lutego 2014

Soczi 2014, igrzyska olimpijskie

I znów czujemy się nieswojo, bo podarowaliśmy igrzyska podłemu reżimowi. Jak Pekin przygotowywał letnie w 2008 r. bez względu na koszty i na ludzkiej krzywdzie – wysiedlając, ubezwłasnowolniając, nie wpuszczając etc. – tak na krzywdzie budowało zimowe Soczi; jeszcze raz w środku autorytarnej dżungli powstała szczelnie ogrodzona enklawa innej cywilizacji, uwznioślona uniwersalną ideą olimpijską. Ideą, która tak bardzo nie ma sensu bez demokracji i wolności, że igrzyska u Putina wyglądałyby sztucznie nawet bez ton sztucznego śniegu, wyścigów narciarskich w subtropikach, a także decyzji prezydenta Baracka Obamy, by na ceremonii otwarcia USA reprezentowali sportowcy dobrani wedle preferencji seksualnych – łyżwiarz Brian Boitano i tenisistka Billie Jean King mają swoją obecnością wyrażać sprzeciw wobec rosyjskiego, usankcjonowanego prawem dyskryminowania gejów i lesbijek.

Przed igrzyskami w Chinach świat solidaryzował się z Tybetańczykami i Ujgurami, oczywiście bez jakiegokolwiek zauważalnego skutku, a potem, już w trakcie show, czuł bezsilność także wobec sportowej wszechpotęgi gospodarzy. Hodowlę przyszłych medalistów rozpoczęli wiele lat wcześniej, wytresowali tłum mistrzów, więc klasyfikację generalną wygrali z miażdżącą przewagą i rekordową liczbą złotych krążków – to była demonstracja siły totalna, skończony propagandowy ideał. Chińskie smoczysko pożarło wszystkich.

Rosyjski niedźwiedź nie da rady. Kto ze wstrętem patrzy na sportowe areny, gdy służą one głaskaniu próżności dyktatorów lub dowodzą słuszności złego ustroju, ten niewielkie pocieszenie znajdzie być może przynajmniej w odkrywaniu, że wyrzucenie 50 mld na organizację olimpiady – to więcej niż koszt wszystkich poprzednich zimowych razem wziętych – nie daje pełnej władzy nad światem.

***

Putin kupił igrzyska, paradoksalnie, w czasach najgłębszej powojennej zapaści Rosji w sporcie zimowym. Kiedy w 1994 r. inaugurowała rywalizację bez radzieckiego szyldu, w Lillehammer w klasyfikacji medalowej triumfowała. W 1998 r. w Nagano zsunęła się na najniższy stopień podium. W 2002 r. z Salt Lake City reprezentacja wylatywała już sklasyfikowana na piątej pozycji. W 2006 r. w Turynie uniosła się jeszcze ciut wyżej, na czwartą, by w 2010 r. w Vancouver rozkraczyć się poniżej czołowej dziesiątki. Postępująca degrengolada rymująca się z doniesieniami o postępującym rozchuliganieniu i rozpiciu młodych, o obniżającej się średniej długości życia w kraju pozbawionym jakiejkolwiek polityki społecznej czy o zwykłym wymieraniu Rosjan, których ubywa z roku na rok.

Rozpoczynające się zawody medalową tendencję raczej odwrócą, ale nie ma mowy o kolejnym przytłaczającym popisie supermocarstwa, które ubiło interes z MKOl nie po to, by zafundować scenę dla cudzych triumfów. Tym razem gospodarze mają wylądować poza podium medalowego rankingu, wedle rozmaitych prognoz stać ich co najwyżej na miejsce siódme, szóste, przy sprzyjających wiatrach – piąte. Nawet najzdrowsza tkanka narodu zrogowaciała, a w Soczi na ratunek nie przyjdzie ofiarność studenckiej masy trenującej, która wyniosła Rosję do medalowej stratosfery podczas ubiegłorocznej Uniwersjady. Na tamtych niezapomnianych zawodach w Kazaniu, teoretycznie przeznaczonych dla uczących się amatorów lub półamatorów, tłumnie zjawili się rosyjscy atleci nieznani z sal kierunków dziennych, wieczorowych ani nawet zaocznych, za to znani z regularnego zawodowego sportu, dzięki czemu reprezentacja organizatorów odniosła być może najbardziej spektakularny triumf w dziejach międzynarodowego sportu – zgarnęła 155 tytułów mistrzowskich przy zaledwie 26 (!) zdobytych przez wicelidera klasyfikacji generalnej (aż dziw, że pozycję wicelidera ujęto w tabelach); zajęła też 292 miejsca na podium, przy skromnych 77 zajętych przez wicelidera. Nawet Aleksiej Stachanow ze swoimi 102 tonami węgla wydobytego podczas jednej zmiany i 1475 proc. wykonanej normy maleje do leniuszka kłamczuszka, który więcej udawał, niż robił.

Z poruszającej kazańskiej historii pochopnie optymistycznych wniosków dla przebiegu gry w Soczi wyciągać jednak nie wolno, w tabelach głównych igrzysk nie zdarzają się wahania aż tak gwałtowne jak na Uniwersjadzie, której przedostatnią edycję wygrali przecież, choć oczywiście mniej imponująco, Chińczycy. Przypadkiem odbywała się w chińskim Shenzen.

***

Rosjanie pochudli też nieco na igrzyskach letnich, kryzys przechodzili w wielu prestiżowych dyscyplinach – ostatnio kompletnie przestali się liczyć na mistrzostwach koszykarzy czy piłkarzy ręcznych, nawet w ścisłej czołówce zdumiewająco sukcesodajnego kobiecego tenisa ostała się już samotna Szarapowa, choć w ubiegłej dekadzie jej rodaczki toczyły wewnętrzne pojedynki w finale Rolanda Garrosa, cztery razy z rzędu zwyciężały w Pucharze Federacji, w szczytowym roku 2004 potrafiły zdobyć aż trzy z czterech tytułów wielkoszlemowych. I choć gdzieniegdzie Rosjanie wracają do elity elit, na zeszłorocznych lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Moskwie wzbili się ponad wszystkich, to niekwestionowany globalny prymat mają tylko w jednej konkurencji – wywalaniu szmalu. Wywalaniu na błyskotki, a nie kruszec autentycznie szlachetny – zdobiący zwycięskie puchary, patery, medale.

Wszystkich przelicytowują nade wszystko w piłce nożnej. Znajdziemy takich, którzy inwestują agresywniej, ale nikt nie inwestuje tak wiele, tak niewiele wygrywając. Otulony opieką Gazpromu Zenit St. Petersburg pozostaje jedynym obok Manchesteru City klubem porywającym się na zakupy za 55 mln (napastnik Hulk) czy 40 mln euro, dostępne dla tylko kilku najbogatszych firm zachodnich, który nigdy nie zdołał przełożyć finansowego wysiłku na choćby ćwierćfinał Ligi Mistrzów – minionej jesieni ledwie wygramolił się ze słabiuteńko obsadzonej grupy. Rekrutujące gwiazdy za pensje na miarę Messiego czy Ronaldo Anży Machaczkała do tych rozgrywek nie zdążyło nawet zajrzeć, bowiem z dnia na dzień, po zwinięciu interesu przez Sulejmana Kerimowa, niemal się rozpadło (leży na dnie ligi, zaraz spłynie do drugiej), przypominając o ulotności projektów bez przeszłości, zasilanych wyłącznie nagłym wodospadem pieniędzy. Reprezentacja Rosji – oddana ostatnio w ręce trenera luksusowego – Fabio Capello? Na Euro 2012 nie umiała dobrać się nawet do hałastry Franciszka Smudy i została wyproszona po pierwszej rundzie, a na ostatnim mundialu w ogóle nie wystąpiła. Nawiasem mówiąc, już dziś możemy zakładać, że jak dziś przy okazji igrzysk świat wstawia się za rosyjskimi gejami, tak za cztery lata, przed piłkarskim mundialem, zajmie się rasizmem, na tamtejszych trybunach wszechobecnym.

***

Najpierw jednak obejrzymy, jak presję znoszą rosyjscy hokeiści obarczeni w Soczi misją dla najwyższych państwowych czynników najważniejszą. Oni też ześliznęli się w trend całego zimowego sportu, z igrzysk na igrzyska wypadali nędzniej – brąz w 2002 r., czwarte miejsce w 2006, haniebne szóste w 2010. Na kłopoty odpowiedzieli ostrzałem rublem masowego rażenia prowadzonym przez odpowiednio poinstruowanych i zmotywowanych oligarchów, a przede wszystkim nadzorującego ligę Gazpromu – chyba najszerzej zaangażowanej w wielki wyczynowy sport spółki na planecie. I teraz w hokeju – po odzyskaniu panowania na MŚ – liczy się tylko złoto, każdy inny wynik będzie dyshonorem. Dla Putina.

Ci, którzy w igrzyskach szukają także symboliki politycznej o doniosłym znaczeniu, powinni zatem zająć dwa punkty obserwacyjne. Po pierwsze, śledzić wydarzenia na hokejowej tafli, to tam przyjezdni mogą wyrządzić rosyjskiej władzy szczególnie bolesną przykrość. Po drugie, spoglądać z nadzieją na konferencje prasowe – Międzynarodowy Komitet Olimpijski poluzował zasady i nie knebluje sportowców bezwyjątkowo, prezes Thomas Bach obiecał, że tym razem nie muszą obawiać się kar za polityczne wypowiedzi oraz gesty, byle protestowali na konferencjach prasowych, a nie w trakcie rywalizacji. Jak na standardy igrzysk – rewolucja.

sobota, 22 września 2012

igrzyska olimpijskie, mundial, mistrzostwa Europy

„Paraolimpijczycy odlecieli z Londynu, nadciąga epoka wielkich, pasjonujących całą planetę imprez sportowych poza euroatlantyckim światem zachodnim. Poprzedni mundial organizowała Republika Południowej Afryki, następny za dwa lata zorganizuje Brazylia. W tym samym 2014 roku zimowe igrzyska odbędą się w Soczi. Letnie w 2016 - w Rio de Janeiro. Zimowe w 2018 - w koreańskim Pjongczang. Kilka miesięcy później piłkarze rozegrają mistrzostwa świata w Rosji, by w 2022 r. palić się pod słońcem Kataru. Kto przyjmie olimpijczyków w roku 2020, na razie nie wiadomo, ale za faworytów konkursu uchodzą Tokio oraz Stambuł. Madrytowi przyznaje się najmniejsze szanse, a przecież nie wiadomo, czy przygnieceni kryzysem Hiszpanie w ogóle nie stracą zapału, by wykosztowywać się na igrzyska, gdy nie wystarcza na chleb.

To będzie dekada absolutnie bezprecedensowa. Mundial wymyślił Francuz Jules Rimet, igrzyska wskrzesił - i nadał im nowożytną formę - jego rodak baron Pierre de Coubertin, miażdżącą większość globalnych spektakli organizowały Europa z Ameryką Północną. Zanim olimpijczycy wyściubili nosy poza ten rewir, bili się o medale w Grecji, Francji, USA, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Belgii, znów we Francji, w Holandii, Szwajcarii, znów USA, Niemczech, znów Wielkiej Brytanii, znów Szwajcarii, Finlandii i znów Szwecji. Z czasem zmagania atletów rozlały się po świecie, ale zarazem nabierały rozmachu i drożały, więc zdolnych i chętnych podołać wyzwaniu przybywało wolniuteńko - zainteresowanie wyrażały społeczeństwa syte, dysponujące nadmiarem wolnego czasu, z rozwiniętą kulturą sportową. Tych kilka podstawowych warunków spełniał każdy, kto porywał się na igrzyska albo mundiale. Gospodarzy najbliższych imprez nie łączy ze sobą prawie nic”.

To początek mojego felietonu do dzisiejszej „Gazety”. Całość znajdziecie tutaj.

środa, 16 maja 2012

Londyn 2012

Niby dawno go jako reprezentanta Polski skreśliłem, niby pogodziłem się, że dla kraju już nie zagra, ale... Mimo wszystko męczy mnie sprawa Mariusza Wlazłego.

To potencjalnie najznakomitszy przedstawiciel polskich gier drużynowych. Marcin Gortat nie ośmieliłby się pewnie nawet marzyć o takiej pozycji w hierarchii koszykarskiej, jaką bełchatowski gwiazdor zajmuje w siatkarskiej. Ba, nawet bohater wiosny Robert Lewandowski ma nad sobą więcej futbolowych napastników niż Wlazły atakujących.

Gdyby tenże Lewandowski - on przecież też bogaci się nie w reprezentacji Polski, lecz w klubie, w kadrze zyskuje się głównie chwałę czysto sportową - zrezygnował z udziału w Euro 2012, porzuciłby drużynę ze skromnymi szansami na choćby sukcesik. A Wlazły, który nie leci na igrzyska, traci realną szansę na olimpijski medal. Albo wręcz na dorównanie legendom Wagnera. Z przyjemnością oklaskujemy sukcesy biegaczki narciarskiej, młociarzy, kolarek czy innego chodziarza, ale ewentualne złoto siatkarzy w Londynie przyćmiłoby, jak przypuszczam, wszystko, co wydarzyło się w naszym sporcie po upadku komuny. Może nawet odloty Małysza.

Siatkarze Andrei Anastasiego oczywiście nie są faworytami turnieju olimpijskiego, jeśli nie wyskaczą medalu, nikt sensacji nie ogłosi. Ale szanse mają, różnice w czołówce są nieznaczne, obecność najwydajniejszego polskiego bombardiera mogłaby, wobec mizerii na jego pozycji, przesądzić.

Nie chcę wikłać się tutaj w zagmatwane niuanse trudnych relacji naszego czołowego siatkarza z kadrą, zdaję sobie sprawę, że może on mieć swoje racje, że z medialnego szumu informacyjnego kibice całej prawdy nie wyłowią. Jedno pozostaje jednak bezdyskusyjne - nawet teraz o jego powrót zabiegał raczej prezes PZPS Mirosław Przedpełski, Wlazły nie chwytał się każdego dostępnego sposobu, by za wszelką cenę dla Polski grać. Jeśli jemu nie wytkniemy braku sportowej ambicji, to komu?

czwartek, 08 marca 2012

Jeddah United. Fot. AP

Jeśli kobiety uprawiają sport, wchodzą na ścieżkę diabła. Dlatego Arabia Saudyjska je chroni. I jako jedyny kraj na świecie nie wysyła swoich reprezentantek na żadne zawody.

Na igrzyskach olimpijskich nigdy nie wystąpiły również reprezentantki Kataru i Brunei. Ale rządzący Katarem szejkowie sport kobiet rozwijają i w lipcu do Londynu planują wysłać drużynę dwupłciową, a w królestwie Brunei cały sport leży. Oba te kraje nie zabraniają zresztą obywatelkom uczestniczyć w międzynarodowych imprezach mniejszej rangi.

Saudyjska teokracja zabrania wszystkiego. Nawet kibicowania z trybun. Narodowy Komitet Olimpijski nie przygotował żadnego programu dla kobiet, państwowa infrastruktura jest przeznaczona wyłącznie dla mężczyzn - od stadionów i hal, przez kluby, po wykształconych trenerów i licencjonowanych sędziów. Prywatne żeńskie kluby wolno zakładać najczęściej tylko teoretycznie (władze mnożą przeszkody), zatem kobietom pozostają sale do fitnessu, które rzadko oferują boisko do uprawiania gier zespołowych, basen albo bieżnię. Są zbyt drogie dla miażdżącej większości potencjalnych klientek. I nieoznaczone, by nie zachęcać do wejścia.

Istnieje wreszcie problem logistyczny. Amatorki sportu na treningi musieliby dowozić męscy członkowie rodziny, bo kobiety nie mają prawa prowadzić samochodu.

A ponieważ publiczne szkoły nie organizują zajęć wychowania fizycznego dla uczennic, w kraju puchną statystyki otyłości oraz związanych z nią chorób - układu krążenia i cukrzycy. Puchną przede wszystkim wśród kobiet, które oficjalnie mogą zażywać ruchu głównie w tzw. „centrach zdrowia”, funkcjonujących przy szpitalach. Kiedy cztery lata temu dziekan jednego z uniwersytetów rozstawił dla studentek stoły do pingponga, żadna nie dotknęła rakietki, a on został zwolniony za „przesadną postępowość”.

Nawet część czołowych, wpływających na decyzje króla Abdullaha duchownych sprzeciwia się zakazom lub wręcz zaleca kobietom aktywność fizyczną, widząc w niej „islamską konieczność”. Dominują jednak opinie, że „zbyt gwałtowne skakanie może uszkodzić błonę dziewiczą”, co skutkowałoby utratą dziewictwa. I że kobiecy sport to, jak głosi religijny edykt, „kroki diabła prowadzące do demoralizacji”.

Stąd tytuł raportu „Kroki diabła. Odmawianie kobietom i dziewczynom prawa do sportu w Arabii Saudyjskiej”. Opublikowała go w lutym organizacja Human Rights Watch, która żąda ostrej reakcji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Choć bowiem MKOl krytykował Arabię za płciową dyskryminację, to nigdy jej nie ukarał. Dopiero w zeszłym roku działacze zaczęli sugerować, że mogą ją zaszantażować groźbą użycia najcięższej sankcji - wykluczeniem z igrzysk.

Prędko jednak złagodzili stanowisko. - Nie stawiamy ultimatum, wierzymy, że wiele można osiągnąć poprzez dialog - oświadczyła Sandrine Tonge, rzeczniczka organizacji, która w swoim statucie bezwarunkową równość w sporcie uważa za naczelną wartość. Za dyskryminację już karała. W 2000 roku nie zaprosiła do Sydney Afganistanu, bo rządzili nim talibowie, również ubezwłasnowolniający kobiety. Wcześniej na 32-letnią banicję skazała RPA, co miało przyczynić się do likwidacji apartheidu.

Saudowie swoich poddanych kobiet całkiem nie unieruchomili. Jeśli jednak cytowana w raporcie Dima H. może się zwierzać, jak szczęśliwa się czuła, gdy w dzieciństwie grała w futbol z braćmi, to dlatego, że przebywała w naftowej firmie ARAMCO. Odgrodzonej od świata, chronionej przez strażników, zatrudniającej ludzi Zachodu.

Nieliczne Saudyjki kopią piłkę w „podziemnych” ligach, w całym kraju istnieje tylko jeden - oczywiście prywatny - klub z żeńską drużyną. By zostać jego członkinią, trzeba odwagi. Kiedy koszykarki Jeddah United (na zdjęciu) wróciły z turnieju w Jordanii, gazetowy nagłówek krzyczał o „bezwstydnych dziewczynach”. Ćwiczą za pięciometrowym murem, wprowadzają w zakłopotanie swoje rodziny, odbierają SMS-y z radami, by wróciły do domów spełniać się jako matki oraz żony. Ale są zdeterminowane, agencja Reuters cytowała 24-letnią Nour Fitiany, która chce „uświadomić rządzącym, że dziewczyny będą grały bez względu na przeszkody”. I wymusić zmiany.

Buntowniczki działają coraz śmielej. Gdy przed dwoma laty trwała kampania zamykania pod byle pretekstem żeńskich klubów, odpowiedziały akcją pod ironicznym hasłem: „Pozwólcie jej utyć”.

Zalążkiem zmian miała być też Królewska Drużyna Jeździecka, założona przez księcia Alwaleeda bin Talala, multimilionera i orędownika liberalizacji. Jej zawodniczki zdołały wyjechać na międzynarodowe konkursy m.in. dlatego, że na konie wskakują okryte od stóp do głów, w zgodzie z wymogami szariatu.

Na gwiazdę rozbłysnęła Dalma Malhas, która trenowała skoki po kryjomu, finansowana przez rodzinę, by w 2010 roku zostać pierwszą w historii saudyjską medalistką. Na igrzyskach młodzieży w Singapurze zdobyła brąz. Ale nawet wtedy nie była delegowana tam jako oficjalna reprezentantka kraju. Czy wystąpi w Londynie, nie wiadomo.

Archiwum
Tagi