Wpisy z tagiem: Bayern Monachium

poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

sobota, 07 kwietnia 2018

Bayern Monachium, Robert Lewandowski

Gdyby Gary Lineker był Niemcem, powiedziałby, że piłka nożna to jest taka gra, w której 22 facetów biega za nadmuchanym świńskim pęcherzem, a na końcu zawsze wygrywa Bayern Monachium.

Wygrywa zawsze, a nawet coraz bardziej – właśnie wziął mistrzostwo Bundesligi po raz szósty z rzędu, jak zwykle wiele tygodni przed ostatnią kolejką, jak zwykle w okolicznościach uniemożliwiających popadnięcie w ekstazę. Im pokaźniejszą wypracowujesz przewagę na rywalami, tym bardziej rozmywa się wszak moment, w którym odnosisz triumf – dzisiaj monachijscy piłkarze dopełnili tylko formalności, gdyby złożyli ostateczny podpis w meczu poprzednim lub następnym, nikt nie poczułby zasadniczej różnicy. Ile szczerych emocji może wywołać tytuł, gdy w minionych edycjach rozgrywek od wicelidera tabeli dzieliło cię kolejno 25, 19, 10, 10 i 15 punktów, a teraz dzieli cię 20?

Konkurenci – o ile to nie jest zbyt duże słowo – mają więcej niż przechlapane.

Owszem, trwa akurat taki okres dziejowy, że na potęgę wygrywają również hegemoni z sąsiednich mocnych futbolowo krajów. Jednak we Włoszech wszyscy czekają, aż Juventusowi ponownie zagrożą inni potentaci (już stawia się Napoli), a we Francji dominację Paris Saint-Germain kibice znoszą jako historię nowiutką, o mimo wszystko nieznanej przyszłości (egzotyczni właściciele z Kataru), przed chwilą zakłóconą przez tytuł dla Monaco – zresztą w minionej dekadzie jeszcze dłużej rządził tam Lyon. Inaczej w Niemczech, gdzie sytuacja pozostaje stabilna. Co widać i na murawie, i w spokojnych ruchach szefów Bayernu, którzy wytargają za uszy każdego, kto próbuje się wychylić. Rosło w tym sezonie Schalke, rozrabiające na pozycji wicelidera? To zimą dowiedziało się, że latem straci Leona Goretzkę, swego najbardziej utalentowanego piłkarza.

Bayern plądruje ligę bezwględnie, w równiutkim rytmie. W 2018 roku podbierze Goretzkę – za darmo. W poprzednim sezonie dokazywało Hoffenheim, w latem 2017 oddało monachijczykom i Sebastiana Rudy’ego (za darmo), i Niklasa Süle (za 20 mln euro). Jeszcze wcześniej awanturowała się Borussia Dortmund, to w 2016 roku pożegnała Matsa Hummelsa (za 35 mln), a w 2015 – Roberta Lewandowskiego (za darmo). Wcześniej były wrogie przejęcia Mario Götzego, Manuela Neuera... Deprymujący cios otrzymują poddani mistrza co sezon, a odpowiedzieć nie są w stanie, mogą co najwyżej wypucować Bayernowi korki.

I jeszcze ten władczy styl: monachijscy zarządcy prowadzą najbardziej uporządkowany klub w europejskiej czołówce, więc transfery zazwyczaj załatwiają jeszcze zimą, by nie zaburzać letnich przygotowań. Trenerów też nigdy nie zwalniają w trakcie sezonu – choć kiedy uznają, że nie istnieje sensowna alternatywa, to zasadę łamią, jak jesienią w przypadku Carlo Ancelottiego. Kluczowa cecha mądrych menedżerów: pozostań elastyczny, nie pozwól zniewolić się starym nawykom, bądź gotowy zakwestionować prawdy, w które wierzysz najmocniej.

Po bieżącym sezonie przeświadczenie rywali, że znikąd nadziei, chyba jeszcze ulegnie wzmocnieniu. Okazało się, że nawet po ewidentnej zapaści – przy stratach punktowych tabeli tak dużych i sytuacji w szatni tak beznadziejnej, że trzeba podjąć bezprecedensowo drastyczną decyzję w  kwestii renomowanego trenera – Bayernowi wystarczy się otrzepać, tupnąć nogą, i znów rozstawia wszystkich po kątach.

Jak Robert Lewandowski – również sześciokrotny mistrz Niemiec, dwa tytuły zdobywał w Borussii Dortmund – który od wielu tygodni kopie sobie na pół etatu, a i tak zostanie królem strzelców z przewagą nad resztką stawki kolosalną, niespotykaną w Bundeslidze od początku lat 70., gdy grasował w niej Gerd Müller. Ciekawe, czy to możliwe: nie poczuć znużenia. I dla polskiego napastnika, i dla całego wielkopańskiego Bayernu.

niedziela, 01 października 2017

Bayern Monachium, Carlo Ancelotti

Trzej najznaczniejsi trenerzy ostatniego 15-lecia przeżyli ostatnio najokropniejsze sezony w swoich karierach. Ale przypadek Carlo Ancelottiego jest szczególnie intrygujący. mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 11 września 2017

Napastnik Bayernu znów się odezwał i znów, jak po poprzednim sezonie, narobił rabanu. Robert Lewandowski właśnie osiągnął najwyższy stopień megagwiazdorskiego wtajemniczenia. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety" przeczytacie tutaj

niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

wtorek, 23 lutego 2016

Robert Lewandowski, Mario Mandzukic

Przeżył, a grał tak, jakby o niczym więcej nie marzył. W 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarze z Turynu zremisowali dzisiaj z Bayernem 2:2.

Jeśli zgodzimy się, że klasyczny środkowy napastnik potrzebuje podań jak tlenu, to turyńczycy postanowili wczoraj Roberta Lewandowskiego udusić.

Przed przerwą Polak musiał znieść aż dwa blisko dziesięciominutowe okresy bez kontaktu z piłką. A gdyby najpierw sam nie odebrał jej przeciwnikowi, to po raz pierwszy dotknąłby jej po blisko kwadransie.

Gospodarze nie biegali jak opętani, przeciwnie, stali blisko siebie i poruszali się metodycznie, by miażdżącą przewagę Bayernu zamienić w jałową zabawę. Oni opanowali tę sztukę doskonalej niż ktokolwiek, z kim monachijczycy mierzyli się w tym sezonie. Goście trzymali piłkę niemal bez przerwy, można powiedzieć, że grali z „dziadka”, ale Lewandowski nie mógł w niej uczestniczyć - zamknięty w środku razem z rywalami - jeśli nie uciekł na skrzydło. I przeżywał mecz dla siebie niezwykły. Jeśli nawet dopadł piłki, to albo pod presją źle przyjął, albo niecelnie podał, albo dopadał jej daleko od bramki Juve, gdzie trudno było wymyślić coś konstruktywnego. Musiał podołać zadaniu być może dla napastnika najtrudniejszemu - wycisnąć z tego minimum (gry) maksimum (efektu).

A ponieważ jest piłkarzem wybitnym, trochę wyciskał. Przed przerwą tylko dwa razy miał piłkę w polu karnym. I najpierw wyłożył ją (niedokładnie) Thomasowi Müllerowi - również mógł czuć się jak w klatce - ale ten spartaczył. A potem Polak uderzał celnie głową.

Nietypowo czuł się Lewandowski, nietypowo czuł się Juventus. Ilekroć przejmował piłkę na własnej połowie, utrzymywał ją może przez ułamek sekundy. Ilekroć przejął na połowie Bayernu, nie utrzymywał jej wcale. Ulegał pressingowi faworyta z bezradnością dla finalisty Ligi Mistrzów wręcz wstrząsającą. W Niemczech tak reagują na Bayern tylko przeciwnicy najbardziej potulni i zakompleksieni, z dołów tabeli.

Dlatego bardzo długo wszystko przebiegało w sposób do bólu przewidywalny. Juventus musiał paść i padł. Niewykrywalny napastnik Müller najbardziej niebezpieczny jest, gdy znika, więc on zadał pierwszy cios. A Arjen Robben zabija zazwyczaj wtedy, gdy zachowuje się jak wiedziony odruchem bezwarunkowym, więc on zadał - po arcytypowym dryblingu i arcytypowym strzale - drugi cios. 0:2. I chyba nawet turyńscy kibice poczuli, że sprawa została rozstrzygnięta, skoro jeszcze przed meczem Buffon szacował szanse na awans na 25 proc.

Trzy lata minęły od poprzedniego starcia Juve z Bayernem i pamiętnej tyrady ówczesnego trenera, rozgoryczonego Antonio Conte, który grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niepowodzenie w LM tłumaczył nędznym budżetem, rzekomo uniemożliwiającym rzucenie wyzwania najpotężniejszym klubom na kontynencie. Od tamtej pory minęła jednak wieczność. Choć turyńczycy, wyniesieni na wyższy poziom przez Massimiliano Allegriego, wciąż wyraźnie ustępują faworytom finansowo, to w poprzedniej edycji zdołali pokonać m.in. Real Madryt i dotrwać do finału.

Przy Bayernie - osłabionym, bez zdemontowanej przez kontuzje obrony - znów jednak wyglądali jak zahukani prowincjusze. Nie wiadomo tylko, czy problem był mentalny, czy techniczny. Czy wyszli z szatni ze zbyt nisko pochylonymi głowami, czy po prostu na więcej nie było ich stać w sensie czysto piłkarskim. I musieli poczekać, aż rywal poczuje się zrelaksowany, by mieć szanse na atak.

Bo w sytuacji krytycznej nie tylko strzelili kontaktowego gola, nie tylko wyrównali, oni mogli wręcz wygrać. I to pomimo utraty Claudio Marchisio - uraz, nie wyszedł na drugą połowę - czyli piłkarza tyleż niedocenianego, co absolutnie kluczowego, łączącego w Juve defensywę z ofensywą.

Bayern znów okazał się wrażliwy na ciosy. On zaskakująco miernie wypada zwłaszcza na wyjazdach w LM - z ostatnich ośmiu wygrał ledwie dwa, w Pireusie i Zagrzebiu, uległ za to Manchesterowi City, Porto, Barcelonie i Arsenalowi, zremisował z Doniecku i wczoraj w Turynie. Ale u siebie potężnieje. W bieżącym i ubiegłym sezonie wyłącznie tam wygrywał. W stosunku 4:0, 5:1, 5:0, 3:2, 6:1, 7:0, 3:0, 2:0, 1:0. A teraz do awansu wystarczy mu nawet remis.

środa, 23 września 2015

Robert Lewandowski, Bayern, 5 goli

I co tu napisać po snajperskiej eksplozji w Monachium, gdy po zwojach mózgowych krążą wyłącznie myśli potargane, z internetów wylewa się raczej  ekstaza niż chłodne analizy, a żadne słowo nie wyrazi więcej niż zdjęcie osłupiałego Pepa Guardioli, któremu dotychczas tylko się zdawało, że przeżył już w futbolu wszystko?

Można zadumać się nad irracjonalnością kibicowskich reakcji. Zwróćcie uwagę, że hitem wieczoru było nie tyle pięć goli Roberta Lewandowskiego, ile fakt, że załadował je w mgnieniu oka. A właściwie w czymże „lepsze” jest pięć goli wbite w dziewięć minut od goli wbitych w 20 albo 45 minut? Czy bramki zyskują dzięki temu na urodzie, czy silniej wpływają na wynik, świadczą o jeszcze większym kunszcie snajpera?

Można też zauważyć, że Lewandowski szczerze nienawidzi – zupełnie jak, przepraszam za skojarzenie, Leo Messi – nawet incydentalnego osadzania go w rezerwie, jest drapieżnikiem maniakalnie żarłocznym, chce grać zawsze. Gdy w lutym został uziemiony przez Pepa Guardiolę w wyjazdowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Szachtarem (co Bayern przypłacił bezbramkowym remisem), to kilka dni później w Bundeslidze prędko wsunął dwa gole i sprawił, że trener publicznie go „przeprosił”, przyznając, iż popełnił selekcyjny błąd. Teraz teoretycznie był poważny powód, by kończyny Lewandowskiego oszczędzać – obolały po skręceniu staw skokowy – ale Polak najwyraźniej uważał inaczej.

Można przypomnieć, że nasz nadnapastnik nie śrubuje statystyk w byle meczach z byle kim – choć strzela zawsze i wszędzie – lecz z upodobaniem zasadza się na największe firmy i nadzwyczaj prestiżowe okazje. Realowi Madryt wbił już pięć goli, Bayernowi Monachium też pięć, Borussii Dortmund – trzy, Schalke – pięć, Bayerowi Leverkusen – dwa. A teraz przyłożył pięciokrotnie Wolfsburgowi, czyli aktualnemu wicemistrzowi kraju, który przed monachijczykami nie klęka – minionego wieczoru prowadził 1:0, w sierpniu triumfował w Superpucharze, w styczniu wygrał 4:1. Rozrabiał, dopóki za uszy nie wytargał go Lewandowski.

Można ogłosić, że Polak właśnie awansował do czołowej pięćdziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach Bundesligi (99 trafień, jedno dzieli go od trenera Lechii Gdańsk Thomasa von Heesena). Że wśród obcokrajowców ustępuje jedynie Ailtonowi (106), Chapuisat (106), Elberowi (133) i Pizarro (176). Że jeśli setce najlepszych strzelców rozgrywek zmierzyć średnią goli na mecz, to snajper Bayernu będzie wręcz piąty (!) w historii, jego wynik – 0,59 – jest niższy tylko od wyników Makaaya, Heynckesa (0,60), Hrubescha (0,61) oraz mitycznego Gerda Müllera (0,85).

Można też wyrazić przypuszczenie, że wszystkich niemieckich rekordów polski nadnapastnik nie pobije, i to wcale nie przez deficyt talentu. Licznik stanie, gdy do licytacji staną przeróżne Reale i Manchestery, klasę naszego piłkarza uwznioślą niezbędne dzisiaj dziesiątki – a może więcej? – milionów rzucone przez krezusów na transfer, a my zreflektujemy się, że choć Lewandowski nie jest najwybitniejszym polskim sportowcem w historii, to prawdopodobnie stał się, w wymiarze globalnym, najbardziej rozpoznawalnym.

Przede wszystkim jednak wypada zawyrokować, że w Monachium namalował sobie nasz piłkarz jeden z tych plakatów – plakatów ery nowoczesnej, zniewalających multimedialnie i widocznych z każdego skrawka planety – które wkrótce uczynią go twarzą Bayernu numer jeden. Kiedy ten klub wygrywał Ligę Mistrzów, to nie wiedzieliśmy, czyja gwiazda świeci najjaśniej, zasługi rozdzielaliśmy między kilku liderów, lansowany przez Bawarczyków na laureata Złotej Piłki Franck Ribery był marketingowym wyborem kontrowersyjnym, przez wielu kibiców kontestowanym. Konkurenci w rywalizacji o nagrodę mieli tę przewagę, że nikt nie wątpi(ł), że Real to Ronaldo, a Barcelona to Messi.

Lewandowski ma olbrzymią szansę ów egalitarny krajobraz odmienić. Zasłonić wszystkich. Nie tyle zostać najwybitniejszym graczem drużyny, ile jej najbardziej spektakularnym solistą. Do tego potrzeba właśnie widowisk nie z tej Ziemi, zapadających głęboko w pamięć pojedynczych meczów ikon, których nie zastąpi seria pośledniejszych obrazków, tak jak dwa „zwyczajne” hat-tricki nie zastąpią pięciobramkowej erupcji rozsadzającej ekrany przez 8 minut i 57 sekund. A jeśli Polak zdoła stać się – już się staje – twarzą monachijskiego klubu, to swojej marki nie będzie już upiększał sam, będą na nią w coraz większym stopniu pracować koledzy. Ewentualny triumf w Lidze Mistrzów uczyniłby wówczas Lewandowskiego naturalnym, promowanym przez cały Bayern pretendentem do Złotej Piłki.

czwartek, 03 września 2015

Opowieści o zrozpaczonych ludziach, którzy uciekają do Europy przed wojną i zbrodniczym barbarzyństwem, a także debatę o tym, co z nimi zrobić, śledzę z przejęciem. Mam wrażenie, że w XXI wieku na naszym kontynencie nie działo się nic bardziej doniosłego, istotnego dla jego przyszłości, zasadniczo sprawdzającego, jakie wartości uznajemy za ważne. Śledzę ją też ze smutkiem, bo my, Polacy, czyli naród uchodźców i katolików, w większości reagujemy na nieszczęśników nienawistnie, bezwzględnie, agresywnie. Miłosierdzie i solidarność cenimy, gdy sami przyjmujemy pomoc od krajów, w których żyje się lepiej – po awansie do grona społeczeństw stosunkowo bogatych i stabilnych priorytety się nam zmieniły.

Dlatego z zazdrością obserwowałem akcję kibiców Bundesligi, którzy w ostatniej kolejce serdecznie uchodźców witali, rozwieszając przyjazne transparenty (Borussia Dortmund 220 imigrantów zaprosiła nawet na mecz):

Bundesliga, uchodźcy, kibice

Z zazdrością oglądam też kampanię, w której uczestniczą reprezentanci Niemiec. Albo patrzę, jak Niemcy witają Syryjczyków:

Dzisiaj zaangażował się Bayern Monachium. Zorganizuje obozy treningowe dla najmłodszych uchodźców. Zaoferuje im lekcje niemieckiego, darmowe posiłki, sprzęt piłkarski. A w najbliższej kolejce ligowej każdy piłkarz wyjdzie na boisko z dwojgiem dzieci pod rękę – niemieckim oraz przyjezdnym. Monachijski klub przeznaczy też milion euro na inicjatywy związane z przyjmowaniem uciekinierów i integrowaniem ich ze społeczeństwem, które wybierze po konsultacjach z władzami Bawarii.

Suma nie robi wrażenia, ale liczy się przede wszystkim gest. Bayern to jeden z superklubów, globalnych futbolowych korporacji, które kojarzymy raczej z marketingowym pomnażaniem kupującej gadżety klienteli, które nie brzydzą się przyjmować brudnych sponsorskich pieniędzy, które wyrzucają pierdyliardy euro na transfery piłkarzy bez żadnych osiągnięć. Ważny akt społecznej odpowiedzialności. Owszem, przemyka mi przez głowę wstrętna myśl – aż się jej wstydzę – że intencją monachijczyków jest m.in. upiększanie wizerunku firmy. Ale zaraz przychodzi następna, bardziej posępna. Że gdyby podobną inicjatywę podjął polski klub, to wizerunkowo u Polaków niekoniecznie by zyskał.

środa, 13 maja 2015

Blogowałem w czwartek, że obsobaczanie piłkarzy i trenerów, którzy w półfinałach Ligi Mistrzów zabawiają się już wręcz z przyzwyczajenia, sezon w sezon, uważam za absurdalne. Że Barcelona, Bayern i Real Madryt to drużyny przeżywające właśnie swoje belle époque, które od lat w kryzysy popadają wyłącznie w dyskusjach na internetowych forach, bo tam obowiązuje przeświadczenie, że pojedyncza przegrana oznacza zawalenie się świata.

Po 3:0 Barcelony nad Bayernem znów rozmyślałem bowiem przede wszystkim o tym, że w nowoczesnym futbolu czas płynie jak opętany – nieudane 90 minut gry może unieważnić wszystko, nad czym harowałeś – wysłuchując peanów! – miesiącami.

Tydzień temu Bayern i Barcelona frunęły wszak obok siebie, na pułapie niedostępnym dla 99,999 procent klubów świata. Rządziły w arcymocnych ligach krajowych, przymierzały się do półfinału arcyprestiżowej Champions League, trzymały w szatniach tłumy arcypiłkarzy. Ba, monachijczycy mieli niejaką przewagę – zagwarantowany już tytuł w Bundeslidze oraz trenera z większym nazwiskiem, charyzmą, doświadczeniem, dorobkiem. Godzilla kontra King Kong.

Natomiast przed wczorajszym rewanżem rywali dzieliła już przepaść. Bayernowi wypominaliśmy, że nie strzelił gola od haniebnych 360 minut, a Barcelonę sławiliśmy, że nie straciła go od imponujących 640 minut. Bayernowi wypominaliśmy najczarniejszą passę wyników od prehistorycznego roku 1991, a Barcelonę sławiliśmy za passę najjaśniejszą w historii – siedem kolejnych zwycięstw ze stosunkiem bramek 25-0. Z Bayernu co niecierpliwsi zaczęli przeganiać trenera Pepa Guardiolę, a prowadzącego Barcelonę Luisa Enrique zaczęto uświadamiać, jak niewiele dzieli go zdobycia potrójnej korony. Bayern przywiądł w komentarzach publicystów do drużyny bez przyszłości, Barcelona miała przyszłość u swoich stóp.

Patałachy kontra półbogowie. Czarna rozpacz kontra ekstaza.

Czy świat nie wydał werdyktu zbyt radykalnego? Czy naprawdę uprawniał do niego tamten przeklęty środowy wieczór na Camp Nou, podczas którego biła po oczach różnica wyrażona potem twardą statystyką – 28 wygranymi pojedynkami piłkarzy Barcelony wobec ledwie 3 wygranych pojedynków piłkarzy Bayernu? Czy nie powinniśmy jeszcze intensywniej wskazywać na okoliczności łagodzące, skoro wiemy, że z nieobecnymi Arjenem Robbenem, Franckiem Ribérym oraz Davidem Alabą monachijczycy dryblowaliby ze skutecznością o kilkaset procent wyższą? A można przecież posunąć się jeszcze dalej i wyobrazić sobie analogiczne straty u Katalończyków, czyli rozłożonych przez kontuzje Leo Messiego, Neymara i Daniego Alvesa... Doprawdy, wciąż nie doceniamy wpływu przypadku na wynik.

Bezradność monachijczyków w rewanżu, a także uporczywe trzymanie się skrajnie wysokiej defensywy – w zderzeniu z Barceloną w najnowszym wydaniu samobójcze – przypomniała mi jednak, że ich ukryty kryzys ciągnie się od miesięcy. Podstawowe dane, obejmujące mecze szczególnie wymagające, są dla Bayernu bezlitosne. Brutalne.

W bieżącym roku kalendarzowym nie wygrał ani jednego wyjazdu w Lidze Mistrzów – 0:0 z Szachtarem, 1:3 z Porto, 0:3 z Barceloną.

Nie wygrał też ani jednego meczu z czołówką Bundesligi – 1:4 z Wolfsburgiem, 0:2 z Mönchengladbach, 0:2 z Bayerem Leverkusen, 0:1 z Augsburgiem, 1:1 z Schalke.

Nie wygrał wreszcie żadnego ze szlagierów w krajowym Pucharze – ćwierćfinałowe 0:0 w Leverkusen (awans po karnych), półfinałowe 1:1 z Borussią Dortmund (odpadnięcie po karnych).

10 prób – okrągłe zero prób udanych. Degrengolada totalna. Nawet jeśli wykreślimy porażkę z Augsburgiem, która przytrafiła się Bayernowi już po zdobyciu tytułu, to lista wpadek wygląda przygnębiająco. „Wpadka” nie brzmi tu zresztą adekwatnie, tu już mamy do czynienia z regułą. I wczorajsze zwycięstwo niczego zmienia, po przerwie barcelończycy biegali po boisku wyraźnie odprężeni.

Kilkakrotnie pisałem, że za bezcenną, jedną z absolutnie kluczowych zalet trenera uważam elastyczność. Gotowość odejścia od własnych przekonań – także tych, którym zawdzięcza się sukces – gdy okoliczności stają się nadzwyczajne. Ta „nadzwyczajność” może mieć mnóstwo przejawów. Na przykład wykrwawiającą drużynę epidemię kontuzji (na Bayern spadły nieszczęścia wprost niewiarygodne, i nie były to urazy mięśniowe sugerujące niewłaściwie obciążenia w treningu). Albo zderzenie z rywalem o wyjątkowym stylu gry, ewentualnie wyjątkowym kunszcie solistów (chyba nigdy nie widziałem napadu o większej skali talentu niż w trójcy Messi - Suárez - Neymar). Albo zderzenie z rywalem, który znajduje się aktualnie w wyższej formie, może nawet mknie od meczu do meczu w uniesieniu (i musisz zachować pokorę).

Na wyzwanie katalońskie Guardiola zareagował trochę jak ślepy na rzeczywistość. Wiedzieliśmy, że swojej filozofii nie wyrzeka się nigdy – dotyka to chyba wszystkich ukąszonych przez cruyffizm – ale też nigdy wcześniej nie zdawał się aż takim fundamentalistą. Co zresztą czyni go postacią paradoksalną, wszak znamy go zarazem jako innowatora, trenera poszukującego, obsesyjnie polerującego swój styl gry i wynoszącego go na coraz wyższe stopnie wyrafinowania. Tkwi w nim i konserwatysta, i rewolucjonista.

Ambiwalencję czuję i ja, gdy usiłuję podsumować dokonania Guardioli w Bayernie. Nie umiem wymazać z pamięci kilku wieczorów, podczas których monachijczycy przemieszczali się boisku jak rój pszczół, w konfiguracjach nie do opisania cyfrowymi kodami najpopularniejszych systemów gry, i przesuwali piłkę w tempie redukującym przeciwnika do biernego obserwatora wydarzeń. To się przekładało na wyniki, wystarczy wspomnieć choćby jesienne 7:1 w Rzymie. Ale też nie przypomnę sobie wielkich, rozstrzygających o trofeach wieczorów, podczas których Bayern wypadłby zjawiskowo. Nie przypomnę sobie, bo ich nie było. Nie było meczu mitu założycielskiego ery Pepa.

Monachijczycy pod Guardiolą są zatem drużyną zdolną do podniebnych uniesień – pojedynczych meczów arcydzieł nie do zapomnienia – i morderczo regularnego zbierania ligowych punktów, ale też drużyną o szokująco wysokim odsetku niepowodzeń – lub niepełnych powodzeń – w meczach z rywalami bardzo silnymi. Zwłaszcza ich bezradność w 1:4 z Wolfsburgiem wciąż stoi mi przed oczami... Co oczywiście nie oznacza, że w następnym sezonie Bayern na szczyt LM jednak nie wskoczy.

Ale Guardiola popracuje pod presją, jakiej nie musiał znosić nigdy. W Barcelonie wyreżyserował debiutancki sezon marzeń, więc w każdym następnym miał przyjemne poczucie, iż nawet ewentualne porażki już jego pomnika nie obalą. W Monachium osiąga na razie co najwyżej minimum przyzwoitości. I ostatni rok kontraktu będzie wypełniał ze świadomością, że do galerii sław klubu może go doprowadzić jedynie triumf w Lidze Mistrzów. W tej konkurencji drugie miejsca nie istnieją.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi