Wpisy z tagiem: Bayern Monachium
niedziela, 20 maja 2012
U sportowców zazwyczaj cenimy pewność siebie, a Chelsea to triumfator pokorny, który i w półfinale, i w finale uznał rywali za zbyt mocnych, by powalić ich w otwartej walce. Przez ostatnie 300 minut Ligi Mistrzów piłkarze Roberto Di Matteo modlili się o przetrwanie. Czasownika „modlili się” używam świadomie, kiedy z rzutu karnego strzelają Messi albo Robben, to taktyką już niczego nie zwojujesz, bramkarz większy niż bramka też nie zawsze wystarczy, więc odwołujesz się do najwyższej instancji - futbolowego boga lub bogów, szczerze wyznaję, że w obsadzie tam na szczytach orientuję się słabo. Chętnie myślę o sobie jako chłodnym racjonaliście, ale doskonale rozumiem, dlaczego ludzie piłki są przesądni, i to nierzadko do absurdu. Ba, im więcej wieczorów jak dzisiejszy, tym prędzej tego zrozumienia mi przybywa. Zwierzałem się już na Twitterze, że przeświadczenie o nieuchronności triumfu Chelsea prześladowało mnie od dawna, nie opuściło mnie po golu Muellera, nie odeszło po objęciu przez Bayern prowadzeniu w rzutach karnych. Prześladowało mnie, bo cała wiosna przebiegała tak, jakby siły wyższe postanowiły wynagrodzić londyńczykom wszystkie krzywdy z sezonów minionych. Wielokrotnie przywoływałem na blogu długą listę drobniuteńkich, niewidocznych nieuzbrojonym okiem drobiażdżków, które dzieliły Chelsea od wielkich zwycięstw w Lidze Mistrzów. Jeśli nie wygrywała w najważniejszych momentach wtedy, gdy była machiną do wygrywania, to także dlatego, że brakowało jej niezbędnego w sporcie łutu szczęścia. Tamte nieszczęśliwe incydenty były rozłożone w czasie, przeszkadzały na dystansie wielu lat. Incydenty szczęśliwe, które pomogły jej zwyciężyć teraz, gdy dawna machina do wygrywania rzęzi, różnią się od tamtych tym, że stłoczyły się w jednym sezonie. Owszem, trzeba docenić poświęcenie (kilkanaście zablokowanych strzałów w finale!) oraz taktyczną przebiegłość londyńczyków. Jak byśmy jej jednak nie doceniali, nie da się wyprzeć z pamięci, że w w 1/8 finału przepchnęli debiutujące w elicie Napoli dopiero w dogrywce; że w półfinale karnego zmarnował Leo Messi, który w tym sezonie ustanowił absolutny snajperski rekord wszech czasów; że Barcelona cztery razy (!) okładała piłką londyńskie słupki i poprzeczki; że do strzelenia jej trzech goli wystarczyły im trzy celne uderzenia; że w finale karnego zmarnował Robben; że wyrównującą bramkę Didier Drogba zdobył po pierwszym w meczu rzucie rożnym. I wreszcie ta niesamowita seria jedenastek, w której najpierw prowadzenie objęli monachijczycy... Nic dziwnego, że Gary Neville w telewizji Sky Sports wrzeszczał po rozstrzygającym kopie Drogby, że to „wszystko było zapisane w gwiazdach”. Pewnie wypadałoby postękać, że Liga Mistrzów wyłoniła najsłabszego zwycięzcę od lat, tę opinię trudną byłoby podważyć sensowną argumentacją. Ale w futbolu liczą się trofea, cała reszta to publicystyka, może co najwyżej pocieszać przegranych. Zanim pomarudzimy, podziwiajmy Drogbę, atletę monumentalnego. Podziwiajmy Obi Mikela, cichego bohatera wieczóru. I Petra Cecha, być może najlepszego gracza całej edycji Ligi Mistrzów. Przegrywali wtedy, gdy na triumfy „zasłużyli”, to wygrali wtedy, gdy „nie zasłużyli”. Tak, bogowie futbolu muszą być szaleni.
sobota, 19 maja 2012
Obsadę ostateczne starcie w Lidze Mistrzów ma zdumiewającą. I dla gospodarzy z Monachium, i dla piłkarzy z Londynu jest ostatnią nadzieją na ocalenie sezonu. Zwieńczenie najważniejszych europejskich rozgrywek szlagierem El Clasico wydawało się nieuniknione, prognozowali je niemal wszyscy, od zaangażowanych emocjonalnie ekspertów po chłodno analizujących bukmacherów. Ale półfinały przebiegały sensacyjnie. Real Madryt został pobity przez Bayern po rzutach karnych, Barcelonę zatrzymała Chelsea. Najradykalniejsi w opiniach powiedzą, iż tegoroczna edycja Champions League wyłoniła finalistów skandalicznie wątłych, może wręcz niegodnych meczu o Puchar Europy. I to nie tylko dlatego, że obaj się wykrwawili - zdyskwalifikowani za kartki są David Alaba, Holger Badstuber, Luiz Gustavo (Bayern) oraz John Terry, Branislav Ivanovic, Raul Meireles, Ramires (Chelsea). Powątpiewać w ich klasę pomaga przede wszystkim chwiejna, znaczona bezlikiem wpadek forma oraz kiepskie wyniki w rozgrywkach krajowych. Londyńczycy skończyli ligę angielską na szóstym miejscu, więc mogą przelicytować wyczyn Liverpoolu, który w 2005 roku triumfował na kontynencie po zajęciu pozycji piątej w Premier League. Monachijczycy natomiast po raz drugi z rzędu oddali tytuł w Bundeslidze (co nie przytrafiło im się od połowy lat 90.), by następnie pozwolić się zrównać z murawą w finale Pucharu Niemiec. W obu przypadkach przećwiczyła ich Borussia Dortmund, której cała podstawowa jedenastka kosztowała mniej niż dowolny z najdroższych gwiazdorów Bayernu. Te wszystkie niepowodzenia sprawiają, że dla każdego z finalistów dzisiejsza porażka byłaby trudna do zniesienia. Monachijczycy w kolejnych w tym sezonie rozgrywkach utknęliby tuż przed samym szczytem, a właściciel londyńczyków Roman Abramowicz, opętany marzeniem o triumfie w LM, musiałby się pogodzić z sezonem (2012/2013), w którym jego drużyna w ogóle nie zostałaby do LM zaproszona. Czekałby ją czyściec Ligi Europejskiej. Dla potęg o wielkich aspiracjach opisane okoliczności oznaczają jedno - kryzys. Chelsea pozostaje ostatnią z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Wszystkie superdrużyny - od Realu i Barcelony po Milan i Manchester Utd - już je wzięły, londyńczycy mieli go w najlepszym razie na wyciągnięcie nóg. W 2005 roku odpadli w półfinale po klinczu z Liverpoolem, który przyniósł ledwie jednego gola, w dodatku uznanego niesłusznie. W półfinale 2007 r. - po remisie w dwumeczu z Liverpoolem i serii jedenastek; w finale 2008 r. - po remisie z Manchesterem i pudle z rzutu karnego Johna Terry'ego, który się przed strzałem pośliznął; w półfinale 2009 r. - po dwóch remisach z Barcą, sędziowskich kontrowersjach i golu straconym w doliczonym czasie gry. Właściwie ani razu nie przegrali, a jednak za każdym razem przegrywali. Gdybyśmy sporządzili ranking najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie zdobyli międzynarodowego trofeum klubowego, na jej szczycie stłoczyliby się bohaterowie Chelsea. Żadnego nie wzniósł John Terry, od sezonów należący do światowej czołówki środkowych obrońców, z finału wykluczony po szalonym wybryku w rewanżu z Barceloną (kopnął przeciwnika bez piłki). Nie wzniósł trofeum Frank Lampard, przez wiele sezonów sławiony jako wybitny pomocnik. Ani Didier Drogba, nienasycony snajper wagi superciężkiej. Ani Fernando Torres, przed wielomiesięczną zapaścią również snajper zabójczy. Jeszcze tylko jeden w Europie napastnik o porównywalnej reputacji - Zlatan Ibrahimović - też zwyciężał wyłącznie w rozgrywkach krajowych. Wymienieni to giganci wybierani w plebiscytach FIFA oraz „France Football” na najlepszych graczy na planecie. A przecież można w drużynie wskazać jeszcze innych tęskniących za ponadlokalnymi triumfami - rzadziej spoglądających z billboardów, lecz niedoścignionych w wypełnianiu zadań boiskowych. Jak bramkarz Petr Czech, lewy obrońca Ashley Cole, niezmordowany przed kontuzją pomocnik Michael Essien. Tak wielu tak wielkich, którzy wygrali tak niewiele, znajdziemy jeszcze chyba tylko w Monachium. O ile w rezerwie Chelsea siedzi Paulo Ferreira, który zwyciężył w LM w barwach innej drużyny, a wspomniany Torres ozłocił się przynajmniej w reprezentacji Hiszpanii, to w szatni Bayernu nie znajdziecie nikogo, kto wygrałby międzynarodowo cokolwiek. A wielu również trofeów już niemal dotykało. Zjawiskowi skrzydłowi Franck Ribery (Francja) i Arjen Robben (Holandia) ponosili porażki w finałach mundiali. Niemieckie gwiazdy Philipp Lahm, Bastian Schweinsteiger czy Gomez zakładali medale nie tylko na mistrzostwach świata, ale i na mistrzostwach Europy, ale nie złote. No i wszyscy wymienieni opuścili głowy po finale Champions League w 2010 roku... Tak, to będzie finał drużyn, którym zagląda w oczy kryzys, ale też wspaniałych atletów, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Zdeterminowanych tym bardziej, że nokautujące ciosy wielokrotnie kładły ich wtedy, gdy byli tuż przy celu. Finał powinien być wyładowany atrakcjami, bo dyskwalifikacje uziemiły głównie graczy defensywnych, a ci, którzy mogliby ich znakomicie zastąpić, zwłaszcza w Chelsea, wybiegną na boisko niedoleczeni. Nawet londyńczycy, tworzący najbardziej posiniaczoną drużynę nowożytnej ery w Champions League, wreszcie mają prawo do optymizmu. Mogą zakładać, że najwyższą barierę już sforsowali, że skoro uporali się z Barceloną, to nie ma powodu obawiać się Bayernu. Paradoks polega na tym, że również monachijczycy - po powaleniu bijącego strzeleckie rekordy wszech czasów Realu - mogą sądzić, iż zanosi się dzisiaj na wieczór lżejszy niż półfinałowe. Taki urok finałów sensacyjnych.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Leo Messi strzelił w bieżącym sezonie klubowym 63 gole, Cristiano Ronaldo - 56. Obaj ścigali się w tempie w futbolu niespotykanym, nigdy wcześniej nie podziwialiśmy duetu snajperów, którzy tak uciekliby całej konkurencji. Aż nadeszły półfinały Champions League. Pudło Argentyńczyka o tyle dało się (z trudem) zrozumieć, że on, pomimo swojej niewątpliwej wirtuozerii, bezbłędny w kopaniu z jedenastu metrów nigdy nie był, w Barcelonie zmarnował osiem z 33 prób. Ale Portugalczyk?! Ten cyborgowaty kiler, który nie chybił z żadnego z ostatnich 25 rzutów karnych? Wpadki obu goleadorów trochę ich uczłowieczyły, a Barcelonę i Real Madryt wpadki trochę upodobniły do innych drużyn. I ani myślę używać słowa mocniejszego niż właśnie „wpadka”, bo jeśli obaj potentaci zatrzymają aktualnych trenerów, to nie ma powodów oczekiwać - wbrew publicystycznej wygodzie - rychłego końca ery katalońskiej lub załamania się projektu madryckiego. Odkąd w rywalizację na hiszpańskim szczycie zaangażował się Jose Mourinho, rywalizacja ta przeniosła się na szczyt europejski - Barcelona wygrywała ze wszystkimi, a Real wygrywał ze wszystkimi poza Barceloną. Wygrywały z nieludzką regularnością, zazwyczaj urządzając sobie snajperską fiestę. Wyjąwszy El Clasico, portugalski trener firmował w Lidze Mistrzów 17 zwycięstw oraz trzy remisy, jego piłkarze w tych meczach natłukli 56 goli. Owszem, można paplać, że roznosił miernych rywali - może raczej: niezbyt renomowanych? - ale jeśli siłę drużyn będziemy mierzyć siłą ich przeciwników, to hegemonię Barcy i Realu zakwestionować jeszcze trudniej. Kiedy hiszpańsci giganci znęcali się bowiem nad rzekomymi miernotami, Manchesterowi United opierały się zespoły klasy Basel czy Benfiki, a Bayern odpadał z poprzedniej edycji Champions League już w 1/8 finału, po dwumeczu z kompletnie rozbebeszonym Interem, by w Bundeslidze przegrywać - notorycznie, cztery razy z rzędu! - z Borussią Dortmund, w której monachijski prezes w ogóle nie dostrzega graczy światowej klasy. Przytaknąć można mu o tyle, że w Bayernie zebrał kilku piłkarzy bezdyskusyjnie wybitnych, którzy jednak tworzą grupę równie wybitnie humorzastą i nieobliczalną. Rozrzut pomiędzy jej występami najsłabszymi a najlepszymi jest skandaliczny (wspomnijcie 0:1 i 7:0 z Basel czy kilka porażek w kraju), w Barcelonie czy Realu niespotykany. To też sprawia, że nie znajdziemy kryterium, wedle którego w sezonach minionym i trwającym nikt nie mógł - aż do teraz - się do hiszpańskich mistrzów porównywać. A kiedy już poległy, to po sprawdzeniu finiszu fotokomórką. Dotyczy to zwłaszcza piłkarzy z Madrytu, kierowanych przez specjalistę od półfinałowych dreszczowców - zazwyczaj albo je minimalnie wygrywa i zdobywa potem trofeum (2010, 2004), albo je minimalnie przegrywa (2005, 2007, 2012). Nawiasem mówiąc, jeśli dołożymy jeszcze porażkę z Barcą w roku 2011, bilans Mourinho urośnie do fenomenalnego - sześć półfinałów w ośmiu występach w Champions League! Nie wiem, w jakim stopniu na sensacyjne rozstrzygnięcia w bieżącej edycji wpłynęło nieszczęsne usytuowanie El Clasico pomiędzy półfinałami, niech decydują o tym specjaliści od wyrysowywania rzeczywistości alternatywnych. Wiem tylko, że skład finału nie tylko ze względu na pokiereszowane zawieszeniami za kartki kadry wygląda chyba najbardziej zdumiewająco od 2004 roku. Zmierzą się w nim szósta aktualnie drużyna ligi angielskiej, która w minionym sezonie była tej ligi tylko wicemistrzem, z drugą aktualnie drużyną ligi niemieckiej, która w minionym sezonie też była tylko trzecia. Mistrzów byłych albo przyszłych tu nie znajdziecie, co więcej, także w Champions League Bayern oraz Chelsea potykały się i w fazie grupowej, i w fazie pucharowej (4 porażki), a londyńczycy balansowali na krawędzi już w 1/8 finału, gdy dopiero w dogrywce powalili debiutantów z Napoli. Ocalili ich wówczas Terry, Lampard i Drogba. Wspaniali atleci, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Chelsea to ostatnia z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Ma go w dorobku tylko jeden jej gracz - Paulo Ferreira (w barwach innej drużyny), w szatni Bayernu takiego szczęśliwca nie znajdziecie. Czyli zamiast finału piłkarzy, którzy powygrywali już wszystko, mamy finał piłkarzy, którzy trofeum za triumf w Lidze Mistrzów oglądali tylko z daleka.
wtorek, 17 kwietnia 2012
To najładniej uskrzydlona drużyna świata - Ribery z Robbenem oraz Lahm z Alabą tworzą kwartet unikalny na skalę europejską, wibrują i fantazyjnie, i skutecznie, obok wrażeń artystycznych regularnie dostarczają gole oraz asysty. Trzej pierwsi już dawno zapracowali na wspaniałą reputację, ostatni, 19-letni monachijski półwychowanek, od dawna pięknie się rozwijał, w Lidze Mistrzów debiutował już przed dwoma sezonami, a dziś śpiewająco zdał egzamin na najwyższym poziomie - w półfinale, w zderzeniu z Cristiano Ronaldo oraz najbardziej bramkostrzelną drużyną współczesnego futbolu. Gdy patrzę na bawarskie skrzydła, nie umiem wyjść ze zdumienia, że w ogóle zdarzają się mecze, w których nie wytrzepoczą one gola. I mam jeszcze więcej uznania dla piłkarzy Borussii, że znów zdołali wzlecieć wyżej od Bayernu w Bundeslidze. Po dzisiejszej porażce Realu w Monachium nadal sądzę, że wszystkie drogi w Champions League prowadzą do monachijskiego El Clasico i bezprecedensowych, wewnątrzhiszpańskich finałów w obu europejskich pucharach. To scenariusz najbardziej prawdopodobny, choć najbliższy weekend może wpłynąć na rywalizację Realu z Bayernem fundamentalnie. W minioną sobotę Lahm, czyli bohater ostatniej bawarskiej akcji, odpoczywał po rozegraniu 105 kolejnych (!) meczów Bundesligi. I to akurat on rozbłysnął na miarę zwycięstwa, gdy mecz się kończył - wydryblował swoją pierwszą asystę w bieżącej edycji Ligi Mistrzów. Ba, pierwszą w tych rozgrywkach od wiosny 2010 roku, co jak na bocznego obrońcę o jego renomie jest statystyką niemal szokującą. Teraz monachijczycy, pogodzeni z porażką w mistrzostwach kraju, znów mogą cały tydzień ładować energię, by w Madrycie wtargnąć na boisku z mocnym postanowieniem zrycia murawy do gołej ziemi. A Real pojedzie na Camp Nou bronić czteropunktowej przewagi nad Barceloną. Tego stadionu nie sposób opuszczać bez zadraśnięcia, raczej należy się spodziewać, że piłkarze Jose Mourinho wyjadą stamtąd wytarmoszeni fizycznie i psychicznie. Zresztą usposobienie, jakie dziś zademonstrowali, nakazuje oczekiwać, że znów będzie ostro. Portugalczyka dzieli naprawdę niewiele, by przeżyć dekadę, jakiej nie przeżył żaden trener w historii futbolu - ozdobioną zdobyciem Pucharu Europy z trzema kompletnie odmiennymi klubami oraz mistrzostwa czterech różnych krajów, a także powstrzymaniem rywala obwoływanego drużyną wszech czasów. Ale jego gwiazdy ostatnio nieco przygasły. Na tyle, by zacząć uznawać za realne, że mecze z Bayernem, Barceloną oraz w Bilbao zamienią bieżący sezon w pierwszym w pełni przepracowanym w jego karierze, w którym nie wziął żadnego trofeum. Roztrwonienia dziesięciopunktowej przewagi w lidze nad Barceloną Madryt mu nie przebaczy. Wtedy też Mourinho by przeszedł do historii.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Monachijczycy desperacko chwytają się ostatniej szansy na ocalenie sezonu, rywale z Madrytu chcą odwetu za blisko dekadę, w której Liga Mistrzów przynosiła im upokorzenia. Kolosami obaj przeciwnicy są od zawsze, czyli odkąd istnieją międzynarodowe rozgrywki klubowe. Real z dziewięcioma zdobytymi Pucharami Europy króluje w klasyfikacji wszech czasów, ponadto trzykrotnie przegrywał dopiero w finale. Bayern ma w dorobku cztery najcenniejsze na kontynencie trofea, w finale też przegrywał czterokrotnie. Jeśli przejrzymy jeszcze mniej prestiżowe, nieistniejące już Puchar UEFA i Puchar Zdobywców Pucharów, to okaże się, że przez półwiecze z okładem tej międzynarodowej zabawy nie zdarzyły się dłuższe okresy, w których ani klub z Madrytu, ani monachijczycy nie docierali do finałowych kulminacji. Ale ostatnio ich fani wiele frajdy nie mieli. Bayern przez przeszło dekadę ledwie raz doczłapał do finału Champions League, a w rodzimej Bundeslidze właśnie musi pogodzić się z tym, że panowanie utrzyma znacznie uboższa Borussia. Dwusezonowej podrzędności nie musieli znosić Bawarczycy od połowy lat 90., więc prezesowi Uli Hoenessowi pozostaje tylko pusta sofistyka – wmawianie publice, że wśród dortmundczyków nie widzi graczy światowej klasy, lecz wyłącznie głodnych sukcesu. W Madrycie wierzą, że piłkarze, choć zgubili kilka punktów i przewagę nad Barceloną zredukowali do skromnych czterech, prymat krajowy zaraz odzyskają. Ale Liga Mistrzów to wciąż krwawiąca rana. Przez sześć edycji Real odpadał, m.in. po dwumeczach z Lyonem czy AS Romą, jeszcze przed ćwierćfinałami, do których umiały dopchać się w tym okresie drugorzędne Benfica Lizbona, Fenerbahce Stambuł czy CSKA Moskwa. A kiedy wreszcie wylądował na tych mentalnych zgliszczach José Mourinho i zdołał nowym podwładnym przywrócić równowagę, to w półfinale poniósł porażkę szczególnie przykrą – z Barceloną, późniejszą triumfatorką, dziś broniącą trofeum. Czas rewanżu ma nadejść w finale. Do jakiegokolwiek kraju by spojrzeć, eksperci zgodnie widzą w katalońsko-madryckim duecie bezapelacyjnie najmocniejsze drużyny świata. Na boisku prowadzą je toczący swój osobny, prywatny pojedynek Leo Messi (63 gole w sezonie klubowym) oraz Cristiano Ronaldo (53 gole) – pojedynek podniebny, historia futbolu takiego nie widziała, ozdabiany seryjnie padającymi snajperskimi rekordami. A przy boisku stoją najbardziej pożądani trenerzy – nieustannie usiłujący udoskonalać doskonałe Josep Guardiola oraz gwałtowny, charyzmatyczny Mourinho, z którego Machiavelli byłby dumny. Obaj kierują niezniszczalnymi machinami do wygrywania, w lidze hiszpańskiej trzecia Valencia – w czwartek powalczy o finał Ligi Europejskiej – traci do barcelońskiego wicelidera 29 punktów. W Lidze Mistrzów też rozgniatają przeciwnika za przeciwnikiem. Bawarczycy nie powinni sugerować się tym, że piłkarze Realu w meczach krajowych często wyglądają początkowo na roztargnionych i zdezorganizowanych na tyłach, przez co podejrzanie łatwo tracą gole i skazują się na konieczność odrabiania strat. Kiedy bowiem wychyną poza rodzime rozgrywki, ich pole karne staje się wprost nietykalne. W bieżącej edycji LM pozwolili się ugodzić w trzem zespołom – Dinamu Zagrzeb przy prowadzeniu 6:0 (wcześniej zagwarantowali sobie wyjście z grupy), APOEL-owi przy prowadzeniu 5:0 w dwumeczu (cały wygrali 8:2), CSKA przy satysfakcjonującym, wyjazdowym 1:0. Słowem, znaczenie mogła mieć tylko ostatnia bramka – zdobyta w 93. minucie, po ostatnim dotknięciu piłki tamtego wieczoru. A sami strzelają „Królewscy” pasjami. Bayern musi grać ostrożnie i nacierać, by uniknąć budowanych w tempie sprinterskim kontrataków, i bronić, by unikać fauli skutkujących rzutami wolnymi. Ronaldo nie umiał się wstrzelić miesiącami, ale jak już się wstrzelił, to potężnym kopnięciom nieruchomej piłki zawdzięcza trzy z ostatnich pięciu goli. Inaczej niż w kraju powinien wyglądać Real, inaczej powinni wyglądać też gospodarze. Zademonstrują się w pełnym szyku, uzbrojeniu, zapale do walki. Monachijski prezes, wskazujący na imponującą determinację graczy Borussii, być może w istocie pił do swoich gwiazd. Humorzastych, niekoniecznie zawsze skłonnych do poświęceń, niezdolnych do wygrywania z madrycką regularnością. Zanim rozbili w 1/8 finału Basel 7:0, to w kiepskim stylu przegrali na wyjeździe. W walkę z Realem włożą jednak pełną energię, Arjen Robben – typ wybitnie chimeryczny, acz zarazem bajecznie błyskotliwy – przekonuje, że jeśli nie zagrają na 120 proc., nie mają czego w tym starciu szukać. Trener Jupp Heynckes chyba też tak uważa, w sobotę zrezygnował bowiem z pościgu za Borussią i w meczu z Mainz zostawił w rezerwie kluczowych Gómeza, Ribéry’ego, Kroosa, Luiza Gustavo i Lahma. To atut monachijczyków. Oni już Bundesligę ignorują, piłkarze z Madrytu nie mogą sobie na to pozwolić. O oszczędzaniu się nie ma mowy. Barcelona naciska, a półfinałowe dwumecze w LM przedzieli w sobotę wyniszczający fizycznie i psychicznie hit nad hitami – El Clásico. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||