Wpisy z tagiem: Bayern Monachium

niedziela, 02 kwietnia 2017

Niezmordowany napastnik Bayernu robi nam to, co przez lata wyczyniali Messi i Ronaldo. Tak zachwyca, tak naparza i tak bezlitośnie nie daje wytchnienia, że coraz trudniej napisać lub przeczytać o nim cokolwiek, od czego nie skonamy z nudów. Ja zostałem w pewnym sensie przymuszony – skutek, czyli cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

wtorek, 23 lutego 2016

Robert Lewandowski, Mario Mandzukic

Przeżył, a grał tak, jakby o niczym więcej nie marzył. W 1/8 finału Ligi Mistrzów piłkarze z Turynu zremisowali dzisiaj z Bayernem 2:2.

Jeśli zgodzimy się, że klasyczny środkowy napastnik potrzebuje podań jak tlenu, to turyńczycy postanowili wczoraj Roberta Lewandowskiego udusić.

Przed przerwą Polak musiał znieść aż dwa blisko dziesięciominutowe okresy bez kontaktu z piłką. A gdyby najpierw sam nie odebrał jej przeciwnikowi, to po raz pierwszy dotknąłby jej po blisko kwadransie.

Gospodarze nie biegali jak opętani, przeciwnie, stali blisko siebie i poruszali się metodycznie, by miażdżącą przewagę Bayernu zamienić w jałową zabawę. Oni opanowali tę sztukę doskonalej niż ktokolwiek, z kim monachijczycy mierzyli się w tym sezonie. Goście trzymali piłkę niemal bez przerwy, można powiedzieć, że grali z „dziadka”, ale Lewandowski nie mógł w niej uczestniczyć - zamknięty w środku razem z rywalami - jeśli nie uciekł na skrzydło. I przeżywał mecz dla siebie niezwykły. Jeśli nawet dopadł piłki, to albo pod presją źle przyjął, albo niecelnie podał, albo dopadał jej daleko od bramki Juve, gdzie trudno było wymyślić coś konstruktywnego. Musiał podołać zadaniu być może dla napastnika najtrudniejszemu - wycisnąć z tego minimum (gry) maksimum (efektu).

A ponieważ jest piłkarzem wybitnym, trochę wyciskał. Przed przerwą tylko dwa razy miał piłkę w polu karnym. I najpierw wyłożył ją (niedokładnie) Thomasowi Müllerowi - również mógł czuć się jak w klatce - ale ten spartaczył. A potem Polak uderzał celnie głową.

Nietypowo czuł się Lewandowski, nietypowo czuł się Juventus. Ilekroć przejmował piłkę na własnej połowie, utrzymywał ją może przez ułamek sekundy. Ilekroć przejął na połowie Bayernu, nie utrzymywał jej wcale. Ulegał pressingowi faworyta z bezradnością dla finalisty Ligi Mistrzów wręcz wstrząsającą. W Niemczech tak reagują na Bayern tylko przeciwnicy najbardziej potulni i zakompleksieni, z dołów tabeli.

Dlatego bardzo długo wszystko przebiegało w sposób do bólu przewidywalny. Juventus musiał paść i padł. Niewykrywalny napastnik Müller najbardziej niebezpieczny jest, gdy znika, więc on zadał pierwszy cios. A Arjen Robben zabija zazwyczaj wtedy, gdy zachowuje się jak wiedziony odruchem bezwarunkowym, więc on zadał - po arcytypowym dryblingu i arcytypowym strzale - drugi cios. 0:2. I chyba nawet turyńscy kibice poczuli, że sprawa została rozstrzygnięta, skoro jeszcze przed meczem Buffon szacował szanse na awans na 25 proc.

Trzy lata minęły od poprzedniego starcia Juve z Bayernem i pamiętnej tyrady ówczesnego trenera, rozgoryczonego Antonio Conte, który grzmiał, że „jeśli masz w portfelu 10 euro, to nie wejdziesz do restauracji, w której danie kosztuje 100 euro”. Niepowodzenie w LM tłumaczył nędznym budżetem, rzekomo uniemożliwiającym rzucenie wyzwania najpotężniejszym klubom na kontynencie. Od tamtej pory minęła jednak wieczność. Choć turyńczycy, wyniesieni na wyższy poziom przez Massimiliano Allegriego, wciąż wyraźnie ustępują faworytom finansowo, to w poprzedniej edycji zdołali pokonać m.in. Real Madryt i dotrwać do finału.

Przy Bayernie - osłabionym, bez zdemontowanej przez kontuzje obrony - znów jednak wyglądali jak zahukani prowincjusze. Nie wiadomo tylko, czy problem był mentalny, czy techniczny. Czy wyszli z szatni ze zbyt nisko pochylonymi głowami, czy po prostu na więcej nie było ich stać w sensie czysto piłkarskim. I musieli poczekać, aż rywal poczuje się zrelaksowany, by mieć szanse na atak.

Bo w sytuacji krytycznej nie tylko strzelili kontaktowego gola, nie tylko wyrównali, oni mogli wręcz wygrać. I to pomimo utraty Claudio Marchisio - uraz, nie wyszedł na drugą połowę - czyli piłkarza tyleż niedocenianego, co absolutnie kluczowego, łączącego w Juve defensywę z ofensywą.

Bayern znów okazał się wrażliwy na ciosy. On zaskakująco miernie wypada zwłaszcza na wyjazdach w LM - z ostatnich ośmiu wygrał ledwie dwa, w Pireusie i Zagrzebiu, uległ za to Manchesterowi City, Porto, Barcelonie i Arsenalowi, zremisował z Doniecku i wczoraj w Turynie. Ale u siebie potężnieje. W bieżącym i ubiegłym sezonie wyłącznie tam wygrywał. W stosunku 4:0, 5:1, 5:0, 3:2, 6:1, 7:0, 3:0, 2:0, 1:0. A teraz do awansu wystarczy mu nawet remis.

środa, 23 września 2015

Robert Lewandowski, Bayern, 5 goli

I co tu napisać po snajperskiej eksplozji w Monachium, gdy po zwojach mózgowych krążą wyłącznie myśli potargane, z internetów wylewa się raczej  ekstaza niż chłodne analizy, a żadne słowo nie wyrazi więcej niż zdjęcie osłupiałego Pepa Guardioli, któremu dotychczas tylko się zdawało, że przeżył już w futbolu wszystko?

Można zadumać się nad irracjonalnością kibicowskich reakcji. Zwróćcie uwagę, że hitem wieczoru było nie tyle pięć goli Roberta Lewandowskiego, ile fakt, że załadował je w mgnieniu oka. A właściwie w czymże „lepsze” jest pięć goli wbite w dziewięć minut od goli wbitych w 20 albo 45 minut? Czy bramki zyskują dzięki temu na urodzie, czy silniej wpływają na wynik, świadczą o jeszcze większym kunszcie snajpera?

Można też zauważyć, że Lewandowski szczerze nienawidzi – zupełnie jak, przepraszam za skojarzenie, Leo Messi – nawet incydentalnego osadzania go w rezerwie, jest drapieżnikiem maniakalnie żarłocznym, chce grać zawsze. Gdy w lutym został uziemiony przez Pepa Guardiolę w wyjazdowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Szachtarem (co Bayern przypłacił bezbramkowym remisem), to kilka dni później w Bundeslidze prędko wsunął dwa gole i sprawił, że trener publicznie go „przeprosił”, przyznając, iż popełnił selekcyjny błąd. Teraz teoretycznie był poważny powód, by kończyny Lewandowskiego oszczędzać – obolały po skręceniu staw skokowy – ale Polak najwyraźniej uważał inaczej.

Można przypomnieć, że nasz nadnapastnik nie śrubuje statystyk w byle meczach z byle kim – choć strzela zawsze i wszędzie – lecz z upodobaniem zasadza się na największe firmy i nadzwyczaj prestiżowe okazje. Realowi Madryt wbił już pięć goli, Bayernowi Monachium też pięć, Borussii Dortmund – trzy, Schalke – pięć, Bayerowi Leverkusen – dwa. A teraz przyłożył pięciokrotnie Wolfsburgowi, czyli aktualnemu wicemistrzowi kraju, który przed monachijczykami nie klęka – minionego wieczoru prowadził 1:0, w sierpniu triumfował w Superpucharze, w styczniu wygrał 4:1. Rozrabiał, dopóki za uszy nie wytargał go Lewandowski.

Można ogłosić, że Polak właśnie awansował do czołowej pięćdziesiątki najskuteczniejszych piłkarzy w dziejach Bundesligi (99 trafień, jedno dzieli go od trenera Lechii Gdańsk Thomasa von Heesena). Że wśród obcokrajowców ustępuje jedynie Ailtonowi (106), Chapuisat (106), Elberowi (133) i Pizarro (176). Że jeśli setce najlepszych strzelców rozgrywek zmierzyć średnią goli na mecz, to snajper Bayernu będzie wręcz piąty (!) w historii, jego wynik – 0,59 – jest niższy tylko od wyników Makaaya, Heynckesa (0,60), Hrubescha (0,61) oraz mitycznego Gerda Müllera (0,85).

Można też wyrazić przypuszczenie, że wszystkich niemieckich rekordów polski nadnapastnik nie pobije, i to wcale nie przez deficyt talentu. Licznik stanie, gdy do licytacji staną przeróżne Reale i Manchestery, klasę naszego piłkarza uwznioślą niezbędne dzisiaj dziesiątki – a może więcej? – milionów rzucone przez krezusów na transfer, a my zreflektujemy się, że choć Lewandowski nie jest najwybitniejszym polskim sportowcem w historii, to prawdopodobnie stał się, w wymiarze globalnym, najbardziej rozpoznawalnym.

Przede wszystkim jednak wypada zawyrokować, że w Monachium namalował sobie nasz piłkarz jeden z tych plakatów – plakatów ery nowoczesnej, zniewalających multimedialnie i widocznych z każdego skrawka planety – które wkrótce uczynią go twarzą Bayernu numer jeden. Kiedy ten klub wygrywał Ligę Mistrzów, to nie wiedzieliśmy, czyja gwiazda świeci najjaśniej, zasługi rozdzielaliśmy między kilku liderów, lansowany przez Bawarczyków na laureata Złotej Piłki Franck Ribery był marketingowym wyborem kontrowersyjnym, przez wielu kibiców kontestowanym. Konkurenci w rywalizacji o nagrodę mieli tę przewagę, że nikt nie wątpi(ł), że Real to Ronaldo, a Barcelona to Messi.

Lewandowski ma olbrzymią szansę ów egalitarny krajobraz odmienić. Zasłonić wszystkich. Nie tyle zostać najwybitniejszym graczem drużyny, ile jej najbardziej spektakularnym solistą. Do tego potrzeba właśnie widowisk nie z tej Ziemi, zapadających głęboko w pamięć pojedynczych meczów ikon, których nie zastąpi seria pośledniejszych obrazków, tak jak dwa „zwyczajne” hat-tricki nie zastąpią pięciobramkowej erupcji rozsadzającej ekrany przez 8 minut i 57 sekund. A jeśli Polak zdoła stać się – już się staje – twarzą monachijskiego klubu, to swojej marki nie będzie już upiększał sam, będą na nią w coraz większym stopniu pracować koledzy. Ewentualny triumf w Lidze Mistrzów uczyniłby wówczas Lewandowskiego naturalnym, promowanym przez cały Bayern pretendentem do Złotej Piłki.

czwartek, 03 września 2015

Opowieści o zrozpaczonych ludziach, którzy uciekają do Europy przed wojną i zbrodniczym barbarzyństwem, a także debatę o tym, co z nimi zrobić, śledzę z przejęciem. Mam wrażenie, że w XXI wieku na naszym kontynencie nie działo się nic bardziej doniosłego, istotnego dla jego przyszłości, zasadniczo sprawdzającego, jakie wartości uznajemy za ważne. Śledzę ją też ze smutkiem, bo my, Polacy, czyli naród uchodźców i katolików, w większości reagujemy na nieszczęśników nienawistnie, bezwzględnie, agresywnie. Miłosierdzie i solidarność cenimy, gdy sami przyjmujemy pomoc od krajów, w których żyje się lepiej – po awansie do grona społeczeństw stosunkowo bogatych i stabilnych priorytety się nam zmieniły.

Dlatego z zazdrością obserwowałem akcję kibiców Bundesligi, którzy w ostatniej kolejce serdecznie uchodźców witali, rozwieszając przyjazne transparenty (Borussia Dortmund 220 imigrantów zaprosiła nawet na mecz):

Bundesliga, uchodźcy, kibice

Z zazdrością oglądam też kampanię, w której uczestniczą reprezentanci Niemiec. Albo patrzę, jak Niemcy witają Syryjczyków:

Dzisiaj zaangażował się Bayern Monachium. Zorganizuje obozy treningowe dla najmłodszych uchodźców. Zaoferuje im lekcje niemieckiego, darmowe posiłki, sprzęt piłkarski. A w najbliższej kolejce ligowej każdy piłkarz wyjdzie na boisko z dwojgiem dzieci pod rękę – niemieckim oraz przyjezdnym. Monachijski klub przeznaczy też milion euro na inicjatywy związane z przyjmowaniem uciekinierów i integrowaniem ich ze społeczeństwem, które wybierze po konsultacjach z władzami Bawarii.

Suma nie robi wrażenia, ale liczy się przede wszystkim gest. Bayern to jeden z superklubów, globalnych futbolowych korporacji, które kojarzymy raczej z marketingowym pomnażaniem kupującej gadżety klienteli, które nie brzydzą się przyjmować brudnych sponsorskich pieniędzy, które wyrzucają pierdyliardy euro na transfery piłkarzy bez żadnych osiągnięć. Ważny akt społecznej odpowiedzialności. Owszem, przemyka mi przez głowę wstrętna myśl – aż się jej wstydzę – że intencją monachijczyków jest m.in. upiększanie wizerunku firmy. Ale zaraz przychodzi następna, bardziej posępna. Że gdyby podobną inicjatywę podjął polski klub, to wizerunkowo u Polaków niekoniecznie by zyskał.

środa, 13 maja 2015

Blogowałem w czwartek, że obsobaczanie piłkarzy i trenerów, którzy w półfinałach Ligi Mistrzów zabawiają się już wręcz z przyzwyczajenia, sezon w sezon, uważam za absurdalne. Że Barcelona, Bayern i Real Madryt to drużyny przeżywające właśnie swoje belle époque, które od lat w kryzysy popadają wyłącznie w dyskusjach na internetowych forach, bo tam obowiązuje przeświadczenie, że pojedyncza przegrana oznacza zawalenie się świata.

Po 3:0 Barcelony nad Bayernem znów rozmyślałem bowiem przede wszystkim o tym, że w nowoczesnym futbolu czas płynie jak opętany – nieudane 90 minut gry może unieważnić wszystko, nad czym harowałeś – wysłuchując peanów! – miesiącami.

Tydzień temu Bayern i Barcelona frunęły wszak obok siebie, na pułapie niedostępnym dla 99,999 procent klubów świata. Rządziły w arcymocnych ligach krajowych, przymierzały się do półfinału arcyprestiżowej Champions League, trzymały w szatniach tłumy arcypiłkarzy. Ba, monachijczycy mieli niejaką przewagę – zagwarantowany już tytuł w Bundeslidze oraz trenera z większym nazwiskiem, charyzmą, doświadczeniem, dorobkiem. Godzilla kontra King Kong.

Natomiast przed wczorajszym rewanżem rywali dzieliła już przepaść. Bayernowi wypominaliśmy, że nie strzelił gola od haniebnych 360 minut, a Barcelonę sławiliśmy, że nie straciła go od imponujących 640 minut. Bayernowi wypominaliśmy najczarniejszą passę wyników od prehistorycznego roku 1991, a Barcelonę sławiliśmy za passę najjaśniejszą w historii – siedem kolejnych zwycięstw ze stosunkiem bramek 25-0. Z Bayernu co niecierpliwsi zaczęli przeganiać trenera Pepa Guardiolę, a prowadzącego Barcelonę Luisa Enrique zaczęto uświadamiać, jak niewiele dzieli go zdobycia potrójnej korony. Bayern przywiądł w komentarzach publicystów do drużyny bez przyszłości, Barcelona miała przyszłość u swoich stóp.

Patałachy kontra półbogowie. Czarna rozpacz kontra ekstaza.

Czy świat nie wydał werdyktu zbyt radykalnego? Czy naprawdę uprawniał do niego tamten przeklęty środowy wieczór na Camp Nou, podczas którego biła po oczach różnica wyrażona potem twardą statystyką – 28 wygranymi pojedynkami piłkarzy Barcelony wobec ledwie 3 wygranych pojedynków piłkarzy Bayernu? Czy nie powinniśmy jeszcze intensywniej wskazywać na okoliczności łagodzące, skoro wiemy, że z nieobecnymi Arjenem Robbenem, Franckiem Ribérym oraz Davidem Alabą monachijczycy dryblowaliby ze skutecznością o kilkaset procent wyższą? A można przecież posunąć się jeszcze dalej i wyobrazić sobie analogiczne straty u Katalończyków, czyli rozłożonych przez kontuzje Leo Messiego, Neymara i Daniego Alvesa... Doprawdy, wciąż nie doceniamy wpływu przypadku na wynik.

Bezradność monachijczyków w rewanżu, a także uporczywe trzymanie się skrajnie wysokiej defensywy – w zderzeniu z Barceloną w najnowszym wydaniu samobójcze – przypomniała mi jednak, że ich ukryty kryzys ciągnie się od miesięcy. Podstawowe dane, obejmujące mecze szczególnie wymagające, są dla Bayernu bezlitosne. Brutalne.

W bieżącym roku kalendarzowym nie wygrał ani jednego wyjazdu w Lidze Mistrzów – 0:0 z Szachtarem, 1:3 z Porto, 0:3 z Barceloną.

Nie wygrał też ani jednego meczu z czołówką Bundesligi – 1:4 z Wolfsburgiem, 0:2 z Mönchengladbach, 0:2 z Bayerem Leverkusen, 0:1 z Augsburgiem, 1:1 z Schalke.

Nie wygrał wreszcie żadnego ze szlagierów w krajowym Pucharze – ćwierćfinałowe 0:0 w Leverkusen (awans po karnych), półfinałowe 1:1 z Borussią Dortmund (odpadnięcie po karnych).

10 prób – okrągłe zero prób udanych. Degrengolada totalna. Nawet jeśli wykreślimy porażkę z Augsburgiem, która przytrafiła się Bayernowi już po zdobyciu tytułu, to lista wpadek wygląda przygnębiająco. „Wpadka” nie brzmi tu zresztą adekwatnie, tu już mamy do czynienia z regułą. I wczorajsze zwycięstwo niczego zmienia, po przerwie barcelończycy biegali po boisku wyraźnie odprężeni.

Kilkakrotnie pisałem, że za bezcenną, jedną z absolutnie kluczowych zalet trenera uważam elastyczność. Gotowość odejścia od własnych przekonań – także tych, którym zawdzięcza się sukces – gdy okoliczności stają się nadzwyczajne. Ta „nadzwyczajność” może mieć mnóstwo przejawów. Na przykład wykrwawiającą drużynę epidemię kontuzji (na Bayern spadły nieszczęścia wprost niewiarygodne, i nie były to urazy mięśniowe sugerujące niewłaściwie obciążenia w treningu). Albo zderzenie z rywalem o wyjątkowym stylu gry, ewentualnie wyjątkowym kunszcie solistów (chyba nigdy nie widziałem napadu o większej skali talentu niż w trójcy Messi - Suárez - Neymar). Albo zderzenie z rywalem, który znajduje się aktualnie w wyższej formie, może nawet mknie od meczu do meczu w uniesieniu (i musisz zachować pokorę).

Na wyzwanie katalońskie Guardiola zareagował trochę jak ślepy na rzeczywistość. Wiedzieliśmy, że swojej filozofii nie wyrzeka się nigdy – dotyka to chyba wszystkich ukąszonych przez cruyffizm – ale też nigdy wcześniej nie zdawał się aż takim fundamentalistą. Co zresztą czyni go postacią paradoksalną, wszak znamy go zarazem jako innowatora, trenera poszukującego, obsesyjnie polerującego swój styl gry i wynoszącego go na coraz wyższe stopnie wyrafinowania. Tkwi w nim i konserwatysta, i rewolucjonista.

Ambiwalencję czuję i ja, gdy usiłuję podsumować dokonania Guardioli w Bayernie. Nie umiem wymazać z pamięci kilku wieczorów, podczas których monachijczycy przemieszczali się boisku jak rój pszczół, w konfiguracjach nie do opisania cyfrowymi kodami najpopularniejszych systemów gry, i przesuwali piłkę w tempie redukującym przeciwnika do biernego obserwatora wydarzeń. To się przekładało na wyniki, wystarczy wspomnieć choćby jesienne 7:1 w Rzymie. Ale też nie przypomnę sobie wielkich, rozstrzygających o trofeach wieczorów, podczas których Bayern wypadłby zjawiskowo. Nie przypomnę sobie, bo ich nie było. Nie było meczu mitu założycielskiego ery Pepa.

Monachijczycy pod Guardiolą są zatem drużyną zdolną do podniebnych uniesień – pojedynczych meczów arcydzieł nie do zapomnienia – i morderczo regularnego zbierania ligowych punktów, ale też drużyną o szokująco wysokim odsetku niepowodzeń – lub niepełnych powodzeń – w meczach z rywalami bardzo silnymi. Zwłaszcza ich bezradność w 1:4 z Wolfsburgiem wciąż stoi mi przed oczami... Co oczywiście nie oznacza, że w następnym sezonie Bayern na szczyt LM jednak nie wskoczy.

Ale Guardiola popracuje pod presją, jakiej nie musiał znosić nigdy. W Barcelonie wyreżyserował debiutancki sezon marzeń, więc w każdym następnym miał przyjemne poczucie, iż nawet ewentualne porażki już jego pomnika nie obalą. W Monachium osiąga na razie co najwyżej minimum przyzwoitości. I ostatni rok kontraktu będzie wypełniał ze świadomością, że do galerii sław klubu może go doprowadzić jedynie triumf w Lidze Mistrzów. W tej konkurencji drugie miejsca nie istnieją.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Niemcy już obliczyli: od lat nie było bardziej pokiereszowanej drużyny w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Ale piłkarze z Monachium nie mogą płakać, muszą walczyć o ocalenie sezonu. Z Porto w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Dla potęgi o rozmiarach Bayernu wtorkowe wyzwanie wcale nie wygląda na misję niemożliwą. Owszem, przed tygodniem wypadli beznadziejnie, przegrali 1:3. Zdarza się każdemu. By wymazać tamtą wpadkę i awansować do półfinału, wystarczy strzelić dwa gole i żadnego nie stracić. Co to za sztuka dla piłkarzy, którzy w bieżącej edycji LM potrafili już dołożyć Romie 7:1 i Szachtarowi 7:0, czyli rywalom niekoniecznie słabszym od Porto? Którzy w Bundeslidze czasami rozbijają Hamburg 8:0, czasem Paderborn 6:0, a czasem Werder 6:0? Którzy we wszystkich rozgrywkach trwającego sezonu przeszło połowę meczów wygrali w stosunku wystarczającym dziś do wyeliminowania Portugalczyków? Którzy w przeciwieństwie do wszystkich poza Juventusem ćwierćfinalistów mają przyjemnie klarowną sytuację w kraju – mistrzostwa nie odbierze im już nikt?

Wszelkie uspokajające dane miałyby sens, gdyby Bayern nie był drużyną schorowaną. Schorowaną już przewlekle. I w sensie metaforycznym, i w sensie ścisłym.

W tym roku kalendarzowym monachijczycy nie zdołali pokonać ani jednego z czterech najsilniejszych rywali w Bundeslidze, a z Wolfsburgiem (1:4) i Borussią Mönchengladbach (0:2 u siebie) ponieśli bolesne klęski. Ilekroć natrafiają na twardszy opór, miękną – jak przed tygodniem w Porto, które zademonstrowało futbol przebiegły taktycznie – oparty na agresywnym pressingu na wrogiej połowie – i dojrzały. To drużyna notorycznie niedoceniana, a przecież właściwie zawsze tworzą ją piłkarze ze wspaniałą przyszłością. Zaraz zostaną wyeksportowani za dziesiątki milionów euro i będą stanowić o sile najpotężniejszych klubów. I tak właśnie wyglądali w meczu z Bayernem. Na świadomych swoich atutów, pozbawionych kompleksów, pewnie dążących do celu.

O chorobie toczącej Bayern świadczy też czwartkowa – szokująca – dymisja sztabu medycznego wraz jego szefem, 72-letnim ortopedą, prof. Hansem-Wilhelmem Müllerem-Wohlfahrtem. To chyba najsłynniejszy lekarz w futbolu, ikona klubu związana z nim od 1977 roku, do której pielgrzymują gracze z całego świata. Trener Pep Guardiola od dawna niespecjalnie mu jednak ufał – ściągniętego z Barcelony rozgrywającego Thiago Alcântarę wysyłał np. na leczenie do Katalonii – a teraz miał go obwinić o epidemię kontuzji w drużynie. I narzekać, że Müller-Wohlfahrt przesiaduje w monachijskim centrum chirurgii, a nie w ośrodku treningowym.

Nawał monachijskich nieszczęść to wielka tajemnica sezonu. Trudno podejrzewać, by odpowiadał za nią tak renomowany lekarz, ale też nie ma powodów, by podważać sposób prowadzenia drużyny przez Guardiolę – takiej plagi dotąd w karierze nie przeżył, graczom Bayernu dawał odpocząć, a jeśli mieliby oni cierpieć na skutek zmiany metod treningowych (na początku byli zdumieni, że ćwiczą wyłącznie z piłkami), to raczej w sezonie poprzednim, gdy ich organizmy dopiero się do nowego przyzwyczajały. W każdym razie urazy koszą Bayern równo z trawą. Niemcy obliczyli, że od 2010 r. nikt w szeroko pojętej europejskiej czołówce – wzięli pod uwagę 20 klubów z 5 krajów – nie miał tak pokiereszowanej kadry. W tym sezonie kontuzje ścięły 23,71 proc. meczowych „roboczogodzin” – tyle czasu piłkarze opuścili przez urazy. Więcej niż kiedykolwiek w Arsenalu – osławionym jako klub-szpital, w którym padają nawet najzdrowsi. W Monachium odsetek niedysponowanych w minionych latach wahał się od 9 do 14 proc.

Przed z rewanżem z Porto grypę wyleczył Bastian Schweinsteiger, ale ledwie zdążył wznowić treningi. Kostka nie przestała za to boleć Francka Ribéry’ego, co oznacza, że monachijczycy znów zagrają z oberżniętymi skrzydłami – kuruje się także Arjen Robben. A jeśli nawet piłkarze powoli wracają między żywych – choć nadal brakuje jeszcze m.in. Davida Alaby, Javiego Martíneza, Mehdiego Benatii – to są daleko od wysokiej formy lub/i męczą się z drobnymi dolegliwościami. Jak Philipp Lahm, również zagrypiony.

Za to piłkarze Porto przystąpią do gry w doskonałych nastrojach. Nieszczęścia ich omijają, sobotni mecz w krajowej lidze wygrali bez dziewięciu ludzi z podstawowej jedenastki – wszystkich poza bramkarzem Fabiano i lewym obrońcą Alexem Sandro (dziś pauzuje za kartki, podobnie jak prawy defensor Danilo, za którego Real Madryt zapłaci 31,5 mln euro). Dlatego Guardiola powtarza, że minione miesiące były najtrudniejszymi w jego sportowej karierze. I przysięga, że wypełni wygasający w 2016 r. kontrakt.

A jeśli trener musi o tym mówić, to mamy wyraźny sygnał, że jego przyszłość staje się niepewna. I że Müller-Wohlfahrt może jeszcze do Bayernu wrócić.

środa, 15 kwietnia 2015

Piłkarze z Monachium przegrali w Porto 1:3. Czy w drugim sezonie trenera Pepa Guardioli Liga Mistrzów znów zakończy się dla nich traumą? I to jeszcze wcześniej niż przed rokiem, bo już w ćwierćfinale?

Niemieccy kibice osłupieli wczoraj co najmniej dwukrotnie. Rano usłyszeli, że Borussię porzuci po sezonie Jürgen Klopp, jej władca absolutny traktowany w Dortmundzie jak półbóg. A wieczorem zobaczyli, jak gwiazdy Bayernu popadają we wtórny analfabetyzm i po dziesięciu minutach meczu w Porto przegrywają 0:2. Przegrywają, bo kardynalne błędy pod własną bramką popełnili – precyzyjniej: podarowywali rywalom piłkę – Xabi Alonso oraz Dante. By oddać honory gospodarzom: tak, mieli klarowny taktyczny plan, naskoczyli na Bayern agresywnym, wysokim pressingiem.

Pamiętacie minioną wiosnę, podczas której monachijczycy wiele tygodni przed ostatnią kolejką obronili tytuł w Bundeslidze i potem wydawali się nazbyt odprężeni, może wręcz uśpieni, by podjąć walkę z Realem Madryt? Ulegli w półfinałowym dwumeczu 0:5 i odpadli z Ligi Mistrzów w szokującym stylu. Szokującym zwłaszcza dla wszystkich, dla których zatrudnienie Guardioli gwarantowało bardzo wysoko ulokowane minimum przyzwoitości. I drużynę już wcześniej wszechzwycięską – potrójna korona w reżyserii trenera Juppa Heynckesa AD 2013 – miało przeobrazić w niedościgniony ideał.

Nikt wówczas nie przeczuwał nadciągającej katastrofy, podobnie jak teraz nikt nie ogłaszał alarmu, choć można by się upierać, że piłkarze Bayernu przechodzą, by tak rzec, ukryty kryzys od początku 2015 r. Przewagę w krajowej lidze wypracowali miażdżącą, więc opinia publiczna raczej ignoruje niepokojące symptomy, które pojawiają się w każdym, co do jednego meczu z wymagającym przeciwnikiem. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie zderzenia ze ścisłą czołówką Bundesligi. Wolfsburg? 1:4, jedna z zaledwie kilku tak bolesnych klęsk w całej karierze Guardioli. Borussia Mönchengladbach? 0:2 na własnym stadionie. Bayer Leverkusen? 0:0 po 120 minutach walki w krajowym pucharze, gdy to raczej rywale zasługiwali na zwycięstwo. Schalke? 1:1, znów u siebie. Cztery poważne wyzwania, żadnego zwycięstwa. A wczoraj w Porto przyszła piąta wpadka.

Okoliczności są naturalnie zupełnie inne niż poprzedniej wiosny. Kontuzje skosiły cały tłum absolutnie kluczowych graczy – wszyscy mogliby wczoraj wystąpić w podstawowym składzie: Arjen Robben, Franck Ribery, Martinez, Bastian Schweinsteiger, David Alaba, Mehdi Benatia – co nie tylko odebrało drużynie mnóstwo sportowych kompetencji, ale jeszcze zmusiło trenera do drastycznego zmodyfikowania stylu gry.

Drastycznego zwłaszcza dla Guardioli. Oto piewca futbolu wyrafinowanego – pragnący dezorientować przeciwników nieustającą, totalną wymiennością pozycji – postanowił przedostawanie się pod wrogą bramkę uprościć, czyniąc wyraźnym punktem odniesienia Roberta Lewandowskiego. Jego decyzję przyjęto ze zrozumieniem (do listy chorych należy dopisać Philippa Lahma i Thiago Alcantarę, którzy ledwie wrócili na boisko), ale ta wyrozumiałość nie czyniła Bayernu bardziej odpornym na niebezpieczeństwa. Owszem, nowoczesna piłka na najwyższym poziomie wymaga perfekcyjnej organizacji i mądrej wizji gry, by uniezależnić się od jednostek, z oczywistych względów narażonych na rozmaite wypadki. To uniezależnienie się ma jednak swoje granice. Kiedy stracisz zbyt wielu ludzi, z którymi miesiącami wytrenowujesz – także podczas meczów – odpowiednie boiskowe odruchy, to cały system bierze w łeb. Czy gdyby Barcelona przyleciała wczoraj do Paryża bez Messiego, Neymara, Busquetsa, Mascherano, Pique i Alby, to zwyciężyłaby 3:1?

Na początku meczu w Porto piłkarze Bayernu podawali chwilami tak skandalicznie niecelnie – również nienaciskani – że można było ich podejrzewać o roztargnienie, niegodną Ligi Mistrzów słabość mentalną. Ale nie dowiemy się, czy pogorszenie ich czasu reakcji, orientacji i koncentracji nie wynikało aby z tego, że generalnie grało im się źle. Bo naprawdę rzadko im zdarzało się atakować płynnie. To nie była drużyna Guardioli. Pozostaje pytanie, czy dlatego, że zawalił on, czy dlatego, że po raz pierwszy w karierze spadło na niego tyle kadrowych nieszczęść.

sobota, 29 listopada 2014

Cristiano Ronaldo, Manuel Neuer, King Kong. Godzilla

Zwierzałem się parę chwil temu na Twitterze, że od tygodni hamletyzuję, nie umiem sam ze sobą ustalić, czy najlepszy był w roku 2014 portugalski superbohater z Madrytu, czy jednak niemiecki superbohater z Monachium. Ilekroć oglądam Real, życzę Złotej Piłki Cristiano Ronaldo. A ilekroć wpadnie mi w oko Bayern, zaczynam mimowolnie sprzyjać Manuelowi Neuerowi. Znane zjawisko – czytasz Lema, to myślisz, że najfajniej po polsku pisał Lem, zajrzysz do Gombrowicza, to nie masz wątpliwości, że Gombrowicz.

Dzisiaj obaj giganci futbolu bawili się jak zwykle. Portugalski atakujący wprawdzie wyjątkowo nie wbił gola, ale przy obu strzelonych Maladze asystował (i doścignął pod tym względem ligowego lidera Koke). A niemiecki bramkarz wykonał więcej podań niż jakikolwiek piłkarz Herthy, tradycyjnie też brykał sobie poza polem karnym, czasami seryjnie główkując.

Za oboma przemawiają arcymocne argumenty. Kto uważa, że naczelnym kryterium przy wybieraniu najlepszych jednostek powinny być zdobywane grupowo najcenniejsze trofea, ten ma triumf w Lidze Mistrzów Ronaldo kontra złoto mundialu Neuera. A kto lubi analizować „indywidualne” statystyki, ten ma 20 goli strzelonych w 12 meczach ligi hiszpańskiej kontra 1 gol puszczony w ostatnich 1018 minutach (blisko 17 godzin!) gry w Bundeslidze. To oczywiście liczby najświeższe, mógłbym rozsypać mnóstwo innych – ale mi się nie chce, właściwie to mnie już nużą, marzę o tygodniu w piłce nożnej, podczas którego nikt nie pobije żadnego rekordu.

I niestety, są te liczby również nieporównywalne. Wyczyny obu opisują dane wprost absurdalnie imponujące, ale nie istnieje – a może coś przegapiłem? – metoda pozwalająca zmierzyć, które są imponują absurdalniej. Nie ustalimy, czy bardziej potęgą są Himalaje, czy Ocean Spokojny. Czy genialniejszy był Mozart, czy Michał Anioł. Czy więcej nieba w gębie daje chianti, czy kaczka po pekińsku.

Nawet w bezpośrednich starciach idealny remis. W Lidze Mistrzów upokarzający wieczór przeżył Neuer, gdy Bayern obrywał od Ronaldo i całego Realu 0:4. Na mundialu bezradnie szamotał się Ronaldo, gdy Portugalia obrywała 0:4 od Neuera i całych Niemiec. No nie da się, do cholery. Obaj reprezentują zbyt odmienne żywioły, by jakoś zapanować nad nimi naszymi nędznymi móżdżkami i je zhierarchizować.

Dlatego jedyne rozwiązanie widziałbym w rozdzieleniu plebiscytu FIFA na dwie kategorie – najlepszemu piłkarzowi wręczalibyśmy Złotą Piłkę, a najlepszemu bramkarzowi Złotą Rękawicę. Nie musielibyśmy wreszcie ślęczeć nad kwadraturą koła i badać, czy marniej w bieżącym roku grał Iker maślane ręce Casillas, czy Andrés Iniesta (tak, obu jacyś myśliciele nominowali). Uhonorowalibyśmy i superbramkarza, i supersnajpera. A także wylansowali na jaśniejsze gwiazdy bramkarzy, od zawsze dyskryminowanych – nagrodę „France Football” dostał jeden Lew Jaszyn, i to w czasach, gdy nad boiskami prawdopodobnie łopotały jeszcze pterodaktyle.

Aż podejrzane, że nikt na to nie wpadł, niucham antybramkarski spisek. W każdym razie dobrze, że nie muszę głosować. Zwycięzcę pojedynku Neuer – Ronaldo wyłoniłbym chyba w losowaniu.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kilkakrotnie już pisałem, że gdybym musiał wskazać tę jedną, kluczową cechę charakteru wybitnego trenera piłkarskiego, wskazałbym elastyczność. Gotowość do ewoluowania na dłuższym dystansie czasu, a także gotowość do nagłych wolt – przygotowywanych na konkretny mecz.

Carlo Ancelotti spektakularnie tę zaletę zademonstrował. Przez cały sezon przemodelowywał Real – madrytczycy mieli dyktować tempo gry i kontrolować piłkę, ich środek pola tworzą dwaj cofnięci rozgrywający i skrzydłowy – żeby w najważniejszym dwumeczu wyprawić drużynę na drugą – dla niektórych ciemną – stronę księżyca. Niech Bayern sobie składa podanie do podania, aż się nimi udławi, my magazynujemy energię, by eksplodować w pojedynczych akcjach. To był wybór nieoczywisty przede wszystkim w pierwszym półfinale, rozgrywanym na własnym stadionie. Nieoczywisty i doprowadzony do ekstremum, początkowo gospodarze oddali monachijczykom piłkę na ponad 70 proc. czasu gry.

Zadziałało fantastycznie, Real mógł natłuc goli na znacznie okazalszy wynik niż 1:0. A jeśli przeskanować pełne 180 minut dwumeczu, włączywszy dzisiejsze 4:0, to wyeksponował najbardziej naturalne predyspozycje drużyny – stworzoną do kontrataku czynią ją mistrzowie sprintu na skrzydłach, a stworzoną do stałych fragmentów gry mistrzowie powietrznej walki na środku defensywy. Nawiasem mówiąc, Sergio Ramos i Pepe wypełnili w tym sezonie lukę po duetach stoperów klasy Puyola i Pique, Vidicia i Ferdinanda, Carvalho i Terry’ego. Dawno nie podziwialiśmy tak pewnie broniącej pary.

Ancelotti wystawił zatem na półfinałową scenę wszystko to, co w Realu najlepsze, a zarazem przypomniał, że po sukces biegnie często sztafeta trenerów – jego ludzie wciąż ulegają odruchom wpojonym im przez José Mourinho, tak jak fundamenty wszechpotężnego Bayernu Juppa Heynckesa wylewał Louis van Gaal.

Obie potęgi, aktualna madrycka i zeszłosezonowa monachijska, były potężne wielowymiarowo, choć każda inaczej. Tymczasem Pep Guardiola wystawił w półfinale show jednowymiarowe. On oczywiście nikogo nie oszukał – pogląd na futbol ma utrwalony, przed podpisaniem kontraktu miesiącami wykładał swoje idee szefom Bayernu, a oni je kupili. Dlatego pojękiwania Franza Beckenbauera – „niedługo będą sobie podawać nawet na linii bramkowej” – nie miały sensu. Włączasz Milesa Davisa, nie spodziewaj się hardrocka. Zresztą przywiązanie do swojej koncepcji nie musi zawsze przywieść do klęski. Monachijczycy długo w tym sezonie wyglądali rewelacyjnie, i to niekoniecznie dlatego, że nie zderzyli się z Realem – poruszali się wówczas szybciej, podawali z werwą, nie byli rozczulająco bezbronni we własnym polu karnym. Grali zwyczajnie lepiej.

Im energiczniej Bayern z Realem sunęły od zwycięstwa do zwycięstwa, tym bardziej było jasne, że ktoś boleśnie upadnie. Wróć – nie boleśnie, a śmiertelnie. Gdyby nawet Ancelotti i Guardiola pracowali idealnie, to jeden musiał przegrać, a najbardziej utytułowani trenerzy (obaj dwukrotnie wygrywali Ligę Mistrzów) po zajęciu drugiego miejsca natychmiast zaczynają wyglądać na nieudaczników.

Guardiola nie zajął jednak ani „drugiego”, ani nawet „trzeciego” miejsca – jego piłkarze w półfinale zaserwowali fanom widowisko tak drastyczne, jakby chcieli sprowokować drastyczną reakcję władz klubu. Czy od dziś ich jedyną strategią defensywną naprawdę ma być sławne posiadanie piłki? Bo gdy ją tracili – także w najnowszych meczach Bundesligi – to tracili również jakiekolwiek rozeznanie, co powinni robić, by strat nie powiększyć. Sztywnieli.

Pozostaje pytanie, co się stało. Zdemotywowało ich – wytrąciło ze stanu pobudzenia, ważne mecze oddzielało od siebie zbyt wiele nieważnych etc – rekordowo szybkie zdobycie mistrzostwa Bundesligi, które miało dać pełen komfort przygotowań do świątecznych wieczorów w Champions League? A może, co byłoby wariantem najsmutniejszym, im dłużej manipulował przy drużynie niestrudzony innowator Guardiola, tym bardziej traciła ona moc z ery Heynckesa? A może nikt nie wykrzesałby z niej więcej, bo kilkunastomiesięczne wygrywanie wszystkiego i wszędzie wypala każdego i zwyczajnie uniemożliwia podjęcie walki z rywalem tak fantastycznie wyposażonym i zmotywowanym, jak obecny Real? Już mi się nie chce wracać do mantry o 24 latach bez ani jednej skutecznej obrony trofeum w Lidze Mistrzów…

Tak, monachijczycy jeszcze przed chwilą grali przytłaczająco znakomicie. Powtórzmy: różnica między Bayernem z wczoraj, a Bayernem z dziś, jest taka, jak między jego jesiennym 3:0 z Dortmundzie, a wiosennym 0:3 z Dortmundem u siebie. Otchłanna. Co rodzi kolejne fascynujące pytania, dotyczące także Roberta Lewandowskiego - jak zareaguje trener Guardiola.

PS Stałych i mniej stałych czytelników lojalnie uprzedzam, że trochę choruję, więc w najbliższym – być może dłuższym – czasie będę tu wpadał rzadko lub wcale.

wtorek, 25 marca 2014

Bayern Monachium, Pep Guardiola

Zima ledwie odeszła, ćwierćfinały Ligi Mistrzów dopiero przyjdą, a piłkarze z Monachium już obronili mistrzostwo Niemiec. I tworzą zjawisko w najsilniejszych rozgrywkach niespotykane.

Nie zaznał takiego poczucia bezsilności, kto nie grał w Bundeslidze. Bayern chwycił rywali za gardła w listopadzie 2012 r. i od tamtej pory nie zwalnia uścisku. 52 mecze bez porażki, ledwie sześć wpadek remisowych – wszystkie na 1:1 – które nikną w pamięci jako nieistotne skutki króciutkich chwil roztargnienia. Jeśli monachijczycy utrzymają tempo do końca sezonu, zostaną pierwszymi w dziejach Bundesligi mistrzami niezwyciężonymi – od inauguracyjnej do ostatniej kolejki.

Owszem, podziwiała swoich „Niezwyciężonych” liga angielska – w sezonie 2003/04 – ale nawet tamtemu Arsenalowi usiłowały opierać się Chelsea i Manchester Utd., tytuł wzięli londyńczycy dopiero pod koniec kwietnia.

Owszem, potrafiły odlatywać w inny wymiar wszechwładne w lidze hiszpańskiej Barcelona czy Real Madryt, ale one przynajmniej nie rozbrajają najgroźniejszego przeciwnika tak, jak Bayern rozbroił dortmundzką Borussię – po odebraniu Mario Götzego odbierze Roberta Lewandowskiego, nastąpi ostateczny demontaż ataku na miarę sensacyjnego awansu do finału poprzedniej Champions League.

Owszem, rozzuchwalił się w lidze włoskiej pędzący po trzeci z rzędu tytuł Juventus, ale turyńczycy przynajmniej nie bombardują muraw golami przy jednoczesnym zredukowaniu strat własnych do niedostrzegalnego minimum. Tymczasem Bayern utrzymuje tempo na setkę bramek w sezonie, a traci ich tak niewiele, że defensywną skutecznością może się z nim równać tylko jedna współczesna drużyna klubowa – Chelsea z sezonu 2004/05. Chelsea, która jednak sama strzelała znacznie rzadziej.

Monachijczycy – a wraz z nimi Bundesliga – tworzą zjawisko w nowożytnym futbolu na najwyższym poziomie absolutnie bezprecedensowe. Oni defilują, reszta rozstępuje się, tworzy szpaler, może tylko wyczekiwać, aż dyktatura rozpadnie się – albo przynajmniej popęka – od wewnątrz. Może pewnego dnia szatnię podtrują konflikty? Piłkarze się zestarzeją, stracą motywację, ewentualnie przestaną słuchać trenera Pepa Guardioli, który uzna, że nadszedł czas rozstania? Szefowie błędnie wyselekcjonują następców?

W każdym sukcesie tkwi już zalążek przyszłej klęski, zazwyczaj tym bardziej bolesnej, im większy był sukces – to jedyna nadzieja prowincji, czyli z perspektywy mistrza całej resztki niemieckiego futbolu. Na razie monachijczycy sprawują rządy brutalne, przepojone pychą i arogancją. Dyrektor sportowy Matthias Sammer diagnozuje, że wygrywają, ponieważ „trenują więcej i zawsze tak, jakby nie było jutra” – i wywołuje zrozumiałą wściekłość ligowych trenerów. A Guardiola na każdych zajęciach wykrzykuje jak mantrę: „Nie dajcie im czasu myśleć!”. Piłka ma się przesuwać tak szybko, by skołowany przeciwnik zataczał się przez pełne 90 minut, on jako trener też o to dba, nadając drużynie – już w minionym sezonie nieskazitelnej – nieskończoną elastyczność taktyczną. I publicznie zdumiewa się, jak prędko podwładni pojęli i przyswoili jego idee.

To trener wypoczęty, wyczyścił umysł podczas rocznych wakacji spędzonych w Nowym Jorku. Starannie dobrany również jako fachowiec stworzony do utrzymywania podwyższonej mobilizacji w szatni, którą miał prawo rozleniwić zeszłoroczny wyczyn – zdobycie potrójnej korony, pierwszej w historii Niemiec. W Monachium przyzwyczaili się, że jeśli Bayern w minionych latach przegrywał, to zazwyczaj ze sobą. Wybitnych piłkarzy kolekcjonował zawsze, ale często bardziej skupiali się oni na celebrowaniu zwycięstwa w poprzednim meczu, zamiast myśleć o zwycięstwie w następnym.

Świadomość przeorał im Jupp Heynckes, jego następca pobudza ich dalszym i nieustającym modyfikowaniem systemu gry. Pobudza także, jak mówi kapitan Philipp Lahm, intelektualnie. Nagrodą są nie tylko statystyczne rekordy, lecz przede wszystkim komfort przed decydującymi starciami w LM, jakiego nie zaznał jeszcze nikt – ligowe rozgrywki krajowe już odfajkowane, każdy mecz w europejskich można przygotowywać jak finał. A Barcelona, Real czy Chelsea wykrwawiają się w wojnach o każdy punkt, wszak na szczytach lig hiszpańskiej i angielskiej nieprawdopodobny ścisk.

Jeśli Bayern wypełni obie misje – sezon w Bundeslidze nieskażony porażką i triumf w LM – to pobije rekord czołowych lig należący do Milanu, który w latach 1991-93 był niepokonany we włoskiej Serie A w 58 meczach z rzędu, oraz wyrówna osiągnięcie tego samego Milanu, który jako ostatni obronił Puchar Europy (1990). Dyktatura obejmie cały kontynent.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi