Wpisy z tagiem: Lech Poznań

piątek, 17 maja 2013

To bezapelacyjnie najbardziej wyczekiwany mecz od lat. Na szczycie tabeli wreszcie nie ścigają się kulawe żółwie, wyniki wreszcie nie wyglądają jak wyrzucone z maszyny losującej, wreszcie jest jasne, kto w tzw. ekstraklasie gra najlepiej. I nie ma niebezpieczeństwa, że w przededniu europejskich pucharów drużyna mistrzów Polski się rozpadnie, jak w zeszłym roku Śląsk Wrocław.

Stawki dzisiejszego hitu i zamykających sezon kolejek nie sposób przecenić. O niebagatelne sprawy grają wszyscy zaangażowani.

Legia walczy o tytuł, ale i zachowanie godności potentata. Gdyby znów, po zwycięskiej jesieni i pomimo kadrowej przewagi, przepuściła grzecznie rywali i zrezygnowała z ligowego triumfu, stałaby się pośmiewiskiem dla reszty kraju. Zasłużenie. Utwierdziłaby nas w podejrzeniu, że jest klubem z genem autodestrukcji, który nade wszystko nie radzi sobie sam ze sobą.

Lech walczy o tytuł, ale i specjalną satysfakcję swoich kibiców – spektakularny cios zadany rywalom, z którymi rywalizuje najbardziej zajadle. I odwet za klęskę (0:3 do przerwy!) poniesioną jesienią w Poznaniu.

Jan Urban walczy o wizerunek trenera wreszcie zwycięskiego, zdolnego zarządzać silną kadrą, którym wyparłby – wzbogacił? – wizerunek zręcznego wychowawcy młodzieży i faceta sympatycznego, wszędzie lubianego, lecz nieskutecznego. Trzeciej szansy w Legii lub innej wielkiej firmie może nie doczekać.

35-letni Mariusz Rumak walczy o chwałę najmłodszego trenera, który zdobył mistrzostwo kraju, od 1981 roku (wtedy panował łódzki Widzew 33-letniego Jacka Machcińskiego). W lidze cierpiącej na deficyt fachowców z jakimkolwiek dorobkiem byłby autentyczną gwiazdą.

Wladimer Dwaliszwili – 12 goli w lidze, współlider rankingu najskuteczniejszych – walczy o tytuł króla strzelców, a gdyby osobiście rozpruł defensywę Lecha, mógłby symbolicznie przejąć od zdyskwalifikowanego Danijela Ljuboi rolę bożyszcza legijnych tłumów.

Bartosz Ślusarski – 11 goli w lidze – tym samym tytułem króla snajperów efektownie odpłaciłby wszystkim, którzy widzą w nim napastnika nieporadnego, niegodnego klubu z europejskimi ambicjami. Kompetencji żadnego piłkarza Lecha nie podważano tak często, brutalnie, powszechnie.

Miroslav Radović, posiniaczony udziałem w aferze drinkowej, walczy o odzyskanie twarzy, przebaczenie kibiców i zwierzchników oraz przekonanie klubu, że warto nadal obciążać nim budżet płacowy. Lepszej okazji, by odkupić winy, nie znajdzie.

Rafał Murawski, jeszcze niedawno w Lidze Mistrzów dokazujący na Camp Nou, walczy o udowodnienie, że trzydziestka to piękny wiek na przeżycie drugiej młodości, przyskrzynienie podbijającego polską kadrę Daniela Łukasika i opóźnienie całkowitej wymiany pokoleniowej na pozycji defensywnego pomocnika.

Artur Jędrzejczyk, odkrycie sezonu w legijnej defensywie, walczy o wyniesienie swojej reputacji na jeszcze wyższy poziom, pozwalający być może marzyć o reprezentacji kraju, pod własną bramką dramatycznie wątłej personalnie. Trudniejszej próby niż ten mecz nasza liga mu nie zaoferuje.

Marcin Kamiński – jedyny obrońca, który jeszcze jako nastolatek wtargnął ostatnio do podstawowej jedenastki czołowego polskiego klubu – również walczy o uwagę selekcjonera. Lech, choć poważnie pretenduje do mistrzostwa, w przeciwieństwie do Legii pozostaje właściwie drużyną bez reprezentantów kraju. Zaglądał do niej tylko Łukasz Teodorczyk, który nie dość, że gra na pozycji zmonopolizowanej przez Roberta Lewandowskiego, to jeszcze wiosennymi występami raczej się od kadry oddalał.

Gdziekolwiek spojrzeć, tam dzieje się historia, każdy uczestnik hitu ma żywotny interes w potraktowaniu upalnego sobotniego popołudnia jako chwili, w której trzeba wycisnąć z siebie więcej, przynajmniej po dotknięcie granic możliwości. Wodospadu atrakcji to nie gwarantuje, prędzej przeżyjemy duszne, przeładowane odczuwalnym nawet na trybunach wysokim napięciem zwarcie drużyn zbyt się szanujących, by nie ograniczały ryzyka do minimum. I porwały się na strategię śmielszą niż cierpliwe wyczekiwanie na błąd przeciwnika.

Zwłaszcza że jeśli pomyślimy o przyszłości, to mistrzostwo od wicemistrzostwa Polski dzieli przepaść. Tylko tytuł daje podwójną pucharową szansę. Najpierw próbujesz zasadzić się na Ligę Mistrzów, a jeśli się nie uda, to w zależności od pułapu, na którym odpadniesz, zapraszają cię albo do ostatniej rundy eliminacji Ligi Europejskiej, albo od razu do jej fazy grupowej. A tam płyną pieniądze, które pozwolą jeszcze szybciej uciekać krajowej konkurencji.

piątek, 02 listopada 2012

Gdybym miał wskazać gatunek piłkarzy z tzw. ekstraklasy, za którym wybitnie nie przepadam, wetknąłbym palucha w oczodół właśnie tytułowego „zawodowego ligowca”. Metkę sam wymyśliłem, naklejam ją na bezlik kopaczy, którzy: nie pamiętają już młodości, ale niekoniecznie skończą karierę jutro albo pojutrze; brali fuchę w całej kupie klubów, ale nigdzie nie osiągnęli znacznego sukcesu ani dostrzegalnie się nie zasłużyli; grają jak na nasze standardy w miarę przyzwoicie, ale milion lat temu stracili złudzenia, że wyrosną na futbolistów wartych zapamiętania, znaczy rozstali się również z ambicjami; „z niejednego pieca chleb jedli”, ale sami nie dadzą już żadnego wypieku, od którego poczujemy niebo w gębach. Ot, doświadczeni wyczynowcy sprawnie lawirujący po rynku. Perfekcyjni przeciętniacy. O konkretne nazwiska nie pytajcie, z idiosynkrazji zwierzam się tutaj nie dla prostej złośliwości.

Zwierzam się, bo na szczycie ligowej tabeli owych „zawodowców” nie widzę niemal wcale, ewentualnie widzę nielicznych. I nie piję tutaj do inwazji gołowąsów w typie zabrzańskiego nastolatka Arkadiusza Milika, promowania młodzieży (wiem, modne) w żadnym razie nie fetyszyzuję. Podoba mi się po prostu nowa wysokoligowa demografia - mieszanie nieprzeciętnych obcokrajowców i rodzimych weteranów z przeszłością reprezentacyjną ze stadem żółtodziobim. Lideruje Legia Warszawa, która rdzeń Kuciak - Żewłakow (wiem, gaśnie) - Astiz - Vrdoljak - Ljuboja - Saganowski otoczyła chmarą wiadomych absolwentów wiadomej akademii. Niebawem podejmie ją Lech Poznań, którego zwycięstwo nad Wisłą w Krakowie sprzed chwili oglądałem z tym większą przyjemnością, że przed osią Burić - Arboleda - Murawski popisywał się cały tłum młodzieńców. Ustawieni najbliżej bramki rywala zostali: Bereszyński (lat 20, debiutancki sezon w najwyższej lidze), Drewniak (19, strzelił zwycięskiego gola), Tonew (22) oraz Możdżeń (21), którego po przerwie zastąpił Linetty (17, debiutancki mecz w najwyższej lidze). „Zawodowych ligowców” wypycha nowa jakość. Może i na razie to różnica drobna, ale wystarczająco zauważalna, by mi się zachciało wleźć tutaj i ekspresowo, w kilku zdaniach przyblogować. Lubię to!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Ekstraklasa bez gwiazd, inwestycji, właścicieli hobbystów

Bogaci właściciele polskich klubów mamili opinię publiczną obietnicami, że jeśli podatnicy sprezentują im stadiony, to odwdzięczą się sportowym spektaklem najwyższej klasy. Dostali, czego chcieli. Nasza ekstraklasa urosła do stadionowego mocarstwa. Gdyby za kryterium przyjąć rozmiar pięciu największych obiektów, liga polska zaglądałaby do czołowej dziesiątki w Europie.

A jednak w elicie klubów obowiązują zrównoważone budżety i inne zaklęcia czasów kryzysu. To gwarantuje stabilność, ale odbiera wiarę, że prędko dochowamy się polskiej drużyny na miarę polskich stadionów. Czyli drużyny klasy europejskiej. Napisałem o tym wszystkim felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”, który przeczytacie tutaj.

czwartek, 22 grudnia 2011

NextGen Series, mała Liga Mistrzów, Lech Poznań, Legia Warszawa

Naród się podnieca Ligą Mistrzów dużą, a przede wszystkim Euro 2012, ale wciągnięcie młodych polskich piłkarzy do zabawy w NextGen Series to też ładny cel - tym atrakcyjniejszy, że prawdopodobnie najłatwiejszy do osiągnięcia.

Kilka dni temu napisałem list otwarty do dyrektorów sportowych Legii, Lecha i w ogóle klubów polskiej ekstraklasy, by zgłosiły swoich juniorów do rozgrywek, które wystartowały w tym sezonie. Uczestniczą w niej piłkarze do lat 19 z 16 klubów, do wiosennych ćwierćfinałów awansowały Barcelona, Sporting Lizbona, Aston Villa, Tottenham, Olympique Marsylia, Liverpool, Ajax Amsterdam oraz (prawdopodobnie) Inter Mediolan. Cel: skopiować dorosłą Champions League, przyzwyczaić młodych do prawdziwej rywalizacji. Szansa na przyjęcie naszych drużyn wydała mi się duża, bo w NextGen Series nie ma eliminacji, a jej szef Mark Warburton chce rozlać rozgrywki na możliwie wiele krajów. I jesienią ze sławnymi firmami rywalizowali m.in. młodzi z norweskich Molde oraz Rosenborga.

Moja prywatna inicjatywa przeobraziła się już w akcję „Gazety” i Sport.pl. List opublikowaliśmy także w papierze, nazajutrz obdzwoniliśmy też czołowe kluby - przedstawiciele wszystkich poza jednym (Lechem) nie wiedzieli nawet, że rozgrywki istnieją, ale też wielu się do nich zapaliło. Poznański dyrektor sportowy Andrzej Dawidziuk powiedział mi, że nie wyklucza, iż już w styczniu złoży ofertę szefom NextGen Series (swoją drogą, okropnie koślawa ta nazwa, jakby wyjęta z wyścigów samochodowych). W Zagłębiu Lubin niemal się obrazili, że listu nie skierowałem przede wszystkim do nich, i chcą prędko ustalić, jak się do elity dostać - a inwestują tam w młodzież obficie. Idea spodobała się też w Legii, która się nią „zainteresuje”.

Mój optymizm wzrósł po wczorajszym telefonie Michała Szadkowskiego do NextGen Series. Nasze kluby obawiały się głównie o koszty udziału w rozgrywkach, tymczasem przeloty i zakwaterowanie opłacają organizatorzy. Organizatorzy, którzy są otwarci na Polskę. Zapowiadają zresztą, że w przyszłym sezonie turniej rozrośnie się do 32 drużyn, zatem przybędzie sporo miejsc do obsadzenia.

Nasi juniorzy mogliby zebrać bezcenne doświadczenia. Kiedy osiągają pełnoletniość, wychodzą z okresu zabawy w piłkę nożną i powinni uczyć się męskiej gry na poważnie. W Polsce często bywa jednak odwrotnie, czołowe drużyny w regionalnych ligach wielobramkowo znęcają nad słabszymi. A w skrajnych przypadkach w ogóle nie uczestniczą w rozgrywkach - na Mazowszu działaczowscy geniusze tak je ostatnio poszatkowali, że Legia, Polonia, Wisła Płock czy Radomiak w ogóle swoich juniorów starszych do rywalizacji nie zgłosili. Co więcej, w sporze z OZPN mieli rację.

Udział w NextGen Series nie kolidowałby z żadnymi imprezami juniorskimi, a byłby pouczający pod wieloma względami - prawie dorośli polscy gracze przywykliby do walki z europejską czołówką, dalekich podróży, gry na dużych stadionach. Poznawaliby życie dorosłego piłkarza.

Dlatego mam nadzieję, że w sezonie 2012/2013 do małej Ligi Mistrzów dołączy polska drużyna. Przynajmniej jedna. Byłby to ładny sukcesik i jej, i nasz - „Gazety”. Będziemy starania naszych klubów monitorować, opisywać i oczywiście im kibicować.

sobota, 17 grudnia 2011

NextGen Series, Liga Mistrzów dla młodych

Piszę przede wszystkim do Panów, ponieważ kluby poznański i warszawski rozwijają futbolowe akademie dla młodzieży uchodzące za najlepsze w kraju, a w tym roku otwarta została mała Liga Mistrzów - rozgrywki NextGen Series dla piłkarzy do lat 19.

Na pomysł wpadł Mark Warburton (dyrektor sportowy angielskiego Brentford i w ogóle zapaleniec do szkolenia dzieciaków), zaproszenie przyjęło 16 klubów z 11 krajów, jesienią ich juniorzy rywalizowali w fazie grupowej, do wiosennych ćwierćfinałów awansowały Barcelona, Sporting Lizbona, Aston Villa, Tottenham, Olympique Marsylia, Liverpool, Ajax oraz (prawdopodobnie) Inter Mediolan. Cel: maksymalnie upodobnić zabawę do prawdziwej, dorosłej Champions League, choć turniej finałowy ma się odbyć w Abu Dhabi.

Na oficjalnej stronie internetowej organizatorzy wyjaśniają, że NextGen Series ma skupiać najlepsze szkółki dla młodzieży w Europie, ale w praktyce wygląda to inaczej - grają ci, którzy się zgłosili. Inaczej zresztą nie wyjaśnimy obecności w elicie aż dwóch klubów norweskich (Rosenborga, Molde).

Dlatego apeluję do Andrzeja Dawidziuka i Marka Jóźwiaka, by zgłosić tam juniorów Lecha Poznań i Legii Warszawa. Rozgrywki się rozrastają, w następnym sezonie mają do nich dołączyć kolejne renomowane firmy, ale na razie nikt nie wspomina o kwalifikacjach, przez które trzeba by się przebijać. Obowiązuje raczej zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Skoro przyjęte zostało Molde, to nie sądzę, by czołowe kluby polskie wydały się organizatorom mniej godne elity. Co więcej, Warburton twierdzi, że zależy mu na umiędzynarodowieniu rozgrywek i chce rozlewać je na nowe kraje.

Warto spróbować, bo młodzi Polacy zbieraliby doświadczenia bezcenne - regularnie sprawdzaliby się w meczach z najzdolniejszymi rówieśnikami. Ba, warto włożyć w tę misję mnóstwo energii, to mogłaby być inwestycja w przyszłość nie do przecenienia. Uczestnicy inauguracyjnej edycji NextGen Series są zachwyceni, mówią, że to najlepszy sposób na przygotowanie juniorów do wyzwań na miarę Ligi Mistrzów, chcą zarabiać na sprzedaży praw telewizyjnych. A u nas mecze gołowąsów poznańskich czy warszawskich - zresztą niech spróbuje każdy klub, który czuje się na siłach - z gołowąsami Barcelony, Interu czy Manchesteru City byłyby szlagierami.

NextGen Series, mała Liga Mistrzów, mapa

wtorek, 13 grudnia 2011

Artiom Rudniew, eksplozja gwiazdy

I znów eksplodował! Wszyscy żonglują liczbami wystrzeliwanymi przez napastnika, który urządza sobie kanonadę niewidzianą w polskiej lidze od dekad, to i ja się pobawiłem. Porachowałem, jaki procent bramek dla swoich drużyn zdobywają tej jesieni czołowi snajperzy znaczniejszych lig - i porównałem ich wyniki do wyników Łotysza oraz innego snajpera rozrabiającego na naszych boiskach:

Rudniew                                  69 proc.

Yilmaz (Trabzonspor)                 68

Maicon (Wołyń)                         61

Denis (Atalanta)                         59

Biton (Wisła)                          56

di Natale (Udinese)                     55

Demba Ba (Newcastle)               52

Baba (Maritimo)                        50

Podolski (Koeln)                        50

van Persie (Arsenal)                  48

Leto (Panathinaikos)                  46

Huntelaar (Schalke)                   42

Doumbia (CSKA Moskwa)           39

Gomez (Bayern)                        38

Jelavic (Rangers)                       38

Bas Dost (Heerenveen)              37

Messi (Barcelona)                      34

Ronaldo (Real Madryt)               34

Giroud (Montpellier)                  33

Rooney (MU)                            31

Przykra wiadomość dla poznaniaków - zogniskowanie całej siły na czubkach butów jednego goleadora to generalnie cecha drużyn słabszych, zresztą jaki Lech był, każdy widział. Przyjemna wiadomość - klubowy rekord transferowy (4,5 mln euro za Lewandowskiego, w Polsce pobity potem przez Mierzejewskiego, opchniętego Turkom za 5,25 mln) chyba długo nie przetrwa.

Archiwum
Tagi