Wpisy z tagiem: boks

sobota, 02 maja 2015

Mayweather - Pacquiao walka stulecia Floyd Mayweather - Manny Pacquiao

Wyobrażacie sobie, że Roger Federer wygrywa jedne turnieje, a Rafael Nadal inne, i obaj nie spotykają się na korcie do schyłku karier? Że Pete Sampras latami unika Andre Agassiego? Alain Prost zasuwa po innych torach niż Niki Lauda? Barcelona według Guardioli wykręca się od meczów z Realem według Mourinho i odwrotnie?

W boksie to nic szczególnego. To chora, nieuleczalna rzeczywistość.

I głównie o niej myślę, kiedy od tygodni czytam – nie sposób nie czytać, jeśli łazisz po rubrykach sportowych – że nadciąga największe wydarzenie milionlecia, czyli „długo oczekiwana” walka Floyda Mayweathera z Mannym Pacquiao. Jej rzekomą sportową „największość” ustalono w sposób typowy dla dzisiejszych czasów, znaczy licząc – w niepohamowanym stadnym zaślinieniu – szmal. Szmal w tym przypadku wylewający się z każdego informującego o walce medialnego nagłaśniacza, aż do mdłości, do zadławienia, do zwymiotowania. Jak zresztą wszystko, co łączy się zwłaszcza z Mayweatherem, ps. Money, który zagadnięty na dowolny temat natychmiast sprowadza go do pieniędzy, który chodzi z kieszeniami powypychanymi gotówką, na imprezach podpala dla szpanu banknoty (wśród potrząsających pośladkami roznegliżowanych panienek), nosi zegarki droższe niż rezydencje w centrum Warszawy, lubi fotografować się na tle swoich kolekcji luksusowych samochodów (osobne floty trzyma w Las Vegas, Miami, Los Angeles i jeszcze kilku metropoliach), a na ring wchodzi w ochraniaczach na zęby wystrojonych w diamenty i studolarówki. Idealny nabywca osławionej ajfonowej aplikacji „Jestem bogaty” (cena 999,99 dolarów), która nie miała żadnej funkcji poza wyświetlaniem na ekranie rubinu i hasła: „Jestem bogaty. Zasługuję na to. Jestem dobry, zdrowy i odnoszę sukcesy”. Innymi słowy, służyła poinformowaniu otoczenia, że jej właściciela stać na bezsensowną technologię, na którą innych nie stać.

Do boksu zawsze miałem stosunek ambiwalentny. Lubię oglądać wielkie walki, nie opuszczam właściwie żadnej wielkiej walki, znam historie wielkich historycznych walk, za Leszkiem Kołakowskim nie widzę w ringu prymitywnego mordobicia, lecz sport szlachetny w swej prostocie – dwóch ludzi naparza się pięściami, bez narzędzi i w zamkniętej przestrzeni, wedle klarownych reguł. Doceniam też mitotwórczą siłę tego sportu, o czym już zresztą pisałem – nieprzypadkowo powstało tyle bardzo dobrych lub świetnych filmów o boksie, od „Wściekłego byka” przez pierwszego „Rocky’ego” po „One Million Dollar Baby”. Gdyby Albert Camus zamiast rękawic bramkarskich zakładał bokserskie, być może jego słynne wyznanie brzmiałoby ciut inaczej – że wszystko, co wie o moralności i obowiązkach człowieka, zawdzięcza pięściarstwu.

Wielkie starcia na ringu oglądałem zatem pasjami, choć raziło mnie umawianie walk, raziła niejasność reguł wyłaniania najlepszych, irytowała możliwość unikania najgroźniejszych przeciwników, a zarazem utrzymywania – także wieloletniego – tytułów mistrza świata, które w istocie nie są wcale tytułami mistrza świata, skoro można je wręczyć kilku osobnikom i nie sprawdzić, który jest najlepszy. Pamiętacie, jak nasz Michalczewski, czyli czempion z Europy, nie mógł spotkać się Jonesem juniorem, czyli czempionem z Ameryki? Nie mógł i ostatecznie nigdy nie spotkał? Toż to wbrew duchowi sportu.

37-letni Pacquiao też rzuci się na 38-letniego Mayweathera dopiero na zaawansowanym etapie karier obu atletów, gdy zwłaszcza lata świetności Filipińczyka minęły. Nie jestem znawcą boksu, ale nie trzeba nim być, by pamiętać, jak w 2012 r. na blisko minutę stracił przytomność, znokautowany przez Juana Manuela Márqueza. Nie trzeba być ekspertem, by wiedzieć, że minął już moment, w którym dzisiejszy pojedynek zasługiwałby na te wszystkie hiperbole o walce wszech czasów. Teraz to już „zaledwie” cholernie frapujący pojedynek. Fenomenalnych, trzeba im oddać, bokserów.

Ale publice wciska się ciemnotę – wciska skutecznie, to pranie mózgów mediami masowego rażenia – bo chodzi o najgrubszy szmal w historii sportu. Walka ma przynieść pół miliarda dolarów zysku, Mayweather będzie najbogatszym a Pacquiao drugim najbogatszym sportowcem roku na świecie, za telewizyjną transmisję (teoretycznie może potrwać ledwie kilka minut) Amerykanin zapłaci 100 dolarów, na miejsca wokół ringu celebryci wydają ćwierć miliona. Podstawowe liczby rzucam właściwie z głupia frant, bo wszyscy znamy je na pamięć, jesteśmy nimi ogłuszani od tygodni, sam jeszcze nigdy nie doświadczyłem tzw. „podgrzewania atmosfery” przed sportowym megahitem, które do tego stopnia byłoby zredukowane do wymiaru biznesowego. Gordon Gekko ze swoim „Chciwość jest dobra” zdaje się drobnym ciułaczem, pragnącym po prostu mieć trochę lepsze życie.

Zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam Ameryki, żołądkująch się na osobliwości świata boksu, w którym sportową hierarchię ustala się niekiedy raczej przy negocjacyjnych stołach niż na ringu, ale też mam poczucie, że dziennikarze zajmujący się tą dyscypliną na co dzień zbyt rzadko o tych osobliwościach przypominają. Zwłaszcza teraz, przed najdroższą walką w dziejach. A przypominają zbyt rzadko nie ze złej woli, lecz dlatego, iż zwyczajnie przywykli, że w pięściarstwie jest jak jest.

Ja jeszcze nie przywykłem. Mówi się, że piłka nożna została zniszczona przez komerchę, że romantyczną grę wyparł cyniczny biznes? Przeciętny kibic przed finałem Ligi Mistrzów wciąż nie bardzo wie, ile oba kluby wyciągną z uczestnictwa w rozgrywkach, tam wciąż przedmiotem pożądania pozostaje trofeum. Tymczasem jeden z mistrzowskich pasów, o który będą się tłuc Pacquiao i Mayweather, to też wrzeszcząca, ubliżająca dobremu smakowi przesada – gadżet obciążony przeszło trzema tysiącami szmaragdów i niemal kilogramem złota. Jakby organizatorzy walki obawiali się, że zabraknie mu tego, co czyni wyjątkowym futbolowy Puchar Europy – niewymiernej, nieskończonej wartości symbolicznej.

Archiwum
Tagi