Wpisy z tagiem: Wojciech Szczęsny
sobota, 12 listopada 2011
Od dawna uspokajamy się, że jeśli nawet polscy piłkarze będą podczas mistrzostw partaczyć na całej długości i szerokości murawy, ochroni ich bramkarz światowej klasy. Wczoraj przypomnieliśmy sobie, że i on nie jest nietykalny. Wojciech Szczęsny to bezdyskusyjnie talent najwyższej próby - w swoim pokoleniu jest fenomenem, w rozlegle pojmowanej europejskiej czołówce ludzi w jego wieku wpuszczają między słupki chyba tylko w Manchesterze United i Atletico Madryt. Nie ulega wątpliwości, że w bramce Arsenalu rozskakał się kilkakrotnie na poziomie dostępnym tylko pierwszorzędnym fachowcom. Nie ulega też wątpliwości, że w kilku sparingach ocalił reprezentację Polski. Nie ulega wreszcie wątpliwości, że rozbłysnął na jej najjaśniejszą obok Roberta Lewandowskiego gwiazdę. Dlatego przez aklamację zgodziliśmy się, iż los kadry na Euro 2012 leży w jego rękawicach - wrogiego pola karnego nasi w oblężenie nie wezmą, ale ze Szczęsnym jako tarczą mogą przetrwać. (przetrwać nie znaczy wygrać. W siedmiu sparingach z przyszłymi finalistami mistrzostw - Włochami, Niemcami, Francją, Grecją, Ukrainą, Hiszpanią i Danią - nie pokonaliśmy nikogo). Stało się już zresztą tradycją wielkich turniejów, że ponad ofermowatych Polaków wyrasta bramkarz. Na mundialu w 2006 i ME w 2008 r. jedynym chcącym podołać wyzwaniu wyczynowcem pełną gębą był Artur Boruc. Szczęsny wybił się już nad tego ostatniego na rynku pracy (trzyma posadę w bardziej renomowanej firmie), ale nadal nie wyzbył się cechy na jego pozycji niekoniecznie atutowej - jest młody, wręcz nieprzyzwoicie młody. Bramkarzom w jego wieku łatwiej o zapierające dech wzloty przeplatane bolesnymi upadkami niż gwarancję zawsze stabilnej formy, dającej drużynie spokój, jaki np. Manchesterowi United dawał do niedawna bezbłędny weteran Edwin van der Sar. Nasz żółtodzioby reprezentant - najmłodszy bramkarz debiutant po wojnie - warsztatu bez skazy jeszcze nie wypracował. Przed kilkoma tygodniami wydłubałem w statystykach Opta informację, która moje niepokojące obserwacje potwierdzała dobitniej niż bym chciał - oto Szczęsny do tamtej pory puścił w tym sezonie Premier League aż pięć goli z zaledwie 12 strzałów oddanych spoza pola karnego. Niedługo potem Arsenal pokonał 5:3 Chelsea, lecz Polak znów padł rażony petardą odpaloną przez Juana Matę z przeszło 20 metrów. O czym przypomniałem sobie wczoraj, gdy debiutanckim golem w reprezentacji - znów: strzelonym z dystansu - przyłożył mu Mario Balotelli. Szczęsny swoim zwyczajem zbyt śmiało odsunął się od linii bramkowej i nie uniewinniają go okoliczności - gracze Franciszka Smudy oddali piłkę w niewybaczalny sposób w chwili, gdy wyprowadzali ją niemal sprzed własnego pola karnego, a wtedy defensywę uporządkować szczególnie trudno. Polskiego bramkarza natura wyposażyła w fenomenalny refleks, strzałów z bliska bronił już paradami nie z tej ziemi, wojnę psychologiczną przed rzutami karnymi też ewidentnie toczyć lubi. Ma też odwagę, charyzmę i osobowość, by panować nad partnerami z obrony i w ogóle władać polem karnym. Słabiej wykopuje piłkę - co warto poprawić przed Euro 2012, na którym każda akcja może okazać się bezcenna. I co dodatkowo kompromituje plotkujących o transferze do Barcelony - w tamtejszej strategii gry bramkarz musi nogami posługiwać nie mniej sprawnie niż rękami. Czy Szczęsny ma poważniejszy kłopot z uderzeniami z dystansu, nie wiem, na pewno dał powody, by mu się przyglądać. Dał też powody, by dostrzeganie w nim gwarancji przetrwania bez wstydu na Euro 2012 uznać za czysty hazard. To wciąż „tylko” kandydat - z imponującymi referencjami, owszem - na bramkarza wybitnego. Choć koledzy z londyńskiej defensywy solidnie go przećwiczą. Arsenal, w tym sezonie pod własną bramką momentami niemal bezbronny, traci gole znacznie częściej niż reprezentacja Polski.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Że Tomaszowi Kuszczakowi raczej nie powiedzie się w między słupkami Manchesteru United, widzieliśmy w oczach i gestach uwijających się przed nim obrońców. To nie on rugał ich, lecz oni jego, Rio Ferdinand czy Nemanja Vidić spoglądali nań niekiedy wręcz z rezygnacją, jak na przybłędę niegodnego arystokratycznych szat z Old Trafford, manifestując swoją obawę, czy podoła, skoro jego mowa ciała wyraża głównie niepewność. Z Polakiem za plecami nie czuli się bezpiecznie. Wojtek Szczęsny czuł się w arsenalskim polu karnym jak na swoim podwórku właściwie od pierwszego meczu. Kiedy angielscy komentatorzy nie chwalą go za umiejętności, zwracają uwagę właśnie na jego zuchwałość, ostro kontrastującą i z chłopięcym wyglądem, i z wiekiem. Na Twitterze wspominali wczoraj mecz osiemnastolatków, przed którym nasz rodak rzucił do sędziego, by ten nie sprawdzał jego siatki, bo piłka i tak do niej nigdy nie doleci. Na boisku też rzuca się w oczy, że Szczęsny ustawia i krzyczy na kolegów - zazwyczaj starszych - jak stary kapral, który przećwiczył już niejednego kota. Nie dał po sobie poznać, że odczuwa tremę, kiedy debiutował w reprezentacji Polski jako najmłodszy bramkarz w jej powojennej historii, kiedy ligi angielskiej po raz pierwszy próbował akurat w szlagierze z Manchesterem United, kiedy wiosną, na dwa miesiące przed 21. urodzinami - w wieku na tej pozycji niemowlęcym - musiał w Champions League bronić londyńskiej bramki przed ostrzałem Barcelony, obwoływanej najlepszą lub co najmniej jedną z najlepszych drużyn w historii. Ba, dziś Polak coraz częściej wygląda na najbardziej dojrzałego gracza Arsenalu. Jak trudno gołowąsowi wskoczyć między słupki wielkiej firmy, przekonuje się właśnie David De Gea. Rówieśnik Szczęsnego, który w Atletico Madryt zbierał doświadczenia przez blisko setkę meczów ligowych i pucharowych, a wśród bramkarzy jest tańszy tylko od Gianluigiego Buffona (kosztował 21 mln euro), trzęsie się na razie w każdym meczu Manchesteru United. Szczęsny się nie trzęsie. Najpierw grał solidnie, wczoraj został bohaterem. Arsenalowi groziło wypadnięcie z Ligi Mistrzów i zsunięcie się w jeszcze głębszy kryzys, ale Polak fenomenalnie zatrzymał rzut karny, wykonywany przez dwukrotnego króla strzelców ligi włoskiej Antonia di Natale. Tom Williams z AFP tak się rozekscytował, że ćwierknął o „najlepszej obronie jedenastki widzianej przez niego w życiu”. A polski bramkarz opowiadał po meczu, że di Natalemu coś prowokującego przed rzutem karnym powiedział, ale powtórzyć tego nie może, bo nie wypada. Kilka miesięcy temu tak samo deprymował Wayne’a Rooneya - też podziałało, tyle że napastnik MU chybił. Wyspiarze już oszaleli z zachwytu, ja trochę spokojniej wciąż z największą nadzieją patrzę na mentalną moc Szczęsnego. Polskim piłkarzom uciekającym za granicę brakuje umiejętności, ale brakuje im też bezczelności, charyzmy, niezachwianego przekonania o własnej wartości. W świat jadą w roli nieśmiałych petentów, wchodzą do szatni bezgłośnie i ze spuszczonym wzrokiem, nie przybierają min ludzi gotowych przejąć przywództwo albo przynajmniej wyrwać, co im się należy. Chyba ostatnim wybitnie utalentowanym facetem, który poleciał na Zachód bez kompleksu niższości i zdecydowany, by wejść doń razem z drzwiami, podporządkować go sobie i wszystkich porozstawiać po kątach, był Zbigniew Boniek. Miał też inną cechę niezbędną sportowcom ze szczytu - nie truchlał przed wyzwaniami, im bardziej rosła stawka, tym efektowniej grał. Włosi nazywali go „Bello di notte”, czyli pięknością nocy, bo najchętniej zachwycał wieczorami w europejskich pucharach. Szczęsny też wie, kiedy dawać show. Właśnie przeżyliśmy pierwszy moment od czasu stambulskich tańców Jerzego Dudka, w którym polski piłkarz stał się pępkiem Ligi Mistrzów. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||