Wpisy z tagiem: Wojciech Szczęsny

środa, 22 lipca 2015

Na oficjalny komunikat wciąż czekamy, ale jest nieunikniony, Włosi rozpylają już detale umowy – AS Roma zapłaci 500 tys. euro za roczne wypożyczenie, po sezonie będzie mogła wziąć naszego bramkarza za 5 mln (tu chyba wciąż strony negocjują).

Dopiero teraz przekonujemy się, jak bardzo Wojciech Szczęsny nabroił. I jak bardzo naraził się trenerowi Arsene’owi Wengerowi.

Kiedy londyńczycy podpisywali kontrakt z Petrem Cechem, sądziliśmy, że podpisują zarazem wyrok na Davida Ospinę, z którym prędko się rozstaną. Wszak według przepisów Polak jest wychowankiem, a wychowanków angielskim klubom dramatycznie brakuje (muszą mieć ośmiu w 25-osobowej kadrze) – zwłaszcza tych godnych podstawowej jedenastki. Arsenalowi również brakuje, choć niegdyś pozował na nadzwyczajnie wydajną kuźnię talentów. Skoro zatem reprezentant Polski pomimo sprzyjających okoliczności stoczył się w hierarchii klubowych bramkarzy na trzecią pozycję, to mamy prawo podejrzewać, że Wenger ostatecznie stracił w niego wiarę. Nawet jeśli sam Szczęsny chciał szukać ocalenia tam, gdzie uwolnią go od udręki permanentnego go rezerwowego. Nie oszukujmy się – Cech, bramkarz wybitny i zaledwie 33-letni, nie wchodzi między słupki na kilka chwil, on będzie chciał poskakać tam przez ładnych parę sezonów.

Nie wiemy, w jakim stopniu o degradacji Szczęsnego przesądziły epizody pozaboiskowe, a w jakim – dyspozycja sportowa, w każdym razie polscy komentatorzy, odruchowo życzliwi rodakowi, chyba zanadto skupili się na tych pierwszych. Łudzili się, że na wspólnych treningach z czeskim konkurentem wręcz skorzysta, i bagatelizowali to wszystko, co właśnie przywołują rozmaite serwisy analityczne – od Whoscored.com przypominającego, że tylko czterej piłkarze Premier League w minionych czterech sezonach popełniali częściej od Polaka błędy prowadzące bezpośrednio do gola, po Squawka.com, które informuje, że Polak miał ostatnio bezdyskusyjnie najwięcej wpadek wśród wszystkich defensywnych graczy Arsenalu. O reputacji „najzdolniejszego bramkarza swojego pokolenia” nikt już nie pamięta, dziś Szczęsny niebezpiecznie zbliża się do kategorii piłkarzy „kontrowersyjnych”, kojarzonych nade wszystko z wyczynami pozaboiskowymi.

W Romie chcą mu ponoć powierzyć rolę pierwszego bramkarza, zresztą rodaka intensywnie rekomenduje Zbigniew Boniek. Na zmianie klimatu i piłkarskiej kultury reprezentant Polski może skorzystać pod wieloma względami, zwłaszcza że praca z bramkarzami w Arsenalu nie cieszy się dobrą opinią – Łukasz Fabiański potajemnie ćwiczył z trenerem rezerw, bo trenera seniorów nie cenił. Może też Szczęsny inspirować się Arturem Borucem, w którego przenosiny do Italii tchnęły nowe życie. Albo Gervinho, który z Arsenalu uciekał wyszydzany, by w Romie wyładnieć na skrzydłowego momentami więcej niż przyzwoitego. Nie leci Polak na wygwizdowo, lecz do uczestnika Ligi Mistrzów, do rozsądnie budowanej drużyny z perspektywami, do środowiska bardziej kompetentnego w kwestii wytrenowywania bramkarzy niż angielskie.

Dlaczego Szczęsny zmarniał? Możemy przerzucać się hipotezami, ale dopóki nie znamy szczegółów z życia klubu ani (ewentualnych) zawirowań w jego życiu prywatnym, to każda będzie mało wiarygodną spekulacją. Zdarzają się zresztą nagłe upadki, które na zawsze pozostają nierozwikłaną zagadką – skoro jesteśmy we Włoszech, to proponuję przypomnieć sobie losy Didy. Gdy bramkarzowi Milanu, przez część fachowców uważanemu wówczas za najznakomitszego na świecie, niemal z dnia na dzień zaczęły się trząść ręce – zaprawdę powiadam wam, zasnął mistrzem, a obudził się pajacem – to zdezorientowani wymyślaliśmy najdziwaczniejsze teorie. Sam pisałem, że brazylijski magik stracił moc po feralnym wieczorze w półfinale Ligi Mistrzów, podczas którego dostał w głowę rzuconą z trybun racą, i dziś nie jestem pewien, czy aby nie próbowałem przemycić sugestii, że ów zbieg okoliczności wcale nie był zbiegiem okoliczności...

Jedno jest pewne: Szczęsny tkwi w najpoważniejszym kryzysie w karierze. I nie wyląduje na lotnisku Fiumicino jako wymodlony zbawca, lecz syn marnotrawny, który musi udowodnić swoją wartość. 38-letni Morgan de Sanctis na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. Jak wtedy we Florencji, gdzie pojawienie się Boruca miało zaskakujący finał – Polak wypchnął spomiędzy słupków Sébastiena Freya, który wydawał się nie do wypchnięcia. Szczęsny też ma szansę. Nawet na powtórzenie wyczynu Thibauta Courtoisa, który z wypożyczenia do Atlético Madryt przyleciał do Londynu właśnie po to, by przepędzić z bramki Petra Cecha.

sobota, 09 czerwca 2012

Euro 2012, reprezentacja Polski, Franciszek Smuda

1) Pytanie o Franciszka Smudę. Czy wczoraj nie reagował, bo uważa każdego rezerwowego za atrapę prawdziwego piłkarza (moje przypuszczenie), czy sparaliżowała go powaga wyzwania (teoria Czadobloga)? Jak zniesie krytykę, skoro generalnie, nawet w czasie wprawek towarzyskich znosi ją z trudem, jak wpłynie na jego osąd i zdolność do racjonalnego podejmowania decyzji? Zwłaszcza że nasi eksperci zgodnie ze starą nadwiślańską tradycją słów nie ważą, już wydają werdykty podsumowujące i krzyczą o więcej niż kompromitacji, zapewne nie zastanawiając się, czy przy klęsce 0:3 nie zabrakłoby im skali...

2) Pytanie o taktykę. Czy nękanie rywala wysokim pressingiem, które nasi stosowali w pierwszej połowie inauguracji z Grecją, w zderzeniu z Rosją nie sprowadzi na nich nieuchronnego nieszczęścia? Czy nie powinni grać gęściej na tyłach i bliżej swojej bramki, by ograniczyć wolność rozszalałym Arszawinom i Dzagojewom? Czy w głowie selekcjonera w ogóle jest schowany jakikolwiek wariant gry alternatywny?

3) Pytanie o kondycję i motorykę. Wszyscy widzieliśmy, że nasi w końcówce spuchli, a Rosjanie z Czechami biegali potem jak nakręceni. Czy wyglądało to tak źle z powodu spartaczonych przygotowań, czy jednak miały znaczenie okoliczności - mecz otwarcia toczył się pod dachem w potwornej duchocie, a mecz we Wrocławiu później i przy przyjemniejszej pogodzie? Czy porównywanie poziomu obu widowisk nie ma aby ograniczonego sensu, bowiem Grecy uprawiają futbol wybitnie przykry dla przeciwnika i ładnie nie zagra z nimi nikt, nawet rozochoceni piłkarze Dicka Advocaata w formie z piątku?

4) Pytanie o bramkarza. Kto wejdzie między słupki w meczu z Czechami, jeśli Przemysław Tytoń zagra z klasą przeciw Rosji? Czy nie okazuje się on fachowcem solidniejszym niż Wojtek Szczęsny, którego gole puszczane w Arsenalu odruchowo tłumaczyliśmy niestabilnością jego defensywy, nie dowierzając statystykom umieszczającym go w dołach rankingu bramkarzy ligi angielskiej? Z drugiej strony - jeden mecz ma obalić hierarchię w bramce?

5) Pytanie o Roberta Lewandowskiego. Czy niezależnie od wyników Polski nie utwierdzi wysłanników wielkich firm, że już teraz warto na niego wyłożyć dziesiątki milionów euro? Włosi upierają się, że pilnie potrzebujący napastnika Juventus poważnie myśli o piłkarzu Borussii, a trener Antonio Conte siedział wczoraj na trybunach Stadionu Narodowego właśnie po to, by celowi transferowemu przyjrzeć się z bliska. Łatwo zresztą wyobrazić sobie taki scenariusz - nasi odpadają w fazie grupowej, ale Lewandowski strzela każdemu przeciwnikowi i zostaje gwiazdą turnieju.

6) Pytanie o Łukasza Piszczka. Czy wreszcie przestaniemy wątpić i wmawiać sobie, że wspaniale atakuje, lecz przeciętnie broni, co czyni go graczem na swojej pozycji niepełnowartościowym? Panie Mourinho i cały Realu Madryt, przyjrzyjcie się, to naprawdę czołowy prawy obrońca w Europie;-)

7) Pytanie o kibolstwo. Sądziłem, że zgodnie z dobrą tradycją turniejów reprezentacyjnych obędzie się bez poważnych incydentów, ale rosyjscy bandyci już pobili stewardów we Wrocławiu. Jak będzie we wtorek w Warszawie? Wściekałem się na skandalicznie nierzetelny, nakręcony w jadowitym stylu propagandowych materiałów Michaela Moore’a, dokument BBC, ale Euro 2012 jeszcze się nie zaczęło, a kapitan Holendrów Mark van Bommel już opowiedział światu o rasistowskich odgłosach jakichś małpiszonów z Krakowa wymierzonych w jego kolegów i zagroził, że w razie powtórki jego drużyna zejdzie z boiska. Robi się niedobrze - wystarczy kilka podobnych skandali, byśmy ponieśli wizerunkową klęskę, zagranica naprawdę nie będzie przeprowadzała wnikliwych badań, czy biała siła to u nas margines, czy trzon kibicowskiej społeczności. W Austrii, Szwajcarii czy Niemczech takie incydenty się nie zdarzały...

sobota, 12 listopada 2011

Silvio Berlusconi, Wojciech Szczęsny, Arsenal. Fot. Kuba Atys

Od dawna uspokajamy się, że jeśli nawet polscy piłkarze będą podczas mistrzostw partaczyć na całej długości i szerokości murawy, ochroni ich bramkarz światowej klasy. Wczoraj przypomnieliśmy sobie, że i on nie jest nietykalny.

Wojciech Szczęsny to bezdyskusyjnie talent najwyższej próby - w swoim pokoleniu jest fenomenem, w rozlegle pojmowanej europejskiej czołówce ludzi w jego wieku wpuszczają między słupki chyba tylko w Manchesterze United i Atletico Madryt. Nie ulega wątpliwości, że w bramce Arsenalu rozskakał się kilkakrotnie na poziomie dostępnym tylko pierwszorzędnym fachowcom. Nie ulega też wątpliwości, że w kilku sparingach ocalił reprezentację Polski. Nie ulega wreszcie wątpliwości, że rozbłysnął na jej najjaśniejszą obok Roberta Lewandowskiego gwiazdę.

Dlatego przez aklamację zgodziliśmy się, iż los kadry na Euro 2012 leży w jego rękawicach - wrogiego pola karnego nasi w oblężenie nie wezmą, ale ze Szczęsnym jako tarczą mogą przetrwać. (przetrwać nie znaczy wygrać. W siedmiu sparingach z przyszłymi finalistami mistrzostw - Włochami, Niemcami, Francją, Grecją, Ukrainą, Hiszpanią i Danią - nie pokonaliśmy nikogo). Stało się już zresztą tradycją wielkich turniejów, że ponad ofermowatych Polaków wyrasta bramkarz. Na mundialu w 2006 i ME w 2008 r. jedynym chcącym podołać wyzwaniu wyczynowcem pełną gębą był Artur Boruc.

Szczęsny wybił się już nad tego ostatniego na rynku pracy (trzyma posadę w bardziej renomowanej firmie), ale nadal nie wyzbył się cechy na jego pozycji niekoniecznie atutowej - jest młody, wręcz nieprzyzwoicie młody. Bramkarzom w jego wieku łatwiej o zapierające dech wzloty przeplatane bolesnymi upadkami niż gwarancję zawsze stabilnej formy, dającej drużynie spokój, jaki np. Manchesterowi United dawał do niedawna bezbłędny weteran Edwin van der Sar.

Nasz żółtodzioby reprezentant - najmłodszy bramkarz debiutant po wojnie - warsztatu bez skazy jeszcze nie wypracował. Przed kilkoma tygodniami wydłubałem w statystykach Opta informację, która moje niepokojące obserwacje potwierdzała dobitniej niż bym chciał - oto Szczęsny do tamtej pory puścił w tym sezonie Premier League aż pięć goli z zaledwie 12 strzałów oddanych spoza pola karnego. Niedługo potem Arsenal pokonał 5:3 Chelsea, lecz Polak znów padł rażony petardą odpaloną przez Juana Matę z przeszło 20 metrów.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, gdy debiutanckim golem w reprezentacji - znów: strzelonym z dystansu - przyłożył mu Mario Balotelli. Szczęsny swoim zwyczajem zbyt śmiało odsunął się od linii bramkowej i nie uniewinniają go okoliczności - gracze Franciszka Smudy oddali piłkę w niewybaczalny sposób w chwili, gdy wyprowadzali ją niemal sprzed własnego pola karnego, a wtedy defensywę uporządkować szczególnie trudno.

Polskiego bramkarza natura wyposażyła w fenomenalny refleks, strzałów z bliska bronił już paradami nie z tej ziemi, wojnę psychologiczną przed rzutami karnymi też ewidentnie toczyć lubi. Ma też odwagę, charyzmę i osobowość, by panować nad partnerami z obrony i w ogóle władać polem karnym.

Słabiej wykopuje piłkę - co warto poprawić przed Euro 2012, na którym każda akcja może okazać się bezcenna. I co dodatkowo kompromituje plotkujących o transferze do Barcelony - w tamtejszej strategii gry bramkarz musi nogami posługiwać nie mniej sprawnie niż rękami.

Czy Szczęsny ma poważniejszy kłopot z uderzeniami z dystansu, nie wiem, na pewno dał powody, by mu się przyglądać. Dał też powody, by dostrzeganie w nim gwarancji przetrwania bez wstydu na Euro 2012 uznać za czysty hazard. To wciąż „tylko” kandydat - z imponującymi referencjami, owszem - na bramkarza wybitnego.

Choć koledzy z londyńskiej defensywy solidnie go przećwiczą. Arsenal, w tym sezonie pod własną bramką momentami niemal bezbronny, traci gole znacznie częściej niż reprezentacja Polski.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Że Tomaszowi Kuszczakowi raczej nie powiedzie się w między słupkami Manchesteru United, widzieliśmy w oczach i gestach uwijających się przed nim obrońców. To nie on rugał ich, lecz oni jego, Rio Ferdinand czy Nemanja Vidić spoglądali nań niekiedy wręcz z rezygnacją, jak na przybłędę niegodnego arystokratycznych szat z Old Trafford, manifestując swoją obawę, czy podoła, skoro jego mowa ciała wyraża głównie niepewność. Z Polakiem za plecami nie czuli się bezpiecznie.

Wojtek Szczęsny czuł się w arsenalskim polu karnym jak na swoim podwórku właściwie od pierwszego meczu. Kiedy angielscy komentatorzy nie chwalą go za umiejętności, zwracają uwagę właśnie na jego zuchwałość, ostro kontrastującą i z chłopięcym wyglądem, i z wiekiem. Na Twitterze wspominali wczoraj mecz osiemnastolatków, przed którym nasz rodak rzucił do sędziego, by ten nie sprawdzał jego siatki, bo piłka i tak do niej nigdy nie doleci. Na boisku też rzuca się w oczy, że Szczęsny ustawia i krzyczy na kolegów - zazwyczaj starszych - jak stary kapral, który przećwiczył już niejednego kota. Nie dał po sobie poznać, że odczuwa tremę, kiedy debiutował w reprezentacji Polski jako najmłodszy bramkarz w jej powojennej historii, kiedy ligi angielskiej po raz pierwszy próbował akurat w szlagierze z Manchesterem United, kiedy wiosną, na dwa miesiące przed 21. urodzinami - w wieku na tej pozycji niemowlęcym - musiał w Champions League bronić londyńskiej bramki przed ostrzałem Barcelony, obwoływanej najlepszą lub co najmniej jedną z najlepszych drużyn w historii. Ba, dziś Polak coraz częściej wygląda na najbardziej dojrzałego gracza Arsenalu.

Jak trudno gołowąsowi wskoczyć między słupki wielkiej firmy, przekonuje się właśnie David De Gea. Rówieśnik Szczęsnego, który w Atletico Madryt zbierał doświadczenia przez blisko setkę meczów ligowych i pucharowych, a wśród bramkarzy jest tańszy tylko od Gianluigiego Buffona (kosztował 21 mln euro), trzęsie się na razie w każdym meczu Manchesteru United.

Szczęsny się nie trzęsie. Najpierw grał solidnie, wczoraj został bohaterem. Arsenalowi groziło wypadnięcie z Ligi Mistrzów i zsunięcie się w jeszcze głębszy kryzys, ale Polak fenomenalnie zatrzymał rzut karny, wykonywany przez dwukrotnego króla strzelców ligi włoskiej Antonia di Natale. Tom Williams z AFP tak się rozekscytował, że ćwierknął o „najlepszej obronie jedenastki widzianej przez niego w życiu”. A polski bramkarz opowiadał po meczu, że di Natalemu coś prowokującego przed rzutem karnym powiedział, ale powtórzyć tego nie może, bo nie wypada. Kilka miesięcy temu tak samo deprymował Wayne’a Rooneya - też podziałało, tyle że napastnik MU chybił.

Wyspiarze już oszaleli z zachwytu, ja trochę spokojniej wciąż z największą nadzieją patrzę na mentalną moc Szczęsnego. Polskim piłkarzom uciekającym za granicę brakuje umiejętności, ale brakuje im też bezczelności, charyzmy, niezachwianego przekonania o własnej wartości. W świat jadą w roli nieśmiałych petentów, wchodzą do szatni bezgłośnie i ze spuszczonym wzrokiem, nie przybierają min ludzi gotowych przejąć przywództwo albo przynajmniej wyrwać, co im się należy.

Chyba ostatnim wybitnie utalentowanym facetem, który poleciał na Zachód bez kompleksu niższości i zdecydowany, by wejść doń razem z drzwiami, podporządkować go sobie i wszystkich porozstawiać po kątach, był Zbigniew Boniek. Miał też inną cechę niezbędną sportowcom ze szczytu - nie truchlał przed wyzwaniami, im bardziej rosła stawka, tym efektowniej grał. Włosi nazywali go „Bello di notte”, czyli pięknością nocy, bo najchętniej zachwycał wieczorami w europejskich pucharach.

Szczęsny też wie, kiedy dawać show. Właśnie przeżyliśmy pierwszy moment od czasu stambulskich tańców Jerzego Dudka, w którym polski piłkarz stał się pępkiem Ligi Mistrzów.

Archiwum
Tagi