Wpisy z tagiem: El Clasico

poniedziałek, 02 października 2017

FC Barcelona, Katalonia, niepodległość, referendum. El Clasico

Od razu zastrzegam, że nie zamierzam wymądrzać się w kwestii (nie)legalności niedzielnego referendum, ani wyrokować, czy Katalonia „ma prawo” lub „powinna” oderwać się od Hiszpanii. Choć żywo mnie to wszystko interesuje, uważam, że jest zbyt złożone jak na wyporność niszowego bloga poświęconego zasadniczo sprawom sportowym.

Temat jednak podejmuję, ponieważ od pięciu lat nie zastanawiam się, czy Katalonia się usamodzielni, lecz – kiedy Katalonia się usamodzielni. W październiku 2012 roku zaproponowałem nawet sobotniemu magazynowi „Gazety” felieton z tezą, że secesja jest nieunikniona. Natchnęło mnie El Clásico, podczas którego, dokładnie po 17 minutach i 14 sekundach gry, blisko 100 tysięcy fanów na stadionie Camp Nou zaczęło ryczeć: „Independencia!”. Oglądały ich na wszystkich kontynentach miliony wyznawców Barcelony i Realu Madryt, którzy jeszcze przed meczem mogli przyjrzeć się, jak wyglądają narodowe barwy regionu. Zazwyczaj na trybunach królowały blaugrana, czyli granatowo-bordowe kolory klubu, tamtego wieczoru rozświetliły je czerwone pręgi na złotym tle, czyli senyera, katalońska flaga.

I naprawdę cały świat usłyszał, że Katalonia chce się oderwać od Hiszpanii. Temat bywał obecny na stadionie wcześniej, ale wtedy stał się obecny bardziej, na tyle hałaśliwie, że nikogo nigdzie nie mógł komunikat ominąć.

Kibice rozkrzyczeli się akurat po 17 minutach i 14 sekundach hitowego meczu na wspomnienie 1714 roku, w którym Katalończycy ostatecznie utracili samodzielność i stali się poddanymi hiszpańskiego króla Filipa V. A skoro oni się rozkrzyczeli, to sprawa zrobiła się poważna śmiertelnie. Dlatego zachciało mi się felietonowo wrzasnąć, że secesja staje się nieunikniona.

Moje przekonanie nie brało się wówczas z sondaży – wybaczcie, że trochę pocytuję samego siebie – wedle których 55 proc. autochtonów (po raz pierwszy zyskali większość) domagało się rozstania z Madrytem. Ani z sugestywności wzmacnianych dodatkowo przez kryzys wskaźników ekonomicznych, z których wynikało, że jeden z najbogatszych regionów Hiszpanii oddaje stolicy ponaddwukrotnie więcej, niż odzyskuje w inwestycjach publicznych. Tym bardziej nie przekonywały mnie okrzyki nacjonalistycznie zorientowanych polityków. Nie, działała wyłącznie magia Camp Nou, jedynego w świecie stadionu będącego sanktuarium narodowej tożsamości. I magia Barcelony, klubu będącego owej tożsamości symbolem, wehikułem, największą dumą.

Muzea sławnych futbolowych firm wyglądają niemal identycznie, umeblowane są trofeami, wielkoformatowymi zdjęciami meczów i drużyn, a także koszulkami, spodenkami, korkami i innymi relikwiami zdjętymi ze sławnych graczy. Barcelońskie radykalnie różni się klimatem – ze ścian możesz tam godzinami sczytywać kronikę uciśnionej nacji, którą spod buta hiszpańskich oprawców, ze specjalnym uwzględnieniem generała Franco, umieli wykopywać jedynie bohaterowie boiska. Historia klubu jest z historią regionu zrośnięta, w obu dominuje martyrologia, z przełomowym rokiem 1936 - datą zamordowania przez Falangę Josepa Sunyola, uważanego dziś za męczennika prezesa Barcelony, ale też polityka proniepodległościowej partii. Tuż po wojnie domowej klub został zmuszony do usunięcia z herbu katalońskiej flagi i zmiany nazwy na hiszpańskobrzmiącą, a wcześniej faszyści zrzucili na jego siedzibę bomby. Ale w czasach dyktatury stadion – przez dekady największy w Europie – był jedynym miejscem, gdzie Katalończykom zdarzało się poczuć wolnymi lub wręcz zwycięskimi. Przemycali na trybuny flagi, skandowali antymadryckie hasła, pokonywali Real. Barcelona stała się „Més que un club”, czyli „Więcej niż klubem”, pisarz Manuel Vázquez Montalbán obwołał ją „nieuzbrojoną armią Katalonii”. Po śmierci Franco pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent regionu krzyczał na stadionie do 100 tys. ludzi: – Nasz klub jest wielki, bo zawsze był wierny Katalonii. Niech żyje Barca! Niech żyje Katalonia!

Kiedy Woody Allen – nieświadomy europejskiego bzika futbolowego – nakręcił „Vicky Cristina Barcelona”, grubo się pomylił, bo sfilmował Sagrada Familia, Park Güell, arcydzieła Gaudiego i inne oczywiste symbole okolicy, jednak zapomniał pokazać na ekranie tego, co najważniejsze – stadionu. To na Camp Nou bije puls katalońskości, to tam w erze futbolowego kosmopolityzmu, zdominowanego przez szatnie rozbrzmiewające wszystkimi językami świata, nie tylko pielęgnuje się tradycje, ale też z lokalnego patriotyzmu czyni fundament strategii.

Kiedy 11 września tamtego roku – święto narodowe, data zdobycia miasta przez wojska Burbonów we wspomnianym 1714 roku – na ulicach miasta ponad 1,5 mln ludzi demonstrowało pod hasłem „Katalonia: nowe państwo w Europie”, najdonioślej wybrzmiało przesłanie Josepa Guardioli. Były trener Barcelony pomieszkiwał wtedy chwilowo w Nowym Jorku (wziął sobie urlop od futbolu) i stamtąd krzyknął (na telebimie), że jego rodacy mają jeden głos więcej, że czuje się jednym z nich ­– żądających niepodległości. Na stronach politycznych gazet jego nazwisko niemal nie padało, tymczasem Guardiola siłą oddziaływania na masową katalońską wyobraźnię po wielekroć przebijał i przebija wielu tamtejszych polityków. To żywy pomnik, być może bardziej zasłużony dla rozbudzania separatystycznych nastrojów, niż sam podejrzewa.

Teraz też się odzywał. Przed niedzielnym referendum, w którym oddał głos za pośrednictwem poczty, oraz w trakcie feralnego dnia, gdy potępił centralną władzę, na której polecenie policja pacyfikowała, często brutalnie, manifestujących i usiłujących dotrzeć do urn. Wtórował mu m.in. Gerard Pique – też polityczne uświadomiony, od zawsze demonstrujący katalońskość, wyróżniający się osobowością do tego stopnia, że wszyscy wiedzą, iż w przyszłości zostanie prezesem FC Barcelony. A jeśli jej obecni szefowie wypowiadali się stosunkowo wstrzemięźliwie, to tylko dlatego, że klub z regionalnego urósł do globalnego, ze względów marketingowych zależy mu na kibicach z innych części Hiszpanii i z zagranicy (w mediach społecznościowych „śledzi” go absolutnie rekordowe 145 mln osób ze wszystkich kontynentów!) – jak każda maksymalizująca zasięg korporacja stara się nikogo nie urazić. Co może być trudniejsze do osiągnięcia niż się zdaje. Czy np. Chińczycy, rynek w przemyśle futbolowym coraz istotniejszy, z entuzjazmem przyjmą niepodległościowe zapędy regionu, skoro zasadniczo sprzeciwiają im się, kiedy tylko mogą, bo sami borykają się z separatystycznymi ciągotami Tybetańczyków i Ujgurów?

Niewykluczone, że sukces sportowy wpłynął na nastroje w Katalonii. Dzieje FC Barcelony były zawsze przede wszystkim opowieścią o udręce. Cierpiał naród, cierpieli kibice i piłkarze, niesprawiedliwie traktowani w rywalizacji ze wspieranym przez frankistowski reżim Realem Madryt (historia nieco zmitologizowana, o czym blogowałem tutaj). Aż tu nagle, w ubiegłej dekadzie, uwielbiana drużyna nie tylko zaczęła zdobywać najcenniejsze puchary seryjnie, nie tylko została najlepszą na planecie, ale jeszcze obwołano ją futbolowym arcydziełem wszech czasów. Katalończycy już wraz z nastaniem ery Messiego i spółki w pewnym sensie wybili się na niepodległość – poczuli się najlepsi w świecie w czymś, co dla nich najważniejsze lub bardzo ważne, zyskali światową rozpoznawalność o bezprecedensowej skali, dostali mnóstwo powodów do pęknięcia z narodowej dumy. To nie przypadek, że akurat wtedy, gdy trwa belle époque, klub zaczął częściej wystrajać piłkarzy w koszulki w barwach senyery.

Nie przeceniam znaczenia piłki nożnej, raczej doceniam znaczenie Camp Nou dla regionu, w którym od zawsze tliła się potrzeba walki o odrębność. I o ile gospodarcza zapaść mogła zadziałać jak iskra, która gaśnie jutro albo pojutrze, o tyle sportowa potęga Barcy, plemienny charakter otaczających ją emocji, a także sprzyjająca podtrzymywaniu nastrojów nieustająca ciągłość rozgrywek mogły długo dostarczać paliwa. „Pozwólcie nam głosować” – skandował od tygodni tłum na stadionie.

Na stadionie, który w niedzielę był pusty. Piłkarze pokonali Las Palmas w głuchej ciszy, bez wsparcia kibiców, co miało wyrażać protest klubu przeciw zachowaniu mundurowych uniemożliwiających z rozkazu władz centralnych przeprowadzenie referendum. Jego szefowie chcieli mecz odwołać, ale zarządzający rozgrywkami Javier Tebas, zresztą zaprzysięgły fan Realu Madryt, groził im walkowerem i karnym odbieraniem punktów.

Napięcie jeszcze wzrosło, poruszony Pique ogłosił potem, że jest gotów nawet zrezygnować z występów w reprezentancji Hiszpanii. Reprezentacji, która niedawno uchodziła za arcysilny czynnik jednoczący kraj. Kiedy przez dekady musiała znosić niemal wyłącznie klęski, to przyczyn szukano m.in. w zatruwającym szatnię podziale na Kastylijczyków, Katalończyków, Basków, Galisyjczyków - zjawiskowo utalentowani gwiazdorzy gotowi bić się do upadłego na chwałę Realu lub Barcelony pod wspólnym sztandarem tracili ponoć pęd do zwycięstw. Ale w latach 2008, 2010 i 2012 piłkarze pozdobywali złoto najbardziej prestiżowych imprez mistrzowskich, a kibice ze wszystkich regionów świętowali wspólnie, wybuchła nawet dyskusja, czy aby nie wypada wreszcie napisać słów do hiszpańskiego hymnu.

To już przeszłość, użycie przeciw Katalończykom siły – niezależnie od tego, czy uzasadnione, czy nie – zapewnie rozmnoży zwolenników rozwodu z Madrytem. Dla mnie nieuniknionego, dzisiaj czuję to jeszcze mocniej niż przed pięcioma laty.

Jeśli rozstanie nastąpi, poskutkuje niebłahymi dylematami oraz problemami praktycznymi. Także dla nas, kibiców piłki nożnej. Ekonomiści dostrzegą w ustanowieniu nowego państwa nową silną gospodarkę, napędzaną przez 7,5 milionów ludzi, społeczeństwo liczniejsze niż Dania, Irlandia, Finlandia i jeszcze dziewięć innych członków Unii. My zastanawiamy się nad sprawami donioślejszymi – czy mianowicie ewentualne stworzenie osobnej ligi krajowej zakończy futbolową wojnę katalońsko-madrycką, czym groził przywoływany wyżej Tebas.

Ja w to zupełnie nie wierzę, akurat ten rozwód nie opłacałby się nikomu. Mecze Barcelony z Realem to najsłynniejsza, marketingowo bezcenna rywalizacja w piłce nożnej – tym bardziej dochodowa, że udało się ją wyeksportować, widzimy to nawet w Polsce, w której wyznawcy obu klubów naparzają się, jakby byli związani z nimi z dziada pradziada, emanując szowinizmem, nienawiścią, pogardą dla wroga. Madryccy szefowie całym sercem będą sprzyjać katalońskim, wszak zaciekła wrogość między oboma rywalami to w istocie symbioza, każda ze stron w samotności, pozbawiona punktu odniesienia zwątpiłaby w sens swojego istnienia. A względy formalne to drobiazg, w razie potrzeby można pożyczyć wariant stosowany w księstwie Monako (tamtejsi piłkarze rywalizują w lidze francuskiej) czy Andorze (tamtejsze kluby należą do lig hiszpańskich).

Co więcej, El Clásico po secesji zostałoby rozciągnięte na rywalizację drużyn narodowych – pomyślcie, jakie emocje wywołałyby mecze Hiszpanii z Katalonią, która przecież nazajutrz po wejściu do UEFA wtargnęłaby do grona reprezentacji bardzo silnych. Niepokojące z naszej, polskiej perspektywy byłoby tylko to, że przybyłby poważny konkurent w eliminacjach do mistrzostw Europy i świata. Wicie, rozumicie – dla nas każdy jest poważny.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 El Clasico, Real Madryt, FC Barcelona

1:5 w superpucharowym dwumeczu El Clásico, 0:3 z Juventusem, 0:4 z Paris Saint-Germain. A wszystko na dystansie kilku miesięcy. To się zdarza Barcelonie stanowczo zbyt często, zwłaszcza że zdarza się w okresie rewelacyjnych osiągnięć Realu Madryt. Felieton do „Gazety” o nieoczekiwanej zamianie miejsc – nieoczekiwanej i szokująco radykalnej – przeczytacie tutaj.

piątek, 28 lipca 2017

International Champions Cup, El Clasico, Real Madryt - Barcelona

Nienawidzę sparingów. Ściślej: nienawidzę sparingów, które udają wielkie hity, i właściwie powoli przestają być sparingami, bo sparingi się nie opłacają – dzisiaj w sprzedaży są wyłącznie hity, wstyd oferować coś skromniejszego niż oszałamiające efekty specjalne, superprodukcja za kwintyliony, wzruszenia ekstremalne i obowiązkowo niezapomniane.

Jeszcze ściślej: nienawidzę pankontynentalnego tworu oblepionego metką International Champions Cup. Wymyślił go niejaki Stephen M. Ross, amerykański specjalista od monetyzowania popularności sportu, który – cytat z oficjalnej witryny internetowej – „zrewolucjonizał futbolowy krajobraz”. Jak sam mówi, nie podobało mu się nazywanie rozgrywanych podczas wakacji meczów „towarzyskimi” albo „pokazowymi”, bo fani nie chcą patrzeć, jak piłkarze grają o nic. I w materiałach agencji Relevent Sports, czyli organizatora International Champions Cup, przymiotniki „towarzyski” oraz „pokazowy” nie występują. Są zakazane. Piłkarze 17 słynnych europejskich marek gromadzą na stadionach chińskich, singapurskich i USA punkty, których liczba decyduje o kolejności w jednej z trzech tabel (dwóch „azjatyckich”, jednej „amerykańskiej”).

Najpierw kojarzyły mi się te rozgrywki z siatkarską Ligą Światową, która otwiera każdy sezon reprezentacyjny. Impreza komercyjna – bez rangi mistrzowskiej, ale mająca istotne znaczenie dla globalnego rankingu FIVB – wymyślona po to, by ożywić martwy wcześniej okres. Doszedłem jednak do wniosku, że bardziej przypominają osławioną Superligę. Czyli zamknięty turniej dla kasty uprzywilejowanych, którymi straszą nas jak dzieci bajkami o wiedźmach – najbogatsi odetną się od plebsu, nie będą ryzykować klęski w eliminacjach, będą w elicie grali zawsze. Do International Champions Cup zaproszono np. szósty w lidze włoskiej Milan oraz siódmy Inter, a nie np. czwartą Atalantę, bo Atalanta nikogo poza swoim regionem nie obchodzi, natomiast mediolańskie drużyny mają renomę ponadlokalną.

I sparingi na szczytach przestały istnieć. Zastąpiły je szlagiery, zarezerwowane dotąd dla Ligi Mistrzów. Ewentualnie – zdarzające się dwa razy na sezon w rozgrywkach krajowych.

Nienawidzę ich, bo niszczą naturalny porządek, w którym po wiośnie następuje lato, po nocy wstaje dzień, po miesiącach pracy wyjeżdżasz na wakacje, po kilkunastu godzinach na chodzie kładziesz się spać, po przebiegnięciu swojej dawki kilometrów bierzesz prysznic, po wychlaniu cysterny bimbru masz kaca.

I, do ciężkiej cholery, czasami nic się nie dzieje. Znaczy – nie dzieje się nic szczególnie ważnego. Zbijasz bąki wpatrzony w pień drzewa, któremu nigdy dotąd się nie przyjrzałeś, a może nawet, o zgrozo, się nudzisz.

Niestety, nicnierobienie to już dzisiaj grzech, czyn w najlepszym razie wątpliwy etycznie. W cywilizacji nadmiaru jedyną religią naprawdę uniwersalną jest konsumpcjonizm – na PKB musisz harować na okrągło, choć harówkę reklamuje się jako spełnianie najgłębszych potrzeb, niemal realizowanie samego siebie. W puszce z gazowanym napojem nie kupujesz gazowanego napoju, tylko emocje, styl życia, bycie cool.

A w oglądaniu z trybun International Champions Cup kupujesz, jak piszą organizatorzy, unikatowe i wyjątkowe – inny towar nie ma wartości – „fan experience”. Ekstazę przeżyją zwłaszcza naoczni świadkowie sobotniego El Clásico, czyli największego sukcesu Rossa. Amerykanin zdołał ściągnąć do Miami najsłynniejszy mecz futbolowy.

Jeszcze raz: nienawidzę tego. Chcę, żeby Real Madryt tłukł się z Barceloną od święta. Żeby sezon ogórkowy był sezonem ogórkowym. Żeby nie wpychali mi do gardła pięciu kilogramów krewetek także wtedy, gdy nie zacząłem jeszcze trawić wchłoniętych chwilę wcześniej pięciu kilogramów krewetek. Nie chcę ćwierćfinału Ligi Mistrzów w lipcu. Chcę, żeby czasami nic się nie działo. Dla psychicznej higieny.

Oczywiście nie mam szans, nawet jeśli czuję, że im więcej El Clásico na rok, tym bardziej pojedyncze El Clásico się dewaluuje. Amerykanie znają się na sportowym biznesie, wiedzą, co robią. A ja odnoszę wrażenie, że jestem szantażowany. „Przecież nie musisz oglądać” – powiecie. Tak, nie muszę, ale jak interesować się piłką nożną i opuścić awanturę madrycko-barcelońską?! Wykpić się prostą wymówką, że akurat jestem na detoksie?!

Miewam szatańską ochotę, by organizatorzy International Champions Cup zaproponowali za zwycięstwa w rozgrywkach gigantyczny szmal, wielokrotnie większy niż w Lidze Mistrzów. I sprawili, że kluby zaczynają je traktować serio. Specjalnie się do nich przygotowywać. Dla draki bym chciał, z poczucia bezradności, z ogarniającej mnie na myśl o jutrzejszym El Clásico irytacji, nawet furii. Łajdaki mnie mają, już teraz wiem, że o 1.45 w nocy z soboty na niedzielę otworzę telewizor i będę się na Barcelonę z Realem gapił. Zeżrę, co mi podadzą, innego wyjścia nie widzę, zwłaszcza że rozpocząłem urlop.

Oczywiście obiecywałem sobie, że w trakcie urlopu nie będę blogował.



środa, 30 listopada 2016

Andres Iniesta, biografia, Cristiano Ronaldo, książka

Na sobotni hit, od lat utrzymujący pozycję najważniejszej futbolowej superprodukcji na świecie, obaj hiszpańscy giganci przylecą z bardzo odległych od siebie galaktyk. Zbyt odległych, by uznać okoliczności za normalne.

Tam, skąd przybywa Real, jest cieplusieńko, śpiewają ptaszki i w ogóle oddycha się sielanką – nie przegrali madryccy piłkarze od 31 meczów (czyli od blisko ośmiu miesięcy), podczas gdy żaden inny europejski klub rywalizujący w poważnej lidze nie wytrzymuje aktualnie bez porażki od choćby 20 spotkań.

Ich rywal przeciwnie, tkwi w cmentarnym mroku i chłodzie, z barcelońskiej krypty wydobywa się skowyt ludzi, których boli, że żyją. I to nie dlatego, że przywoływanym okresie przegrali aż sześciokrotnie. Nie, oni rzężą tu i teraz. W niedzielnym meczu z San Sebastian dotknąć piłki we wrogim polu karnym zdołali dopiero tuż przed przerwą, sami natomiast wielokrotnie pozwalali przeciwnikowi rozwinąć skrzydła, nie znajdując żadnego sposobu na jego agresywny, wysoki pressing. Chwilami nawet Leo Messi sprawiał wrażenie tak bezradnego, że niechętnie odbierającego podania, wręcz schowanego. Co gorsza, gwiazdom Barcelony wcale nie przytrafił się odosobniony fatalny wieczór – ledwie uratowany remis spuentował miesiąc gry jak na jej standardy szokującej, z marnymi siedmioma golami strzelonymi w siedmiu meczach i otępiałą, wyzutą z kreatywności drugą linią. Skoro już nawet występy Sergio Busquetsa, piłkarza w sensie boiskowym wybitnie inteligentnego i bodaj najznakomitszego na świecie wśród drugoplanowych, dzielimy na średnie, słabe i beznadziejne, to wiadomo, że katalońskie państwo się wali.

Wali się akurat wtedy, gdy w rozkołysanym Madrycie świętują, mają jeszcze świeżo w pamięci spektakularne 3:0 w derbach z Atlético.

Czy to oznacza, że Real od miesięcy demonstruje futbol na poziomie dla Barcelony niedostępnym? Skądże znowu, zasadnicza różnica polega raczej na to, że Real potrafi postawić na swoim nawet w słabszym dniu, gromadząc punkty z morderczą regularnością, tymczasem Barcelona potrzebuje gry doskonałej, by zamienić ją na konkret pozytywnego wyniku. Madrycki trener Zinedine Zidane okazuje się zupełnie inny od piłkarza Zinedine’a Zidane’a, stroniącego przed laty od ruchów innych niż wirtuozerskie – pragmatyczny, rozważny, na notoryczne kontuzje kluczowych graczy odpowiadający mądrymi korektami ustawienia. Nawet dziesięciotygodniowa utrata Casemiro, niezastąpionego ponoć łącznika defensywy z ofensywą, nie naruszyła równowagi w drużynie.

Barcelonę być może rozbroiła natomiast nieobecność Andrésa Iniesty, który jest jednym z powodów powstania niniejszej notki. Właśnie ukazała się bowiem jego biografia, ukazała się też po polsku kolejna opowieść o Cristiano Ronaldo – zaraz niechybnie zgarnie kolejną Złotą Piłkę, pościg za Messim trwa – a ja mogę rozdać po dwa egzemplarze każdej z nich.

Otrzymają je zwycięzcy zabawy, którą stali bywalcy bloga „A jednak się kręci” znają od lat. Zabawy w jasnowidza, choć w wersji mini i o nieco zmodyfikowanych regułach. Pytanie podstawowe jest najprostsze z możliwych: Jaki będzie wynik sobotniego El Clásico?

Ale jest i pytanie dodatkowe: W której minucie padnie pierwszy gol?

Ważniejsze jest pierwsze i ono rozstrzygnie, ale należy odpowiedzieć na obydwa, bo drugie przyda się, żeby uniknąć dogrywki – wygrywa ten, kto będzie bliżej prawdy. Może zresztą nikt nie trafi wyniku, wtedy zadecyduje wyłącznie drugie pytanie. Typujemy do godz. 23.59 w piątek, decyduje czas opublikowania komentarza na blogowym forum.

piątek, 11 września 2015

FC Barcelona, Real Madryt, nienawiść

Gerard Pique, rozpolitykowany Katalończyk z dziada pradziada, nie lubi Realu i daje temu głośno wyraz – wyzłośliwia się, prowokuje, stroi sobie żarty. Madryccy kibice nie lubią obrońcy Barcelony i również dają temu wyraz – buczą, gwiżdżą, wyzywają. Mszczą się m.in. na meczach reprezentacji Hiszpanii, więc chryja osiągnęła wymiar ogólnonarodowy. Ba, nawet większy niż ogólnonarodowy, co mnie zdumiewa najbardziej. A zarazem świadczy o najważniejszym sukcesie, jaki oba kluby osiągnęły w minionych latach. Ale do tego wrócimy za chwilę.

Kontrowersyjny piłkarz w trybie alarmowym zwołał wczoraj konferencję prasową, podczas której nie tylko nie łagodził konfliktu, ale wręcz go zaogniał. Ogłosił, że gwizdy na wrogim stadionie brzmią dla niego jak symfonia, że wiosenne mecze Realu z Juventusem oglądał w koszulce Buffona i temu podobne dyrdymały. Nie będę prawił kazań, czy postępuje słusznie, czy nie. Zbyt daleko żyję od antagonizmu katalońsko-madryckiego, za bardzo przywykłem też do plemiennej (czyli obcej mi) natury rywalizacji międzyklubowej. Interesuje mnie co najwyżej, czy postawa Pique rzeczywiście wpływa na wyniki reprezentacji – wpływa choćby dlatego, że reakcje sprowokowanych kibiców rozpraszają zawodników, którzy powinni skupiać się wyłącznie na grze. Gdyby tak było, dysponowalibyśmy poszlakami pozwalającymi oskarżyć go nieroztropność graniczącą z sabotażem. Ale nie mam pewności, jak jest, nawet jeśli wypowiedzi trenera Vicente del Bosque sugerują, że on widzi problem. Niech się więc martwią Hiszpanie.

Awantura trwa jednak i w Polsce. Ujadają w internetach barcelończycy i ujadają madridiści, ujadają z pasją umierających za ojczyznę, a ja dzięki nim znów przypomniałem sobie o refleksjach, do jakich skłoniła mnie – zamieściłem je w posłowiu, kilka ustępów zaraz przywołam – lektura przełożonej niedawno na polski książki „Barca vs Real. Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie przeżyć”. Lektury wartościowej edukacyjnie, demaskującej bzdury krążące jako obiegowe święte prawdy, momentami demitologizującej. I uzmysławiającej, że oba kluby w istocie są do siebie łudząco podobne. Nie, Barcelona wcale aż tak nie cierpiała w czasach frankistowskich. Nie, idealna symbioza Realu z brutalnym reżimem nigdy nie istniała.

Łączy obu potentatów natomiast najbardziej spektakularny i najbardziej znaczący sukces ery nowożytnej, który na początku XXI wieku pozwolił im zapanować nad światową piłką nożną. Otóż obaj giganci zdołali dzielącą ich nienawiść wyeksportować. Emocjami, często chorymi, zrodzonymi przez lokalne zawiłości historyczne zaczadzili miliony ludzi, których z Półwyspem Iberyjskim nic nie łączy. Którzy nierzadko nigdy tamtych okolic nie odwiedzili. Którzy nie znają ani hiszpańskiego, ani katalońskiego.

A kiedy już konflikt został wykatapultowany do innych krajów i na inne kontynenty, Real z Barceloną go spieniężyły.

Dowodów nie musimy szukać daleko, wystarczy rozejrzeć się po Polsce. Temperaturę sporu czują wszyscy, których zajmuje futbol. Z klubów kibica wykluły się bardzo popularne portale, a na forach i w mediach społecznościowych pojawiły się dwa plemiona – chciałoby się rzec: sekty – zwalczające się wściekle i codziennie, czasami z szowinistyczną bezrefleksyjnością, a czasami z obrzydzeniem i pogardą dla wroga. Piłkarscy kibice generalnie mają skłonność do przesady, zachowań stadnych, ulegania instynktowi. Gustave Le Bon, który napisał rewolucyjną w swojej epoce „Psychologię tłumu”, pewnie wierci się w grobie rozżalony, że nie dożył czasów, w których mógłby analizować – nie wstając od komputera, badania terenowe byłyby tu zbędne – zachowania tak irracjonalnych i popędliwych zbiorowości w szczycie ich rozwoju. Nasi barceloniści i madridiści wynieśli jednak zjawisko na inny poziom. To zawsze czujni uczestnicy świętej wojny, podejrzliwie łypiący na wszystkich zabierających głos w kwestiach związanych z rywalizacją w El Clásico. Rozpaleni nadwrażliwcy, których uczucia religijne można urazić jednym nieostrożnym słowem. W swoim zapamiętaniu tym bardziej niezwykli, że wojują z oddali. Nie urodzili się w tym sporze, nie odziedziczyli go, lecz nabyli. Nie są tubylcami, lecz imigrantami.

Marzyliby o tak nawiedzonych klientach marketingowcy Bayernu, Paris Saint Germain, Juventusu czy Chelsea. Marzyliby, bo skrajne zaangażowanie fanów przekłada się na twardą walutę. Jak teraz, gdy Real Madryt i FC Barcelona znów królują w nie tylko hiszpańskich mediach, choć od kilkunastu dni nie rozegrały meczu ani nie sfinalizowały żadnego transferu, a do El Clásico daleko. Oba te kluby nie tyle się bogacą, ile się bogacą w kosmicznym tempie. U schyłku poprzedniego stulecia błąkały się w połowie lub na końcu czołowej dziesiątki finansowego rankingu Deloitte Football Money League, od 2005 roku właściwie nie spadają z podium, najczęściej wymieniając się na pozycjach lidera oraz wicelidera. Sezon w sezon ich przychody puchną o kilkadziesiąt milionów euro, w skali dekady to wzrosty sięgające stu procent. W XX wieku nie zbliżyły się do 100 mln, teraz w połowie drugiej dekady XXI wieku dobiły do pół miliarda. Jako biznesowe korporacje w tym górują nad korporacjami działającymi w wielu innych branżach – choć wciąż zarabiają mniej – że wyhodowali klientów wiernych marce dozgonnie, którzy w sklepie z gadżetami albo przed telewizorami nie podejmują decyzji konsumenckich, lecz odprawiają msze. A między meczami są niezmordowanymi bojownikami o nieskalany wizerunek barw, którym służą. Sen na jawie każdego prezesa globalnej korporacji.

wtorek, 25 sierpnia 2015

 Barcelona, Real Madryt

Ukazała się jedna z najlepszych moim zdaniem książek piłkarskich, które zostały przełożone na język polski. Wartościowa edukacyjnie, demaskująca bzdury krążące jako obiegowe święte prawdy, momentami demitologizująca, choć czasami może nazbyt przeładowana faktami bez znaczenia. Idealna dla członków nadwiślańskich plemion prokatalońskich i promadryckich, którzy tak okładają się słowami, że nie zauważają najważniejszego. Otóż OBA kluby przeżywają właśnie złotą erę. A dzieło Alfredo Relaño może obu stronom jeszcze uświadomić, że wbrew propagandzie Barcelona i Real właściwie niczym się od siebie nie różnią...

Rzecz jest naprawdę bardzo dobra, więc z przyjemnością dołożyłem od siebie posłowie. I z przyjemnością ogłaszam mały konkurs, którego pięciu zwycięzców otrzyma egzemplarz „Wrogów, którzy nie mogą bez siebie żyć”.

Najpierw wymyśliłem, że kibiców Barcelony poproszę o przyznanie się na forum, co najbardziej w Realu lubią, co szczególnie w Realu szanują, czego najbardziej Realowi zazdroszczą etc. A kibiców Realu – by wykonali podobną pracę umysłowo-pisarską w kwestii Barcelony. Wybrałbym pięć najciekawszych odpowiedzi i rozesłał nagrody. Rozmyśliłem się z dwóch powodów. Po pierwsze, nie chcę ograniczać konkursu do fanów obu klubów. Po drugie, nie zdołam zweryfikować, czy autorzy podający się za kibiców Katalończyków lub madrytczyków rzeczywiście nimi są.

Dlatego pytanie, owszem, zostawiam, ale dla odpowiadających przeznaczam tylko jeden egzemplarz książki – mam nadzieję, że nie będzie ściemy, znaczy fani Barcy nie będą sławić Barcy, a fani Realu oszczędzą sobie wypisanie, czego zazdroszczą Realowi. Wyczuję fałsz, to zdyskwalifikuję.

Pozostałe książki otrzymają ci, którzy najlepiej uporają się z tradycyjnym na moim blogu konkursem na jasnowidzenie.

Pytania główne:

1) Jaki będzie wynik meczu drugiej kolejki ligi hiszpańskiej, Barcelona - Malaga?

2) Jaki będzie wynik meczu Real Madryt - Betis Sevilla?

Jeśli powyższe pytania wyłonią czterech zwycięzców, te zamieszczone poniżej nie będą miały znaczenia. Jeśli jednak powyższe zwycięzców nie wyłonią (bo np. tłum czytelników trafi idealnie albo nikt nie trafi żadnego z wyników, więc będzie remis), zdecyduje liczba poprawnych odpowiedzi na pytania dodatkowe (dlatego odpowiadajcie na wszystkie):

A) Czy Barcelona wygra w sobotę co najmniej dwoma golami?

B) Czy Real wygra co najmniej dwoma golami?

C) Czy gola strzeli w sobotę Leo Messi?

D) Czy gola strzeli Cristiano Ronaldo?

E) Czy gola strzeli Luis Suarez?

F) Czy gola Gareth Bale?

G) Czy w meczu w Barcelonie piłkarze Malagi otrzymają co najmniej trzy żółte kartki?

H) Czy w meczu w Madrycie piłkarze Betisu otrzymają co najmniej trzy żółte kartki?

I) Czy po sobotnich meczach Barcelona wciąż będzie wyżej w tabeli niż Real?

Uwaga: wszyscy, którzy wezmą udział w naszej przedniej zabawie, będą musieli samodzielnie policzyć poprawne odpowiedzi i podać wynik na blogowym forum. Ja tylko najlepsze wyniki sprawdzę, by mieć pewność, że nikt się nie pomylił. Odpowiedzi przyjmuję do godz. 23.59 w piątek (decyduje czas opublikowania komentarza), a podliczone wyniki do 23.59 w niedzielę. Do dzieła!

niedziela, 22 marca 2015

El Clasico, Gran Derbi, Real Madryt, FC Barcelona

Dawno już nie blogowałem wielogodzinnie o żadnym meczu, dzisiaj też nie osiągnę pełnej mocy z powodu tradycyjnej niedzielnej zawieruchy redakcyjnej, ale perspektywa El Clásico właśnie znienacka skusiła mnie, by jednak postukać w klawiaturę. W miarę możliwości, choćby w okrojonym wymiarze.

17.58. Nie lubię redukowania starć drużyn tak wszechbogatych w talent do pojedynku dwóch solistów – choćby najwybitniejszych – ale nie sposób nie zacząć od Leo Messiego oraz Cristiano Ronaldo, skoro aktualne nastroje i aktualną formę obu Barcelony i Realu Madryt zawsze można odczytać nawet w ich mowie ciała.

Kiedy rozpoczął się rok 2015, z muchami w nosie człapał po boisku Argentyńczyk, prasa donosiła w dodatku, że nie rozmawia z trenerem Luisem Enrique, że żąda jego dymisji, że symulował zatrucie, by nie przyjść na trening. A Portugalczyk promieniał – załzawiony odbierał Złotą Piłkę, strzelał gole w tempie gwarantującym (jak się wówczas zdawało) pobicie wszelkich snajperskich rekordów, jego osobistym osiągnięciom towarzyszyła bezprecedensowa 22 zwycięstw Realu z rzędu.

Minęły trzy miesiące, Barcelona wyprzedziła w tabeli Real i... nawet gdybyśmy tej tabeli nie widzieli, wyczytalibyśmy wszystko z gestów obu nadpiłkarzy. Messi w środowym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Manchesterem City nie tyle grał, ile futbolem się delektował – zakładał rywalom siatkę za siatką, obsługiwał kolegów błyskotliwy podaniami, a wszystkie cuda czynił bez wysiłku, niemal mimowolnie. Cristiano Ronaldo irytuje się natomiast golami, które strzela Gareth Bale, i nie umie tego ukryć, ogłasza, że do końca sezonie nie odezwie się do dziennikarzy, wygląda na permanentnie sfrustrowanego. Aż trudno uwierzyć, że ktoś, komu się w życiu tak powodzi, jest w stanie wpaść w tak dotkliwe psychiczne męki...

18.11. Prawdopodobny skład Realu Madryt: Iler Casillas ­– Dani Carvajal, Pepe, Sergio Ramos, Marcelo – Luka Modrić, Toni Kroos, Isco – Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo.

Wiadomo, najjaśniejszą gwiazdą jest CR7, ale najważniejszy dla postawy całej drużyny pozostaje reżyser gry Modrić – ma atut, którego nie ma Portugalczyk, to znaczy swoimi zagraniami czyni lepszymi piłkarzami partnerów. Wraca po kontuzji w idealnym momencie. Wiadomo też, że kapitańską opaskę wciąż nosi Casillas, ale na murawie na kapitana realnego, nie malowanego, wygląda Ramos. Też wrócił we właściwym momencie.

18.15. (Liczbowe uzupełnienie powyższego). W ostatnim pół roku z okładem Real trzykrotnie stracił cztery gole. W zimowym sparingu z Milanem (2:4), w derbowej klęsce z Atlético (0:4), podczas niedawnego wstrząsającego wieczoru z Schalke w 1/8 finału LM (3:4). Wszystkie wpadki łączy brak tylko jednego nazwiska – Sergio Ramosa.

18.32. Prawdopodobny skład Barcelony: Claudio Bravo – Dani Alves, Gerard Pique, Jeremy Mathieu, Jordi Alba – Ivan Rakitić, Javier Mascherano, Andres Iniesta – Leo Messi, Luis Suarez, Neymar.

Ani myślę silić się na oryginalność, tutaj oszałamiających figur oczekujemy nade wszystko od zjawiskowego tercetu atakujących. Wychowanek Barcelony plus dwie największe gwiazdy Ameryki Płd. minionych lat; reprezentanci wszystkich tamtejszych potęg: Argentyny, Urugwaju i Brazylii; z łatwością można sobie wyobrazić, że obsadzają całe podium Złotej Piłki. Nie pamiętam, by za mojego życia jakakolwiek drużyna dysponowała napadem o porównywalnej skali czystego futbolowego talentu. Trenerowi pozostaje jedno: nie skrępować ich, niech zwyczajnie wyrażają siebie.

18.52. Wszyscy doceniają dyspozycję fizyczną piłkarzy Barcelony w ostatnich tygodniach, ale chyba rzadko podaje się mało znany fakt o ich trenerze. Otóż Luis Enrique po zakończeniu kariery porwał się na ultramaratony i triatlon – a to wystartuje w rozciągniętym na sześć dni, 250-kilometrowym bieganiu po Saharze (w temperaturze sięgającej 50 stopni), a to uczestniczy w zawodach Ironman, czyli udręce składającej się z 42 km biegu, 180 km na rowerze i 3,8 km pływania.

Carlo Ancelotti to po zejściu z boiska sybaryta. Zajrzyjcie do jego biografii – opowiadać o jedzeniu mógłby bez końca, to dziś jego największa pasja obok futbolu:-)

19.22. Jeśli wierzyć Michaelowi Coxowi, to idealna jedenastka El Clásico wyglądałaby tak: Bravo – Dani Alves, Pepe, Ramos, MarceloKroos, Isco, Modrić – Messi, Suarez, Ronaldo.

19.59. (Przepraszam za przerwy w nadawaniu, redakcyjnie się dzieje). Stawka El Clásico jest klasycznie najwyższa, tutaj nie chodzi buchalterię w tabeli, ewentualna wygrana gospodarzy dałaby im znacznie większą przewagę niż czteropunktowa. Otóż jutro w Madrycie rozpętałoby się piekło, znów oglądalibyśmy inspirowaną dziennikarskimi konfabulacjami psychodramę, Carlo Ancelotti zmarniałby do żywego trenerskiego trupa. Pomyślcie – jedno zwycięstwo w pięciu meczach, perspektywa ćwierćfinału Ligi Mistrzów z prześladującym w tym sezonie królewskich Atlético, jeszcze posępniejsza mina Ronaldo. Kiedy Real zapada w kryzys lub choćby minikryzys, jego największym – śmiertelnym – wrogiem staje się Real. Barcelonie wystarczy tylko podać zapałki, lont podpalą sami madrytczycy.

20.04. Są oficjalne składy. Bez niespodzianek. Barcelona: Bravo – Dani Alves, Pique, Mathieu, Alba – Rakitić, Mascherano, Iniesta –Messi, Suarez, Neymar. Real: Casillas ­–Carvajal, Pepe, Ramos, Marcelo – Modrić, Kroos, Isco – Bale, Benzema, Ronaldo.

Gdyby nie istniało Atlético, to bym typował już teraz, że ci ludzie zagrają – o ile losowanie nie zderzy ich ze sobą wcześniej – w finale Ligi Mistrzów. Howgh.

20.19. W tym roku kalendarzowym Messi strzelił 20 goli. Dokładnie tyle, ile CRonaldo, Bale i Benzema razem wzięci.

20.51. Niedziela to nie jest najlepszy moment na blogowanie... W każdym razie zacząłem się w biegu zastanawiać, czy jakikolwiek piłkarz mógłby arcytechniczny tercet Barcelony jeszcze udoskonalić. I nie wymyśliłem nikogo. A arcyfizyczny tercet Realu? Owszem, Ibrahimovic lub Lewandowski w miejsce Benzemy - powstałby najbardziej atletyczny atak nowoczesnego futbolu. Czyli w ogóle w dziejach futbolu.

Jeszcze pięć minut i zaczynają!

21.22. Rzut wolny, Mathieu wyprzedza Ramosa, wystawia głowę, jest 1:0. Trwa najbardziej radykalna odmiana w stylu Barcelony – nie dość, że strzela gole po kontratakach (pamiętacie mecz z Villarrealem), to jeszcze dorzuca te po stałych fragmentach gry. Picasso by tak rzeczywistości nie wykoślawił.

21.48. Do przerwy 1:1. Nie wiem, czy bardziej smakowała mi asysta Benzemy czy wykończenie Ronaldo, w każdym razie goście znajdują mnóstwo wolnej przestrzeni między barcelońskimi obroną i pomocą, goście wyczarowują więcej arcyzagrań solowych i więcej świetnych akcji zespołowych, goście wyglądają, jakby przyjechali po swoje i nie pytali, czy im wolno. Znów mamy dowód, że wyniku El Clásico nie warto prognozować w oparciu o mecze poprzedzające ten szlagier.

Na moją intuicję w drugiej połowie zanosi się na dwie czerwone kartki.

A poza tym - ktoś wie, gdzie się chowa Messi?

22.16. Do wykoślawiania rzeczywistości i uśmiercania najświętszych katalońskich tradycji musimy dorzucić bramkę na 2:1. Dłuuugie (w dawnym słowniku: wstydliwie proste) podanie Daniego Alvesa, potem wspaniałe przyjęcie i strzał Suareza. A wszystko wtedy, gdy wydawało się, że nad sytuacją panuje królewscy. Cały ten mecz jest jakiś na opak.

22.57. Im dłużej grali, tym bardziej grała Barcelona, gości ocalił wtórny snajperski analfabetyzm Neymara. Największej madryckiej zagadce na nazwisko Bale. Jak można trzymać do końca meczu skrzydłowego, dla którego od 48 minuty cały wysiłek ofensywny sprowadził do dwóch nieudanych dryblingów, dwóch przegranych pojedynków główkowych, dwóch niecelnych podań i jednego celnego – trzymetrowego? Zresztą sami zobaczcie tutaj, czy skrzydłowego może bardziej na murawie nie być.

23.03. Gdyby nie odosobniona wpadka z Malagą, byłoby dziś 19. zwycięstwo z rzędu. Barcelona na razie najlepszą drużyną w Europie w 2015 roku.

23.09. A Real? Jedno zwycięstwo w pięciu ostatnich meczach, już cztery punkty dzielą go do Barcy. I ta strata o niczym nie przesądza, tak jak o mistrzostwie Hiszpanii nie przesądzają El Clásico – pamiętajcie, ile mieli niedawno przewagi madrytczycy? – za to gigantyczne szkody może wywołać w w królewskiej szatni histeria, którą już prawdopodobnie słychać w stołecznych mediach. Aż się boję zaglądać, tam zawsze zalatuje psychozą. Brrr.

23.25. Odpowiadam na wątpliwość podaną na forum: owszem, Neymar też partaczy. Ale w odróżnieniu od Bale'a w ogóle uczestniczy w grze. To mi się zdaje warunkiem minimum.

sobota, 25 października 2014

Luis Suárez wtargnął na boisko i zaczął działać tak, jakby chciał wywrzeszczeć światu, że to wszystko dyrdymały – opowieści, że po przerwie w grze trzeba „odzyskać czucie piłki” i na powrót przyzwyczajać się do intensywności meczu o niebagatelną stawkę, że z nową drużyną trzeba się długo zapoznawać, by nauczyć się współpracy z partnerami. Owszem, jego bezczynność była nietypowa. Nie uziemiła go kontuzja, mógł normalnie trenować, oswajać się z barcelońskim stylem. Ale i tak swoboda, z jaką po czterech miesiącach odsiedzianych na trybunach odnalazł się w szlagierze nad szlagierami, meczu obsadzonym wyłącznie piłkarzami wybitnymi lub znakomitymi, była imponująca. Jak ćwierkałem na Twitterze – Suárez to zwierzę, futbol to najwyraźniej jego natura, czynność niemal fizjologiczna, której nie sposób „zapomnieć”.

Może dlatego wszędzie, gdzie podpisywał kontrakt, już w debiucie strzelał gola. Może dlatego wczoraj potrzebował ledwie czterech minut, by dać Barcelonie inauguracyjną asystę. I kilku następnych, by zaserwować kolejne świetne podanie, które nie stało się asystą tylko przez nieporadność Messiego. To on w nowym ofensywnym supertercecie katalońskim wyglądał najlepiej, ba, moim zdaniem wyglądał najlepiej w całej jedenastce – bez piłki, szukając wolnej przestrzeni między obrońcami, biegał więcej niż Neymar i Messi razem wzięci, wymyślił najwięcej podań kluczowych (choć grał trochę ponad godzinę), jako jedyny wśród gości dwukrotnie odzyskiwał piłkę. Wrócił do futbolu wygłodniały i dał kibicom nadzieję.

Nadzieję chyba jednak niezbyt wielką, bo Barcelona wciąż wygląda na drużynę w fazie rekonstrukcji, poszukującą nowej tożsamości. Co z tego, że przez osiem kolejek krajowej ligi była nietykalna, skoro Paris Saint Germain i Real Madryt wtłukły jej sześć goli? Dziś zgodnie z przewidywaniami kardynalne, rozstrzygające błędy w obronie popełniał Pique, co prowokuje do pytania, dlaczego trener Luis Enrique znienacka, w najważniejszym meczu jesieni, wyrzucił na kraniec defensywy Mathieu (a Albę zesłał do rezerwy). Nie wiadomo też, dlaczego umieścił w podstawowym składzie coraz wolniej tuptającego Xaviego Hernandeza, a nie twardszego, bardziej nadającego się do gwałtownej walki w środku pola Rakiticia.

Im dłużej trwał mecz – który się przecież wspaniale dla Barcelony, jak mawiają nasi trenerzy, „ułożył” – tym bardziej doceniałem prowadzącego rywali Carlo Ancelottiego. Katalończycy nie umieją wygramolić się z fazy rekonstruowania drużyny całą wieczność, on swoją rekonstruuje rok w rok, bo do kombinowania zmuszają go transferowe szaleństwa prezesa. I w inauguracyjnym sezonie zrekonstruował ją na miarę triumfu w Lidze Mistrzów (poprzedzonego wychłostaniem broniącego trofeum Bayernu Monachium), a w bieżącym – na razie – na miarę 9 zwycięstw z rzędu ozdobionych 38 golami. Dzisiaj nie miało nawet znaczenia, że słabował Cristiano Ronaldo – podawał ze skandaliczną, 60-procentową celnością, wszyscy inni uczestnicy El Clásico osiągnęli przynajmniej 75-procentową. Real Madryt to znów drużyna świetnie współpracująca, uprawiająca futbol, by tak rzec, wielowymiarowy, bo potrafiąca zadusić przeciwnika na wiele sposobów. Kiedy przychodzi ważny wieczór, to po stałym fragmencie gry wysoko nad murawą unoszą się obrońcy (Ramos w finale Ligi Mistrzów, Pepe w El Clásico). Kiedy zaniemoże Gareth Bale, to rozkwita – i to jak! – Isco. I kiedy stawka rośnie, to swoje temperamenty poskramiają nawet obaj stoperzy, znani z, eufemizując, wybuchowości. To niesamowite, że Pepe i Ramos przetrwali dzisiejszy mecz bez kartki, podczas gdy oglądali je wirtuzoi – Messi, Neymar, Iniesta i Ronaldo.

Słowem, Real gra po królewsku. Kiedy rozglądam się po Europie – po boiskach, nie tabelach – widzę go wśród trzech superdrużyn górujących ponad wszystkimi innymi, obok Chelsea i Bayernu Monachium. Szkoda, że zderzyć się ze sobą mogą dopiero wiosną.

piątek, 24 października 2014

El Clasico, Gran Derbi, Real Madryt, FC Barcelona

Barcelona uparcie upodabniała się do Realu, aż pozyskała czarny charakter współczesnego futbolu. Luis Suárez zadebiutuje dziś w największym szlagierze klubowej piłki.

Kiedy katalońsko-madrycka wojna - militarna metafora jest tu uprawniona jak nigdy - osiągnęła szczytowe natężenie, czyli w czasach rywalizacji nadtrenerów Guardioli i Mourinho, rywali umieszczano na przeciwległych biegunach. Upraszczając: imperium światła kontra imperium ciemności.

Jasną stronę mocy miała reprezentować Barcelona, komplementowana za futbolowy uniwersytet La Masia, który pozwolił jej nawet rozgrywać ligowy mecz jedenastką złożoną wyłącznie z wychowanków - tę strategię przeciwstawiano nachalnemu zakupoholizmowi kosmopolitycznego Realu, bijącego transferowy rekord za rekordem. Barcelona miała być też orędownikiem stylu zorientowanego na dostarczanie estetycznej przyjemności kibicom - znów w przeciwieństwie do rywala, zorientowanego na osławione „zabijanie gry”. Wreszcie miniaturowi katalońscy wirtuozi w typie Iniesty czy Xaviego ucieleśniali siły dobra, podczas gdy emanację zła stanowili brutal Pepe czy cyniczny trener Mourinho.

Manichejski podział świata El Clásico przestał mieć jednak sens. Kiedy Katalończycy poczuli, że La Masia może być fabryką piłkarzy znakomitych, ale nie będzie fabryką geniuszy, wrócili do masowego importu. W ubiegłym roku wzięli uchodzącego za czołowy południowoamerykański talent Neymara, ustanawiając transferowy rekord lub się do niego zbliżając - właściwie nie wiemy, wszystko zależy od interpretacji transakcji, którą musiał się zająć wymiar sprawiedliwości. A minionego lata wydali więcej niż kiedykolwiek wcześniej (160 mln euro) i zaprosili m.in. Suáreza, pierwszego złoczyńcę boisk, który właśnie odbywał karę dyskwalifikacji za ugryzienie rywala - trzecie w karierze! - podczas mundialu. To ruch raczej w duchu Mourinho, wielbiciela futbolowych gangsterów, niż klubu pielęgnującego niegdyś wizerunek romantycznego, brzydzącego się nihilistycznym pragmatyzmem.

Na murawie Barcelona też wygląda tak, że baranieją i fani, i bezstronni komentatorzy. Jako jedyna na kontynencie nie straciła gola w rozgrywkach krajowych (i uczyniła bramkarza Claudio Bravo niepokonanym przez rekordowy czas w historii klubu), w dodatku porządek na tyłach zachowuje niezależnie od składu obrony. A przecież to m.in. dzięki jej notorycznemu roztargnieniu defensywnemu w 33. El Clásico minionej dekady padało średnio 3,5 gola. Ba, bezbramkowe nie zdarzyło się od 12 lat!

Dziś też trudno takiego oczekiwać. Piłkarze Realu zatracają się w futbolu radośnie beztroskim - wrogie pole karne ostrzeliwują z bezprecedensową gwałtownością (gdyby skuteczność utrzymali, skończyliby sezon z niewyobrażalnymi 142 golami!), natomiast we własnym nieporadnie bronią się przed rzutami rożnymi i wolnymi, a także natarciami skrzydłami, dlatego aż sześć drużyn traci bramki rzadziej niż oni. Przesunięcie akcentów ucieleśniają zmiany w środku pola, z którego Samiego Khedirę i Xabiego Alonso - zawsze byli żywymi tarczami osłaniającymi defensywę - wyparli Toni Kroos oraz Luka Modrić - w poprzednich klubach biegający bliżej ataku.

Gdybyśmy bazowali na wrażeniach z minionych tygodni, musielibyśmy faworytów upatrywać w gospodarzach z Madrytu. Choć na początku sezonu znów krwawo i skutecznie opierało się im sąsiednie Atlético, to potem zwyciężali pewniej. Także w Lidze Mistrzów, w której Barcelona uległa pozbawionemu schorowanych liderów Paris Saint Germain.

Doświadczenie uczy jednak, że nie warto prognozować przebiegu El Clásico na podstawie przebiegu innych meczów. To gatunek osobny, kulminacja wywołująca osobne emocje i wymuszająca osobne plany gry. A teraz czynnik dodatkowo rozmazujący rzeczywistość stanowi Suárez. Według trenera Luisa Enrique zagra na pewno, nie wiemy tylko, czy w podstawowym składzie. W tym, że odsiadywać wyrok kończy w przededniu hitu, kibice widzą znak - oni z definicji ulegają pokusie myślenia magicznego, a urugwajski napastnik zdobywał bramkę w debiucie w każdym swoim klubie. Jednak Suárez przez cztery miesiące wpadł na boisko tylko na kwadrans sparingu Barcelony z meksykańskim Leon i towarzyskie gierki Urugwaju z Arabią Saudyjską (sprowokował samobója rywali) oraz Omanem (wbił dwa gole). Poza tym - jak sam opowiadał - załamany na długo zamknął się w domu, trenował, szukał wsparcia u psychologa. Jego spotkania z madryckimi obrońcami - lubiącym stracić w walce przytomność umysłu Pepe czy zajadłym kolekcjonerze żółtych i czerwonych kartek Ramosie - mogą otworzyć zupełnie nowy rozdział brudnych wojen katalońsko-madryckich. I skutkować incydentami o nieodwracalnych skutkach.

W Realu niepewność spowija bramkę, Iker Casillas trzyma się słupków raczej siłą legendy niż aktualną dyspozycją godną największego klubu świata. Uraz Garetha Bale’a znieść Madrytowi łatwiej, jeśli z rezerwy wgryza się w murawę wściekły pies Isco - w środę w Liverpoolu tak ofiarny w defensywie. Jego pasja będzie dziś niezbędna, bo jedno się nie zmieniło i pewnie nie zmieni nigdy - choć El Clásico waży zwykłe trzy punkty, to od jego wyniku zależy, kto przez następne tygodnie pogra w idylli, a u kogo zostanie ogłoszony stan wyjątkowy.

poniedziałek, 24 marca 2014

Koneserzy staromodnych kółeczek, które wyrysowywali z piłką dostojni rozgrywający, lubią ponarzekać, że nowoczesna gra coraz częściej staje się już niemal głównie robotą fizyczną – polega na sile i szybkości. Ale to właśnie obłędnemu tempu gry zawdzięczamy wystrzałową erę futbolu. Mnóstwo goli pada w szlagierach jak dzisiejsze El Clásico, historyczne rekordy obalają snajperzy formatu Messiego czy Ronaldo, w ogóle rozstrzelali nam się w Ligach Mistrzów i na innych szczytach, jakby chcieli wrócić do lat 50. – już o tym kiedyś pisałem. Przy wirtuozerii najwybitniejszych graczy walczący z nimi obrońcy – czy raczej: zawodnicy broniący w danym momencie – nie mają żadnych szans nadążyć. Ten, kto trzyma piłkę, zyskuje naturalną przewagę.

Coraz trudniej nadążyć też sędziom. Nie dlatego, że każda akcja toczy się zbyt szybko – bo nie każda – ale dlatego, że cała karuzela wydarzeń wiruje zbyt szybko. To musi wykańczać mentalnie, jak nie wykańczało nigdy wcześniej. Zwłaszcza, że już właściwie na każdego piłkarza, niezależnie od nazwiska, musisz odruchowo łypać jak na oszusta. Żaden szwindel nie hańbi, to zwykły element gry, który uwznioślił cel najświętszy – zwycięstwo.

Myślałem o tym dziś, kiedy sam ledwie nadążałem nad tym, co dzieje się na Santiago Bernabéu. Miałem zresztą chwilami wrażenie, że mecz wymknął się spod kontroli wszystkim jego uczestnikom. Że żywioł szedł na żywioł, nieodpowiedzialność goniła nieodpowiedzialność, nie było na boisko śladu wyrachowania i cynizmu, które ignoranci nazywają pogardliwie – acz niesłusznie – futbolowymi szachami. Być może stąd słabiuteńkie występy prawych obrońców Daniela Carvajala i Daniego Alvesa.

Zyskali bezstronni miłośnicy ligi hiszpańskiej, walka o tytuł zapowiada się pasjonująco. Odzyskała też nadzieję Barcelona, znów wzrosły nadzieje Atlético.

Real natomiast stracił coś więcej niż punkty i wyraźną przewagę w tabeli. Dotąd sławiliśmy nową jakość wprowadzoną przez Carlo Ancelottiego, który zrezygnował z klasycznego defensywnego pomocnika, by pomieścić w środku pola bezkreśnie kreatywny tercet Modrić – Alonso – Di María, a piłkarzy niosła fantastyczna, rosnąca jak fala seria meczów bez porażki. Teraz komentatorzy wymierzą w nich twarde, niepokojące dane – zero punktów ugranych w dwóch El Clásico, jeden punkcik uciułany w dwóch derbach Madrytu, jesienne męki w najtrudniejszym dwumeczu Ligi Mistrzów – z Juventusem. Zwrócą uwagę madrytczyków na prawidłowość, która pewności siebie nie podnosi nikomu. I być może zakończyłaby, gdyby nie delikatna sytuacja na szczycie tabeli, miodowe miesiące Ancelottiego – przy madryckich standardach po podwójnym laniu od Barcelony nad trenerem powinno rozpętać się piekło.

Czy Włoch zmodyfikuje taktykę, czy nadal będzie polerował to, co już wymyślił? A może przygotuje osobny wariant na znaczniejsze mecze, myślę tu przede wszystkim o Lidze Mistrzów? I wreszcie – czy po dzisiejszym El Clásico na jeszcze większego niż dotychczas faworyta Champions League nie wygląda Bayern?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi