Wpisy z tagiem: AC Milan

niedziela, 03 grudnia 2017

Benevento, AC Milan

Była sobie piłkarska drużyna z Benevento, która przed tym sezonem nigdy nie grała we włoskiej Serie A; w tym sezonie oddała wszystkie 14 meczów; ustanowiła negatywny rekord czołowych lig w Europie, przelicytowując wyczyn Manchesteru United z międzywojnia (oberwał 12 razy z rzędu); przegrała nawet w Cagliari, gdzie w 94. minucie wyrównała z rzutu karnego; dała sobie wcisnąć decydującego gola w ostatnich sekundach meczu u siebie z lekkopółśmiesznym Sassuolo; nie tyle osiadła na dnie tabeli, ile leżała tam rozsmarowana na zero punktów, rechotała z niej cała Europa, jej istnienie służyło tylko naszej wrednej uciesze, tylko naszemu okrutnemu upodobaniu do szydzenia z cudzego nieszczęścia. Aż trafił jej się Milan. Rywal wymarzony, by zaproponować mu przekazanie roli pośmiewiska.

Krakałem od tygodni, że Benevento wystarczy cierpliwie poczekać na właśnie ten mecz, by wreszcie sobie pofiglować. I wykrakałem – zresztą jak klapę Włochów w eliminacjach mundialu, niewidzianą od 60 lat, tej jesieni doskonale sprawdzam się jako Kasandra. Ale nigdy w życiu nie wyobraziłbym sobie, że nieuniknione nadciągnie akurat tak: w 95. minucie, przy prowadzeniu 2:1, Milan pozwoli, by wysadził go w powietrze – golem wbitym głową – bramkarz.

Jako kibic zniosłem to dzielnie, nawet poczułem coś w rodzaju masochistycznej przyjemności, wolę historyczne sceny nie do zapomnienia niż przeżuwanie meczów jak papier ścierny, o smaku 0:0 z Genoą albo 0:0 z Torino. Najpierw jednak zesztywniałem, w żyłach zabulgotało, szczęka wysunęła się z zawiasów.

– Zamknąłem oczy i rzuciłem się do piłki jak bramkarz, nie jak napastnik – opowiadał bohater popołudnia Alberto Brignoli, przynajmniej przez weekend najsławniejszy przedstawiciel swojej profesji na kontynencie. Żeby jeszcze dodać historii pikanterii: w Benevento przebywa wypożyczony z Juventusu. I jeszcze: pierwszego gola dla gospodarzy strzelił George Puscas wypożyczony z mediolańskiego sąsiada Interu, a piłkarze tegoż Interu kilka chwil później roztańczyli się na San Siro wielobramkowo, kopali pięknie, obskoczyli Chievo na notę 5:0.

I wystrzelili na pozycję ligowego lidera. Ależ oni zachwycają!

Nie sugeruję, że fani Milanu przeżyli traumę ponad traumy, w końcu mówimy tu o plemieniu doświadczonym finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku – sam patrzyłem wtedy z bliska, rzężąc na trybunach, jak podróżują od 3:0 do przerwy, przez 3:3 w drugiej połowie, do kataklizmu w rzutach karnych. Benevento to był raczej bezprecedensowy obciach. Milan od dawna nie jest tortem, którym kibic się delektuje, ale dopiero teraz stał się tortem, którym kibic dostaje w twarz, żeby publika zachichrała się na śmierć. Gdy rzuciłem na Twitterze propozycję tytułu książki do wydania 10 lat po ostatnim triumfie w Champions League – „Od widowiska do pośmiewiska. Krótka historia Milanu 2007-2017” – podświadomie wyrażałem nadzieję, że wybryk w Benevento zamyka pewną epokę, że to idealna puenta wysokobudżetowego kina katastroficznego, wieżowiec już spłonął, Atlandyda zatonęła, asteroida zaraz dotknie powierzchni Ziemi, czas na napisy końcowe, teraz rozpocznie zupełnie inna fabuła, koniecznie heroiczna.

Marzenie ściętej głowy, jeszcze naoglądamy się zniszczeń. Mam nawet pomysł, jeśli Benevento go zrealizuje, dzisiejszy popis dodatkowo zyska na spektakularności: niech mianowicie Benevento, które przed remisem z Milanem przerżnęło 14 razy z rzędu, przerżnie teraz kolejne 14 meczów z rzędu.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
sobota, 18 listopada 2017

AC Milan, Yonghong Li

Nie łudźcie się, w tym tygodniu najczarniejsze wieści dla Milanu wcale nie spłynęły z Neapolu, gdzie gospodarze przydzwonili dzisiaj gościom dwoma golami. Najczarniejsze – niepokojące w perspektywie przyszłości – spłynęły z Nowego Jorku.

Na boisku działo się to, co zwykle, mediolańczycy są od miesięcy potwornie przewidywalni, chyba najbardziej we wszystkich czołowych ligach Europy. Kiedy stają naprzeciw rywali z dolnej połowy tabeli, dają radę właściwie zawsze – zremisowali tylko z Genoą (obecnie 18. miejsce), poza tym wygrali 2:0 z Sassuolo (17. miejsce), 3:0 z Crotone (15. miejsce), 2:1 z Cagliari (14. miejsce), 2:1 z Udinese (13. miejsce), 2:0 ze SPAL (16. miejsce) i 4:1 z Chievo (11. miejsce). Kiedy natomiast próbują zdobywać szczyty tabeli, nie ma czego zbierać – 1:4 z Lazio (teraz piąte miejsce), 0:2 z Sampdorią (szóste), 0:2 z Romą (trzecie), 2:3 z Interem (czwarte) i 0:2 z Juventusem (drugie), aż dopełzali do 1:2 z Napoli (pierwsze).

Podliczmy: ze słabymi nie przegrali żadnego z siedmiu meczów (15-3 w bramkach), z mocnymi przegrali wszystkie sześć (4-15). Wyraźniejsze granice w przyrodzie nie istnieją. Ta powstała z oczywistych względów – przyzwoici piłkarze tworzą w Milanie nieprzyzwoicie marną drużynę, gdy zatem wystarcza im polegać na indywidualnych umiejętnościach, nie zawodzą. Gdy jednak zderzają się z porównywalnymi lub lepszymi od siebie, ich szanse spadają do zera. Solowe popisy Suso to zbyt mało.

I niewykluczone, że mediolańczycy są tego wszystkiego świadomi. Patrzyłem dzisiaj, jak Napoli kontroluje sytuację, i przypomniały mi się słowa Cristiano Ronaldo, sfrustrowanego po remisie z Islandią podczas Euro 2016. Oskarżał on wówczas rywali, rozradowanych urwaniem Portugalii punktu, o „mentalność małego kraju”. Przypomniały mi się, bo obecny Milan zbyt często demonstruje właśnie „mentalność małej drużyny”, nawet jeśli długo utrzymuje się przy piłce. Dzisiaj przed przerwą goście ani razu (!) nie dotknęli jej we wrogim polu karnym.

Gdyby ktoś nie nadążał, jaki to obciach – dotychczas identycznego wyczynu dokonał tylko jeden uczestnik sezonu 2017/18 w lidze włoskiej. Benevento. Dla mniej obznajomionych z tamtymi boiskami: absolutny debiutant w Serie A, szorujący dno tabeli, klęczący tam z okrągłym zerem punktów, mknący ku legendzie zgrai największych patałachów, którzy kiedykolwiek wkradli się do rozgrywek. Tak nisko upadł Milan, dekadę temu gigant panujący w Lidze Mistrzów. I niech was nie zmyli wynik z Neapolu, honorowego gola goście zawdzięczają desperackiemu strzałowi z dystansu oddanemu przez Alessio Romagnolego w ostatnich sekundach gry. Niech was nie zmyli, że zwłaszcza po przerwie goście znów zdołali przejąć piłkę, co na stadionie San Paolo zdarza się rzadko.

Wiadomo już zatem, że w sensie sportowym sezon się skończył. Pozostaje tylko czekać, kiedy i na kogo szefowie klubu wymienią trenera Vincenzo Montellę. Strata do czwartej pozycji, dającej awans do Champions League, jest olbrzymia, a nie ma śladowego znaczenia, czy Milan doczołga się do mety rozgrywek na szóstym, ósmym czy dziesiątym miejscu.

I tu docieramy do wieści z Ameryki, dalece bardziej niepokojących, bo być może zwiastujących – oby nie – zagrożenie dla klubu egzystencjalne. Kiedy Silvio Berlusconi sprzedał Milan, kilkakrotnie pisałem, że wyprawił go w podróż w dzikie i nieznane. Że właściwie nie wiadomo, kto kupuje, skąd czerpie środki, ile ryzykuje zadłużeniem się na lichwiarski procent w agresywnym funduszu inwestycyjnym. Brutalnie mówiąc: czy Yonghong Li nie jest gołodupcem.

Prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”. I utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Kto chce szukać jądra ciemności, niech przeczyta cały artykuł, w każdym razie reporterzy ustalili, że Yonghong Li wcale nie dysponuje środkami, którymi wedle swoich deklaracji miał dysponować, i że do kogo innego należą udziały w kopalniach fosforu, którymi się reklamował. Aha, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo.

Chińczyk planował w trzy lata podwoić przychody klubu, zakładając, że piłkarze wproszą się do Ligi Mistrzów. Stąd letnie szaleństwa na rynku transferowym, które przelicytowały tylko Paris Saint-Germain i Manchester City.

Nie wiem, skąd Yonghong Li wytrzaśnie pieniądze, jeśli Milan nie awansuje do elity. A nie awansuje. Na myśl, że klub wpadnie w łapy macherów z amerykańskiego Elliott Management Corporation, łazi mi po łbie tylko jedno – stadion należy do miasta, stadionu nie zlicytują. I jakoś mnie to nie uspokaja.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 października 2017

Najdroższy piłkarz w historii klubu. Witany w przyklęku, jako obrońca numer jeden na świecie. Autorytet obdarzony takim zaufaniem, że jeszcze przed wejściem do szatni został pasowany na kapitana. Tarcza antyrakietowa i guru w jednym ciele.

Takie były marzenia, realia wyglądają ciut skromniej, Milan wciąż pozostaje bezbronny, ilekroć zderzy się z porządnym przeciwnikiem (1:4 z Lazio, 0:2 z Sampdorią, 0:2 z Romą, 2:3 z Interem).

Przy pierwszym golu straconym w niedzielnych derbach można znaleźć dla Leonardo Bonucciego okoliczności łagodzące – Antonio Candreva dośrodkował perfekcyjnie, piłka przeszywała powietrze jak strzała, trzeba było ratować sytuację w biegu, wślizgiem.

Przy drugim Leonardo Bonucci zawinił już ewidentnie. Wlepił wzrok w piłkę, gapił się w nią jak w najpiękniejszy przedmiot na świecie, ani nie zerknął za to na Mauro Icardiego, który w polu karnym oddychał pełną piersią, we własnym ogrodzie nie czułby się swobodniej:

Leonardo Bonucci, AC Milan

Wreszcie za trzeciego gola Interu nikt raczej Bonucciego nie obwini, ale również do tej straty – rozstrzygającej o wyniku meczu – kapitan drużyny się przyczynił. Na wcześniejszym etapie ataku rywali, gdy ruszył powstrzymywać pędzącego Matiasa Vecino i interweniował nieporadnie.

Nie, wcale nie uważam, że Milan przegrał przez swego najsłynniejszego obecnie gracza. Mnóstwu piłkarzy można postawić mnóstwo zarzutów, i to nie tylko za niedzielny wieczór. Strata siedmiu punktów do Lazio (trzecie w tabeli) i Juventusu (czwarty) zdaje się dzisiaj nie do zniwelowania, a jeśli nie zostanie zniwelowana, to rossoneri nie awansują do Ligi Mistrzów, a jeśli nie awansują, to się nie obłowią, a jeśli się nie obłowią, to będziemy z niepokojem obserwować, jak chiński właściciel Li Yonghong szuka sposobu na spłaty pożyczki – wziętej od amerykańskiego funduszu hedgingowego na lichwiarski procent.

Jeszcze raz: Milan nie przegrał przez swego kapitana. Od lidera, którym i sam się obwołuje, i jest chóralnie obwoływany, wymagałbym jednak, by czymkolwiek się zasłużył. Tymczasem Bonucci od tygodni należy do najsłabszych piłkarzy drużyny. Zanim pozwolił roztańczyć się Mauro Icardiemu, biernie patrzył, jak wiruje wokół niego Ciro Immobile z Lazio. Mimo że wszystko urządzono dla jego komfortu, stąd forsowanie przez trenera Vincenzo Montellę ustawienia 3-5-2, stąd powtarzanie zaklęć, że ambitny Leonardo najwyraźniej wziął na siebie zbyt wiele, musi oczyścić głowę, niechybnie odzyska spokój mistrza.

30-letni Włoch zatracił na boisku zdolność przewidywania, co będzie; nie przesuwa się z wyczuciem; cała defensywa, którą powinien dowodzić, to bezhołowie zostawiające przeciwnikom tyle wolnego miejsca, że tworzący ją piłkarze rzadko wchodzą w bezpośredni kontakt z wrogiem. Brutalnie recenzując: Bonucci gra z powodu nazwiska, przeszłości, może również 7,5-milionowej, rekordowej w Serie A pensji. Ktoś inny wyleciałby z jedenastki przynajmniej na chwilę – żeby ochłonąć – on nie opuścił ani sekundy gry w lidze.

Po transferze z Juventusu też kłaniałem mu się powitalnie z entuzjazmem: tutaj znajdziecie dowody na piśmie. A zarazem niepokoiłem się, czy król pozbawiony turyńskiej obstawy – wykidajłów Giorgio Chielliniego oraz Andrei Barzaglego – nie okaże się nagi. Nigdy nie jest łatwo zsynchronizować defensywnych ruchów z nieznajomymi, a od Bonucciego jeszcze oczekiwano, że samym władczym spojrzeniem unieruchomi rywali, dotknięciem uczyni partnerów bezbłędnymi, długimi podaniami do napastników zastąpi rozgrywającego.

Nie podołał, przynajmniej na razie. Na razie to jeden z najgorszych drogich transferów 2017 roku w Europie. I transfer paradoksalny: ucieczką do Mediolanu turyńskiej defensywie Bonucci zaszkodził, mediolańskiej nie ocalił. Coś zburzył, niczego nie zbudował. Ale podróż dopiero się zaczyna, a Milan wyruszał z punktu bardzo odległego od celu. Zresztą Leonardo sam wytatuował sobie przy bicepsie łacińskie: „Per aspera ad astra”.

sobota, 19 sierpnia 2017

AC Milan

To była czystka, jaka w futbolu na najwyższym poziomie prawie się nie zdarza. Totalna, obejmująca wszystkie poziomy klubu. Ale mediolańczycy czują się dzisiaj, na starcie ligi włoskiej, największymi wygranymi lata 2017.

Niesie ich entuzjazm, może nawet mocniej – unosi ich euforia, narkotyczny haj. W piłce możesz odlecieć, zanim cokolwiek wygrasz, ponieważ istnieją transfery, czyli obietnica zwycięstw, fetowane jak gole i czyniące międzysezonową przerwę równie ekscytującą jak sezon. Efekt potęguje jeszcze suma wydanych na graczy pieniędzy, kolejny fetysz współczesnego futbolu – im pokaźniejsza, tym wyższą wywołuje gorączkę. A Milan zapłaci(ł) za transfery blisko ćwierć miliarda euro. Gdyby nie szaleństwo Katarczyków wokół Neymara, warte 222 mln, byłby tego lata najbardziej rozrzutnym uczestnikiem rynku na świecie. Szasta ten sam Milan, który od lat desperacko wyszukiwał promocji, możliwe najtańszych okazji, piłkarzy do wzięcia za darmo lub gdzie indziej niechcianych. I z mocarstwa ze szczytów Ligi Mistrzów skarlał do przeciętniaka niewpuszczanego na podium ligi włoskiej.

Teraz odnowił praktycznie całą szatnię. Z podstawowej jedenastki z ubiegłego sezonu ostaną się jedynie najzdolniejsi młodzieńcy – obrońca Alessio Romagnoli oraz bramkarz Gianluigi Donnarumma, którego zatrzymanie szefowie klubu także klasyfikują jako wspaniały transfer. Uczynili go najwyżej opłacanym nastolatkiem w futbolu (6 mln, a właściwie 7 mln za sezon), ale nie żałują, przekonują, że ubili doskonały interes, bo Paris Saint-Germain oferowało mu pensję ponaddwukrotnie wyższą. W domyśle: nawet jeśli chłopaka w przyszłości utracimy, to za gruby szmal.

Twarzą personalnej rewolucji został Leonardo Bonucci. Bodaj najbardziej spektakularny transfer od 2002 roku (mediolańczycy wyjęli wtedy z Lazio Alessandro Nestę), bo potem Kaká czy Thiago Silva przybywali jako gracze stosunkowo nieznani i sławę zdobywali dopiero na San Siro, a Zlatan Ibrahimovic czy Ronaldinho – jako odrzuceni przez Barcelonę, ten ostatni przywiózł ze sobą nawet wydatną nadwagę. Bonucci to inna skala, ruch bezcenny merytorycznie i psychologicznie, wspaniale nadający się na sztandar nowej epoki. Po pierwsze, rozbita została najsilniejsza i najdłużej współpracująca ze sobą linia defensywna na świecie, chroniąca pola karnego Juventusu od 2011 r. Po drugie, mediolańczycy nie pamiętają już, kiedy mieli prawo nazywać jakiegokolwiek swojego piłkarza „numerem jeden na świecie”, a teraz to przyjemne prawo bezsprzecznie zyskali (nawet jeśli nie każdy się zgodzi) – co więcej, pozyskali kapitana z autentycznym autorytetem, postać niewidzianą na San Siro od lat. Internet już obiegło wideo sprzed meczu kwalifikacji Ligi Europy, na którym 30-letni Włoch podniośle przemawia do złączonych ramionami piłkarzy, uroczyście ogłaszając, że rozpoczynają misję ponownego wynoszenia Milanu na szczyt.

Czy nowy lider utrzyma – lub prędko osiągnie – poziom z gry w Juventusie, nie wiadomo. Tam miał u boku – on, obrońca elegancki, nienaganny technicznie, precyzyjnie podający, ze znawstwem inicjujący akcje ofensywne – zakapiorowatych, wybitnie doświadczonych ochroniarzy Giorgio Chielliniego oraz Andreę Barzaglego, z którymi porozumiewał się bez słów. Tutaj stanie pomiędzy młodym Romagnolim a debiutującym na włoskim boiskach Mateo Musacchio, będzie jedynym punktem odniesienia, ludzie oczekują od niego cudów. Jednak zagadka.

Zresztą nie wiemy nawet, czy trener Vincenzo Montella istotnie postanowi – jak założyłem wyżej – przeprojektować defensywę na trzyosobową, by wykorzystać walory Andrei Contiego oraz Ricardo Rodrigueza, bocznych obrońców tak dynamicznych, ofensywnie nienasyconych, że wydają się raczej idealnymi kandydatami na cofniętych skrzydłowych. Nastąpiły zmiany zbyt radykalne, by przewidywać, jak wyewoluuje jego drużyna. Andrij Szewczenko, niegdyś supergwiazda Milanu, zarzucił wręcz szefom klubu, że działają chaotycznie, że z ich kompulsywnego kupowania nie wyłania się żaden plan.

Ja od werdyktu się wstrzymuję, ale kierunek zmian intuicyjnie lubię – cieszę się rewelacyjnym w minionym sezonie Franckiem Kessiém, podoba mi się obstawianie młodzieży (André Silva, Hakan Calhanoglu) obznajomionymi z Serie A, sprawdzonymi tam wyczynowcami (Lucas Biglia, Nikola Kalinic). I rozumiem, że nowy właściciel, Yonghong Li, chciał oczyścić Milan ze wszystkich złogów kojarzących się ze schyłkiem epoki poprzednika. Dołującym, nie dającym żadnej nadziei. To było bezwładne staczanie się, niegodne czerwono-czarnych barw przyzwyczajanie do bylejakości.

Chiński biznesmen wymieniał kadry bezlitośnie, wręcz brutalnie. Zatrudnił nowego dyrektora generalnego, odpowiedzialnego za codzienne zarządzanie klubem – Marco Fassone, który na rozmaitych menedżerskich stanowiskach wprawiał się już w Juventusie, Napoli i Interze. Dyrektorem sportowym został Massimiliano Mirabelli, niestrudzony obieżyświat, który miesiącami podróżuje między kontynentami w poszukiwaniu talentów (duet funkcjonuje już wśród kibiców jako MiraFax, co ma brzmieć jak nazwa amerykańskiej wytwórni filmowej Miramax). Jest nowy szef szef ośrodka Milanello, nowy kierownik drużyny, nowy odpowiedzialny za dział komunikacji, nowy trener młodzieżówki (Gennaro Gattuso), ba, nowa jest nawet obsługująca klub agencja fotograficzna. Przetrwał tylko trener Montella i elementy materialne – centrum treningowe, stadion, herb...

Nowe kadry wprowadzają nowe zasady. Mirabelli obwieścił, że uwolni klub od niszczącego wpływu pośredników transferowych (jego poprzednik Adriano Galliani miał obracać się w wąskim kręgu ludzi podejrzanej reputacji) – koniec ze potajemnym spotykaniem się z agentami po restauracjach i hotelach, teraz negocjujemy wyłącznie w Casa Milan, transparentnie, „na oczach” kibiców; koniec z rozmawianiem z agentami, zanim porozmawiamy z reprezentowanymi przez nich piłkarzami; koniec z wypłacaniem prowizji za samo przedłużenie kontraktu, premiujemy tylko pomoc przy transferach; koniec z podlizywaniem się szkodnikom, których należy traktować twardo, bezwzględnie, z pozycji siły.

Brzmi ładnie, w słowach dyrektora sportowego też słychać upojny entuzjazm, którym oddycha całe środowisko Milanu. Niepewność nadal wywołuje jedynie właściciel klubu. Yonghong Li wiele miesięcy odwlekał sfinalizowanie zakupu, płacił kolejne kary, ostatecznie sfinansował operację dzięki olbrzymiej, ćwierćmiliardowej pożyczce zaciągniętej w Elliott Management Corporation, agresywnym amerykańskim funduszu hedgingowym, który ma pobierać kilkadziesiąt milionów odsetek rocznie. Co się stanie, jeśli Milan nie awansuje natychmiast do Ligi Mistrzów, a chińskiemu biznesmenowi nie powiedzie się plan podwojenia w trzy lata przychodów klubu, który nie dysponuje nawet własnym stadionem?

Tagi: AC Milan
21:36, rafal.stec
Link Komentarze (8) »
piątek, 14 lipca 2017

Leonardo Bonucci, AC Milan

Od razu ostrzegam, że niniejszy wpis jest przeznaczony wyłącznie dla zakutych pał skupionych na kibicowaniu Milanowi, inni nie pokojarzą, o co mi biega.

Bałem się, że Leonardo Bonucci wyniesie się z Juventusu. Chciał go ponoć Antonio Conte, trener Chelsea, a ja nie chciałem, by rozpadła się najfajniejsza defensywna kompania braci bieżącej dekady, tworzona przez Gianluigiego Buffona, Andreę Barzaglego, Giorgio Chielliniego i właśnie Bonucciego. Kibicowałem jej, jakby ubierała się na czerwono-czarno, a nie na biało-czarno, bo nie umiem inaczej, wielcy piłkarze u wroga stają się moimi przyjaciółmi tym szybciej, im są więksi.

Nie przypuszczałem jednak, że Bonucci może wybrać akurat Milan. A wybrał.

I już się nie boję, jestem wniebowzięty, nie mogę uwierzyć, że to się zadziało, przecież świat nie jest aż tak ładny, cholera, niech nowy sezon zacznie się już, najlepiej za chwilę. Podoba mi się wiele mediolańskich transferów tego lata – najbardziej bocznych obrońców: Ricardo Rodrigueza i Andrei Contiego – ale transfer Leonardo wprawia w euforię, właściwie to chyba znów zacznę traktować Milan poważnie.

Powodów, żeby uwielbiać włoskiego obrońcę, jest mnóstwo. „Wariujesz z powodu jakiegoś obrońcy?” – zapytał mnie dzisiaj kumpel, który niby ogląda mecze futbolowe, ale ogląda prawdopodobnie niechlujnie, inaczej miałby przed oczami przerzuty piłki do napastników, które bywają dłuższe niż równik, podziwiałby w Bonuccim czołowego Pirlo wśród defensorów, obwołałby go pierwszorzędnym rozgrywającym, rozcmokałby się nad jego technicznym kunsztem, nad czytaniem gry, nad gracją, i w ogóle francją elegancją. Aż mi się nie chce pisać, dlaczego Leonardo jest wspaniały, trochę mi to przypomina objaśnianie, dlaczego słońce chowa się wieczorem za horyzontem. Jedni lubią tęczę, inni przepadają za frazą Pilcha, jeszcze inni żyją dla oglądania sklepień średniowiecznych kościołów, a my – ludzie rozumniejsi, wtajemniczeni, z lepszym gustem – z cielęcym zachwytem chłoniemy parabolę lotu piłki kopniętej przez Bonucciego. Łojezu, nawet w trakcie pisania tego akapitu nie wierzę, że od teraz będzie kopał na chwałę Milanu. (Choć on też, jak ja, nie ma mentalności plemiennej, jego syn kocha Torino, a na mecze na „wrogim” stadionie chodzi razem z tatą).

Delektuję się chwilą, wznoszę toast za toastem, podśpiewuję sobie, że moja squadra będzie zawsze moja, a zarazem uzmysławiam sobie, że transfery nigdy nie były dla mnie szczególnie ekscytujące. Gdy przylatywał Kaká, to nie miałem pojęcia, że przechwytujemy przyszłego laureata Złotej Piłki; gdy podprowadzaliśmy Lazio obrońcę Alessandro Nestę, to mieliśmy już Paolo Maldiniego, to było tylko uzupełnienie krajobrazu; gdy braliśmy inne gwiazdy, to po prostu poszerzaliśmy gwiazdozbiór, Silvio Berlusconi od zawsze kolekcjonował klejnoty. Gdybym miał wskazać ostatni zakup, który wywołał we mnie ekstazę, to wycelowałbym palucha w Andrija Szewczenkę – chłopak dokazywał w ataku Dynama Kijów, hasał sobie po polu karnym Realu Madryt jak po przydomowej piaskownicy (trzy gole w ćwierćfinale walnął!), kibicowałem mu jak koledze z ławki w podstawówce, a on nagle zakłada koszulkę Milanu!

Właśnie – zakłada koszulkę. Moja dziewczyna twierdzi, że to perwersja, i właściwie słusznie prawi, tak, jestem zboczony, tak, przy okazji omawianego transferu uświadomiłem sobie również, co daje największą frajdę w transferze. Otóż największą frajdę daje widok ulubionego piłkarza w koszulce ulubionej drużynie. Odlot.

No więc odleciałem. Jak Szewczenko był moim ulubionym transferem Milanu w XX wieku, tak Bonucci to mój ulubiony transfer Milanu w XXI wieku. Już teraz wiem, że nie ma żadnych szans, by sprostać oczekiwaniom.

wtorek, 27 czerwca 2017

Gianluigi Donnarumma, Antonio Donnarumma

Kogo wzruszała wielokrotnie deklarowana przez bramkarza Milanu miłość do klubu, temu być może zadrży serce na wieść, że Gianluigi Donnarumma bardzo kocha także starszego brata. I okazuje uczucie nie tylko słowem, ale i czynem.

Antonio Donnarumma skończy w przyszłym tygodniu 27 lat, również jest bramkarzem, w Milanie zjawił się już w 2005 roku. I uczynił młodszego brata, wówczas brzdąca, kibicem rossonerich. Gigio zaczął oglądać ich wszystkie mecze, zafascynował się bronieniem bramki, już jako pięciolatek zakładał rękawice (produkują sprzęt na takie drobne rączki?) i pchał się między słupki, zbierał przysyłane przez Antonia koszulki w mediolańskich barwach.

Ten nigdy w Milanie nie zadebiutował. Spędził pięć sezonów w juniorach, potem tułał się po wypożyczeniach w drugoligowych Piacenzie i Gubbio, nie powiodło mu się w Genoi (gdzie jedyny raz zagrał w Serie A, w spotkaniu bez znaczenia w ostatniej kolejce), zajrzał jeszcze do Bari, aż minionego lata wyemigrował do greckiego klubu o poetyckiej nazwie Asteras Trypolis.

Znaczy wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że do wielkiego futbolu się nie nadaje. Średniak, nie dla niego stadiony świata. I ten wiek, chłopakowi trudno już zgrywać perspektywicznego.

Dlatego ożywiły mnie doniesienia włoskich mediów, że Antonio Donnarumma prawdopodobnie wróci do Milanu. Klubu, jak się zdawało, zdecydowanie powyżej jego możliwości. Zażyczył sobie tego Gianluigi, transfer brata ma być jednym z warunków przedłużenia przezeń kontraktu z klubem – nawiasem mówiąc, trwające właśnie pojednawcze rozmowy to sprawa wybitnie familijna, zwaśnione strony godzą m.in. zaprzyjaźnieni tata bramkarza (Alfonso Donnarumma) i trener Vincenzo Montella.

Rozdzieleni bracia tęsknią, Alfonso opowiadał w marcu, że codziennie do siebie wydzwaniają i grają w FIFĘ przez internet. Nic dziwnego, że Gigio poprosił klub o wsparcie. Powrót brata go uszczęśliwi, a im będzie szczęśliwszy, tym łatwiej mu będzie utrzymywać wysoką formę – odzyskanie starszego Donnarummy leży więc w interesie wszystkich stron.

Nie wiem, czy w przyszłości bramkarz Milanu zdoła wykatapultować brata również do Realu Madryt, gdy już się tam przeniesie, ale pociąga mnie wizja klubu piłkarskiego, który kupuje zawodników w pakiecie z ich bliskimi. Siostrę bierzemy do drużyny kobiecej (jeśli taką utrzymujemy), oferujemy własne biurko matce, ojca zatrudniamy jako elektryka etc. Precz z klubem jako zimnym korpo, niech żyją firmy ogrzewane ciepłem domowego ogniska. Milan położył tu już zresztą niemałe zasługi. W 2003 roku sprowadził Kakę – ileż on razy przysięgał wierność ukochanym barwom, zanim uszedł do Realu! – a w 2005 przygarnął jego młodszego brata Digão. Środkowego obrońcę (przynajmniej teoretycznie), kopacza na tyle niewydarzonego, że dosłużył się ledwie 45 minut w lidze włoskiej.

Utrzymał się jednak na liście płac mediolańczyków bite sześć sezonów. Wypożyczali go do Rimini, Standardu Liège, Lecce, Crotone oraz drugoligowego portugalskiego Penafielu, a Brazylijczyk nigdzie się nie sprawdzał – niesłychane, jak długo można się utrzymać na tym rynku – i wyciągał z uprawiania piłki nożnej milion euro rocznie. Płacono mu zresztą głównie za trenowanie, bo grywał rzadko, w najsłabszych sezonach uciułał po trzy, dwa albo wręcz jeden mecz. Kiedy Milan wreszcie się go pozbył – dbający o interes brata Kaká wiódł już życie jak w Madrycie – Digão poleciał do Nowego Jorku, gdzie podpisał kontrakt z drużyną Red Bull.

Ponownie osiadł w rezerwie, po roku rozwiązano z nim umowę. W całej karierze rozegrał 45 meczów, zakończył ją jako 27-latek. Jego jedyną zaletą był posiadanie brata, laureata Złotej Piłki.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

czwartek, 23 marca 2017

Antoni Macierewicz

Zwierzałem się tutaj kilkakrotnie, że w bieżącym sezonie Milan – dla niezorientowanych: moją drużynę - znów warto przeżywać. Nie powiem, że mnie piłkarze z San Siro ponownie uwiedli, bo to będzie prawdopodobnie nierealne latami, za bardzo zostałem zdeprawowany wspaniałą erą Carlo Ancelottiego i w ogóle dekadami sponsorowanymi przez Silvio Berlusconiego, czyli całym czasem mojego kibicowania temu klubowi. Ale doceniam mentalną moc, jaka bije od Milanu. Moc pozwalającą czasami powalić Juventus, a czasami wbić zwycięskiego gola po przyjęciu dwóch czerwonych kartek (istny psychiatryk, mówię wam), i generalnie nigdy nie nanieść wstydu.

Teraz znów poczułem tę moc. Po przeczytaniu, że dla Ignazio Abate, mediolańskiego wicekapitana, sezon właśnie się skończył.

Kiedy doznawał urazu w końcówce meczu z Sassuolo, łatwo było przeoczyć doniosłość incydentu. Abate wrócił do gry i jeszcze jął intensywnie udzielać się w ataku. On, prawy obrońca.

Potem dowiedzieliśmy się, że nie doznał wówczas ofensywnej iluminacji. Raczej przeciwnie. Przestał widzieć na lewe oko, ale nie chciał zostawić drużyny zredukowanej do dziesięciu ludzi w bardzo nerwowym momencie. Uciekł więc ze strefy obronnej, gdzie starcia z dążącymi do wyrównania rywalami groziły pogłębieniem urazu, do ataku. Udało się, Milan wygrał. Abate opuszczał natomiast stadion z zaczerwienionym, spuchniętym oczodołem. I wciąż bez wzroku w lewym oku.

Nie wiem, jaki humor wy mielibyście w tych okolicznościach, ja prawie na pewno wpadłbym w panikę. A absolutnie na pewno nie w głowie byłoby mi grać w piłkę. Trzy punkty z Sassuolo? Jakie punkty, jakie Sassuolo, gdy tracisz połowę swojej aparatury optycznej?! Ciemno to widzę, utrata wzroku jest kalectwem, które przeraża mnie najbardziej.

Nie waham się zawyrokować - uprzedzam, nie przyjmuję zdań odrębnych - że Abate zachował się wręcz heroicznie. Jak Patrice Evra, który swego czasu tygodniami wkładał do buta kawałek piersi z kurczaka, by osłaniać zmasakrowaną kostkę. (Kto nie czytał, ten trąba, niech czym prędzej nadrobi). Skoro kombinował z przesuwaniem się do ataku, by ograniczyć ryzyko, to znaczy, że zakładał, iż ryzyko istnieje. I podjął je dla trzech punktów z pieprzonym Sassuolo.

Taki Milan należy szanować.

Umieszczam tę opowiastkę w blogowym pamiętniku akurat dzisiaj, bo właśnie okazało się, po badaniach przeprowadzonych najnowocześniejszym sprzętem w Miami, jak poważnie ucierpiał Abate. Uszkodził wnętrze gałki ocznej, wciąż ma kłopoty z widzeniem, przez przynajmniej 40-60 dni nie może wykonywać żadnego wysiłku fizycznego. Lekarze jednak przysięgają, że lewe oko odzyska pełną sprawność.

Tagi: AC Milan
20:16, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 08 lutego 2017

AC Milan

– Niech opowiada, panie Rafale. Te zadrapania to pomeczowe?

– Tak, panie doktorze. W Bolonii graliśmy. Wymiotne zero zero było, wygrywaliśmy tylko w czerwonych kartkach. Wyraźnie, dwa do zera. Chciałem włożyć swój tępy łeb pod zimną wodę, ale Juraj Kucka, drągal taki, akurat przyjmował czerwoną, więc przez pomyłkę włożyłem do maszynki do mięsa. No i trochę się poturbowałem.

– Przecież widzieliśmy się w grudniu, wniebowzięty pan był, buzię miał pan jak leżący na plecach księżyc. Trochę się wtedy bałem, że to faza manii, że zaraz będzie ostry zjazd, a pan się upierał, że sytuacja opanowana.

– Bo była opanowana! Stuknęliśmy Juventus w Superpucharze!! Wicelider w lidze, właściwie to lider, no, może prawie lider, na Ligę Mistrzów pruliśmy jak nawiedzeni!!! A jakie boskie gole smarkateria tłukła, gadałem przecież o Locatellim!!!! Za Romagnolego chcieli Angole rozdawać pięćdziesiąt baniek!!!!! I Suso, szusował jak świr jakiś!!!!!!

– Niechże się pan uspokoi, wykrzykników zaraz zabraknie. Ja tam pamiętam, że jak już trochę pan u mnie poleżał, to zaczął tonować własne nastroje. Na brak kreatywności narzekał... Że porządnych ataków tyle co kot napłakał, że nikt tak rzadko nie strzela w czołówkach dużych lig, że tylko pot i krew ... Skoro tak, to te wyniki ponad stan musiały się kiedyś skończyć...

– Panie doktorze, dobrze, ja już spokojnie, ale niech pan zrozumie, to nie tak, że wyniki się po prostu pogorszyły, nieee, my nagle wpadliśmy w jakieś głębokie dziursko w ziemi, i staczaliśmy się, staczaliśmy, gdyby dzisiaj nas jeszcze pogoniła Bologna, byłoby w plecy piąty raz z rzędu, tylko żałosna Pescara też ma pięć razy w plecy ostatnio, w ogóle nerwy jakieś takie skołatane od lat, dzisiaj te dwie czerwone to właściwie nic nowego, od połowy 2013 roku nazbieraliśmy już 31 czerwonych, czy pan doktor zdaje sobie sprawę, że to najwięcej we Włoszech, że to więcej niż ktokolwiek w Anglii i w Hiszpanii i Niemczach i Francji?!!!!!

– No i znów pan wykrzyknikuje, proszę podwinąć rękaw, to będzie tylko lekkie ukłucie... Dziękuję, gotowe. Co pan ma na myśli, mówiąc: „gdybyśmy dzisiaj pogoniła nas Bologna”?

– No bo ostatecznie nas nie pogoniła. Jak już leżałem po tej maszynce, charczałem i wydawało mi się, że gdzieś obok jest Bonera, tylko się schował – pan rozumie, jego już nie ma, ale miewam zwidy, że wciąż jest – no więc jak leżałem, to Pasalić załadował, ten najgorszy na boisku, tragiczny Pasalić, pierwszy raz w życiu widziałem, jak gramy w dziewięciu, ale strzelamy zwycięskiego gola, pierwszy raz w życiu, i to akurat teraz, gdy odstawiamy taką kaszanę... Pokręcony ten sezon, mówię panu, kompletnie porąbany, normalnie psychiatryk.

– A zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego opowiadając mi o Milanie, powtarza pan w kółko „my”? „Graliśmy”, „przerżnęliśmy”, „okradli nas”... Często miewa pan wrażenie, że jest pana liczba mnoga?

Tagi: AC Milan
23:45, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Archiwum
Tagi