Wpisy z tagiem: AC Milan

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

czwartek, 23 marca 2017

Antoni Macierewicz

Zwierzałem się tutaj kilkakrotnie, że w bieżącym sezonie Milan – dla niezorientowanych: moją drużynę - znów warto przeżywać. Nie powiem, że mnie piłkarze z San Siro ponownie uwiedli, bo to będzie prawdopodobnie nierealne latami, za bardzo zostałem zdeprawowany wspaniałą erą Carlo Ancelottiego i w ogóle dekadami sponsorowanymi przez Silvio Berlusconiego, czyli całym czasem mojego kibicowania temu klubowi. Ale doceniam mentalną moc, jaka bije od Milanu. Moc pozwalającą czasami powalić Juventus, a czasami wbić zwycięskiego gola po przyjęciu dwóch czerwonych kartek (istny psychiatryk, mówię wam), i generalnie nigdy nie nanieść wstydu.

Teraz znów poczułem tę moc. Po przeczytaniu, że dla Ignazio Abate, mediolańskiego wicekapitana, sezon właśnie się skończył.

Kiedy doznawał urazu w końcówce meczu z Sassuolo, łatwo było przeoczyć doniosłość incydentu. Abate wrócił do gry i jeszcze jął intensywnie udzielać się w ataku. On, prawy obrońca.

Potem dowiedzieliśmy się, że nie doznał wówczas ofensywnej iluminacji. Raczej przeciwnie. Przestał widzieć na lewe oko, ale nie chciał zostawić drużyny zredukowanej do dziesięciu ludzi w bardzo nerwowym momencie. Uciekł więc ze strefy obronnej, gdzie starcia z dążącymi do wyrównania rywalami groziły pogłębieniem urazu, do ataku. Udało się, Milan wygrał. Abate opuszczał natomiast stadion z zaczerwienionym, spuchniętym oczodołem. I wciąż bez wzroku w lewym oku.

Nie wiem, jaki humor wy mielibyście w tych okolicznościach, ja prawie na pewno wpadłbym w panikę. A absolutnie na pewno nie w głowie byłoby mi grać w piłkę. Trzy punkty z Sassuolo? Jakie punkty, jakie Sassuolo, gdy tracisz połowę swojej aparatury optycznej?! Ciemno to widzę, utrata wzroku jest kalectwem, które przeraża mnie najbardziej.

Nie waham się zawyrokować - uprzedzam, nie przyjmuję zdań odrębnych - że Abate zachował się wręcz heroicznie. Jak Patrice Evra, który swego czasu tygodniami wkładał do buta kawałek piersi z kurczaka, by osłaniać zmasakrowaną kostkę. (Kto nie czytał, ten trąba, niech czym prędzej nadrobi). Skoro kombinował z przesuwaniem się do ataku, by ograniczyć ryzyko, to znaczy, że zakładał, iż ryzyko istnieje. I podjął je dla trzech punktów z pieprzonym Sassuolo.

Taki Milan należy szanować.

Umieszczam tę opowiastkę w blogowym pamiętniku akurat dzisiaj, bo właśnie okazało się, po badaniach przeprowadzonych najnowocześniejszym sprzętem w Miami, jak poważnie ucierpiał Abate. Uszkodził wnętrze gałki ocznej, wciąż ma kłopoty z widzeniem, przez przynajmniej 40-60 dni nie może wykonywać żadnego wysiłku fizycznego. Lekarze jednak przysięgają, że lewe oko odzyska pełną sprawność.

Tagi: AC Milan
20:16, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
środa, 08 lutego 2017

AC Milan

– Niech opowiada, panie Rafale. Te zadrapania to pomeczowe?

– Tak, panie doktorze. W Bolonii graliśmy. Wymiotne zero zero było, wygrywaliśmy tylko w czerwonych kartkach. Wyraźnie, dwa do zera. Chciałem włożyć swój tępy łeb pod zimną wodę, ale Juraj Kucka, drągal taki, akurat przyjmował czerwoną, więc przez pomyłkę włożyłem do maszynki do mięsa. No i trochę się poturbowałem.

– Przecież widzieliśmy się w grudniu, wniebowzięty pan był, buzię miał pan jak leżący na plecach księżyc. Trochę się wtedy bałem, że to faza manii, że zaraz będzie ostry zjazd, a pan się upierał, że sytuacja opanowana.

– Bo była opanowana! Stuknęliśmy Juventus w Superpucharze!! Wicelider w lidze, właściwie to lider, no, może prawie lider, na Ligę Mistrzów pruliśmy jak nawiedzeni!!! A jakie boskie gole smarkateria tłukła, gadałem przecież o Locatellim!!!! Za Romagnolego chcieli Angole rozdawać pięćdziesiąt baniek!!!!! I Suso, szusował jak świr jakiś!!!!!!

– Niechże się pan uspokoi, wykrzykników zaraz zabraknie. Ja tam pamiętam, że jak już trochę pan u mnie poleżał, to zaczął tonować własne nastroje. Na brak kreatywności narzekał... Że porządnych ataków tyle co kot napłakał, że nikt tak rzadko nie strzela w czołówkach dużych lig, że tylko pot i krew ... Skoro tak, to te wyniki ponad stan musiały się kiedyś skończyć...

– Panie doktorze, dobrze, ja już spokojnie, ale niech pan zrozumie, to nie tak, że wyniki się po prostu pogorszyły, nieee, my nagle wpadliśmy w jakieś głębokie dziursko w ziemi, i staczaliśmy się, staczaliśmy, gdyby dzisiaj nas jeszcze pogoniła Bologna, byłoby w plecy piąty raz z rzędu, tylko żałosna Pescara też ma pięć razy w plecy ostatnio, w ogóle nerwy jakieś takie skołatane od lat, dzisiaj te dwie czerwone to właściwie nic nowego, od połowy 2013 roku nazbieraliśmy już 31 czerwonych, czy pan doktor zdaje sobie sprawę, że to najwięcej we Włoszech, że to więcej niż ktokolwiek w Anglii i w Hiszpanii i Niemczach i Francji?!!!!!

– No i znów pan wykrzyknikuje, proszę podwinąć rękaw, to będzie tylko lekkie ukłucie... Dziękuję, gotowe. Co pan ma na myśli, mówiąc: „gdybyśmy dzisiaj pogoniła nas Bologna”?

– No bo ostatecznie nas nie pogoniła. Jak już leżałem po tej maszynce, charczałem i wydawało mi się, że gdzieś obok jest Bonera, tylko się schował – pan rozumie, jego już nie ma, ale miewam zwidy, że wciąż jest – no więc jak leżałem, to Pasalić załadował, ten najgorszy na boisku, tragiczny Pasalić, pierwszy raz w życiu widziałem, jak gramy w dziewięciu, ale strzelamy zwycięskiego gola, pierwszy raz w życiu, i to akurat teraz, gdy odstawiamy taką kaszanę... Pokręcony ten sezon, mówię panu, kompletnie porąbany, normalnie psychiatryk.

– A zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego opowiadając mi o Milanie, powtarza pan w kółko „my”? „Graliśmy”, „przerżnęliśmy”, „okradli nas”... Często miewa pan wrażenie, że jest pana liczba mnoga?

Tagi: AC Milan
23:45, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

poniedziałek, 03 października 2016

AC Milan, młodzież

Manuel Locatelli najpierw chyba nie wiedział, jak się zachować, więc wystrzelił przed siebie i w niekontrolowanym sprincie szarpał się za włosy, a potem, już stojąc przed kamerą, ze szczęścia nie tyle popłakiwał, ile szlochał, pozdrawiał przyjaciół i znajomych, dziękował całemu światu, chaotycznie zwierzał się ze spełnienia szczenięcych marzeń... Wrażliwszy odbiorca mógł się tą erupcją wzruszenia zadławić. Ale nic dziwnego, że 18-latek stracił w niedzielny wieczór głowę. Kilka chwil wcześniej odpalił wszak z woleja rakietę, ta dała Milanowi remis, a ostatecznie Milan – który przegrywał już 1:3! – mecz wygrał.

Gola obejrzycie tutaj, ja od siebie dodam, jako kibic klubu z San Siro, że sprawił mi on więcej przyjemności niż jakikolwiek gol mediolańczyków w minionych latach.

Bo piękny. Bo arcyważny – takie nastały ponure czasy, że od Sassuolo moja drużyna regularnie obrywała. Bo wbił go nieprzyzwoicie młody wychowanek. Bo Locatelli rokuje, i to rokuje jako rozgrywający, który biega z podniesioną głową i rozgląda się po całym boisku, zamiast zgarbiony wlepiać wzrok w piłkę i modlić się, żeby mu złośliwie nie uciekła. Elegancki, rozważny, podający dokładnie i zadziwiająco jak na swój wiek stabilny. Pewnie włoscy komentarzy przesadzili, sławiąc go jako najlepszego gracza niedzielnego horroru, ale nie przesadzają, dostrzegając w nim nieprzeciętny talent.

Talent wśród wychowanków Milanu niejedyny. Inny dzieciak, Gianluigi Donnarumma, wciąż pozostaje niepełnoletni, a rozegrał już w lidze włoskiej 37 meczów. Zdążył też kilkakrotnie zostać bohaterem, np. w inauguracyjnej kolejce Serie A wybronił w ostatnich sekundach rzut karny, co miało wartość zwycięstwa nad Torino. Zdążył nawet Donnarumma zadebiutować w drużynie narodowej – jako najmłodszy bramkarz w historii reprezentacji Włoch.

Na prawej obronie objawił się wreszcie kolejny nastolatek. Davide Calabria, który należał do najlepszych na murawie podczas niedawnego meczu z Lazio.

Podziwiamy zatem w Milanie wychowanych tam 18-letniego Locatellego, 17-letniego Donnarummę oraz 19-letniego Calabrię – 23-letni Mattia De Sciglio rozwija się wolniej niż oczekiwaliśmy – a przecież obok biegają również piłkarze młodzi, choć dorastający gdzie indziej. Od 21-letniego, doskonale czytającego grę obrońcy Alessio Romagnolego, za którego burżuje z ligi angielskiej oferowali już dziesiątki milionów euro, przez 22-letniego Suso, po 21-letniego M’Baye Nianga, co do którego wciąż żywię nadzieję, że nie skończy jako kolejny Mario Balotelli.

Wszyscy wymienieni pełnią w drużynie rolę ważną lub coraz ważniejszą, w niedzielę obejrzeliśmy zresztą scenkę być może symboliczną: oto wspomniany dzieciak Locatelli zastąpił 31-letniego Riccardo Montolivo (mnie coraz bardziej irytującego, na stadionie przeraźliwie wygwizdanego). Entuzjazm zamiast wypalenia, wigor zamiast wymęczenia, przyszłość zamiast przeszłości.

Nie wiemy, ilu młodych wyjdzie na ludzi, ale pierwszy raz od dawna możemy w Milanie dostrzec cokolwiek innego niż chaos niedający żadnej nadziei, że jutro będzie ciut lepiej. Relacjonując tu zapaść klubu, który z notorycznego faworyta Ligi Mistrzów stoczył się na przeciętniaka nawet w wymiarze lokalnym, wielokrotnie rozpaczałem, że boli mnie nie tyle jego ekonomiczne ubóstwo, ile bezkształt drużyny pozbawiony jakiejkolwiek tożsamości. Przypadkowych graczy łączono w przypadkowe konfiguracje taktyczne, losowo zespoleni gracze znikali z San Siro w mgnieniu oka, podobnie jak zmuszeni do sprawdzania się w wyjątkowo trudnych okolicznościach trenerscy debiutanci.

Aż zaczęły nam rozbłyskiwać przed oczami pyłki, które mogą rozkwitnąć w dorodne kwiaty. Już we wrześniu okazało się, że w inauguracyjnych kolejkach Vincenzo Montella wystawiał w podstawowym składzie zawodników o średniej wieku 25 lat i 10 miesięcy. Czyli rekordowo młodych w całej erze Silvio Berlusconiego, młodszych kibice Milanu dopingowali ostatnio w 1985 roku. I oczywiście rekordowo młodych w trwającym sezonie ligi włoskiej, tradycyjnie już ceniącej doświadczenie oraz także pełnej zawodowców tak dbających o siebie, że znacząco wydłużających sobie kariery. Klub obśmiewany niedawno jako przytułek dla tetryków przeniósł się na drugi koniec tęczy i powolutku staje się rozpoznawalny jako dzieciarnia.

Tendencja się nasila, mecz z Sassuolo kończyli piłkarze, którzy przeżyli średnio 25 lat i 3 miesiące. A Locatelli – krew i kość rossonerich, ćwiczący w klubie od dziewiątego roku życia, w juniorach zawsze rywalizujący ze starszymi ­– jest najczęściej wywoływanym na boisko rezerwowym w drużynie. Czyżby w Milanie tliło się życie?

21:24, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
środa, 10 sierpnia 2016

AC Milan, Silvio Berlusconi

Najskuteczniejszy futbolowy zarządca rezygnuje. Milan, podobnie jak coraz więcej europejskich klubów, przechodzi na własność Chińskiej Republiki Ludowej.

720 mln euro przeleje konsorcjum biznesmenów 79-letniemu Silvio Berlusconiemu, który przez 30 lat włożył w drużynę 820 mln prywatnego majątku. Tyle kosztowało go zdobycie 28 trofeów.

Kiedy przejął drużynę w 1986 roku, przywitał się z fanami w scenerii podkradzionej – jak sam przyznał – z „Czasu apokalipsy”. Na wypełniony stadion San Siro przyleciał wojskowym helikopterem, wylądował na murawie, wysiadł wraz z piłkarzami wystrojonymi w garnitury, z głośników płynęły dźwięki wagnerowskiego „Cwału Walkirii”. Kombinacja ekstrawagancji, przepychu, patosu i kiczu, która otacza go przez całą karierę. I biznesową, i polityczną. Przesadą przytłacza ponoć nawet główny dom czy raczej pałac Berlusconiego – stojący w podmediolańskiej wiosce Arcore, wybudowany w XVIII wieku na fundamentach benedyktyńskiego klasztoru z XII wieku.

Ale wybujała forma przykrywa bardzo bogatą treść. Świat zna Włocha przede wszystkim z orgii bunga bunga oraz jako niebezpiecznego, wulgarnego politycznego populistę – trochę w typie Donalda Trumpa, choć nie ziejącego taką nienawiścią jak Amerykanin. Jednak Berlusconi był także innowatorem, chwilami wręcz wizjonerem, który odnosił sukces wszędzie, gdzie się pojawiał. A fortuny nie odziedziczył. Zaczynał od zera, w interesach ćwicząc się już w szkole – pomagał w lekcjach za cukierki bądź drobne kwoty.

Pogrążony w głębokim kryzysie i menedżerskim chaosie Milan w kilka lat wyniósł na światowy szczyt. Odkąd przejął go przed trzema dekadami, jeszcze tylko Real Madryt aż pięciokrotnie zdobywał najcenniejsze trofeum, przyznawane za triumf w Lidze Mistrzów. I pod jego rządami powstały na San Siro przynajmniej trzy drużyny wielkie, które przeszły do historii – trenerów Arrigo Sacchiego (Puchar Europy, odpowiednik dzisiejszej LM, wygrywany w latach 1989 i 1990), Fabio Capello (1994, ponadto cztery tytuły w lidze włoskiej) oraz Carlo Ancelottiego (2003, 2007). Spuściznę zostawia jednak Berlusconi dalece większą. Właśnie dlatego, że był rewolucjonistą.

Radykalnie, a zarazem skutecznie, działał wszędzie. Jako żółtodziób na rynku nieruchomości wymyślił satelickie osiedle będące w istocie miasteczkiem (Milano Due), do którego rzymskich inwestorów przekonał podstępem. Jako debiutant na rynku telewizyjnym rzucił wyzwanie mającemu zagwarantowany prawem monopol państwowemu RAI – i mu się powiodło, choć kosztem, jak słusznie mu się do dzisiaj wytyka, otępienia widowni, bo od początku schlebiał jej najniższym instynktom (opery mydlane, prymitywne show, roznegliżowane dziewczyny w każdym programie). A kiedy wszedł do polityki, wygrał wybory w kilka tygodni po założeniu partii Forza Italia, wciągając w kampanię marketingowców ze swojego biznesowego imperium. I choć władzę prędko stracił, to potem ją odzyskiwał, w sumie okazał się najdłużej rządzącym włoskim premierem po wojnie.

Futbol wprowadził w nowoczesność. Milanello zmienił w pierwowzór ultranowoczesnego centrum treningowego, którym dzisiaj dysponuje każdy z najpotężniejszych klubów – realizował autorski projekt, decydując tam o wystroju wnętrz, urządzając salę bilardową, dobierając kwiaty do ogrodów, nie zapominając nawet o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Otworzył laboratorium MilanLab, również pionierskie, będące być może echem jednego z nielicznych nieudanych przedsięwzięć – zamkniętego w latach 70. z powodu śmierci wspólnika ośrodka badań nad nieśmiertelnością. Bił transferowe rekordy świata, na Ruuda Gullita wydając odpowiednik współczesnych 12 mln euro, na Jeana-Pierre’a Papina – 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego – 19 mln. Konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce wspomnianego Sacchiego, trenerskiego nowicjusza, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. Ostatniej, która zdołała obronić Puchar Europy.

Chciał Berlusconi obalać wszelkie granice. Skutecznie walczył z limitami w zatrudnianiu obcokrajowców, intensywnie lobbował za utworzeniem Ligi Mistrzów, sklep z klubowymi pamiątkami (nikt jeszcze na nich nie zarabiał fortuny) wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Jako pierwszy wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu, a genialne pokolenia piłkarzy oblepiał efektownymi metkami. Ludzie Sacchiego to byli Immortali (Nieśmiertelni), ludzie Capello – Invincibili (Niepokonani), ludzie Ancelottiego – Meravigliosi (Cudowni). Prekursor. Prekursor, który prawdopodobnie notorycznie balansował na granicy prawa lub je łamał, mnóstwo Włochów jest przekonanych, że zagranicznym gwiazdom boiska już w latach 80. najwięcej płacił pod stołem.

Jego odejście ma siłę symbolu, zamykającego jedną epokę i otwierającego drugą. To Berlusconi inspirował totalną kosmopolityzację futbolu, ale sam należał do klasycznego włoskiego gatunku piłkarskich posiadaczy – związanych z miastem, emocjonalnie związanych z drużyną (na San Siro chadzał w dzieciństwie z ojcem, choć krążyły plotki, że za młodu trzymał z Interem). A teraz sprzedał klub biznesmenom z innego kontynentu. Postąpił podobnie jak Massimo Moratti, były właściciel sąsiedniego Interu, który też odziedziczył pasję po ojcu – przedsiębiorcy finansującemu zespół w latach 60. – i też przekazał akcje egzotycznym inwestorom. Należały do Indonezyjczyka, ostatnio pakiet większościowy przejęli Chińczycy.

Sprzedawanie Milanu ciągnęło się od grudnia 2014 r. Berlusconi postanowił rozstać się z klubem, gdy pojął, że nie zdoła konkurować z nową futbolową oligarchią – ufundowaną właśnie na azjatyckich fortunach oraz rosnących zyskach z praw telewizyjnych do ligi angielskiej. Sam zbiedniał, włoska Serie A też przeżywa zapaść. Szukał jednak nabywcy, który zagwarantuje inwestowanie w drużynę. Znalazł po 20 miesiącach starań – grupa kapitałowa Sino-Europe Sports Investments Management Changxing zobowiązała się przez trzy lata przeznaczyć na transfery 350 mln euro, choć pierwszą transzę (100 mln) przeleje dopiero w styczniu, po formalnym sfinalizowaniu całej transakcji, więc mediolańczycy tego lata znów nie mają pieniędzy na piłkarzy. A trofeum nie zdobyli od czterech lat, co wcześniej nie zdarzyło się przez całą erę Berlusconiego. I w ostatnich sezonach kończyli ligę na siódmym, dziesiątym i ósmym. Przeraźliwa przeciętność.

Niełatwo ustalić, kto właściwie odkupił od Finnivestu 99,93 proc. akcji Milanu i jaką obierze strategię. Wiadomo tylko, że wśród mnóstwa tworzących konsorcjum podmiotów istotną pozycję zajmują spółki państwowe oraz przedsiębiorcy działający na polecenie państwa – w Chinach wielkim biznesem opiekuje się zasadniczo Partia, a decyzję o agresywnym inwestowaniu w futbol podjął przewodniczący Xi Jinping. I tamtejsi bogacze zalewają gigantycznymi pieniędzmi zarówno ligę krajową, jak i ligi europejskie. Ich kolekcja rozciąga się już od Manchesteru City (13 proc. udziałów), Aston Villi, Birmingham, West Bromwich, Wolverhamptonu (pakiety większościowe), przez Atletico Madryt (20 proc. udziałów), Espanyol Barcelona (45 proc.), Granadę oraz holenderski Den Haag, Slavię Praga, Nice i Sochaux (pełna kontrola nad klubami), po oba kluby mediolańskie. 14 europejskich firm, w większości z najsilniejszych piłkarsko krajów.

Chińczycy nie bombardują naszego kontynentu mamoną w tempie katarskim (w budżety bez dna wyposażają drużyny z rodzimej ligi) i ich zamiary pozostają na dobrą sprawę nieznane. Wiemy jedynie, że podglądają i importują know-how, wiemy też, że w ich naturze leży cierpliwość, powolne wywieranie wpływu oraz myślenie długofalowe o skali rozłożonej na wiele lat, w naszej kulturze występujące rzadko. Dlatego przyszłość Milanu też jest zagadką, zresztą kiedy właścicieli zmienił Inter, to tradycyjny bałagan z klubu nie wyparował, czego najlepszy dowód mieliśmy w niedawnym rozstaniu ­– w sierpniu! – z trenerem Roberto Mancinim.

W każdym razie liga włoska zaczyna zmierzać w kierunku angielskim, w Serie A ubywa czołowych firm będących interesem opartym na szczerych, związanych z pochodzeniem właściciela emocjach. Rodzina Sensich sprzedała (Amerykanom) Romę, rodzina Morattich pozbyła się Interu, rodzina Berlusconich postanowiła oddać Milan. Ale na szczycie utrzymuje się – i prosperuje fantastycznie! – Juventus, nad którym czuwa rodzina Agnellich.

Chciałoby się rzec, że turyńscy przedsiębiorcy klubu nie sprzedadzą nigdy, że to zwyczajnie niewyobrażalne. Tylko kto pięć lat temu wymyśliłby, że cały piłkarski Mediolan stanie się własnością Chińskiej Republiki Ludowej?

Tagi: AC Milan
20:33, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
czwartek, 25 czerwca 2015

Odkąd Silvio Berlusconi jął wiosną rozgłaszać, że Milan najbliższej przyszłości będzie niemal w całości złożony z piłkarzy włoskich – jego też martwi nadmiar zagranicznych złogów w Serie A – nabrałem pewności, że wkrótce Milan ze zdwojoną energią rzuci się do polowania na obcokrajowców. Wszystko, co się dzieje wokół tego klubu, obserwuję dość uważnie, więc wyciągnąłem oczywiste wnioski z minionych lat, długoterminowa strategia goniła tam długoterminową strategię, każda kolejna zaprzeczała poprzedniej, a rzeczywistość zazwyczaj wyglądała dokładnie odwrotnie, niż zapowiadali to bujający w obłokach właściciele, prezesi i dyrektorzy. Milan jako osobnik urżnięty w trupa, spłukany i zataczający się od ściany do ściany – tak to widziałem.

Ostatnio coś się jednak zmieniło. Milan podobno znów ma pieniądze. Zaczął zatem kompletować istną drużynę gwiazd.

Najpierw intensywnie negocjował z pewnym Brazylijczykiem, który właśnie wygrał z Barceloną Ligę Mistrzów. Negocjował, negocjował, aż Dani Alves się rozmyślił i oświadczył, że zostaje na Camp Nou. Zostaje naturalnie z miłości do barw – to najczęstsza motywacja piłkarzy ­– choć ja wrednie podejrzewałem, że wykorzystał zainteresowanie mediolańskiego klub jako kartę przetargową w rozmowach o nowym kontrakcie.

Potem Milan właściwie już podpisał kontrakt z pewnym Kolumbijczykiem, o sprzedaży oficjalnie informowało FC Porto, sam entuzjazmowałem się na Twitterze transferem, jakiego na San Siro nie było od lat (35 mln euro, więcej kosztował tylko Filipo Inzaghi). Niestety, Jackson Martinez potajemnie negocjował również z Atlético, dał się przekabacić, w przyszłym sezonie zamieszka w Madrycie.

Równocześnie fantazjowali mediolańczycy o odzyskaniu pewnego Szweda – nawiasem mówiąc, stały dostęp do ich głów zawdzięczamy Adriano Gallianiemu, zawsze chętnie relacjonującemu publicznie swoją działalność transferową. Podekscytowane gazety wyliczały już, że w Zlatanie Ibrahimoviciu oraz wspomnianym Martinezie objawi się zjawiskowy duet napastników, którzy nastrzelali w sumie 589 goli w klubach i reprezentacjach. Niestety, emocje znów opadły, bo hałaśliwie kupowanie wirtuoza z PSG trwało około tygodnia, potem stopniowo cichło, aż niemal całkiem zniknęło z eteru.

Miał też Milan w rękach pewnego Francuza. Cena: 40 mln euro, tym razem już absolutnie rekordowa. Ale Geoffrey Kondogbia zdradził – i to zdradził wyjątkowo podle, przeszedł na stronę sąsiedniego Interu. Oczywiście wszystko wyjaśnił, ujawnił mianowicie, że „o Interze marzył od zawsze”, że „wielki Inter oglądał w dzieciństwie w telewizji” etc. To wtedy Galliani podał rozbrajającą interpretację najnowszych wydarzeń, w których tylko laik mógł dostrzec porażkę, skoro na fiasku petraktacji z Kondogbią i Martinezem – jak usłyszeliśmy – klub zarobił 75 mln. (O dziwo, włoscy dziennikarze nie zapytali, czy ta nowatorska metoda bogacenia się będzie kontynuowana. Przecież umiejętne niekupowanie drogich piłkarzy prędko przyniesie fortunę wprost niewyobrażalną!)

Chwytał też już w sidła Milan kolejnego Brazylijczyka. Tym razem Brazylijczyka do wzięcia za darmo – wygasa mu kontrakt – więc teoretycznie łatwo dostępnego, takich na San Siro brali ostatnio stadami. Niestety, również Luiz Adriano (jesienią strzelił pięć goli w meczu Ligi Mistrzów) się właśnie wypiął i z Doniecka przeniesie się do Dubaju. Niestety, nie znalazłem na razie informacji, czy o reprezentowaniu klubu Al Ahli marzył od zawsze.

Im bardziej zatem Milan kupuje, tym bardziej nie kupuje, realizację strategii hurtowego pozyskiwania Włochów rozpoczął brawurowo, od niepozyskania pięciu obcokrajowców, i wcale nie zamierza zwalniać, aktualnie błaga o litość pewnego Belga, choć Axel Witsel upiera się, że kluby poniżej Ligi Mistrzów są zarazem klubami poniżej jego godności. Podchodów pod Polaka Kamila Glika nie komentuję, bo czytałem tylko plotki z niewiadomych źródeł, konkretów uzbierało się na razie tyle, że Milan wziął Brazylijczyka Rodrigo Ely’ego (22-latek z Avellino, grał jedynie w Serie B) oraz odzyskał wychowanka Simone Verdiego (za 450 tys. euro, o dziwo, Włocha). Rachunek jest prosty i obiecujący, z 75 mln zarobionych na niekupieniu Martineza i Kondogbii zostało jeszcze do wydania 74,55 mln.

Niektóre fiaska transferowe spośród wymienionych to błogosławieństwo – przejęty przez Inter francuski dryblas wydaje się grubo przepłacony, a niespełna 34-letni Ibrahimović, choć jego talent wielbię, jest ostatnim piłkarzem, wokół którego budowałbym drużynę, to przecież skrajny egocentryk, monopolizujący grę i jako wybitny solista zwalniający z odpowiedzialności partnerów. We wszystkich przywołanych wyżej kabaretowych skeczach widzę jednak nade wszystko brutalną prawdę o zupełnie nowym wizerunku Milanu. Klub z fantastyczną przeszłością, który właśnie ogłosił podnoszenie się z kryzysu, nie jest marką podupadłą przejściowo, lecz marką z trwałą skazą, i poszukiwanym na rynku piłkarzom służy co najwyżej jako argument w pertraktowaniu z innymi. Jego zarządcy zupełnie nie umieją się w nowej sytuacji odnaleźć – i dlatego, że wystawiają firmę na pośmiewisko, i poprzez niezdolność do wykrycia w globalnej rzeczywistości kogokolwiek, kto czeka, by go wylansować. Talentu bez doskonale już rozpoznawalnego nazwiska, stosunkowo taniego, niegrymaszącego. Jak to się robi, dała przykład Borussia Dortmund, wyciągając z nicości Lewandowskiego, Kagawę, Piszczka, Sahina, Gündogana etc.

Demoralizowani stałym dopływem kapitału mediolańczycy nie tkali rozległej siatki skautów, a dzisiaj nie prowadzi ich lider z wizją i charyzmą Jürgena Kloppa, ba, dzisiaj nie wiadomo nawet, czy jutro rzeczywiście zostaną zbawieni finansowo. Owszem, odtrąbiono sukces Berlusconiego, który ubijając interes z Bee Taechaubolem, miał osiągnąć oba swoje cele, choć wyglądały na sprzeczne – zachował kontrolę nad klubem, a zarazem go dokapitalizował. 480 mln euro za 48 proc. akcji wywołuje jednak zdziwienie wielu ludzi biznesu, a tajski biznesmen wcale jeszcze nie zapłacił, on zaledwie zagwarantował sobie, że właściciel Milanu przez osiem tygodni nie będzie negocjował z nikim innym. Niepokojąco przypomina to obiecanki cacanki, dzięki którym zaoszczędzono 75 mln na transfery.

Co więcej, z ekonomicznych analiz nie wynika, by Bee Taechaubol cokolwiek gdziekolwiek stworzył, to raczej cyniczny kapitalista, który lubi dobrze kupić i jeszcze lepiej sprzedać, czasami przy pierwszej nadarzającej się okazji. A Włosi twierdzą, że jeśli transakcja zostanie sfinalizowana, to będzie tylko wstępem do przejęcia pakietu większościowego.

Dlatego o przyszłości Milanu wiemy najwyżej tyle, że nic o niej nie wiemy. Dlatego niewykluczone, że już za chwilę usłyszymy o strategii zupełnie najnowszej, oczywiście zwalającej z nóg.

poniedziałek, 16 marca 2015

W bieżącym roku kalendarzowym piłkarze Milanu – ich utrzymanie wciąż kosztuje około 90 mln euro rocznie, wyższy budżet płacowy ma tylko Juve – uciułali w lidze włoskiej haniebne 10 punktów, więcej jedynie od zdychającej finansowo Parmy (5) i Cagliari (9). Wobec fanów są tym bardziej okrutni, że notorycznie łudzą ich objęciem prowadzenia, by następnie pokazowo je roztrwonić, dzisiejsza klęska we Florencji – wygrywali 1:0, by stracić gole w 83. i 89. minucie – była kulminacją wielotygodniowego trendu. W poprzedniej kolejce oddali punkty Veronie (wyrównująca bramka bodaj w 95. minucie), wcześniej nie umieli utrzymać prowadzenia w meczach z Empoli, Lazio, Torino (Kamil Glik w 82. minucie) oraz Sassuolo, wszystko to zdarzyło się od początku stycznia, ilekroć ci się zdaje, że ta drużyna już nie zdoła się stoczyć niżej, mediolańczycy udowadniają, że niemożliwe nie istnieje, a następna doskonała okazja już w sobotę – podejmują Cagliari, być może natchnione powrotem oszołoma Zdenka Zemana. Kibicu, proponuję panikować już od dzisiaj.

Nie chce mi się znów wałkować przyczyn, dla których najbardziej obok Realu Madryt utytułowany klub świata zmarniał do klubidła bez tożsamości – ciekawostkowo zwracam tylko uwagę, że dziś znów zbliżył się do zera, we Florencji wystawił ośmiu piłkarzy wziętych za darmo (głównie wykopani z innych drużyn, często wypożyczeni), za pozostałych trzech zapłacił w sumie 8,5 mln euro, to musi być hałastra bez przyszłości. Właściwie nie chce mi się napisać słowa ani o grze Milanu, ani o żywym trenerskim trupie Inzaghim, ani o próbach sprzedaży udziałów w klubie biznesmenowi z Tajlandii, który pewnie nie jest gołodupcem, ale nie wygląda też na wiarygodnego finansowo na miarę aspiracji firmy z San Siro. Bloguję w celach czysto terapeutycznych, być z Milanem jest mi coraz trudniej, właściwie każdy mecz odchorowuję jako potworną mordęgę, przed każdym po cichu marzę, żeby przełożyli go na następny dzień, nie uspokajają mnie ani nie cieszą nawet strzelone gole, już ja dobrze wiem, co zapowiadają, za dużo przeżyłem, by dać się wyrolować. Jeśli wolno mi zwierzyć się bardzo intymnie – wyszedłem dziś z domu w 80. minucie meczu z Fiorentiną, bo zwyczajnie przeczuwałem, co będzie, a potem rzeczywistość przerosła moje najczarniejsze myśli. I dopiero zbieram się, by obejrzeć, jak Milan przerżnął, właściwie to wręcz rozważam, czy warto męczyć oczy.

Bo mój problem z moją drużyną nie polega na tym, że przegrywa, że przegrywa w zawstydzającym stylu, że wykańczają ją w ostatnich sekundach, że nie sposób zdefiniować jej stylu gry, że nie ma widoków na lepsze jutro albo pojutrze. Mój problem polega na tym, że stała się całkiem obca. Owszem, wielbię Clarence Seedorfa i Filippo Inzaghiego, ale wielbię ich za boiskową przeszłość – pierwszego za elegancję, drugiego za radość okazywaną po golach – jako przegrani trenerzy sympatii wzbudzać nie mogą, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę, że kompletni nowicjusze to kiepscy kandydaci na porządkowanie szatni tak rozbałaganionej jak ta z San Siro. A drużyna? Tam nie ma nikogo. Żadnego gracza, któremu chce się współczuć, bo łączy w sobie wystarczającą sportową klasę z byciem autentycznym człowiekiem Milanu, ewentualnie uwodzi innymi niepospolitymi cechami lub wspomnieniami budującymi więź kibica z piłkarzem. W jedenastce na Fiorentinę zmieścili się ledwie trzej ludzie związani z klubem dłużej niż rok – Philippe Mexes, Ignazio Abate oraz dawno przygasły Michael Essien. Nie widać wychowanków z przyszłością, nie widać młodych zdolnych podbić świat, o których będą bić się najbogatsi (Mastour to na razie anegdota, zniknął El Shaarawy), nie widać osobowości umiejących i chcących wziąć na siebie odpowiedzialność, nie widać lidera ani piłkarza symbolu, nie widać jednostek drużynotwórczych, nie widać kogokolwiek, kto dysponowałby czymkolwiek, co by powodowało, że po porażkach trwasz przy swojej drużynie, zamiast być jej popisami zirytowany. Nie wiem, jak ułożę sobie to zupełnie nowe życie z Milanem, wiem tylko, że będzie cholernie ciężko.

22:57, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 02 lutego 2015

Na chwileczkę tylko wpadam, bo właśnie zamykają futbolowe okno transferowe, ale zanim je zamkną, zdążymy jeszcze dostrzec, że pewien sławny mediolański klub – jeszcze przed chwilą fruwający na szczytach Ligi Mistrzów – staje się w tym biznesie przypadkiem najwybitniej kuriozalnym.

Zżymałem się już tutaj, że Milan nadal próbuje udawać znaczącą firmę, choć zmizerniał do klubiku o mentalności zabiedzonego prowincjusza, i kadrę kleci niemal wyłącznie z piłkarzy wziętych darmo lub wypożyczanych. To można zrozumieć, każdy rozsądny wydaje tyle, na ile go stać. Ale trudniej zrozumieć, dlaczego rossoneri bezrefleksyjnie wpuszczają do Milanello wszystkich, którzy akurat nie mają gdzie się podziać, by po pięciu minutach przekazać ich następnym naiwniakom.

Szamotaninę mediolańczyków – bo przecież to nie strategia – idealnie ilustruje kazus Pablo Armero. Wpadł do szatni przed sezonem, pokopał w ośmiu ligowych meczach, już idzie sobie precz. Jeśli negocjacje zakończą się sukcesem, zaraz ustanowi nietypowy rekord – otóż od 1 stycznia 2014 roku, czyli przez 13 miesięcy, Kolumbijczyk będzie piłkarzem pięciu (!) klubów: Udinese, Napoli, West Hamu, Milanu, Genoi.

Na San Siro wykonują takich chaotycznych ruchów mnóstwo. Niejaki Alessandro Matri – kupiony przed poprzednim sezonem za horrendalne w tych realiach budżetowych 11 mln euro, a potem publicznie obrażany przez Barbarę Berlusconi – został właśnie wypożyczony do trzeciej drużyny w ostatnim roku (po Fiorentinie i Genoi odwiedzi Juventus). Zaproszony latem upadły gwiazdor Fernando Torres pobierał najwyższą w kadrze pensję przez ledwie pół roku, wpadł na boisko w siedmiu meczach Serie A, też już wybył. Nazwiskami mógłbym sypać całymi akapitami, bo Milan zachowuje się jak transferowy pośrednik, któremu zależy tylko na tym, by interes się kręcił, nawet jeśli nie ma to żadnego merytorycznego sensu, służy jedynie wypłacaniu mu kolejnych prowizji. Znalazł sobie też godnego partnera ­– Genoę. Oba kluby przerzucają się piłkarzami jak gorącymi ziemniakami, raz tym mi wciskasz kopacza, raz ja wciskam tobie, naprawdę mnie intryguje, kto na tym najwięcej zarabia.

Efekty ujrzeliśmy w niedzielnym meczu z Parmą. Podstawową jedenastkę tworzyło czterech zawodników wypożyczonych, czterech wziętych za darmo i ledwie trzech, którzy cokolwiek kosztowali (w sumie niespełna 16 mln euro). W obronie znów stanęli weterani – 33-, 33-, 32, 29- i 28-latek. A debiutujący Mattia Destro był 28. piłkarzem wykorzystanym w lidze w bieżącym sezonie. Najbardziej szokuje jednak staż w Milanie ludzi rzuconych na Parmę (podaję w nawiasach): Diego López (w klubie od 6 miesięcy) – Zaccardo (24 miesiące), Rami (12 miesięcy), Alex (6 miesięcy), Bocchetti (0 miesięcy) – van Ginkel (6 miesięcy), Poli (18 miesięcy) – Honda (12 miesięcy), Ménez (6 miesięcy), Cerci (0 miesięcy) – Destro (0 miesięcy).

Rachunek jest prosty jak wizja gry Muntariego. Otóż piłkarz podstawowej jedenastki trenuje w klubie średnio 8 miesięcy. Co z arytmetyki przełożyłbym na publicystyczną tezę, że drużyna Milanu nie tyle jest słaba albo przeciętna, ile aktualnie nie istnieje. To dom z tektury, on musi się rozpadać, nawet gdyby Clarence Seedorf i Filippo Inzaghi nie byli kompletnymi trenerskimi żółtodziobami. Znajdźcie mi inny klub chcący uchodzić za poważny, który trzyma w szatni wyłącznie ludzi ściągniętych wczoraj lub przedwczoraj.

Z ciekawości policzyłem staż piłkarzy podstawowej jedenastki Juventusu – to teraz w Serie A wzorzec – z wczorajszego meczu w Udine: Buffon (162 miesiące) – Caceres (36 miesięcy), Bonucci (54 miesiące), Chiellini (114 miesięcy) – Lichsteiner (42 miesiące), Pereyra (6 miesięcy), Pirlo (42 miesiące), Pogba (30 miesięcy), Evra (6 miesięcy) – Tevez (18 miesięcy), Llorente (18 miesięcy). Średnia: 48 miesięcy.

wtorek, 20 stycznia 2015

AC Milan, Silvio Berlusconi, Filippo Inzaghi

Do karykaturalnego stylu gry w defensywnie uprawianego przez drużynę, która przed kilkoma chwilami należała do najlepszych na świecie, już przywykliśmy, w minionym tygodniu bezlitośnie zrecenzował mi ją nasz Kamil Glik – gol strzelony Milanowi w ogóle go nie zdziwił, bo Milan przy stałych fragmentach nie broni swojej bramki właściwie wcale, więc polski obrońca czuł pod nią pełną swobodę. Ostatnio piłkarze z San Siro coraz śmielej rewolucjonizują też jednak ofensywę. W niedzielnym meczu z Atalantą zarzucili rywali dośrodkowaniami, które kierowali w sensie ścisłym do nikogo – w pewnym momencie ledwie 6 z 34 było celnych – bowiem długo nie mieli w składzie atakującego lubiącego przebywać w polu karnym, nie wspominając o również przydatnym upodobaniu do gry głową. Zastępował go fałszywy napastnik, i to fałszywy w najwyższym tego słowa znaczeniu, bo Jérémy Ménez cofał się głęboko do środka boiska, taka już natura rozgrywającego. W polu karnym odebrał przez 90 minut JEDNO podanie. Ale mediolańczycy się nie przejmowali i słali wrzutkę za wrzutką. Jak urżnięty rewolwerowiec, który pociąga za spust, choć wie, że wymachuje spluwą bez naboi.

To nie pierwszy mecz, w którym Milan realizuje strategię wewnętrznie sprzeczną, o ile jego szamotaninę – wykonywaną na dodatek przy leniwym ruchu zawodników bez piłki – w ogóle można nazwać strategią. Skutek? Ledwie jeden gol z akcji w ostatnich czterech spotkaniach ligowych. Na bramkę Torino półtora tygodnia temu zdołali rossoneri uderzyć ledwie raz – z karnego. W trzech kolejkach uciułali ledwie punkt, choć mierzyli się wyłącznie z przeciwnikami z dolnej połowy tabeli. I wyglądają na drużynę, która nie ma pojęcia, kim jest, jak chce i jak powinna grać.

Rozjuszony Silvio Berlusconi – niegdyś właściciel klubu bezgranicznie hojny, dziś karmiący kadrę tylko motywacyjnymi orędziami w regularnie wizytowanym ośrodku Milanello – rozżołądkował się, że „to nieakceptowalne przegrywać z rywalami, którzy zarabiają pięć razy mniej”. Pił do budżetu płacowego Atalanty. W istocie stanowiącego czwartą część budżetu płacowego Milanu, ale to akurat niedokładność nieistotna – jego piłkarze nie po raz pierwszy obrywają od przeciwników zdecydowanie biedniejszych.

Kiedy piszemy o upadłej potędze z San Siro, zazwyczaj roztkliwiamy się nad koniecznością rozpaczliwego zaciskania pasa przez działaczy, którzy zostali odcięci od inwestycji. Sam blogowałem niejednokrotnie o ekstremalnej polityce transferowej, polegającej na wyłapywaniu z rynku wyłącznie graczy dostępnych za darmo. Ewentualnie – nieodpłatnym ich wypożyczaniu. Przed sezonem zwracałem uwagę, że Milan już wkrótce będzie mógł wystawić tak tanią, że właściwie skleconą za okrągłe zero.

Taniocha dotyczy jednak wyłącznie wypłacanych kwot transferowych. Mediolańczycy wciąż bowiem rozdają bardzo wysokie pensje, a badacze rynku futbolowego już dawno wykryli, że wartość sportową piłkarza lepiej oddaje jego wynagrodzenie – fachura nie pójdzie grać za drobne – niż pieniądze wydane na transfer – te zależą od wieku, długości kontraktu, atrakcyjności komercyjnego wizerunku etc. Jeśli zatem Berlusconi wypłaca swojej kadrze 94 mln rocznie – w Serie A mniej tylko od Juventusu – to teoretycznie miałby prawo oczekiwać, że kadra wdrapie się na ligowe podium.

Ale kadra dryfuje w środku tabeli. Zajmuje to samo (ósme) miejsce, na którym skończyła miniony sezon, a punktów z trenerem Filippo Inzaghim zdobywa znacznie mniej (26) niż z jego poprzednikiem Clarencem Seedorfem (35), którego praca nie satysfakcjonowała szefów do tego stopnia, że został wylany. I najbardziej koszmarnie wygląda dla Milanu klasyfikacja włoskich klubów, które zatrudniają piłkarzy najmniej efektywnych. Jeśli budżety płacowe w Serie A podzielimy przez uzbierany w lidze dorobek, to okaże się, że mediolańczyków każdy punkt kosztuje bezapelacyjnie najwięcej – aż 3,62 mln euro. Za nimi są sąsiedzi z Interu (2,69 mln), Juventus (2,57), Roma (2,39). A trzeba pamiętać, że w tym gronie tylko Milan poprzestaje na rywalizacji w kraju, pozostali wysilają się jeszcze w europejskich pucharach. San Siro jako mistrzowie rozrzutności – oto najnowsza prawda o firmie Berlusconiego.

Co znów przypomina, że szmal, owszem, w futbolu się przydaje, ale niezbędna jest przede wszystkim idea. I że jeszcze bardziej niż szmalu, zbiedniałemu Milanowi brakuje właśnie idei. Jakiejkolwiek.

Drużynę rozlazłą, pozbawioną tożsamości i pogrążoną w przewlekłej depresji oddaje się kolejnym żółtodziobom, prezesi opowiadają o modelu barcelońskim – że niby szatnią rządzą nasi byli piłkarze – ale zapominają dodać, że Katalończyków niesie wyraziste DNA, którego trener jest zaledwie głównym interpretatorem. A na San Siro nie ma żadnego DNA. Tam utalentowani ponoć wychowankowie lub młodzi niewychowankowie albo nagle znikają wykatapultowani do innych klubów (ostatni nazywa się Bryan Cristante), albo w ogóle nie rozwijają (Mattia de Sciglio, Stephan El Shaarawy). Tam zaciąga się piłkarzy na parę chwil, by prędko ich wykopać i pozostawić w zdębieniu kibiców, którzy nie pojmują, czy te transfery miały w ogóle uświadomiony cel – patrz epizody Adela Taarabta, Valtera Birsy, Alessandro Matriego czy Fernando Torresa (jesienią pobierał najwyższą gażę!). Handluje się na tym bazarze w takim tempie, że w tym sezonie Milanowi przybyło 12 nowych nazwisk i że mecz z Atalantą kończą niemal wyłącznie ludzie, którzy weszli do szatni wczoraj lub przedwczoraj. A po odświętnie ogłaszanym odmładzaniu drużyny większość kluczowych graczy – De Jong, Montolivo, Diego Lopez, Mexes – to trzydziestolatkowie.

Tak, najbiedniej ma Milan w głowach swoich zarządców. Oszczędności nie wyjaśnią wszystkiego. Nie wyjaśnią, dlaczego nie udaje się na San Siro wylansować nikogo, dlaczego nie udaje się wyłowić z rynku anonimowego lub stosunkowo anonimowego młodzieńca za skromne pieniądze, dlaczego juniorzy wyglądają tam raczej jak napastnik M’Baye Niang – w Serie A wystąpił już 33 razy, gola nie wturlał żadnego.

W transferowych manewrach mediolańczyków nie widać głównego wątku, wyglądają na reżyserowane przez jedną obsesyjną myśl – łapać każdego, czyje nazwisko już słyszeliśmy i kto przyjdzie za darmo. Teraz wzięli Alessio Cerciego. Niby na włoskim rynku uznanego, ale to wędrowiec goniący od kontraktu do kontraktu, który podpisał właśnie umowę z ósmym klubem w dziewięciu latach, i starannie wystylizowany celebryta, którego mentalność raper Willie Peyote przeciwstawiał sportowemu duchowi naszego Kamila Glika. Czy to aby na pewno ruch przyszłościowy? Czy Milan nie stał się luksusową przystanią dla niechcianych gdzie indziej najemników, którzy wiedzą, że na San Siro wyłudzą kontrakt na miarę Ligi Mistrzów, a Ligi Mistrzów nikt na poważnie nie będzie od nich wymagał? Czy jego szefowie nie inwestują na chybił trafił, jak tamta grająca na giełdzie małpa ze sławnego eksperymentu, więc i wyniki wpadają im przypadkowe – dające akurat środek tabeli? Wątpliwości nie mam co do jednego – nie wiedzą, jaką drużynę „budują”. Już się boję usłyszeć nazwisko trenera, który zastąpi Inzaghiego.

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi