Wpisy z tagiem: AC Milan
niedziela, 13 maja 2012
W ostatnią niedzielę było nostalgicznie. Serie A żegnała tłum żywych posągów. Multimedalistów, którzy wygrywali i mundial, i Ligę Mistrzów. Włoskiemu futbolowi zwłaszcza ostatnio można wytknąć wiele przywar, ale zasłużonych graczy potrafią tam czcić jak mało kto. Kiedy dziesięć dni temu przez spektakularną wpadkę Gianluigiego Buffona turyńczycy zgubili punkty w meczu z Lecce i zdjął ich niepokój, że nie utrzymają pozycji lidera, w obronę wzięli pechowca wszyscy. Bramkarze się solidaryzowali, kibice pocieszali, komentatorzy przypominali, ile osiągnął. Prawdziwym mistrzom, weteranom wielu kampanii, należy się bezwarunkowy szacunek. Ale Buffon (34 lata) na szacunek zasługuje nie tylko ze względu na przeszłość. On w tym sezonie wreszcie bronił tak, jakby zatęsknił za chwałą najwybitniejszego bramkarza świata. Po mundialu jego kariera zdawała się zagrożona, ale jeszcze raz wrócił. I został jednym z bohaterów sezonu. Kiedy za obrońcami stoi szef o jego charyzmie, łatwo zrozumieć, dlaczego Juventus stracił w Serie A ledwie 20 goli, najmniej w czołowych ligach europejskich. A kiedy przed nimi stoi wirtuoz formatu Andrei Pirlo (33 lata), łatwo zrozumieć, dlaczego turyńczycy odzyskali tytuł. Włoch został odtrącony już po raz drugi w karierze i ci, którzy go odtrącili, znów mają powody żałować. Jak kiedyś szefowie Interu oglądali go triumfującego z sąsiadami z San Siro, tak teraz szefowie Milanu patrzyli, jak spaja i organizuje manewry Juventusu, by odebrać im prymat w lidze. Tylko Pirlo obronił w tym sezonie mistrzostwo Włoch. To jeden z tych bezcennych rasowych rozgrywających, którzy czynią kolegów z drużyny lepszymi piłkarzami. W Turynie inspirował grupę zwartą, wściekle drapieżną, kondycyjnie niezniszczalną, lecz pozbawioną gwiazd na skalę europejską - pomimo wspaniale rokujących Arturo Vidala czy Claudia Marchisia, oni dopiero rozbłysną. A przede wszystkim pozbawioną snajpera zdolnego pluć ogniem ciągłym. Dlatego szczególny splendor spada na przywódców - mentalnego (Buffona), panującego nad grą (Pirlo), a także łączącego zalety obu wymienionych trenera Antonia Conte, któremu w Italii składają hołdy za nadzwyczajne talenty motywacyjne. I chętnie przyrównują jego perory do pamiętnej przemowy Ala Pacino w finale "Męskiej gry". Turyńczycy nie zachwycili. Sezon naznaczyli rekordowym odsetkiem remisów; zanim rozpędzili się na finiszu, na boisku częściej sprawiali wrażenie ciężko pracujących fizycznie niż delektujących się najpiękniejszą z gier; gole strzelali tak rzadko, że wśród kilkunastu czołowych lig europejskich tylko francuska może wyłonić mistrza mniej skutecznego (Juventus i tak sporo nadrobił w kwietniu, gdy na dystansie kilku dni wbił osiem goli Romie i Novarze). Calcio wciąż nie wygramoliło się z kryzysu, włoscy fani, z którymi rozmawiam, nastroje mają dekadenckie, wielu spodziewa się jesieni z ledwie dwoma klubami w Champions League - trzeci czeka ciężka przeprawa w kwalifikacjach. W rankingu UEFA Serie A już nie tyle ściga Bundesligę, ile ucieka nadciągającym ligom portugalskiej i francuskiej. I ryzykuje, że zsunie się jeszcze niżej, jeśli jej przedstawiciele nie przestaną traktować rywalizacji w Lidze Europejskiej jako godzącej w ich godność. Wspomniany Buffon wskazuje jeszcze jedną przewagę Juventusu, a fani w sondażach się z nim zgadzają - nowy stadion w stylu angielskim, pośród archaicznych włoskich straszydeł nie tylko lśniąco nowoczesny, ale przede wszystkim stanowiący własność klubu (jedyny w Serie A!). - Teraz mogę ujawnić, że nazajutrz po otwarciu zacząłem rozpowiadać, iż zdobędziemy tytuł - zwierzał się przed kilkoma dniami włoski bramkarz. - Na zgrupowaniu reprezentacji piłkarze Milanu śmiali mi się w twarz, ale obiekt wywarł na mnie ogromne wrażenie, dał mi ogromną motywację, odświeżył mnie. Zdałem sobie sprawę, że należę do klubu, którego nie stać na kolejny sezon na poziomie dwóch poprzednich. Znów zacząłem marzyć, a kiedy zaczynam marzyć, rywale wpadają w tarapaty. Opowieść Buffona przypomina, że turyńczycy wyskoczyli na sam szczyt z siódmego miejsca i w ogóle najmarniejszego okresu dla klubu od półwiecza. Na tym większe uznanie zasługuje ich niezłomność - rozgrywki przeżyli bez porażki, jako jedyni na kontynencie. Ale stadion wzorowany na, jak mówią Włosi, "modello inglese", czyli dający się wszechstronnie wykorzystać komercyjnie, przypomina również, że przed Juventusem rysują się najbardziej obiecujące w Serie A perspektywy biznesowe. Silvio Berlusconi od dawna usiłuje przyciągnąć do Milanu inwestorów zagranicznych, ale poważnie przeszkadza mu, że San Siro pozostaje własnością komunalną. Słabość jego drużyny również przyczyniła się do triumfu rywali. Jeśli turyńczycy nie zachwycili, to mediolańczycy zazwyczaj irytowali grą rwaną, toporną, w głównym wątku oferując mało wyrafinowane pchanie piłki w okolice Zlatana Ibrahimovicia. Albo po trawie, albo na drugim piętrze, szwedzkiemu akrobacie wszystko jedno. Obrońców tytułu kontuzje kładły zbiorowo, więc trener Massimiliano Allegri zarządzał szatnią pogrążoną w permanentnym stanie wyjątkowym. A energię wysysała z nich jeszcze Liga Mistrzów, od której Juventus był wolny. Tuż po czterech szlagierowych meczach z Barceloną Milan uporał się tylko z Chievo, poza tym przegrywał (z Napoli i słabiutką Fiorentiną) lub remisował (z Catanią). Odkąd Allegri wylądował w Mediolanie, stopniowo marginalizuje starych mistrzów, a jego zwierzchnicy zastępują ich gwiazdami - czasem przygasłymi - przechwyconymi na rynku transferowym po okazyjnych cenach. Teraz proces wymiany pokoleń jeszcze przyspieszy. Poza Markiem van Bommelem (35 lat) odchodzą Alessandro Nesta (36 lat), Gianluca Zambrotta (35 lat), Gennaro Gattuso (34), Clarence Seedorf (36) i Filippo Inzaghi (w sierpniu skończy 39 lat). Z ich powodu ostatnia niedziela w Serie A przebiegała bardzo nostalgicznie. Wszyscy biegali (lub truchtali na rozgrzewce) po San Siro po raz ostatni - jeden z najwybitniejszych współczesnych obrońców, najwybitniejszy przed laty boczny obrońca, jeden z najwaleczniejszych defensywnych pomocników, specjalista od wielkich wyzwań (Puchar Europy zdobywał z trzema klubami), wreszcie najregularniejszy snajper wśród technicznych abnegatów, który piłkę prowadzi z taką gracją, jakby zamiast nogi używał kija od krykieta. Włosi żegnają ich ze wzruszeniem, bo to żywe posągi. Posągi przypominające erę świetności Serie A. W niezapomnianym sezonie 2002/03 w finale Ligi Mistrzów zmierzyły się Milan z Juventusem, dla których walczyli właśnie Nesta, Gattuso, Seedorf i Inzaghi, a także Alessandro del Piero (opuści Włochy po finale Coppa Italia) oraz wspomniani wyżej Buffon i Pirlo. Dwaj ostatni w Turynie przetrwają, w Milanie nie ostanie się już nikt, kto grał wówczas w podstawowym składzie. Kończy się epoka.
środa, 28 marca 2012
Właśnie wymyśliłem, że sobie wielogodzinnie pobloguję, bo w redakcji dość luźno dziś, a czas przed wieczornymi igrzyskami trzeba jakoś wytracić. Głównie o hicie postukam, ale i w ogóle o całej Lidze Mistrzów, bo zanosi się na półfinały wagi superciężkiej. Ale najpierw wklejam to, co spłodziłem do dzisiejszej „Gazety” 17.35. Gospodarze dzisiejszego ćwierćfinału jako ostatni obronili najcenniejszy tytuł w europejskich pucharach. Ich rywalom wypomina się, że choć pretendują do miana drużyny wszech czasów, powtórzyć tego wyczynu nie umieją. Mediolańczycy będą bronić wyjątkowości klubu, na którą wiosną 1990 roku zapracowali bohaterowie legendarnej już drużyny Arrigo Sacchiego. Barcelończycy chcą tę wyjątkowość przejąć, by obalić ostatni zarzut stawiany przez kibiców kwestionujących ich wielkość. Przeszkody muszą sforsować monumentalne. Jeśli wyeliminują mistrzów Włoch, zderzą się być może z Chelsea - nieprawdopodobnie zdeterminowaną, od lat mierzącą w Puchar Europy. A jeśli dotrą do finału, to prawdopodobnie staną naprzeciwko jego gospodarzom, czyli Bayernowi, lub dyszącego żądzą rewanżu za lata klęsk Realu Madryt. Na kolejne wielobramkowe orgie - w poprzedniej rundzie rozstrzelali siedmioma golami Bayer Leverkusen - się raczej nie zanosi. Nie zanosi się, choć Milan nie będzie dziś osłaniał pola karnego swoimi najważniejszymi tarczami. Zawsze balansujący na granicy brutalności Mark van Bommel, z którym już pierwsze zetknięcie potrafi odebrać ochotę do gry, pauzuje za kartki. Thiago Silva, coraz częściej obwoływany najlepszym obrońcą świata i kuszony przez Barcelonę, uszkodził mięsień uda w meczu ligowym. Już to, że pomimo zgłaszanych wcześniej dolegliwości z Romą zagrał, sygnalizuje zmianę priorytetów w klubie. Właściciel Silvio Berlusconi zawsze preferował sukcesy międzynarodowe, więc kluczowych graczy przygotowywano specjalnie na szlagiery w Champions League. Tym razem trener zaryzykował zdrowie Brazylijczyka dla ligowych punktów. Massimiliano Allegri zdaje sobie sprawę, że ma znacznie więcej szans na obronę mistrzostwa kraju niż na ocalenie w dwumeczu z katalońską supergrupą. Nawet jeśli jesienią mediolańczycy wyglądali na jej tle przyzwoicie - u siebie przegrali tylko 2:3, na wyjeździe zremisowali 2:2. Do podstawowego składu wraca wyleczony Kevin-Prince Boateng, który strzelił wtedy Barcelonie fantastycznego gola. Piłkarz torpeda, imponujący siłą, szybkością i piekielnie mocnym uderzeniem. On wraz z Antonio Nocerino ma nadać drugiej linii dynamikę, a waleczny Massimo Ambrosini i wręcz dystyngowany w gestach Clarence Seedorf - doświadczenie kilkunastu lat rywalizacji na szczycie. Jeśli podołają wyzwaniu (trener obiecuje agresywny, oddalony od własnego pola karnego pressing), być może choć częściowo poszarpią płynną, złożoną właściwie z odruchów grę Katalończyków. Z powodu nieobecności stworzonego do kontrataku Alexandre Pato - kontuzje w tym sezonie mediolańską szatnię wprost dziesiątkują - defensywę rywala ma nękać Zlatan Ibrahimović, ostatnio snajpersko najwydajniejszy w całej swojej karierze, rozstrzygający o zwycięstwach niemal w pojedynkę i w ogóle najjaśniejsza gwiazda Serie A. Paradoks polega jednak na tym, że z nim w składzie Milan zdobywa mniej punktów niż bez niego. A przede wszystkim - z nim w składzie Milan często słabiej funkcjonuje jako drużyna. Gra w sposób bardziej przewidywalny, bo celem niemal każdej akcji staje się dostarczenie piłki w okolice szwedzkiego napastnika - oczywiście na dowolnym pułapie, Ibrahimović jako drągalowaty miłośnik taekwondo swobodnie sięga jej nawet na drugim piętrze. Czy ten znakomity piłkarz, któremu wiecznie wytyka się mizerny dorobek strzelecki w fazie pucharowej LM, wreszcie rozbłyśnie w wielkim międzynarodowym hicie? Zbyt często przy takich okazjach stawał się na boisku niemal niewidzialny... Najwybitniejszy solista barceloński ma nad nim tę przewagę, że daje show perfekcyjnie wkomponowane w manewry całej drużyny, biega między zjawiskowymi rozgrywającymi Xavim, Andresem Iniestą i Ceskiem Fabregasem, wspaniałe ofensywne wsparcie dostaje nawet z linii obrony (Dani Alves). Nade wszystko jednak Leo Messi pluje ogniem ciągłym, przy którym kanonada Szweda cichnie do pojedynczych wystrzałów. W ostatnich dziewięciu meczach, wliczając reprezentację Argentyny, zdobył 21 bramek. W tej edycji LM uzbierał ich już 12, wyrównując rekord rozgrywek należący do Ruuda van Nistelrooya. Kolejne dwie dadzą mu rekord wszech czasów w Pucharze Europy, od 1963 roku należący do Jose Altafiniego. A jeśli zostanie królem strzelców (po raz czwarty z rzędu!), wyrówna osiągnięcie mitycznego niemieckiego goleadora Gerda Muellera. Ktoś jeszcze wierzy bramkarzowi Christianowi Abbiatiemu, który przysięga, że przed starciem z Messim nie odczuwa żadnego niepokoju? 17.48. Prawdopodobne składy. Milan: Abbiati - Bonera, Mexes, Nesta, Antonini - Nocerino, Ambrosini, Seedorf - Boateng - Ibrahimovic, Robinho. Barcelona: Valdes - Dani Alves, Pique, Mascherano, Puyol - Xavi, Busquets, Fabregas - Alexis, Messi, Iniesta. Gościom brakuje Abidala (przeszczep wątroby) i Davida Villi (ciężka kontuzja), ale generalnie jedenastkę wystawią kompletną, bez rzucających się w oczy luk. Braki gospodarzy mogłyby co wrażliwszym widzom oczy wykłuć: Thiago Silva to najważniejszy obrońca, który świetnie inicjuje akcje zaczepne; van Bommel to główny kiler; Pato to napastnik idealny na Barcelonę, co zresztą udowodnił jesienią wbitym jej golem, poprzedzonym kilkudziesięciometrowym sprintem. No i na bokach defensywy tradycyjna bieda... A może by tak wzięli Łukasza Piszczka, od półtora sezonu najlepszego bocznego obrońcę Bundesligi?;-) 18.05. Jeśli chcecie się upewnić, komu dziś kibicuje większość ludzkości, wiedzcie, że w ubiegłym sezonie Barcelona sprzedała 1,2 mln koszulek, czyli dwukrotnie więcej niż Milan, Inter i Juventus razem wzięte. 18.17. A jeśli chcecie się upewnić, że nawet Włosi widzą w rywalach bezdyskusyjnych faworytów, wiedzcie, że dzisiejsza „La Gazzetta dello Sport” znów nazywa ich „Marsjanami”. To już tam norma nawet w zwykłych tekstach informacyjnych. Dają to określenie także do tytułów i wszyscy od razu wiedzą, o kogo chodzi, nie ma wyjaśnień. (A kibiców Katalończycy mają nawet przy drużynie Milanu. Uwielbiają ich synowie van Bommela, zawiezieni wczoraj przez tatę na Camp Nou i do ośrodka treningowego Barcelony). 18.34. Van Bommel to jeden z czterech byłych graczy Blaugrany, którzy ubierają się dziś na czerwono-czarno. Pozostałymi są Ibrahimovic (prawdopodobnie wyjątkowo zdeterminowany, by zemścić się na tych, którzy nie poznali się na jego talencie), Gianluca Zambrotta oraz Maxi Lopez (obaj usiądą w rezerwie). W ostatnich latach Milan miał także wybitniejszych byłych barcelończyków, obwoływanych najlepszymi graczami globu Rivaldo, Ronaldo i Ronaldinho. 18.49. Barcelona wśród byłych mediolańczyków preferowała Holendrów - podpisywała kontrakty z Reizigerem, Kluivertem, Bogarde i Davidsem. Teraz chciałaby wyjąć z San Siro Thiago Silvę. Szefowie z tego potencjalnego problemu chcą wybrnąć tak, że pasują brazylijskiego obrońcę na kapitana drużyny. Piłkarza ma to zachęcić do lojalności względem barw (i tak ją deklaruje), a Barcelonę zniechęcić do wodzenia go na pokuszenie. 19.07. Jeśli Barcelona awansuje, jako pierwsza zagra w półfinale pięciu kolejnych edycji Ligi Mistrzów. Do należącego do Realu Madryt rekordu Pucharu Europy - pięciu kolejnych triumfów - jeszcze jej trochę brakuje. 19.45. Składy zgodne z przewidywaniami poza jedną zmianą - zamiast drobnego Ceska zagra muskularny Seydou Keita, czyli trener Guardiola szuka przeciwwagi na stalową linię pomocy Milanu. Nawiasem mówiąc, Malijczyk to z kolei piłkarz pożądany przez gospodarzy - chcą go oczywiście dorwać okazyjnie, z powodu wygasającego kontraktu. Inaczej niż okazyjnie właściwie ostatnio nie kupują. 20.25. Jeśli wierzyć Allegriemu, zanosi się na mecz z udziałem Barcelony nietypowy. Trener gospodarzy obwieścił wczoraj, że jego ludzie nie mogą grać w stylu Interu pod dowództwem Mourinho, bo nie są stworzeni do barykadowania się, lecz ataku. Identycznie wypowiada się Ibrahimovic, który mimo swojej, chętnie manifestowanej niechęci do Guardioli nazywa drużynę rywali za najmocniejszą na planecie i właśnie dlatego uważa, że trzeba na nich natrzeć. Dla jego reputacji to dwumecz arcyważny, bo jeśli znów w szlagierze zniknie z boiska, ostatecznie utwierdzi publikę w przekonaniu, że sprawdza się głównie jako gracz wielki wyłącznie w aspekcie krajowym. Ciekawa statystyka: Szwed najczęściej faulował i najczęściej był na spalonym wśród wszystkich ćwierćfinalistów LM. 21.08. Mamy pierwszą sensację. Skrupulatne zastawienie całego boiska przez mediolańczyków zmusiło Victora Valdesa, by już drugi raz WYKOPAŁ piłkę. Telewizor Johana Cruyffa prawdopodobnie wyleciał przez okno. 21.35. Do przerwy 0:0. Kawał dużego futbolu, 45 minut wyładowane epizodami do zapamiętania. Od podwójnej superokazji strzeleckiej Milanu, przez znakomite, ewidentnie obmyślone przez Barcelonę specjalnie na ten wieczór rozegranie rzutu wolnego, po imponującą paradę obronną Antoniniego wykonaną po beznadziejnym, jak się wydawało, pościgu za Sanchezem. Gospodarze żyją, bo w defensywie łączą skupienie, zimne głowy i ofiarność. Goście po wstępnych rwanych podrygach odzyskali płynność gry, ale nawet Messi przestrzeni na wydłużone sprinty nie dostaje. Dzieje się! 21.42. Tymczasem Mario Gomez rąbnął 11. gola w tej edycji Ligi Mistrzów. Jeszcze jeden dzieli go od lidera tabeli strzelców Messiego. I od rekordzisty rozgrywek, van Nistelrooya. A może półfinałów do półfinałów dokopią się ci, którzy uderzają na bramkę najczęściej? Na razie ta klasyfikacja wygląda tak: Real Madryt 8,4 strzału na mecz; Bayern 8,3, Barcelona 8,1; Chelsea 7,8. 22.17. Nie ma Thiago Silvy, nie ma van Bommela, nie ma Pato, nie ma Boatenga, a teraz nie ma już nawet Nesty. Ktoś w Milanie przeżyje ten wieczór? 22.35. Bez bramek. 0:0 dla Barcelony satysfakcjonujące, dla Milanu niemal heroiczne. Przed sezonem to było niewyobrażalne: ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Barceloną kończyła obrona w składzie Antonini, Bonera, Mexes, Mesbah; przed nimi biegał Nocerino, wzięty za takie drobne, że właściwie wzięty za darmo; w ataku szwedzkiemu dryblasowi towarzyszyli dzidziuś El Shaarawy i niewiele doroślejszy Emmanuelson... 23.06. W rewanżu Barcelona oczywiście ogromniastym faworytem. Tam jej piłkarze będą sunąć po zieleni gładkiej jak sukno do bilarda, a w ostatnich latach w fazie pucharowej nie przytrafił im się na Camp Nou ani jeden wynik, który teraz dałby awans Milanowi. Nawet powtórka z 0:0 (Chelsea, 2009) dawałaby „tylko” dogrywkę. 23.11. Nawiasem mówiąc, niesamowite te ćwierćfinały bez choćby jednego gola dla gospodarzy. Jeśli awansują w komplecie wczorajsi i dzisiejsi goście, będziemy mieli epickie półfinały: Real - Bayern i Barcelona - Chelsea. Wszystkie drogi prowadzą do El Clasico?
sobota, 24 marca 2012
O zarazie szalejącej w szatni Milanu od kilkunastu miesięcy już blogowałem, stawiając tezę, że nikogo w europejskiej czołówce kontuzje nie koszą równie bezlitośnie, i konstatując, że z powodu permanentnego stanu wyjątkowego właściwie nie znamy prawdziwej twarzy Massimo Allegriego. W trakcie dzisiejszego meczu z Romą kibice na San Siro znów mogli przeżyć déja`vu. Już po kilku minutach gry z boiska wykuśtykał Thiago Silva i z Barceloną w środowym ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Barceloną nie zagra ich jedyny piłkarz, który mógłby z miejsca wskoczyć do składu rywali. Niewykluczone, że to wręcz najlepszy obecnie środkowy obrońca na świecie. Déja`vu mogli mediolańczycy przeżyć wczoraj, gdy dowiadywali się o kolejnej wyprawie do USA Alexandre Pato - pomimo bycia pod opieką specjalistów ze sławnego MilanLabu Brazylijczyk lata na konsultacje medyczne aż do Atlanty. Bez zauważalnego skutku, infografika z urazami odniesionymi przez niego w minionych dwóch latach wygląda wstrząsająco - sami zobaczcie, wysiadało mu już w kończynach dolnych wszystko. A ponieważ inni atakujący też chorują (czasami bardzo nietypowo), to klub dysponujący teoretycznie niewiarygodnym bogactwem w ofensywie (Ibrahimovic, Pato, Cassano, Robinho, Maxi Lopez, El Shaarawy) pożyczył na dzisiejszy mecz z drużyny juniorów kompletnie anonimowego Adrię Carmonę Pereza... Dotąd tezę o szokującej skali kłopotów zdrowotnych Milanu opierałem poniekąd na intuicji, teraz twardych danych dostarczyli researcherzy z „La Gazzetta dello Sport”, którzy zliczyli absencje spowodowane kontuzjami ze wszystkich meczów bieżącego sezonu Serie A. Mediolańczycy w tej osobliwej klasyfikacji nie tylko prowadzą, oni prowadzą niezagrożeni, z ogromną przewagą nad wiceliderem, tymczasem ich sąsiedzi z normalnej tabeli, również walczący o mistrzostwo piłkarze Juventusu tryskają zdrowiem: W Lazio leczą się przede wszystkim gracze wiekowi, którzy przeżyli średnio 31 lat i dwa miesiące, a w Milanie przykrości dotykają ludzi o średniej wieku 28,5. Urazów przybywa w całej lidze, i to od trzech sezonów (w stosunku do poprzedniego ich liczba zwiększyła się o 26 proc.), z badań neapolitańskiego Instytutu Medycyny Sportowej wynika, że już ponad połowę stanowią urazy mięśniowe, doznane bez kontaktu z przeciwnikiem. I to wszystko we Włoszech, gdzie piłkarze nie gustują w grupowych libacjach, jakie znamy z Premier League. Przeciwnie, odżywiają się raczej zdrowo i w ogóle częściej prowadzą sportowo, co widać nawet po mniej niż dawniej owalnych kształtach naszego Artura Boruca...
sobota, 25 lutego 2012
W MilanLabie chyba coś się zacięło. Najsławniejsze futbolowe laboratorium medyczne - częściowo ukryte pod ziemią i za drzwiami rozsuwanymi tylko po zetknięciu się z liniami papilarnymi grupki wtajemniczonych - miało redukować ryzyko kontuzji do minimum i zamieniać piłkarzy w osobników niezniszczalnych, na wpół cyborgowatych. A jednak do dzisiejszego szlagieru Serie A z Juventusem (1:1) drużyna z San Siro przystąpiła bez dziesięciu graczy - wyjąwszy Zlatana Ibrahimovicia, wykluczonych przez urazy. A jednak niemal w każdej kolejce bieżącego sezonu brakuje Milanowi kilkunastu graczy. A jednak często zdarza się, że z powalonych choróbskami, naciągnięciami, naderwaniami, pęknięciami i złamaniami zestawilibyśmy jedenastkę mocniejszą niż w Serie A wystawiana. A jednak zaraza kosiła jego szatnię również w sezonie poprzednim. Wiadomo, w sporej mierze można epidemię wytłumaczyć zaawansowanym wiekiem wielu pacjentów MilanLabu. Można westchnąć, że mediolańczyków kładą przypadki mocno osobliwe, jak szokujące zaburzenia wzroku Gattuso czy równie szokująca, nagła konieczność zoperowania serca Cassano. Ale to całkiem skali kłopotów nie wyjaśnia. Na dystansie minionych kilkunastu miesięcy nie znajdziecie w europejskiej czołówce zespołu, który częściej ruszałby do walki zdziesiątkowany. Dziś w każdej formacji pozbawiony był fundamentów - w defensywie Nesty, w pomocy najbardziej dynamicznego i mocarnego Boatenga, w ataku najskuteczniejszego Ibrahimovicia (zdrowy, ale zdyskwalifikowany) oraz sypiącego asystami Cassano, a także Seedorfa, Aquilaniego, Gattuso i Flaminiego... Wybrałem ten temat do blogowania po nierozstrzygniętym meczu na szczycie Serie A, bo doszedłem do wniosku, że właściwie nie wiemy, jak wygląda prawdziwa twarz Milanu. Trener Massimiliano Allegri bez przerwy zajmuje się usuwaniem usterek, okoliczności wrzuciły go w rolę chirurga, który co tydzień operuje tego samego pacjenta, bo pacjent nie przeżywa ani tygodnia w pełnym lub prawie pełnym zdrowiu. Z jesiennego meczu w Turynie do dzisiejszego rewanżu przeciw Juve w podstawowym składzie przetrwała trójka (!) graczy - Abbiati, Thiago Silva i Nocerino. I jak tutaj boiskowe ruchy podwładnych zsynchronizować, zaprogramować w sensowną całość, nadawać im rosnące tempo? Jeśli dodamy jeszcze, że Allegri przeprowadza generalną wymianę pokoleniową (Pirlo, Ronaldinho i Kaładze zostali już wykopani, Inzaghi odsunięty od boiska, a Ambrosini, Zambrotta czy nawet Seedorf są stopniowo marginalizowani), a także instaluje w drużynie tłum nowych piłkarzy (Ibrahimovic, Cassano, Robinho, Boateng, Emmanuelson, van Bommel, Yepes, Mexes, Aquilani, Nocerino, Mesbah, Maxi Lopez i Muntari zostali ściągnięci już po jego przyjściu latem 2010 roku!), to mamy obowiązek zdiagnozować, że spisuje się ten trener rewelacyjnie. Jest bliski obrony krajowego tytułu, w Lidze Mistrzów najpierw potrafił wcale przyzwoicie opierać się Barcelonie (2:3 i 2:2), by wiosną rozgnieść Arsenal (4:0) i spokojnie wyczekiwać losowania ćwierćfinałów. A wytykać mu niedoskonałości w grze drużyny zwyczajnie nie wypada. Na razie zatem wiemy, że działa skutecznie, gdy walą mu się na głowę tony problemów. Czy MilanLab pozwoli nam wreszcie dowiedzieć się, ile zdziała, gdy głowę będzie miał wolną od trosk i zacznie czerpać z całej, jakże bogatej w talent kadry?
środa, 15 lutego 2012
Milan, czyli gratulacje dla Adriano Gallianiego, asa rynku transferowych minionych lat. Główne role w dzisiejszym spektaklu na San Siro odgrywali wyborni piłkarze przejęci po cenach wybitnie promocyjnych (Ibrahimovic, Robinho, Boateng), niemal za darmo (Nocerino) lub całkiem za darmo (van Bommel, Mexes). Co więcej, wielu z nich to ludzie po przejściach, którzy wepchnięci do jednej szatni mieli grozić wysadzeniem jej w powietrze. Nie wysadzili, lecz zafundowali kibicom najwyższe wiosenne zwycięstwo włoskiego klubu w Lidze Mistrzów od 1994 roku, w którym Milan znokautował Barcelonę 4:0. Arsenal, czyli kondolencje dla jego fanów z powodu chronicznej już niezdolności trenera Arsene’a Wengera do wytłumaczenia piłkarzom, jak należy bronić. I nie chłostałbym wyłącznie defensorów, lecz pomocników, którzy nie wiedzą albo nie chcą wiedzieć, że powinni defensorów osłaniać i wspierać. To problem dotykający londyńczyków od lat, w tym sezonie tylko się nasilił - w Premier League więcej goli straciło ledwie dziewięć drużyn. A teraz Arsenal poniósł najwyższą klęskę w historii swoich występów w Champions League. Milan, czyli gratulacje dla całej ligi włoskiej, która wreszcie, po kilku sezonach cierpień, zaczyna się odkuwać na wyspiarzach. Już jesienią Napoli wygoniło z LM obrzydliwie bogaty Manchester City... Arsenal, czyli kondolencje dla fanów całej ligi angielskiej, która w ćwierćfinale wystawi - nie łudźmy się - najwyżej jednego swojego przedstawiciela. A gdyby neapolitańczycy zdołali jeszcze wyrzucić z rozgrywek Chelsea, również się ostatnio krztuszącą w kraju, to wyspiarze nie mieliby w ćwierćfinale nikogo. Co nie zdarzyło się od pamiętnego sezonu 1995/1996, w którym Legia stłukła Blackburn... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||