Wpisy z tagiem: Leo Messi

czwartek, 07 lipca 2016

Im bardziej sądzimy, że muszą wreszcie zgasnąć, tym bardziej współczesna piłka nożna staje się ich prywatną rozgrywką.

Najpierw zauważamy, że Cristiano Ronaldo nie jest na Euro 2016 sobą. Wyrzucony poza swoje naturalne terytorium łowieckie; otrzymuje piłkę tam, gdzie musi się z nią odwrócić, by w ogóle zobaczyć bramkę, zamiast rozpędzony nacierać na rywala; nie umie od pierwszego gwizdka po swojemu zdominować meczu.

A potem uświadamiamy sobie, ile zdołał dokonać. Kiedy w fazie grupowej Portugalia modliła się o przetrwanie, strzelił Węgrom dwa gole, a przed trzecim podawał - i drużynę ocalił. Kiedy w 1/8 finału nadciągały nieuniknione rzuty karne, znów dał asystę - w 117. minucie. Kiedy w półfinale Walia wyglądała na rywala zdolnego przeciągać linę w nieskończoność, skutecznie zaatakował ją z powietrza. (O ćwierćfinałowym strzale z jedenastu metrów, którym rozpoczął zwycięski konkurs z Polską, aż nie wypada wspominać, to jednak drobnostka). Oto nadpiłkarz w kryzysie - zaciąga reprezentację kraju do boju o złoto.

Teoretycznie zaprzecza duchowi dziejów. Wszak na Euro furorę robiły drużyny złożone nie tyle z jednostek ponadprzeciętnych, ile działających w zsynchronizowany sposób. Wszak podobnie przebiegał sezon klubowy, rozświetlony zdumiewającymi zbiorowymi popisami Leicester czy Atlético Madryt. Wszak całym nowoczesnym futbolem rządzi wyrafinowana inżynieria taktyczna - zdezorganizowane hałastry utalentowanych solistów przegrywają ze zwartymi grupami dowodzonymi przez wybitnych trenerów, którzy na listach płac doścignęli graczy. To nie jest epoka indywidualności.

Inaczej - to nie byłaby epoka indywidualności, gdyby systemu nie niszczyli Ronaldo oraz Leo Messi. Jeśli ludzie znużeni ich rywalizacją myśleli, że bez Realu i Barcelony giganci pozwolą od siebie odetchnąć, srodze się zawiedli. Futbol znów wiruje wokół portugalsko-argentyńskiego duetu, i to nie dlatego, że jeden z nich właśnie okazał się oszustem podatkowym. Oto Ronaldo po 12 latach znów jest z rodakami w finale Euro, oto Messiego też ponownie oglądaliśmy na mistrzostwach kontynentu aż do finału.

Przywykliśmy, że obaj spełniają się w klubach, by następnie „rozczarowywać” w reprezentacjach. Wierzymy w to, bo patrzymy na sport pobieżnie, w kruszcu mniej lśniącym od złota upatrujemy druzgocącą klęskę. Tymczasem jedyni futbolowi superbohaterowie nawet tu wzbijają się wyżej i wyżej. Messi zdobył srebro mundialu 2014, srebro Copa América 2015, srebro Copa América 2016. Najpierw przegrywając finał minimalnie, bo jednobramkowo, a potem wręcz je remisując, bo wyroki skazujące zapadały dopiero w rzutach karnych. Ronaldo też znów stał się przynajmniej srebrny.

Złotą Piłkę wyszarpują sobie od 2008 roku. Kiedy ostatnio odebrał ją ktoś inny, my byliśmy jeszcze we wczesnym stadium zauroczenia Leo Beenhakkerem. Antyk. I nie wiadomo, czy nie utrzymają duopolu przez wiele kolejnych lat - nie zwalniają, lecz wciąż się rozpędzają! - tak jak nie wiadomo, kto wyścig wygra. Faworytem zdawał się młodszy Argentyńczyk (rocznik 1987), tymczasem Portugalczyk (1985) wkrótce poprawi wynik na 4-5. Obaj ewoluują, obaj są wystarczająco inteligentni piłkarsko, żeby wydłużyć sobie karierę. Dlaczego cofnięty, wykorzystujący zmysł rozgrywającego Messi ma prędko skończyć, skoro Ryan Giggs dotruchtał w lidze angielskiej do czterdziestki? Dlaczego dysponujący potężnym kopem i panujący w powietrzu ma zgasnąć, skoro Francesco Totti w lidze włoskiej czterdziestkę przekroczy jesienią, a Zlatan Ibrahimović jako 35-latek podpisuje kontrakt z Manchesterem Utd? Dlaczego do piłkarzy, do których należą ciągnące się już dekadę przeszłość i teraźniejszość, ma nie należeć także wykraczająca poza horyzont przyszłość?

niedziela, 22 maja 2016

Leo Messi i Stephen Curry, Stephen Curry i Leo Messi, czyli jeden geniusz w dwóch wcieleniach. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Leo Messi NBA
20:32, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Argentyńczyk odebrał piątą Złotą Piłkę w karierze i wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów. A czwarty w najważniejszym futbolowym plebiscycie Robert Lewandowski wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów w Polsce.

Werdykt trenerów i kapitanów reprezentacji oraz dziennikarzy ze wszystkich krajów zrzeszonych FIFA – to oni głosują – był wybitnie niekontrowersyjny, bo Leo Messi wraz z Barceloną wygrał w minionym roku niemal wszystko, co było do wygrania. Od Ligi Mistrzów, przez ligę hiszpańską i Copa del Rey, po klubowe mistrzostwa świata. Nie powiodło mu się jedynie w reprezentacji Argentyny, która w finale Copa America uległa Chile. I w grze dla kraju zaczyna być wiecznie srebrny (finał mundialu też przegrał, z Niemcami), a rodacy podejrzewają, że nie poświęca jej tyle, ile Barcelonie, przyczepiają się nawet to do tego, że nie śpiewa hymnu.

Messi wyrasta na absolutnego plebiscytowego rekordzistę, jego wspaniali poprzednicy – Johan Cruyff, Michel Platini, Marco van Basten, przed rokiem dołączył do nich Cristiano Ronaldo – otrzymywali nagrodę tylko trzykrotnie. I można zakładać, że jeszcze dorobek wzbogaci, w Barcelonie przewodzi bowiem drużynie pożerającej trofea bez opamiętania, coraz bardziej zachłannej i coraz bardziej drapieżnej. Ba, od kilkunastu miesięcy wraz z Neymarem i Luisem Suárezem współtworzy bezprecedensowo niebezpieczny atak, który w ubiegłym roku kalendarzowym strzelił 142 gole, czyli więcej niż wszystkie inne całe drużyny, nawet Paris Saint Germain (138), Bayern Monachium (132) i Real Madryt (127).

W katalońskim klubie głębokie kryzysy od lat wyglądają tak, że drużyna osiąga „zaledwie” półfinał Ligi Mistrzów. A u Messiego tak, że zamiast grać fenomenalnie, gra on bardzo dobrze – na poziomie, o którym inni piłkarze, także gwiazdy, mogą jedynie marzyć. To być może jego najbardziej charakterystyczna cecha. Mordercza regularność. Nieludzka niezdolność do występu beznadziejnego, okazywana nawet w słabszym dniu.

Normalni sportowcy potrzebują czasu, by odzyskać pełną sprawność po kontuzji. Ożywają stopniowo, od kopnięcia do kopnięcia, od meczu do meczu. Nie Messi. Kiedy w listopadzie wyleczył kolano (kuracja ciągnęła się dwa miesiące), potruchtał w końcówce hitu z Realem Madryt, by już trzy dni później zasadniczo przyczynić się do rozbicia Romy w Champions League (6:1) – zdobył dwie bramki, przy jednej asystował, oddał zdecydowanie najwięcej strzałów. I od tamtej pory zdarzyły mu się tylko dwa mecze bez gola. W ostatnich 10 nastrzelał 12.

Bieżący rok Argentyńczyk zaczął jak zwykle. Osiem bramek Barcelony w spotkaniach z Espanyolem i Granadą można podzielić na te, które sam zdobył (5), i na te, które poprzedziła jego asysta (3). Widzimy też, że nadal poleruje swoją perfekcyjną technikę, niepostrzeżenie wypiękniał np. na bodaj najwytrawniejszego specjalistę od rzutów wolnych. Kiedy uderza, trafia właściwie wyłącznie do siatki lub w poprzeczkę/słupek. W taki sposób strzelił ostatniego gola, w taki sposób strzelił dwa pierwsze w sezonie (wygrany z Sevillą 5:4 Superpuchar Europy). Krystaliczna wirtuozeria.

Jemu „zagraża” Neymar, w tegorocznym głosowaniu trzeci, megagwiazdorskiej pozycji Roberta Lewandowskiego w Polsce nie podważy nikt. On w naszej perspektywie spotężniał do wymiarów Messiego w perspektywie globalnej – wśród konkurentów kopiących po upadku komuny trudno go z kimkolwiek porównywać, my też coraz częściej zastanawiamy się, czy nasz współczesny nadpiłkarz nie zasługuje na tytuł najlepszego w historii. Ewentualnie – kiedy zasłuży.

Z Argentyńczykiem łączy go regularność (oczywiście na niższym poziomie), a także konsekwentne, niemal pozbawione przestojów wzlatywanie na szczyt. Od mistrzostwa kraju z Lechem, przez mistrzostwo z Borussią Dortmund, do mistrzostwa z Bayernem, w którym Lewandowski w minionym roku z jednego z wielu monachijskich superbohaterów przeobraził się w superbohatera pierwszoplanowego. Oto polski piłkarz stał się liderem największego dziś obok Barcelony i Realu klubu świata. Wylansował go tamten czarodziejski epizod, czyli pięć goli wbitych Wolfsburgowi w dziewięć minut – mecze emblematy są niezbędne, by zyskać rozpoznawalność absolutną – ale o klasie Lewandowskiego stanowi właśnie systematyczność, zaleta u napastnika fundamentalna. Podczas sezonów spędzonych w Dortmundzie strzelał kolejno 30, 36 i 28 goli, w inauguracyjnym w Monachium uzbierał ich 25, a w bieżącym ma już 23, zatem niewykluczone, że ustanowi rekord swojej kariery. Raz był królem strzelców Bundesligi, dwa razy – wicekrólem strzelców, raz zajął w snajperskim rankingu trzecie miejsce. I teraz też raczej nie spadnie z podium, w połowie sezonu ustępuje tylko Pierre-Emerickowi Aubameyangowi.

Kibice reprezentacji też – jak argentyńscy Messiego – oskarżali go o niewystarczające zaangażowanie w grę dla kraju. I on też – jak Messi – potrzebował czasu, by zostać jej bezapelacyjnym liderem. Ale rok 2015 w polskich barwach był już dla Lewandowskiego perfekcyjny. Zwycięski gol w rozstrzygającym o awansie na Euro meczu z Irlandią, gol na miarę ocalenia w 94. minucie boju w Glasgow, gole w każdym z pięciu ostatnich spotkań eliminacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nie rozłoży go nieszczęśliwy wypadek, to pobije wszelkie statystyczne rekordy w reprezentacji Polski. Zdobył już 34 bramki (do lidera Włodzimierza Lubańskiego brakuje 14), wystąpił w 73 meczach (do lidera Michała Żewłakowa brakuje 29).

To jednak zaledwie didaskalia, dla kibica liczą się wymierne osiągnięcia drużyny. Jak medale MŚ, dzięki którym na podium Złotej Piłki stawali Kazimierz Deyna (1974) oraz Zbigniew Boniek (1982). I dopóki Lewandowski pozostanie w reprezentacji niespełniony, dopóty kwestionowana będzie jego kandydatura na naszego piłkarza wszech czasów. Znów – tak jak u Messiego, tyle że Argentyńczyk musi srebro przetopić na złoto, a Polakowi wystarczy zapewne zastąpić awans na Euro awansem do półfinału Euro. Bo dokopać się do Złotej Piłki w biało-czerwonej koszulce będzie raczej trudno. Do tego niezbędny może się okazać jeszcze jeden skok, dalekosiężny także w sensie marketingowym. Transfer do Realu Madryt.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Neymar zostali finalistami Złotej Piłki. Nagrody dla gracza roku na świecie, który w coraz większym stopniu jest przesyconym polityką plebiscytem popularności.

Zanim nadwiślański kibic – od tygodni odurzany medialnym jazgotem o Polaku, który właściwie już stoi na podium, inaczej będzie skandal – zacznie węszyć spisek lub zaledwie się wściekać, niech pochyli się nad wyborem samego Roberta Lewandowskiego, który oddawał głos jako kapitan reprezentacji. Napastnik Bayernu przyznał, że punkty rozdzielił między klubowych kolegów (najwięcej dał Manuelowi Neuerowi), bo woli stawiać na tych, z którymi „trenuje i dostrzega ich klasę na co dzień”. Nie złożył plebiscytowego hołdu gwiazdom Barcelony, choć ich wirtuozerię też podziwiał z bliska, gdy monachijczycy byli zrównywani z murawą na Camp Nou (0:3) i odpadali wiosną z Ligi Mistrzów.

To na pewno drużynotwórcze i lojalne, zapewne zostanie docenione w klubowej szatni. Ale zarazem nieco absurdalne. Jak można zignorować liderów drużyny, od której samemu ostro się oberwało, która zdobyła trzy najważniejsze trofea, której fenomenalni napastnicy – Messi, Neymar i Luis Suarez – strzelili w mijającym roku aż 125 goli, czyli tyle samo, ile CAŁY Bayern? I więcej niż wszystkie inne całe drużyny na świecie?

Słowa Lewandowskiego przypominają o czymś jeszcze. Otóż piłkarze niekoniecznie pasjami oglądają popisy innych piłkarzy, przypomnijmy sobie choćby wyznanie Cristiano Ronaldo, który przed meczami z Borussią w LM przed czteroma laty nie miał pojęcia, kim jest Mario Götze, choć idol dortmundzkich kibiców uchodził już za największą nadzieję niemieckiego futbolu. Tymczasem o wynikach Złotej Piłki w jednej trzeciej rozstrzygają właśnie zawodnicy (pozostali jurorzy to selekcjonerzy reprezentacji, którzy też muszą rozdawać głosy dyplomatycznie, oraz dziennikarze, po jednym z każdego kraju należącego do FIFA). I pewnie nie analizują wnikliwie wydarzeń całego roku, nie zastanawiają się, za jaki okres nagradzają nominowanych kolegów, polegają na tym, co najmocniej zapadło im w pamięć. Działa też medialno-marketingowa maszyneria, z dopalaczem w postaci wirujących na ekranach spotów reklamowych, przed którą nie obroni się nikt.

Jeśli wierzyć bukmacherom, Lewandowski zajmie w plebiscycie czwarte miejsce. Znakomite, potwierdzające, że należy do elity elit graczy najwybitniejszych. Jak sam mówi, „przebywa już na tej samej planecie, co Messi”. Pomogło mu to, że swój wystrzałowy, być może szczytowy okres w karierze miał tuż przed rozpoczęciem zabawy. Serię rozpoczętą pięcioma golami wbitymi w dziewięć minut  Wolfsburgowi – 15 bramek w sześciu meczach Bayernu i eliminacji Euro 2016 – zakończył 11 października, tymczasem głosowanie wystartowało 20 października. Szkoda tylko, że właśnie wtedy zwolnił i w kolejnych pięciu spotkaniach klubu trafił ledwie raz.

Ta buchalteria ma sens, bo lista finalistów niemal pokrywa się z czołówką najskuteczniejszych piłkarzy roku, w którym Messi i Ronaldo strzelili na razie po 48 goli, Lewandowski – 46, a Neymar – 45. Tę regułę mógł zaburzyć jedynie Suarez (już raz zdarzyło się podium obsadzone wyłącznie Barceloną), ale wieczór spektakularnie udowadniający, że katalońska drużyna znów uciekła konkurencji w inny wymiar przeżyliśmy z kolei zbyt późno. El Clásico odbyło się 21 listopada, nazajutrz po zakończeniu głosowania. A olśniewające 6:1 z Romą 24 listopada.

Plebiscyt niemal na pewno wygra (po raz piąty, to rekord) Messi, który po dwóch latach panowania zdetronizuje Cristiano Ronaldo (trzy trofea, drugie miejsce w tabeli wszech czasów wraz z Johanem Cruyffem, Michelem Platinim, Marco van Bastenem). Obaj zmieniają się na szczycie od 2008, i to niezależnie od tego, czy ich oszałamiające popisy przynoszą trofea drużynom. Duopol jest jednak zagrożony. I ze względów sportowych, i marketingowych. Niespełna 31-letni Ronaldo będzie powoli zmierzał ku schyłku kariery. Być może efektownego, ale jednak schyłku. A koncern Nike według doniesień francuskiego dziennika „L’Equipe” odbierze mu pozycję głównego ambasadora marki i przekaże ją 23-letniemu Neymarowi. Uczyni to ponoć w czerwcu 2016 roku, by wykorzystać jego popularność przed igrzyskami w Rio, na których napastnik Barcelony będzie grał dla mierzącej w złoto reprezentacji Brazylii.

Wcześniej Lewandowski poleci na Euro 2016. Żeby wybić się jeszcze wyżej w plebiscycie, musiałby pewnie zdobyć tam z drużyną Adama Nawałki medal – jak Zbigniew Boniek na mundialu sprzed 33 lat, ostatni Polak na podium plebiscytu. Alternatywą jest triumf w Lidze Mistrzów. Wtedy stałby się jeszcze poważniejszym faworytem, bo w upływającym roku osiągnął jednak coś wielkiego – z jednej z wielu gwiazd Bayernu rozbłysnął na najjaśniejszą.

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Wszystkich, czyli nie tylko rywali piłkarzy, ale również kibiców, dziennikarzy i w ogóle wszystkich, którzy wypowiadają się o futbolu. I jeszcze trochę pocierpimy, bo to długodystansowiec, który zasuwa w tempie sprintera. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

Tagi: Leo Messi
20:52, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 20 października 2014

Cristiano Ronaldo, Leo Messi

Tak, trwa epoka wyjątkowa, pełna komiksowej przesady – rekord rekordem rekord pogania, kto nie ustanowi żadnego, ten gapa i skończony patałach. Ale nie zawsze je zauważamy, bo wszystkich zasłaniają Messi i Ronaldo. W lidze hiszpańskiej panują snajpersko od sezonu 2009/10, a w Lidze Mistrzów – od sezonu 2007/08. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Owszem, Leo Messi wypadł na mundialu przeciętnie. Przeciętnie jak na nieosiągalne dla nikogo innego standardy, do których przyzwyczaił nas w szczycie kariery. Przesądził o zwycięstwach Argentyny w czterech meczach; dał jej cztery gole i asystę; najczęściej na turnieju z powodzeniem dryblował; był w czołówce wykonujących tzw. podania kluczowe, czyli stwarzające partnerom okazję strzelecką. Wpływał wreszcie na postawę przeciwników, których odwagę tłumił respekt dla jego klasy. Każdy piłkarz zostałby za to doceniony, i to bez wywoływania kontrowersji.

Nie Messi. To być może największy hołd dla jego wyjątkowości. Oceniamy go wedle osobnych kryteriów – jeśli nie oderwie się od murawy i nie wyczaruje bimbaliona bramek, to zawsze usłyszy stękanie, że nie jest aż tak groźny, jak go malują. Przypomnijmy sobie ostatni sezon klubowy – wszyscy czujemy, że studziennie rozczarował, a przecież w 46 meczach Barcelony natłukł 41 goli. Mnóstwo wybitnych snajperów w najlepszym okresie kariery nie zdołało dokonać tego, czego on dokonał w okresie słabszym. Pooranym kontuzjami, znaczonym tajemniczymi przypadkami wymiotowania podczas gry i treningów, znamionującym jego ewidentny niedowład atletyczny. Messi coraz częściej po boisku spaceruje lub wręcz staje, by zmagazynować energię na pojedyncze zrywy. Małego robocopa nienawidzącego najdrobniejszych przerw w grze – pod Pepem Guardiolą na Camp Nou nie chciał opuszczać nawet mniej ważnych meczów – zastąpił cherlak wyglądający każdej okazji, by zrobić sobie przerwę w grze.

Nie wiadomo, czy jeszcze wróci na swój maksymalny poziom, ale jeśli wróci i jeśli porwie Barcelonę do kolejnych wzlotów w Lidze Mistrzów, to nie widzę żadnego sensu odmawiania mu chwały największego w historii, ustawianego obok Maradony i Pelego, tylko z powodu niespełnienia mundialowego.

Kiedy podziwiam jego grę, to widzę, że w moim prywatnym, mocno subiektywnym rankingu raczej nie doścignie swego fenomenalnego rodaka – Diego każdym dotknięciem piłki wprawiał w uniesienie, Leo to żywa taśma produkcyjna wypuszczająca nieskończoność perfekcyjnych mikrozagrań. Nie ta skala wzruszeń estetycznych, dla mnie w piłce niezbędnych. Im bardziej jednak słyszę wątpliwości, czy zasługuje na porównania z największymi wśród największych, skoro nie zdobył mistrzostwa świata, tym bardziej mam ochotę zapytać, czy Pele i Maradona zasługują, skoro nie wygrali Ligi Mistrzów.

Dlaczego niby czterotygodniowy turniej, rozgrywany raz na cztery lata przez drużyny wytrenowujące spójny styl gry tylko na incydentalnych króciutkich zgrupowaniach, ma dostarczać dowody wielkości twardsze niż turniej wielomiesięczny, rozgrywany sezon w sezon, skupiający drużyny wyćwiczone do granic możliwości, bezdyskusyjnie mocniejsze niż reprezentacje narodowe? Czy np. – hipotetyzuję teraz – pięć triumfów w Champions League ozdobionych pięcioma tytułami króla strzelców wciąż byłoby warte więcej niż mundialowe złoto i srebro Maradony? A siedem triumfów w Champions League?

Ofiarą fetyszyzowania mundialu padł już Alfredo di Stéfano. Autor dzieła nie do powtórzenia – z Realem pięć razy z rzędu brał Puchar Europy, w każdym finale wbijał gola – bez którego madrycki klub nie zostałby największą futbolową marką XX wieku. Maradonie i Pelemu sławą ustępuje tylko dlatego, że nie wystąpił na mistrzostwach świata... A przecież dziś Liga Mistrzów jest potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, to ona daje scenę dla futbolu na najważniejszym poziomie. Ma przewagę – nie krępują ją kwestie paszportowe, więc nie pozwala, by atrakcyjność zabawy obniżyła nieobecność gwiazd formatu Ibrahimovicia, Bale’a czy Lewandowskiego.

Nie mam pojęcia, czy Messi zasłuży, by obwoływać go graczem wszech czasów. W tym wywodzie zabiegam nie o niego, lecz o generalną zasadę – jeśli triumf na mundialu uznamy za warunek konieczny, by kogokolwiek uhonorować tytułem największego w historii, to z góry wykluczamy z rywalizacji wszystkich kandydatów niewłaściwego pochodzenia, czyli urodzonych w rozmaitych Luksemburgach, Szwajcariach czy nawet Kolumbiach. Nie rozumiem też, dlaczego na co dzień emocjonujemy się supernowoczesnym spektaklem Ligi Mistrzów, a najlepszego mielibyśmy wybierać kierowani odruchami archaicznymi, obojętni na kontekst. Nawiasem mówiąc, Cristiano Ronaldo przeżywa w swoim kraju to samo – Portugalczycy twierdzą, że wyrośnie ponad Eusebio, dopiero gdy również wyniesie reprezentację na podium mundialu. A na następnych MŚ będzie miał już 33 lata...

Czyli ponad Eusebio być może nigdy nie wyrośnie. Nawet jeśli w Realu Madryt pewnego dnia ogłoszą, że przyćmił legendę wszech czasów – Alfredo di Stefano. A Ronaldo na mundialach właściwie nie istniał. Teraz wydłubał jednego gola, podobnie jak cztery lata temu (wcisnął go wtedy Korei Północnej), natomiast przed ośmioma laty, choć dotarł do półfinału, zapamiętaliśmy go głównie ze sprowokowania Wayne’a Rooneya.

Tak, mistrzostwa świata widziały setki lepszych od Ronaldo. Czy z tego błahego powodu mamy mu odbierać miejsce pośród gigantów?

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Raju podatkowego oczywiście. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj, leży za płatną ścianą.

wtorek, 09 kwietnia 2013

Kogo intryguje, jak wyglądałaby Barcelona pozbawiona swego Midasa, który wszystko, czego dotknie, zamienia w gole, ten jeszcze nigdy nie był równie bliski zaspokojenia ciekawości. Tym razem naprawdę nie wiadomo, czy Leo Messi zagra. A przynajmniej – jak długo wytrzyma.

Lekarze wbijają wzrok w regenerujący się mięsień i ostrzegają, że wybiegnięcie na boisko w rewanżowym ćwierćfinale Ligi Mistrzów z Paris Saint Germain oznacza ryzyko ponownego uszkodzenia tkanki. Jeśli wierzyć prasie, strach obleciał także piłkarza, który zazwyczaj nienawidzi bezczynności i nie daje sobie wmówić, że powinien odetchnąć.

Pojedyncze mecze, owszem, zdarzało mu się opuszczać. Ale były to mecze bez znaczenia lub prawie bez znaczenia.

Z minionych wiosen w Lidze Mistrzów nie uronił ani chwili. W ostatnim sezonie wytrwał pełne 540 minut. W przedostatnim – pełne 630 minuty. W jeszcze wcześniejszym – 536 z 540 minut. W jeszcze wcześniejszym – pełne 630 minuty.

El Clásico w minionej pięciolatce również wchłonął w całości. 19 gier, 1710 minut walki z Realem Madryt.

Mecze tego samego okresu z Valencią, najmocniejszą w kraju poza oboma hegemonami? 1069 z 1080 minut.

Słowem, Katalończycy nigdy nie zdołali nawet podomyślać się, jak żyłoby się im bez natchnionego lidera. Chętnie przywoływane statystyki, z których wynika, że Barcelona minus Messi nadal daje drużynę niemal niezwyciężoną, mają wątpliwy walor poznawczy, bowiem obejmują gierki marginalne – jak sobotnia z człapiącą przy dnie tabeli Mallorcą (5:0), odbębniana w błogiej świadomości, że rywalizacja o mistrzostwo ligi hiszpańskiej została już rozstrzygnięta.

Jeśli zatem okaże się w środowy wieczór, że argentyński piłkarz podlega normalnym prawom natury i niekiedy musi po ludzku zaniemóc, Barcelona przejdzie swoistą inicjację. Wreszcie poczuje, jak to jest bez Messiego. Dowie się o sobie czegoś, o czym nie miała bladego pojęcia. Nie mogła mieć, skoro niezawodność jej lidera była absolutna.

On, czynnik najstabilniejszy, zasłaniał słabość czynnika najmniej stabilnego, czyli środka obrony. Ilekroć pękał mur wznoszony przez Carlesa Puyola (podupadł na zdrowiu) i Gerarda Piqué (podupadł sportowo), katalońska superdrużyna okazywała się przewlekle niezdolna do wynalezienia jakiegokolwiek naturalnego zastępstwa. Nie miała znaczenia ani jej potęga finansowa – 25 mln euro przeputane na Dmytra Czyhrynskiego weszło do antologii najbardziej nieudanych luksusowych transferów, ani jej chóralnie sławiona samowystarczalność – Marcowi Bartrze trenerzy ewidentnie nie ufają, Andreu Fontŕs został wydalony do wspomnianej Mallorki, broniącej najsłabiej w całej lidze hiszpańskiej. Dlatego Katalończycy notorycznie przesuwali do defensywy środkowych pomocników – zaczęli od sprzedanego już Yaya Touré, potem odsyłali tam Sergio Busquetsa, eksperymentowali z Aleksem Songiem, aż na stałe przekwalifikowali Javiera Mascherano.

Dziś muszą obyć się bez tego ostatniego, już na pewno. A ponieważ leczy się również Puyol, znów uruchomią tryb wybitnie awaryjny. Zamiast środek obrony obsadzić środkowym obrońcą, postawią prawdopodobnie na bocznego, Adriano. Wariant przećwiczony już w październikowym El Clásico, które uświadomiło, jak Barcelona desperacko majstruje pod własną bramką – Brazylijczyk na nietypowej pozycji wówczas debiutował. W szlagierze jesieni!

Skoro w poprzedniej rundzie LM Katalończycy umieli wziąć brutalny odwet na Milanie za wyjazdową porażkę 0:2, to do rewanżu z PSG powinni przystąpić w poczuciu pełnego bezpieczeństwa. Paryskie 2:2 pozwala im spokojnie czekać, co zaproponują przeciwnicy, w których przecież nikt nie dostrzegał faworytów rozgrywek. To jednak przeciwnicy niebezpieczni. Po właścicielach tak sławnych nazwisk trudno oczekiwać wypruwania z siebie żył w lidze francuskiej, ale dla chwały w Champions League na pewno się poświęcą. Zwłaszcza że wygrywali ją tylko David Beckham i Maxwell, czyli piłkarze drugoplanowi, przynajmniej w sensie sportowym, oraz trzecioplanowy Thiago Motta. Zwłaszcza że supergwiazdor Zlatan Ibrahimović dałby się pokroić za triumf na Camp Nou, skąd został swego czasu wykopany.

Katalończycy zdają sobie sprawę, iż wpływ Messiego na drużynę stale rośnie. Jego ewentualny środowy występ może zależeć tyleż od stanu zdrowia, co od stanu świadomości jego szefów. Wierzą w niezawodność swego goleadora czy systemu gry, którego ofensywy nie rozbroi wymiana pojedynczego gracza? Dylemat, z jakim Barcelona się jeszcze nie mierzyła. Wiosny w Lidze Mistrzów bez Messiego zaznała tylko przez 45 minut, w ubiegłą środę. Przegrała je w Paryżu 1:2.

sobota, 12 stycznia 2013

Leo Messi w stolicy Haiti, Port-au-Prince; Fot. AP /Dieu Nalio Chery

Maradona był dla argentyńskiego futbolu modelowym el pibe - bohaterem plebejskim i rozczochranym, na boisku w swej niewinnej radości z kopania piłki wiecznym dzieckiem, poza boiskiem rozchuliganionym buntownikiem. Messi wyszedł z klasy średniej, na boisku (także treningowym) przekuwał talent na konkret sukcesu z pedanterią kujona, poza boiskiem nie istnieje. Zamiast wytatuować sobie Che Guevarę, podpisuje dziesiątki komercyjnych kontraktów, zamiast zawierania znajomości z antyamerykańskimi dyktatorami nawiązuje kontakt z kamerami kręcącymi spoty reklamowe. To już wytwór nowoczesności, która czempionów hoduje - by nie rzec: produkuje - pozostawiając coraz węższy margines dla spontanicznie rozkwitających, niegrzecznych chłopców. Jak Leo zapewne nie rozszalałby się w nieznającej jeszcze luksusów globalizacji erze Diego, bo nie znalazłby ratunku w nowoczesnej medycynie i na innym kontynencie, tak Diego prawdopodobnie nie osiągnąłby dziś pozycji Leo, bo nie podporządkowałby się wymaganiom ery automatyzacji, wyciskania z organizmu każdego superatlety maksimum, egzaminowania jego możliwości w rytmie coweekendowym”.

To tylko jeden akapicik z dziełka o wiadomym kuglarzu, spisałem ich całą górę do dzisiejszego magazynu „Gazety”, bo redaktory niesportowe zapragnęły, a w trakcie pisania rosło moje zdumienie dla pasji czytelników, z jaką wykłócają się o Messiego internetach, także na moim forum. Ja zdania o nim wyciskam już z siebie z najwyższym trudem, to robota prawie jak ujawnianie, że Norwid wielkim poetą był, z przerażeniem myślę o latach nadciągających, w których Argentyńczyk nadal będzie roztłukiwał kolejne defensywy. Brrr. Dlatego w najnowszym kawałku - na długo ostatnim, mam nadzieję - odwracam wzrok od murawy, namalowuję jego pozaboiskową przezroczystość, stawiam pytania o jej autentyczność i takie tam. Tekst (w systemie Piano) znajdziecie tutaj.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi