Wpisy z tagiem: Złota Piłka

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Jak wiele znaczy dla niego Złota Piłka, wiemy z dokumentu pod przytłaczającym tytułem „Ronaldo. The Movie”, którego bohater  wyznaje, że właśnie nagrody dla najlepszego gracza świata pożąda bardziej niż jakiejkolwiek innej. Pragnie nade wszystko tytułu indywidualnego, choć uprawia sport drużynowy, nawet łup zdobywany w Lidze Mistrzów szarzeje mu do rupiecia, skoro trzeba się nim dzielić. Wspomniany film pozostaje wszak świadectwem przytłaczającego narcyzmu – opowieścią o jednostce tak wybitnej, że otaczanej wyłącznie przez żywe pionki pełniące rolę służebną lub ozdobną.

Ronaldo właśnie znów otrzymał Złotą Piłkę (po raz czwarty, już tylko o jedną statuetkę ustępuje Leo Messiemu), więc zaraz rozbrzmieje dyskusja mająca ustalić, czy zasłużył. Dyskusja nieśmiertelna, nierozstrzygalna, a zarazem przeraźliwie jałowa, zredukowana do niedającego nadziei na konkluzję pytania, czy jurorzy rozmaitych futbolowych konkursów piękności powinni oceniać liczbę zdobytych przez pretendentów tytułów, czy jednak oceniać jakość ich gry. Wariant pierwszy budzi wątpliwości dlatego, że trofea piłkarze zawdzięczają wysiłkowi zbiorowemu, poza tym same w sobie są już nagrodami, zatem przyznawalibyśmy nagrodę za to, że już wcześniej otrzymało się nagrodę. Wariant drugi natomiast wymaga nieistniejących kryteriów, by wiarygodnie oszacować wartość każdego indywidualnego popisu, a także skonsumowania niemożliwej do skonsumowania ilości futbolu. Nawet ograniczenie się do sześciu czołowych lig krajowych w Europie (2132 mecze), Ligi Mistrzów i Ligi Europy (349, bez eliminacji), mistrzostw Europy i Copa America (83), Copa Libertadores i Copa Sudamericana (228) – co uważałbym za minimum przyzwoitości – skazywałoby na 2792 transmisje lub wizyty na stadionie, a do tego potrzeba, nie licząc dogrywek, karnych i czasu doliczonego, 4188 godzin, czyli spędzania nad boiskiem blisko 12 godzin dziennie, wliczając niedziele, święta, urodziny kochanek i kochanków, nawet chwile lekkiego przesytu piłką nożną. Nierealne. Realia są takie, że miażdżąca większość głosujących, a także miażdżąca większość krytykujących ich wybory kibiców, co najwyżej omiata wzrokiem skróty miażdżącej większości występów miażdżącej większości czołowych zawodników na planecie.

Dlatego sam nigdy nie wypracowałem sobie stałej, nienaruszalnej metody na ustalenie, kto był najlepszy, albo kto wykopał sobie miejsca we wszelakich jedenastkach roku. Rozglądam się tu i teraz, prześlizguję się po wiośnie i jesieni, sprawdzam fakty i usypuję na kupkę wrażenia, a potem sprawdzam wynik. W pełni akceptowałem na przykład werdykt z 2012 r., gdy wszystkich w plebiscycie zakasował Messi, choć najważniejszego turnieju klubowego (Liga Mistrzów) wówczas nie wygrał, a w najważniejszym reprezentacyjnym (mistrzostwa Europy) z oczywistych względów nie wystąpił. Był na boiskach najlepszy i tyle, jego prymat rzucał się wówczas w oczy nawet bardziej niż w latach również dla niego zwycięskich, acz mniej obfitych w trofea.

Dzisiejszy triumf Ronaldo – nie tyle akceptowalny, ile bezdyskusyjny – jest rewersem tamtej historii. Portugalczyk obie przywołane wyżej imprezy wygrał, ale lud i tak pomarudzi. Ktoś przedkładający zadymę nad rozsądną rozmowę rzuci, że wygrał je również Pepe (co tym bardziej krzywdzące, że obrońca Realu w trwającym i poprzednim sezonie wystąpił w ledwie 53 proc. meczów klubu, przy 86-procentowej obecności swego sławniejszego rodaka), inny przypomni, że w finale LM błyszczeli raczej Gareth Bale i Sergio Ramos, jeszcze inny burknie, że w finale Euro laureata powaliła kontuzja. Na prawie każdym sezonie każdego fenomenalnego piłkarza znajdziesz mnóstwo rys, wystarczy tylko chcieć.

W przypadku Ronaldo w wersji 2016 nie trzeba nawet wielkiej determinacji, ponieważ komentatorzy coraz częściej dostrzegają u niego symptomy starzenia się. Atleta niegdyś niezniszczalny leczy więcej urazów, rozgrywa więcej meczów przeciętnych, nie zawsze przytłacza fizycznie rywali. Można mu nawet wypomnieć, że w fazie grupowej Champions League uciułał ledwie dwa gole, najbardziej mizerny dorobek, odkąd podpisał kontrakt z Realem. Ba, z perspektywy hipotetycznego kibica nadwiślańskiego, który ogląda jedynie swojskie drużyny, futbolowy superbohater wygląda jeszcze zwyczajniej – przez 300 minut gry z reprezentacją Polski i Legią Warszawą nie zdobył nawet bramki.

Im dłużej będziemy jednak wypatrywać u niego słabości, tym większy się staje. Oto piłkarz przegrywający z upływem czasu potrafi w pojedynkę rozbić Wolfsburg, nokautując go hattrickiem, gdy w wiosennym ćwierćfinale LM madrytczycy nieoczekiwanie przegrywają dwumecz 0:2 i balansują na krawędzi. Oto takim samym hattrickiem Ronaldo niszczy na wrogim stadionie Atlético, gdy jesienią przychodzi mecz teoretycznie najtrudniejszy. Potrafi wreszcie rozstrzygnąć półfinał mistrzostw Europy, zanim padnie w finale i pozostanie mu błagalnie krzyczeć do kumpli, żeby dokończyli robotę bez niego.

Tak, namysł nad okolicznościami zdobycia Złotej Piłki powinien doprowadzić Ronaldo do konstatacji, że w tym sporcie drużyna jest wszystkim, że ulubionej statuetki nie dopadłby bez niezłomności madryckich i portugalskich kolegów, którzy przetrwali 120-minutowe, rozciągnięte po karne i dogrywkę finały Ligi Mistrzów oraz Euro. A nasza refleksja nad jego klasą może się zacząć od uzmysłowienia sobie paradoksu, że ten zabójczy snajper akurat teraz, gdy wchodzi w smugę cienia – może jednak tylko „rzekomo” wchodzi? – przeżył najwspanialszy rok karierze. Bo złoty potrójnie. Klubowo, reprezentacyjnie, indywidualnie.

poniedziałek, 04 lipca 2016

Świat zredukuje środowy półfinał Euro 2016, w którym Walia zagra z Portugalią, do pojedynku dwóch rewolwerowców z Realu Madryt. I w sporej mierze będzie miał rację.

Banał o futbolu jako zabawie wybitnie zespołowej nadal zachowuje aktualność, żaden ze sławnych liderów samotnie tego meczu nie wygra. Ba, niekoniecznie Gareth Bale czy Cristiano Ronaldo najbardziej wpłyną na wynik. To jednak bez znaczenia - równolegle z wojną o finał mistrzostw Europy będzie się toczyć strzelanina o Złotą Piłkę, nagrodę dla najlepszego gracza na planecie.

Na francuskim turnieju ostało się czterech majowych triumfatorów Ligi Mistrzów, którzy zachowują szansę na złoto Euro. Czyli na zdobycie obu najcenniejszych trofeów - klubowego i reprezentacyjnego - w 2016 roku. To wyczyn rzadki, w XXI wieku po taki dublet sięgali tylko Brazylijczyk Roberto Carlos, Hiszpanie Juan Mata i Fernando Torres oraz Niemiec Sami Khedira (raczej nie odgrywali głównych ról w swoich drużynach).

Dzisiejsi kandydaci to: Niemiec Toni Kroos, Portugalczycy Pepe i Ronaldo, Walijczyk Bale. Co nie oznacza, że wszyscy stali się pretendentami do Złotej Piłki. Kroos gra w stylu zbyt nieefektownym, czasami wręcz niewidzialnie - to specjalista od podań w środku pola, rozdawanych z laserową precyzją. Obrońca Pepe nabroił już tyle, że reputacji tępego brutala nie zrzuci nigdy, nawet gdyby do końca kariery żadnemu rywali nie pogroził nawet palcem. Realnie o indywidualny tytuł walczą jedynie skrzydłowi Realu.

I słowo „strzelanina” precyzyjnie oddaje charakter ich pojedynku. Obaj uderzają na bramkę bez wytchnienia, 36 prób Ronaldo daje mu pozycję lidera na Euro, a 21 prób Bale’a daje Walijczykowi pozycję wicelidera. Obu też kojarzymy nade wszystko ze scenami jak z westernu - rozstawione nogi, najwyższe skupienie, znieruchomienie poprzedzające wystrzał - ponieważ pasjami podchodzą do rzutów wolnych.

Kiedy już jednak dobiegną do leżącej piłki, wszystko zaczyna ich różnić. Bale imponuje zabójczą skutecznością, jako dopiero trzeci zawodnik potrafił na Euro zdobyć dwie bramki z wolnych. Ronaldo przypomina natomiast strzelającego na oślep, statystycy stale aktualizują porażające dane - na mistrzowskich turniejach, w których uczestniczy od 2004 r., uderzał już 42-krotnie, ale do siatki nie trafił nigdy.

Ten ostatni, który przegrywa 3-5 prywatny mecz na Złote Piłki z Leo Messim, mógł się poczuć (prawie) zdobywcą czwartej po finale LM - jako wykonawca decydującego rzutu karnego i jako król strzelców całych rozgrywek. Mógł też poczuć się nim niemal na pewno w ubiegłym tygodniu, gdy argentyński wirtuoz spudłował z jedenastu metrów w przegranym finale Copa America. Aż znienacka na poważne zagrożenie wyrósł Bale, biegający po przeciwległym skrzydle Realu.

Walijczyk należy do nielicznych gwiazdorów piłki klubowej, którzy biegają jak nakręceni na Euro 2016. Być może dlatego, że wiosną odetchnął - przynajmniej mentalnie - gdy tygodniami leczył kontuzje. Już we wspomnianym finale LM rozsadzała go energia, dał asystę przy golu Sergio Ramosa, był najlepszy na boisku. A teraz daje twarz reprezentacji uwodzącej miliony bezstronnych kibiców, którzy pożądają obalania hierarchii - Walia to najmniejszy półfinalista w historii mistrzostw Europy (trzy miliony ludzi) i jej awans do meczu o złoto, nie wspominając o czymś więcej, byłby zjawiskiem wybitnie medialnym i zapadającym w pamięć. Co w konkursie piękności, jakim jest Złota Piłka, bywa absolutnie kluczowe.

Tymczasem Portugalia do półfinału nie wbiegła, lecz się do niego dotoczyła. Niespójna w ataku, cyniczna, wszystkie pięć meczów w 90 minutach zremisowała (Chorwację przepchnęła w końcówce dogrywki, Polskę po rzutach karnych). Ronaldo nie zachwyca, jak zresztą w ostatnich tygodniach sezonu klubowego, gdy nękały go urazy. Gole strzelił tylko Węgrom, kiedy obie strony postawiły na spontaniczną wymianę ciosów, zostawiając atakującym mnóstwo wolnego miejsca. I nagle okazało się, że będącą na wyciągnięcie ręki Złotą Piłkę - odbiera ją spłakany, otwarcie przyznaje, ile dla niego znaczy - może mu podprowadzić nie doskonale rozpoznany rywal z Barcelony, tylko przyczajony kolega z Madrytu.

piątek, 27 maja 2016

Atletico Madryt, Diego Simeone, Antoine Griezmann

Gdybyśmy mieli wyróżnić wielką drużynę, która w najbardziej fundamentalnym stopniu jest ostatnio dziełem trenera, a nie piłkarzy, przez aklamację wybralibyśmy Atlético Madryt. To maszyneria zaprojektowana, polerowana i nieustannie modyfikowana przez nadinżyniera - owszem, mafijnym hersztem też mógłby zostać - Diego Simeone. Piłkarze zdają sobie z tego sprawę, środkowy pomocnik Koke potrafi wręcz oświadczyć, że trenerska metoda szefa, znana jako cholismo, to w istocie filozofia życia, tyle że tak uniwersalna, że można ją przenieść na boisko.

Dlatego wyjęty z tej maszynerii ludzki trybik niekoniecznie zadziała w innym mechanizmie. Można nawet powiedzieć mocniej - madrycki trybik w innej konstrukcji zasadniczo nie działa, wystarczy prześledzić perypetie rozsprzedanych po Europie finalistów Ligi Mistrzów sprzed dwóch lat. Arda Turan nigdy nie zdołał wkomponować się w Barcelonę; Filipe Luis po odrzuceniu przez Chelsea wrócił do Atlético; Diego Costa po świetnym starcie w lidze angielskiej gasł, aż wypadł z reprezentacji Hiszpanii. Reguła działa zresztą również w odwrotnym kierunku, co najładniej ilustruje recycling Fernando Torresa. Oto piłkarz od lat uchodzący za skończonego, użyteczny jak wytarty klocek hamulcowy, po powrocie do Atlético potrafi rozjechać nawet Barcelonę.

Specyficzne realia madryckiego klubu zniechęcają, by lansować kolejne nazwiska skazanych na podbicie świata, nawet napastnika Antoine’a Griezmanna - choć renomę niewątpliwie zyskał - nie uważamy za tak wpływającego na wyniki, jak na wyniki sąsiedniego Realu wpływa Cristiano Ronaldo. Myślimy o tym drugim i natychmiast staje nam przed oczami ćwierćfinałowy rewanż z Wolfsburgiem, który po wyjazdowej wpadce 0:2 trzeba było wygrać trzema golami, więc portugalski skrzydłowy wsadził je rywalom osobiście, zanim którykolwiek z kumpli pomyślał, że wypada pomóc.

O Griezmannie myślimy tak rzadziej albo nie myślimy wcale, co ułatwiają snajperskie statystyki - on strzelił w tym sezonie ledwie 32 gole (w 53 meczach), tymczasem Ronaldo nakładł ich 51 (w ledwie 47 meczach). A w Lidze Mistrzów napastnik przegrywa pojedynek jeszcze wyraźniej, 7:16.

To oczywiście liczby podstawowe, umieszczone w odpowiedniej perspektywie wyglądają zupełnie inaczej. Owszem, Real zawdzięcza swojemu liderowi imponujące 37,2 proc. bramek. Ale Atlético zawdzięcza Griezmannowi 36,4 proc. A gdyby porachować pierwsze gole w meczu - te nadzwyczaj znaczące dla wyniku - to mniej obświetlony reklamami w tym duecie napastnik wychodzi wręcz na prowadzenie (15:13).

Przywołuję jego sylwetkę, bo od dawna zastanawiamy się, kto przełamie duopol Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, którzy wyrywają sobie z rąk Złotą Piłkę. Ostatnim innym laureatem był Kaká, w 2007 roku, a to już w futbolu zamierzchła przeszłość. (Wiem, że wytrawni kibice lubią dezawuować plebiscyt z wyżyn swoich kompetencji, zarzucając mu kompletną niewiarygodność, i nie przeczę, że mają sporo racji, ale wyrażanymi na forach gniewem lub pogardą nie zmienią tego, że Złota Piłka mocno naznacza historię futbolu). I teraz znów nie mam wątpliwości, że jeśli w finale najcenniejszych rozgrywek klubowych zatriumfuje Real Madryt, to najcenniejsze trofeum indywidualne odbierze Cristiano Ronaldo - król strzelców LM, z szansą na wyrównanie lub wręcz pobicie snajperskiego rekordu, należącego zresztą do niego (17 goli, teraz ma jednego mniej).

A jeśli wygra Atlético? Madryccy gracze, tworzący kolejne zwycięskie konfiguracje układane przez Simeone, nie wślizgują się nawet na listę nominowanych do Złotej Piłki, nikogo z nich nie było tam ani w 2015, ani w 2014, ani w 2013 roku. I teraz Jan Oblak, Diego Godin, Koke czy Saul Niguez też pozostaną zapewne niewidzialni, na zdolnego wystrzelić w pobliże szczytu wygląda jedynie wspomniany Griezmann. Nie tylko jako strzelecki lider Atlético - bezcenny byłby gol w sobotnim finale, to wręcz figura obowiązkowa - ale także jako reprezentant Francji, naturalnego faworyta Euro 2016 (dwukrotnie organizowała wielki turniej i dwukrotnie brała złoto), oraz mocny kandydat na króla strzelca mistrzostw, przez bukmacherów ceniony ciut niżej od Thomasa Müllera i właśnie Ronaldo.

Oczywiście równolegle z igrzyskami na naszym kontynencie odbędzie się Copa América, a tam na szczyt spróbuje wskoczyć Messi. Oczywiście jesienią i on, i Ronaldo znów mogą włączyć snajperskie turbo, od którego wszystkim nam, znaczy także jurorom ZP, zakręci się we łbach. Gdyby jednak Atlético przygniotło w sobotę do murawy Real, to właśnie Griezmann urósłby na jedynego znakomitego goleadora z szansą na prestiżowe trofeum międzynarodowe w obu piłkarskich światach - klubowym oraz reprezentacyjnym. I spełniałby wszystkie, poza marketingowym, kryteria potrzebne do zdobycia relikwii wręczanej najlepszego graczowi na planecie. Nawet mielibyśmy ładną analogię do oddającego władzę Messiego, wszak Griezmann również słyszał w dzieciństwie, że jest zbyt drobny, by zawodowo uprawiać piłkę nożną.

To wszystko oczywiście zdarzyć się nie może, ponieważ naruszyłoby wizerunek Atlético jako miejsca, w którym jednostka jest na boisku niczym, a grupa wszystkim, i któremu twarz nadaje stojący obok trener. Sam widziałbym w tym zgrzyt, ingerencję z zewnątrz usiłującą zniszczyć wspomnianą filozofię Simeone - oto zbiorowy wysiłek zostałby nagrodzony indywidualnie, jeden ze zwykłych praktykujących cholismo awansowałby na celebrytę. Herezja. Chyba nie wypada zaburzać harmonii tej opowieści.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Argentyńczyk odebrał piątą Złotą Piłkę w karierze i wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów. A czwarty w najważniejszym futbolowym plebiscycie Robert Lewandowski wciąż pędzi po tytuł gracza wszech czasów w Polsce.

Werdykt trenerów i kapitanów reprezentacji oraz dziennikarzy ze wszystkich krajów zrzeszonych FIFA – to oni głosują – był wybitnie niekontrowersyjny, bo Leo Messi wraz z Barceloną wygrał w minionym roku niemal wszystko, co było do wygrania. Od Ligi Mistrzów, przez ligę hiszpańską i Copa del Rey, po klubowe mistrzostwa świata. Nie powiodło mu się jedynie w reprezentacji Argentyny, która w finale Copa America uległa Chile. I w grze dla kraju zaczyna być wiecznie srebrny (finał mundialu też przegrał, z Niemcami), a rodacy podejrzewają, że nie poświęca jej tyle, ile Barcelonie, przyczepiają się nawet to do tego, że nie śpiewa hymnu.

Messi wyrasta na absolutnego plebiscytowego rekordzistę, jego wspaniali poprzednicy – Johan Cruyff, Michel Platini, Marco van Basten, przed rokiem dołączył do nich Cristiano Ronaldo – otrzymywali nagrodę tylko trzykrotnie. I można zakładać, że jeszcze dorobek wzbogaci, w Barcelonie przewodzi bowiem drużynie pożerającej trofea bez opamiętania, coraz bardziej zachłannej i coraz bardziej drapieżnej. Ba, od kilkunastu miesięcy wraz z Neymarem i Luisem Suárezem współtworzy bezprecedensowo niebezpieczny atak, który w ubiegłym roku kalendarzowym strzelił 142 gole, czyli więcej niż wszystkie inne całe drużyny, nawet Paris Saint Germain (138), Bayern Monachium (132) i Real Madryt (127).

W katalońskim klubie głębokie kryzysy od lat wyglądają tak, że drużyna osiąga „zaledwie” półfinał Ligi Mistrzów. A u Messiego tak, że zamiast grać fenomenalnie, gra on bardzo dobrze – na poziomie, o którym inni piłkarze, także gwiazdy, mogą jedynie marzyć. To być może jego najbardziej charakterystyczna cecha. Mordercza regularność. Nieludzka niezdolność do występu beznadziejnego, okazywana nawet w słabszym dniu.

Normalni sportowcy potrzebują czasu, by odzyskać pełną sprawność po kontuzji. Ożywają stopniowo, od kopnięcia do kopnięcia, od meczu do meczu. Nie Messi. Kiedy w listopadzie wyleczył kolano (kuracja ciągnęła się dwa miesiące), potruchtał w końcówce hitu z Realem Madryt, by już trzy dni później zasadniczo przyczynić się do rozbicia Romy w Champions League (6:1) – zdobył dwie bramki, przy jednej asystował, oddał zdecydowanie najwięcej strzałów. I od tamtej pory zdarzyły mu się tylko dwa mecze bez gola. W ostatnich 10 nastrzelał 12.

Bieżący rok Argentyńczyk zaczął jak zwykle. Osiem bramek Barcelony w spotkaniach z Espanyolem i Granadą można podzielić na te, które sam zdobył (5), i na te, które poprzedziła jego asysta (3). Widzimy też, że nadal poleruje swoją perfekcyjną technikę, niepostrzeżenie wypiękniał np. na bodaj najwytrawniejszego specjalistę od rzutów wolnych. Kiedy uderza, trafia właściwie wyłącznie do siatki lub w poprzeczkę/słupek. W taki sposób strzelił ostatniego gola, w taki sposób strzelił dwa pierwsze w sezonie (wygrany z Sevillą 5:4 Superpuchar Europy). Krystaliczna wirtuozeria.

Jemu „zagraża” Neymar, w tegorocznym głosowaniu trzeci, megagwiazdorskiej pozycji Roberta Lewandowskiego w Polsce nie podważy nikt. On w naszej perspektywie spotężniał do wymiarów Messiego w perspektywie globalnej – wśród konkurentów kopiących po upadku komuny trudno go z kimkolwiek porównywać, my też coraz częściej zastanawiamy się, czy nasz współczesny nadpiłkarz nie zasługuje na tytuł najlepszego w historii. Ewentualnie – kiedy zasłuży.

Z Argentyńczykiem łączy go regularność (oczywiście na niższym poziomie), a także konsekwentne, niemal pozbawione przestojów wzlatywanie na szczyt. Od mistrzostwa kraju z Lechem, przez mistrzostwo z Borussią Dortmund, do mistrzostwa z Bayernem, w którym Lewandowski w minionym roku z jednego z wielu monachijskich superbohaterów przeobraził się w superbohatera pierwszoplanowego. Oto polski piłkarz stał się liderem największego dziś obok Barcelony i Realu klubu świata. Wylansował go tamten czarodziejski epizod, czyli pięć goli wbitych Wolfsburgowi w dziewięć minut – mecze emblematy są niezbędne, by zyskać rozpoznawalność absolutną – ale o klasie Lewandowskiego stanowi właśnie systematyczność, zaleta u napastnika fundamentalna. Podczas sezonów spędzonych w Dortmundzie strzelał kolejno 30, 36 i 28 goli, w inauguracyjnym w Monachium uzbierał ich 25, a w bieżącym ma już 23, zatem niewykluczone, że ustanowi rekord swojej kariery. Raz był królem strzelców Bundesligi, dwa razy – wicekrólem strzelców, raz zajął w snajperskim rankingu trzecie miejsce. I teraz też raczej nie spadnie z podium, w połowie sezonu ustępuje tylko Pierre-Emerickowi Aubameyangowi.

Kibice reprezentacji też – jak argentyńscy Messiego – oskarżali go o niewystarczające zaangażowanie w grę dla kraju. I on też – jak Messi – potrzebował czasu, by zostać jej bezapelacyjnym liderem. Ale rok 2015 w polskich barwach był już dla Lewandowskiego perfekcyjny. Zwycięski gol w rozstrzygającym o awansie na Euro meczu z Irlandią, gol na miarę ocalenia w 94. minucie boju w Glasgow, gole w każdym z pięciu ostatnich spotkań eliminacyjnych. Nie ulega wątpliwości, że jeśli nie rozłoży go nieszczęśliwy wypadek, to pobije wszelkie statystyczne rekordy w reprezentacji Polski. Zdobył już 34 bramki (do lidera Włodzimierza Lubańskiego brakuje 14), wystąpił w 73 meczach (do lidera Michała Żewłakowa brakuje 29).

To jednak zaledwie didaskalia, dla kibica liczą się wymierne osiągnięcia drużyny. Jak medale MŚ, dzięki którym na podium Złotej Piłki stawali Kazimierz Deyna (1974) oraz Zbigniew Boniek (1982). I dopóki Lewandowski pozostanie w reprezentacji niespełniony, dopóty kwestionowana będzie jego kandydatura na naszego piłkarza wszech czasów. Znów – tak jak u Messiego, tyle że Argentyńczyk musi srebro przetopić na złoto, a Polakowi wystarczy zapewne zastąpić awans na Euro awansem do półfinału Euro. Bo dokopać się do Złotej Piłki w biało-czerwonej koszulce będzie raczej trudno. Do tego niezbędny może się okazać jeszcze jeden skok, dalekosiężny także w sensie marketingowym. Transfer do Realu Madryt.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Złota Piłka, Leo Messi, Robert Lewandowski

Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Neymar zostali finalistami Złotej Piłki. Nagrody dla gracza roku na świecie, który w coraz większym stopniu jest przesyconym polityką plebiscytem popularności.

Zanim nadwiślański kibic – od tygodni odurzany medialnym jazgotem o Polaku, który właściwie już stoi na podium, inaczej będzie skandal – zacznie węszyć spisek lub zaledwie się wściekać, niech pochyli się nad wyborem samego Roberta Lewandowskiego, który oddawał głos jako kapitan reprezentacji. Napastnik Bayernu przyznał, że punkty rozdzielił między klubowych kolegów (najwięcej dał Manuelowi Neuerowi), bo woli stawiać na tych, z którymi „trenuje i dostrzega ich klasę na co dzień”. Nie złożył plebiscytowego hołdu gwiazdom Barcelony, choć ich wirtuozerię też podziwiał z bliska, gdy monachijczycy byli zrównywani z murawą na Camp Nou (0:3) i odpadali wiosną z Ligi Mistrzów.

To na pewno drużynotwórcze i lojalne, zapewne zostanie docenione w klubowej szatni. Ale zarazem nieco absurdalne. Jak można zignorować liderów drużyny, od której samemu ostro się oberwało, która zdobyła trzy najważniejsze trofea, której fenomenalni napastnicy – Messi, Neymar i Luis Suarez – strzelili w mijającym roku aż 125 goli, czyli tyle samo, ile CAŁY Bayern? I więcej niż wszystkie inne całe drużyny na świecie?

Słowa Lewandowskiego przypominają o czymś jeszcze. Otóż piłkarze niekoniecznie pasjami oglądają popisy innych piłkarzy, przypomnijmy sobie choćby wyznanie Cristiano Ronaldo, który przed meczami z Borussią w LM przed czteroma laty nie miał pojęcia, kim jest Mario Götze, choć idol dortmundzkich kibiców uchodził już za największą nadzieję niemieckiego futbolu. Tymczasem o wynikach Złotej Piłki w jednej trzeciej rozstrzygają właśnie zawodnicy (pozostali jurorzy to selekcjonerzy reprezentacji, którzy też muszą rozdawać głosy dyplomatycznie, oraz dziennikarze, po jednym z każdego kraju należącego do FIFA). I pewnie nie analizują wnikliwie wydarzeń całego roku, nie zastanawiają się, za jaki okres nagradzają nominowanych kolegów, polegają na tym, co najmocniej zapadło im w pamięć. Działa też medialno-marketingowa maszyneria, z dopalaczem w postaci wirujących na ekranach spotów reklamowych, przed którą nie obroni się nikt.

Jeśli wierzyć bukmacherom, Lewandowski zajmie w plebiscycie czwarte miejsce. Znakomite, potwierdzające, że należy do elity elit graczy najwybitniejszych. Jak sam mówi, „przebywa już na tej samej planecie, co Messi”. Pomogło mu to, że swój wystrzałowy, być może szczytowy okres w karierze miał tuż przed rozpoczęciem zabawy. Serię rozpoczętą pięcioma golami wbitymi w dziewięć minut  Wolfsburgowi – 15 bramek w sześciu meczach Bayernu i eliminacji Euro 2016 – zakończył 11 października, tymczasem głosowanie wystartowało 20 października. Szkoda tylko, że właśnie wtedy zwolnił i w kolejnych pięciu spotkaniach klubu trafił ledwie raz.

Ta buchalteria ma sens, bo lista finalistów niemal pokrywa się z czołówką najskuteczniejszych piłkarzy roku, w którym Messi i Ronaldo strzelili na razie po 48 goli, Lewandowski – 46, a Neymar – 45. Tę regułę mógł zaburzyć jedynie Suarez (już raz zdarzyło się podium obsadzone wyłącznie Barceloną), ale wieczór spektakularnie udowadniający, że katalońska drużyna znów uciekła konkurencji w inny wymiar przeżyliśmy z kolei zbyt późno. El Clásico odbyło się 21 listopada, nazajutrz po zakończeniu głosowania. A olśniewające 6:1 z Romą 24 listopada.

Plebiscyt niemal na pewno wygra (po raz piąty, to rekord) Messi, który po dwóch latach panowania zdetronizuje Cristiano Ronaldo (trzy trofea, drugie miejsce w tabeli wszech czasów wraz z Johanem Cruyffem, Michelem Platinim, Marco van Bastenem). Obaj zmieniają się na szczycie od 2008, i to niezależnie od tego, czy ich oszałamiające popisy przynoszą trofea drużynom. Duopol jest jednak zagrożony. I ze względów sportowych, i marketingowych. Niespełna 31-letni Ronaldo będzie powoli zmierzał ku schyłku kariery. Być może efektownego, ale jednak schyłku. A koncern Nike według doniesień francuskiego dziennika „L’Equipe” odbierze mu pozycję głównego ambasadora marki i przekaże ją 23-letniemu Neymarowi. Uczyni to ponoć w czerwcu 2016 roku, by wykorzystać jego popularność przed igrzyskami w Rio, na których napastnik Barcelony będzie grał dla mierzącej w złoto reprezentacji Brazylii.

Wcześniej Lewandowski poleci na Euro 2016. Żeby wybić się jeszcze wyżej w plebiscycie, musiałby pewnie zdobyć tam z drużyną Adama Nawałki medal – jak Zbigniew Boniek na mundialu sprzed 33 lat, ostatni Polak na podium plebiscytu. Alternatywą jest triumf w Lidze Mistrzów. Wtedy stałby się jeszcze poważniejszym faworytem, bo w upływającym roku osiągnął jednak coś wielkiego – z jednej z wielu gwiazd Bayernu rozbłysnął na najjaśniejszą.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Leo Messi staje na podium każdej Złotej Piłki od 2007 roku, Cristiano Ronaldo od tamtej pory zsunął się z niego ledwie raz – zajął wtedy szóste miejsce – więc trochę już nam widoczki z gali spowszedniały, nikt przed nimi tak długo się przy szczycie nie utrzymywał, nawet seryjnie wyróżniani przed dekadami Franz Beckenbauer i Michel Platini.

Jeśli chcemy dojrzeć w najnowszej edycji plebiscytu coś unikalnego, to musimy wskazać bezprecedensową i, delikatnie mówiąc, kontrowersyjną decyzję, by zmienić reguły w trakcie rozgrywki. Już po zakończeniu głosowania FIFA ogłosiła, że je wydłuża, zezwoliła też wszystkim, którzy przesłali swoje typy, na ewentualne dosłanie poprawek. Czy działacze obawiali się, że domniemany zwycięzca Franck Ribéry nie przetrwa baraży o mundial – właśnie trwały, Francja była zagrożona – i bezcenna marketingowo impreza będzie musiała się obyć bez futbolisty numer jeden? Czy zamierzali zasugerować, że Ronaldo to kandydat bardziej godny statuetki? Nie wiemy, w każdym razie wyjaśnienie działaczy, iż w pierwotnym terminie otrzymali zbyt mało głosów, brzmi tak niepoważnie, jak niepoważnie mogą brzmieć tylko wyjaśnienia organizacji zdeprawowanej brakiem jakiejkolwiek kontroli nad sobą. Inna osobliwość Złotej Piłki 2013 polega na tym, że jej triumfator nie zdobył w ocenianym okresie żadnego trofeum. Dotąd zdarzyło się to tylko czterokrotnie – gdy nagrodę odbierali Stanley Matthews (1956), Denis Law (1964), Kevin Keegan (1978) i Luis Figo (2000).

Mnie to zupełnie nie przeszkadza, sam też zagłosowałbym na Cristiano Ronaldo, zresztą na blogu poparłem już tę kandydaturę niezbijalną argumentacją. Inna sprawa, że od dawna traktuję go szczególnie – najpierw jako fenomenalnego atletę, a dopiero potem jako fenomenalnego piłkarza.

Fizyczność Portugalczyka przytłacza, sugeruje, że mógłby osiągnąć sukces wszędzie – od sprinterskiej bieżni czy skoku o tyczce, po koszykówkę czy siatkówkę – przypomina o nieludzkim reżimie, jakiego się trzyma, żeby wycisnąć z siebie maksimum. O kształtujących imponującą muskulaturę ćwiczeniach niepiłkarskich; wyrafinowanym indywidualnym treningu mentalnym, podnoszącym poziom koncentracji; morderczym wypalaniu tkanki tłuszczowej; diecie z odmierzoną co do włókienka ilością błonnika, bezcukrowej, rozłożonej na idealne dla metabolizmu sześć posiłków etc; trzymanej w domu aparaturze do krioterapii; precyzyjnie zaplanowanych pomeczowych rytuałach regeneracyjnych, odprawianych, gdy inni relaksują się przy posiłkach z bliskimi. Ronaldo uczył się nawet sztuki wydajnego snu, on poddaje organizm permanentnemu tuningowi, czas pracy niczym nie różni się od czasu wypoczynku, to po prostu odmienne zadania do perfekcyjnego wykonania, trzeba wykorzystać każdą chwilę, by następnym razem strzelić nie 100 goli, lecz co najmniej 101. Chcecie wiedzieć, co oznacza „poświęcić życie dla sportu”, zapytajcie jego, najwybitniejszego przedstawiciela futbolowej ery gladiatorów.

Cristiano Ronaldo, Złota Piłka, Real Madryt

środa, 04 grudnia 2013

Caravaggio, Narcyz, Cristiano Ronaldo, Zlatan Ibrahimovic, Leo Messi

Joachim Löw nie wziął udziału w plebiscycie na najlepszego piłkarza świata, bowiem musiałby nie tylko zhierarchizować członków swojej reprezentacji, ale niektórych wręcz odrzucić – nominacje uzyskało aż pięciu Niemców, punkty można rozdać tylko trzem. A ponieważ FIFA ujawnia, kto jak głosował, selekcjoner naszych zachodnich sąsiadów obawiał się, że zburzy harmonię w szatni. Paranoja.

Czyżby piłkarze aż tak fetyszyzowali konkurs, który wielu kibiców usiłuje bagatelizować jako zabawę przez nikogo już nie traktowaną poważnie, odkąd napędza ją – i przez to niszczy jej wiarygodność – potężna machina medialno-sponsorskiej propagandy? Są aż tak przeczuleni, aż tak niedopieszczone dźwigają w sobie ego, po triumfie w Lidze Mistrzów nadal odmierzają kolejne przynależne im drobinki prestiżu? Trener Löw każdego dnia się pilnuje, by nikogo nie głaskać o jedno muśnięcie włosków dłużej? Czy np. Mesut Özil, który nie wygrał w tym roku nic, rzeczywiście poczułby się urażony, gdyby trener umieścił go za plecami zdobywców Pucharu Europy? Przecież to nie konkurs piękności w ogóle, tu się tylko ustala, kto najpiękniej się wdzięczył w wyznaczonym okresie.

Pytania można mnożyć, każde potwierdza nienową obserwację, iż Złota Piłki nie służy już wyłanianiu najlepszego z najlepszych. To zawiła gra interesów, której uczestnicy ani myślą analizować, kto powinien wygrać, i szukać możliwie sprawiedliwego werdyktu. Wiadomo, że selekcjoner oraz kapitan reprezentacji Argentyny nie postawią na Cristiano Ronaldo, wiadomo, że ich portugalscy odpowiednicy nie wyróżnią Leo Messiego, wiadomo, że Niemiec Philip Lahm wskaże kolegę z klubu, najpewniej promowanego przez Bayern Ribery’ego. Z wyjaśnień Löwa też musimy wnioskować, że z założenia w ogóle nie rozważał kandydatur pozaniemieckich – dopiero by mu dali popalić w szatni, gdyby ich zdradził dla jakiegoś Francuzika. No i selekcjonerowi nie wypada głosować niepatriotyczne... Słowem, brać udział w zabawie to ulegać szantażowi – uważaj przy wypełnianiu kuponu, błąd może cię drogo kosztować.

To wszystko musi drastycznie wykoślawiać wyniki, a FIFA czyni okoliczności jeszcze bardziej mętnymi, kiedy znienacka przesuwa termin zakończenia głosowania – masakrując świętą nie tylko w sporcie zasadę, by nie zmieniać reguł w trakcie trwania rywalizacji, i wywołując oczywiste podejrzenia, że usiłuje sterować głosowaniem dla wyłonienia „właściwego” laureata. Jak zatem ratować plebiscyt? Utajnić typy trenerów, piłkarzy i dziennikarzy? Nie widzę tego – reputacja FIFA marna, dopiero by się internety rozgdakały o spiskach i oszustwach, zresztą przecieki jeszcze zabagniłyby sytuację. Niech głosują jedynie dziennikarze? Też mi się nie widzi. Nie dlatego, że piłkarze znają się na piłce lepiej niż niepiłkarze – dziennikarze w ramach obowiązków służbowych przynajmniej nałogowo oglądają mecze, a ja zbyt dobrze pamiętam Ronaldo, który nie wie, kim jest Mario Götze, czy Boruca, który nie zna Victora Valdesa, żeby ufać opiniom zawodników. Dziennikarzy jako wyłącznych jurorów dyskwalifikuję, bowiem ich również oskarżam o mentalność plemienną i inne uwikłania uniemożliwiające bezstronny osąd. To może zakazać głosowania na rodaków? Hm, zostaje jeszcze głosowanie na kolegów z klubu albo świadome niegłosowanie na głównego konkurenta naszego rodaka, już oni by coś wymyślili...

Problem jest złożony, ale mnie rejterada Löwa przede wszystkim znów przypomniała, jak współczesność odbiera futbolowi jego wymiar zespołowy. Gdyby Messi nie chciał ścigać się z Ronaldo, to naprostowalibyśmy go medialnymi elektrowstrząsami; w barażach na mundial prywatny mecz rozgrywają Ronaldo z Ibrahimoviciem; Ibrahimovic przedstawia się w wywiadzie jako bóg; inni bogowie po strzeleniu gola zerkają na telebimy, by sprawdzić, czy wystudiowana ekstaza wygląda sexy na ekranach; wszędzie pełno narcyzów, którzy z wiedzą o punkciku więcej dla kolegi w plebiscycie spaliby gorzej niż księżniczka na ziarnku grochu. Jedno wielkie gromadne zaburzenie osobowości. Aż miałbym ochotę wraz ze Złotą Piłkę rozdawać także tytuł Tytana Futbolu – jeśli uhonorowujemy najwybitniejszego solistę, to uhonorowujmy również najwybitniejszego członka grupy. Wybranego spośród rzeszy jubilerów, którzy Złotą Piłkę wykuwają. Niekoniecznie typowego specjalistę od czarnej roboty, byle odstawał od gwiazdorskiej normy i grał bez egoizmu, pracował dla innych, ucieleśniał ducha drużyny na boisku i poza nim, nie epatował nas sobą jako pępkiem świata, przywracał zrozumienie piłki nożnej jako wspólnego dążenia do celu, które wcale nie wymaga obliczania, kto dla osiągnięcia celu zasłużył się bardziej.

Podoba mi się ta wizja i się jej boję. Jak zaczniemy multimedialnie lansować najlepszą kandydaturę na Tytana Futbolu, to zabijemy człowieka w człowieku.

17:47, rafal.stec
Link Komentarze (44) »
czwartek, 21 listopada 2013

Cristiano Ronaldo, Złota Piłka

Cyferki sypią się i sypią, niedługo spod opisujących mecze statystyk nie będzie już wystawać żaden skrawek boiska, więc nie wątpię, że za parę miliardów lat, kiedy nasi następcy będą się od nas różnić tak bardzo, jak my dziś różnimy się od bakterii, powstanie wreszcie wzór, który zrewolucjonizuje Złotą Piłkę. Przestaniemy głosować na najlepszego futbolistę świata, będziemy obliczać, kto był najlepszy. Może nawet cały rok potrwa relacja na żywo? Stale aktualizowany ranking? Wyobrażacie sobie te zapowiedzi El Clásico, przed którymi w jednej tabeli Barcelona wyprzedza Real, a w drugiej madrycki gwiazdor Ronaldocop – cyborgizacja sportu zdaje mi się nieuchronna – wyprzedza barcelońskiego gwiazdora Messinoida?

Na razie jednak nie wyszliśmy z jaskiń, kiedy zatem awanturujemy się o to, kto był najlepszy, bezradni sprawdzamy np., ile turniejów powygrywali kandydaci. Co oczywiście ma wątpliwy sens – zamiast w konkursie indywidualnym brać pod uwagę sumę indywidualnych zagrań, wliczamy do dorobku piłkarzy trofea, którymi wynagrodziliśmy wysiłek zbiorowy. Nasza ułomność powoduje też, że w zainteresowanym plebiscytem klubie lub jego otoczeniu medialnym, musi niekiedy zapaść decyzja, kogo warto promować na przyszłego laureata.

Wyobraźmy sobie – to nietrudne – że w Lidze Mistrzów triumfuje Bayern Monachium. Potwór wielogłowy, drużyna doskonale wyposażona wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych, pozbawiona jednak solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości i/lub wywołała niekorzystny efekt psychologiczny. Pamiętam, że podczas lutowego meczu Bawarczyków z Borussią kompletnie zapomniałem o nieobecności Francka Ribéry’ego, oświeciło mnie dopiero po ostatnim gwizdku. Kiedy więc w LM zwycięża Bayern, istnieje ryzyko, że spontanicznie głosujący kapitanowie i selekcjonerzy reprezentacji oraz dziennikarze rozdzielą przyznawane punkty na wiele głów. Jeden doceni Ribéry’ego, drugiemu staną przed oczami finałowe piruety Arjena Robbena, trzeci przypomni sobie manewrującego jak niewykrywalny myśliwiec Thomasa Müllera, czwarty złoży hołd chwalonemu do zatracenia przez trenera Guardiolę Philipa Lahma... Efekt może być taki, że na szczyt spłaszczonej klasyfikacji wyskoczy ktoś zupełnie niemonachijski.

Dlatego trzeba wybrać jednego kandydata i dbać o to, by jako faworyta wymieniano wyłącznie jego. Tygodniami, miesiącami, byle przebić się do najbardziej tępych łbów.

W tym roku namaszczano Ribéry’ego, aż w wieczór mundialowych baraży nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. FIFA ogłosiła, że przedłuża głosowanie – miało się zakończyć w miniony piątek, zakończy się 29 listopada. Czy rzeczywiście otrzymała niewiele formularzy z odpowiedziami, jak nas poinformowano? Czy ktoś przestraszył się mundialu – Francja była zagrożona – bez zdobywcy Złotej Piłki? A może uległ urokowi Cristiano Ronaldo, który akurat dawał show w Szwecji?

Snucie spiskowych teorii pozostawiam innym, sam wyznam tylko, że zmiana na liście faworytów bukmacherów – skrzydłowy Realu wyfrunął nad skrzydłowego Bayernu – wcale mnie nie uwiera. Nie przeszkadza mi, że nie zdobył żadnego trofeum, tak jak po ogłoszeniu wyników poprzedniej edycji Złotej Piłki nie przeszkadzało mi, że ówczesny triumfator Leo Messi w 2012 roku nie wygrał ani Ligi Mistrzów, ani ligi hiszpańskiej. Wystarczało mi wrażenie, że Argentyńczyk – choć w sensie estetycznym nie jest wirtuozem z moich snów – bezdyskusyjnie przewyższał wszystkich innych futbolowych solistów.

Teraz mam to samo z Ronaldo. Ten wyżyłowany rewolwerowiec zwyczajnie zasłania wszystkich. Wielomiesięczną kanonadę właśnie zwieńczył strzelaniną na szczycie. Ze Zlatanem Ibrahimoviciem, którego życiową misją jest chyba udowadnianie, iż futbol można zamienić w grę solową. Pisałem już na Twitterze: nigdy tego nie udowodni, ale jestem wdzięczny, że próbuje.

Tak, zauważyłem zagrania Moutinho, zasłużył się we wtorkowym barażu znaczniej niż jako bierny świadek popisów sławniejszego kolegi. Wszystkich wielkich otaczają świetni piłkarze ­– Ribéry’ego i Messiego też. Ponieważ jednak nadal nie dysponujemy narzędziem do pomiaru indywidualnych zasług, to ewentualnych dyskutantów, którzy się ze mną nie zgadzają, znów muszę spławić przy pomocy mojego ulubieńca Franza Fiszera, niekoronowanego króla kawiarnianych dyskusji w przedwojennej Warszawie. W styczniu, gdy broniłem uhonorowania Messiego, pożyczyłem od niego pytanie zamykające usta szczególnie namolnym polemistom, teraz pożyczę pytanie z jego telegramu do Juliana Tuwima. Proszę o przekonującą odpowiedź, zanim ośmielicie się kwestionować mój prywatny głos na Ronaldo: „Czy abrakadabryczne elukubracje immanentnej negacji transcendentalizują nicość samą w sobie?”

piątek, 24 maja 2013

Wczoraj to pytanie brzmiałoby absurdalnie, dziś zadać je wypada. A gdyby polski napastnik Borussii rozstrzygnął sobotni finał Ligi Mistrzów, musiałoby paść inne: Jeśli nie on, to kto?

Zanim zawrócił w kibicowskich głowach spadkobierca boskiego Maradony, plebiscyty na futbolistów roku - swoje organizowały „France Football” i FIFA, dopiero niedawno je zunifikowano - wygrywali zwykle bohaterowie drużyn, które triumfowały w najważniejszym turnieju. Mundialu, mistrzostwach kontynentu lub Pucharze Europy/Lidze Mistrzów. Indywidualną klasę musiał uprawomacnić sukces zbiorowy.

Leo Messi unieważnił wszystkie świętości, jak mesjasz ogłaszający nową religię. Wziął nagrodę cztery razy z rzędu. Także w zeszłym roku, w którym nie zdobył żadnego międzynarodowego trofeum. Krytycy irytowali się, że propagująca jego nadludzkie moce marketingowa machina odebrała głosującym zdrowy rozsądek.

Wokół Argentyńczyka na plebiscytowym podium wirowały inne gwiazdy Barcelony, a także Cristiano Ronaldo, który też, jak Messi, więcej poprzegrywał niż nawygrywał. Gdy zatem obejrzymy się w bliską przeszłość, widzimy, że w konkursie na globalną rozpoznawalność Robert Lewandowski, wśród superbohaterów debiutant, nie miałby wielkich szans.

Rok 2013 znacząco odbiega jednak od minionych.

Tiki-taka, w wydaniu katalońskim lub reprezentacji Hiszpanii, bez przerwy triumfowała ostatnio w najważniejszych turniejach sezonu. 2008: mistrzostwa Europy. 2009: Liga Mistrzów. 2010: mundial. 2011: Liga Mistrzów. 2012: mistrzostwa Europy. Dopiero teraz wreszcie nie dotknie jakiegokolwiek cennego międzynarodowego tytułu. Co więcej, obwoływana futbolowym cudem wszech czasów Barcelona tym razem nie tyle przegrała nieznacznie (jak w poprzednim półfinale z Chelsea), ile poniosła wstrząsającą klęskę - 0:7 w dwumeczu (z Bayernem) nie zdarzyło się jeszcze na tym poziomie nikomu. To jej wirtuozów uczłowieczyło, znów tworzą drużynę jak każda.

I to drużynę naznaczoną piętnem katastrofy wpijającej się w pamięć.

To musi drastycznie obniżyć notowania Andrésa Iniesty i Xaviego Hernandeza, a także Messiego, który w dodatku przestał być niezniszczalny. Zaniemógł na kilkanaście meczów, w tym kilka kluczowych. Przyczynił się do ogólnego poczucia, że na szczytach następuje przełom. Za Ronaldo przemawia jeszcze mniej - on poprzegrywał wszystko nawet w wymiarze krajowym.

Głosy rozdają kapitanowie i selekcjonerzy wszystkich reprezentacji narodowych oraz dziennikarze (po jednym na kraj). Wskazują trzy nazwiska, przyznając wybrańcom kolejno 5, 3 i 1 pkt. Oni oczywiście wciąż mogą ulec długo rozwijanym upodobaniom, pojedynczym wrażeniom i innym złudzeniom.

Ale Lewandowski już wtargnął w ich świadomość. I do plebiscytu przystąpi z atutami nie do przecenienia.

Po pierwsze, to on dał spektakl roku, raczej już nie do przysłonięcia. Nikt nigdy nie poznęcał się nad Realem Madryt czterema golami. Nikt od 1960 roku nie strzelił ich tyle na pułapie półfinału Pucharu Europy. Polski napastnik dał radę i fundamentalnie zasłużył się dla innej niezapomnianej klęski - trenera José Mourinho.

Po drugie, Lewandowski rozsławiał swoje nazwisko jako bohater transferowej sagi i już wiemy, że odejdzie do wielkiej firmy. To dziś też kryterium istotne, nawet jeśli merytorycznie bez znaczenia. Polak nie podzieli losu Diego Milito, który w 2010 r. nastrzelał dla Interu Mediolan mnóstwo ważnych goli w drodze po triumf w Lidze Mistrzów, by nie dopchać się nawet do 30-osobowej listy nominowanych do Złotej Piłki. (Nawiasem mówiąc, z perspektywy plebiscytu naszemu napastnikowi bardziej niż kontrakt z Bayernem przysłużyłyby się przenosiny do Manchesteru Utd. lub Realu, marek o bezdyskusyjnie szerszym zasięgu oddziaływania).

Gdyby jeszcze Lewandowski pokonał w sobotę wraz z Borussią monachijski Bayern, zwyczajnie musiałby wejść do ścisłej elity faworytów plebiscytu. W drużynie mocnych konkurentów brak, to on jest jej twarzą. Rozpoznawalnością poza Niemcami bije Reusa, Gündogana czy Hummelsa choćby dzięki 10 golom w Champions League (gwarantują przynajmniej pozycję wicekróla strzelców, od Ronaldo dzielą go dwie bramki), Götzego ostatecznie eliminuje z rywalizacji finałowa nieobecność, spowodowana kontuzją. Wewnętrznego dortmundzkiego konkurenta mógłby zrodzić tylko czyjś fenomenalny solowy popis na Wembley, a przecież w sposób najbardziej oczywisty - poprzez zdobycie bramki - najłatwiej wyróżnić się właśnie Lewandowskiemu. Nikt nie porywa tłumów częściej niż napastnicy.

To nadal niczego nie gwarantuje, w końcu we wspomnianym 2010 r. nawet do podium nie doskoczył Wesley Sneijder, który wygrał Ligę Mistrzów, ligę włoską oraz Puchar Włoch i wziął srebro mundialu, w dodatku rządził zarówno w Interze, jak i w reprezentacji Holandii. On również nie przeżył jednak wówczas wieczoru jak tamten dortmundzki, w którym napastnik Borussii własnonożnie rozpruł Real.

Dlatego nawet przy założeniu, że nie unikniemy utrzymania plebiscytowej władzy w nogach celebrytów Messiego i Ronaldo, Lewandowski zachowa ogromną szansę na podium. Być może także pomimo ewentualnego sobotniego sukcesu Bayernu - jurorzy w Złotej Piłce pochodzą ze wszystkich kontynentów, więc zmowy, na kogo głosować, nie zawiążą, a w monachijskiej artylerii żadne działo nie zdaje się wyraźniej zauważalne niż pozostałe.

I tak dochodzimy do ściany. Blask ligi angielskiej, wciąż najpopularniejszej na planecie, może przydać jeszcze punktów jej największym ostatnio bohaterom - Robinowi van Persiemu oraz Garethowi Bale'owi - ale oni ponadlokalnie nie zaistnieli wcale. A więcej choćby półpoważnych pretendentów nie ma.

Wielu dużych bukmacherów nie oferuje na razie typowania zdobywcy Złotej Piłki. Z notowań wyłamujących się firm Paddy Power, Stan James i Sky Bet wynika, że wyraźnymi faworytami wciąż pozostają Messi z Ronaldo, za nimi plasuje się Lewandowski, którego naciskają Bastian Schweinsteiger z Bayernu oraz Bale. Ten ostatni, choć dorodnieje w oszałamiającym tempie i coraz częściej redukuje mecze do solowych popisów, osiadł z Tottenhamem na piątym miejscu ligi angielskiej. Jego postać najsugestywniej uświadamia, jak wątłą konkurencję ma polski napastnik.

Dlatego Lewandowski, niezależnie od przebiegu sobotniego wieczoru, zakończy sezon 2012/13 jako pewniak do czołówki Złotej Piłki.

Historycznie nasi piłkarze wypadają nader skromnie, tylko Kazimierz Deyna w 1974 oraz Zbigniew Boniek w 1982 r. (obaj po brązowych medalach reprezentacji na MŚ) zdołali dopchać się do najniższego stopnia plebiscytowego podium. Tymczasem swojego zdobywcę Złotej Piłki oklaskiwali Bułgarzy, Duńczycy, Północni Irlandczycy, Węgrzy, Szkoci, Ukraińcy. A Czesi nawet dwóch.

Teraz i Polacy będą mieli frajdę ze sprawdzania - szczegółowa punktacja jest ujawniana - kto Lewandowskiego wyniósł ponad wszystkich, a kto wręcz przeciwnie. Będzie intrygująco, także dla tych, którzy lubią wychwytywać znaki potwierdzające lub zaprzeczające pogłoskom, że za napastnikiem Borussii nie przepada Błaszczykowski. Jesienią obaj nie będą już kolegami klubowymi, ale kapitan reprezentacji Polski też odda głos w plebiscycie.

poniedziałek, 07 stycznia 2013

Spowiadałem się już na blogu, że przyglądanie się boiskowej pląsaninie Argentyńczyka nie daje mi przyjemności najwyższej - nawet w Barcelonie widzę piłkarzy atrakcyjnejszych w odbiorze (Iniesta), na bezludną wyspę nie zabrałbym DVD z Messim, lecz wybierał między rasowymi rozgrywającymi w typie Riquelme czy Zidane’a. Superbohater z Camp Nou wydaje mi się zbyt mechaniczny i ciut za mało oryginalny, paradoks jego geniuszu polega m.in. na tym, że składa się on nie tyle z bardzo wielu dotknięć piłki cudownych, ile z nieskończenie wielu dotknięć perfekcyjnie rzetelnych. Jest do bólu powtarzalny. Rzadko się zdarza, by mnie zaskoczył, za to nierzadko odgaduję, iż za kilka czy kilkanaście sekund strzeli gola - wnioskuję z rozwoju akcji, rzeźbionej według powielanych do upadłego schematów.

Co oczywiście nie znaczy, że gapienie się na Messiego nuży. Wręcz przeciwnie, porywa już samo obserwowanie jego wszędobylskiej wszechstronności, świetnie rozebranej kiedyś w analizie Michaela Coksa, który dostrzegł w barcelończyku trzech piłkarzy w jednym. Moje mikrozastrzeżenia natury estetycznej nie przeszkadzają mi też być absolutnie przekonanym, że jest futbolistą ponad wszystkich mu współczesnych. Pierwszym po Michaelu Jordanie gwiazdorem sportów drużynowych, który często każe mi mieć przekonanie, że sprawuje pełną kontrolę nad wynikiem. A jego ogłoszony przed chwilą triumf w plebiscycie „Złota Piłka” za rok 2012 - czwarty z rzędu, to wyczyn bez precedensu, najznakomitsi poprzednicy zatrzymywali się na trzech - uważam nawet za bardziej przekonujący niż dotychczasowe. Messi najważniejszego turnieju klubowego (Liga Mistrzów) nie wygrał, a w najważniejszym reprezentacyjnym (mistrzostwa Europy) nie wystąpił, zatem głosujący są tak przekonani o jego bezdyskusyjnej wyższości, że nie potrzebowali nawet podpierać się argumentem rutynowym i najpopularniejszym, czyli zdobytymi trofeami. Odwoływanie się do nich to metodologia jakoś uzasadniona, acz mieszająca porządki - w końcu trofea zdobywają całe drużyny, w konkursach indywidualnych oceniamy klasę indywidualną.

Rankingowi „France Football”, pomimo irytującego zamykania grona „nominowanych” w nazwiskach wskazanych przez redakcję, prestiżu dodają jurorzy - w aż dwóch trzecich piłkarze oraz trenerzy. Na forach i w pubach pyskówki mogą sobie trwać od świtu do zmierzchu, a potem od zmierzchu do świtu, podważaniu wyższości Messiego całkiem nie zapobiegnie nawet hat-trick w każdym meczu ligowym i reprezentacyjnym, a jego rywale z boiska nadal wiedzą swoje. I obstają przy swoim już w czwartej edycji głosowania.

Leo Messi jest najlepszym piłkarzem na świecie. Prymat Argentyńczyka w roku 2012 rzucał się w oczy mocniej niż prymat zwycięzców z minionych przynajmniej kilkunastu lat, poddawanie tego w wątpliwość nie ma śladowego sensu, sens przyznałbym co najwyżej debatom o skali jego przewagi nad konkurencją.

A gdyby ktoś się pomimo wszystko upierał, temu umiem tylko odpowiedzieć pytaniem na pytanie, stosowanym przez zapoznanego niestety Franza Fiszera, który w kawiarniach przedwojennej Warszawy spławiał namolnych dyskutantów postawieniem problemu fundamentalnego: „No dobrze, proszę pana, ale czy chaotyczne kombinacje efemerycznych pryncypów są w stanie zdeterminować neutralną cywitatywę absolutu dobrego i złego, czy nie są w stanie? Bo od tego ostatecznie wszystko zależy”.

Kiedy już się namyślicie, odpowiecie i dołożycie satysfakcjonujące (mnie) uzasadnienie, to możemy pogadać o waszych wątpliwościach, czy Messi istotnie jest najlepszy.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi