Wpisy z tagiem: Franciszek Smuda

poniedziałek, 07 października 2013



Już w ubiegłym tygodniu wrzuciłem na Twittera link do powyższego wideo z rapowym kawałkiem, którego bohaterem – tytułowym – jest polski piłkarz Kamil Glik. A potem napisałem opublikowany w dzisiejszej „Gazecie Sport.pl Extra” felieton, przeczytacie go tutaj.

A tutaj znajdziecie wywiad z Franciszkiem Smudą. Odwiedziłem go w czwartek, spodziewając się zwycięstwa Wisły nad Legią, więc nie zadawałem żadnych pytań bieżących, które w weekend miały się zdezaktualizować. Postanowiłem też unikać jakichkolwiek pytań niewygodnych, chciałem grzecznie wysłuchać, co ma do powiedzenia o swoim sposobie na sukces nasz najlepszy klubowy trener 20-lecia. Oba teksty, jak wszystkie z poniedziałkowego magazynu, leżą za płatną ścianą.

sobota, 14 lipca 2012

Przy tym wywiadzie powinno stać ostrzeżenie, że jest drastyczny. Piłkarz skopał trenera z brutalnością, jakiej w polskim futbolu nie pamiętam. Robert Lewandowski nie tyle Franciszka Smudę skrytykował, ile zrównał z murawą. Przygotowanie fizyczne? Fatalne, kadrowicze zostali przed Euro 2012 zarżnięci. Przygotowanie taktyczne? Nie było wcale. Mentalne? Katastrofa, szef mógł zarażać podwładnych co najwyżej strachem. Charyzma? Żadnej, piłkarze sami ustalali, jak grać. Smuda nie miał ani ułamka atutu, składał się z samych wad. Okazał się trenerskim zerem.

Gdyby Lewandowski swój akt oskarżenia wygłosił wtedy, kiedy można było jeszcze interweniować, i gdyby wiarygodnie uzasadnił go troską o Euro 2012, pewnie zastanawialibyśmy się, czy trzeba go docenić za odwagę, czy bardziej za odpowiedzialność. Jeśli wartość Smudy jako fachowca istotnie wynosi zero, to klęska na najważniejszej imprezie w dziejach polskiego futbolu była nieuchronna. A jeśli była nieuchronna, to stawało się niemal moralnym obowiązkiem piłkarza, by spróbować jej zapobiec.

Nie wiem, gdzie napastnik Borussii Dortmund ma rację, a gdzie się myli (tutaj możecie sami przeczytać wyjaśnienia fizjologa). Wiem, że dziś nie ma powodu, by doceniać go za odwagę ani odpowiedzialność. Skopać pokonanego jest łatwo, a publiczne wyliczenie wszystkich jego zbrodni na rzeczywistość nie wpłynie - mistrzostwa się skończyły, trenera przepędzono.

Dostrzegam jeden, poza wywołaniem skandalu, skutek wywiadu - precyzyjne wskazanie winnego niepowodzenia. Jednego winnego, zasługi w żadnym razie nie rozkładają się tutaj na wiele głów.

Lewandowski bąka co prawda, że piłkarze też zawiedli, ale pojedyncze słowa skruchy giną w nawałnicy oskarżeń wymierzonych w selekcjonera. Nikt po lekturze nie zostanie z wrażeniem, że napastnik kadry się kajał. Nie, on wydał wyłącznie wyrok skazujący na trenera. Z uzasadnieniem naturalistycznie sugestywnym, na granicy sadyzmu. Wszak jeśli piłkarz celnie podsumował kompetencje trenera, już nikt nie powinien go - trenera - zatrudnić. A nasi kadrowicze na Euro 2012 okazali się bohaterami. Pomimo bezdennej ignorancji Smudy zdobyli dwa punkty, do ostatniej kolejki walczyli o awans, wyglądali ładniej niż ich poprzednicy na ostatnich wielkich turniejach, po których żaden gracz nie zdobył się na sprowadzenie selekcjonera do zera.

Ja dostałem w Smudzie trenera, jakiego się spodziewałem. Zawsze ucieleśniał dla mnie chaos i kulturę posługiwania się „nosem” polskiej myśli szkoleniowej, po programowej rezygnacji z zatrudniania obcokrajowca widziałem w nim naturalnego kandydata na selekcjonera nieobcojęzycznego. I ze względu na wyniki, i ze względu na czas utrzymywania się na rynku, i ze względu na reprezentatywność dla pewnej, nazwijmy ją, formacji intelektualnej. Fachowca krańcowo odmiennego od Jürgena Kloppa, pod którym nasze dortmundzkie gwiazdy lśnią w Borussii.

Jemu Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek się podporządkowują. Czy podporządkują się Waldemarowi Fornalikowi, z ich perspektywy człowiekowi znikąd? Czy nowy selekcjoner powinien po pierwszych zajęciach podejść do naszego najlepszego napastnika i zapytać, czy zaproponowane ćwiczenia uważa - cytuję oczekiwanie wyrażone w wywiadzie - za „sensowne”? Czy powinien spodziewać się, że po rozstaniu z kadrą też usłyszy szczegółową recenzję swojej pracy? Ucieszyć się, że Lewandowski obiecał mu pomoc? Wątpliwości tylko przybywa.

Dziś najwięcej klasy wykazał ten nasz marny selekcjoner Smuda, który nie rewanżował się byłemu podwładnemu wypominaniem zmarnowanych szans na strzelenie gola (było ich więcej niż jedna, napastnik Borussii podał w wywiadzie nieprawdę), lecz rzucił coś o błędach młodości. Oby jutro najwięcej klasy wykazali piłkarze reprezentancji. Oby jaja wreszcie pokazali w trakcie gry, a nie dopiero po zejściu z boiska, kiedy skopać da się już tylko swoich.

wtorek, 19 czerwca 2012

Odyseja kosmiczna 2001

Chciałbym na selekcjonera speca zagranicznego. A jeśli już mamy się babrać w swoim stawie, bo się obcych brzydzimy czy boimy, to wolałbym zostawić kadrze Smudzie, niż wrzucać ją w inne polskie ręce. Nie tylko o tym jednak traktuje felieton z dzisiejszej „Gazety”, który znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Euro 2012. Kibic po meczu Polska - Czechy. Fot. AP

Z mojego dziennikarskiego śledztwa wynika, że Franciszek Smuda nie zgłębiał przed mistrzostwami bohaterskich dziejów narodu polskiego. Działał instynktownie, wiedziony przez swoje legendarne powonienie podświadomie wszedł w konszachty z obcymi wpływami, które tylekroć okryły nas chwałą. Skoro jako narodowego wieszcza czcimy Litwina Mickiewicza, największego poetę ery nowożytnej mamy w Litwinie Miłoszu, najsłynniejszym polskim naukowcem był Niemiec Kopernik, najgenialniej po polsku muzykował Francuz Chopin, a pod Zamkiem Królewskim postawiliśmy pomnik Szwedowi Zygmuntowi III Wazie, to selekcjoner nie zawahał się użyć broni masowego rażenia - zwerbował do futbolowej reprezentacji legion cudzoziemski. Moralne prawo miał, dla Europy zasłużyliśmy się fundamentalnie. Gdyby nie król Sobieski, wszyscy pościlibyśmy dziś w czasie ramadanu, a nie, jak pan Bóg przykazał, przed Wielkanocą”.

To początek mojego felietonu z dzisiejszej „Gazety”. Napisałem o mistrzostwach jak zwierciadło, w którym przegląda się nasz futbol. Nie zakryliśmy wad, nie wyeksponowaliśmy zalet, zademonstrowaliśmy ją światu obnażoną do rosołu. Całość przeczytacie tutaj.

niedziela, 17 czerwca 2012

Zaraz po meczu zadawałem sobie desperackie pytanie, czego nam jeszcze trzeba, żeby polscy piłkarze cokolwiek wygrali, skoro nie zdołali wykorzystać okoliczności tak wszechstronnie sprzyjających - tamten, na jednym oddechu spisany tekst przeczytacie tutaj, dłuższe podsumowanie spłodzę zapewne jutro, na blogu chciałem jeszcze tylko telegraficznie podzielić się wyznaniem, że turniej przebiegał zgodnie z moimi oczekiwaniami, poza jednym drobiazgiem. Otóż serio zakładałem, że nasi fazę grupową przeżyją.

Uważałem, że przeżyją, ze względu na specyfikę piłki nożnej, w której o wyniku decydują epizody - w przeciwieństwie do siatkówki czy koszykówki, wynagradzających punktami wszystkie lub prawie wszystkie akcje. Nie umiałem wyobrazić sobie, że nasza reprezentacja dominuje w meczu z kimkolwiek, ale wyobrażałem sobie, że ma niższy odsetek celnych podań, rzadziej tka płynne akcje, oddaje mniej strzałów i w ogóle ustępuje rywalom w każdym istniejącym statystycznym mikroelemencie, by jednak ostatecznie nie przegrać. Smuda czyni cuda, z nim w roli szefa pozostaje głównie ufać irracjonalności futbolu. Gdyby zresztą dzisiaj we Wrocławiu nasi zachowali trochę precyzji w inauguracyjnym kwadransie - imponującym kwadransie - to potem mogliby oprzeć się czeskiej nawałnicy i jeszcze co pewien czas porwać się na kontratak.

Nadal uważam, że po decyzji PZPN, by oddać reprezentację w ręce Polaka, Franciszek Smuda był naturalnym kandydatem na selekcjonera. To nasz najlepszy współczesny trener, obciążony wieloma wadami przypisywanymi rodzimej myśli szkoleniowej, ucieleśniający całe bałaganiarstwo nadwiślańskiego futbolu. Rozczarował mnie tylko w jednym - nie zdołał zainspirować piłkarzy do ostatecznego, frontalnego zrywu, nie dał mi przeżyć w najgorszym razie porażki w dramatycznych okolicznościach, nie sposób do przegranego turnieju dobudować żadnej legendy, która czyniłaby go wyjątkowym. Znów najbardziej boli nędzny styl.

Kiedy Czesi dowiedzieli się dziś, że remis im nie wystarczy, natychmiast postanowili przejąć kontrolę nad przebiegiem wydarzeń, a nasi potulnie się ich decyzji podporządkowali. Wiecie, dlaczego nasi rywale wygrali? Bo nie mieli innego wyjścia.

czwartek, 14 czerwca 2012

Wyroki skazujące selekcjonera już po pierwszym meczu, w którym rzekomo dopuścił się on zbrodni poważniejszej niż kompromitacja, brzmiały tyleż absurdalnie (jakbyśmy w takim razie sklasyfikowali wielobramkową klęskę z Grecją?), co zrozumiale. Wielkie turnieje z oczywistych względów komentują u nas piłkarze, którzy sami na wielkich turniejach musieli czuć się jak kloszardzi wrzuceni między arystokratów albo znają je wyłącznie z telewizji, jako relacje z niedostępnych dla nich wyższych sfer. Są mentalnie okaleczeni, skażeni doświadczeniem notorycznych niepowodzeń, być może niezdolni do wymyślenia sobie przed imprezą, że zakończy się ona sukcesem. Eksperci od nieuchronnych porażek.

Zna ten stan ducha każdy kibic z mojego pokolenia - my, urodzeni w późnych latach 70., reprezentację Polski zwycięską podziwialiśmy tylko raz, na srebrnych dla niej barcelońskich igrzyskach w 1992 roku. A im bardziej podziwialiśmy, tym dotkliwiej znosiliśmy potem to, że bohaterowie turnieju olimpijskiego, czyli juniorskiego, nie potrafili osiągnąć skromnego choćby sukcesiku w futbolu dla dorosłych. To było kolejne stracone pokolenie, nawet jeśli międzynarodowe kariery kilku graczy - Andrzeja Juskowiaka, Marka Koźmińskiego czy Tomasza Wałdocha - zasługują na szacunek.

Równia pochyła, po jakiej przez dwie dekady z tłustym okładem staczała się nasza piłka nożna, sprawiła, że Franciszka Smudę jedno zwycięstwo dzieli od tytułu najwybitniejszego trenera w wolnej Polsce. Jeśli jego piłkarze pokonają w sobotę Czechów, jego dorobek obejmie nie tylko awans do Ligi Mistrzów (awansował do niej również Paweł Janas) oraz trzykrotny triumf w ekstraklasie (trzykrotnie triumfował również Henryk Kasperczak), ale jeszcze jedyny w historii ćwierćfinał mistrzostw Europy. Mało? Owszem, nawet szokująco mało. I uświadamiająco, z jak głębokiej depresji usiłuje się wydźwignąć nasza piłka nożna.

Ilekroć w minionych miesiącach słuchałem wściekle ujadających krytyków Smudy, zastanawiałem się, czego ich zdaniem powinniśmy wymagać od reprezentacji kraju, by wynik na Euro 2012 odzwierciedlał stan naszego futbolu. Wszyscy się zgadzamy, że szkolenie młodzieży leżało u nas odłogiem. Pamiętamy, skąd startował obecny selekcjoner - przejął kadrę przygnębioną przedostatnim miejscem w grupie eliminacji do mundialu, w której uniosła się tylko ponad amatorów z San Marino. Z przykrością wspominamy, jaki niesmak odczuwaliśmy po turniejach minionej dekady, na których w dwóch inauguracyjnych meczach nasi albo nie zdołali strzelić choćby gola (MŚ 2002, MŚ 2006), albo wydusili jednego z pozycji spalonej (Euro 2008). Co wakacje patrzymy wreszcie, jak nasi lokalni potentaci, szumnie ogłaszani wcześniej mistrzami kraju, odbijają się od bram Champions League. Ci sami potentaci, którzy dopiero wczoraj postanowili wychowywać juniorów (jeśli oczywiście mają dla nich boiska, to nadal nie jest normą).

Irytowaliśmy się też, gdy Smuda niemal błagalnie, ryzykując utratę godności, rozglądał się po cudzych boiskach, by dziury w drużynie zasklepić piłkarzami posiadającymi polskie korzenie, lecz wychowanymi przez inne kraje. Trzymamy ich w podstawowym składzie aż czterech, co jest absolutnym ewenementem wśród szanujących się, nieegzotycznych drużyn narodowych. Czy na tym gruzowisku wolno żądać wiele więcej niż remis z Rosją, po którym po raz pierwszy w życiu od zagranicznych znajomych dostałem SMS-y pełne uznania dla pasji i waleczności naszej drużyny oraz intensywności wytrzymanego przez nią meczu?

Błędy już gromadnie i chóralnie selekcjonerowi powytykaliśmy, czas oddać mu, że także uniknął wielu spośród tych, które sprowadzały nieszczęścia na jego poprzedników.

Kiedy rezygnował z Artura Boruca (rozumiałem tę decyzję) i Michała Żewłakowa (byłem wściekły), sprowokował burzę z gradobiciem, ale wywołał ją na tyle wcześnie, że nie szalała nad reprezentacją w przededniu turnieju. Nie wykonał nagłej wolty w stylu Pawła Janasa, który na 24 godzin przed ogłoszeniem powołań wykreślił z listy Jerzego Dudka oraz ulubieńca kibiców Tomasza Frankowskiego.

Nie rozpraszał uwagi na objazd po supermarketach, by maksymalnie zdyskontować komercyjnie swoje pięć minut, ani nie obiecywał medalu, co zgubiło Jerzego Engela skompromitowanego jeszcze przed wylotem na azjatycki mundial.

Zdołał uciec od wyniszczającej wojny totalnej, z miażdżącą większością środowiska, co zatruło pracę Leo Beenhakkerowi, zbyt ostentacyjnie demonstrującemu swoją wyższość nad plemieniem nadal mieszkającym, jak zdiagnozował, w drewnianych chatkach.

Polegał na odkryciach analityka Huberta Małowiejskiego, który w rozbieraniu stylu gry przeciwników na cząstki elementarne wygląda na fachowca dużej klasy, jakiego nie odnaleźlibyśmy wśród asystentów poprzednich selekcjonerów. Wziął też Smuda na zgrupowanie psychologa, którego wszyscy poprzednicy uznawali za zbędnego - nigdy nie dowiemy się, czy jego obecność znacząco wpłynęła na postawę drużyny, ale widać, że trener nie zamierzał przegapić żadnego potencjalnie istotnego drobiazgu. A piłkarze ani na Greków, ani na Rosjan nie wyszli przerażeni skalą wyzwania. Wreszcie podołali mentalnie.

Podołali też fizycznie - moc zademonstrowana przez nich we wtorkowy wieczór każe uwierzyć, że w inauguracji z Grekami istotnie padli ofiarą specyficznego mikroklimatu zadaszonego Stadionu Narodowego. A trener podołał taktycznie - rozszalałych w pierwszym meczu Rosjan jego koncepcja wręcz obezwładniła, tym razem przez defensywne zasieki musieli się z mozołem przedzierać, a nie z uśmiechami na ustach przenikać, jak w zabawie z miękkimi na tyłach Czechami.

Organizacja gry zasługuje na szczególne uznanie, bowiem Smudzie scalić jednostki w grupę było trudniej niż jakiemukolwiek selekcjonerowi uczestniczącemu w Euro 2012. Damiena Perquisa oraz Eugena Polanskiego pozyskał dla kadry dopiero minionej jesieni, a rozłożonego ciężką kontuzją Sebastiana Boenischa właściwie dopiero w maju, przez co jako jedyny na turnieju polegał na obronie w niemal połowie złożonej z implantów wszczepionych do niej pięć minut przed rozpoczęciem imprezy wszech czasów.

Kiedy przyglądam się całemu krajobrazowi naszego futbolu i technicznym ograniczeniom, z jakimi zmagają się niektórzy nasi reprezentanci, zaczynam podejrzewać, że lepiej niż we wtorek ta kadra zagrać nie byłaby w stanie. A jeśli się nie mylę, to chwała trenerowi, że maksimum zdołał z niej wycisnąć w momencie najważniejszym. Wbrew nadwiślańskiej tradycji, by naprężyć muskuły dopiero wtedy, gdy trzeba walczyć o honor. To już nie postęp, to rewolucja.

środa, 13 czerwca 2012

Pamiętacie, skąd podnosił reprezentację Polski Franciszek Smuda? Leżała na przedostatnim miejscu w grupie eliminacji do mundialu, tylko nad listonoszami i bankowcami z San Marino. Od tamtej pory przeobraziła się w drużynę, która z 14 meczów przegrała ledwie jeden. I dała powody sądzić, że w przeciwieństwie do grup Engela, Janasa i Beenhakkera dorosła do wyzwania na miarę imprezy rangi mistrzowskiej.

Doceńmy to.

Owszem, Smuda nie budował na gołej ziemi. Miał szczęście, że rozkwitnął mu Kuba Błaszczykowski, który wystrzelił dzisiaj pocisk na miarę najpiękniejszego gola turnieju. Miał szczęście, że rozkwitnął Robert Lewandowski - klasę dortmundczyka dostrzegaliśmy nawet, gdy w klatce zamykali go Aleksiej Bieriezucki i Siergiej Ignaszewicz, czyli najlepiej znająca się para obrońców na Euro, od 2004 roku rozgrywająca obok siebie kilkadziesiąt meczów w sezonie - i w CSKA Moskwa, i reprezentacji kraju (choć niekoniecznie w środku defensywy).

Nie szczęściu jednak nasi piłkarze zawdzięczają, że wreszcie nie odstają od przeciwników fizycznie. Rosjanie, pomimo reputacji zwierzęco wytrzymałych, ani przez chwilę nie wydawali się silniejsi, szybsi, bardziej zdecydowani.

Nie szczęściu piłkarze zawdzięczają, że nie odstają taktycznie. Dziś utwierdziłem się w przekonaniu, że Smuda w meczu z Grecją nie stracił głowy, lecz działał na chłodno (inna sprawa, czy miał rację). Na Rosję przygotował precyzyjny plan, a drużyna skrupulatnie go realizowała. Wzniosła przed własnym polem karnym wieloosobową zaporę, nie rwała się do brawurowych ataków, cierpliwie wyczekiwała na ruch Rosjan. Działało. Szybkonodzy rywale nie szusowali między polskimi nogami tak, jak szusowali między czeskimi. Tak mądrze za kadencji obecnego selekcjonera Polacy jeszcze nie grali. A w tę mądrość wątpiłem najmocniej.

Nie szczęściu piłkarze zawdzięczają, że zdołali zachować pełną synchronizację ruchów, choć jest wśród nich najwięcej - na tle wszystkich finalistów Euro 2012 - ludzi, którzy poznali się kilka chwil temu, ewentualnie miesiącami lub latami leczących kontuzje. Jeszcze raz przywołajmy Bieriezuckiego i Ignaszewicza, ćwiczących się w telepatycznej komunikacji przez osiem lat wspólnego grania.

Nie szczęściu piłkarze zawdzięczają, że wreszcie wyglądają na świadomych, w jakim celu zostali na mistrzostwa wzięci. Tworzą drużynę. Pełną kłujących w oczy przywar, ale drużynę.

Nie szczęściu wreszcie piłkarze zawdzięczają, że ich szef sprawia wrażenie postępującego racjonalnie. Rozgrywa turniej. Remis w pierwszym meczu mu odpowiadał (biorąc pod uwagę przebieg wydarzeń), więc nie parł po triumf za cenę zwiększenia ryzyka porażki. W drugim pożądał już zwycięstwa, więc interweniował odważniej - aż dwie z trzech jego zmian miały wzmocnić ofensywę.

Jeszcze nie wiemy, czy nasi się dokopią do ćwierćfinału, ale już wiemy, że przeżywamy najpiękniejszy futbolowy turniej w XXI wieku. Koniec z nieśmiertelnymi meczami o zachowanie twarzy, trzeci mecz wreszcie będzie miał gigantyczną stawkę. Na razie jestem wdzięczny selekcjonerowi przede wszystkim za to - uwolnił mnie od tortury oglądania bojów o honor.

sobota, 09 czerwca 2012

Euro 2012, reprezentacja Polski, Franciszek Smuda

1) Pytanie o Franciszka Smudę. Czy wczoraj nie reagował, bo uważa każdego rezerwowego za atrapę prawdziwego piłkarza (moje przypuszczenie), czy sparaliżowała go powaga wyzwania (teoria Czadobloga)? Jak zniesie krytykę, skoro generalnie, nawet w czasie wprawek towarzyskich znosi ją z trudem, jak wpłynie na jego osąd i zdolność do racjonalnego podejmowania decyzji? Zwłaszcza że nasi eksperci zgodnie ze starą nadwiślańską tradycją słów nie ważą, już wydają werdykty podsumowujące i krzyczą o więcej niż kompromitacji, zapewne nie zastanawiając się, czy przy klęsce 0:3 nie zabrakłoby im skali...

2) Pytanie o taktykę. Czy nękanie rywala wysokim pressingiem, które nasi stosowali w pierwszej połowie inauguracji z Grecją, w zderzeniu z Rosją nie sprowadzi na nich nieuchronnego nieszczęścia? Czy nie powinni grać gęściej na tyłach i bliżej swojej bramki, by ograniczyć wolność rozszalałym Arszawinom i Dzagojewom? Czy w głowie selekcjonera w ogóle jest schowany jakikolwiek wariant gry alternatywny?

3) Pytanie o kondycję i motorykę. Wszyscy widzieliśmy, że nasi w końcówce spuchli, a Rosjanie z Czechami biegali potem jak nakręceni. Czy wyglądało to tak źle z powodu spartaczonych przygotowań, czy jednak miały znaczenie okoliczności - mecz otwarcia toczył się pod dachem w potwornej duchocie, a mecz we Wrocławiu później i przy przyjemniejszej pogodzie? Czy porównywanie poziomu obu widowisk nie ma aby ograniczonego sensu, bowiem Grecy uprawiają futbol wybitnie przykry dla przeciwnika i ładnie nie zagra z nimi nikt, nawet rozochoceni piłkarze Dicka Advocaata w formie z piątku?

4) Pytanie o bramkarza. Kto wejdzie między słupki w meczu z Czechami, jeśli Przemysław Tytoń zagra z klasą przeciw Rosji? Czy nie okazuje się on fachowcem solidniejszym niż Wojtek Szczęsny, którego gole puszczane w Arsenalu odruchowo tłumaczyliśmy niestabilnością jego defensywy, nie dowierzając statystykom umieszczającym go w dołach rankingu bramkarzy ligi angielskiej? Z drugiej strony - jeden mecz ma obalić hierarchię w bramce?

5) Pytanie o Roberta Lewandowskiego. Czy niezależnie od wyników Polski nie utwierdzi wysłanników wielkich firm, że już teraz warto na niego wyłożyć dziesiątki milionów euro? Włosi upierają się, że pilnie potrzebujący napastnika Juventus poważnie myśli o piłkarzu Borussii, a trener Antonio Conte siedział wczoraj na trybunach Stadionu Narodowego właśnie po to, by celowi transferowemu przyjrzeć się z bliska. Łatwo zresztą wyobrazić sobie taki scenariusz - nasi odpadają w fazie grupowej, ale Lewandowski strzela każdemu przeciwnikowi i zostaje gwiazdą turnieju.

6) Pytanie o Łukasza Piszczka. Czy wreszcie przestaniemy wątpić i wmawiać sobie, że wspaniale atakuje, lecz przeciętnie broni, co czyni go graczem na swojej pozycji niepełnowartościowym? Panie Mourinho i cały Realu Madryt, przyjrzyjcie się, to naprawdę czołowy prawy obrońca w Europie;-)

7) Pytanie o kibolstwo. Sądziłem, że zgodnie z dobrą tradycją turniejów reprezentacyjnych obędzie się bez poważnych incydentów, ale rosyjscy bandyci już pobili stewardów we Wrocławiu. Jak będzie we wtorek w Warszawie? Wściekałem się na skandalicznie nierzetelny, nakręcony w jadowitym stylu propagandowych materiałów Michaela Moore’a, dokument BBC, ale Euro 2012 jeszcze się nie zaczęło, a kapitan Holendrów Mark van Bommel już opowiedział światu o rasistowskich odgłosach jakichś małpiszonów z Krakowa wymierzonych w jego kolegów i zagroził, że w razie powtórki jego drużyna zejdzie z boiska. Robi się niedobrze - wystarczy kilka podobnych skandali, byśmy ponieśli wizerunkową klęskę, zagranica naprawdę nie będzie przeprowadzała wnikliwych badań, czy biała siła to u nas margines, czy trzon kibicowskiej społeczności. W Austrii, Szwajcarii czy Niemczech takie incydenty się nie zdarzały...

piątek, 08 czerwca 2012

Polska - Grecja. Manekiny Franciszka Smudy

Dotąd na własnych trawach zawsze z Grecją rozprawialiśmy się jak chcieliśmy, wygraliśmy wszystkie osiem meczów, przyłożyliśmy jej 22 golami, strat własnych niemal nie notowaliśmy. Oparła się naszym piłkarzom dopiero wtedy, gdy nadszedł ten najważniejszy dzień. Gdy okoliczności wybitnie Polakom sprzyjały, ba, przed przerwą przecieraliśmy oczy, bo ludzie Franciszka Smudy długimi okresami dominowali totalnie. Ale i tak, cytując wściekłego Artura Boruca, wszystko spieprzyli. Spieprzyli, bo na wygodniejszą drogę do zwycięstwa możemy już podczas Euro 2012 nie wjechać. Na szczęście nieobecny bramkarz wystrzelił z siebie tamte pamiętne słowa po całym turnieju, a teraz nadal zachowujemy szanse, by całą imprezę podsumowywać ładniejszymi słowy. Doceńmy, że po poniesionych w zawstydzającym stylu porażkach z Koreą i Ekwadorem oraz planowej z Niemcami, reprezentacja wreszcie rozpoczęła turniej od zdobycia punktu. Nie zdarzyło się od 1986 roku.

W ogóle popołudnie przebiegało niezwyczajnie. Przywykliśmy, że bohatersko reagują na niebagatelne wyzwania tylko nasi bramkarze, na mundialu w 2006 i mistrzostwach kontynentu w 2008 roku godnie wypadł jeden Boruc. W Wojciechu Szczęsnym widzieliśmy jego naturalnego następcę, ale satysfakcjonująco, delikatnie mówiąc, nie wypadł. Uwijać się między słupkami nie musiał, w godzinie próby zawiódł. Na szczęście klasowi golkiperzy chodzą u nas stadami, Przemysław Tytoń dokonał nieprawdopodobnego. Nie umiem wyłowić z pamięci poprzedniego ważnego meczu, w którym rezerwowy obronił rzut karny natychmiast po wejściu na murawę, tuż po odesłaniu do szatni bramkarza podstawowego.

Jeszcze trudniej byłoby nam zapewne odnaleźć trenera, który w godzinie próby ze zmianami nie tyle zwleka, co całkiem z nich rezygnuje. Nasz nie dokonał dziś żadnej, wyjąwszy wymuszoną przez czerwoną kartkę, dostał zatem spektakularną odpowiedź każdy, kto zastanawiał się, czy selekcjoner podziela powszechne przekonanie, że w rezerwie trzyma atrapy reprezentantów Polski. Tak, Franciszek Smuda najwyraźnieje truchleje na samą myśl o najdrobniejszej roszadzie w składzie, wszystkie nadzieje pokłada w wyselekcjonowanej dziesiątce graczy z pola, aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy czyjeś członki nie wytrzymają albo pojawią się następne zawieszenia za kartki. Rezerwowi piłkarze też już wiedzą, ile zaufania ma do nich szef, wymowniej działać w swojej bezczynności nie mógł. Ewentualni zmiennicy to na razie fakty statystyczne, a nie żywi ludzie.

Smuda będzie musiał ich uczłowieczyć, turnieju nie sposób przetrwać bez dłubania w podstawowej jedenastce. To musi niepokoić, bo nawet w tej podstawowej dostrzegamy trwałość dawno ustalonej hierarchii. Liczyliśmy, że skupienie przeciwników na trójkącie dortmundzkim da oddech, przestrzeń i swobodą przeciwległemu skrzydłu, ale płonne nasze nadzieje, niebezpiecznie nacieraliśmy tylko prawym, na drugim prawie nie wiało. Dysproporcja między flankami jest ogromna, mamy drużynę przechyloną jak krzywa wieża w Pizie, Boenisch z Rybusem mniej znaczą i w ofensywie, i w defensywie. Na razie nikt zaskakująco nie rozbłysnął, wszyscy grają na spodziewanym poziomie, przed przerwą trochę ponad moje oczekiwania kopał tylko Rafał Murawski - śmielszy niż w sparingu z Andorrą - ale w drugiej połowie i on zgasł.

W ogóle wszyscy Polacy w końcówce stracili werwę, oby znów nie okazało się, że porządne przygotowanie fizyczne do turnieju przekracza nasze możliwości. Duchota była na Narodowym potworna, fakt, zresztą z przedmeczowej mowy ciała selekcjonera - dyskutującego z naszym szpiegiem Hubert Małowiejskim - wywnioskowałem, że niezbyt podoba mu się zasunięty dach. Idealnego mikroklimatu do grania w piłkę nie zapewnił, to też fakt. Ale do licha, to dopiero pierwszy mecz.

Podstawowy wniosek po inauguracji? Jesteśmy być może najbardziej obnażoną drużyną na Euro, nawet jeśli możemy zwyciężać, to raczej nie możemy nikogo zaskoczyć. Co zresztą nie w każdym sensie stanowi wadę. Od greckich dziennikarzy przed meczem słyszałem, że myśleli tylko o obezwładnieniu Lewandowskiego - jako jednoosobową machinę oblężniczą poznała go już cała Europa, zagraniczne gazety zgodnie typowały wczoraj napastnika Borussii Dortmund na gwiazdę turnieju. A jednak rywale usidlić go nie zdołali. Dopiero w drugiej połowie odcięli naszego lidera od podań i o golach mogliśmy zapomnieć.

Im bardziej opadały emocje, tym intensywniej docierało do mnie, ile błędów popełnili na Narodowym piłkarze. U naszych do przerwy lubiłem agresywny pressing na wrogiej połowie, u obu stron irytował mnie odsetek niecelnych podań, wysoki pomimo nad wyraz ostrożnego rozwijania akcji zaczepnych. To w żadnym razie nie był futbol imponującej jakości, obawiam się, że w następnych meczach do zdobywania punktów będziemy potrzebowali jakości ciut więcej.

Może się okazać, że będą musieli zademonstrować ją rezerwowi. Ludzie, którym nawet Smuda nie ufa.

poniedziałek, 07 maja 2012

ekstraklasa

Podsumowałem w felietonie do dzisiejszej „Gazety” sezon, w którym było mnóstwo emocji - pozytywnych i negatywnych, małych niespodzianek i wielkich sensacji, ale też bylejakości i gwałtownych ruchów na klubowych szczytach zwiastujących ciężkie czasy dla potentatów. Ciężkie czasy rozumiane tak, że nie widać, by ktokolwiek serio budował trwałą siłę na miarę Champions League. Zapraszam do lektury.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi