Wpisy z tagiem: wisła kraków

środa, 02 marca 2016

Wisła Kraków

Bogusław Cupiał od lat biednieje – jego blisko dwumiliardowy majątek skurczył się o 75 proc., do półmiliardowego – a wraz z nim biednieje Wisła Kraków, która konsekwentnie stacza się też w ligowej tabeli. Wiadomo, cieńki portfel to ciency piłkarze.

Szczególne okoliczności wymagają szczególnych metod działania. I trzeba klubowi oddać, że radzi sobie z kryzysem oryginalnie.

W procesie z pośredniczącym w handlu piłkarzami Adamem Mandziarą Wisła przegrała 3 mln złotych.

Prawna bijatyka z bułgarskim napastnikiem Cwetanem Genkowem kosztowała ją 2 mln zł.

Szarpanina z serbskim bramkarzem Milanem Jovaniciem – 2 mln zł z okładem.

Trenerowi Franciszkowi Smudzie sąd nakazał wypłacić ponad 1 mln zł.

Wreszcie dzisiaj rozjemcy przy PZPN rozwiązali z winy klubu kontrakt karnie – i, jak się okazało, bezprawnie – relegowanego do rezerw Radosława Cierzniaka. Bramkarz, który jesienią nie wyszedł spomiędzy wiślackich słupków nawet na chwilę, przejdzie zatem do Legii za darmo, co oznacza kolejną stratę. Około ćwierć miliona złotych.

Tylko na przywołanych sprawach Wisła straciła 8,5 mln. Dałoby się za to przez dwa sezony utrzymać z sześciu bardzo przyzwoitych ligowych piłkarzy. Albo ze trzy autentyczne gwiazdy. Ludzi, których może zabraknąć w batalii o utrzymanie.

Wisła inwestuje jednak gdzie indziej. Chyba nikt w tzw. ekstraklasie nie zatrudniał w minionych latach tylu prezesów i wiceprezesów, dyrektorów i wicedyrektorów, ewentualnie p.o. prezesów lub dyrektorów. Nikt równie zapamiętale nie wywija też stołkiem trenerskim – od 2010 r. krakowianie wymieniali szkoleniowców 10 razy. Legia miała ich w tym okresie sześciu. Lech – pięciu. Zresztą jeśli zanalizujemy minioną dekadę, proporcje będą identyczne. Skutki widzimy w tabeli – jesienią Wisła wylała Kazimierza Moskala, który trzymał drużynę w czołówce, żeby jego następcy w siedmiu kolejkach wyskrobali jeden (!) punkt. Majstersztyk.

Lata temu prorokowałem na łamach „Gazety”, że wszystko zmierza ku upiornemu finałowi – Cupiał spuści Wisłę z ligi. Prorokowałem bez satysfakcji, do jego klubu dzięki bajecznej erze Henryka Kasperczaka czuję olbrzymi sentyment. Rzeczywistość wykracza jednak dalece poza to, co umiałem sobie wyobrazić, bo sądziłem, że istnieje maksymalna liczba wpuszczonych do klubu sabotażystów, że po jej przekroczeniu właściciel pójdzie po rozum do głowy.

Najwyraźniej maksymalna liczba sabotażystów nie istnieje. Wisła miała, jak hucznie ogłaszała, wprowadzać u siebie wysoką kulturę korporacyjną – też brzmi podejrzanie, ale przynajmniej brzmi jakoś – a miotają nią menedżerowie o kompetencjach, które prawdopodobnie nie wystarczyłyby do zarządzania warzywniakiem. Ten klub nie tonie z nędzy finansowej, ten klub ciągnie na dno nędza umysłowa.

czwartek, 13 lutego 2014

Z okazji jutrzejszego wznowienia rozgrywek wyłuskuję z czołówki akurat Legię oraz Wisłę – rozdzielone w tabeli przez Górnika – nie dlatego, że to największe marki minionych kilkunastu lat, ale powodowany właśnie dzielącą je przepaścią. To te kluby najbardziej sugestywnie reprezentują agresywną przyszłość i rzężącą przeszłość tzw. ekstraklasy.

Legia rozwija się, a Wisła zwija, żarłoczna biznesowo Legia wciąż zwielokrotnia finansową przewagę nad konkurencją, niedożywiona Wisła ledwie dycha. Pasibrzuch i kościotrup. Aż niepokojąco wyglądają przy jednym stole.

Legia plądruje głównych konkurentów, jak na polskie standardy zwerbowała kadrę bez granic, zasila ją i luksusowymi transferami, i młodzieńcami w typie Koseckich, Żyrów, Bereszyńskich czy Łukasików, którzy mają być jutrem reprezentacji Polski. Wisła zbiera złom, eksploatuje wciąż te same 13-14 nazwisk, których właściciele gwiazdorzyli wczoraj, i to odległe wczoraj – jak Brożek z Gargułą, do których dołączył Stilić, a wkrótce dołączy jeszcze Dudka, wszyscy wyrywani z wielu miesięcy bezruchu. Piękni dwudziestoparoletni kontra brzydcy trzydziestoletni. Odrzuceni przez zagranicę kontra szykujący się do podboju zagranicy oraz ci, którzy już ją podbili. Obecni kadrowicze kontra byli kadrowicze.

Legię wziął zimą Henning Berg, jedyny w tzw. ekstraklasie triumfator Ligi Mistrzów, przez zwierzchników zachwalany jako zupełnie nowa jakość – trener jeszcze niezbyt doświadczony, ale ponoć z wizją, mający panować nad wszystkimi grupami wiekowymi i w ogóle organizować całą sportową przestrzeń klubu. Wisłę prowadzi Franciszek Smuda, przygarnięty z dna drugiej ligi niemieckiej, przez rodaków zelżony po niepowodzeniu na Euro 2012 – fachowiec aż nazbyt doświadczony, dla wielu uchodzący za ucieleśnienie zacofania nadwiślańskiego trenerstwa. Laptop kontra obcęgi.

Legią rządzi Bogusław Leśnodorski – pozuje na dynamicznego i nowoczesnego, to prezes rozgadany, brylujący wszędzie, gdzie zaproszą, chyba bardziej rozpoznawalny niż czołowi piłkarze. Wisłę wciąż trzyma Bogusław Cupiał – ociężały biznesmen starej daty, wycofany i milczący, unikający nie tylko kamer, ale nawet wywiadów prasowych, z gwiazdami boiska na popularność nigdy nie konkurował. Stolica kontra osada Myślimira.

Gdzie nie spojrzeć, tam obie firmy dzieli bariera niemal cywilizacyjna, stąd drobne sześć punktów różnicy w tabeli wygląda jak akt oskarżenia Legii i hołd złożony Wiśle, przecież to powinien być wyścig batmobilu z hulajnogą, chciałem powiedzieć – stale ulepszanego batmobilu z wielokrotnie reperowaną hulajnogą. Wiosną nic się nie zmieni. Od warszawskiej drużyny oczekujemy nie tyle seryjnego wygrywania, ile europejskiej elegancji w stylu gry, pozwalającej uwierzyć, że latem w pucharach nie będzie znów wyglądała prowincjonalnie, ze swoją infantylną taktyką i mentalnością. Od krakowian nie wypada wymagać w zasadzie niczego, w przeciwieństwie do lidera mogą zaskakiwać tylko pozytywnie.

Oba kluby dzieli niemal wszystko, ale łączy wyrazistość, w jednym wynikająca ze statusu lokalnej potęgi, w drugim – z zaludniających go osobistości, wciąż u nas rozpoznawalnych i wywołujących emocje. Co tu dużo gadać, powrót na podium weteranów Smudy, braci Brożków, Garguły, Stilicia, Dudki czy Głowackiego to byłoby przedstawienie unikalne, takiej zbiorowej podróży z zaświatów w lidze nie podziwialiśmy. Panie trenerze – najznakomitszy polski trenerze minionych dwóch dekad – niech pan pamięta, że szlachectwo zobowiązuje.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Całkiem niedawno ogłaszaliśmy ostateczny kres krajowej dominacji krakowskiego klubu, teraz nasza jedyna futbolowa potęga w XXI wieku zjeżdża na następny etap – znacznie bardziej ponury, być może z zagrożeniem samej egzystencji. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj. Leży za płatną ścianą.

PS A tutaj znajdziecie wywiad z Marcinem Dorną, szefem reprezentacji olimpijskiej, być może zwiastunem nadejścia nowego pokolenia trenerów, które zbliży naszą piłkę do europejskich standardów. Też za ścianą płaczu, ale też polecam.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Manchester City - Manchester United

Pobloguję długodystansowo, a jakże, nie mam alternatywy. Nie mam alternatywy, odkąd zorientowałem się, że kiedy od futbolowego hiciora dzielą mnie jeszcze całe godziny i siłą woli bezskutecznie staram się przyspieszyć pracę zegarów, najlepszą metodą na przetrwanie jest kompulsywne stukanie w klawiaturę. Od razu przyznam się niepatriotycznie, że klasyk angielski kręci mnie dziś bardziej niż polski, również dlatego, że wyspiarze tłuką się o wielką stawkę, a pod Wawelem tylko piłkarze Cracovia mają jeszcze powód, by się pocić.

17.27. Do niedawna derby Manchesteru łączył z derbami Krakowa charakter relacji między klubami. W obu zachłannie pożerający trofea potentaci (United, Wisła) mierzyli się z ligowymi przeciętniakami, którzy w swoich krajach panowali albo w futbolowej starożytności (City), albo w epoce lodowcowej (Cracovia). Ostatnio jednak oba miasta pomknęły w przeciwnych kierunkach. Angielskie się wzbogaciło - City doścignęło United finansowo i sportowo, więc derby przeobraziły się w mecz o tytuł. Polskie zubożało - właściciel Wisły oszczędza, a jego piłkarzy obniżyli poziom, choć jeszcze nie na położyli się przy Cracovii.

17.42. Także cała liga angielska oddala się od polskiej, i to bynajmniej nie piję do poziomu gry, lecz obfitości podstawowych w futbolu atrakcji. Oto w Premier League - do niedawna pełnej taktycznych klinczy, bo dyktatowi José Mourinho i Rafy Beniteza podporządkował się nawet Alex Ferguson - albo podupadła sztuka defensywy, albo trenerom zmieniły się priorytety. Szlagiery przypominają tam naloty dywanowe, i to na ofiary niemal bezbronne - w jesiennych derbach Manchesteru City nokautuje United 6:1, United aplikuje osiem goli naszemu Wojtkowi Szczęsnemu, Arsenal z Chelsea zabawiają się na wynik 5:3, derby północnego Londynu piłkarze ozdabiają siedmioma bramkami, w poprzedni weekend na Old Trafford gospodarze zabawiają się z Evertonem etc.

W ogóle nastał na murawach czas tak upstrzony fajerwerkami, że pozwoliłem sobie nazwać go szumnie wystrzałową erą futbolu. Niestety, nie w Polsce. Niewiele jest lig na kontynencie - o ile jeszcze jakieś się ostały, nie mam czasu teraz sprawdzać - w których piłka wpada do siatki rzadziej. U nas zwłaszcza w tzw. hitach nie zdarzają się wariackie wymiany ciosów, a przyszły mistrz, kto by nim nie został, będzie prawdopodobnie najrzadziej strzelającym od wyłonionego w sezonie 1984/85, w którym Górnik Zabrze w 30 kolejkach wydusił 38 bramek.

17.59. Stadion Wisły to w ogóle jeden z najsmutniejszych, tamtejszym fanom można tylko współczuć. Zanim ich piłkarze pobili przed dwoma tygodniami ŁKS, grali u siebie na 0:0 z Legią, 0:0 z Lechem, 0:1 z Koroną, 0:1 z Polonią, 1:0 z Widzewem, 0:1 z Górnikiem, 0:1 z Cracovią (to wyjazd, ale niezbyt odległy), 0:1 z Podbeskidziem. Między połową października a połową kwietnia widzieli jednego marnego gola dla swoich. I niewiele więcej dla rywali... Martwa cisza. Za Cupiała jeszcze niesłyszana.

18.18. Gdybym miał złożyć manchesterski dream team, to powołałbym jedenastkę: Hart - Valencia, Kompany, Vidić, Evra - Yaya Toure, Scholes - Nani, Rooney, David Silva - Aguero. Wiem, że do zatracenia ofensywna, ale nie umiałem się powstrzymać przed zmieszczeniem w niej ekwadorskiego pędziwiatra, choćby za cenę wycofania go pod własną bramkę. A wasze propozycje? Blogowe forum jest długie, szerokie i głębokie;-) Krakowskiego odpowiednika nie stworzę, bo na Cracovię spoglądałem tylko incydentalnie. Nie znam się.

18.37. Nie umiałem przemóc się, żeby  w ogóle rozważać umieszczanie w mojej wirtualnej superjedenastce Carlosa Teveza. Sportowo zasługuje, jego styl gry bardzo lubię, ale cała reszta - sami wiecie, jaka - mnie mierzi. Precz z graczami, dla których stanem naturalnym jest niesubordynacja i którzy sądzą, że są więksi niż klub, poradzimy sobie sami. Tak czy owak jeden poważny ośrodek badawczy ocenia, iż Argentyńczyk był w kwietniu najlepszym po Leo Messim piłkarzem czołowych lig europejskich. W Krakowie już grają, więc ze stadionu płyną dźwięki przypominające kanonadę z broni palnej. Ot, urok naszych trybun, zdominowanych przez mniejszość niezbyt zainteresowaną futbolem, za to sławiącą samą siebie ze skupieniem i zapałem, za przeproszeniem, nałogowego onanisty.

18.59. Wisła prowadzi 1:0. Pierwszy gol w sezonie Maora Meliksona, czyli jedynego obcokrajowca z polskimi korzeniami, którego naprawdę chciałem widzieć przeszczepionego - z różnych powodów - do naszej reprezentacji. To był pierwszy celny strzał w derbach Krakowa, bo pierwsza połowa generalnie wygląda jak materiał dowodowy dla oskarżenia polskiej ligi o absolutną niezdolność do utkania ataku pozycyjnego. To jej największa zmora. Ale przynajmniej pasję do grania na Reymonta mają.

19.17. Przerwa. Za 45 minut gry Cracovia spadnie, zastąpi ją pewnie Nieciecza. Sądziłem, że rozwijająca się ekstraklasa przestanie wpuszczać drużynki z wygwizdowa, tymczasem wpuści wygwizdowo bezprecedensowo wyludnione. Ktoś wie, czy kiedykolwiek wcześniej do najwyższej ligi dostał się klub w sensie dosłownym wiejski?

Co do Wisły, to upieram się przy niemożliwej do udowodnienia tezie, że gdyby Cupiał nie pogonił Maaskanta, to wciąż walczyłby o mistrza. A z dyrektorem sportowym Bednarzem, który stęka w telewizorach, jak jest ciężko, i sam sobie osłabia przyszłą pozycję negocjacyjną opowieściami o masowym skupowaniu Polaków, przyjemnej przyszłości krakowian wyobrazić sobie nie umiem.

19.34. Wdepnąłem w przerwie w tekst, który jest dowodem, że mamy wystrzałową erę futbolu - Premier League idzie na rekord. A tutaj przeczytacie gazetową zapowiedź o manchesterskich „Derbach dla masochistów”. (W Krakowie znów przerwa w grze. Trzeba kibolskim onanistom oddać, że mają bardzo udaną wiosnę, co ważniejszy mecz, to się wpychają na pierwszy plan, orgazm za orgazmem).

19.50. Za Gervasio Nuneza, którego nie znoszę, wchodzi Radosław Sobolewski, najbardziej szanowany przeze mnie wiślak. W grudniu skończył 35 lat, ale należy do piłkarzy, z którymi klub powinien przedłużać kontrakt dopóty, dopóki oni sami nie ogłoszą, że mają dość. Wiecie, gatunek reprezentowany też przez Frankowskiego, del Piero, Tottiego, Zanettiego, Giggsa etc.

20.05. Skład Manchesteru City: Hart, Zabaleta, Clichy, Kompany, Lescott, Barry, Yaya, Silva, Nasri, Tevez, Aguero.

Na tyłach głównie twarde chłopy z Północy, a z przodu błyskotliwość z Południa. Dla mnie gospodarze są faworytami - jak Wisłę przy oszczędzeniu Maaskanta widziałbym dziś w czubie polskiej tabeli, tak City bez zamętu wywołanego przez Teveza widziałbym dziś nad United w tabeli angielskiej. Będzie się działo!

20.13. Skład Manchesteru United: De Gea, Jones, Smalling, Ferdinand, Evra, Carrick, Scholes, Nani, Giggs, Park, Rooney.

Cholernie Ważny Mecz, czyli mój ulubiony koreański pracuś musi wziąć sprawy w swoje nogi. Będzie się działo!

20.19. Trener Roberto Mancini znów konsekwentny po swojemu. Balotelli miał zostać ostatecznie karnie odsunięty od murawy, a siedzi w rezerwie. Najnowsze wieści z jego niezwykle ciekawego życiorysu, transmitowanego na żywo przez tabloidy: Mario lubi się umalować na buzi, założyć na łepek perukę i odziać w damskie ciuszki. Całe szczęście, że przepisy precyzyjnie opisują strój boiskowy.

20.25. Zgodnie z przewidywaniami pojedynczy kop Meliksona wystarczył, że rozstrzygnąć i zesłać rywala o klasę niżej. Żegnam i przypominam, że Wisła tylko jednego gola w tym sezonie zawdzięcza Polakowi (w listopadzie Rafał Boguski ugodził z karnego Śląsk), Cracovia - ledwie cztery. To pod tym względem najmniej biało-czerwone kluby ekstraklasy.

A fajerwerki za pół godziny. Twitterowe statystyki Henry’ego Wintera: Grand occasion? Three more goals would make it 1000 this PL season. 25 games to go. Record is 1063. Current run-rate would take it to 1067.

20.42. Włoscy trenerzy panoszą się wszędzie, i to wszędzie na szczytach. W Serie A o tytuł walczą Antonio Conte i Massimiliano Allegri, w lidze rosyjskiej mistrzostwo właśnie obronił Luciano Spalletti, we francuskiej wiceliderem jest Carlo Ancelotti, na Champions League zasadza się Roberto di Matteo, w angielskiej sąsiadów zamierza zdetronizować Roberto Mancini. Ale ten ostatni powtarza, że jeden triumf go nie usatysfakcjonuje, że chce zostawić po sobie dziedzictwo, dzięki któremu będzie pamiętany przez kibiców City przez całą wieczność. Będzie się działo!

20.57. Zaczynamy. Jak to rozsądnie ujął Nick Hornby, w jednym z najdonioślejszych zdań w dziejach literatury: „Nic poza piłką nożną nie ma znaczenia”.

21.43. Krycie bywa chwilami tak zajadłe, że oni nie powinni być w stanie wymienić trzech podań z rzędu. Manchester United przyczajony, znów podziwiamy zdolność przeciwstawienia się rozgorączkowanym w ruchach rywalom Ryana Giggsa (w listopadzie skończy 39 lat) i Paula Scholesa (w listopadzie skończy 38 lat), jedynej takiej pary w wielkim futbolu. City dłubie i dłubie, ale idei na przedziurawienie defensywnej ściany gości nie ma - ewidentnie chce wyrzeźbić gola barcelońskiego, strzały spoza pola karnego nie wchodzą w grę, wtarabaniamy się do bramki razem z piłką.

Pamiętajmy, że remis to cholernie korzystny wynik dla United.

21.45. Ale do przerwy 1:0 dla City. Bramka po rzucie rożnym, ale właściwie też katalońska - tyle że w roli Carlesa Puyola wystąpił Vincent Kompany. Czy to nie jest najlepszy europejski gracz, który nie przyleci na nasze mistrzostwa?

22.00. W Fergusona niby nie wolno wątpić nigdy, ale... Jeśli United mają odrobić straty, to chyba tylko serduchem.

22.52. City wygrywa 1:0. Lapidarnie to ujmując: piłkarze United usiłowali uwiesić się na Yaya Toure, a on chyba nawet nie zauważył, że ich strzepnął. Nie musiał się ruszać, po prostu wciągnął trochę więcej powietrza do płuc.

22.55. Ani prądu, ani prędkości w drugiej linii MU. Żywszy był Alex Ferguson, kiedy wyrwał w kierunku Manciniego. Jego ludzie nie oddali w ligowym meczu celnego strzału po raz pierwszy od maja 2009 roku.

23.04. Przed City jeszcze Newcastle (wyjazd) i QPR (dom) - pierwsi walczą o Ligę Mistrzów, drudzy o utrzymanie. Przed United Swansea (dom) i Sunderland (wyjazd) - nie walczą o nic.

23.23. Wykrakałem w styczniu, że Manchester United może nie zdobyć żadnego trofeum w tym sezonie i musieć przełknąć najbardziej przykry sezon od połowy lat 90. Jeśli Giggs ze Scholesem okażą się śmiertelni, to mogą nastać dla nich ciężkie czasy. Para Vidić - Ferdinand też już nie ożyje. Biednie.

A Manchester City to taki buldożer z gracją, który jeszcze spotężnieje.

00.04. Pomyślcie o następnej Lidze Mistrzów: „nasza” Borussia Dortmund i latynoski Manchester City, które już nie powtarzają błędów debiutanta; Paris Saint Germain jako kolejna firma na bliskowschodnim dopingu; wraz z nią być może Malaga; złamane w tym sezonie supermocarstwa barcelońskie i madryckie; powrót Juventusu; Arsenal być może już bez dużych personalnych strat poniesionych lat; dyszący żądzą odwetu Manchester United. A jeszcze Bayerny, Milany, być może Intery i inne takie... Będzie się działo!

00.47. Anglicy donoszą, że Kompany wciąż sterczy pod stadionem i rozdaje autografy. Teraz, dwie godziny po meczu.

sobota, 07 kwietnia 2012

Legia Warszawa, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Polonia Warszawa

Gdyby Ruch dopłynął do mistrzostwa, wywołałby największą ligową sensację w XXI wieku, przecież nawet Zagłębie Lubin 06/07 napędzały lokalne gwiazdki w typie Iwańskiego czy Arboledy (obaj wówczas w swojej szczytowej formie) oraz Łukasz Piszczek (11 goli), tymczasem chorzowianie  ważnych chwilach polegają na pięknych trzydziestoparoletnich Zieńczuku, Malinowskim, Grzybie, Szyndrowskim, Niedzielanie, Strace czy Abbocie. Urocza byłaby to fabułka, chyba większość kibiców lubi małe biedne łódeczki wywracające wielkie bogate okręty.

Dziś na Łazienkowskiej goście przegrali jednak m.in. wskutek grzechu typowego dla piłkarzy, którzy zdołali dopłynąć nadspodziewanie daleko, wezbrali przesadną odwagą w starciu drużyną dysponującą wyraźnie okazalszym potencjałem, połakomili się na zbyt wiele. Po przerwie ośmielili się zaatakować, zostawili za sobą wolną przestrzeń, zaprosili faworyta do kontrataku.

Mecz został rozstrzygnięty, ja po ostatnim gwizdku mimo wszystko odetchnąłem z ulgą, bowiem wobec obezwładniającej przewagi legionistów w indywidualnych umiejętnościach dotarło do mnie, że w eliminacjach Ligi Mistrzów drużyna tak ograniczona jak Ruch - jej sukces polegał na umiejętnym tych ograniczeń ukrywaniu, za co należy się trenerowi Fornalikowi najwyższe uznanie - byłaby niemal skazana na klęskę. I to skazana na klęskę poniesioną w obcym mieście, jej stadionu UEFA by nie zaakceptowała.

A Legia zdaje się skazana na tytuł również dlatego, że usiłują się jej opierać wyłącznie przeciwnicy ograniczeni - jak Ruch czy Korona Kielce. Rywale wielkomiejscy, z bogatymi właścicielami i/albo efektownymi stadionami, zgodnie z tradycją trwalszą już chyba niż zanikający gdzieniegdzie śmigus-dyngus, uprzejmie wrzucają granaty do własnych szatni.

Polonia Warszawa przeobraziła się w klub piłkarzy zrelaksowanych, bo świadomych, że dzierżą władzę absolutną, jak tylko nie spodobają im się kąpielówki trenera, to wystarczy przegrać półtora meczu, a Józef Wojciechowski czym prędzej irytująco odzianego szefa wyleje.

W Śląsku Wrocław, czyli mistrzu jesieni, wszyscy już wiedzą, że Zygmunt Solorz, którego piłka nożna interesuje mniej niż telewizja międzypodwórkowa w Niecieczy, bez zmrużenia oka odetnie im dopływ finansowego powietrza i pozwoli pójść na dno.

W Wiśle Kraków, czyli aktualnym mistrzu kraju, nie tylko wysechł inwestycyjny zapał Bogusława Cupiała, ale jeszcze na pokład wskoczył wiceprezes Jacek Bednarz, by natychmiast ogłosić przez megafony, że aktualnie zatrudnianych obcokrajowców błyskawicznie się pozbędzie (ależ musiał ich zmotywować do gry!), że w przyszłości będzie na zakupach preferował wyroby polskie (ależ musiał zmotywować sprzedawców do windowania cen!), że w następnym sezonie nie ma sensu marzyć o pływaniu powyżej środka tabeli (ależ musiał zmotywować fanów do wykosztowywania się na karnety!). Doprawdy, sabotażysta pierwszej wody, do zatopienia Titanica wystarczyłaby mu jedna konferencja prasowa.

Nie myślcie sobie, że Legię ciągnie do mistrzostwa Michael Phelps - ją też podtapiają, w połowie sezonu (w przededniu rundy wiosennej!) zabrali jej Komorowskiego, Borysiuka i Rybusa, czyli trzech ludzi z podstawowego składu, a ja wciąż nie mogę się doczekać informacji, czy gdziekolwiek w Europie szefostwo w podobnym momencie tak poharatało własną łajbę. Jeśli warszawska utrzymuje się na powierzchni sprawniej niż inni, to głównie dlatego, że sterują nią sabotażyści bardziej wstrzemięźliwi. Nic nowego pod słońcem, zżymałem się już tutaj wielokrotnie, że nasi potentaci nie są w stanie wypłynąć na szerokie europejskie wody, bowiem co sezon albo pół sezonu rozpoczynają naukę pływania od nowa, o żadnej konsekwencji, kontynuacji, długofalowości nie ma wśród nich mowy.

Patrzę, co wyprawiają zarządcy - zarządcy, nie piłkarze albo trenerzy! - polskich tzw. potentantów i przypomina mi się Eric Moussambani. Olimpijczyk z Gwinei Równikowej, który osiem miesięcy przed igrzyskami nauczył się pływać, w Sydney pierwszy raz w życiu zobaczył 50-metrowy basen, oczywiście zajął tam ostatnie miejsce, miał czas nieco słabszy niż beznadziejny. Ale osiągnął sukces. Nie utopił się.

niedziela, 11 marca 2012

ranking UEFA, Polska, Cypr

Kiedy piłkarze z Nikozji wstrzeliwali się rzutami karnymi w ćwierćfinał Ligi Mistrzów, pomyślałem o Wiśle wcale nie dlatego, że krakowianie nie dali rady APOEL-owi w kwalifikacjach. Przypomniałem sobie, jak chętnie tamto niepowodzenie tłumaczono zaawansowanym wiekiem oraz przesadną kosmopolitycznością kadry skompletowanej przez dyrektora sportowego Stana Valcksa. Zgodnie z powszechną potrzebą, by zjawiska zawiłe upraszczać i dla uspokojenia poudawać, że się je rozebrało na czynniki pierwsze, zanalizowało, pojęło.

Przypomniałem sobie jesienne biadania, bowiem APOEL pobił Lyon trzecią najstarszą - po Milanie oraz Interze - podstawową jedenastką w dziejach Champions League. Jej piłkarz przeżył do środy średnio 31 lat i 263 dni. Zagrali: Chiotis (Grecja, rocznik 1977), Poursaetides (Grecja, 1976), Paulo Jorge (Portugalia, 1980), Oliveira (Brazylia, 1981), Boaventura (Brazylia, 1980), Morais (Portugalia, 1984), Helder Sousa (Portugalia, 1977), Manduca (Brazylia, 1981), Charalambides (Cypr, 1981), Ailton (Brazylia, 1984), Solari (Argentyna, 1980).

Włożyłem do nawiasów narodowości, by podkreślić, jak wiele łączy kluby z Krakowa i Nikozji. Kiedy my wysłuchiwaliśmy, że drużyna zbyt wielobarwna, zdominowana przez obcojęzycznych najemników, jest na dłuższym dystansie czasu skazana na klęskę, nikozyjczycy, którym prognozowano raczej przycupnięcie na dnie tabeli, wyprzedzali w LM mistrzów Rosji (Zenit St. Petersburg), mistrzów Portugalii (FC Porto) i mistrzów Ukrainy (Szachtar). Dla sensacyjnych sukcesów zasłużyli się także Macedończyk Tričkovski, Portugalczyk Helio Pinto, Brazylijczycy Kaka i Marcinho oraz serbski trener Ivan Jovanović. Choć w ich szatni proporcje są nawet bardziej zachwiane niż w szatni krakowskiej - z autochtonów liczy się właściwie jeden Charalambides - to poza frajdą dla kibiców dzięki międzynarodowym popisom dostarczą także klubowi ponad 20 mln euro zysku.

Ani myślę wyciągać prostackiego wniosku, że sukces należy budować właśnie wedle nikozyjskiego wzorca. Przypadek APOEL-u dowodzi raczej, że prowadzi do niego nieskończenie wiele dróg. Wygrywają w Europie gracze podstarzali, ale też młodzieńcy z Bazylei czy madryckiego Realu. Wygrywa baskijska monodrużyna Athletic, ale też Benfica niemal pozbawiona Portugalczyków. Mamy pełną dowolność, niezbędne są tylko spójna strategia, cierpliwość i stabilizacja.

Mistrzowie Cypru działają w warunkach zbliżonych do polskich (na powyższym diagramie nasza pozycje w rankingu UEFA). Tubylców grających z klasą im brakuje (tyle że z powodów demograficznych, a u nas szkoleniowych), wraz z całą ligą na masową skalę importują cudzoziemców, ufają piłkarzom doświadczonym, muszą obracać w palcach każdy grosz. Chiotisa, Manducę, Solariego, Moraisa, Paulo Jorge’a, Poursaetidesa, Oliveirę, Boaventurę, Charalambidesa wzięli za darmo, za Heldera Sousę wyłożyli 90 tys. euro, znaczącą kwotę - 700 tys. euro - przeznaczyli na jednego tylko członka podstawowej jedenastki, brazylijskiego napastnika Ailtona.

Wszyscy kosztowali ich zatem 790 tys. Mniej niż Legia rzuciła na jednego Ivicę Vrdoljaka. Mniej niż wycisnęła ze swojego transferowego budżetu oszczędzająca Wisła.

Wyraźną różnicę między Nikozją a Krakowem widać przede wszystkim obok boiska - Jovanović rzeźbi zespół od 2008 roku (stąd jej synchronizacja ruchów, imponująca już w sierpniowym dwumeczu eliminacyjnym), a nasz klub w tym samym okresie zdążył już zatrudniać Macieja Skorżę, Henryka Kasperczaka, Roberta Maaskanta, Kazimierza Moskala i Michała Probierza. I tylko ten pierwszy zdołał wytrzymać na stanowisku uchodzące w tym fachu za minimum przyzwoitości dwa sezony.

Bogusław Cupiał od zawsze lubił żonglować trenerami, po przejęciu Wisły w 1998 roku najmował ich już 22 (nie liczę trenerów tymczasowych). Bezpieczniej nie rachować, ile miesięcy pracy wypadało średnio na głowę. Wynik będzie przygnębiający.

Cypryjscy właściciele też cierpieli na ADHD, szefa szatni wymieniali w tempie wiślackim. Aż przyszedł Jovanovic, który przetrwał dłużej niż jakikolwiek poprzednik od schyłku lat 80. Nie został wylany w 2010 roku, gdy stracił mistrzostwo kraju, nie zdobył pucharu, jego ludzie polegli w kwalifikacjach do Ligi Europejskiej.

Maaskant przegrać nie miał prawa. Wystarczyło kilka słabszych kolejek w ekstraklasie, by wyleciał. By Cupiał zapomniał o tytule, serii pięciu zwycięstw w Europie, trzech minutach dzielących Wisłę od awansu do LM, który odebrał jej dzisiejszy ćwierćfinalista.

Zmiana oczywiście niczego nie uratowała, krakowianie zaczęli zdobywać w kraju jeszcze mniej punktów - z ośmiu meczów po usunięciu Holendra wygrali ledwie trzy. A jak za chwilę wyproszony zostanie jeszcze dyrektor Valckx, Wisła znów zacznie od zera.

To naczelny problem polskiej ligi. Nigdzie nie udaje się projektu zacząć i skończyć, nigdzie nie akceptuje się przegranych bitew, by zwyciężyć w wojnie. Jeśli trener nawet osiągnie sukcesik, prędko pada jego ofiarą, bowiem rozochoceni zwierzchnicy nie tolerują wpadek, przecież nieuchronnych. Gdyby Jovanovic pracował w Wiśle i po debiutanckim sezonie w LM zaserwował Cupiałowi, tak jak się stało w Nikozji, sezon bez mistrzostwa kraju, bez krajowego pucharu i bez awansu do fazy grupowej LE, nigdy nie dostałby szansy na rehabilitację.

Skorża w Legii dostał. Sam w słuszność decyzji jego szefów wątpiłem, ale się myliłem - po sezonie beznadziejnym nastąpił, jak się wydaje, bardzo dobry. Ligowi rywale przed nowym samotnym liderem usłużnie się kładą; od półfinału Pucharu Polski oddziela warszawiaków już tylko Gryf Wejherowo; w europejskich pucharach kibice przeżyli kilka niezapomnianych wieczorów. Pomimo lekkomyślnej, graniczącej z sabotażem wyprzedaży kluczowych graczy w przededniu rundy wiosennej legioniści prą ku najładniejszemu sezonowi od pamiętnego 1995/1996, który uczcili ćwierćfinałem Champions League. A przede wszystkim stali się drużyną z tożsamością - o wyrazistym stylu gry i pomyśle na kadrę, opartym na imporcie doświadczenia i promowaniu lokalnej młodości.

Co oznacza, że Skorża zostanie w Łazienkowskiej na trzeci sezon. Gdyby został także na czwarty, czyli powtórzył wyczyn Jovanovicia, stałby się najdłużej pracującym trenerem w Legii od lat 70. W głowie się nie mieści.

piątek, 24 lutego 2012

Ile Polska znaczy w Europie

Z pucharów 2011/2012 nasze futbolowe kluby zostały już wyproszone, więc przeżyjmy to jeszcze raz: bezprecedensowe pięć z rzędu zwycięstw Wisły w eliminacjach Ligi Mistrzów; kilkaset sekund dzielących ją od awansu do Ligi Mistrzów; pokonanie przez krakowian APOEL-u, który zaraz potem rozszalał się w Lidze Mistrzów; zdumiewający legijny podbój Moskwy i wykopanie z Ligi Europejskiej serio mierzącego w trofeum Spartaka; zwycięstwa nad całą kupą drużyn reprezentujących kraje wyżej sklasyfikowane w rankingu UEFA (wspomniane APOEL i Spartak, Fulham, Gaziantepspor, Hapoel Tel Aviw, Rapid Bukareszt, Liteks Łowecz, Odense, Twente Enschede, Dundee United); awans naszej ekstraklasy w tymże rankingu z 24. na 20. pozycję, co zwalnia polskie kluby z katorgi grania w europucharach czerwcowego... Tak, to był najładniejszy międzynarodowy popis polskiej ligi od pamiętnego sezonu 2002/2003, ozdobionego przez Wisły rozjechanie wiadomych firm włoskiej oraz niemieckiej i wtargnięcie do 1/8 finału Pucharu UEFA.

Postęp cieszy, ale też przypomina, jak niewiele musiało nam w dziejach europejskich rozgrywek wystarczyć, by się uśmiechnąć. Najcenniejsze kontynentalne trofeum brały Crveva Zvezda Belgrad czy Steaua Bukareszt, finałowe starcia miały zaszczyt przegrać Malmoe, FC Brugge, Partizan Belgrad. Nasi doleźli ledwie do półfinału. Dwa razy.

Jeszcze marniej wyglądamy, jeśli zsumować dorobek we wszystkich międzynarodowych pucharach. W poniższym zestawieniu - sporządzonym z nieustępującej bezsenności, ktoś ma jakąś radę? - uwzględniłem wszystkie europejskie klubowe zmagania poza starożytnym Pucharem Miast Targowych (zbyt długo był mocno niereprezentatywny dla kontynentu), a trofea przypisywałem według aktualnej mapy - sukces Slovana Bratysława zabrałem Czechosłowacji, by oddać Słowacji; popisy Dynama Kijów sklasyfikowałem jako ukraińskie; sukces Dinama Tbilisi przyznałem Gruzji etc:

1) Włochy            28  trofeów     24 finałowe porażki

2) Hiszpania         28                22

3) Anglia              25                17

4) Holandia          11                  5

5) Niemcy            17                22

6) Portugalia         6                   9

7) Belgia               4                   7

8) Szkocja            3                   6

9) Ukraina            3                   0

10) Francja           2                 11

11) Rosja              2                    1

12) Szwecja          2                    1

13) Rumunia         1                    1

14) Gruzja            1                    0

15) Serbia            1                    1

16) Słowacja        1                    0

17) Turcja            1                    0

18) Węgry            0                    3

19) Austria           0                    2

20) Grecja            0                     1

21) Polska            0                    1

Greków postawiłem wyżej, ponieważ oni mieli swój Panathinaikos Ateny w ostatecznej grze najbardziej prestiżowego Pucharu Europy (lepszy w 1971 był tamten legendarny Ajax), a nasz Górnik Zabrze dopchał się do finału w pomniejszym, nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów (co więcej, zanim w 1970 uległ Manchesterowi City, pokonał Romę w losowaniu, co w sporcie, zgodzimy się chyba wszyscy, jest rozwiązaniem dość kontrowersyjnym). Generalnie w historii międzynarodowych igrzysk futbolowych odgrywały nasze kluby role drugoplanowe i trzecioplanowe, nawet odosobniony finał antypolscy komentatorzy mogliby podważyć, wymachując argumentami całkiem mocnymi.

Tak sobie napisałem późną nocą, a może raczej nad ranem, dla higieny kibicowskiej, bo wiem, że śnimy o potędze. Podobno utraconej potędze...

czwartek, 16 lutego 2012

Nie ma wyjścia, poblogować zwyczajnie wypada, bo wiosny z dwoma polskimi klubami w pucharach nie przeżyliśmy od 1971 roku - wtedy piłkarze Legii dotarli do ćwierćfinału Pucharu Europy, a piłkarze Górnika Zabrze do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Wiem, czasy się zmieniły, system rozgrywek zmienił się tym bardziej, te porównania mogą kogoś urazić - i to wcale nie dzisiejsze drużyny Macieja Skorży oraz Kazimierza Moskala. Jeśli jednak przypomnimy sobie, co w minionych latach wyprawiały przy ludziach (zagranicznych) nasze kluby (wyjąwszy oczywiście Lecha Poznań), powinniśmy być wniebowzięci. Zwłaszcza jesienne podbicie Moskwy przez warszawiaków zapadnie nam w pamięć na długo.

Zamierzam się tutaj udzielać do późnej nocy, ale z góry przepraszam za zmienną intensywność. Przerwy w nadawaniu są nieuniknione, bo dyżuruję dziś w redakcji, a trzeba zrobić trzy wydania „Gazety” - pierwsze bez Legii i Wisły, drugie już z Legią, trzecie z Legią i Wisłą. Zatem o wyrozumiałość apeluję.

15.03. Jak oszacować szanse naszych, nie mam pojęcia. Po pierwsze, stykamy się właśnie z tradycyjnym problemem polskich drużyn - do Europy wracają po długim zimowym odwyku od gry o stawkę, więc nawet ich trenerzy nie wiedzą, czego się po swoich ludziach spodziewać. Po drugie, wiarygodne prognozy utrudnia sytuacja u rywali - np. Sporting w szczytowej formie byłby w stanie nie zezwolić Legii na dotknięcie piłki, ale ostatnio grał źle lub beznadziejnie, aż wylany został trener. Czy nowy impuls lizbończyków ożywi? Standard też kuleje... Generalnie jest tak, że nasi teoretycznie trafiają na rywali w idealnym momencie, bo rywale kwiczą w kryzysie, a rywale trafiają na naszych w idealnym momencie, bo nasi mogli zapomnieć, co to znaczy podjąć na murawie krwawą walkę.

15.15. Legia z Wisłą walczą o swoją chwałę, ale też walczą dla całej ligi. Jesienią ekstraklasa awansowała na 20. pozycję w rankingu UEFA. Jeśli teraz nie spadnie poniżej 21., to wydłuży sobie wakacje - polskie kluby nie będą ryzykować czerwcowych wypraw na Kaukaz czy inne wygwizdowo, lecz będą zaczynać pucharową rywalizację w połowie lipca, co jest przywilejem przedstawicieli lig, że się tak wyrażę, co bardziej cywilizowanych. W czerwcu poważni piłkarze to byczą się na plażach.

15.31. Z rankingu wynika, że dziś powinniśmy również trzymać kciuki, by Schalke stłukło Viktorię Pilzno (bo Czechów depczemy po piętach w klasyfikacji UEFA) ścigamy, a Twente Enschede spuściło lanie Steaule Bukareszt (bo Rumuni ścigają nas). W każdym razie już teraz wiemy, że z rankingowego punktu widzenia bieżący sezon jest dla polskiej ligi najlepszy od sezonu 2002/2003.

15.49. Wszystkie zagadki Legii: Czy miał rację Skorża, twierdząc, że utracony Borysiuk był postacią absolutnie kluczową, czy tylko pozował na trenera wtrąconego w tarapaty poważniejsze niż się wszystkim wydaje? Ile warszawiacy zdołają wymyślić w ofensywie bez kontuzjowanego Miroslava Radovicia, który jesienią ustanowił klubowy rekord w europejskich pucharach, w siedmiu meczach strzelając aż siedem goli? Czy zaaplikowanie środków przeciwbólowych wystarczy, by Danijel Ljuboja pozostał błyskotliwym Ljuboją z poprzedniej rundy? Czy Maciej Rybus zechce się spektakularnie z Łazienkowską pożegnać, czy duchem będzie już przebywał w stolicy Czeczenii? Czy Rafała Wolskiego - 19-latka tyleż utalentowanego, co chimerycznego - nie będzie trzeba znów zdejmować z boiska przedwcześnie? Czy ponowne spolszczenie drużyny - zagra prawdopodobnie aż ośmiu naszych - jej nie zaszkodzi?

16.07. Wszystkie zagadki Wisły: Czy Kazimierz Moskal stał się prawdziwym szefem z wizją i charyzmą, czy będzie kolejnym, 1586. za czasów Bogusława Cupiała trenerem wybitnie tymczasowym, który prędko zostanie z powrotem zepchnięty w cień? Czy Michał Czekaj okaże się 20-latkiem wystarczająco dojrzałym, by poradzić sobie na poziomie międzynarodowym na środku defensywy, czyli w roli niezwykle odpowiedzialnej? Czy Maor Melikson znów rozkwitnie, zachwyci, sprowokuje do odnowienia kampanii wszczepienia go w reprezentację Franciszka Smudy?

16.28. Dzieje się. Przed chwilą Legia podpisała kontrakt z Nacho Novo (kolejny obcokrajowiec, którego nazwiska nie trzeba wstukiwać w gugla, żeby wiedzieć, kto zacz), a za chwilę ponoć podpisze - jak się dowiadujemy - z Ismaelem Blanco, 29-letnim argentyńskim napastnikiem, który ostatnio biegał po murawach meksykańskich, a wcześniej dwukrotnie był królem strzelców ligi greckiej. Zaraz będzie o tym info na portalu.

16.43. Choć nasze lokalne supermocarstwa - w XXI wieku absolutnie bezkonkurencyjne - będą miały dziś w kadrach kilkunastu Polaków, to do wyselekcjonowanej po miesiącach prób, najnowszej kadry Franciszka Smudy dostał się tylko Kuba Wawrzyniak - w dodatku w naszej narodowej jedenastce uchodzący za szczególnie fajtłapowatego. (Rybusa traktuję już po czeczeńsku).

17.15. Gdybyśmy gruntownie zanalizowali historię europucharów, to moglibyśmy stracić zaufanie do mitu o utraconej potędze polskiego futbolu i zacząć podejrzewać, że to mit wyrosły nie na rzeczywistości, lecz zmyśleniu.

Skoro krakowianie podejmują dziś Standard, to przypomnijmy, jak to było z Belgami - w 2009 r. Lech przegrał dwumecz z Club Brugge, w 2003 r. Wisłę wyeliminował Anderlecht, w 1991 r. GKS Katowice został znokautowany przez Club Brugge, w 1986 r. Górnika Zabrze nie dał rady Anderlechtowi, w 1982 r. Stal Mielec uległa Lokeren, w 1981 r. Widzew zebrał mocne cięgi od Anderlechtu. Żeby odnaleźć ostatni triumf ligi polskiej nad belgijską, trzeba cofnąć się do jesieni 1978 r., w którym Wisła zdołała przewrócić Club Brugge...

Zwycięskiej konfrontacji nad klubem portugalskim nie doszukamy się w ogóle. Z FC Porto, Benfiką Lizbona, Vitorią Setubal, Vitorią Guimaraes i Bragą mierzyli się nasi ośmiokrotnie. Odpadali ZAWSZE. Z 16 meczów wygrali trzy, niejednokrotnie dostawali po głowach pękatym workiem z golami, stosunek bramek to koszmarne 7-31... Legio, możesz przejść do historii.

17.49. Jest skład Legii: Kuciak - Jędrzejczyk, Żewłakow, Komorowski, Wawrzyniak - Rzeźniczak, Vrdoljak, Gol - Żyro, Rybus - Ljuboja. Jeśli się okaże, że Ljuboja nie wydoli, to nie bardzo wiem, gdzie tutaj znaleźć potencjał ofensywny. A jeszcze nie wiadomo, jaki zapał do biegania będzie miał sprzedany Rybus... Tylko w defensywie stabilizacja.

18.24. Patrice Evra wymiksował się z udziału w Lidze Europejskiej już jesienią, kiedy zasugerował, że zniżanie się do tych rozgrywek to dla niego hańba, a co najmniej poniżenie. Generalnie jednak Alex Ferguson podjął chyba decyzję, że w Amsterdamie warto wygrać, bo w Manchesterze United powszechnie znane buzie: De Gea - Jones, Ferdinand, Evans, Fabio - Nani, Carrick, Cleverley, Young - Rooney, Hernandez.

Ale ja nadal jednej rzeczy reformatorom europucharów wybaczyć nie umiem - że można z nich odpaść, a wiosną wciąż grać. Jak wszystkie pozostałe zmiany jakoś znoszę, tak przenosin z Ligi Mistrzów do Ligi Europejskiej nie zaakceptuję chyba nigdy.

18.55. Ponieważ najbardziej niepokoję się - z różnych powodów - o formę Ljuboji oraz Rybusa, a płynności w ofensywie się po zimie nie spodziewam, to tuż przed meczem sobie myślę, że całkiem przyzwoitym wynikiem byłoby 0:0. Niech legioniści zabijają grę, niech od obronnego znoju plują krwią, niech przetrwają, a będę usatysfakcjonowany.

19.50. Przypuszczaliście, że może to wyglądać aż tak dobrze? Legia agresywna, cholernie nieprzyjemna w środku (rozkopanego) pola, niemal nie pozwala, by piłka wpadła w jej pole karne - nie mówiąc o dopuszczeniu, by niepokoiła Kuciaka. Rzeź(nicza)k wycina wszystko, co się rusza, a jeśli coś się dzieje podbramkowo, to na portugalskiej połowie, choć gospodarze nie bardzo wiedzą, co robić z tymi wszystkimi z rzutami rożnymi i wolnymi. Ale raz się udało! Do przerwy 1:0, czyli wynik znakomity. Ale w Lizbonie może do przetrwania nie wystarczyć. Portugalczycy to prawie Brazylijczycy, oni się tam będą zachowywać zupełnie inaczej niż na tej naszej Syberii...

20.23. Przy wyniku 1:0 dawałbym Legii 60 proc. szans na awans. Przy wyniku 1:1 dam im 10 proc. A może nawet 9 proc.

20.34. W rozbijaniu Sportingu mają pomóc Ljuboji dzidziusie: Kuba Kosecki (rocznik 1990), Michał Żyro (1992) i Rafał Wolski (1992). Ze swojego refleksu transferowego i w ogóle strategicznego zmysłu może być Legia dumna.

20.42. Jest 2:1! Muszę Zadam bardzo trudne pytanie, na które odpowiedzi nie znam, a chciałbym poznać - kiedy ostatnio tak ważnego gola w europejskich pucharach wypracowali dla polskiego klubu nastolatkowie (kluczowe podanie Żyry, asysta Wolskiego)?

20.48. Andre Santos to jest ponoć pomocnik od wybijania rywalom futbolu z głowy, ale uderzył obłędnie. Ta perfekcja daje lizbończykom 2:2.

20.57. Wynik średnio kiepski, a jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, że w Lizbonie zamiast wertepów będzie stół bilardowy, to będzie tam warszawiakom przeżyć ciężko... No i rywale muszą się kiedyś rozruszać, umiejętności to oni w szatni mają na dwie Legie.

Szkoda, że się nie udało, ale sezon i tak przeżywamy niezwykły. Polskie kluby pokonały już m.in: APOEL Nikozja, Fulham, Spartak Moskwa, Gaziantepspor, Hapoel Tel Aviw, Rapid Bukareszt, Liteks Łowecz, Odense, Twente Enschede, Dundee United. A teraz zremisowały ze Sportingiem. Wiecie, że poza dwoma wyjątkami wymienieni to przedstawiciele lig sklasyfikowanych w rankingu UEFA wyżej niż polska?

Może zgodnie z duchem czasu powinniśmy uznać, że Wisła jest faworytem?

21.35. W Krakowie 0:1, niestety. Obawiałem się o Michała Czekaja, ale nie sądziłem, że przytrafi mu się debiut makabra (prawdziwy debiut, jesienią tylko sekundy pobiegał między piłkarzami Fulham). Spowodowanie karnego i czerwona kartka po niespełna półgodzinie... Brrr. Inna sprawa, że nie lubię i nie rozumiem tego przepisu - jedno przewinienie, dwie kary. Zreformowałbym natychmiast.

21.53. Dowyjaśniam, pod wpływem lektury forum, że nie zamierzam wieszać młodego. Współczuję, aż wolę sobie wyobrażać, jak żałobnie mu w duszy gra. Zacząć podróż pod europejskich pucharach od takiego incydentu? To musi być horror. Ale jak chłopak wytrzyma, to i niezła szkoła;-)

21.59. Melikson żywy, ładnie kombinuje, ale jak na zestaw z typowymi dwoma rozgrywającymi (drugim jest Garguła) i fantazyjnym ponoć Małeckim, to krakowianie niespecjalnie się zabawiali pod belgijskim polem karnym. Szkoda tego przeklętego incydentu - przy 0:1 u siebie, bieganiu w dziesięciu i spokoju rywali zorganizowanych, mających świadomość rewanżu u siebie trzeba naprawdę dużej dojrzałości, żeby zmartwychwstać.

22.30. Wygonienie z boiska Małeckiego było ruchem mądrym, ale na razie nie zbawiennym. Jeśli „Biała gwiazda” dostaje w ofensywie rzut wolny i wysyła na belgijskie pole karne jazdę złożoną z całych dwóch ludzi, to jej najbliższą przyszłość widzę czarno. Ryzyko jest tutaj chyba niez-będ-ne.

22.52. Wielki Gerd Mueller strzelał, przepraszam nadwrażliwych, nawet dupą, to nie mam zamiaru przyglądać się zbliżeniom, żeby wiedzieć, czy Genkow uderzył brzuchem, czy żebrem. Ważne, że jest 1:1. Brawa dla mistrzów Polski, los to im dzisiaj nie sprzyjał.

22.57. Ivica Iliew to przedstawiciel specyficznego gatunku atakujących, którzy wywołują fajne wrażenie, przyjemnie się ich ogląda, ale w najprostszych statystykach - asysty oraz gole - nigdy byśmy tego nie wyczytali. Właśnie spektakularnie przypomniał, dlaczego. Woli okiwać tego samego rywala siedemset razy, niż rąbnąć raz, a porządnie - prosto do siatki. Dlatego w Krakowie nie skończyło się na 2:1.

23.01. Dwa remisy, czyli słodko-gorzko. Nikt specjalnie nie rozczarował, ale też szału nie było. Skoro na swoich śniegach (i ze wsparciem kanonady śnieżek) nie wygraliśmy ani w Warszawie, ani w Krakowie, to jak wierzyć, że daleko od domu się uda? Przypominam - 20 lat czekamy na zwycięski europejski dwumecz na wiosnę...

23.06. Dobra wiadomość z Pilzna - Viktoria też tylko zremisowała, więc nasza liga znów zbliży się w rankingu UEFA do czeskiej (nasi uskładali dwa remisy). Jeszcze lepsza wiadomość z Bukaresztu - Steaua przegrała, więc nasza liga rumuńskiej jeszcze ucieknie.

23.12. Jesienią Nunez symulował, co pomogło Wiśle pokonać Fulham. Dziś Nunez pomógł pokonać Wisłę.

23.29. Donoszą z Krakowa, że zdjęty Małecki nie podał ręki trenerowi, za to skopał jakieś przedmioty martwe, które ośmieliły się leżeć w pobliżu. To chyba typ nieuleczalny.

00.18. Może choć tyle się da napisać: Nie moja wina, że już nie bloguję, blox krzyczy, że za ciężka notka. A nową bez sensu zakładać. Chyba się na forum przeniosę;-)

poniedziałek, 13 lutego 2012

Ekstraklasa bez gwiazd, inwestycji, właścicieli hobbystów

Bogaci właściciele polskich klubów mamili opinię publiczną obietnicami, że jeśli podatnicy sprezentują im stadiony, to odwdzięczą się sportowym spektaklem najwyższej klasy. Dostali, czego chcieli. Nasza ekstraklasa urosła do stadionowego mocarstwa. Gdyby za kryterium przyjąć rozmiar pięciu największych obiektów, liga polska zaglądałaby do czołowej dziesiątki w Europie.

A jednak w elicie klubów obowiązują zrównoważone budżety i inne zaklęcia czasów kryzysu. To gwarantuje stabilność, ale odbiera wiarę, że prędko dochowamy się polskiej drużyny na miarę polskich stadionów. Czyli drużyny klasy europejskiej. Napisałem o tym wszystkim felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl”, który przeczytacie tutaj.

czwartek, 24 listopada 2011

APOEL Nicosia, Champions League, Cyprus

Przed ponad trzema laty blogowałem intymnie i z bolesną szczerością, jakbym leżał na kozetce i dawał psychoterapeucie patroszyć się z najcięższych traum:

W 1987 roku, czyli mniej więcej w połowie podstawówki, Cypryjczycy byli dla mnie ludem zupełnie nieznanym. Być może nawet, choć pewności nie mam, dzięki meczowi z reprezentacją Polski - w Gdańsku, 12 kwietnia - w ogóle dowiedziałem się o ich istnieniu. Trwały eliminacje mistrzostw Europy, naszych prowadził selekcjoner Wojciech Łazarek, ze spokojem oczekiwałem miażdżącego zwycięstwa, życzyłem sobie nawet, by się nasi zlitowali i nie skrzywdzili egzotycznych gości dwucyfrówką. Powiewający na trybunach transparent z wynikiem 9:0 odbierałem jako trzeźwą ocenę sytuacji.

A potem dostałem po łbie bezbramkowym knotem. Połknąłem swoje pierwsze szokujące 0:0.

Cypryjczycy smakowali triumf niezwykły, wywalczyli historyczny - pierwszy! - punkt w wyjazdowym meczu eliminacji do czegokolwiek. Ja długo dochodziłem do siebie, moje przeświadczenie, że z pewnymi rywalami Polacy wygrywać będą zawsze, umarło wraz z ostatnim spartaczonym zagraniem Jacka Bayera, zaliczającego - to najwłaściwsze słowo - swój jedyny występ w reprezentacji. Poznałem smak okrucieństwa sportu.

Łazarek po latach wspominał tamten remis na swój powszechnie znany, poetycki sposób: „A potem wszystko się rozeszło. Jak mendy po jajach”. Celnie to ujął. Od tamtego czasu z niepokojem śledziłem, jak Cypryjczycy niepostrzeżenie, kroczek po kroczku, skradają się w pościgu za polskim futbolem. Albo inaczej - w jakiś tajemniczy sposób ściągają naszych na swój nędzny poziom. Podbierając nam zresztą myśl szkoleniową. Mieli u siebie aż dwóch polskich eksselekcjonerów, Jerzego Engela oraz Janusza Wójcika”.

Spowiadałem się wówczas, by uzasadnić wydanie Cypryjczykom futbolowej, korespondencyjnej wojny, którą tutaj ogłosiłem. W ich boiskowych postępach w rozmaitych rankingach widziałem miarę upadku polskiej piłki - mierziło mnie, gdy wyprzedzili naszych w rankingu FIFA, nie mogłem patrzeć na ich bezczelną wspinaczkę po rankingu UEFA, wnerwiały mnie ich coraz zuchwalsze podrygi w europejskich pucharach. Wiedziałem, że dopóki zabawiają się ponad nami, nie zaznam spokoju. To dlatego wypowiedziałem wojnę i postanowiłem ją relacjonować, dopóki nie wygramy. A co tam, niech bywalcy „A jednak się kręci” też pocierpią od czytania tych nudów.

Nie sądziłem, że wojna się przeciągnie, wierzyłem, że wajcha prędko pójdzie w drugą stronę, byłem przekonany, że jeśli pewnego razu do końca kalendarzowego roku w międzynarodowych rozgrywkach utrzymamy aż dwa kluby, a jeden jeszcze przetrwa do wiosny, to Cypryjczyków zaczniemy ścigać i rychło załatwimy na amen. Stało się, Wisła awansowała do rundy grupowej Ligi Europejskiej, Legia właśnie dopchała się wręcz do 1/16 finału.

Byłoby pięknie, gdyby Cypryjczycy akurat teraz, kiedy nasi dokazują w LE, złośliwie nie postanowili podokazywać w Lidze Mistrzów. Nigdy mi nie odpuszczą!? Kombinują, żeby zatruwać życie aż po skutek nieodwracalnie śmiertelny?

Sezon rozpoczął się rozkosznie, bo łotry z APOEL-u Nikozja dostały po łbach w Krakowie od Wisły. Triumfowałem, świętowałem, wznosiłem toasty. Niestety, łotry tylko podpuchę dały, ewidentnie już wtedy planowały tortury bardziej wyrafinowane.

Od tamtej pory nie przegrały z nikim. Z wyeliminowaniem Wisły zwlekały wrednie do 87. minuty, w swojej grupie Champions League rozwaliły się na pozycji lidera, więcej punktów pozwoliły zdobyć tylko Barcelonie, Realowi, Arsenalowi, Interowi i Bayernowi, już awansowały do 1/8 finału. Europodrygi legijno-wiślackie poszły na marne, Cypryjczycy znów uzbierali więcej rankingowych punktów, znów naszym odskoczyli. A jeszcze postanowili ostatnio - po latach łażenia po jałmużnę do polskich piłkarzy - z tej jałmużny zrezygnować! Żadnego naszego gracza do APOEL-u nie wzięli, z naszej myśli szkoleniowiej też już wcale nie czerpią.

Nie napiszę z niezachwianą pewnością, że mistrzowie Cypru sprawili największą sensację, odkąd w 1999 roku Champions League rozrosła się do 32 uczestników. Ostatecznie przed blisko dekadą piłkarze Basel, którzy również musieli przebijać się przez dwie rundy kwalifikacji, wyprzedzili Liverpool i również awansowali do czołowej „16”.

Ale oni pokonali wtedy wyłącznie Spartak Moskwa, jeszcze nie wspierany gigantycznym kapitałem rosyjskich oligarchów. Oni drżeli o awans do ostatniej kolejki. Oni wyszli z grupy jako wiceliderzy, w Walencji potrafili przegrać 2:6. Wreszcie mieli szczęście rywalizować z Liverpoolem przytłoczonym kryzysem - drużyna z Anfield kończyła rok kalendarzowy dwoma miesiącami bez zwycięstwa w lidze angielskiej (6 porażek, 5remisów), krztusiła się po lecie wpadek transferowych, era trenera Gerrarda Houlliera wchodziła w fazę schyłkową.

Piłkarze APOEL-u są liderami grupy i mają ogromne szanse, by pozycję utrzymać. Wyprzedzają tuczone gigantycznymi inwestycjami wschodzące potęgi ze Wschodu - Zenit St. Petersburg oraz Szachtar Donieck co sezon wydają na transfery dziesiątki milionów euro, piłkarzy podbierają mocnym ligom zachodnich, zwłaszcza ci pierwsi skompletowali już kadrę godną włoskiej Serie A czy Bundesligi. No i reprezentują rozgrywki w rankingu UEFA sklasyfikowane przed sezonem na odległym 20. miejscu.

W tej krwawej wojnie jestem stroną, więc piszę to ze żrącą przykrością - dla mnie APOEL przyłożył po oczach sensacją po 1999 roku najbardziej spektakularną. Nawet jeśli w środę przetrwał w Petersburgu niemal cudem, przy wydatnym wsparciu rosyjskiego kibolstwa.

Aha, mistrzowie Cypru mają w budżecie 10 mln euro. Blisko dwa razy mniej od Legii.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi