Wpisy z tagiem: bundesliga

niedziela, 01 października 2017

Bayern Monachium, Carlo Ancelotti

Trzej najznaczniejsi trenerzy ostatniego 15-lecia przeżyli ostatnio najokropniejsze sezony w swoich karierach. Ale przypadek Carlo Ancelottiego jest szczególnie intrygujący. mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 19 lutego 2017

Od miesięcy, a może i lat, Łukasz Piszczek naprasza się – graniem, nie gadaniem – żeby złożyć mu hołd. No to złożyłem, felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj. Przy okazji też zapraszam do reportażu z Lipska, gdzie wszedłem w tłum kibiców najbardziej znienawidzonej drużyny w Bundeslidze – jest tu.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

niedziela, 06 listopada 2016

Tydzień temu pisałem o skrajnie znienawidzonym piłkarzu, a teraz napisałem – tak się złożyło – o skrajnie znienawidzonym klubie. Klubie, który przedwczoraj nie istniał, wczoraj zadebiutował w Bundeslidze, a dzisiaj został jej współliderem. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: bundesliga
17:51, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
czwartek, 03 marca 2016

Terminator Robert Lewandowski

To było niewyobrażalne, a staje się bardzo realne. Jeśli Bayern przegra w sobotę w Dortmundzie, walka o mistrzostwo Bundesligi rozgorzeje ponownie. A ludzi niezastąpionych lider ma tylko dwóch – bramkarza Manuela Neuera i kapitana reprezentacji Polski.

Bayern nie porywa. Owszem, wytrwale młóci punkty i w środę z Mainz poniósł dopiero pierwszą w sezonie porażkę na własnym stadionie (pozostałe 15 meczów u siebie wygrał), ale ostatni pokaz przytłaczającej siły dał na początku listopada, gdy rozbił w Lidze Mistrzów Arsenal 5:1. W tym roku albo wydziera nieznaczne zwycięstwa z wysiłkiem, albo – mowa tu o poważniejszych wyzwaniach – nie wygrywa. Nawet w Turynie, w którym najpierw wgniótł gospodarzy w ich własne pole karne i prowadził 2:0, a po przerwie pozwolił im wrócić do życia. Juventus wyrównał, mógł nawet wygrać, odzyskał nadzieję na awans do ćwierćfinału LM.

A ponieważ przez Bundesligę jak opętana pędzi Borussia – w tym roku niepokonana i w kraju, i w Lidze Europejskiej – zredukowała stratę do lidera do pięciu punktów. I gdyby go w sobotnim szlagierze pokonała, stanęłaby tuż za plecami Bayernu.

Nikt się tego nie spodziewał i dlatego, że dortmundczycy mieli powoli zyskiwać nową tożsamość po zamianie trenera Jürgena Kloppa na Thomasa Tuchela, i dlatego, że trwa epoka panowania monachijczyków o skali dotąd niespotykanej. Bayern już wcześniej utrzymywał tytuł przez trzy kolejne sezony, ale nigdy nie utrzymywał przez trzy sezony aż tak gigantycznej przewagi. Wiosną 2013 r., jeszcze za rządów trenera Juppa Heynckesa, uciekł wicemistrzowskiej Borussii na dystans 25 pkt, wiosną 2014 r. wyprzedził ją o 19 pkt, a wiosną 2015 r. dzieliło go od Wolfsburga „skromne” 10 pkt głównie z tego powodu, że w końcówce sezonu monachijczycy kompletnie odpuścili i przegrali trzy z ostatnich czterech meczów.

Pep Guardiola testował wówczas głębokich rezerwowych i zdarzało mu się nie powołać Roberta Lewandowskiego do meczowej kadry. Ale teraz, gdy jest o co grać, wyciska z niego maksimum. U trenera, który zasadniczo nie ufa klasycznym środkowym napastnikom i początkowo również na Polaka spoglądał podejrzliwie, Lewandowski awansował na gracza niezbędnego. Co wiemy nie tylko z chętnie wypowiadanych pochwał, ale też decyzji Hiszpana.

Po raz ostatni Lewandowskiego nie było na boisku w ostatnim kwadransie meczu w Mönchengladbach 5 grudnia. Od tamtej pory wychodził w podstawowym składzie zawsze i zawsze pracuje przez pełne 90 minut. I w dziewięciu spotkaniach Bundesligi, i w dwóch w Lidze Mistrzów, i w dwóch krajowego pucharu. Nawet wtedy, gdy trzeba odfajkować wyjazd do drugoligowego Bochum. Od 1170 minut Polak gra bez przerwy. I rzeczywiście wygląda niekiedy na niezastąpionego, to on strzelił osiem z dziesięciu pierwszych goli Bayernu w tym roku, ratując punkty w przeciętnych występach monachijczyków.

Guardiola chętnie tasuje nazwiskami z szerokiej kadry – np. w środę osadził w rezerwie napastnika reprezentacji Niemiec Thomasa Müllera – ale z głównego snajpera nie rezygnuje prawie nigdy. W Bundeslidze więcej czasu (100 proc.) spędził na boisku tylko bramkarz Neuer. Drugi w rankingu najbardziej eksploatowanych Lewandowski wyprzedza kolegów zdecydowanie – grał o 152 minuty więcej niż Müller, o 225 więcej niż David Alaba i o 294 więcej niż Philipp Lahm. I jako jedyny rozegrał pełne sześć godzin w Pucharze Niemiec, tam odpoczywał nawet Neuer. Liga Mistrzów? Lewandowski zaliczył oczywiście wszystkie mecze jako jeden z trzech w drużynie.

Jeśli zatem Bayern w Dortmundzie przegra i walka o tytuł rozgorzeje ponownie, polski napastnik już do końca sezonu nie odetchnie prawdopodobnie ani przez chwilę. W PZPN usłyszeliśmy nawet rzucone półserio, ale jednak rzucone, że Lewandowskiemu przydałoby się przynajmniej przeziębienie, żeby trochę odpoczął. Bo nasz terminator, jak wiadomo, nie choruje nigdy. Przez niespełna trzy lata w Bayernie niedysponowany był właściwie tylko raz – rok temu, gdy doznał wstrząśnienia mózgu po zderzeniu z Mitchellem Langerakiem. Choć lekkie zmęczenie materiału można niekiedy podejrzewać. W środę Polak nie oddał celnego strzału, średnio wyglądał także w Turynie.

Adam Nawałka widzi, że jego kapitan haruje jak wół, więc przy każdej okazji sam daje mu wolne. Jesienią odesłał go do domu przed sparingiem z Czechami, a wiosną – przed sparingiem z Grecją. Selekcjoner mógłby pewnie negocjować z Guardiolą, ale zdaje sobie sprawę, że to również Lewandowski rwie się, by grać zawsze. Jak inni wielcy nienasyceni, Leo Messi czy Cristiano Ronaldo.

Skutki dla reprezentacji są różne, Portugalczyk na niemal każdym letnim turnieju wygląda na piłkarza wyżętego z sił. Jeśli zatem Bayern będzie walczył na całego do samego końca sezonu, pozostanie liczyć, że nam trafił się atleta jeszcze twardszy niż Ronaldo. Bo na przykład trener Niemców, naszych grupowych rywali na Euro 2016, nie powołuje do reprezentacji nikogo poza Neuerem, kto miałby w nogach tyle, ile Lewandowski.

niedziela, 31 stycznia 2016

Robert Lewandowski, Bayern Monachium

Skoro nawet staranny, stabilny i spokojny Bayern się zachwiał, to znaczy, że nikt nie zna dnia ani godziny. Felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o futbolowym superklubie coraz bardziej nieprzewidywalnym przeczytacie tutaj.

czwartek, 03 września 2015

Opowieści o zrozpaczonych ludziach, którzy uciekają do Europy przed wojną i zbrodniczym barbarzyństwem, a także debatę o tym, co z nimi zrobić, śledzę z przejęciem. Mam wrażenie, że w XXI wieku na naszym kontynencie nie działo się nic bardziej doniosłego, istotnego dla jego przyszłości, zasadniczo sprawdzającego, jakie wartości uznajemy za ważne. Śledzę ją też ze smutkiem, bo my, Polacy, czyli naród uchodźców i katolików, w większości reagujemy na nieszczęśników nienawistnie, bezwzględnie, agresywnie. Miłosierdzie i solidarność cenimy, gdy sami przyjmujemy pomoc od krajów, w których żyje się lepiej – po awansie do grona społeczeństw stosunkowo bogatych i stabilnych priorytety się nam zmieniły.

Dlatego z zazdrością obserwowałem akcję kibiców Bundesligi, którzy w ostatniej kolejce serdecznie uchodźców witali, rozwieszając przyjazne transparenty (Borussia Dortmund 220 imigrantów zaprosiła nawet na mecz):

Bundesliga, uchodźcy, kibice

Z zazdrością oglądam też kampanię, w której uczestniczą reprezentanci Niemiec. Albo patrzę, jak Niemcy witają Syryjczyków:

Dzisiaj zaangażował się Bayern Monachium. Zorganizuje obozy treningowe dla najmłodszych uchodźców. Zaoferuje im lekcje niemieckiego, darmowe posiłki, sprzęt piłkarski. A w najbliższej kolejce ligowej każdy piłkarz wyjdzie na boisko z dwojgiem dzieci pod rękę – niemieckim oraz przyjezdnym. Monachijski klub przeznaczy też milion euro na inicjatywy związane z przyjmowaniem uciekinierów i integrowaniem ich ze społeczeństwem, które wybierze po konsultacjach z władzami Bawarii.

Suma nie robi wrażenia, ale liczy się przede wszystkim gest. Bayern to jeden z superklubów, globalnych futbolowych korporacji, które kojarzymy raczej z marketingowym pomnażaniem kupującej gadżety klienteli, które nie brzydzą się przyjmować brudnych sponsorskich pieniędzy, które wyrzucają pierdyliardy euro na transfery piłkarzy bez żadnych osiągnięć. Ważny akt społecznej odpowiedzialności. Owszem, przemyka mi przez głowę wstrętna myśl – aż się jej wstydzę – że intencją monachijczyków jest m.in. upiększanie wizerunku firmy. Ale zaraz przychodzi następna, bardziej posępna. Że gdyby podobną inicjatywę podjął polski klub, to wizerunkowo u Polaków niekoniecznie by zyskał.

środa, 15 kwietnia 2015

Nie zapomną Jürgena Kloppa kibice polscy. W końcu to najważniejszy obok Leo Beenhakkera zagraniczny trener dla naszego futbolu – nie wiemy, czy u kogoś innego Robert Lewandowski rozkwitnąłby aż tak pięknie, wiemy, że to m.in. on ocalił karierę Łukasza Piszczka, i wiemy, że poniekąd jemu zawdzięczamy jedyny w historii finał Ligi Mistrzów z trzema Polakami na scenie.

Nie zapomną Kloppa kibice dortmundzcy. To w jego wyobraźni powstała – a następnie się urzeczywistniła – baśniowa fabuła o drużynie martwej, która nie tylko wróciła między żywych, lecz urosła do niemal najpotężniejszej. W kraju ośmieliła się skopać wszechpanujący Bayern, w Lidze Mistrzów zatrzymała się dopiero w finale. I nie trwało to wszystko miesiąc, pół roku ani rok, ciągnęło się całymi sezonami, może zresztą dlatego Borussia, gdy już upadła, to upadła na samo dno tabeli.

Nie zapomną Kloppa kibice z całej Europy. Dzięki osobowościom – chciałoby się też powiedzieć: myślicielom – jego formatu planeta futbol nie składa się z niemal identycznych jedenastoosobowych państewek, lecz również drużyn o oryginalnej, wyrazistej tożsamości, które angażują emocjonalnie nawet fanów z drugiego końca kontynentu. Zapamiętamy dortmundzki „kontrpressing”, zapamiętamy frenetyczny dortmundzki styl gry porównany przez jego twórcę heavy-metalem, zapamiętamy jego wyznanie, że marzy mu się, by piłkarze schodzili do szatni umorusani po czubki głów i niezdolni do powrotu na boisko przez cztery tygodnie. Ta Borussia – już nieistniejąca, od miesięcy kona na naszych oczach – ma w sporej mierze twarz trenera. Wirującego przy linii bocznej, wściekle rozgestykulowanego i straszącego rozszalałą mimiką, wkładającego w mecze nie mniej energii niż podwładni.

Piszę o niemieckim trenerze w czasie przeszłym, bo skoro opuszcza Borussię, to właśnie kończy się pewien rozdział w historii futbolu. Rozdział osobny, jeden z najbardziej porywających pośród spisanych w XXI wieku. Wspominać go powinienem zresztą nie ja, lecz artysta o talencie zmarłego we wtorek Eduardo Galeano, który kongenialnie przekłada magię futbolu na słowa.

Klopp nie rejteruje, nie ucieka, nie poddaje się. Wszystko, co o nim wiemy, nakazuje nam sądzić, że postępuje lojalnie wobec klubu. Zdaje sobie sprawę, że nie wpływa już na szatnię jak dawniej, więc poczucie odpowiedzialności zmusza go do oddania władzy. Bolesnym, a zarazem rozstrzygającym doświadczeniem mogła być dla niego klęska w Lidze Mistrzów z Juventusem. Borussia jeszcze raz spróbowała być wówczas dawną, rzucającą się rywalowi do gardła Borussią, ale nie zdołała. Po raz pierwszy w europejskich rozgrywkach. A kilka dni temu zdarzył się kolejny epizod bezprecedensowy – piłkarzy publicznie zrugał dyrektor sportowy Michael Zorc, dotąd przyjmujący spadające na klub nieszczęścia w milczeniu. Oznajmiał, że nic nie wie, by ktokolwiek rozdawał im tabletki nasenne, tymczasem Borussia ustanowiła w tym sezonie nieoficjalny rekord roztargnienia na początku meczów – Mönchengladbach wbiło jej gola po 28 sekundach, Bayer Leverkusen po 9 sekundach, Mainz po 52 sekundach. A wspomniany Juventus – po niespełna trzech minutach.

Mój Twitter był dziś rozmodlony. Wszyscy błagali Kloppa, żeby to ich drużynę wybrał, zaszczycił, zbawił. Sam z entuzjazmem przywitałbym go w Milanie, czyli klubie zasłużonym, lecz upadłym – jak Borussia, którą przejął w przeszłości. Ale nie mam złudzeń, niemiecki trener podejmie zapewne zupełnie inne wyzwanie – wyniesienia na sam szczyt firmy, którą stać na wszystko. Mówił zresztą, że chce znać język kraju, w którym będzie pracował. Znaczy – kierunek Anglia.

Jednak reakcje na Twitterze ponownie uzmysłowiły mi, że wielcy trenerzy coraz częściej szarpią za kibicowskie emocje jeszcze silniej niż wielkie gwiazdy boiska, że coraz więcej fanów podpisuje sukcesy najpierw nazwiskami szkoleniowców, a dopiero potem – ich podwładnych. Kloppa lud zwyczajnie kocha. Na zabój. Ciekawe, czy to uczucie przetrwa, jeśli weźmie klub obrzydliwie bogaty, być może należący do egzotycznych właścicieli – reprezentujący wartości, z którymi jako boss dortmundzki walczył.

środa, 04 lutego 2015

Pierwszy raz uwierzyłem, że Borussia – finalista Ligi Mistrzów sprzed półtora roku, uwodząca mnóstwo neutralnych kibiców z całej Europy – może spaść z Bundesligi. W meczu z Augsburgiem zobaczyłem drużynę kompletnie sflaczałą, już po półgodzinie wysłałem do Michała Szadkowskiego esemesa z wróżbą, że dortmundczycy przegrają 0:1. Przegrali i na coraz bardziej realną wygląda opowieść jak z Archiwum X, we współczesnym futbolu absolutnie bezprecedensowa. Zdarza się, że firma formatu Glasgow Rangers zostaje wykopana do czwartej ligi – ale powodem są finanse. Zdarza się, że firma formatu Juventusu zostaje strącona do drugiej ligi – ale powodem jest korupcja. Kazus Borussii jest unikalny dlatego, że Borussia upada sportowo. Klub od czterech sezonów mistrzowski lub wicemistrzowski niemal z dnia na dzień stoczył się na dno.

Nie mam pojęcia, dlaczego się stoczył. I nie przeczytałem żadnego tekstu satysfakcjonująco wyjaśniającego, dlaczego się stoczył. Napisano sporo akapitów analizujących jej boiskową słabość, ale nigdzie nie wyjaśniono, co tam, do cholery, się właściwie dzieje. Samolot pikuje, choć wciąż prowadzi go świetny pilot Jürgen Klopp. Jakby wpadł w Trójkąt Bermudzki.

Zwalniać trenera czy nie zwalniać? Wiem, pytanie brzmi bluźnierczo, w Dortmundzie kochają Kloppa na zabój, gdyby spuścił drużynę do drugiej Bundesligi, to w ostatnim meczu trybuny będą go żegnać owacją na stojąco, jak kiedyś Briana Clougha – gdy spuszczał do drugiej ligi Nottingham Forest. Wiem, niezwalnianie to fetysz wszystkich fanów brzydzących się brutalnością realiów nowoczesnego futbolu, wręcz wartością samą w sobie. Wiem, nikt w Borussii poważnie o tym nie pomyśli. A może jednak powinien pomyśleć? Jeśli w następnej kolejce przyjdzie porażka z przedostatnim w tabeli Freiburgiem, to władze klubu nadal mają nie reagować?

Zwalniać trenera czy nie zwalniać? Pytanie stawiać trzeba, wszak chyba się zgodzimy, że celem Borussii jest utrzymanie, a nie napawanie się wizerunkiem klubu, którym nie rządzą narwani niewdzięcznicy, lecz ludzie wierzący, że Klopp wygrał tak dużo, że zasłużył na prawo do porażki. Czy to jednak zarazem prawo do poniesienia totalnej klęski? Grożącej kolejnym wieloletnim uwiądem, skoro wiadomo, że piłkarze klasy Hummelsa czy Reusa drugiej ligi nie zdzierżą?

Zwalniać czy nie zwalniać? Gdyby Borussia już spadła, nie miałbym wątpliwości – Klopp musi zostać, niech naprawia to, co zepsuł. Ale Borussia jeszcze nie spadła. Borussia wygląda na razie coraz beznadziejniej i potrzebuje nowej nadziei. I niewykluczone, że Klopp jako postać ucieleśniająca nadzieję sprawdza się coraz słabiej.

Dla jasności: nie mam przekonania, że dortmundczycy powinni zmienić trenera. Zadaję tylko pytania, które powinny migotać w głowie szefów klubu. I to migotać z intensywnością niespotykaną, bo Borussia mierzy się ze zjawiskiem niespotykanym w wielkich klubach. Można prędko tracić szansę na tytuł, można znienacka wypadać z europejskich pucharów, można nawet skarleć do ligowego średniaka. Ale z czuba tabeli runąć na jej dno?! I to w sezonie, w którym śpiewająco zdało się egzamin z fazy grupowej Ligi Mistrzów?!

Dzisiejsza sytuacja Borussia to wielki temat, na pewno zbyt duży, bym był w stanie go publicystycznie udźwignąć. Nie obejmuję zjawiska, po prostu. Umiem tylko wkleić tu sondaż z pytaniem o to, jaką decyzję podjęliby czytelnicy mojego bloga, i poprosić, by pochylili się nad problemem na forum. Jeszcze raz: ja wydarzeń dortmundzkich rozumem nie ogarniam i nie natknąłem się jeszcze na nikogo, kto by ogarniał.




czwartek, 29 stycznia 2015

Borussia Dortmund, Jurgen Klopp, Bundesliga

– W przerwie zimowej czułem się tak, jakbym spędzał wakacje w łóżku pełnym gwoździ – wzdycha trener Jürgen Klopp. Od soboty będzie próbował podnieść Borussię z dna Bundesligi.

To w ostatnich latach chyba najbardziej tajemnicza historia na futbolowych szczytach. Dlaczego porywająca całą Europę drużyna, która zdołała rzucić wyzwanie wszechpotężnemu Bayernowi Monachium i przez cztery sezony z rzędu zdobywała mistrzostwo lub wicemistrzostwo kraju, stoczyła się na przedostatnie miejsce w tabeli?

Analitycy wskazywali przyczynę najbardziej oczywistą – epidemię kontuzji, być może wywołaną stylem gry preferowanym przez Kloppa, który lubi, gdy piłkarze omdlewają po meczu z wycieńczenia. Tylko Pierre-Emerick Aubameyang i Łukasz Piszczek zdołali wytrzymać na boisku przez co najmniej 1100 z 1530 minut jesiennych meczów ligowych. Kierującego obroną Matsa Hummelsa nie było przez połowę rundy; najbardziej wirtuozerski zawodnik ofensywny Marco Reus rozegrał ledwie siedem spotkań; kompletnie rozpadła się linia pomocy, więc trener najintensywniej eksploatował 34-letniego już Sebastiana Kehla. A z ataku zostały zgliszcza po utracie wszechstronnego, zawsze przykuwającego uwagę co najmniej dwóch rywali Roberta Lewandowskiego. Jego następcy Ciro Immobile oraz Adrián Ramos rozczarowują tak bardzo, że trudno się nawet zorientować, kogo wyżej w hierarchii umieszcza trener Klopp.

To wszystko realne kłopoty Borussii, ale najbardziej zdumiewa to, że dortmundczycy, choć słabsi niż w minionych sezonach, wcale nie grali aż tak źle, by leżeć na dnie tabeli wraz z mającym identyczny dorobek Freiburgiem. Tylko Bayern dłużej od nich utrzymywał piłkę; tylko Bayern i Bayer oddały więcej strzałów; tylko Bayern i Bayer pozwalały rzadziej uderzać rywalom; tylko trzy drużyny Bundesligi celniej podawały; tylko pięć drużyn skuteczniej dryblowało. Niemal wszystkie cząstkowe statystyki sugerują, że wicemistrzowie Niemiec „zasługują” na pozycję nie tyle wyższą niż strefa spadkowa, ile bliską czołówki lub wręcz jedną z czołowych. Że ich jesień przypominała niekończący się mecz, w którym mieli przewagę, czasami bezdyskusyjną, lecz nie potrafili jej zatwierdzić golami. Niechlujstwo napastników? A może również monstrualny, rozciągnięty w czasie pech? Przecież w LM Borussia zwyciężała, ba, w sześciu meczach wbiła 14 goli.

Kiedy w kraju gubiła kolejne punkty, wszyscy kręcili w zbaranieniu głowami i powtarzali, że to przejściowe kłopoty, że już za tydzień wszystko wróci do normy. Pozycja trenera, który beznadziejnie przeciętny i zbiedniały klub wyniósł do finału Ligi Mistrzów w 2013 r., też nigdy nie była zagrożona – co zresztą również czyni dortmundzki przypadek absolutnie unikalnym: trudno wyobrazić sobie inną firmę z ambicjami, której szefowie (i kibice!) wytrzymaliby psychicznie tak długi kryzys. W końcu Borussia znów spotężniała, jest 11. pod względem przychodów klubem świata; sezon bez Champions League będzie dla niej klęską. I prawdopodobnie przed większym wyzwaniem niż wiosenna walka o utrzymanie w Bundeslidze – stanie latem. Zagraniczni potentaci łypią pożądliwie na obie największe gwiazdy – Reusa oraz Hummelsa – a to piłkarze o ambicjach ponadlokalnych. Jak ich zatrzymać?

Trener Klopp upiera się, że w pełni kontroluje sytuację. Zimą odzyskał część kontuzjowanych – przede wszystkim Reusa, nie tylko kreatywnego, ale i bardzo precyzyjnie uderzającego, zdolnego wyręczać napastników. Ściągnął też 24-letniego Słoweńca Kevina Kampla, którego uważa za stworzonego do stylu Borussii – to ruchliwy drybler, ze zmysłem do gry kombinacyjnej, w Salzburgu przywykł do wymaganego w Borussii agresywnego pressingu. W zimowych sparingach bardzo obiecująco współpracował z Reusem.

Wyniki sparingów wyglądają przyzwoicie (po 1:0 ze Sionem, Steauą i Utrechtem, 1:1 z Fortuną Düsseldorf, dwa z czterech goli strzelił Jakub Błaszczykowski), ale zwłaszcza ostatni nikogo nie uspokoił. Nawet w meczu z drugoligowcem niepewnie zachowywała się defensywa – gola Borussia straciła, gdy Hummels ze Schmelzerem próbowali łapać napastnika na spalonym, a Piszczek z Papastatopulosem wprost przeciwnie.

W sobotę będzie trudniej, dortmundczycy wyjeżdżają do trzeciego w tabeli Bayeru Leverkusen. Jeśli znów im się nie powiedzie, presja jeszcze wzrośnie. Zacznie się przypominanie, że Bundesliga przeżyła już najbardziej niewyobrażalne katastrofy. Właśnie Bayer tuż po awansie do finału Ligi Mistrzów w 2002 r. utrzymał się w Bundeslidze dopiero w ostatniej kolejce (jemu też Bayern podebrał dwie największe gwiazdy!). A piłkarze z Norymbergi zlecieli z niej w 1968 r., gdy… bronili mistrzostwa kraju.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi