Wpisy z tagiem: bundesliga

sobota, 12 maja 2018

Polski napastnik znalazł się w tej samej sytuacji, co monachijski klub. Nie tyle znów został królem strzelców Bundesligi czy jakimś tam zwykłym władcą absolutnym, ile wszechcesarzem pomnożonym przez Thanosa, a nawet braci Yina i Yanga.

Wicelidera klasyfikacji snajperów – akurat zapomniałem nazwiska, ten taki z Freiburga – wyprzedził o 14 bramek. Tylko raz zdarzyło się, że najlepszy goleador tych rozgrywek miał większą przewagę nad konkurencją. Gerd Müller w sezonie 1971/72 nastrzelał 40 goli, aż 18 więcej od kolejnych piłkarzy w rankingu. Słowem, Robert Lewandowski, podobnie jak cały Bayern, resztkę Bundesligi rozdeptał. Można oczywiście panowanie wydłużać, potwierdzać, próbować rozwalić Borussię Dortmund wyżej niż 6:0, ale to nie jest zdobywanie kolejnego szczytu. Mówiąc brutalnie, z pewną przesadą – stagnacja.

Kariera Lewandowskiego na poziomie krajowym to ciąg absolutnie, niemal nieprzerwanie zwycięski. Indywidualnie wygląda to tak:

Robert Lewandowski, król

A w wymiarze drużynowym wygląda to tak:

Robert Lewandowski, mistrz

Kiedy więc dzisiaj patrzyłem na finał Ligi Mistrzów siatkarzy i zerkałem na wynik meczu piłkarskiego w Monachium, to sobie myślałem, że Lewandowskiego – faceta nastawionego na własną karierę, on po golach nie całuje klubowych herbów – Bundesliga musi inspirować mniej więcej tak, jak Bayern inspirował dzisiejszy mecz ze Stuttgartem, przerżnięty 1:4. Tutaj napisałem szerzej o tym, co się wokół niego dzieje, teraz dodam tylko, że choć nie wierzę w transfer do Realu Madryt, to też trudno mi sobie wyobrazić, by napędzała go perspektywa zdobycia czwartego tytułu króla strzelców Bundesligi i siódmego (!) tytułu mistrza Bundesligi. Ta kraina została już podbita i splądrowana.

Naprawdę - jeśli nie jesteś Tottim, który nie chce zwiedzać innych podwórek, to w tych okolicznościach trudno ci się nie wiercić.

sobota, 07 kwietnia 2018

Bayern Monachium, Robert Lewandowski

Gdyby Gary Lineker był Niemcem, powiedziałby, że piłka nożna to jest taka gra, w której 22 facetów biega za nadmuchanym świńskim pęcherzem, a na końcu zawsze wygrywa Bayern Monachium.

Wygrywa zawsze, a nawet coraz bardziej – właśnie wziął mistrzostwo Bundesligi po raz szósty z rzędu, jak zwykle wiele tygodni przed ostatnią kolejką, jak zwykle w okolicznościach uniemożliwiających popadnięcie w ekstazę. Im pokaźniejszą wypracowujesz przewagę na rywalami, tym bardziej rozmywa się wszak moment, w którym odnosisz triumf – dzisiaj monachijscy piłkarze dopełnili tylko formalności, gdyby złożyli ostateczny podpis w meczu poprzednim lub następnym, nikt nie poczułby zasadniczej różnicy. Ile szczerych emocji może wywołać tytuł, gdy w minionych edycjach rozgrywek od wicelidera tabeli dzieliło cię kolejno 25, 19, 10, 10 i 15 punktów, a teraz dzieli cię 20?

Konkurenci – o ile to nie jest zbyt duże słowo – mają więcej niż przechlapane.

Owszem, trwa akurat taki okres dziejowy, że na potęgę wygrywają również hegemoni z sąsiednich mocnych futbolowo krajów. Jednak we Włoszech wszyscy czekają, aż Juventusowi ponownie zagrożą inni potentaci (już stawia się Napoli), a we Francji dominację Paris Saint-Germain kibice znoszą jako historię nowiutką, o mimo wszystko nieznanej przyszłości (egzotyczni właściciele z Kataru), przed chwilą zakłóconą przez tytuł dla Monaco – zresztą w minionej dekadzie jeszcze dłużej rządził tam Lyon. Inaczej w Niemczech, gdzie sytuacja pozostaje stabilna. Co widać i na murawie, i w spokojnych ruchach szefów Bayernu, którzy wytargają za uszy każdego, kto próbuje się wychylić. Rosło w tym sezonie Schalke, rozrabiające na pozycji wicelidera? To zimą dowiedziało się, że latem straci Leona Goretzkę, swego najbardziej utalentowanego piłkarza.

Bayern plądruje ligę bezwględnie, w równiutkim rytmie. W 2018 roku podbierze Goretzkę – za darmo. W poprzednim sezonie dokazywało Hoffenheim, w latem 2017 oddało monachijczykom i Sebastiana Rudy’ego (za darmo), i Niklasa Süle (za 20 mln euro). Jeszcze wcześniej awanturowała się Borussia Dortmund, to w 2016 roku pożegnała Matsa Hummelsa (za 35 mln), a w 2015 – Roberta Lewandowskiego (za darmo). Wcześniej były wrogie przejęcia Mario Götzego, Manuela Neuera... Deprymujący cios otrzymują poddani mistrza co sezon, a odpowiedzieć nie są w stanie, mogą co najwyżej wypucować Bayernowi korki.

I jeszcze ten władczy styl: monachijscy zarządcy prowadzą najbardziej uporządkowany klub w europejskiej czołówce, więc transfery zazwyczaj załatwiają jeszcze zimą, by nie zaburzać letnich przygotowań. Trenerów też nigdy nie zwalniają w trakcie sezonu – choć kiedy uznają, że nie istnieje sensowna alternatywa, to zasadę łamią, jak jesienią w przypadku Carlo Ancelottiego. Kluczowa cecha mądrych menedżerów: pozostań elastyczny, nie pozwól zniewolić się starym nawykom, bądź gotowy zakwestionować prawdy, w które wierzysz najmocniej.

Po bieżącym sezonie przeświadczenie rywali, że znikąd nadziei, chyba jeszcze ulegnie wzmocnieniu. Okazało się, że nawet po ewidentnej zapaści – przy stratach punktowych tabeli tak dużych i sytuacji w szatni tak beznadziejnej, że trzeba podjąć bezprecedensowo drastyczną decyzję w  kwestii renomowanego trenera – Bayernowi wystarczy się otrzepać, tupnąć nogą, i znów rozstawia wszystkich po kątach.

Jak Robert Lewandowski – również sześciokrotny mistrz Niemiec, dwa tytuły zdobywał w Borussii Dortmund – który od wielu tygodni kopie sobie na pół etatu, a i tak zostanie królem strzelców z przewagą nad resztką stawki kolosalną, niespotykaną w Bundeslidze od początku lat 70., gdy grasował w niej Gerd Müller. Ciekawe, czy to możliwe: nie poczuć znużenia. I dla polskiego napastnika, i dla całego wielkopańskiego Bayernu.

niedziela, 18 marca 2018

Niemiecki futbol to królewstwo postępu. Bo mają tam głowy otwarte jak nigdzie - cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: bundesliga
17:03, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
niedziela, 01 października 2017

Bayern Monachium, Carlo Ancelotti

Trzej najznaczniejsi trenerzy ostatniego 15-lecia przeżyli ostatnio najokropniejsze sezony w swoich karierach. Ale przypadek Carlo Ancelottiego jest szczególnie intrygujący. mój cotygodniowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

niedziela, 19 lutego 2017

Od miesięcy, a może i lat, Łukasz Piszczek naprasza się – graniem, nie gadaniem – żeby złożyć mu hołd. No to złożyłem, felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj. Przy okazji też zapraszam do reportażu z Lipska, gdzie wszedłem w tłum kibiców najbardziej znienawidzonej drużyny w Bundeslidze – jest tu.

wtorek, 17 stycznia 2017

Red Bull Salzburg, RB Lipsk

Fani klubów piłkarskich uwielbiają rozpaczać nad swoim losem, istnieje nawet zażarta rywalizacja o to, kto ma najgorzej.

Jerzy Pilch wielokrotnie pochlipywał, że bycie kibicem Cracovii jest dramatem egzystencjalnym, bo „Cracovia to taka drużyna, która gdy broni się przed spadkiem, zawsze spadnie, jak walczy o awans, nigdy nie awansuje, jak ma dowieźć zwycięski remis, straci bramkę w ostatnich sekundach”. Zaprzyjaźniony świr od kopaniny angielskiej Michał Okoński utrzymuje, że w przyrodzie nie występują okoliczności, w których uwierzyłby, że jego ulubieni piłkarze cokolwiek wygrają, bo jako szalikowiec Tottenhamu ma mentalność „jamnika wychowanego pod szafą”. Jego redakcyjny kolega z „Tygodnika Powszechnego”, kierownik monumentalnego działu „Małpy” Łukasz Kwiatek, wmawia światu, że męki prawdziwie piekielne znosi przez całą doczesność jedynie homo futbolens skazany na Valencię. Znam wreszcie cały tłumek szurniętych typów z Rzymu, którzy wegetują w poczuciu bezsensu, ponieważ żarliwie wierzą, że w lidze włoskiej nie ma silnych na potajemną zmowę establishmentu turyńsko-mediolańskiego.

Zważcie, że nie przywołuję drużyn najgorszych na świecie i nie wypytuję cytowanych nieszczęśników, czy aby na pewno cierpią bardziej niż kibice Stali Mielec, Rotherham United, Getafe albo innego Ascoli. Nie wypytuję, bo wiem, że skala rozgoryczenia złym wynikiem jest wprost proporcjonalna do aspiracji. Boli przede wszystkim tych, którzy śnią o wielkości. Ewentualnie – wzdychają do wielkości przeszłej. Dlatego gdy ktoś mi mówi, że cierpi jak nikt inny na planecie, to mu życzliwie wierzę.

Znaczy ­– wierzyłem. Poglądy zmieniłem właśnie teraz, po przeprowadzce niejakiego Dayota Upamecano z kllubu Red Bull Salzburg do klubu RasenBallsport Leipzig.

Nie, nikt nie jest bardziej godnym współczucia kibicem niż kibice Salzburga.

Upamecano to młodzieniec ledwie 18-letni, zdążył rozegrać w Salzburgu ledwie 23 mecze. Ale talent posiada niezmierzony. Z Francją zdobył złoto juniorskich mistrzostw kontynentu, pożądały go europejskie potęgi. Dlatego właśnie zabrali Upamecano, w środku sezonu, do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Nadzwyczajny talent ujawnił też w Salzburgu Naby Keïta, obecnie 22-letni. Dlatego właśnie przed sezonem zabrali go do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Ładną przyszłość prorokuje się Benno Schmitzowi. Dlatego minionego lata zabrali go z Salzburga do Lipska – do klubu należącego do tej samej korporacji, dla jej marketingowej strategii ważniejszego.

Tę samą podróż przebył 21-letni Bernardo, stacjonujący wcześniej w drużynie o romantycznej nazwie Red Bull Brasil. Rokuje, więc zabrali go z Salzburga do Lipska.

I nie sądźcie, że to wynalazek z wczoraj. Podstawowy bramkarz RB Leipzig Péter Gulácsi (lat 26) przybył z Salzburga rok wcześniej, podobnie jak pomocnik Stefan Ilsanket (24). Identyczną ścieżkę kariery wybrano dla Marcela Sabitzera, kolejnego istotnego dzisiaj członka podstawowego składu z Lipska, drużyny prężącej się na pozycji wicelidera niemieckiej Bundesligi. I jeszcze dla kilku innych graczy, których nazwisk nie wymieniam, ponieważ im się nie powiodło.

Słowem, Red Bull Salzburg egzystuje zasadniczo po to, by dostarczać pokarmu RasenBallsport Leipzig. Tak zdefiniowany sens istnienia w piłkarskim łańcuchu pokarmowym ma nawet swoją nazwę, mniejsze kluby regularnie podrzucające mięso większym klubom znamy jako „żywicieli”. Zazwyczaj jednak dzieje się tak, że zachowują one pewną autonomię – mogą twardo negocjować cenę transferu, mają prawo zatrzymać sezon dłużej piłkarza związanego nimi kontraktem. (Choć ostatnio niektórzy uzależniają się od konkretnego potentata, jak Vitesse Arnhem od Chelsea, zdarza się to wręcz coraz częściej). Salzburg jest ubezwłasnowolniony. Menedżerowie odesłani przez Red Bulla do zarządzania jednym klubem nie będą przesadnie awanturować się z menedżerami odesłanymi przez Red Bulla do zarządzania innym klubem.

Salzburskim kibicom należy jednak współczuć przede wszystkim dlatego, że dano im nadzieję. Kiedy w 2005 roku drużynę przejął Dietrich Mateschitz – miliarder lokalny, austriacki – mieli wszelkie powody marzyć, wszak globalnego producenta napojów energetycznych stać na wszystko. Gdyby się zasłużył, można by nawet wybaczyć, że wymazał tradycyjną nazwę klubu i zastąpił jego godło logiem Red Bulla.

I rzeczywiście, od tamtej pory piłkarze Salzburga wygrywają krajową ligę właściwie sezon w sezon.

Ale im bardziej porywali się na Ligę Mistrzów, tym brutalniej obrywali w eliminacjach, nie wytrzymywali nawet zderzeń ze znacznie uboższymi rywalami z Luksemburga czy Litwy. Nie awansowali nigdy, stopniowo zyskując reputację powszechnie obśmiewanych fajtłapów, jakich Europa jeszcze nie widziała.

Dopiero teraz ostatecznie tracą jednak godność. No dobrze, nie zajrzałem do głów wszystkich salzburskich kibiców – myślę po swojemu, to ja bym się w ich sytuacji czuł skrajnie poniżony. Salzburg skarlał do klubiku bez podmiotowości, do przybudówki, do skrzynki z narzędziami, aż mam ochotę z typową dla siebie przesadą przyrównać go do niewolnika, który zbiera bawełnę wyłącznie dla zysków swego pana, w zamian otrzymuje jedynie wikt i dach nad głową. Chyba nie kombinuję zresztą nazbyt oryginalnie, skoro austriacki piłkarz Martin Hinteregger, który latem uparł się akurat na transfer do Augsburga, mówił, że „Lipsk niszczy Salzburg”, że wszystkie decyzje między oboma klubami podejmuje się na korzyść niemieckiego, że „Lipsk po prostu bierze, co zechce, więc Salzburg nigdy nie zdoła zbudować drużyny”.

Dobrze powiedziane, dlatego najbardziej nurtuje mnie, co się stanie, gdy oba czerwono-bycze kluby awansują do Ligi Mistrzów. UEFA, która teoretycznie nie dopuszcza udziału w rozgrywkach dwóch drużyn należących do tego samego właściciela, będzie udawała, że nie wie, iż pomimo formalnych wykrętów za RB Lipsk oraz RB Salzburg stoi jedno korpo? UEFA nie będzie udawała i zmusi do Mateschitza, by wybrał? Czyżby Salzburgowi groziło, że upadnie jeszcze niżej?

niedziela, 06 listopada 2016

Tydzień temu pisałem o skrajnie znienawidzonym piłkarzu, a teraz napisałem – tak się złożyło – o skrajnie znienawidzonym klubie. Klubie, który przedwczoraj nie istniał, wczoraj zadebiutował w Bundeslidze, a dzisiaj został jej współliderem. Felieton do poniedziałkowej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: bundesliga
17:51, rafal.stec
Link Komentarze (40) »
czwartek, 03 marca 2016

Terminator Robert Lewandowski

To było niewyobrażalne, a staje się bardzo realne. Jeśli Bayern przegra w sobotę w Dortmundzie, walka o mistrzostwo Bundesligi rozgorzeje ponownie. A ludzi niezastąpionych lider ma tylko dwóch – bramkarza Manuela Neuera i kapitana reprezentacji Polski.

Bayern nie porywa. Owszem, wytrwale młóci punkty i w środę z Mainz poniósł dopiero pierwszą w sezonie porażkę na własnym stadionie (pozostałe 15 meczów u siebie wygrał), ale ostatni pokaz przytłaczającej siły dał na początku listopada, gdy rozbił w Lidze Mistrzów Arsenal 5:1. W tym roku albo wydziera nieznaczne zwycięstwa z wysiłkiem, albo – mowa tu o poważniejszych wyzwaniach – nie wygrywa. Nawet w Turynie, w którym najpierw wgniótł gospodarzy w ich własne pole karne i prowadził 2:0, a po przerwie pozwolił im wrócić do życia. Juventus wyrównał, mógł nawet wygrać, odzyskał nadzieję na awans do ćwierćfinału LM.

A ponieważ przez Bundesligę jak opętana pędzi Borussia – w tym roku niepokonana i w kraju, i w Lidze Europejskiej – zredukowała stratę do lidera do pięciu punktów. I gdyby go w sobotnim szlagierze pokonała, stanęłaby tuż za plecami Bayernu.

Nikt się tego nie spodziewał i dlatego, że dortmundczycy mieli powoli zyskiwać nową tożsamość po zamianie trenera Jürgena Kloppa na Thomasa Tuchela, i dlatego, że trwa epoka panowania monachijczyków o skali dotąd niespotykanej. Bayern już wcześniej utrzymywał tytuł przez trzy kolejne sezony, ale nigdy nie utrzymywał przez trzy sezony aż tak gigantycznej przewagi. Wiosną 2013 r., jeszcze za rządów trenera Juppa Heynckesa, uciekł wicemistrzowskiej Borussii na dystans 25 pkt, wiosną 2014 r. wyprzedził ją o 19 pkt, a wiosną 2015 r. dzieliło go od Wolfsburga „skromne” 10 pkt głównie z tego powodu, że w końcówce sezonu monachijczycy kompletnie odpuścili i przegrali trzy z ostatnich czterech meczów.

Pep Guardiola testował wówczas głębokich rezerwowych i zdarzało mu się nie powołać Roberta Lewandowskiego do meczowej kadry. Ale teraz, gdy jest o co grać, wyciska z niego maksimum. U trenera, który zasadniczo nie ufa klasycznym środkowym napastnikom i początkowo również na Polaka spoglądał podejrzliwie, Lewandowski awansował na gracza niezbędnego. Co wiemy nie tylko z chętnie wypowiadanych pochwał, ale też decyzji Hiszpana.

Po raz ostatni Lewandowskiego nie było na boisku w ostatnim kwadransie meczu w Mönchengladbach 5 grudnia. Od tamtej pory wychodził w podstawowym składzie zawsze i zawsze pracuje przez pełne 90 minut. I w dziewięciu spotkaniach Bundesligi, i w dwóch w Lidze Mistrzów, i w dwóch krajowego pucharu. Nawet wtedy, gdy trzeba odfajkować wyjazd do drugoligowego Bochum. Od 1170 minut Polak gra bez przerwy. I rzeczywiście wygląda niekiedy na niezastąpionego, to on strzelił osiem z dziesięciu pierwszych goli Bayernu w tym roku, ratując punkty w przeciętnych występach monachijczyków.

Guardiola chętnie tasuje nazwiskami z szerokiej kadry – np. w środę osadził w rezerwie napastnika reprezentacji Niemiec Thomasa Müllera – ale z głównego snajpera nie rezygnuje prawie nigdy. W Bundeslidze więcej czasu (100 proc.) spędził na boisku tylko bramkarz Neuer. Drugi w rankingu najbardziej eksploatowanych Lewandowski wyprzedza kolegów zdecydowanie – grał o 152 minuty więcej niż Müller, o 225 więcej niż David Alaba i o 294 więcej niż Philipp Lahm. I jako jedyny rozegrał pełne sześć godzin w Pucharze Niemiec, tam odpoczywał nawet Neuer. Liga Mistrzów? Lewandowski zaliczył oczywiście wszystkie mecze jako jeden z trzech w drużynie.

Jeśli zatem Bayern w Dortmundzie przegra i walka o tytuł rozgorzeje ponownie, polski napastnik już do końca sezonu nie odetchnie prawdopodobnie ani przez chwilę. W PZPN usłyszeliśmy nawet rzucone półserio, ale jednak rzucone, że Lewandowskiemu przydałoby się przynajmniej przeziębienie, żeby trochę odpoczął. Bo nasz terminator, jak wiadomo, nie choruje nigdy. Przez niespełna trzy lata w Bayernie niedysponowany był właściwie tylko raz – rok temu, gdy doznał wstrząśnienia mózgu po zderzeniu z Mitchellem Langerakiem. Choć lekkie zmęczenie materiału można niekiedy podejrzewać. W środę Polak nie oddał celnego strzału, średnio wyglądał także w Turynie.

Adam Nawałka widzi, że jego kapitan haruje jak wół, więc przy każdej okazji sam daje mu wolne. Jesienią odesłał go do domu przed sparingiem z Czechami, a wiosną – przed sparingiem z Grecją. Selekcjoner mógłby pewnie negocjować z Guardiolą, ale zdaje sobie sprawę, że to również Lewandowski rwie się, by grać zawsze. Jak inni wielcy nienasyceni, Leo Messi czy Cristiano Ronaldo.

Skutki dla reprezentacji są różne, Portugalczyk na niemal każdym letnim turnieju wygląda na piłkarza wyżętego z sił. Jeśli zatem Bayern będzie walczył na całego do samego końca sezonu, pozostanie liczyć, że nam trafił się atleta jeszcze twardszy niż Ronaldo. Bo na przykład trener Niemców, naszych grupowych rywali na Euro 2016, nie powołuje do reprezentacji nikogo poza Neuerem, kto miałby w nogach tyle, ile Lewandowski.

niedziela, 31 stycznia 2016

Robert Lewandowski, Bayern Monachium

Skoro nawet staranny, stabilny i spokojny Bayern się zachwiał, to znaczy, że nikt nie zna dnia ani godziny. Felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” o futbolowym superklubie coraz bardziej nieprzewidywalnym przeczytacie tutaj.

czwartek, 03 września 2015

Opowieści o zrozpaczonych ludziach, którzy uciekają do Europy przed wojną i zbrodniczym barbarzyństwem, a także debatę o tym, co z nimi zrobić, śledzę z przejęciem. Mam wrażenie, że w XXI wieku na naszym kontynencie nie działo się nic bardziej doniosłego, istotnego dla jego przyszłości, zasadniczo sprawdzającego, jakie wartości uznajemy za ważne. Śledzę ją też ze smutkiem, bo my, Polacy, czyli naród uchodźców i katolików, w większości reagujemy na nieszczęśników nienawistnie, bezwzględnie, agresywnie. Miłosierdzie i solidarność cenimy, gdy sami przyjmujemy pomoc od krajów, w których żyje się lepiej – po awansie do grona społeczeństw stosunkowo bogatych i stabilnych priorytety się nam zmieniły.

Dlatego z zazdrością obserwowałem akcję kibiców Bundesligi, którzy w ostatniej kolejce serdecznie uchodźców witali, rozwieszając przyjazne transparenty (Borussia Dortmund 220 imigrantów zaprosiła nawet na mecz):

Bundesliga, uchodźcy, kibice

Z zazdrością oglądam też kampanię, w której uczestniczą reprezentanci Niemiec. Albo patrzę, jak Niemcy witają Syryjczyków:

Dzisiaj zaangażował się Bayern Monachium. Zorganizuje obozy treningowe dla najmłodszych uchodźców. Zaoferuje im lekcje niemieckiego, darmowe posiłki, sprzęt piłkarski. A w najbliższej kolejce ligowej każdy piłkarz wyjdzie na boisko z dwojgiem dzieci pod rękę – niemieckim oraz przyjezdnym. Monachijski klub przeznaczy też milion euro na inicjatywy związane z przyjmowaniem uciekinierów i integrowaniem ich ze społeczeństwem, które wybierze po konsultacjach z władzami Bawarii.

Suma nie robi wrażenia, ale liczy się przede wszystkim gest. Bayern to jeden z superklubów, globalnych futbolowych korporacji, które kojarzymy raczej z marketingowym pomnażaniem kupującej gadżety klienteli, które nie brzydzą się przyjmować brudnych sponsorskich pieniędzy, które wyrzucają pierdyliardy euro na transfery piłkarzy bez żadnych osiągnięć. Ważny akt społecznej odpowiedzialności. Owszem, przemyka mi przez głowę wstrętna myśl – aż się jej wstydzę – że intencją monachijczyków jest m.in. upiększanie wizerunku firmy. Ale zaraz przychodzi następna, bardziej posępna. Że gdyby podobną inicjatywę podjął polski klub, to wizerunkowo u Polaków niekoniecznie by zyskał.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi