Wpisy z tagiem: Paris Saint Germain

czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

czwartek, 11 sierpnia 2011

I oto nastały czasy, gdy Roman Abramowicz wydaje się gołodupcem, właścicielem zachodnioeuropejskiego klubu piłkarskiego wcale nie egzotycznym, możemy już chyba wręcz nazwać go swojskim. Spoczciwiał, bo teraz rozpanoszyło się u nas - na razie na rynku transferowym - jaśniepaństwo o majątku zmierzającym ku nieskończoności, które nawet w kolekcjonowaniu imion, nazwisk i tytułów nie zna umiaru, więc nasze proste europejskie mózgi nie są w stanie spamiętać, gdzie urzęduje Nasser Ghanim Al Khelaifi, gdzie Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan, a gdzie Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani, nie mamy też i długo mieć nie będziemy pewności, ilu wśród nich jest szejków, ilu emirów, a ilu królewiczów. Przeczuwamy tylko, że obcy raczej nie planują prędko wrócić na swoje planety, skoro nikt na kontynencie nie wydaje więcej na wyposażenie wnętrz niż przejęte przez nich firmy.

Paris Saint Germain zaciągnął tego lata do swojej szatni piłkarzy za 86 mln euro, Manchester City - piłkarzy za 62,5 mln, Malaga - piłkarzy za 58 mln. Objęci arabskim protektoratem nuworysze przebili w wydatkach wszystkich potentatów, podpisując kontrakty z gwiazdami skazywanymi na grę właśnie u aktualnych potentatów - Javierem Pastore, Sergio Aguero oraz Santim Cazorlą, znanym m.in. z odrzucenia swego czasu zalotów samego Realu Madryt. Ich szefowie zgodnie twierdzą, że zamierzają przypuścić atak na sam szczyt, czyli po zaszczyty w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że będą gwizdać sobie na hucznie anonsowane przez UEFA Finansowe Fair Play - zezwalające chcącemu grać w europejskich pucharach klubowi inwestować tyle, ile sam zarabia (na biletach, reklamach, prawach telewizyjnych, gadżetach etc), a nie tyle, ile podaruje rozrzutny właściciel. By spełnić te warunki, PSG, City i Malaga musiałyby z anielską cierpliwością wzmacniać swoje marki i rosnąć marketingowo, budować drużyny powoli, stopniowo zwiększać przychody i dopiero w odleglejszej przyszłości rozsypywać dziesiątki milionów na transferowe hity. Czyli czekać do świętego nigdy, zapewne co najmniej dekadę z okładem. Niemożliwe, takiego poniżenia nie zniósłby prawdopodobnie żaden utuczony na ropie biznesmen, który postanawia zabawić się piłką nożną.

A gdyby popadł w obłęd i zechciał poniżenia znosić, nie miałby szans, Barcelona z Manchesterem United i kilkoma innymi globalnymi korporacjami panowałyby na boiskach aż do zgaśnięcia Słońca, ewentualnie jeszcze dłużej - do końca istnienia futbolu. Kto chce wtargnąć dziś do czołówki na stałe, musi wymodlić zniebazstąpienie mesjasza gotowego płacić milion za każdego gola. Jak wspomniany Abramowicz, który w Chelsea sflaczałego bankruta niemal z dnia na dzień nadmuchał do supermocarstwa - regularnie uczestniczącego w półfinale Ligi Mistrzów, zdolnego przyciągać najwybitniejszych graczy, wymienianego w wąskiej elicie elit, choć nadal niewystarczająco silnego, by zdobyć Puchar Europy.

Jego następcy ze wschodu poczekają dłużej. W Manchesterze City, przejętym przez bliskowschodnich bonzów trzy lata temu, nadal króluje bałagan - styl gry nie przekonuje i wydaje się pozbawiony głównego wątku albo wręcz scenariusza, trener Roberto Mancini się miota, ofensywę destabilizują nadmiar transferów i zachowanie nadpobudliwych awanturników Balotellego oraz Teveza. Przejęta przed rokiem Malaga rywalizuje w lidze opanowanej przez gigantów - Barcelonę oraz Real - których w przewidywalnej przyszłości doścignąć się nie da. Wreszcie Paris Saint Germain wpadł w arabskie ręce dopiero przed chwilą i kadrową rewolucję ledwie rozpoczął.

Żaden z wymienionych klubów nigdy nie zajrzał nawet do finału najważniejszych europejskich rozgrywek, obecni właściciele dalekosiężnie myślą wręcz o finałowym triumfie. Chcą obalić oligopol czołowych futbolowych korporacji, których szefowie poczuli się poważnie zagrożeni.

I poprosili o ratunek Michela Platiniego. Szef FIFA przyznał ostatnio, że Finansowe Fair Play powstało m.in. wskutek apeli Romana Abramowicza (właściciel Chelsea), Silvio Berlusconiego (Milan) i Massimo Morattiego (Inter), zmęczonych przyspieszającym bez ustanku wyścigiem transferowych zbrojeń. Najpierw sami wyścig z zapałem napędzali, a kiedy stracili ochotę na dalsze inwestycje lub/i przestraszyli się potężniejszej, egzotycznej konkurencji, usiłują nakazać hamować wszystkim. Najnowsze trendy źle wróżą zwłaszcza stale ubożejącym Włochom - Milan od kilku lat kupuje głównie po cenach okazyjnych, Inter jest chyba gotowy na wyprzedaż najcenniejszych sreber, skoro nie wyklucza wyeksportowania obu najjaśniejszych gwiazd, Samuela Eto’o i Wesleya Sneijdera. Co groziłoby sportową katastrofą.

Choć Finansowe Fair Play, jeśli zadziała, może ocalić wiele rządzonych nieodpowiedzialnie, żyjących na kredyt klubów, to jest w tej historii jeszcze jeden interesujący paradoks - pozujący na adwokata futbolowej biedoty Michel Platini ratuje obrzydliwie bogatych, którzy poczuli się bezbronni, bo do rezydencji w sąsiedztwie wprowadzili się jeszcze obrzydliwiej bogaci.

| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi