Wpisy z tagiem: Paris Saint Germain

czwartek, 11 lipca 2013

Najagresywniej inwestujący właściciele klubu piłkarskiego – wysłannicy rządu katarskiego – najpierw nie zdołali przyciągnąć trenera na miarę swoich ambicji, teraz tracą importowanego dyrektora sportowego, który wydawał ich pieniądze, a zaraz prawdopodobnie będą musieli powstrzymywać od ucieczki bohaterów boiska.

Leonardo podał się do dymisji, kiedy został zdyskwalifikowany na cały sezon. Francuska federacja najpierw zawiesiła go na dziewięć miesięcy, wydłużyła wyrok do trzynastu po rozpatrzeniu odwołania. Brazylijczyk mógłby wykonywać obowiązki dyrektora sportowego, ale nie miałby wstępu na mecze, włącznie z wieczorami Ligi Mistrzów. Drastyczną karę – nawet ślepą brutalność traktuje się w futbolu łagodniej – sprowokował szturchnięciem wracającego do szatni sędziego, który wcześniej niesłusznie jego zdaniem wyrzucił z boiska obrońcę Thiago Silvę. Choć powód arbiter teoretycznie miał, zareagował jak tępy biurokrata – kwestionujący podyktowanie rzutu wolnego piłkarz go dotknął, czego przepisy zabraniają, ale w geście nie było śladu agresji.

To jedno z wielu spięć, które sprawiły, że paryżanie poczuli się prześladowani. To oni, przecież zbiorowisko gwiazd, zebrali najwięcej czerwonych kartek w lidze. Wysłuchiwali, że niepohamowany katarski apetyt na chwałę przeobrazi francuski futbol w kiczowatą paradę pobrzękujących biżuterią cyrkowców. A kiedy w wypadku samochodowym zginął klubowy dietetyk Nick Broad – postać z cienia, lecz bliska piłkarzom i trenerom – działacze nie zgodzili się na przesunięcie meczu w Bordeaux. „Było zbyt późno” – brzmiało oficjalne wyjaśnienie, choć równocześnie odwołano ze względu na burzę śnieżną zaplanowane na tę samą porę inne spotkanie.

Inwazja Katarczyków wykracza daleko poza futbol. Kupują pałace i luksusowe hotele, przejmują udziały w firmach, wyręczają francuskie państwo w finansowym stymulowaniu rozwoju zaludnianych przez muzułmanów przedmieść metropolii, lokalny oddział Al-Dżaziry – jej dyrektor Nasser Al-Khelaifi jest zarazem prezesem PSG – odebrał transmisje ligowe odwiecznemu monopoliście Canal+. To ta ostatnia stacja miała wymusić rozegranie hitu w Bordeaux zgodnie z planem – pokazuje już tylko pojedyncze mecze, tutaj dostała wyjątkowe show, uatrakcyjnione łzami Ancelottiego podczas minuty ciszy czy pytaniami „jak to jest grać w taki wieczór” do piłkarzy. Według szacunków „Financial Times” Katarczycy zainwestowali we Francji już 15 mld dolarów, wzbudzając ambiwalentne uczucia. Prezydent François Hollande apeluje, by jeszcze przyspieszyli, jednak wielu polityków i publicystów nawołuje, by przywożonym znad Zatoki Perskiej pieniądzom „przyglądać się dwukrotnie”.

Paryski klub ma służyć Katarczykom za widzialny na całym świecie billboard. Jego przepych uwiera tubylców mocniej niż Anglików raził nagły awans dorobkiewiczów z Chelsea czy Manchesteru City, bowiem Premier League to komercyjny moloch, skonstruowany wyłącznie z klubów bogatych i obrzydliwie bogatych, obłędnie popularny na całej planecie. W lidze francuskiej enklawa luksusu powstała na pustkowiu, a jej bezceremonialni sponsorzy dźwigają wydatki nawet cięższe niż Roman Abramowicz czy szejk Mansour – przez restrykcyjny system podatkowy 14 mln euro pensji Zlatana Ibrahimovicia przygniata budżet 30 milionami rocznie. Zaszkodziła też mistrzom Francji wyniosłość, z jaką sugerowali, że krajowe granie traktują jak pańszczyznę, że wyzwania na miarę ich godności oferuje dopiero Liga Mistrzów. Leonardo publicznie podważał profesjonalizm i mentalność wszystkich – trenerów, zawodników, sędziów, działaczy.

Transferową strategię obrał importowany z Mediolanu dyrektor tak prostą, że wręcz prymitywną. Zatrudnił zaprzyjaźnionego włoskiego trenera Ancelottiego, a szatnię zaczął wypełniać drużyną marzeń ligi włoskiej – jej najlepszym graczem ofensywnym Ibrahimoviciem, najlepszym graczem defensywnym Thiago Silvą, gwiazdami i gwiazdkami Lavezzim, Pastore czy Menezem, wielką nadzieją na przyszłość Verrattim. Francuzami gardził, z 259 mln euro wydanych na transfery 188 mln przelał na konta Serie A. I zaraz dołoży kolejne 63 mln – weźmie króla strzelców Edinsona Cavaniego, do uzgodnienia pozostały drobiazgi – a potem zasadzi się być może na idoli rzymskich, Daniele De Rossiego oraz Hernanesa. Kontynuuje plądrowanie włoskich muraw, bowiem obiecał, że opuści Paryż dopiero 2 września, po zamknięciu okna transferowego.

Następcy Ancelottiego, który w czerwcu wyniósł się do Realu Madryt, znaleźć jednak nie zdołał. Posadę w klubie zdolnym spełnić każdą fanaberię trenera odrzucali fachowcy formatu Fabia Capella i Rafy Beniteza, aż przyjął ją Laurent Blanc – kandydat nawet nie z dołu, lecz spoza listy życzeń. A teraz wiercić się zaczęli najważniejsi gracze – agent kompulsywnego obieżyświata Ibrahimovicia rozpyla plotki o transferze do Realu, Thiago Silva chętnie zbiegłby do zapraszającej Barcelony. Słowem, mają w Paryżu bezkresny budżet, ale wciąż nie kupili atmosfery niezbędnej do wznoszenia sportowego supermocarstwa.

Wyrosła im natomiast poważna konkurencja. Faszerowane rosyjską fortuną Dimitrija Rybołowlewa AS Monaco – krytykowane za korzystanie z przywilejów raju podatkowego, prawnicza awantura trwa – porwało się właśnie m.in. na Radamela Falcao, wycenionego przez Atletico Madryt na 60 mln euro. Co oznacza, że liga francuska, do niedawna zasilająca znakomitymi piłkarzami ligi sąsiednie, przejmie tego lata oba najgorętsze nazwiska wśród napastników (drugim jest wspomniany Cavani). I sfinansuje oba najkosztowniejsze prawdopodobnie transfery. Zawładnęli nią – w kraju z pasją chroniącym rodzimą kulturę, patrz subsydiowanie kina czy przeforsowanie „exception culturelle” w strefie wolnego handlu między Unią i USA – biznesmeni bardzo egzotyczni. I ostentacyjnie ignorujący Finansowe Fair Play, wprowadzone wszak przez Francuza Michela Platiniego. Kupić nie zdołali tylko integracji z otoczeniem.

środa, 12 czerwca 2013

Na Real Madryt nie wystarczają najwybitniejsze kompetencje trenerskie. A czasami nie wystarcza nawet bezdyskusyjny sukces. Fabio Capello został dwukrotnie wylany po zaledwie sezonie, choć zdobywał mistrzostwo kraju. Jupp Heynckes również wyleciał po jednym sezonie, choć zdobył Puchar Europy. Od 1990 roku madrycki klub aż 24 razy zwalniał szefa szatni. Pełnym powodzeniem – przepracował cztery lata, wygrywał krajowo i międzynarodowo, żegnał się w pokoju – zakończyła się tylko misja Vicente’a del Bosque.

Nawet José Mourinho, czyli guru, za którym piłkarze wszędzie wodzili maślanymi oczami, uciekał przed chwilą z Madrytu z ulgą, ostro skłócony z szatnią. Już po rozstaniu zrugał Cristiano Ronaldo, który ponoć „wszystko wie najlepiej” i ignoruje taktyczne rady. Dlatego prezes Florentino Perez następcy szuka w elicie elit. Podobno rozważał kandydaturę wspomnianego Heynckesa, jednak Niemiec postanowił odetchnąć na dłuższych wakacjach. Na pewno zabiega o Ancelottiego, którego nie chce puścić Paris Saint Germain. Obu łączy to, że najcenniejsze trofea – klubowe bądź reprezentacyjne – obcałowywali po finałach i jako gracze, i jako trenerzy. Mocniejszych dowodów na swoją wielkość przedstawić się nie da.

Perez obrał strategię, którą najpierw stosował wyłącznie przy transferach piłkarzy – Figo, Zidane’a, Kaki czy Ronaldo. Pożąda nazwisk menedżerów najsławniejszych, najdroższych, już fantastycznie zasłużonych. Inwestuje w „pewniaków”, odkąd pojął, że każdym pomysłem nieoczywistym pracuje na nieoficjalny tytuł mistrza świata od trenerskich pomyłek.

Wszystkim prezesom zdarza się wybierać źle, ale Perez, biorąc pod uwagę późniejsze kariery jego wybrańców, błądził jak nikt.

Najpierw wziął Carlosa Queiroza, który obecnie jako selekcjoner reprezentacji Iranu toczy twardy bój o mundial z Uzbekistanem. Potem wpuścił do szatni Jose Antonio Camacho, który jako selekcjoner Chińczyków już o mundial się nie bije, bo jego piłkarze nie dali rady Jordańczykom. Umiejętności Mariano Garcii Remóna rynek zweryfikował jeszcze brutalniej, zsyłając go kolejno: na bezrobocie, do drugiej ligi hiszpańskiej, znów na bezrobocie. Vanderlei Luxemburgo po beznadziejnym madryckim epizodzie utrzymuje się w czołówce ligi brazylijskiej, ale do światowej czołówki w zawodzie brakuje mu wiele. A Juan Ramón López Caro? Ktoś jeszcze pamięta, że zaszczytu rządzenia piłkarzami klubu XXI wieku dostąpił i on, dziś służący swoją wiedzą drużynie Arabii Saudyjskiej, we wspomnianych eliminacjach do mistrzostw świata pobitej przez Oman?

Jedynym przed nastaniem ery Mourinho trenerem, który po odejściu pozostał na poziomie Ligi Mistrzów, okazał się Manuel Pellegrini, zatrudniony już podczas drugiej kadencji Pereza. Ale nawet jego zwierzchnik uznał to za pomyłkę, skoro zwolnił Chilijczyka po sezonie... Generalnie prezes swoimi pomysłami natchnął, jak czytamy na podanej wyżej liście płac, przede wszystkim przedstawicieli futbolu azjatyckiego.

Między jego kadencjami do madryckiej szatni zajrzeli jeszcze na chwilę Bernd Schuster oraz Juande Ramos, ale kontrolę nad Realem zdołał objąć dopiero Mourinho. Naprawdę pełną kontrolę. Nakłonił przełożonego nie tylko do zwolnienia dyrektora sportowego Jorge Valdano, ale także likwidacji tego stanowiska w ogóle. I przetrwał aż trzy sezony, co w całej historii klubu udało się tylko Johnsonowi, Bru, Munozowi i wspomnianemu del Bosque.

Jeśli Realowi powiedzie się wydzieranie Ancelottiego, szefowie Paris Saint Germain muszą znaleźć następcę. Ich nie straszy ponura przeszłość nieustających przewrotów pałacowych, ale do madryckiego potentata się upodobnili – też kolekcjonują gwiazdorów utwierdzanych w przekonaniu o swojej wyjątkowości ośmiocyfrowymi sumami transferowymi. Czasami wypłacanymi, zanim kupowany cokolwiek osiągnie. Najpierw Javier Pastore (43 mln euro), a potem Lucas Moura (45 mln euro) stawali się najdroższymi piłkarzami ligi francuskiej, kiedy byli jeszcze aspirującymi młodzieńcami nawet w wymiarze lokalnym – reprezentacjach Argentyny oraz Brazylii. Ba, pierwszy przyleciał do Paryża z prowincjonalnego Palermo.

Klubów przejętych przez zagranicznych sponsorów, które dzięki finansowym sterydom z dnia na dzień zaczynają dysponować budżetem bez dna, przybywa. Wyrastają w Rosji, wyskakują z drugich lig (AS Monaco). Dlatego zaczyna brakować trenerów godnych ich imperialnych zamiarów. Nad celebrytą pobierającym 10 mln rocznie nie może stać łachmaniarz wyceniany na milion. Ani fachowiec, owszem, wykształcony i z dorobkiem, lecz pozbawiony predyspozycji przywódczych większych niż te, które wystarczają na kluby średnie oraz duże. Decydują tutaj i względy prestiżowe, i merytoryczne (każdy wydatek odrywający szatnię od rzeczywistości komplikuje sytuację jej szefowi), i tkwiące w mentalności właścicieli – ci zamiast czekać, aż obiecujący trener „zbuduje” drużynę, wolą wynająć zawodowca, który zminimalizuje ryzyko i zapewni sukces w pięć minut.

Szefowie PSG oglądali się za Guusem Hiddinkiem, ale holenderski obieżyświat przedłużył kontrakt z Anży Machaczkała. Teraz ponoć chcą André Villasa-Boasa (z przepychem zaznajomił się w lidze angielskiej). Madrycki prezes musi im kibicować, bo gdyby nie wziął wymarzonego Ancelottiego... Nie wiadomo, czy wróciłby czas zamętu, ale liczba dostępnych możliwości gwałtownie zmaleje. Do rzucenia nazwiska Zinedine’a Zidane’a, który nie ma nawet jeszcze uprawnień do pracy na najwyższym poziomie, pchnęła Pereza chyba bezradność. Łatwiej dziś na rynku o luksusowego gracza niż luksusowego trenera. Zwłaszcza że od tego pierwszego nadal wymaga się głównie sprawnego kopania piłki, a drugi powinien nie tylko uczyć, jak grać, coraz częściej wciąga go jeszcze twarda korporacyjna walka o wpływy. Szczególnie że Real stanowi wyzwanie porównywalne chyba jedynie z prowadzeniem reprezentacji Brazylii.

O czym wypada pamiętać, gdy podsumowujemy madrycką karierę Mourinho. Niewykluczone, że na skuteczniejszego trenera trochę Real poczeka.

środa, 18 lipca 2012

Paris Saint Germain

Piłkarze rozbiegli się po całej planecie. Jeszcze przed chwilą tłoczyli się - najlepsi, najsławniejsi, najdrożsi - na małym skrawku małego kontynentu, kopiąc na chwałę klubów trzech-czterech czołowych lig Europy. Dziś coraz chętniej uciekają na drugi koniec świata, ewentualnie na drugim końcu świata zostają.

Do Brazylii przenieśli się właśnie Clarence Seedorf i Diego Forlan; tamtejszy Santos od dawna nie wypuszcza Neymara, choć wyrywają go firmy o rozmiarach Barcelony, Chelsea czy Realu; Corinthians wygrał właśnie z ligą włoską wyścig o Juana Manuela Martineza z Velezu Sarsfield; do ojczyzny wracają kolejni średnioformatowi gracze w typie Fabio Aurelio (z Liverpoolu) czy Denilsona (z Arsenalu), zaraz być może wróci też znacznie lepszy Robinho (z Milanu). Kanadyjski Montreal Impact zebrał już czterech byłych reprezentantów Włoch. Do ligi tureckiej przybyli przed chwilą Dirk Kuyt (z Liverpoolu), Hamit Altintop (z Realu Madryt) i Mehmet Topal (z Valencii), do katarskiej Nilmar (z rozbieranego właśnie Villarrealu), do szwajcarskiej Gennaro Gattuso (z Milanu). Tajlandzkie Muangthong United zabiega o Alessandro del Piero i Louisa Sahę. Chińskie Shanghai Shenhua wzięło Didiera Drogbę i Nicolasa Anelkę, Guangzhou Evergrande importowało klasowego Paragwajczyka Lucasa Barriosa, kilku niezłych Brazylijczyków i trenera Marcello Lippiego, Dalian Aerbin podebrało Barcelonie Seydou Keitę, Qingdao Jonoon proponuje 9 mln dolarów za sezon Andrijowi Szewczence.

Czasami dobrobyt odległych klubów stanowi część znacznie większej całości - skoro owładnięta futbolową szajbą Brazylia ma drugi najwyższy w świecie wzrost PKB, jej gospodarka prześcignęła niedawno włoską i mknie za francuską, wartość waluty rośnie, a koniunkturę (sponsorów) napędza perspektywa mundialu w 2014 roku, to nic dziwnego, że lidze powodzi się coraz lepiej, a roczne przychody mistrzów z Corinthians puchną do 144 mln dol. Czasami jednak dobrobyt peryferyjnych klubików wynika z fanaberii pojedynczych bogaczy - chiński futbol leży, zżera go korupcja o nieprawdopodobnej skali (dwaj ostatni prezesi federacji dostali za łapówkarstwo dziesięcioletnie wyroki), ale potentat rynku nieruchomości o pieniądze nie dba, więc wepchnął Argentyńczyka Dario Concę do wąziutkiej elity najhojniej opłacanych graczy świata. To w Chinach (i w USA) mieszka najwięcej milionerów, to stamtąd wywodzą się nuworysze buszujący po najekskluzywniejszych domach aukcyjnych Paryża i Tokio oraz londyńskim rynku nieruchomości, teraz padło na futbol.

Za najgwałtowniejsze tektoniczne ruchy muraw odpowiadają jednak przede wszystkim ci bogacze ze wschodu, którzy postanowili podbić Europę. Kampanię ledwie zaczęli, drastyczne zmiany w futbolowej geografii dopiero przed nami. To oni płacili za niemal wszystkie najwyższe transfery minionych 12 miesięcy - Sergio Aguero (45 mln euro), Javiera Pastore (43 mln), Thiago Silvy (42 mln, najdroższy po Rio Ferdinandzie obrońca w historii), Edena Hazarda (40 mln) oraz Ezequiela Lavezziego (31 mln). Do czołówki kupujących wepchnęła się jeszcze tylko Barcelona (Cesc Fabregas, 34 mln), bo już Atletico Madryt stać było na import Radamela Falcao (40-47 mln) głównie dlatego, że finansowany przez szejków Manchester City wcześniej wstrzyknął mu fortunę za Aguero. Przybysze ze wschodu kupują też już zresztą z niższej półki, drugoligowe angielskie Nottingham Forest przeszło właśnie w ręce kuwejckiego biznesmena Fawaza Al Hasawiego.

Tymczasem Włosi biednieją w oczach, po wczorajszym wypchnięciu Zlatana Ibrahimovicia z Milanu - nie chciał odejść! - Serie A nie zatrudnia ani jednego gracza z czołowej dziesiątki najlepiej zarabiających, co nie zdarzyło się, odkąd istnieją płacowe rankingi. Nawet obaj giganci hiszpańscy, marketingowo wszechpotężni i coraz agresywniejsi, nieco zbledli po zlikwidowaniu przywilejów podatkowych - Barcelona właśnie ze względów podatkowych nie zdołała zatrzymać Keity. Na inwestycyjne szaleństwa stać już tylko firmy niewschodnie będące we wschodnich rękach (PSG po wyjęciu Ibrahimovicia obsadzi szatnię na miarę ostatnich faz Ligi Mistrzów, Chelsea Ligę Mistrzów właśnie wygrała i znów przypuszcza ofensywę transferową, Manchester City rozsiadł się na szczycie Premier League) oraz firmy wschodnie w sensie ścisłym. Bohaterem piątego jak dotąd - biorąc za kryterium cenę - transferu lata został Lacina Traore, ponadwumetrowy napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej, który Kubań Krasnodar na Anży Machaczkałę zmienił za 20 mln. Wzbudzającego zainteresowanie Realu Madryt Mario Fernandesa (Jose Mourinho stracił na wieść o pozaboiskowych kłopotach Brazylijczyka) zatrudniło CSKA Moskwa, płacąc za prawego obrońcę aż 15 mln euro. Sąsiedni Lokomotiw zasadza się na Emmanuela Adebayora i ponoć jest mu gotów 175 tys. funtów, które odstrasza Tottenham. Pożądany przez wierchuszkę włoskiej Serie A Portugalczyk Miguel Veloso wolał Dynamo Kijów, które pozyskało też Argentyńczyka Marco Rubena z Villarrealu. Reprezentację Rosji przejmie Fabio Capello, który dołączy do pracujących już w tym kraju trenerów Luciano Spallettiego, Guusa Hiddinka, Slavena Bilicia i Unaia Emery’ego. (A Jego Cesarska Mość Franz Beckenbauer zostanie twarzą kampanii wizerunkowej kontrolowanej przez Gazprom spółki RGO).

Świat piłki tak bardzo się zatomizował i w wariackim wyścigu zbrojeń oderwał od ekonomicznego zdrowego rozsądku, że najlepiej zarabiający piłkarz świata - wyceniany na 20 mln za sezon Samuel Eto’o - strzela gole dla dagestańskiego Anży Machaczkała, dotąd drużyny spoza europejskich pucharów, więc kibicom napastnik jego klasy właściwie zniknął z oczu. To kuriozum jest możliwe, bo szumnie reklamowanym wprowadzeniem Finansowym Fair Play szefowie nowobogackich klubów zupełnie się nie przejęli i nadal wydają horrendalne sumy, by rzucić wyzwanie starym korporacjom i zburzyć hierarchię podporządkowaną markom manchesterskim i barcelońskim. Francuski szef UEFA Michel Platini pewnie nie przypuszczał, że ostentacyjnie ignorować jego przepisy będzie firma z Paryża. Klub, który nigdy nie dopchał się do finału Pucharu Europy, bieżącego lata polował na Thiago Silvę skuteczniej niż Barcelona. I zgromadził grupę piłkarzy jak na realia Ligue 1 nieprawdopodobnie mocną, teoretycznie skazaną na totalną dominację. A także wywołującą oburzenie. Minister Sportu i Zdrowia Roselyne Bachelot wyraziła już „swoją złość i niesmak niewiarygodnymi kontraktami oferowanymi w czasie, w którym pomniejsze francuskie kluby walczą jak psy o przetrwanie”.

PSG przez minione 12 miesięcy rzuciło na transfery 215 mln euro. A przecież płaci jeszcze pensje (Ibrahimovicowi obiecał wraz z premiami nawet 15 mln za sezon, czyli więcej niż pobory Leo Messiego i Cristiano Ronaldo), a przecież gwiezdne wojny trwają, dyrektor sportowy Leonardo już się zastanawia, czy spróbować ożywić Kakę, czy może rozsądniej byłoby sprzątnąć sprzed nosa Realowi Madryt Lukę Modricia. Kto wie, czy lata AD 2012 nie zapamiętamy jako początku nowej ery w futbolu - kiedy wschodni krezusi przejmowali Chelsea albo Manchester City, to po prostu dołączali do ligi już elitarnej, tymczasem prezes Nasser Al-Khelaifi buduje sztuczną wyspę luksusu w metropolii leżącej daleko od europejskiej czołówki, nawet we własnym kraju klasyfikowanej dopiero w drugiej dziesiątce tabel wszech czasów. Teraz jednym ruchem zagarnął króla strzelców Serie A i jej najznakomitszego obrońcę. Tego dubeltowego transferu chyba nikt bieżącego lata nie przebije.

Paris Saint Germain, Zlatan Ibrahimovic

czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

czwartek, 11 sierpnia 2011

I oto nastały czasy, gdy Roman Abramowicz wydaje się gołodupcem, właścicielem zachodnioeuropejskiego klubu piłkarskiego wcale nie egzotycznym, możemy już chyba wręcz nazwać go swojskim. Spoczciwiał, bo teraz rozpanoszyło się u nas - na razie na rynku transferowym - jaśniepaństwo o majątku zmierzającym ku nieskończoności, które nawet w kolekcjonowaniu imion, nazwisk i tytułów nie zna umiaru, więc nasze proste europejskie mózgi nie są w stanie spamiętać, gdzie urzęduje Nasser Ghanim Al Khelaifi, gdzie Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan, a gdzie Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani, nie mamy też i długo mieć nie będziemy pewności, ilu wśród nich jest szejków, ilu emirów, a ilu królewiczów. Przeczuwamy tylko, że obcy raczej nie planują prędko wrócić na swoje planety, skoro nikt na kontynencie nie wydaje więcej na wyposażenie wnętrz niż przejęte przez nich firmy.

Paris Saint Germain zaciągnął tego lata do swojej szatni piłkarzy za 86 mln euro, Manchester City - piłkarzy za 62,5 mln, Malaga - piłkarzy za 58 mln. Objęci arabskim protektoratem nuworysze przebili w wydatkach wszystkich potentatów, podpisując kontrakty z gwiazdami skazywanymi na grę właśnie u aktualnych potentatów - Javierem Pastore, Sergio Aguero oraz Santim Cazorlą, znanym m.in. z odrzucenia swego czasu zalotów samego Realu Madryt. Ich szefowie zgodnie twierdzą, że zamierzają przypuścić atak na sam szczyt, czyli po zaszczyty w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że będą gwizdać sobie na hucznie anonsowane przez UEFA Finansowe Fair Play - zezwalające chcącemu grać w europejskich pucharach klubowi inwestować tyle, ile sam zarabia (na biletach, reklamach, prawach telewizyjnych, gadżetach etc), a nie tyle, ile podaruje rozrzutny właściciel. By spełnić te warunki, PSG, City i Malaga musiałyby z anielską cierpliwością wzmacniać swoje marki i rosnąć marketingowo, budować drużyny powoli, stopniowo zwiększać przychody i dopiero w odleglejszej przyszłości rozsypywać dziesiątki milionów na transferowe hity. Czyli czekać do świętego nigdy, zapewne co najmniej dekadę z okładem. Niemożliwe, takiego poniżenia nie zniósłby prawdopodobnie żaden utuczony na ropie biznesmen, który postanawia zabawić się piłką nożną.

A gdyby popadł w obłęd i zechciał poniżenia znosić, nie miałby szans, Barcelona z Manchesterem United i kilkoma innymi globalnymi korporacjami panowałyby na boiskach aż do zgaśnięcia Słońca, ewentualnie jeszcze dłużej - do końca istnienia futbolu. Kto chce wtargnąć dziś do czołówki na stałe, musi wymodlić zniebazstąpienie mesjasza gotowego płacić milion za każdego gola. Jak wspomniany Abramowicz, który w Chelsea sflaczałego bankruta niemal z dnia na dzień nadmuchał do supermocarstwa - regularnie uczestniczącego w półfinale Ligi Mistrzów, zdolnego przyciągać najwybitniejszych graczy, wymienianego w wąskiej elicie elit, choć nadal niewystarczająco silnego, by zdobyć Puchar Europy.

Jego następcy ze wschodu poczekają dłużej. W Manchesterze City, przejętym przez bliskowschodnich bonzów trzy lata temu, nadal króluje bałagan - styl gry nie przekonuje i wydaje się pozbawiony głównego wątku albo wręcz scenariusza, trener Roberto Mancini się miota, ofensywę destabilizują nadmiar transferów i zachowanie nadpobudliwych awanturników Balotellego oraz Teveza. Przejęta przed rokiem Malaga rywalizuje w lidze opanowanej przez gigantów - Barcelonę oraz Real - których w przewidywalnej przyszłości doścignąć się nie da. Wreszcie Paris Saint Germain wpadł w arabskie ręce dopiero przed chwilą i kadrową rewolucję ledwie rozpoczął.

Żaden z wymienionych klubów nigdy nie zajrzał nawet do finału najważniejszych europejskich rozgrywek, obecni właściciele dalekosiężnie myślą wręcz o finałowym triumfie. Chcą obalić oligopol czołowych futbolowych korporacji, których szefowie poczuli się poważnie zagrożeni.

I poprosili o ratunek Michela Platiniego. Szef FIFA przyznał ostatnio, że Finansowe Fair Play powstało m.in. wskutek apeli Romana Abramowicza (właściciel Chelsea), Silvio Berlusconiego (Milan) i Massimo Morattiego (Inter), zmęczonych przyspieszającym bez ustanku wyścigiem transferowych zbrojeń. Najpierw sami wyścig z zapałem napędzali, a kiedy stracili ochotę na dalsze inwestycje lub/i przestraszyli się potężniejszej, egzotycznej konkurencji, usiłują nakazać hamować wszystkim. Najnowsze trendy źle wróżą zwłaszcza stale ubożejącym Włochom - Milan od kilku lat kupuje głównie po cenach okazyjnych, Inter jest chyba gotowy na wyprzedaż najcenniejszych sreber, skoro nie wyklucza wyeksportowania obu najjaśniejszych gwiazd, Samuela Eto’o i Wesleya Sneijdera. Co groziłoby sportową katastrofą.

Choć Finansowe Fair Play, jeśli zadziała, może ocalić wiele rządzonych nieodpowiedzialnie, żyjących na kredyt klubów, to jest w tej historii jeszcze jeden interesujący paradoks - pozujący na adwokata futbolowej biedoty Michel Platini ratuje obrzydliwie bogatych, którzy poczuli się bezbronni, bo do rezydencji w sąsiedztwie wprowadzili się jeszcze obrzydliwiej bogaci.

Archiwum
Tagi