Wpisy z tagiem: Mundial 2014

piątek, 12 czerwca 2015

Pojęcie „białych słoni” Anglicy ukuli dla opisania gigantycznych inwestycji oderwanych od lokalnych potrzeb i kosztownych w utrzymaniu, których właściciele najchętniej by się balastu pozbyli. Są stałym elementem krajobrazu niemal wszędzie, gdzie odbywają się największe globalne imprezy sportowe.

Ale wszystkie rekordy pobiła Brazylia, która w ubiegłym roku zorganizowała mundial. Dziś mija rok od rozpoczęcia turnieju.

1) Najdroższy stadion – w stołecznej Brasilii, wzniesiony za ponad 550 mln dolarów – służy dziś za zajezdnię autobusową. W kwietniu mieli tam koncertować muzycy amerykańskiej grupy rockowej Kiss, ale zrezygnowali z powodu zbyt wysokich kosztów. Wystąpili obok, na świeżym powietrzu:

Brasilia, stadion

2) Na stadionie w Natal, którego budowa pochłonęła blisko 200 mln dol., odbywają się wesela i imprezy dla dzieci. Przychody nie wystarczają na utrzymanie, właściciel wystawił go na sprzedaż:

Natal, stadion

3) O istnieniu stadionu w Cuiabie (293 mln dol.) Brazylijczycy przypominają sobie, gdy jest zamykany z powodu wymagających remontu wad konstrukcyjnych, albo dziennikarze odkrywają, że w jego wnętrzu urządzili się bezdomni. Stale wysysa pieniądze z miejskiego budżetu, lokalne władze bezskutecznie usiłują się go pozbyć:

Cuiaba, stadion

4) Moloch w leżącym w sercu amazońskiej puszczy Manaus (270 mln dol.) stoi pusty. Choć sfinansowano go z publicznych pieniędzy, należy do prywatnej firmy. Piłkarze zagrali tam w bieżącym roku ledwie czterokrotnie. W specjalnie zorganizowanym towarzyskim turnieju, na który zlecieli goście z innych części kraju – w dwumilionowej metropolii nigdy nie było dużej drużyny:

Manaus, stadion

5) W Belo Horizonte drużyna jest – markowa, Atlético Mineiro – ale mecze rozgrywa na starym obiekcie. Na wynajęcie mundialowego cacka, przebudowanego za 287 mln dol., jej nie stać. A przy klubie Cruzeiro trybuny rzadko wypełniają się choćby w jednej czwartej.

To tutaj piłkarze i kibice musieli znieść zniewagę wszech czasów, czyli półfinałowe 1:7 z Niemcami:

Belo Horizonte, stadion

15:08, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Owszem, Leo Messi wypadł na mundialu przeciętnie. Przeciętnie jak na nieosiągalne dla nikogo innego standardy, do których przyzwyczaił nas w szczycie kariery. Przesądził o zwycięstwach Argentyny w czterech meczach; dał jej cztery gole i asystę; najczęściej na turnieju z powodzeniem dryblował; był w czołówce wykonujących tzw. podania kluczowe, czyli stwarzające partnerom okazję strzelecką. Wpływał wreszcie na postawę przeciwników, których odwagę tłumił respekt dla jego klasy. Każdy piłkarz zostałby za to doceniony, i to bez wywoływania kontrowersji.

Nie Messi. To być może największy hołd dla jego wyjątkowości. Oceniamy go wedle osobnych kryteriów – jeśli nie oderwie się od murawy i nie wyczaruje bimbaliona bramek, to zawsze usłyszy stękanie, że nie jest aż tak groźny, jak go malują. Przypomnijmy sobie ostatni sezon klubowy – wszyscy czujemy, że studziennie rozczarował, a przecież w 46 meczach Barcelony natłukł 41 goli. Mnóstwo wybitnych snajperów w najlepszym okresie kariery nie zdołało dokonać tego, czego on dokonał w okresie słabszym. Pooranym kontuzjami, znaczonym tajemniczymi przypadkami wymiotowania podczas gry i treningów, znamionującym jego ewidentny niedowład atletyczny. Messi coraz częściej po boisku spaceruje lub wręcz staje, by zmagazynować energię na pojedyncze zrywy. Małego robocopa nienawidzącego najdrobniejszych przerw w grze – pod Pepem Guardiolą na Camp Nou nie chciał opuszczać nawet mniej ważnych meczów – zastąpił cherlak wyglądający każdej okazji, by zrobić sobie przerwę w grze.

Nie wiadomo, czy jeszcze wróci na swój maksymalny poziom, ale jeśli wróci i jeśli porwie Barcelonę do kolejnych wzlotów w Lidze Mistrzów, to nie widzę żadnego sensu odmawiania mu chwały największego w historii, ustawianego obok Maradony i Pelego, tylko z powodu niespełnienia mundialowego.

Kiedy podziwiam jego grę, to widzę, że w moim prywatnym, mocno subiektywnym rankingu raczej nie doścignie swego fenomenalnego rodaka – Diego każdym dotknięciem piłki wprawiał w uniesienie, Leo to żywa taśma produkcyjna wypuszczająca nieskończoność perfekcyjnych mikrozagrań. Nie ta skala wzruszeń estetycznych, dla mnie w piłce niezbędnych. Im bardziej jednak słyszę wątpliwości, czy zasługuje na porównania z największymi wśród największych, skoro nie zdobył mistrzostwa świata, tym bardziej mam ochotę zapytać, czy Pele i Maradona zasługują, skoro nie wygrali Ligi Mistrzów.

Dlaczego niby czterotygodniowy turniej, rozgrywany raz na cztery lata przez drużyny wytrenowujące spójny styl gry tylko na incydentalnych króciutkich zgrupowaniach, ma dostarczać dowody wielkości twardsze niż turniej wielomiesięczny, rozgrywany sezon w sezon, skupiający drużyny wyćwiczone do granic możliwości, bezdyskusyjnie mocniejsze niż reprezentacje narodowe? Czy np. – hipotetyzuję teraz – pięć triumfów w Champions League ozdobionych pięcioma tytułami króla strzelców wciąż byłoby warte więcej niż mundialowe złoto i srebro Maradony? A siedem triumfów w Champions League?

Ofiarą fetyszyzowania mundialu padł już Alfredo di Stéfano. Autor dzieła nie do powtórzenia – z Realem pięć razy z rzędu brał Puchar Europy, w każdym finale wbijał gola – bez którego madrycki klub nie zostałby największą futbolową marką XX wieku. Maradonie i Pelemu sławą ustępuje tylko dlatego, że nie wystąpił na mistrzostwach świata... A przecież dziś Liga Mistrzów jest potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, to ona daje scenę dla futbolu na najważniejszym poziomie. Ma przewagę – nie krępują ją kwestie paszportowe, więc nie pozwala, by atrakcyjność zabawy obniżyła nieobecność gwiazd formatu Ibrahimovicia, Bale’a czy Lewandowskiego.

Nie mam pojęcia, czy Messi zasłuży, by obwoływać go graczem wszech czasów. W tym wywodzie zabiegam nie o niego, lecz o generalną zasadę – jeśli triumf na mundialu uznamy za warunek konieczny, by kogokolwiek uhonorować tytułem największego w historii, to z góry wykluczamy z rywalizacji wszystkich kandydatów niewłaściwego pochodzenia, czyli urodzonych w rozmaitych Luksemburgach, Szwajcariach czy nawet Kolumbiach. Nie rozumiem też, dlaczego na co dzień emocjonujemy się supernowoczesnym spektaklem Ligi Mistrzów, a najlepszego mielibyśmy wybierać kierowani odruchami archaicznymi, obojętni na kontekst. Nawiasem mówiąc, Cristiano Ronaldo przeżywa w swoim kraju to samo – Portugalczycy twierdzą, że wyrośnie ponad Eusebio, dopiero gdy również wyniesie reprezentację na podium mundialu. A na następnych MŚ będzie miał już 33 lata...

Czyli ponad Eusebio być może nigdy nie wyrośnie. Nawet jeśli w Realu Madryt pewnego dnia ogłoszą, że przyćmił legendę wszech czasów – Alfredo di Stefano. A Ronaldo na mundialach właściwie nie istniał. Teraz wydłubał jednego gola, podobnie jak cztery lata temu (wcisnął go wtedy Korei Północnej), natomiast przed ośmioma laty, choć dotarł do półfinału, zapamiętaliśmy go głównie ze sprowokowania Wayne’a Rooneya.

Tak, mistrzostwa świata widziały setki lepszych od Ronaldo. Czy z tego błahego powodu mamy mu odbierać miejsce pośród gigantów?

mistrzostwa świata w piłce nożnej, Niemcy - Argentyna

Przeorali świadomość kibiców z całego świata jak żadna inna reprezentacja w minionych latach. Zburzyli stare Niemcy, kojarzone z tępą siłą albo nudną skutecznością, by zbudować Niemcy całkiem nowe – radosne, rozskrzydlone, niekiedy – to szczególnie szokująca przemiana – wręcz beztroskie.

Uwodzili już na mundialu w 2006 roku. Rozentuzjazmowana, rozpalona odzyskanym przez rodaków patriotyzmem drużyna Jürgena Klinsmanna strzeliła najwięcej (14) goli na turnieju, ale złota, wbrew prześladującej rywali czarnej legendzie o nieuchronności niemieckich triumfów, nie zdobyła. W 2010 r. byli bezapelacyjnie najładniejszą atrakcją. Znów najskuteczniejsi (16 goli), znów zatrzymani w półfinale – przez morderczo skrupulatną w trzymaniu piłki Hiszpanię. A teraz obejrzeliśmy trzecie mistrzostwa z rzędu, których najbardziej bramkostrzelnym (18 trafień) uczestnikiem okazali się Niemcy. Najbardziej bramkostrzelnym i jedynym tworzącym drużynę w pełnym sensie tego słowa. Główni rywale polegali na odosobnionych zrywach solistów (Messi, Neymar, Robben), u naszych zachodnich sąsiadów na bohatera czasem wyrastał Müller (rozszarpał na strzępy Portugalię), czasem bramkarz Neuer (zaanektował całą połowę boiska w ciężkim boju z Algierią), czasem Hummels (panował nad oboma polami karnymi w ćwierćfinale z Francją), czasem Kroos z Khedirą (zmiażdżyli środek pola Brazylii), a czasem Boateng (Argentyna rozbiła się o niego kilka razy) i Götze (wiadomo). Wszechogarniająca wszechstronność, w futbolu reprezentacyjnym stać na nią jeszcze tylko Hiszpanię – akurat obumarłą, wykopaną z rywalizacji w fazie eliminacyjnej.

Drużyna Vicente del Bosque dała przed czterema laty popis będący kulminacją trendu, o którym już blogowałem – mistrzowie świata dążyli ostatnio do zera, nieważne było, ile goli nastrzelają, liczyło się tylko, by sami ich nie tracili. Włosi w 2006 r. pozwolili sobie wbić bramkę tylko z rzutu karnego, poza tym skrzywdzili się samobójem. Hiszpanie w 2010 r. ustanowili rekord wszech czasów, utrzymując czyste konto przez ostatnie 433 minuty turnieju. A teraz ich drogą kroczyli, oczywiście w zupełnie innym stylu Argentyńczycy – w 1/8 finału, ćwierćfinale i półfinale ich bramka pozostała nietknięta, przed dzisiejszym wolejem Götzego idealnie bronili się przez 486 minut. Gdyby przetrwali do rzutów karnych i zwyciężyli, zostaliby mistrzami minimalizmu – w całej fazie pucharowej uciułali stosunek bramkowy 2-0, przez ostatnie pięć i pół godziny turnieju nie strzelili gola, w finale ani razu nie wycelowali w bramkę. Byłby triumf futbolu ekstremalnego.

Tymczasem Niemcy grają pod prąd. Już w mundialowych eliminacjach zabawiali się do upadłego, ofensywne rozpasanie łącząc – znów: wbrew nieaktualnemu już stereotypowi – z okresami skandalicznej nieodpowiedzialności w defensywie. Nastrzelali najwięcej goli w strefie europejskiej (średnio 3,6 w meczu!), ale sporo tracili – Szwecję na wyjeździe pokonali 5:3, a u siebie pozwolili jej zremisować, choć na pół godziny przed końcem prowadzili 4:0. Precz z teutońską rzetelnością, wiwat luz w kolorach multikulti. Bundesliga to też rozmach snajperskich fajerwerków (3,13 bramki na 90 minut gry), jakiego nie znajdziecie w innych czołowych rozgrywkach krajowych, a reprezentacja Joachima Löwa 18 golami na brazylijskich mistrzostwach przelicytowała wszystkich. Intensywniejszą kanonadę na mundialu urządziła ostatnio Brazylia Pelego. W 1970 roku.

Rozpieszczali więc Niemcy kibiców swoich i nieswoich – zademonstrowane na dwóch turniejach 4:1 z Anglią, 4:0 z Argentyną, 4:0 z Portugalią oraz 7:1 z Brazylią to doprawdy kolekcja baśniowa – ale zatracili swój dawny instynkt bezwzględnych, cynicznych wygrywaczy, przestali być drużyną wojny. Kiedy kopali śpiewająco, renomowany przeciwnik słabował i mecze im się „układały”, jak w przywołanych szlagierach, to dawali niezapomniane show. Kiedy renomowany przeciwnik stawiał twardy opór, to mu ulegali – jak w półfinale MŚ 2010 z Hiszpanią (0:1), w półfinale MŚ 2006 (0:2 z Włochami po dogrywce), w półfinale Euro 2012 (1:2 z Włochami) oraz finale Euro 2008 (0:1 z Hiszpanią). Również dlatego stawali się reprezentacją bardziej przyjazną bezstronnym fanom. Reprezentacja nieefektownych twardzieli, którzy zwyciężają zawsze i wszędzie, przeobraziła się w reprezentację urokliwych chłopców, którzy zwyciężają tylko do czasu. Brąz, srebro, brąz, brąz – takie kolory miały najnowsze turnieje. I dzisiaj też długo zdawało się, że Argentyna nie tyle sporządziła precyzyjniejszy plan na finał, ile realizuje go z większą pewnością siebie.

Niemieccy publicyści zarzucali nawet nowemu pokoleniu piłkarzy, że jest zbyt miękkie. Że subtelność zagrań łączy się u niektórych kadrowiczów z wątłością psychiczną, że wyparcie z szatni samców alfa i zastąpienie ich metroseksualnymi nadwrażliwcami, które miało odzwierciedlać przemiany społeczne w kraju, bezpowrotnie odebrało Niemcom legendarną przewagę nad konkurentami z całego świata. Te tezy zostały właśnie unieważnione. Po karnawałowym półfinale podziwialiśmy finałową wojnę, wreszcie zwycięską. Drużyna Löwa piłkarsko ustępuje ubiegłorocznemu Bayernowi według Juppa Heynckesa, ale również potrafi wygrywać na wiele sposobów, również dysponuje zbyt wieloma atutami, by rozpoznać najważniejsze, również nie boi się żadnej epidemii (przedmundialowe urazy Reusa, Gündogana i obu Benderów). I kibice z innych krajów nie mają alternatywy. Nawet ci tradycyjnie ostro z Niemcami rywalizujący odkrywają, że Niemców trzeba kochać.

01:12, rafal.stec
Link Komentarze (55) »
środa, 09 lipca 2014

Brazylia, mistrzostwa świata w piłce nożnej, Niemcy

„Mam ochotę pójść do łóżka, przespać cztery lata i obudzić dopiero w chwili, gdy nadejdzie czas, by pomścić tę niesprawiedliwość. Na następnym mundialu” – wyrzucał z siebie sławny rozgrywający Zico w 1982 roku, zaraz po mundialowej porażce Brazylii z Włochami.

Dziś nęka mnie podejrzenie, że niektórzy piłkarze „Canarinhos”, który podpisali półfinałową hańbę – 1:7 z Niemcami – woleliby już w ogóle się nie obudzić. Przecież wiedzą, że pomścić tego, co stało się kilka godzin temu, nigdy nie będą zdolni.

Zico współtworzył przed trzema dekadami drużynę demonstrującą futbolowy zjawiskowy – rodacy ubóstwiali ją bez względu na okoliczności, byli gotowi wybaczyć wszystko, tamto niepowodzenie uznali za krzyczącą niesprawiedliwość, na którą piłkarze i trener Tele Santana nie zasługiwali. Teraz pokrzywdzeni są wyłącznie kibice. Piłkarze to zbrodniarze, którzy upokorzyli cały kraj. Państwo zainwestowało pierdyliardy w sfinansowanie turnieju, a oni nie dość, że kopali bez wdzięku i przepychali się do kolejnych rund po trupach, to jeszcze ostatecznie sprowadzili brazylijski futbol na dno – między Haiti 0:7 (z Polską), Zair (0:9 z Jugosławią), Salwador (1:10 z Węgrami) czy Arabię Saudyjską (0:8 z Niemcami).

Czy jest w ogóle sens analizować ten wieczór czysto merytorycznie? Błąd taktyczny trenera Luisa Felipe Scolariego – cholernie doświadczony generał, świat podbił już w 2002 roku – wydaje się oczywisty: czuł się wielki wielkością Brazylii, więc Neymara zastąpił drobnym żółtodziobim podfruwajką Bernardem, zamiast z kostarykańską pokorą dołożyć mięśni do środka pola i upchnąć tam trzeciego pomocnika. Defekt techniczny też jest oczywisty: zdyskwalifikowany Thiago Silva zapanowałby nad polem karnym, a w każdym razie nie pozwolił, by rywale czuli się tam wolni jak ptaki. Wreszcie problem psychologiczny: reprezentantom Brazylii tak intensywnie wmawiano, że ich los leży w nogach jednego solisty, aż w to uwierzyli.

To w ogóle była drużyna na skraju załamania nerwowego. Rozszlochani piłkarze; Thiago Silva oskarżany z tego powodu o niezdolność do pełnienia kapitańskiej służby; Fred wyznający – po pytaniu o presję gry w domu – że „trener pomaga nam znosić myśl, że jeśli nie wygramy, Brazylijczycy z rozpaczy zaczną umierać”. Permanentna, angażująca miliony ludzi psychodrama, a nie zwykłe sportowe igrzyska, w których chodzi o czystą frajdę. To była wojna o stawkę większą niż życie – oni walczyli o honor, nie unikniemy tutaj patosu, całego narodu.

O zwycięzcach jeszcze zdążymy porozmawiać, dziś zauważę tylko, że jak ten półfinał na pewno był największą hańbą w dziejach piłki brazylijskiej i prawdopodobnie przyniósł najbardziej sensacyjny wynik w dziejach mundiali, tak Niemcy mogą go uznać za swoje futbolowe arcydzieło wszech czasów. Oni w ogóle mają to do siebie, że kiedy prują po złoto – tutaj muszą je zdobyć, prawda? ­– to świat się wali, albo przynajmniej trzęsie w posadach. W 1954 r. zniszczyli mityczną węgierską złotą jedenastkę, choć tuż po inauguracyjnym gwizdku przegrywali 0:2; w 1974 r. pobili w finale zachwycającą Holandię według wizji rewolucjonisty Rinusa Michelsa, choć przegrywali już po kilkudziesięciu sekundach, zanim ktokolwiek z nich zdążył dotknąć piłki; wreszcie w 1990 r. zdetronizowali Argentynę Diego Maradony. A teraz wysadzili w powietrze Brazylię. Sprawili, że Brazylia na mundialu u siebie nie zdołała dokopać się do meczu na Maracanie...

Ta Brazylia od początku wyglądała byle jak. Zaczęło się od sceny złowieszczo symbolicznej – samobójczego gola Marcelo, w tym samym meczu z Chorwacją pomogła jej pomyłka sędziego, nie umiała skruszyć oporu Meksyku, Chile sforsowała dopiero po rzutach karnych, Kolumbię musiała zmasakrować grą faul. Porażka z Niemcami, gdyby miała normalne rozmiary, odzwierciedlałaby możliwości kadrowe – jeszcze kilka lat temu gracze na poziomie Freda czy Hulka nie wyżebraliby powołania na mundial, a podstawowa jedenastka nie pomieściłaby ludzi zatrudnionych i w Zenicie Sankt Petersburg, i w Wolfsburgu, i w Toronto FC, i w Szachtarze Donieck, i w Tottenhamie. Tacy mogli skład uzupełniać, a nie go tworzyć.

Racjonalizowanie traci jednak sens, gdy przypomnimy sobie wynik. 1:7. Na swoich trawach. W półfinale, czyli tam, gdzie zwycięzcę powinniśmy poznawać po badaniu fotokomórką, nokauty ogląda się w rundach przedwstępnych. Tylu goli nawet Polacy, dla wielu nas żywe synonimy klęski, nie dali sobie wbić od 1949 roku... A Brazylia nietowarzyskiego meczu u siebie nie przegrała od 39 lat.

W trakcie meczu walczyły ze sobą we mnie dwa uczucia: podziw dla Niemców, jedynej w półfinałach machiny nie polegającej na pojedynczym soliście, oraz współczucie dla Brazylijczyków. Było mi zwyczajnie przykro; myślałem o tym, co czeka piłkarzy jutro i pojutrze; wspominałem Barbosę, wspaniałego bramkarza, który umarł w nędzy i znienawidzony, ponieważ obwiniono go za traumatyczną klęskę z Urugwajem na mistrzostwach w 1950 r. Niedługo przed śmiercią mówił: „Najwyższy wyrok w naszym kraju to 30 lat, ale ja płacę za coś, za co nawet nie jestem odpowiedzialny, od pół wieku”.

A wtedy nie było jeszcze internetu, ludzie hejtowali analogowo...

niedziela, 06 lipca 2014

mistrzostwa świata w Brazylii, Holandia, Louis van Gaal, Brazylia, Argentyna, Kostaryka

Najpierw czarowali jak natchnieni, teraz nie pozwalają sobie na najdrobniejsze porywy serca. Mecz jak operacja chirugiczna. Rozgrywany z paraliżującą świadomością, że pojedynczy fałszywy ruch może oznaczać tragedię. I wedle przykazania: po pierwsze, nie szkodzić. Nie szkodzić samemu sobie. Witajcie na mundialu XXI wieku.

Bramkę, owszem, wypadałoby zdobyć. Istnieją stałe fragmenty gry, więc coś tam uciułamy. Niemcy wypchnęli z turnieju Francję dzięki wrzutce z rzutu wolnego Toniego Kroosa na głowę Matsa Hummelsa. Brazylijczycy strzelali po rzucie rożnym Neymara oraz rzucie wolnym Davida Luiza. Kolumbijczycy odpowiedzieli im z rzutu karnego. Gdyby nie trafienie Gonzalo Higuaina, w ćwierćfinałach mundialu – początkowo spontanicznego, fantazyjnego, rozbłyskującego atrakcjami – nie padłby ANI JEDEN gol z akcji.

A ten jedyny padł przecież w sporej mierze przypadkowo. Ángel di María podawał niedokładnie, piłka odbiła się od goleni Jana Vertonghena...

W ostatnim ćwierćfinale bramek nie było już wcale, tym razem m.in. dzięki fenomenalnemu popisowi kostarykańskiego bramkarza Keylora Navasa oraz pechowi Holendrów, którzy obstrzeliwali słupki i poprzeczkę. Dziś cały świat klęczy przed „geniuszem” trenera Louisa van Gaala – w trakcie wczorajszego dreszczowca zwlekał ze zmianami, żeby tuż przed rzutami karnymi podstawowego bramkarza Jaspera Cillessena zastąpić długorękim rezerwowym Timem Krulem – ja nie mogę przestać rozmyślać o tym, jak szaroburo wyglądali w ofensywie faworyci. I że wszystko zależało tam od nawiedzonego skrzydłowego Arjena Robbena, jedynego wśród nich z werwą i wizją. Pozostali znów, jak w 1/8 finału, przetaczali piłkę po boisku wolno i bezradni wobec wybitnie zorganizowanego oporu rywali – prostopadłymi podaniami wpędzali się w pułapki ofsajdowe, piłka kopana z flanek lądowała na kostarykańskich głowach. Bezszczeszczenie zwłok dawnej, zachwycającej Holandii.

Nowa nad grobem balansowała już w poprzedniej rundzie, w której do 88. minuty przegrywała z Meksykiem. A największy paradoks polega na tym, że jak van Gaala nie ma co beatyfikować za manewr „bramkarski” w ćwierćfinale, tak nie sposób zarzucać mu, że jego strategia groziła katastrofą. Jemu zwyczajnie brakuje zasobów ludzkich – nie zapominajmy o przedturniejowej kontuzji rewelacyjnego w lidze włoskiej Kevina Strootmana, zapewne wpłynęła na zmianę systemu gry – żeby planować ambitniej. Do jakiego stopnia niedomagają kadrowo czołowe reprezentacje narodowe, najlepiej widać w ruchach tyrającego jak wół, lecz ofermowatego napastnika Brazylii – wyobrażacie sobie faworyta Ligi Mistrzów, który na środek ataku wpuszcza Freda?!

Van Gaal przystosował się też do realiów futbolu reprezentacyjnego, w którym trenerzy zdają sobie sprawę, że łatwiej nauczyć piłkarzy z sensem bronić niż z rozmachem nacierać. Kto sądzi inaczej, ten się właściwie nie liczy. Kostaryka wywołała sensację, ponieważ przez bite 510 minut walki – przeżyła dwie dogrywki – pozwoliła sobie wbić ledwie dwa gole, w tym jednego z rzutu karnego. Nawet potentaci wystawiają, brutalnie mówiąc, atrapy ataku i polegają na solistach – Argentyna ufa zrywom Leo Messiego, wspomnianą Holandię napędza galopujący Robben, Brazylia wpatrywała się dotąd w Neymara i stałe fragmenty gry...

Ale triumfator mundialu nie potrzebuje demonstrować futbolu kompletnego, urzekającego jak w Lidze Mistrzów. Tendencja jest trwała, odkąd oglądam świadomie mundiale:

Mistrz świata z 1986 roku – Argentyna – straciła w fazie pucharowej, czyli meczach 1/8 finału, ćwierćfinału, półfinału i finału aż TRZY gole.

Mistrz z 1990 r. ­– Niemcy – stracił w fazie pucharowej już tylko DWA gole.

Mistrz z 1994 ­– Brazylia – też DWA.

Mistrz z 1998 – Francja – stracił już tylko JEDNEGO.

Brazylia w 2002 – też JEDNEGO.

Włochy w 2006 – JEDNEGO, Zinedine Zidane trafił ich w finale z rzutu karnego.

Wreszcie Hiszpania w 2010 roku dodreptała do ściany. Nie straciła ŻADNEGO gola.

Poprzednie mistrzostwa rozbrzmiewały jednak skargami bramkarzy, którzy nienawidzili zdradzieckiej piłki Jabulani. Obecne bramkarzami stoją. Guillermo Ochoa, Tim Howard, Keylor Navas, Manuel Neuer – w jedenastce gwiazd chciałoby się upchnąć wszystkich. Czy dlatego, że do półfinałów przetrwał tylko ostatni, zdecydowanych faworytów powinniśmy widzieć w Niemcach? A może mistrz znów nie nie ma prawa stracić w fazie pucharowej gola? Gdyby tak było, lista kandydatów do złota zawężałaby się do jednej pozycji – Argentyny...

20:51, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
czwartek, 03 lipca 2014

We wklejonym wyżej utworze pochodzącym z legendarnego „Easy Ridera” najbardziej zaintrygował mnie przed wieloma laty czasownik „bogart”. Z kontekstu domyśliłem się znaczenia – „Don’t bogart that joint, my friend / Pass it over to me”, czyli „Nie przetrzymuj tego skręta, przyjacielu / Przekaż go mi” – ale natychmiast zacząłem sprawdzać (co w czasach przed Google'em podpowiadającym nawet, jak żyć, wcale nie było łatwe), czy słówko ma coś wspólnego z pewnym amerykańskim aktorem. Oczywiście okazało się, że ma. Ponieważ Humphreyowi Bogartowi na ekranie zasadniczo zawsze z kącików ust zwisał papieros, to w slangu jego nazwisko zaczęło być używane w znaczeniu – były też inne – „przetrzymywać coś” lub wręcz „przetrzymywać coś, z czego mógłby skorzystać ktoś inny”.

Humphrey Bogart

Po piłkarskich boiskach też biegają niekiedy postaci tak charyzmatyczne i zarazem osobne, że dla opisania ich wyjątkowości potrzeba rozszerzenia języka. Istnieje „thibauting”, czyli słowotwórczy wyraz uznania dla fenomenalnego belgijskiego bramkarza Courtoisa, a w szwedzkim pojawiło się „zlataner”, pojęcie będące hołdem dla magicznych zawijasów Ibrahimovicia. Sam zresztą proponowałem wiosną na blogu, by ukuć antonim „pięty Achillesa” („pięty achillesowej”) – skoro mamy zwrot frazeologiczny oznaczający słaby punkt kogoś lub czegoś, to niech „pięta Zlatana („pięta zlatanowa”) dla uczczenia zagrań jego ulubioną częścią ciała oznacza mocny punkt kogoś lub czegoś.  A co myślicie o „robbenować”? Czy nie mogło by znaczyć tyle, co „jechać przez całe życie na jednym triku, który wszyscy znają na pamięć, ale i tak dają się wyrolować”?

Podczas mundialu najintensywniejsze ciągoty słowotwórcze poczułem podczas meczu Niemcami z Algierią, który porwał mnie chyba bardziej niż jakikolwiek inny. Ciągoty wywołał naturalnie Manuel Neuer, czyli pierwszy bramkarz, który wyprowadził się z pola karnego. Wyprowadził w sensie ścisłym, na zawsze. Kiedy nie bronił, to miał przechwyty, odbiory, wślizgi, nawet dryblingi i strzał zablokowany w klasycznym padzie obrońcy. Żaden bramkarz w dziejach mundialu nie wchodził częściej w kontakt z piłką poza polem karnym. I im więcej czasu od tamtego popisu upływa, tym trudniej mi sobie wyobrazić, że ktokolwiek na brazylijskich MŚ dokona wyczynu mocniej zapadającego w pamięć. Nie wiem, czy Neuer zagrał najlepiej, ale na pewno zagrał najoryginalniej, najbardziej brawurowo, najdalej wychodząc poza swoją rolę. I na razie jest moim solistą numer jeden, tak jak w 1998 roku wszystkich zasłonił Jose Luis Chilavert, który w dreszczowcu z Francją nie tylko szalał między słupkami, ale jeszcze ładował energią wszystkich kolegów z pola.

Owszem, bramkarzy zręcznie operujących stopami i/lub chętnie wypuszczających się daleko od bramki widzieliśmy mnóstwo. Od znakomitości formatu Gyuli Grosicsa, członka mitycznej węgierskiej „Złotej jedenastki”, przez specjalistycznie trenowanych golkiperów holenderskich czy barcelońskich, po oszołomów w typie Rene Higuity (to był właściwie regularny świr). O ile wiem, nikt porwał się jednak na występ porównywalnie ekstremalny – w tak ważnym meczu! – do upadłego ryzykując, że zejdzie do szatni jako pajac, obśmiewany nazajutrz przez całą planetę. Neuer niby robił to, z czego go doskonale znamy z Schalke czy Bayernu, ale w takiej skali, że wyglądał na nawiedzonego eksperymentatora, badającego granice bramkarskich możliwości. W dodatku aroganckiego, pewnego swej nietykalności. Chciałoby się rzec ­– „neuerował”. Swego wybitnego poprzednika Olivera Kahna wręcz zirytował i usłyszał, że „z każdym  wyjściem próbuje popełnić harakiri. Ułamek sekundy spóźnienia i jest po nim”.

Wiadomo, że ten fach tylko w połowie wymaga refleksu, sprawności, chwytu. Liczą się również kompetencje mentalne – umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji, psychiczna odporność na świadomość, że tylko twoich błędów nikt nie naprawi, wyczucie przestrzeni. Wielu wybitnych golkiperów nie musi rozsadzać bramki i telewizyjnych ekranów wybuchowymi paradami, ponieważ umiejętne przemieszczanie się sprawia, że rywale „strzelają prosto w nich” – wspomnijmy choćby nielatającego Holendra Edwina van der Sara. Jeśli w Neuerze widzimy wyczynowca wyższej generacji, to i dlatego, że panuje nad znacznie obszerniejszą powierzchnią boiska, i dlatego, że dysponuje zbyt bogatym arsenałem, by jego wszechstronność zredukować do incydentalnego zastępowania środkowych obrońców (Andreas Köpke obwołał rodaka najlepszym libero po Franzu Beckenbauerze). Zerknijcie na początek tego filmu i powiedzcie, czy zasięg oraz precyzja wyrzutu ręką – potem są także dalekie zagrania nogą – nie pozwalają sklasyfikować również Neuera jako gracza ofensywnego:



Asystę na mundialu już Niemiec dał, gdy cztery lata temu w meczu z Anglią wykopał piłkę do Miroslava Klose. Od drugiej dzieliło go w poniedziałek ciut lepsze zachowanie obsłużonego podaniem ­– tym razem z półwoleja, po podrzucie piłki ręką – Andre Schürrle. Ale absolutnie niepowtarzalnym czyni Niemca właśnie bogactwo atutów. To bramkarz totalny, skłaniający do refleksji, że więcej już na jego pozycji umieć nie można. Przyjrzyjcie się, jakim musi dysponować przyspieszeniem, żeby mieć czelność rzucać się w pościg za piłką wirującą na trzydziestym metrze – kolega z defensywy Per Mertesacker ma przy nim ruchliwość słupka.

Odkąd Manuel Neuer w pojedynkę wykurzył z własnej połowy całą eskadrę algierskich atakujących, wszędzie czytam, że jest prototypem bramkarza przyszłości – wskazuje, jak wyewoluują obowiązki na tej pozycji, być może już inspiruje środowisko do wyznaczania zupełnie nowych kryteriów poszukiwań młodych talentów. Mną targają głównie wątpliwości. Jak nie wiem, czy nie zdarzy mu się katastrofa w dniu najważniejszym, w którym będzie na niego spoglądał cały świat i która zmityguje jego lub wielbicieli jego stylu, tak nie wiem, czy w ogóle kiedykolwkiek znajdzie następcę. Może przypadkiem osobnym zostanie na zawsze? Może spadkobiercy będą rarytasem najrzadszym, a Neuer wbije się nam w pamięć z taką siłą, że trenerzy będą rugać nieodpowiedzialnych, nieświadomych własnych ograniczeń młodych wrzaskiem: „Nie nojeruj, bo nie umiesz”?

wtorek, 01 lipca 2014

Belgia, Marc Wilmots, Vincent Kompany, mundial 2014

Lubię, gdy mundial opowiada o świecie, lubię, gdy futbol integruje ludzi, właściwie to lubię tę grę jako metaforę wszystkiego, samo kopanie byłoby jednak nudnawe, dlatego już na poprzednich mistrzostwach usiłowałem w drużynach dostrzegać reprezentowane przez nie społeczeństwa w miniaturze.

Śledziłem awanturę w szatni Trójkolorowych, którą zdaniem również samych Francuzów wywołały rozbijające społeczeństwo podziały społeczne, rasowe oraz wyznaniowe, i przypominałem sobie, jak przedmieścia francuskich miast stają w ogniu, bo podpalacze wyładowują wściekłość na tych, którym żyje się lepiej. Z upodobaniem czytałem, jak genialne pokolenie piłkarzy jednoczy silnie zregionalizowaną Hiszpanię i wywołuje dyskusję, czy do dźwięków jej hymnu nie warto wreszcie dopisać słów. Współczułem upadłym starym mistrzom, z którymi nie umiał się rozstać trener Marcello Lippi, i przypominałem sobie włoską politykę zagarniętą przez wspierających się wzajemnie 70-, 80-, a nawet 90-latków, którym zdarza się wypominać 60-latkom niedojrzałość oraz brak doświadczenia. Niemcy wyglądali wręcz na grupę z przyszłości, wyprzedzającą rzeczywistość o epokę – połowę kadry stanowili piłkarze o obcym pochodzeniu, choć zaledwie 15 mln z 82 mln mieszkańców kraju to imigranci lub potomkowie imigrantów. A dziś nawet we wszechogarniającym chaosie w drużynie Nigerii możemy ujrzeć echo państwa, które nie istnieje, parafrazując pewnego ministra, nawet teoretycznie.

Opowieść o Belgach jest o tyle wyjątkowa, że Belgowie też zasadniczo nie istnieją. Tereny Belgii zamieszkują posługujący się różnymi narzeczami Walonowie i Flamandowie (a Brukselę mnóstwo polityków i urzędników, którzy nie znają ani francuskiego, ani niderlandzkiego), Belgia niedawno miesiącami nie miała nawet rządu, bez ustanku usiłuje samą siebie rozłupać, ja w każdym razie każdego ranka na wszelki wypadek sprawdzam, czy wreszcie się nie rozleciała, niezmiennie zdumiewa mnie, że nadal trwa, doprawdy, ten kraj musi składać się z pierwiastków o czasie połowicznego rozpadu dążącym do wieczności. Teraz naturalnie co rusz słyszymy, że Belgowie znienacka poczuli się Belgami, wzięło ich na patriotyzm dzięki pokoleniu wybitnych – czy raczej: potencjalnie wybitnych – piłkarzy, którzy nie mogą stać się rewelacją mundialu głównie dlatego, że wszyscy typowali ich na rewelację mundialu. Nie było alternatywy, skoro wielu biega na co dzień po murawach obłędnie popularnej Premier League, a wielkie kluby płacą za nich bez umiaru – gdyby siłę drużyny wyznaczały kwoty transferowe, kadra Marca Wilmotsa ustępowałaby tylko Brazylii i Portugalii. Czas nastał dla kibiców tym bardziej bajkowy, że jeszcze przed chwilą tamtejszy futbol szorował po dnie, transmisji meczów reprezentacji nie było nawet w telewizji, bo żadna nie chciała kupić praw.

Szatnia też odzwierciedlała podziały, przebierała się w niej jedyna drużyna narodowa w Europie, której członkowie używali na konferencjach prasowych różnych języków, jak Thomas Vermaelen mówił do reporterów po niderlandzku, to Axel Witsel zaraz wywnętrzał się po francusku. Kiedy reprezentacja przegrywała, flamandzcy nacjonaliści zarzucali jej zawodnikom, że „ojczyznę” mają w głębokim posiadaniu, i żądali wystawiania dwóch odrębnych. Dziś piłkarze przysięgają, że nie dostrzegają w sobie Walonów ani Flamandów, a mnie specjalnie uwodzi w tej opowieści to, że to wcale nie Walonowie i Flamandowie wykonali mentalny wysiłek, by poczuć się Belgami – nie, Walonów i Flamandów w sensie ścisłym tam zwyczajnie ubywa. Im więcej w reprezentacji ludzi pochodzących z innych kontynentów – wspomniany Witsel miał ojca z Martyniki, Lukaku i Kompany to Kongo, Fellaini­ i Chadli to Maroko, Dembélé to Mali, Origi to Kenia etc – tym mniej członków obu klanów, potomkowie imigrantów są już po prostu Belgami. Tutaj państwo się nie jednoczy, tutaj państwo dopiero się rodzi. I paradoks – przyjezdni się  nie tyle skutecznie adaptują, ile sami budują jego nową tożsamość. Tożsamość europejskiego kraju tworzą odlegle nieeuropejskie geny.

„Nowych Belgów” sklasyfikowali już i policzyli socjologowie. 1,2 mln ma przodków z naszego kontynentu, aż 1,35 mln – z innych. W reprezentacji stanowią oni nawet wyższy odsetek niż w społeczeństwie, co więcej, przywództwo w szatni wzięli zaangażowani orędownicy realnego mentalnego zjednoczenia północy z południem. Charyzmatyczny kapitan Vincent Kompany – zmierza po magistra ekonomii, zna biegle pięć języków – po zwycięstwach unosi się patriotycznie na Twitterze, a trener Marc Wilmots ­­– również jeden z nielicznych, którzy perfekcyjnie porozumiewają się w obu językach urzędowych – był nawet senatorem z ramienia Ruchu Rematorskiego, partii mocno „probelgijskiej”. Słowem, oglądamy chyba pierwszy mundial z piłkarzami zdolnymi przyczynić się do stworzenia państwa, które właściwie jeszcze nie istnieje.

21:39, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
niedziela, 29 czerwca 2014

Grecja,. Fernando Santos, mistrzostwa świata w Brazylii, mundial 2014

Miałem sen, w którym reprezentacja Polski kopała z sensem. Tylko tyle – nie wygrywała z maniakalną regularnością, nie kolonizowała światów ani nie rewolucjonizowała futbolu, zaledwie kopała z sensem. Z szatni do tunelu wychodziła z drobiazgowo rozpisanym planem gry, zawsze pedantycznie go realizowała, jako drużyna zdawała się znacznie silniejsza niż obiecywała suma umiejętności jednostek. Zorganizowana, do bólu – cudzego bólu – rzetelna, bezlitośnie wykorzystująca każdy strzępek szansy. Ba, bezstronni obserwatorzy wściekle jej nie znosili, bo nie oferowała pożądanych wzruszeń estetycznych –  Polacy z upodobaniem zastawiali bramkę osławionym autobusem, a na wrogą zasadzali się głównie z rzutów wolnych i rożnych.

Autobus w naszym polu karnym – piętrowy, przegubowy, jakakolwiek landara, byle nie zdezelowana – to byłby wspaniały widok. Totalna organizacja zamiast tradycyjnego rozgardiaszu, bezhołowia i modlitwy o szczęśliwy traf. Zrzucenie starej skóry, wymyślenie siebie na nowo.

Oczywiście szybko zreflektowałem się, że śniłem o Grecji.

I to wcale nie o tej, która w 2004 roku wywołała sensację wszech czasów, zdobywając mistrzostwo Europy i skłaniając zniesmaczonych jej stylem gry pięknoduchów do wezwań, by Grecję zburzyć (copyright by Jerzy Pilch). Owszem, to też była wspaniała opowieść – uporczywe „zabijanie” gry, zanudzanie przeciwnika, nieustające modyfikowanie ustawienia, ćwierćfinał, półfinał i finał wygrywane 1:0, za każdym razem po wrzutce z prawej flanki i golu wbitym głową – ale nie tego zazdroszczę, jako kibic skazany na Polskę, reprezentacji spod Akropolu. Najbardziej zazdroszczę jej sposobu, w jaki wykorzystała sukces. Tego, że wynalazła siebie na nowo.

Starsi czytelnicy bloga pamiętają, że uchodził grecki futbol niegdyś za synonim chaosu, bałaganu, nieodpowiedzialności. Ja pamiętam z dzieciństwa. Chłopaki Piechniczka w eliminacjach MŚ ’86 wsunęły im trzy gole w Zabrzu i cztery a Atenach (ostatniego nie widzieliśmy, transmisja się zerwała), inni też im wsuwali jak chcieli, a w każdym razie wsuwali im znacznie więcej niż wsuwa się im w latach najnowszych, w latach najnowszych porywanie się na grecką defensywę jest zazwyczaj porywaniem się z motyką na Zeusa, zwłaszcza porywanie się we wszelkich eliminacjach – w dziesięciu grupowych meczach kwalifikacji mundialowych przyjęli ledwie cztery bramki, na własnych stadionach nie przyjęli żadnego, ach, jak to musiało kibiców zachwycać.

Inni kibice tej nietykalności helleńskiego pola karnego nienawidzą, ale niech sobie nienawidzą, Grecy są od tego, by wyrządzać krwawą krzywdę, oni się nie cackają, nie wdzięczą i nie popisują, nie trwonią energii na tanie efekciarstwo, oni twórczo rozwijają talenty, które odkrył w nich Otto Rehhagel, reżyser futbolowego końca świata z 2004 r. Jego następcy nie wyznaczono metodą losową – rzut oka na tabelę, komu tam ostatnio w lidze się ułożyło, sami wiecie, o co chodzi – zaufano Fernando Santosowi, trenerowi „zagranicznemu” – nomenklatura nadwiślańska, my rozróżniamy wyłącznie myśl szkoleniową rodzimą i obcą – lecz wielokrotnie lokalnie sprawdzonemu, wynajmowanemu przez AEK Ateny, Panathinaikos i PAOK Saloniki. A on nie usiłował wynaleźć koła, ten stary portugalski nudziarz przeniósł obyczaje z klubów i po prostu dłubał przy stałych fragmentach gry, polerował odruchy defensywne, czujnie reagował na specyfikę każdego przeciwnika i przebieg wydarzeń na boisku. Nie stękał o niedoborze legendarnych „jednostek treningowych” i ubóstwie greckich zasobów ludzkich, on wyciskał maksimum z minimum czasu na ćwiczenia i minimalnego potencjału piłkarzy.

Tak, wykorzystują Grecy potencjał jak chyba nikt w Europie. O renomie bohaterów Euro 2004 świadczy bitwa, którą o najlepszego gracza turnieju, Teodorosa Zagorakisa, stoczyły po jego zakończeniu Bologna i Levante (był do wzięcia za darmo!). A o aktualnych kłopotach trenera Santosa – kontuzje Kostasa Mitroglou oraz Kyriakosa Papadopoulosa, w zdrowiu prawdopodobnie kluczowych postaci drużyny. To nie jest kraj eksportujący talent do najbogatszych ani nawet prawie najbogatszych klubów, ale reprezentacja w elicie czuje się jak u siebie. Awansowała i na Euro 2008, i na MŚ 2010, i na Euro 2012, i na MŚ 2014, właśnie na drugim turnieju z rzędu przetrwała pierwszą rundę, oba poprzedziła eliminacjami, w których niemal nie traciła bramek, teraz jest najczęściej faulowanym uczestnikiem turnieju w Brazylii. Od lat trzyma się 11-14 miejsca w rankingu FIFA, czasem wpycha się do czołowej dziesiątki. Choć niekoniecznie zawsze gra perfekcyjnie taktycznie – na trwającym mundialu często wygląda najwyżej solidnie.

Przede wszystkim pielęgnują Grecy jednak swoją nową, niedawno nabytą tożsamość. W lidze też gole padają rzadziutko, reprezentacja gra tak, że prawie wszyscy chcieliby ją mieć jako własną, ale prawie nikt nie chciałby jej oglądać. Kiedy przed meczem z Wybrzeżem Kości Słoniowej prasa żądała, by Fernando Santos zmodyfikował poglądy i zaryzykował grę bardziej ofensywną, trener odparł, że jego drużyna nie może wyzbyć się swego DNA. „Grecja gra w ten sam sposób od 10 lat” – wyjaśnił.

Oto cytat, o którym bym marzył. Marzyłbym o selekcjonerze reprezentacji, który poirytowany wykłada szukającym dziury w całym pismakom, że polska kadra ma jakieś DNA i gra w ten sam sposób od 10 lat. Wcale nie zwycięża zawsze i wszędzie, ale pozwala mi rozpoznawać swoje kształty, daje się zdefiniować, opowiedzieć o sobie. Jest czymś, zamiast być niczym. Nie umiem uwierzyć, że tego dożyję, przy umysłowym niechlujstwie naszego futbolowego establishmentu zdaje mi się to tak realne, jak cała kolejka ligowa bez wygłoszenia przez nikogo kultowej analizy, że „mecz się nie ułożył”.

Przykład grecki teoretycznie mógłby dawać nadzieję. Mógłby ją dawać dlatego, że oni tam pod Akropolem, którzy też mieli naturę bazujących na zrywach powstańców, przeszli przemianę spektakularną, niegdyś nie do wyobrażenia. Ale metamorfozy by zapewne nie było, gdyby najpierw nie spadł im z nieba heroiczny wyczyn półbogów Rehhagela. To wtedy pojęli, że ekstazę można przeżywać także wtedy, gdy cały świat twojej drużyny nienawidzi. Niby odwraca wzrok ze wstrętem, porażony jej koszmarnym stylem gry, a w istocie ucieka zlękniony, że i jego piłkarzy, choćby najbardziej powabnych w gestach wirtuozów, los może skazać na greckie tortury. Pounurzałbym się w tej perwersyjnej przyjemności podglądania polskiej drużyny, który byłaby międzynarodowo wyklinanym czarnym charakterem, niestety, mogę tylko fantazjować, a fantazjować o reprezentacji Nawałki mi się nie chce, więc uroję sobie co innego. Oto Grecy prą od rundy do rundy brazylijskiego mundialu bez żadnej straconej bramki, żadnej również nie strzelają, masakrują kibicowską wrażliwość brutalnymi 0:0, królują wyłącznie w rzutach karnych, zostają najbrzydszym mistrzem świata w dziejach Drogi Mlecznej, organizacje broniące praw człowieka domagają się natychmiastowego wykluczenia jej z FIFA, wielotysięczne protesty wylewają się na ulice wszystkich europejskich metropolii…

15:28, rafal.stec
Link Komentarze (52) »
środa, 25 czerwca 2014

Stracciatella, Italia, mundial 2014, Cesare Prandelli

Mundialowe nieszczęście Włochów widzieliśmy – my, zdradzeni wielbiciele calcio – już wcześniej.

Widzieliśmy je w nieporadnych ruchach Juventusu Turyn (wyposażył wczoraj całą reprezentacyjną defensywę), który krajowych rywali rozsmarowuje na marmoladę, a w Lidze Mistrzów biedzi się z duńskim Nordsjælland i daje wykopać z rozgrywek stambulskiemu Galatasaray. Widzieliśmy to nieszczęście we wstrząsająco miernych technicznie derbach Mediolanu, w których co prawda przeważają piłkarze zagraniczni, ale skandalicznie niska jakość szlagierów – obu, jesiennego i wiosennego – odzwierciedla poziom całej Serie A. Widzieliśmy klęskę w żenujących popisach w Lidze Europejskiej, w których kluby miały pracować na awans w rankingu UEFA, a obrywały od Slovanów Liberec albo Ludogoreców Razgrad. Widzieliśmy klęskę w cielęcym zachwycie nad Mario Balotellim, napastniku zdolnym, lecz nie arcyzdolnym, a przede wszystkim kalekim mentalnie – bogate w talent futbolowe nacje mają ten luksus, że mogą z takich nieuleczalnych przypadków rezygnować, Italia pokładała w nim największe nadzieje. Widzieliśmy klęskę na listach nominowanych do Złotej Piłki, z których zniknęły, rzecz niegdyś nie do wyobrażenia, włoskie nazwiska. Widzieliśmy wreszcie, jak źle się dzieje, w powoływanych do kadry sylwetkach byle kopaczy – jeszcze kilka lat temu Paletty czy innego Parolo nie dopuszczono by pod płot trenującej reprezentacji, dzisiaj jeden rozpoczyna mundial we podstawowej jedenastce, a drugi miał mundial ocalić, gdy trener Cesare Prandelli przestraszył się sabotażysty Balotellego i nie pozwolił mu rozegrać drugiej połowy.

Oczywiście Włochów traktowano poważnie. Z przyzwyczajenia, przez szacunek dla przeszłości, wspomnienia z Euro 2012 oraz świadomość, że oni jak mało kto umieją wycisnąć ze swojego potencjału maksimum. Wierzyliśmy w potęgę ich całej futbolowej kultury, nie kunszt współczesnego pokolenia artystów. Między mistrzowskimi turniejami niełatwo jest zresztą oszacować siłę czołowych europejskich reprezentacji – przez eliminacje się zazwyczaj leniwie przespacerowują, bo w grupie nie natrafiają na żadne poważniejsze wyzwania, a sparingi to symulowane ćwierćmecze, i to symulowane w coraz mniej wiarygodny sposób. A Włosi maskują się najzręczniej. Oni nie traktują futbolu jak gry, w której zawsze warto zwyciężyć, lecz jak misję, w której wykonanie wkładają tylko tyle wysiłku, ile potrzeba. Ani jednej zbędnej kropelki potu. Dlatego nawet poprzedzająca mundial wielomiesięczna posucha w wynikach, zwieńczona lichym 1:1 z Luksemburgiem, nie musiała wywoływać paniki. Na mistrzostwach kontynentu przed dwoma laty piłkarze Italii przyjechali po 0:3 z Rosją, a na turnieju wyglądali świetnie i wzięli srebro.

Niełatwo też odgadnąć, jak zagrają. W jakim systemie, jakimi ludźmi, jaką taktyką. To tradycyjnie najbardziej elastyczna reprezentacja świata. Przybierająca dowolny, uzależniony od typu przeciwnika kształt, bo tworzona przez wybitnie świadomych taktycznie zawodników i trenerów. Kiedy Marcello Lippi pruł w 2006 r. po mistrzostwo świata, przemodelowywał jedenastkę w każdym meczu – jako jedyny na turnieju posłał do murawę aż 21 graczy, wszystkich poza rezerwowymi bramkarzami. Kiedy po wicemistrzostwo Europy szedł w 2012 r. Prandelli, też kombinował przed każdym meczem – rozpoczął rywalizację od ustawienia 3-5-2, z pomocnikiem De Rossim wsuniętym między Bonucciego i Chielliniego, by zakończyć ją, w zderzeniu z tym samym rywalem, w ustawieniu 4-1-3-2. Nieustające roszady stopniowo zmieniały jednak w minionych latach swój cel. Przestawały eksponować zalety, coraz częściej ukrywały przywary. Nie było alternatywy, skoro starzy mistrzowie z boiska schodzili, a wchodzili kopacze zbyt marni, by utrzymać dla Serie A cztery miejsca w Lidze Mistrzów.

Aż nastał brazylijski mundial, w którym już pierwszy mecz – jeszcze zwycięski, ze skazańcami z Anglii – pokazał, że prowadzenie reprezentacji Włoch polega dziś na nieustającym łataniu dziur. W podstawowej jedenastce Prandelli upchnął czterech piłkarzy, którzy w eliminacjach nie rozegrali ani minuty. Sirigu, Pallettę, Darmiana i Verrattiego. Takiej personalnej wolty nie wykonał żaden inny selekcjoner na mistrzostwach. Na misję mundialową wysyła się żołnierzy wielokrotnie sprawdzonych, przećwiczonych w ciężkich bojach, zgranych. Choć oczywiście i tutaj można przedobrzyć – patrz Hiszpania, zdemoralizowana nadmiernym przywiązaniem do tych samych, wytartych już nazwisk.

Staram się pamiętać o wymienionych okolicznościach, gdy przeglądam totalną – i zasłużoną, nie zamierzam polemizować – krytykę Prandellego, który wedle najbardziej radykalnych recenzentów zbłądził pod każdym względem, wybierając złą taktykę, wystawiając złych ludzi, odpowiadając za ich złe przygotowanie atletyczne. Owszem, Włosi byli podejrzanie rozlaźli w gestach, z Kostaryką i Urugwajem grali w zwolnionym tempie, jakby ich jedynym celem było wymuszanie na rzeczywistości szybszego upływu czasu. Inni też z mistrzostw poodpadali, ale przynajmniej poodpadali w biegu, niektórzy pozostawili też po sobie przyjemne wrażenie – piłkarze „Squadra Azzurra” nie pozostawili niczego, grupa zdolna przybierać dowolne kształty roztopiła się do masy bezkształtnej, rozciapcianej jak lane kluchy, w przegranych meczach jedyny celny strzał wymierzył Andrea Pirlo. Nie pomogły wyrafinowane metody przygotowań, włącznie ze sztucznie wytworzoną sauną na ćwiczebnym boisku w Coverciano, by piłkarze poczuli, co czeka ich w piekielnym ukropie Manaus. To wszystko prawda, ale też aktualny stan włoskiego futbolu – ponoć reformowanego na wielu poziomach, efekty dopiero poznamy – nakłania mnie przede wszystkim do westchnienia, że to raczej medal na Euro 2012 wypada uznać za wybitną trenerską zasługę niż porażkę mundialową – za haniebną, obrażającą możliwości calcio katastrofę. Jeszcze tragiczniej było cztery lata temu, gdy ówcześni obrońcy tytułu osiedli na dnie grupy z Paragwajem, Słowacją i Nową Zelandią, a jak już wspomnieliśmy, a włoskie piłkarstwo zeszło w okres dekadencji i kandydatów na klasowych reprezentantów mu nie przybywa, lecz ubywa.

Co dotkliwie odczujemy już za chwilę, wszak narodowe stroje na zawsze zdejmą kolejne żywe pomniki, Gianluigi Buffon i Pirlo. Calcio jest zmurszałe, zakurzone, przestarzałe jak jego średniowieczne stadiony. Na epokę renesansu trochę poczekamy.

17:43, rafal.stec
Link Komentarze (31) »
wtorek, 24 czerwca 2014

Mundialowe wykopki Anglików przypomniały mi pogawędkę z polskim piłkarzem, który wyznał przed kilkoma miesiącami, na jaki wysiłek musi się zdobyć, by na wezwanie reprezentacji przyjechać z przynajmniej umiarkowanym entuzjazmem. Kojarzy mu się granie dla kraju z nieuchronnością klęski, zniechęcającą beznamiętnością zgrupowań, mordęgą wytworzenia na boisku czegokolwiek konstruktywnego, szyderczymi reakcjami sfrustrowanych kibiców. Pragnąłby sukcesu, ale im dłużej z kadrą jest, tym trudniej mu uwierzyć w jego realność. Angielskich piłkarzy podejrzewam o stan ducha podobny. Presję czują potworną, obrywają na każdym wielkim turnieju, potem leżących brutalnie kopią brukowce. Skalę zjawiska pierwszy raz doświadczyłem na mistrzostwach w 2002 roku – bramkarz David Seaman, który zawalił ćwierćfinał z Brazylią, w stadionowej strefie mieszanej płakał i przepraszał, a dziennikarze go lżyli.

W ogóle analogii polsko-angielskich, z czego już się zwierzałem, znajduję bez liku. Oni też wzdychają do pojedynczych reprezentacyjnych sukcesów sprzed dekad; też długo opierali nadzieje na irracjonalnych przesłankach; też oczekują, że ozłoci ich lokalny Maradona (z braku Lewandowskiego żądają unoszenia się nad murawą od Beckhama albo Rooneya); też po klęskach histeryzują; też rytualnie rozpaczają nad niedomagającym systemem szkolenia; też mają piłkarzy w klubach zwycięskich, a w kadrze osowiałych, wątpiących w siebie i zakompleksionych; też nie szukają selekcjonera możliwie najlepszego, lecz swojskiego albo zagranicznego, w zależności od aktualnego trendu; też cierpią na wszechogarniający niedowład rodzimej myśli szkoleniowej. Odkąd istnieje Premier League, ich trener nie zdobył ani jednego mistrzostwa swojego kraju. Znacie inny taki przypadek w Europie? Nie trudźcie się, nie znajdziecie.

Michael Ballack – były niemiecki piłkarz Chelsea, obecnie komentator „Timesa” – oskarża angielski futbol o brak tożsamości. Reprezentacja nie wypracowuje własnej filozofii gry – jakże wyrazistej u rywali z Niemiec, Hiszpanii czy Włoch – nie stanowi też całości, która dysponowałaby siłą będącą – w wersji minimum – sumą talentów tworzących ją jednostek. Jego tezy rymują się z wydeklamowanymi już po wielokroć skargami, że Anglię niszczy nienasycony kosmopolityzm ligi. Zasysającej resztę świata aż do zadławienia – wyprzedającą obcokrajowcom władzę w klubach, oddającą obcokrajowcom stanowiska trenerów i asystentów, zaludniającą obcokrajowcami szatnie i zespoły juniorskie. Dzieje się to wszędzie, w Anglii dzieje się bardziej. I Anglicy stają się u siebie mniejszością. Coraz drobniejszą mniejszością. Jakby duch dziejów wymierzał zemstę za imperialną przeszłość – kiedyś kolonizowała i „niosła cywilizację” Anglia, teraz kolonizują i niosą cywilizację Anglii.

To teoria banalna, pewnie po części także prawdziwa, ale na pewno nie wyjaśnia wszystkiego. Wyspiarski futbol jest najbogatszy, najpopularniejszy na planecie, podparty wspaniałymi tradycjami i imponującą stadionową frekwencją także w niższych ligach (powszechne przywiązanie do klubów to element tożsamości), napędzany wzbudzającymi zazdrość rozgrywkami ligowymi, które stać na spełnienie każdej zachcianki. Nie brakuje mu niczego, co niezbędne do utrzymywania arcymocnej, regularnie prężącej się na podium wielkich imprez reprezentacji kraju. A przecież prawie już nie pamiętamy, kiedy Anglicy pokonali nietowarzysko światową markę – ostatnio udało się z Argentyną, 1:0 po rzucie karnym Beckhama w 2002 r.

Do medalu nie zbliżyli się ojcowie założyciele futbolu i sławnych zagranicznych klubów od od 1996 r., choć co najmniej w półfinałach zabawiali się w tym czasie Chorwaci, Turcy (dwukrotnie!), Grecy, Czesi, Rosjanie… Ba, oni konsekwentnie się staczają, przecież na przedostatnie mistrzostwa kontynentu nawet się nie zakwalifikowali, na poprzednim mundialu wydłubali jedynie wygraną ze Słowenią, teraz skamlą na dnie tabeli bez punktu. Ideał sięgnął bruku. Nadal sądzicie, że nikt tak nie umie przerżnąć w piłkę jak Polska? To wyjdźcie ze swoich drewnianych chatek i rozejrzyjcie się po wielkim świecie, popatrzcie tam, gdzie futbol w sensie organizacyjno-marketingowo-finansowym osiągnął szczytowy poziom rozwoju. Oto Anglia, najbardziej klęskowa drużyna na planecie.

16:17, rafal.stec
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi