Wpisy z tagiem: Brazylia

środa, 09 lipca 2014

Brazylia, mistrzostwa świata w piłce nożnej, Niemcy

„Mam ochotę pójść do łóżka, przespać cztery lata i obudzić dopiero w chwili, gdy nadejdzie czas, by pomścić tę niesprawiedliwość. Na następnym mundialu” – wyrzucał z siebie sławny rozgrywający Zico w 1982 roku, zaraz po mundialowej porażce Brazylii z Włochami.

Dziś nęka mnie podejrzenie, że niektórzy piłkarze „Canarinhos”, który podpisali półfinałową hańbę – 1:7 z Niemcami – woleliby już w ogóle się nie obudzić. Przecież wiedzą, że pomścić tego, co stało się kilka godzin temu, nigdy nie będą zdolni.

Zico współtworzył przed trzema dekadami drużynę demonstrującą futbolowy zjawiskowy – rodacy ubóstwiali ją bez względu na okoliczności, byli gotowi wybaczyć wszystko, tamto niepowodzenie uznali za krzyczącą niesprawiedliwość, na którą piłkarze i trener Tele Santana nie zasługiwali. Teraz pokrzywdzeni są wyłącznie kibice. Piłkarze to zbrodniarze, którzy upokorzyli cały kraj. Państwo zainwestowało pierdyliardy w sfinansowanie turnieju, a oni nie dość, że kopali bez wdzięku i przepychali się do kolejnych rund po trupach, to jeszcze ostatecznie sprowadzili brazylijski futbol na dno – między Haiti 0:7 (z Polską), Zair (0:9 z Jugosławią), Salwador (1:10 z Węgrami) czy Arabię Saudyjską (0:8 z Niemcami).

Czy jest w ogóle sens analizować ten wieczór czysto merytorycznie? Błąd taktyczny trenera Luisa Felipe Scolariego – cholernie doświadczony generał, świat podbił już w 2002 roku – wydaje się oczywisty: czuł się wielki wielkością Brazylii, więc Neymara zastąpił drobnym żółtodziobim podfruwajką Bernardem, zamiast z kostarykańską pokorą dołożyć mięśni do środka pola i upchnąć tam trzeciego pomocnika. Defekt techniczny też jest oczywisty: zdyskwalifikowany Thiago Silva zapanowałby nad polem karnym, a w każdym razie nie pozwolił, by rywale czuli się tam wolni jak ptaki. Wreszcie problem psychologiczny: reprezentantom Brazylii tak intensywnie wmawiano, że ich los leży w nogach jednego solisty, aż w to uwierzyli.

To w ogóle była drużyna na skraju załamania nerwowego. Rozszlochani piłkarze; Thiago Silva oskarżany z tego powodu o niezdolność do pełnienia kapitańskiej służby; Fred wyznający – po pytaniu o presję gry w domu – że „trener pomaga nam znosić myśl, że jeśli nie wygramy, Brazylijczycy z rozpaczy zaczną umierać”. Permanentna, angażująca miliony ludzi psychodrama, a nie zwykłe sportowe igrzyska, w których chodzi o czystą frajdę. To była wojna o stawkę większą niż życie – oni walczyli o honor, nie unikniemy tutaj patosu, całego narodu.

O zwycięzcach jeszcze zdążymy porozmawiać, dziś zauważę tylko, że jak ten półfinał na pewno był największą hańbą w dziejach piłki brazylijskiej i prawdopodobnie przyniósł najbardziej sensacyjny wynik w dziejach mundiali, tak Niemcy mogą go uznać za swoje futbolowe arcydzieło wszech czasów. Oni w ogóle mają to do siebie, że kiedy prują po złoto – tutaj muszą je zdobyć, prawda? ­– to świat się wali, albo przynajmniej trzęsie w posadach. W 1954 r. zniszczyli mityczną węgierską złotą jedenastkę, choć tuż po inauguracyjnym gwizdku przegrywali 0:2; w 1974 r. pobili w finale zachwycającą Holandię według wizji rewolucjonisty Rinusa Michelsa, choć przegrywali już po kilkudziesięciu sekundach, zanim ktokolwiek z nich zdążył dotknąć piłki; wreszcie w 1990 r. zdetronizowali Argentynę Diego Maradony. A teraz wysadzili w powietrze Brazylię. Sprawili, że Brazylia na mundialu u siebie nie zdołała dokopać się do meczu na Maracanie...

Ta Brazylia od początku wyglądała byle jak. Zaczęło się od sceny złowieszczo symbolicznej – samobójczego gola Marcelo, w tym samym meczu z Chorwacją pomogła jej pomyłka sędziego, nie umiała skruszyć oporu Meksyku, Chile sforsowała dopiero po rzutach karnych, Kolumbię musiała zmasakrować grą faul. Porażka z Niemcami, gdyby miała normalne rozmiary, odzwierciedlałaby możliwości kadrowe – jeszcze kilka lat temu gracze na poziomie Freda czy Hulka nie wyżebraliby powołania na mundial, a podstawowa jedenastka nie pomieściłaby ludzi zatrudnionych i w Zenicie Sankt Petersburg, i w Wolfsburgu, i w Toronto FC, i w Szachtarze Donieck, i w Tottenhamie. Tacy mogli skład uzupełniać, a nie go tworzyć.

Racjonalizowanie traci jednak sens, gdy przypomnimy sobie wynik. 1:7. Na swoich trawach. W półfinale, czyli tam, gdzie zwycięzcę powinniśmy poznawać po badaniu fotokomórką, nokauty ogląda się w rundach przedwstępnych. Tylu goli nawet Polacy, dla wielu nas żywe synonimy klęski, nie dali sobie wbić od 1949 roku... A Brazylia nietowarzyskiego meczu u siebie nie przegrała od 39 lat.

W trakcie meczu walczyły ze sobą we mnie dwa uczucia: podziw dla Niemców, jedynej w półfinałach machiny nie polegającej na pojedynczym soliście, oraz współczucie dla Brazylijczyków. Było mi zwyczajnie przykro; myślałem o tym, co czeka piłkarzy jutro i pojutrze; wspominałem Barbosę, wspaniałego bramkarza, który umarł w nędzy i znienawidzony, ponieważ obwiniono go za traumatyczną klęskę z Urugwajem na mistrzostwach w 1950 r. Niedługo przed śmiercią mówił: „Najwyższy wyrok w naszym kraju to 30 lat, ale ja płacę za coś, za co nawet nie jestem odpowiedzialny, od pół wieku”.

A wtedy nie było jeszcze internetu, ludzie hejtowali analogowo...

sobota, 15 czerwca 2013

Brazylia, która rok przed mistrzostwami świata zaprasza na próbę generalną, wyczekuje ich w panice. Pele apeluje, by fani nie dołowali gwizdami piłkarzy, ci wysłuchują, że słabszej reprezentacji ojczyzna nie miała.

W startującym w sobotę Pucharze Konfederacji gospodarze najbliższego mundialu przyjmują mistrzów kontynentów. W grupie A Brazylia zaatakuje Japonię, Meksyk i Włochy (na Euro 2012 wzięli srebro, ale zajmują miejsce Hiszpanii występującej jako triumfator mundialu). W grupie B ta ostatnia przećwiczy Urugwaj, Nigerię oraz Tahiti. Mały mundial zwieńczy minifaza pucharowa - liderzy i wiceliderzy grup zderzą się w półfinale.

To już tradycja, że przed wielką imprezą sportową gospodarze lamentują, iż wszystko się zawali, a zagraniczne media chętnie histeryzują razem z nimi. Nie tylko my, Polacy, mieliśmy utknąć na czas Euro w korkach i najeść się wstydu z powodu organizacyjnej apokalipsy. Brazylijczycy też boją się komunikacyjnego paraliżu, też biedzą się z modernizacją stadionów - nawet legendarnej Maracanie groziło odwołanie niedawnego sparingu z Anglią, bo okazała się dziurawa. I też podważają sens wydatków. Nawet wybitni w przeszłości piłkarze wściekają się, że władzę utajniają ich skalę.

Tamtejszy futbol skandalami stoi. Poprzedniego prezesa federacji Ricardo Teixeirę do dymisji zmusiły w zeszłym roku oskarżenia o korupcję i defraudację publicznych pieniędzy. Zastąpił go José Maria Marin, podejrzewany o współpracę z panującą do połowy lat 80. dyktaturą. Środowisko ma reputację siedliska naciągaczy, którzy usiłują wyłudzić jak najwięcej inwestowanych w piłkę pieniędzy, tymczasem stadiony pustoszeją, liga brazylijska ustępuje już frekwencyjnie rozgrywkom z USA, krajowi zbzikowanemu na punkcie zupełnie innych sportów. Reprezentacja kraju też często służyła za wytwórnię szmalu - jej mecze wystawiano na przetarg, więc odbębniała sparingi z Irakiem, Chinami czy Zimbabwe i Tanzanią (z tymi ostatnimi przygotowywała się do poprzedniego mundialu).

Nie dlatego jednak zleciała na historyczne dno w rankingu FIFA. 22. pozycji (między Ghaną a Mali) nie tłumaczy także niska wartość zwycięstw w meczach towarzyskich, którymi Brazylijczycy, jako gospodarze MŚ, muszą zastąpić mecze o stawkę. Choć przed dwoma tygodniami pokonali Francję, wcześniej nie zdołali pobić Anglii (dwukrotnie!), Chile, Rosji, Włoch, Kolumbii.

Jesienią działacze wylali selekcjonera. Zahukanego Mano Menezesa, który wcześniej brylował głównie w rozgrywkach stanowych, zastąpił Luis Felipe Scolari, który przywiózł ostatnie złoto mundialu - w 2002 roku. Wtedy jednak przebierał w futbolistach zjawiskowych, dziś o jego desperacji świadczy to, że jeszcze przed chwilą odwoływał się do weteranów tamtego turnieju, ociężałego rentiera Ronaldinho i zmarginalizowanego w madryckim Realu Kaki. Ostatecznie z obu laureatów Złotej Piłki zrezygnował, ale w zamian nie mógł zabrać na Puchar Konfederacji nikogo, kto choćby zbliżał się do czołówki tego plebiscytu.

Owszem, „Canarinhos”, onieśmielają talentem na tyłach. Nieskazitelny w obronnych interwencjach Thiago Silva, postrzelony David Luiz czy nawet przygasły ostatnio Dani Alves to na swoich pozycjach megagwiazdy. Im bliżej jednak pola karnego rywali, tym szybciej Brazylia szarzeje. W głowie się nie mieści, ale w ataku polega na specjalistach drugorzędnych, dla przeciętnego zagranicznego fana niemal anonimowych, jak Fred (Fluminense) czy Leandro Damiao (Internacional Porto Allegre, powaliła go kontuzja). A obok biegają gracze z obrzeży wielkiego futbolu, jak Hulk (Zenit St. Petersburg) czy Hernanes (Lazio), ewentualnie zdolni młodzieńcy z ambicjami, jak Lucas Moura (PSG) czy Oscar (Chelsea).

Chłopcem z plakatu - czy raczej mnóstwa plakatów, w rekordowym momencie reklamował w telewizjach dziesięć różnych firm - jest tylko 21-letni Neymar, promowany jako brazylijska odpowiedź na Messiego, wyeksportowany właśnie z Santosu do Barcelony za 57 mln euro. Czy jednak zniesie presję, skoro w reprezentacji zawsze przeciętnieje? Skoro otaczają go piłkarze obwoływani najsłabszą reprezentacją kraju w historii? I notorycznie wysłuchujący od autorytetów, często byłych mistrzów świata, że pozostaje tylko czekać na nieuchronne - mundialowy krach?

Scolari zarządza tłumem ludzi, którzy nie wygrali prawie niczego, Vicente del Bosque dogląda tych, którzy wygrali wszystko, oraz ich młodszych kolegów, którzy mają wszystko, by gigantów naśladować. Hiszpania nie ustaje w wypuszczaniu na świat futbolistów perfekcyjnie wyszkolonych, więc jej selekcjoner musi odrzucać żywe dzieła sztuki - on ich nie tylko nie mieści w podstawowej jedenastce, ale nawet w szerokiej kadrze.

A jednak tiki-taka, najsławniejszy styl gry naszych czasów, nieco przyblakła. Od 2008 roku triumfowała w najważniejszych turniejach sezonu - albo w wydaniu katalońskim w Lidze Mistrzów, albo w wydaniu hiszpańskim na Euro lub mundialu. 2013 idealny nie będzie, Barcelona i Real zostały skopane przez Niemców. Pocieszenia bohaterowie najbardziej utytułowanego pokolenia w dziejach futbolu mogą szukać właśnie w Pucharze Konfederacji - to trofeum pomniejsze, lecz jedyne, jakiego nie zdobyli.

W ich ruchach spróbujemy dojrzeć, czy to możliwe, że ich czas dobiega końca. Są wypaleni? Po latach szaleńczego eksploatowania organizmów zbuntowała się fizjologia? Czy mierny sezon klubowy Xaviego Hernandeza oznacza, że główny procesor trzeba wymienić?

Na razie wiemy, że Hiszpania odebrała Brazylijczykom rolę punktu odniesienia w futbolu. Za rok spróbuje powtórzyć ich sukces - sprzed pół wieku, jedyny taki po wojnie - czyli obronić złoto mundialu. "Canarinhos" walczą o cele minimum. Jeśli wygrają Puchar Konfederacji, być może odetchną na parę chwil od paniki i defetyzmu.

Archiwum
Tagi