Wpisy z tagiem: Carlo Ancelotti

niedziela, 20 grudnia 2015

Carlo Ancelotti, Bayern Monachium

Dopiero dzisiaj pokojarzyłem, że jeśli latem nie wydarzy się wiadomy transfer do Realu Madryt, to Carlo Ancelotti zostanie dobrym znajomym obu najsławniejszych polskich piłkarzy – jako zawodnik w latach 80. bronił barw Romy wspólnie ze Zbigniewem Bońkiem, jako trener spotka wkrótce w Bayernie Roberta Lewandowskiego.

Co poprowadziło mnie do starych rozmyślań o tym, z iloma wybitnymi postaciami dzielił szatnię włoski gigant, który nieprzerwanie od trzech dekad przebywa wśród innych gigantów. Uwaga, teraz wyleję wam na głowy wodospad nazwisk.

Marco van Basten, Rudd Gullit, Frank Rijkaard, Paolo Maldini, Franco Baresi, Roberto Donadoni.

Roberto Baggio, Gianfranco Zola, Giuseppe Signori.

Gianluigi Buffon, Fabio Cannavaro, Lilian Thuram, Hernan Crespo, Enrico Chiesa.

Zinedine Zidane, Alessandro del Piero, Filippo Inzaghi, Gianluca Zambrotta, Edwin van der Sar, Edgar Davids.

Andrij Szewczenko, Kaka, Ronaldo, Ronaldinho, Rivaldo, Andrea Pirlo, Clarence Seedorf, David Beckham, Cafu, Alessandro Nesta, Thiago Silva.

John Terry, Frank Lampard, Didier Drogba, Petr Czech, Michael Ballack.

Zlatan Ibrahimovic.

Cristiano Ronaldo, Iker Casillas, Sergio Ramos, Angel Di Maria, Xabi Alonso, Gareth Bale, Luka Modrić.

Manuel Neuer, Philipp Lahm, David Alaba, Jerome Boateng, Franck Ribery, Arjen Robben, Thomas Müller, Robert Lewandowski.

Ostatnie nazwiska wpisywałem niejako awansem, ewentualnych skandalicznie przeoczonych też mi nie wypominajcie, bo wstukiwałem je spontanicznie, z pamięci. Wstukiwałem, żebyście spróbowali sobie zwizualizować wyjątkowość trenerskiego Cesarza, moim zdaniem tylko pozornie powszechnie rozpoznawaną i doskonale uświadamianą. Ancelotti jako pierwszy szkoleniowiec podpisał kontrakty z potęgami z wszystkich pięciu czołowych lig europejskich i do nikogo bardziej nie pasuje stwierdzenie, że „obraca się w wielkim świecie”, bo każdemu współczesnemu konkurentowi czegoś brakuje – albo spędził prawie całe życie w jednym miejscu (Alex Ferguson), albo karierę ledwie rozpoczął (Pep Guardiola), albo sam nie kopał na wysokim poziomie (José Mourinho).

Gdybyśmy zatem mogli wybrać sobie jednego rozmówcę, który opowiedziałby nam o najwybitniejszych piłkarzach minionych 30 lat, wskazalibyśmy właśnie Ancelottiego. Gdybyśmy mogli wybrać kogoś, kto opowie nam – najlepiej w niedalekiej przyszłości, po doświadczeniu z Bundesligą – o specyfice pracy w najważniejszych europejskich kulturach futbolowych, wskazalibyśmy Ancelottiego. Gdybyśmy musieli wskazać trenera, który najlepiej zna dusze wybitnych solistów, bo musiał ich osobiście doglądać, wskazalibyśmy Ancelottiego.

Pomyślcie, jak mitręgę przeżyłby Carletto – tak wołają nań piłkarze, uwielbiający serdeczność, spokój i poczucie humoru Włocha – zmuszony do wyselekcjonowania jedenastki swojego życia. Buffon, Casillas i Neuer wśród bramkarzy, Maldini, Baresi, Nesta, Cannavaro czy Ramos wśród obrońców, Baggio, Zidane i Pirlo wśród rozgrywających, Cristiano Ronaldo, Ibrahimovic czy Szewczenko wśród goleadorów. I wreszcie, aż umieszczę ich w osobnej kategorii, niemal wszyscy zjawiskowi Brazylijczycy XXI wieku, od Ronaldo i Rivaldo po Ronaldinho i Kakę. Jeśli dobrze porachowałem, jego podwładni – wymienieni wyżej pogrubioną czcionką – uzbierali 16 Złotych Piłek i 14 nieistniejących już (po połączeniu z plebiscytem „France Football”) nagród FIFA dla gracza roku na planecie, a z reprezentacjami zdobywali złota pięciu ostatnich mundiali. Cesarstwo niemal bez granic.

19:09, rafal.stec
Link Komentarze (15) »
wtorek, 26 maja 2015

Florentino Perez, Real Madryt

Wciąż jeszcze nie widziałem w futbolu wszystkiego, intensywnie marzę o transmisji na żywo z pojedynku na szczycie – wybitnego psychiatry z wybitnym prezesem Florentino Pérezem. Ten ostatni to wyjątkowy trudny przeciwnik, intuicyjnie umieszczam go wśród czołowych paranoików na planecie, on prawdopodobnie w wolnych od zarabiania chwilach gapi się na kozy, i to nie gapi się bez powodu, on się na nie gapi, by je zabijać wzrokiem.

Carlo Ancelottiego też uśmiercił z konkretnego powodu. Wynagrodził go mianowicie za sezon Realu bez prestiżowego trofeum, ale zarazem sezon wspaniały, tak, to tylko pozorny paradoks, cała kadencja włoskiego trenera w Madrycie była czasem fantastycznym. W kryzys jego piłkarze, owszem, w tym sezonie wpadli. Na początku bieżącego roku, gdy porażki w Valencii (mimo prowadzenia!) i derbowe z Atlético pozbawiły ich szans na tytuły krajowe – ligowy i pucharowy. I to całkiem zrozumiałe, że wpadli, może wręcz zalecane, przecież potrzebujemy czasami jakichś poszlak, by wierzyć, że po boiskach nie biegają tytanowe humanoidy, lecz zwykłe biologiczne homo sapiens, a Real zaczął wyglądać na drużynę zdecydowanie nieludzką. Rok 2014 zwieńczył wszak rekordową w Hiszpanii passą 22 zwycięstw, a mknął przez tamten rok w rakietowym tempie – ponieważ zdobył aż cztery trofea, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej w całej historii klubu, rozegrał aż 69 meczów. Gdyby madrytczycy nie spuchli, trzeba by na nich nasłać brygadę antydopingową.

Uwiódł też Ancelotti szatnię, piłkarze pokochali go na zabój, jak zresztą wszędzie, gdzie pracował, on jest nie tylko skutecznym przywódcą, on jest przede wszystkim ciepłym, serdecznym, pełnym poczucia humoru i wyrozumiałości dla rozdętych gwiazdorskich ego facetem. Uwiódł wreszcie kibiców, którzy w miażdżącej większości chcieli, by został  w klubie, ba, Włoch wydawał się też idealnym podwładnym prezesa, po Madrycie krążył dowcip, że kiedy Ancelotti pokłóci się z Pérezem, to Carlo zawsze bierze stronę Florentino. To trener dla klubu o charakterystyce Realu idealnej, bo nie wywołuje konfliktów, lecz działa na otoczenie łagodząco – piłkarze mówią o nim pieszczotliwie „Carletto” – i jeszcze umie zręcznie lawirować menedżersko, by godzić interes drużyny z kaprysami szefa. Choć nigdy do końca nie dowiemy się, czy konsekwentne trzymanie na boisku Garetha Bale’a – w lutym/marcu nie opuścił żadnej z 720 kolejnych minut gry, choć nie strzelił przez ten czas gola ani nie dał asysty! – wynikało z faworyzowania ulubieńca przełożonego, czy słabości madryckiej kadry, która przez skupioną na megatransferach strategii Péreza jest zwyczajnie zbyt wąska.

Kiedy hiszpański przedsiębiorca wylewał z roboty José Mourinho, miał powody. Choćby takie, że portugalski trener podzielił drużynę, poróżnił się z piłkarzami symbolami, szatnię z naturalnych przyczyn kipiącą ekstremalnymi emocjami jeszcze rozpalał. Gdy dzisiaj Pérez wykopuje Ancelottiego, sprzeciwia się właściwie całemu światu, niniejsza notka jest jednym z tysięcy głosów – należących również do komentatorów nieskończenie kompetentnych – w obronie doskonałego fachowca, który jest stworzony do pracy w czołowych futbolowych korporacjach. Mam wręcz wrażenie, że gdyby Pereza rzeczywiście poobserwował psychiatra, być może odkryłby, że zwalnianie trenerów to u niego tik, niekontrolowany odruch, wymagające terapii zaburzenie. To najsławniejszy prezes nowoczesnego futbolu, który ucieleśnia wszystkie absurdy jego celebryckiej nieracjonalności, obie kadencje Pereza wyznaczają tyleż wysokobudżetowe transfery – Figo, Zidane, Beckham, Ronaldo, Bale etc. – co spektakularne personalne błędy, teraz też zanosi się, że rozstaniem z włoskim trenerem wzbogaci galerię niepotrzebnie usuniętych, galerię zajętą nade wszystko przez piłkarza Claude’a Makélélé i trenera Vicente del Bosque, czyli ofiar przeświadczenia, że są dla Realu niewystarczająco gwiazdorscy.

Ten ostatni był nieco podobny do Ancelottiego, również uchodził za koncyliacyjnego i serdecznego, chyba nieprzypadkowo to właśnie ci dwaj szkoleniowcy doprowadzili madrytczyków do wszystkich triumfów w Lidze Mistrzów odniesionych w XXI wieku. Niewykluczone, że w Realu – środowisku rozhisteryzowanym, wręcz autodestrukcyjnym – nie wystarczą umiejętności czysto trenerskie, że tam trzeba jeszcze specyficznych zdolności interpersonalnych, by szatnią nie wstrząsała permanentna wojna nuklearna. Tym bardziej ryzykowny zdaje się zresztą plan zatrudnienia Rafy Beniteza, lodowatego technokraty, który w piłkarzach widzi biologiczne zespoły cech wpływających na wynik. Kiedy Ancelotti je – a tę czynność uwielbia ponad wszystko – coś smacznego, woła podwładnych, by też spróbowali (opowieści Paolo Maldiniego) – nie baczy na wymogi dietetyczne, on po prostu musi się podzielić dobrem, to silniejsze od niego. Benitez się prawdopodobnie nie podzieli, on zapewne tak układa każdą potrawę na talerzu, by oddawała uroki systemu 4-2-3-1, właściwie nie wiadomo, czy w ogóle miał w życiu czas, by włączyć kubki smakowe.

Będzie ciekawie, na awantury w Realu zawsze czekam z entuzjazmem prymatologa podglądającego szympansy, zwłaszcza pod Pérezem ten klub przypomina niekiedy oddział psychiatryczny, którego ordynatorem jest regularny wariat. Co oczywiście nie przeszkadza mu wygrywać, jedenastka złożona właściwie wyłącznie z gwiazd nabytych za 30 mln, 50 albo 100 mln wygrywać musi, nawet gdyby taktykę ustalał generator esów-floresów. Teraz tradycji stało się zadość, od 1983 roku żaden trener nie utrzymał posady po sezonie bez trofeum.

Ale madrycki bilans minionych lat, zaprojektowanych w sporej mierze przez prezesa Florentino Péreza, jest co najmniej niepokojący. Po 2008 roku Real zdobył mistrzostwo kraju tylko raz. Tak biednej siedmiolatki po wojnie jeszcze nie miał.

Chuck Norris, Real Madryt

środa, 10 grudnia 2014

1) Drużyny najpotężniejsze jesienią w Lidze Mistrzów się bawią, a wśród nich od lat najhuczniej bawią się Hiszpanie. Odkąd obowiązuje obecna formuła rozgrywek, trzykrotnie zdarzyło się, że triumfator grupy uzbierał komplet punktów – obecny Real Madryt (bramki 16-2), Real z sezonu 2011/12 (19-2, to był najlepszy grupowy występ w historii) oraz Barcelona 02/03 (13-4). Co ciekawe, wśród klubów z dorobkiem skażonym jednym remisem też królują przedstawiciele Primera División, najlepszy stosunek miały Barcelona 11/12 (20-4), Real 13/14 (20-5), Barcelona 05/06 (16-2), Valencia 02/03 (17-4), Real 10/11 (15-2) oraz Atlético z poprzedniej edycji (15-3). Jeszcze raz: dziewięć najznakomitszych punktowo-bramkowo popisów w fazie grupowej Champions League dały kluby hiszpańskie. Korrida.

2) Tym razem zasłonili wszystkich piłkarze Carlo Ancelottiego, których potęgę uzmysławiają także inne dane. Najwięcej trafień w słupki i poprzeczki? Real Madryt – 5. Najwięcej strzałów? Real Madryt – średnio 20,2 w meczu. Najwięcej strzałów celnych? Real Madryt – średnio 8 w meczu. Najwięcej wykreowanych szans bramkowych? Real Madryt – według Squawka.com w sumie 94. Analitycy tego ostatniego serwisu przyznali też królewskim gigantyczną przewagę w ogólnym poziomie gry, który opisują wskaźnikiem „performance score”, sumującym wszystkie odnotowywane statystycznie zdarzenia boiskowe. Co uderzające, aż cztery gole zawdzięczają akcjom wykonanym po rzutach rożnych – to też najlepszy wynik w rozgrywkach – choć za trenera pracującego nad doktoratem ze stałych fragmentów gry uchodzi filozofujący w sąsiednim Atlético Diego Simeone. Słowem, Real wywołuje wrażenie drużyny totalnej. Choć oczywiście należy pamiętać, że wiosna w LM brutalnie zweryfikowała już kilka drużyn urzekająco roztańczonych jesienią.

3) Piłkarze Atlético też przeżyliby rundę niemal perfekcyjną, gdyby nie inauguracyjna wpadka w Pireusie. Po tamtym meczu nie stracili już ani jednego gola – 467 minut z czystym kontem, najdłuższa passa w tegorocznej LM – i generalnie wykonywali swoją robotę z minami zimnych zawodowców, którzy na tym etapie rywalizacji dopiero się rozgrzewają. W minionym sezonie inspirowali skojarzenia z tamtą Borussią Jürgena Kloppa, która też rzuciła wyzwanie finansowym hegemonom z kraju i Europie, a teraz wydaje się, że są w stanie osiągnąć nawet więcej – w maju sekundy dzieliły ich od zdobycia trofeum, w poniedziałkowym losowaniu zostaną rozstawieni, za zamianę Diego Costy na Mario Mandżukicia nie zapłacili utratą jakości, a ich styl, czyli miks wysublimowanej całozespołowej defensywy z wysublimowaną obsługą stałych fragmentów gry, to niezły pomysł na rozstrzyganie pucharowych dwumeczów.

Postawa Atlético przypomina, że Madryt to stolica europejskiego futbolu w 2014 roku bezdyskusyjna, każda inne metropolia niknie przy niej do pipidówy. W Londynie fason trzyma jedna Chelsea, w chyba najpotężniejszym w sensie ekonomicznym Manchesterze tylko City utrzymało się w Lidze Mistrzów (gdzie tradycyjnie wypada średnio), panujący przed dekadą Mediolan cały wyleciał z elity. A Madryt pozostaje w tym roku kalendarzowym niezdobyty – na Vicente Calderón gospodarze wygrali pięć meczów i jeden zremisowali (bramki: 15-1!), natomiast na Santiago Bernabéu gospodarze nie oddali nikomu choćby remisu (sześć zwycięstw, bramki: 17-2!). Totalna dominacja, w historii futbolu bezprecedensowa. Nawiasem mówiąc, Real Madryt na swoim stadionie w LM nie przegrał od kwietnia 2011 roku – uległ wtedy w półfinale Barcelonie, potem tylko wygrywał (19 meczów) lub remisował (2 mecze).

4) Reprezentacja Hiszpanii podupadła, ale w futbolu klubowym imperium nie tyle trwa, ile kontynuuje ekspansję. Jeśli zajrzymy do pozostałych faworytów LM, to świat zmieni się tylko trochę – Bayernem sterują Pep Guardiola (spoza boiska) oraz Xabi Alonso (na boisku), a Chelsea to już w ogóle jeden wielki przeszczep z Primera División – od głównego snajpera Diego Costy, przez rozgrywającego Cesca Fàbregasa i obrońców Azpilicuetę oraz Filipe Luísa, po wylansowanego w Madrycie bramkarza Thibauta Courtoisa. Bardziej niż hiszpańska proweniencja głównych faworytów łączy jednak typ przywództwa. Real, Bayern i Chelsea oddały władzę nad szatnię supertrenerom, którzy zbudowały już w przeszłości fantastyczne drużyny i urośli na multimedalistów – Carlo Ancelotti, Pep Guardiola i José Mourinho wygrali 7 z ostatnich 12 edycji Ligi Mistrzów. I powinniśmy się spodziewać, że w maju złota trójca jeszcze ten bilans poprawi.

A na samym dnie leżą ci, którzy wydają fortuny na transfery i pensje piłkarzy, lecz nie umieją znaleźć charyzmatycznych, odpowiadających aspiracjom klubu supertrenerów. Jak Zenit St. Petersburg, najbardziej klęskowa obok wstającego Manchesteru City firma Champions League – nikt nie wydaje tak wiele, by wygrywać tak niewiele.

sobota, 25 października 2014

Luis Suárez wtargnął na boisko i zaczął działać tak, jakby chciał wywrzeszczeć światu, że to wszystko dyrdymały – opowieści, że po przerwie w grze trzeba „odzyskać czucie piłki” i na powrót przyzwyczajać się do intensywności meczu o niebagatelną stawkę, że z nową drużyną trzeba się długo zapoznawać, by nauczyć się współpracy z partnerami. Owszem, jego bezczynność była nietypowa. Nie uziemiła go kontuzja, mógł normalnie trenować, oswajać się z barcelońskim stylem. Ale i tak swoboda, z jaką po czterech miesiącach odsiedzianych na trybunach odnalazł się w szlagierze nad szlagierami, meczu obsadzonym wyłącznie piłkarzami wybitnymi lub znakomitymi, była imponująca. Jak ćwierkałem na Twitterze – Suárez to zwierzę, futbol to najwyraźniej jego natura, czynność niemal fizjologiczna, której nie sposób „zapomnieć”.

Może dlatego wszędzie, gdzie podpisywał kontrakt, już w debiucie strzelał gola. Może dlatego wczoraj potrzebował ledwie czterech minut, by dać Barcelonie inauguracyjną asystę. I kilku następnych, by zaserwować kolejne świetne podanie, które nie stało się asystą tylko przez nieporadność Messiego. To on w nowym ofensywnym supertercecie katalońskim wyglądał najlepiej, ba, moim zdaniem wyglądał najlepiej w całej jedenastce – bez piłki, szukając wolnej przestrzeni między obrońcami, biegał więcej niż Neymar i Messi razem wzięci, wymyślił najwięcej podań kluczowych (choć grał trochę ponad godzinę), jako jedyny wśród gości dwukrotnie odzyskiwał piłkę. Wrócił do futbolu wygłodniały i dał kibicom nadzieję.

Nadzieję chyba jednak niezbyt wielką, bo Barcelona wciąż wygląda na drużynę w fazie rekonstrukcji, poszukującą nowej tożsamości. Co z tego, że przez osiem kolejek krajowej ligi była nietykalna, skoro Paris Saint Germain i Real Madryt wtłukły jej sześć goli? Dziś zgodnie z przewidywaniami kardynalne, rozstrzygające błędy w obronie popełniał Pique, co prowokuje do pytania, dlaczego trener Luis Enrique znienacka, w najważniejszym meczu jesieni, wyrzucił na kraniec defensywy Mathieu (a Albę zesłał do rezerwy). Nie wiadomo też, dlaczego umieścił w podstawowym składzie coraz wolniej tuptającego Xaviego Hernandeza, a nie twardszego, bardziej nadającego się do gwałtownej walki w środku pola Rakiticia.

Im dłużej trwał mecz – który się przecież wspaniale dla Barcelony, jak mawiają nasi trenerzy, „ułożył” – tym bardziej doceniałem prowadzącego rywali Carlo Ancelottiego. Katalończycy nie umieją wygramolić się z fazy rekonstruowania drużyny całą wieczność, on swoją rekonstruuje rok w rok, bo do kombinowania zmuszają go transferowe szaleństwa prezesa. I w inauguracyjnym sezonie zrekonstruował ją na miarę triumfu w Lidze Mistrzów (poprzedzonego wychłostaniem broniącego trofeum Bayernu Monachium), a w bieżącym – na razie – na miarę 9 zwycięstw z rzędu ozdobionych 38 golami. Dzisiaj nie miało nawet znaczenia, że słabował Cristiano Ronaldo – podawał ze skandaliczną, 60-procentową celnością, wszyscy inni uczestnicy El Clásico osiągnęli przynajmniej 75-procentową. Real Madryt to znów drużyna świetnie współpracująca, uprawiająca futbol, by tak rzec, wielowymiarowy, bo potrafiąca zadusić przeciwnika na wiele sposobów. Kiedy przychodzi ważny wieczór, to po stałym fragmencie gry wysoko nad murawą unoszą się obrońcy (Ramos w finale Ligi Mistrzów, Pepe w El Clásico). Kiedy zaniemoże Gareth Bale, to rozkwita – i to jak! – Isco. I kiedy stawka rośnie, to swoje temperamenty poskramiają nawet obaj stoperzy, znani z, eufemizując, wybuchowości. To niesamowite, że Pepe i Ramos przetrwali dzisiejszy mecz bez kartki, podczas gdy oglądali je wirtuzoi – Messi, Neymar, Iniesta i Ronaldo.

Słowem, Real gra po królewsku. Kiedy rozglądam się po Europie – po boiskach, nie tabelach – widzę go wśród trzech superdrużyn górujących ponad wszystkimi innymi, obok Chelsea i Bayernu Monachium. Szkoda, że zderzyć się ze sobą mogą dopiero wiosną.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kilkakrotnie już pisałem, że gdybym musiał wskazać tę jedną, kluczową cechę charakteru wybitnego trenera piłkarskiego, wskazałbym elastyczność. Gotowość do ewoluowania na dłuższym dystansie czasu, a także gotowość do nagłych wolt – przygotowywanych na konkretny mecz.

Carlo Ancelotti spektakularnie tę zaletę zademonstrował. Przez cały sezon przemodelowywał Real – madrytczycy mieli dyktować tempo gry i kontrolować piłkę, ich środek pola tworzą dwaj cofnięci rozgrywający i skrzydłowy – żeby w najważniejszym dwumeczu wyprawić drużynę na drugą – dla niektórych ciemną – stronę księżyca. Niech Bayern sobie składa podanie do podania, aż się nimi udławi, my magazynujemy energię, by eksplodować w pojedynczych akcjach. To był wybór nieoczywisty przede wszystkim w pierwszym półfinale, rozgrywanym na własnym stadionie. Nieoczywisty i doprowadzony do ekstremum, początkowo gospodarze oddali monachijczykom piłkę na ponad 70 proc. czasu gry.

Zadziałało fantastycznie, Real mógł natłuc goli na znacznie okazalszy wynik niż 1:0. A jeśli przeskanować pełne 180 minut dwumeczu, włączywszy dzisiejsze 4:0, to wyeksponował najbardziej naturalne predyspozycje drużyny – stworzoną do kontrataku czynią ją mistrzowie sprintu na skrzydłach, a stworzoną do stałych fragmentów gry mistrzowie powietrznej walki na środku defensywy. Nawiasem mówiąc, Sergio Ramos i Pepe wypełnili w tym sezonie lukę po duetach stoperów klasy Puyola i Pique, Vidicia i Ferdinanda, Carvalho i Terry’ego. Dawno nie podziwialiśmy tak pewnie broniącej pary.

Ancelotti wystawił zatem na półfinałową scenę wszystko to, co w Realu najlepsze, a zarazem przypomniał, że po sukces biegnie często sztafeta trenerów – jego ludzie wciąż ulegają odruchom wpojonym im przez José Mourinho, tak jak fundamenty wszechpotężnego Bayernu Juppa Heynckesa wylewał Louis van Gaal.

Obie potęgi, aktualna madrycka i zeszłosezonowa monachijska, były potężne wielowymiarowo, choć każda inaczej. Tymczasem Pep Guardiola wystawił w półfinale show jednowymiarowe. On oczywiście nikogo nie oszukał – pogląd na futbol ma utrwalony, przed podpisaniem kontraktu miesiącami wykładał swoje idee szefom Bayernu, a oni je kupili. Dlatego pojękiwania Franza Beckenbauera – „niedługo będą sobie podawać nawet na linii bramkowej” – nie miały sensu. Włączasz Milesa Davisa, nie spodziewaj się hardrocka. Zresztą przywiązanie do swojej koncepcji nie musi zawsze przywieść do klęski. Monachijczycy długo w tym sezonie wyglądali rewelacyjnie, i to niekoniecznie dlatego, że nie zderzyli się z Realem – poruszali się wówczas szybciej, podawali z werwą, nie byli rozczulająco bezbronni we własnym polu karnym. Grali zwyczajnie lepiej.

Im energiczniej Bayern z Realem sunęły od zwycięstwa do zwycięstwa, tym bardziej było jasne, że ktoś boleśnie upadnie. Wróć – nie boleśnie, a śmiertelnie. Gdyby nawet Ancelotti i Guardiola pracowali idealnie, to jeden musiał przegrać, a najbardziej utytułowani trenerzy (obaj dwukrotnie wygrywali Ligę Mistrzów) po zajęciu drugiego miejsca natychmiast zaczynają wyglądać na nieudaczników.

Guardiola nie zajął jednak ani „drugiego”, ani nawet „trzeciego” miejsca – jego piłkarze w półfinale zaserwowali fanom widowisko tak drastyczne, jakby chcieli sprowokować drastyczną reakcję władz klubu. Czy od dziś ich jedyną strategią defensywną naprawdę ma być sławne posiadanie piłki? Bo gdy ją tracili – także w najnowszych meczach Bundesligi – to tracili również jakiekolwiek rozeznanie, co powinni robić, by strat nie powiększyć. Sztywnieli.

Pozostaje pytanie, co się stało. Zdemotywowało ich – wytrąciło ze stanu pobudzenia, ważne mecze oddzielało od siebie zbyt wiele nieważnych etc – rekordowo szybkie zdobycie mistrzostwa Bundesligi, które miało dać pełen komfort przygotowań do świątecznych wieczorów w Champions League? A może, co byłoby wariantem najsmutniejszym, im dłużej manipulował przy drużynie niestrudzony innowator Guardiola, tym bardziej traciła ona moc z ery Heynckesa? A może nikt nie wykrzesałby z niej więcej, bo kilkunastomiesięczne wygrywanie wszystkiego i wszędzie wypala każdego i zwyczajnie uniemożliwia podjęcie walki z rywalem tak fantastycznie wyposażonym i zmotywowanym, jak obecny Real? Już mi się nie chce wracać do mantry o 24 latach bez ani jednej skutecznej obrony trofeum w Lidze Mistrzów…

Tak, monachijczycy jeszcze przed chwilą grali przytłaczająco znakomicie. Powtórzmy: różnica między Bayernem z wczoraj, a Bayernem z dziś, jest taka, jak między jego jesiennym 3:0 z Dortmundzie, a wiosennym 0:3 z Dortmundem u siebie. Otchłanna. Co rodzi kolejne fascynujące pytania, dotyczące także Roberta Lewandowskiego - jak zareaguje trener Guardiola.

PS Stałych i mniej stałych czytelników lojalnie uprzedzam, że trochę choruję, więc w najbliższym – być może dłuższym – czasie będę tu wpadał rzadko lub wcale.

niedziela, 26 stycznia 2014

Real Madryt, Primera Division, Carlo Ancelotti

Gdybyście szukali wyciszenia, podkradnijcie się pod szatnię Realu Madryt, przytulnie w niej jak w domku na prerii, a nie wyjaśnia tutaj wszystkiego powodzenie na boisku, z powodzeniem faworytów na hiszpańskich boiskach mamy zawsze ten kłopot, że nigdy nie wiemy na pewno, jak je wyceniać – jeśli w trzecim sezonie z rzędu do zdobycia tytułu potrzeba uzbierać 100 punktów, to nawet dłuższe zwycięskie serie niewiele znaczą, pojedyncza wpadka zniweczy cały wysiłek.

Dlatego ton – i wektor – komentarza zależy wyłącznie od decyzji komentującego. Komplementować 630 minut bez straty gola, wyczyn oglądany dopiero drugi raz w historii klubu, czy zwrócić uwagę na kontekst, znaczy wypomnieć niską klasę ostatnich przeciwników, którzy pod madryckie pole karne jednak potrafili się zapuszczać? Sławić piłkarzy za nadrabianie punktowych zaległości do Barcelony oraz Atlético czy sprowadzać ich na ziemię przypomnieniem, że oba najważniejsze testy w sezonie ligowym (właśnie z Barceloną oraz Atlético) oblali, a ich w starciach z Juventusem w Champions League nie wyglądali na pewnie sięgających po swoje? Klękać przed gracją Luki Modricia, zasłużonego wszechstronnie myśliciela środka pola – nie dość, że odbierze piłkę, to jeszcze przebiegle przekaże ją dalej – czy awanturniczo szukać dziury w całym, gdy Gareth Bale mecze doskonałe przeplata z przeciętnymi?

Wiem, proponuję sztuczne dylematy, w Realu wszystko wygląda wręcz zbyt idyllicznie, wypada raczej gratulować, że w Jesé wreszcie podziwiają rozkwitającego wychowanka, w Karimie Benzemie zmartwychwstał snajper, Ángelowi di Maríi wygodnie grać również z dala od skrzydła, w trakcie wędrówki po wszystkich pozycjach oglądalibyśmy wyłącznie ładne krajobrazy, w tym wreszcie rozanielonego, znów uhonorowanego Złotą Piłką Cristiano Ronaldo. Od lat przyzwyczajałem się jednak, że w Madrycie właśnie albo tworzą sztuczne problemy, albo do problemów rozdymają problemiki, tam był potrzebny nie tyle psycholog, ile psychiatra, a kiedy środowisku tak naelektryzowanemu naraził się jeszcze José Mourinho, trener pożądający wysokiego emocjonalnego napięcia wszędzie, gdzie pracuje, to już kibic królewskich musiał poczuć, że znikąd nadziei. Real jako oddział zamknięty.

Aż nagle się rozpogodziło. Konfrontacyjnego Portugalczyka zastąpił trochę mistrz zen, a trochę jowialny, lubiany przez całą rodzinę wujek, który rozładuje każdą sytuację, nie wywyższa się – być może najbardziej przypominający poprzedniego trenera, który wygrywał z Realem Ligę Mistrzów, nawet jeśli Vicente del Bosque nie nosił w sobie autorytetu wybitnego zawodnika. W niedawnym wywiadzie dla „Financial Times” znów czytamy, że Carlo Ancelotti nie wierzy, by piłkarze najwyższej klasy potrzebowali motywacji – ich trzeba raczej mitygować, uspokajać. Nie wierzy też, że musi im zawsze rozkazywać – w Chelsea zdarzało mu się wręcz prosić drużynę, by sama ustaliła, jak grać (i to w finale Pucharu Anglii). A przede wszystkim przestał już doświadczony dekadami wielkich gier Włoch odczuwać meczowy stres, nawet wieczorami o dużą stawkę głównie się rozkoszuje. Namiętnego romansu z szatnią to nie obiecuje, ale stabilnie, mięciutko i bielutko mają piłkarze Realu jak nigdy.

Otoczenie klubu podporządkowało się nastrojowi, przywykło już nawet do unieruchomionego obok murawy Ikera Casillasa (od ostatniego występu ligowego minął ponad rok), słowem, powtarzane przez Ancelottiego zaklęcie o „równowadze” działa nie tylko na boisku. To chyba jego największy sukces – poza Monachium nigdzie na szczytach sytuacja nie jest aż tak opanowana, inni albo tracą prezesa, albo sprzedają Matę, albo martwią się kontuzjami, albo niepokoją o zbyt wąską kadrę, albo już zbyt wiele w tym sezonie poprzegrywali, tylko w Madrycie święty spokój. Czy tego piłkarze Realu potrzebowali? Po nieustającej burzy z piorunami odetchnąć w krainie łagodności?

Czar oczywiście może prysnąć w każdej chwili, w Madrycie nie znasz dnia ani godziny, ale zastanawiam się, czy gdyby królewskim piłkarzom się udało, gdyby np. po 12 latach Real znów wystąpił w finale Ligi Mistrzów, to cały splendor spadłby na Ancelottiego. Czy ktoś w tej metropolii czarno-białych sądów i krzykliwych czcionek doszedłby do wniosku, że czasem do sukcesu wiedzie sztafeta trenerów – zasłużył się Mourinho, który nauczył piłkarzy żyć z kontrataku i po latach klęsk wyniósł na poziom trzech z rzędu półfinałów Ligi Mistrzów, i zasłużył się jego następca, który dał im więcej swobody na boisku i uwolnił od nieustającej draki poza boiskiem.

czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

Archiwum
Tagi