Wpisy z tagiem: Jose Mourinho

niedziela, 11 września 2016

Trenerski pojedynek na szczycie – ponoć na szczycie – ponoć trwa od lat, ale obaj gwiazdorzy musieli spotkać się w Manchesterze, by ta opowieść zyskała rozdział rzeczywiście miarodajny, pozwalający zawyrokować, czyja wizja futbolu zatriumfowała. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 13 sierpnia 2016

Kiedy Pep Guardiola i José Mourinho - żywe ikony, reprezentujące skrajnie odmienne myślenie o futbolu - rywalizowali przed laty jako trenerzy Barcelony i Realu Madryt, świat chętnie odwoływał się do metafory gwiezdnych wojen. Pierwszy miał walczyć w imię imperium dobra, drugi dla imperium zła. I kiedy Guardiola ogłaszał przerwę od futbolu, mówiło się, że wojna poturbowała go psychicznie, że od dążącego do bezpośredniej konfrontacji Mourinho wręcz ucieka. Choć na boisku to on częściej był górą.

Teraz, w startującej właśnie lidze angielskiej, obejrzymy kolejny odcinek tego widowiska. Antagoniści wylądowali nie tylko w tych samych rozgrywkach, ale i w tym samym mieście, w Manchesterze mieszkają o kilka kilometrów od siebie. I choć od tamtej pory nie powiększyli swoich kolekcji triumfów w Lidze Mistrzów, to skojarzenia z gwiezdnymi wojnami - pojęcie pochodzi z kina popularnego, ale również od politycznej doktryny Ronalda Reagana rzucającego wyzwanie komunizmowi - znajduje być może jeszcze większe uzasadnienie. Sąsiadujące kluby uczestniczą bowiem w bezprecedensowym wyścigu zbrojeń. City wydało tego lata na transfery już 175 mln euro, United - 180 mln (netto). To obu trenerów do siebie upodobniło, bo Guardiola na barcelońskim Camp Nou polegał głównie na wychowankach. I również dlatego miał reprezentować jasną stronę mocy, wielu kibiców wciąż brzydzi się masowym werbowaniem kosztujących fortunę „najemników”.

Liga angielska, tuczona rosnącymi w obłędnym tempie zyskami z praw telewizyjnych, innej metody jednak nie zna. A United oraz City przelicytowują wszystkich. Każdego lata rzucają na transfery od 100 do 200 mln, mają też najwyższe na świecie budżety płacowe - i to nie w piłce, lecz we wszystkich sportach zespołowych. Manchester stał się bezapelacyjnie najbogatszym futbolowym miastem w historii futbolu.

Tylko na boisku nędza, w minionej edycji Premier League zażartą rywalizację o czwarte miejsce City wygrało z United dzięki okazalszemu stosunkowi bramkowemu. I obaj nowi menedżerowie budują przyszłość od zera. Guardiola kupuje graczy o reputacji wyłącznie lokalnej, spoza Ligi Mistrzów - najwięcej wydał na Johna Stonesa (22-letni obrońca Evertonu), Leroya Sané (20-letni skrzydłowy Schalke) i Gabriela Jesusa (19-letni napastnik Palmeiras), większe doświadczenie biorąc jedynie w osobie Ilkaya Gündogana. Mourinho natomiast w swoim stylu szuka sprawdzonych wyczynowców - kluczowymi postaciami chce uczynić Zlatana Ibrahimovicia (11 tytułów mistrza kraju) oraz Paula Pogbę (wciąż kwestionowany, ale z Juventusem wygrywał Serie A czterokrotnie, wystąpił też w finale LM). I jak zwykle brutalnie postępuje z niechcianymi (Bastianem Schweinsteigerem oraz Juanem Matą), bywa wręcz oskarżany o mobbing.

Ile potrwa stwarzanie nowych światów i czy w ogóle się powiedzie, nie wiadomo. Mourinho, znany niegdyś jako „Wyjątkowy”, ostatnio zezwyczajniał i tracił posady w przykrych okolicznościach, a Guardiola to nawiedzony, wymagający od podwładnych ponadprzeciętnej boiskowej inteligencji filozof, który nie pracował jeszcze w lidze tak wyrównanej jak angielska. I przyjmowano go tam jak przedstawiciela wyższej cywilizacji, zamierzającego nie tyle podnieść poziom gry drużyny, ile wynaleźć piłkę nożną na nowo. W dodatku obaj sławni szkoleniowcy zderzą się z innymi charyzmatycznymi guru, którzy teoretycznie również mają wszystko, by wskoczyć na szczyt - bodaj głównym trenerskim bohaterem Euro Antonio Conte (wziął do Chelsea zdolnego patrolować całe boisko pracusia N’Golo Kante) oraz Jürgenem Kloppem (po przejęciu Liverpoolu natychmiast dociągnął go do finału Ligi Europejskiej). A Arsene Wenger (od dawna wyszydzany, jednak Arsenal urósł ostatnio na wicemistrza, nauczył się wygrywać szlagiery i znów zaczął zdobywać krajowe puchary) oraz Mauricio Pochettino z Tottenhamu mają tę przewagę, że nie zaczęli pracy wczoraj. I nawet jeśli nie wezmą tytułu - ten pierwszy znów boi się za kogokolwiek „przepłacić”, a to na angielskim rynku transferowym bywa zgubne - to w sprzyjającym momencie mogą skrzywdzić każdego rywala.

Ja w żadnym razie nie spuszczam Wengera poza strefę LM, choć mnóstwo komentatorów czyni to dzisiaj niemal odruchowo, prognozując mu najsłabszy rok w całej 20-letniej karierze w Premier League (inna sprawa, że londyńczycy mają bodaj najcięższy start). Zwłaszcza że w najbliższych tygodniach, może wręcz miesiącami spodziewam się rozgardiaszu – uczestnicy Euro 2016 długo byczyli się na wakacjach, nowi trenerzy zapoznawali się z drużynami w trakcie komercyjnych międzykontynentalnych podróży (i np. w USA grywali przy widowniach grubo ponadstutysięcznych, na naszych kontynentach niespotykanych), niektórym piłkarzom z bliska przyjrzą się dopiero w trakcie sezonu, transferowe szaleństwo jeszcze potrwa. Niewykluczone też, że na przytomność umysłu trenerów wpłyną ekstremalne oczekiwania – nawet gdyby właściciele, powiedzmy, pięciu najbardziej renomowanych trenerskich nazwisk pracowali perfekcyjnie, może nawet wspięli się na swój zawodowy szczyt, to ktoś będzie zajmował piąte miejsce. Piąte, czyli w powszechnym odbiorze haniebne.

Premier League zaczęła zatem stać luksusowymi szkoleniowcami, jakby prezesi gromadnie uznali, że wypada wreszcie wywoływać wrażenie nie tylko wydatkami. Anglia to wciąż okolica specyficzna, momentami zalatuje wręcz ciemnogrodem - i Guardiola, i Conte załamali się po wizycie na klubowych stołówkach, zarządzili ścisłą dietę, hucznie pozabraniali pochłaniania pizzy, słodkich napojów, keczupu, ciężkich sosów etc. Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by tłusto opłacanych zawodowców z angielskich muraw nie trzeba było pilnować jak przedszkolaków? Dlaczego gdzie indziej (mówię o krajach piłkarsko zaawansowanych) to się już właściwie nie zdarza, a za Kanałem La Manche zdarza się notorycznie?

Mimo wszystko nie sposób jednak ogłosić – kolejna chóralnie kolportowana teza – że Premier League pościągała najlepszych trenerów. Minione lata należą raczej do Diego Simeone czy Massimiliano Allegriego (niewyraźnie mówi, nieefekciarski i w ogóle mało medialny, to jego zasadnicza przywara), którzy od - odpowiednio - 2011 i 2010 r. wspaniale rozwijają autorskie projekty w Atlético Madryt oraz Juventusie Turyn, może także do Carlo Ancelottiego. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację, dodajmy, że w LM triumfują ostatnio trenerzy z doświadczeniem zerowym (Zinedine Zidane w Realu) lub niewielkim (Luis Enrique w Barcelonie), natomiast w Anglii sensację ponad wszystkie wyreżyserował w Leicester lekceważąco traktowany przez całą karierę Claudio Ranieri.

I to ich muszą dzisiaj ścigać Guardiola oraz Mourinho, chwilowo (?) zdegradowany do LE. Bo jeśli gigantom się nie powiedzie, manchesterscy burżuje ustanowią kolejny rekord - najbardziej spektakularnego marnotrawstwa w dziejach piłki nożnej.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

A przede wszystkim – niereformowalny. Trener w szatniach kochany stał się nienawidzonym, już w drugim kolejnym klubie piłkarze go „zdradzili”. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

10:21, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 grudnia 2015

Trwa sezon w klubowym futbolu intrygujący, pełen niewyjaśnionych zjawisk. W Polsce broniący tytułu Lech długo szorował po dnie tabeli i właściwie nikt przekonująco nie wytłumaczył, dlaczego upadł tak nisko – w każdym razie wystarczyło poznaniakom wymienić trenera, żeby z drużyny punktującej najwolniej właściwie z dnia na dzień urosnąć do punktującej najszybciej. We Włoszech broniący tytułu Juventus długo błąkał się nieopodal strefy spadkowej (tam przynajmniej była jasność: latem odszedł tłum liderów szatni), ale turyńczycy postanowili trenera nie wyganiać – i również znienacka ożyli, moim zdaniem ponownie wezmą mistrzostwo. Wreszcie w Anglii broniący tytułu piłkarze Chelsea do dzisiaj kopią się po czołach, choć rządzi nimi przedstawiciel elity elit, mający reputację współcześnie najwybitniejszego lub jednego z najwybitniejszych José Mourinho.

Trzy kompletnie odmienne kultury, trzy zaskakujące opowieści, a najgorzej – czy raczej: beznadziejnie – kryzys kończy się tam, gdzie powinien skończyć się najlepiej. U charyzmatycznego supertrenera, który nigdy w karierze nie spadł z ligowego podium. A w Chelsea otrzymał jeszcze wyjątkowe wsparcie od właściciela klubu Romana Abramowicza, dotąd pozbywającego się szkoleniowców pstryknięciem.

Ta ostatnia opowieść zyskuje jednak prawdziwą doniosłość i idealną kompozycję, dopiero gdy losy Mourinho skonfrontujemy z losami Claudio Ranieriego, podpisanego pod wyczynami sensacyjnego lidera z Leicester. Jeśli wypadki Lecha, Juventusu czy Chelsea jeszcze kilka miesięcy temu uznalibyśmy za skrajnie nieprawdopodobne, to przypadek Leicester był w sensie ścisłym niemożliwy. A okazał się wprost bajkowym, z najpiękniejszą parą Premier League – goleadorem Jamie Vardym, który niedawno grał i trenował między szychtami w fabryce, oraz sprowadzonym za 400 tys. funtów czarodziejem dryblingu Riyadem Mahrezem.

Tu nie ma co eufemizować, trener Ranieri uchodził za skończonego nieudacznika. Nie tyle przez swoją niekompetencję, ile przez chorobę obwoływania klęskami wszystkich wyników, które nie są pierwszymi miejscami. Ranieri bowiem żadnej ligi nie wygrał, z Atletico Madryt, Chelsea, Juventusem, Romą i AS Monaco zdobywał „zaledwie” wicemistrzostwo. Wykapany Miauczyński. Dlatego co łagodniejsi recenzenci nazywali go pechowcem, którego przeznaczeniem jest wieczne niespełnienie, lub trenerem zdolnym zbudować świetną drużynę, lecz niezdolnym do pchnięcia jej do wielkich triumfów, pozbawionym mentalności zwycięzcy. Bo kto by sobie zawracał głowę takimi szczegółami jak przywrócenie Lidze Mistrzów Juventusu natychmiast po powrocie z karnej degradacji do Serie B czy wydźwignięcie Parmy z dna ligi włoskiej do spokojnego środka tabeli i innymi sukcesikami, za które nie przyznają orderów. Sam zresztą w szczytowym przypływie życzliwości nazywałem go co najwyżej pierwszorzędnym trenerem drugorzędnym.

Istotne zasługi dla reputacji Włocha miał Mourinho. Jako szkoleniowiec Interu traktował rywala (coś ich łączy, obaj wędrują po całym kontynencie) brutalniej niż jako trener Chelsea Arsene’a Wengera, chwilami wręcz po chamsku. Wystarczy tu przywołać najsłynniejszy cytat, pogardliwe słowa o 50-letnim wówczas Ranierim „jako 70-latku, który zdobył tylko jakieś małe trofea” i „starym człowieku, który po pięciu sezonach w Premier League potrafi z trudem wydukać Dzień dobry”. (Nawiasem mówiąc, z czasem stosunki między oboma panami się ociepliły, Portugalczyk dzwonił do Włocha z gratulacjami, gdy ten objął mediolański Inter).

Aż nagle sytuacja gwałtownie się zmieniła. Akurat wtedy, gdy Ranieri miał wydawać ostatnie trenerskie tchnienie, gdy sądziliśmy, że nikt poważny już go nie zatrudni – jako selekcjoner Grecji przegrywał wszak nawet z amatorami z Wysp Owczych, kibice Leicester przyjmowali go lodowato. Akurat wtedy, gdy Mourinho po odzyskaniu panowania w Anglii wznosił kolejną wielką drużynę.

Bo tu nie wystarczy powiedzieć, że hossa u jednego zbiegła się z bessą o drugiego. Gdybyśmy mieli wskazać trenera w Europie, którego w kilka miesięcy rozłożył najstraszliwszy krach – wiem, trudno mierzalne – to prawdopodobnie wybralibyśmy Mourinho. A gdybyśmy mieli wskazać tego, który wykonał największy skok, zapewne uhonorowalibyśmy Ranieriego. Jeszcze raz: od przegrywania Grecją z Wyspami Owczymi do wygrywania z Leicester z Chelsea, od dna tabeli grupy eliminacji Euro po szczyt tabeli ligi angielskiej. Oto rok z życia trenera. Osobliwy fach, prawda?

Ranieriego nic już naturalnie nie ocali, im bardziej piłkarze Leicester powygrywają, tym bardziej ludzie zapomną, że przed sezonem skazywali ich na nieuniknioną degradację. I w ewentualnym drugim lub trzecim miejscu (na mistrza nadal typuję Arsenal) znów odczytają potwierdzenie, że Włoch to fachowiec prawie znakomity, znaczy nałogowy przegrywacz. A przyczyny nagłych zwrotów w karierach jego i Mourinho pewnie pozostaną dla nas niepojęte, choć Ranieri swoją teorię pewnie ma, i jest to teoria uniwersalna, sprzeciwiająca się potocznemu przeświadczeniu, iż wygrywającego od przegrywającego dzieli przepaść, zawarta w ulubionym wierszu trenera Leicester, w którym Rudyard Kipling pisze o sukcesie i porażce, by „traktować jednakowo oba te złudzenia”.

Co brzmi dość rozsądnie, biorąc pod uwagę, jak i gdzie rozstrzygają się losy świata:



sobota, 31 października 2015

Chelsea, Jose Mourinho

I znów kopniaka, po którym José Mourinho chyba już nie wstanie, wymierzył Jürgen Klopp.

Wiosną 2013 roku stało się jasne, że najgłośniejszy trener naszych czasów opuści Madryt, gdy jego Real został wychłostany przez Borussię – z Robertem Lewandowskim w roli głównego oprawcy, nasz napastnik wbił faworytom cztery gole.

Dortmundczykami dowodził wówczas Klopp, który dzisiaj dowodzi Liverpoolem. Ale wtedy Real odpadał w półfinale Ligi Mistrzów, a w rewanżu bił się o przetrwanie do ostatniego tchu, od awansu dzieliły go centymetry. Wielki trener wielkiej drużyny przegrywał z wielką drużyną, więc dowiadywaliśmy się tylko, że ten wielki trener tym razem nie zdobędzie wielkiego trofeum. Teraz okoliczności są drastycznie odmienne – wielka drużyna (inne nie zdobywają mistrzostwa Anglii) znienacka skurczyła się do małej, nie umie wygramolić się z dołów ligowej tabeli, w dzisiejszym meczu z przeciwnikiem poddawanym właśnie rekonstrukcji wyglądała jak banda zagubionych, zahukanych prowincjuszy. Błyskawicznie strzeliła gola, by przez następną godzinę nie oddać ani jednego strzału. By w całym meczu uderzać dwa razy rzadziej niż Liverpool. By wydłubać ledwie jeden rzut rożny, przy siedmiu gości.

Nemanja Matić i Cesc Fabregas, bohaterowie bodaj najtrafniejszych transferów Mourinho podczas drugiej kadencji w Londynie, rozpoczęli w rezerwie. Eden Hazard, jedyny wirtuoz w drużynie i bohater mistrzowskiego sezonu, zszedł do rezerwy w 58. minucie. Tak wygląda Chelsea w ruinie. Tak wygląda chyba najbardziej szokujący upadek trenerski we współczesnym futbolu. Przecież Mourinho przez całą karierę nie zleciał z ligowego podium. Przecież wytykaliśmy mu raczej, że nie wygrał wszystkiego, on wydawał się wprost niezdolny do tego, by wszystko przegrywać.

Portugalczyk ma rację, gdy skarży się, że mnóstwo ludzi życzy(ło) mu klęski i czerpie z jego niepowodzeń radość. Reagują tak nie tylko z powodu jego ryzykanckiej strategii, czyli brutalnego wyszydzania rywali, zamieniania sportowej rywalizacji w wojnę i wiary w cel uświęcający środki. To normalna fabuła z tabloidowej rzeczywistości: Im wyżej idola wyniesiemy, tym z większą uciechą gawiedź będzie delektowała się jego upadkiem. A Mourinho wzleciał daleko ponad jakiegokolwiek innego szkoleniowca, najgorętsi wyznawcy jeszcze w tym sezonie upierali się, że jeśli palnął coś głupiego, to wyłącznie dlatego, że tak sobie zaplanował.

Mourinho myli się jednak, gdy obśmiewa tezę o „syndromie trzeciego sezonu”. Fakt, w Porto czy w Interze przepracował ledwie dwa, a odchodził w glorii wszechzwycięzcy. Ale wystarczy hipotezę nieco zmodyfikować, by była nie do obalenia – to trener, który po dwóch latach albo zmienia otoczenie, albo traci swój urok. I właśnie dostaliśmy najtwardsze dowody na jej słuszność, bo od samego Mourinho wiemy, że w Londynie po raz pierwszy w życiu pragnął zostać na dłużej i zbudować coś trwałego.

Jeśli zostanie wylany, pozostawi w szatni piłkarzy skonanych. I nieważne, czy zadziałał jak wampir wysysający z podwładnych energię psychiczną (u niego zawsze grasz pod wysokim napięciem), czy wycieńczył ich fizycznie (w minionym sezonie eksploatował podstawowych graczy bardziej niż ktokolwiek w europejskiej czołówce). Choć zostaniemy wkrótce zasypani analizami i teoriami, to prawdy nigdy nie poznamy, pełne intelektualne zapanowanie nad alchemią drużyny piłkarskiej przekracza możliwości naszych mózgów. Ja po wyrównującym golu Coutinho pomyślałem, że nie doceniamy wpływu na wyniki Chelsea kontuzji Thibauta Courtoisa – jego macki mogłyby sięgnąć piłki, i wcale nie chodzi o to, że Asmir Begović popełnił błąd, strzał był znakomity. To wszystko nie do sprawdzenia, pewne jest tylko to, że jeśli Mourinho straci robotę, to po jego odejściu podwładni ZNÓW, jak w Madrycie, nie wpadną rozpacz. Jego – mającego niegdyś reputację guru rozkochującego w sobie zawodników na zabój.

Bloguję na szybko w tonie pożegnalnym, bo nie wierzę, by Roman Abramowicz dłużej znosił udrękę piłkarzy i swoją, zresztą odkąd przyleciał na Stamford Bridge, uczynił stołek trenera Chelsea wyjątkowo chybotliwym. Gdyby jednak pożałował 30 mln funtów odszkodowania, które musiałby wypłacić zwalnianemu przedwcześnie trenerowi, losy ocalałego Mourinho śledziłbym zafascynowany bardziej niż kiedykolwiek w jego karierze. I stale odświeżał wspomnienie, że nie byłoby niesamowitej historii Alexa Fergusona w Manchesterze United bez decyzji właścicieli klubu wprost absurdalnej – by dać mu kolejną szansę, choć po kilku latach pracy drużyna wisiała tuż nad strefą spadkową.

niedziela, 04 października 2015

Piłkarze Chelsea ciułają punkty najwolniej od sezonu 1978/79, po którym stoczyli się do drugiej ligi angielskiej. Każdy inny trener zostałby już w tych okolicznościach medialnie zmasakrowany, ale do José Mourinho komentatorzy czują zbyt duży respekt. Prawie każdego trenera dzieliłoby też pewnie tyci-tyci od dymisji... Mój tradycyjny felieton z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Trener Chelsea, który ma chyba najbardziej fanatyczne grupy wyznawców i wrogów wśród wszystkich przedstawicieli zawodu, przeżywa właśnie najczarniejsze lato w karierze. Nie dość, że wiedzie mu się beznadziejnie pod względem sportowym, to jeszcze spadają na niego oskarżenia najpotężniejszego kalibru, który dotąd nie słyszał nawet on, arcyłotr współczesnego futbolu. Mój felieton o José Mourinho do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

piątek, 13 marca 2015

Utratę wyjątkowości przez portugalskiego trenera ogłaszałem już w styczniu – wciąż nie odmawiając mu wybitności, to byłoby absurdem – teraz chciałbym tylko dorzucić statystyczne okruchy, które tę przemianę spektakularnie ilustrują.

Mourinho właściwie od zawsze znamy jako minimalistę, który woli zwycięstwo wyścibolić, niż wydać rozkaz frontalnego ataku, skutecznie przekonywał nas o tym już przed dekadą, gdy władzę w Chelsea wziął po raz pierwszy. Londyńczycy pasjami zbierali wówczas wyniki 1:0, ale ja nade wszystko pamiętam, że prawie nigdy nie tracili bramek po przerwie, wbrew ogólnej regule –najwięcej pada ich w końcówkach, bowiem zmęczeni piłkarze częściej się mylą, a zarazem pcha ich świadomość, że mecz właśnie się rozstrzyga. W inauguracyjnym sezonie ligi angielskiej Chelsea dała sobie w drugich połowach wbić ledwie sześć (!) goli, a w następnym zachowała w drugich połowach czyste konto do ­– uwaga – 18. kolejki. Co więcej, późne ciosy zadawali jej właściwie wyłącznie rywale pomniejsi, zazwyczaj w sytuacji dla siebie już beznadziejnej. Wyglądało to tak, jakby londyńczycy, owszem, mogli nieperfekcyjnie zacząć, ale kiedy wyprał im w szatni mózgi trener, osiągali perfekcję (zwłaszcza defensywną). Podziwialiśmy wtedy Mourinho i za zdolność do obezwładnienia przeciwnika przy korzystnym wyniku, i za korygowanie gry, świetnie na bieżąco analizowanej.

Obecna Chelsea nie tyle tamtą unikalność utraciła, ile zsunęła się na przeciwległy kraniec skali.

Przeanalizujmy jej najważniejsze wyzwania bieżącego sezonu. 1/8 finału Ligi Mistrzów z Paris Saint Germain u siebie? Od 1:0 do 1:1, potem od 2:1 do 2:2. 1/8 finału na wyjeździe? Od 1:0 do 1:1. Manchester City u siebie: od 1:0 do 1:1. Manchester City na wyjeździe: od 1:0 do 1:1. Manchester United u siebie: od 1:0 do 1:1. Do tej listy można dołożyć jeszcze okoliczności odpadnięcia z Pucharu Anglii (od 2:0 do 2:4) oraz pierwszy półfinał Puchar Ligi z Liverpoolem, który udało się przetrwać w rewanżu (od 1:0 do 1:1).

Dziesięć z 12 goli straconych w wymienionych meczach rywale strzelali po przerwie. Ba, większość z nich bardzo późno: Thiago Silva w 114. minucie, David Luiz – w 86., Robin van Persie – w 90., Frank Lampard – w 85., Andrew Halliday – w 82., Mark Yeates – 90.

A pamiętacie półfinał poprzedniej edycji Ligi Mistrzów? Od 1:0 do 1:3 z Atletico, rozstrzygające gole padają oczywiście po przerwie. Pamiętacie, jak Chelsea odpadała z poprzedniej edycji Pucharu Ligi? Od 1:0 do 1:2 z Sunderlandem, rywale decydujące ciosy zadają w 88. i 118. minucie. Pamiętacie, jak Chelsea ostatecznie traci szanse na mistrzostwo kraju? Od 1:0 do 1:2 z Sunderlandem, zwycięską dla gości bramkę Fabio Borini zdobywa w 82. minucie. Przed dekadą Mourinho wytrenował drużynę, której właściwie wystarczyło objąć prowadzenie, by nabrać pewności, że wygra, teraz rządzi drużyną, której żadne, nawet wybitnie sprzyjające okoliczności, nie gwarantują niczego. I choroba postępuje.

niedziela, 25 stycznia 2015

Jose Mourinho, Chelsea

Rok 2015 w futbolu stoi na razie sensacjami, a największą wywołali piłkarze trzecioligowego Bradford. Przegrywali w sobotę z Chelsea 0:2, by wbić jej cztery gole – na stadionie wroga! – i awansować do piątej rundy Pucharu Anglii.

W całokształcie twórczości José Mourinho najbardziej oszałamiają trofea – zwłaszcza sensacyjne triumfy Porto oraz Interu w Lidze Mistrzów – ale ja jego absolutną unikalność wśród najwybitniejszych trenerów widziałem przede wszystkim w morderczej regularności, tej nieustająco wysokiej gotowości bojowej, do jakiej potrafił natchnąć piłkarzy.

Jego ludzie mogli odpadać, ale nie mogli odpadać zbyt wcześnie, na 100 lat przed finałem. A jeśli już ośmielili się odpaść stosunkowo wcześnie, to z przeciwnikiem godnym ich klasy i pensji, nie anonimowymi włóczęgami z wygwizdowa. Jego ludzie mogli nie wygrać ligi, ale nie wskutek gapiostwa, wpadki z byle kim czy innego frajerstwa. Mogli przegrać, ale w granicach zdrowego rozsądku. Mourinho redukował ryzyko nieplanowanych porażek do minimum, drużyny Mourinho nigdy nie zsuwały się z pewnego poziomu – przypominały raczej oddziały robotów, które ulegają wyłącznie wtedy, gdy inaczej się nie da, niż zwykłych homo sapiens, które miewają słabsze dni. A eksploatowanym bez umiaru czołowym futbolistom, jak wiadomo, nader trudno przystępować do każdego meczu w pełnym skupieniu, zaangażowaniu, z entuzjazmem. Pamiętacie Real Madryt, który w 2010 r. wstrząsającą klęską 0:4 z trzecioligowym Alcorcónem w Pucharze Króla zwieńczył długą czarną passę w tych rozgrywkach – we wcześniejszych edycjach wykopywały go z nich trzecioligowy Real Union, Mallorca, Betis i Saragossa (1:6!), zazwyczaj bardzo prędko? Kiedy władzę w szatni wziął portugalski trener, choroba wyparowała. Natychmiast. W inauguracyjnym sezonie madrytczycy odzyskali trofeum (po 18 latach!), w następnym ulegli Barcelonie (1:2 i 2:2), w ostatnim dopiero w dogrywce finału zatrzymało ich potężniejące Atlético. Przeżyli najładniejszą trzylatkę w tych rozgrywkach od dekad.

Niezmordowanie podwładnych Mourinho widzieliśmy w bezliku bitych przezeń statystycznych rekordów – jak ciągnąca się od 2002 do 2011 roku (od Porto, przez Chelsea i Inter, po Real) sława trenera, który nigdy (!) nie przegrywa w krajowej lidze na własnym stadionie. Gdyby zlać wszystkie wyniki z dekady do jednej gigantycznej tabeli, Portugalczyk nie znalazłby w swoim fachu żadnej konkurencji w Europie. Nawet w europejskich pucharach albo wpraszał się do czołowej czwórki (trzy trofea plus sześć półfinałów!), albo nie wytrzymywał starć z absolutną czołówką – wiosną 2006 r. z mknącą po trofeum Barceloną, wiosną 2009 r. z broniącym trofeum Manchesterem United. Słowem, Portugalczyk nie gwarantował zwycięstw – nie zagwarantuje ich nikt – lecz gwarantował bliskie maksymalnego wykorzystanie potencjału. Najpewniejsza na rynku lokata kapitału.

Z tej perspektywy sobotnie popołudnie jest skazą na karierze, jakiej Mourinho nie miał. Jeszcze nigdy nie stracił na własnym stadionie czterech goli; jeszcze nigdy nie przegrał, gdy prowadził 2:0; jeszcze nigdy nie dał się przechytrzyć rywalowi tak rozczulająco bylejakiemu, pozbawionemu renomy. Spośród 14 piłkarzy wystawionych przez Bradford za ledwie jednego klub musiał zapłacić. 7,5 tys. funtów.

I właściwie moglibyśmy ów niezwykły mecz skwitować wzruszeniem ramion, sprowadzić go do niewyjaśnialnego, incydentalnego splotu okoliczności – zgodnie z zasadą, że jeśli coś może się wydarzyć, to pewnego dnia się wydarzy. Moglibyśmy, gdyby Bradford nie było kolejnym etapem dekonstruowania mitu Mourinho jako trenera w pewnym sensie nietykalnego. Nie tyle wybitnego – jego wybitność wciąż jest bezdyskusyjna – ile będącego inwestycją o najniższym istniejącym ryzyku. Oferującego w najlepszym razie zysk fantastyczny (trofea), a w najgorszym okazalszy niż przyzwoity (bez przykrych wpadek).

Pomnik kruszy się od ostatniego sezonu w Madrycie. To stamtąd po raz pierwszy wręcz uciekał, to tam po raz pierwszy nie rozkochał w sobie na zabój całej szatni, ba, powstał wręcz przeciw niemu bunt. To wtedy musiał znieść swój pierwszy rok bez trofeum. To wtedy po raz pierwszy stracił aż cztery gole w Lidze Mistrzów (1:4 w Dortmundzie). Do Chelsea wracał rozanielony – przedstawiał się jako „The Happy One” – ale nieprzyjemnego trendu nie odwrócił, przeciwnie, trend jeszcze się nasilił. Nie dlatego, że pierwszy sezon Portugalczyk znów zakończył bez żadnego tytułu – w sobotę stracił szansę na kolejny, wydłuża się ta passa – ale dlatego, że zwala się na niego coraz więcej nieszczęść, na które przez lata był wszechodporny. Nieszczęść niespodziewanych lub szokujących, do niedawna właściwie niewyobrażalnych. Z minionej edycji Pucharu Ligi Angielskiej wyeliminował londyńczyków słaby Sunderland. W meczu z tym samym słabym Sunderlandem londyńczycy zaprzepaścili szansę na mistrzostwo Anglii, i to u siebie, co oznaczało, że Mourinho podpisał pierwszą porażkę na własnym stadionie jako trener Chelsea (po 77 zwycięstwach i remisach!) – to nie są okoliczności, w jakich zwykł poddawać rozgrywki ligowe (nawiasem mówiąc, po raz pierwszy w życiu spadł na najniższy stopień podium). W fazie grupowej poprzedniej Champions League jego piłkarze aż dwukrotnie (!) ulegli Basel, w bieżącym roku kalendarzowym aż dwukrotnie pozwolili się zasypać golami – pięcioma przyłożył im Tottenham (wcześniej Mourinho przeżył to jedynie w El Clásico), czterema Bradford.

Jako się rzekło, pozostaje Mourinho trenerem wybitnym, należącym do wąziutkiej elity elit. Wkrótce zdobędzie być może ósme mistrzostwo kraju w swoim dwunastym sezonie ligowym (ma też trzy wicemistrzostwa!), więc utrzyma status najwydajniejszego trenera wśród tych, którzy pracują w klubowym futbolu co najmniej kilkanaście lat. Ale zezwyczajniał. Jemu też może przydarzyć się już wszystko, nawet w rundzie przedwstępnej i w meczu z patałachami – jak każdemu w jego fachu. Czyżby czasami brakowało mu już niekiedy psychicznej energii, by perfekcyjnie zmotywować piłkarzy? Od dawna zadaję na blogu pytanie, jak wytrzymuje bez wakacji (wypalony Guardiola ich potrzebował), biorąc pod uwagę, ile emocjonalnego napięcia wytwarza wokół siebie... Wiedzie go na manowce pycha, skoro w sobotę dokonuje skrajnie nietypowych dla siebie zmian – przy prowadzeniu 2:1 jednowymiarowego, defensywnego dryblasa Johna Obiego Mikela zastępuje Ceskiem Fàbregasem? Gubi się, gdy wystawia Mohammeda Salaha, który zapewne już wie, że odejdzie, i rwie się do transferu, więc trudno mu umierać za Chelsea? Nawet pomeczowa pomyłka – komplementował przed kamerami „Barnsley” zamiast „Bradford” – wybrzmiała u niego nietypowo, wszak słynie z przygotowania do meczów maniacko pedantycznego. Oto Mourinho w najnowszym wcieleniu – coraz częściej nieperfekcyjny.

niedziela, 02 listopada 2014

Jugosławia, piłka nożna, Rakitic, Modric

Zapowiadałem już na Twitterze, że pogadałem długo z dwukrotnym mistrzem Polski i byłym kapitanem Legii Warszawa Aleksandarem Vukoviciem o największym eksporterze piłkarzy. I o tęsknocie za Jugosławią, która zdaniem mojego rozmówcy zdobyłaby - gdyby przetrwała - złoto mundialu. Wywiad przeczytacie tutaj.

A tutaj, w tym samym wydaniu „Gazety Sport.pl Ekstra”, znajdziecie mój felieton o najnowszych wyczynach José Mourinho. Takich jak zwykle – jego wizja futbolu się nie zmienia  – a zarazem innych – jeden fundamentalny w przeszłości atut portugalski trener zatracił. Jeszcze raz: tekst pt. „Jak Mourinho buduje w Londynie Mediolan” jest tu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
Tagi