Wpisy z tagiem: Inter Mediolan

wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

wtorek, 24 września 2013

Inter Mediolan, Erik Thohir

Negocjacje ciągną się od miesięcy, niekoniecznie z powodów biznesowych. Ale Massimo Moratti już postanowił, że wyrwie sobie ogromny płat serca i odda - ponoć za ćwierć miliarda euro - Erickowi Thohirowi, od zaraz chyba najbardziej egzotycznemu właścicielowi wielkiej futbolowej firmy w Europie.

Według „La Gazzetta dello Sport” 50 mln zasili osobisty majątek włoskiego potentata paliwowego, reszta przepłynie do jego klubu, dzięki czemu Inter pozbędzie się zadłużenia. Ma w 70 procentach należeć do indonezyjskiego magnata medialnego, współwłaściciela kilku koncernów samochodowych i mnóstwa innych przedsiębiorstw, a także prezesa Koszykarskiej Unii Azji Południowowschodniej, który posiada już udziały w sporcie amerykańskim - koszykarskiej Philadelphia 76ers oraz piłkarskim DC United - oraz indonezyjskim. Do ustalenia pozostały tylko drobiazgi, by za dwa miesiące nowa maszyneria, jak mówi z Moratti, działała już płynnie. 68-letni Włoch chce zagwarantować sobie prawo do zawetowania niektórych decyzji, zobowiązać kontrahenta do inwestycji w drużynę, być może nawet zarezerwować sobie możliwość odkupienia akcji, gdyby sytuacja rozwijała się nie po jego myśli.

Operacja niby przebiega typowo dla nowoczesnego futbolu, zwłaszcza brytyjscy fani przyzwyczaili się, że zrośnięte z regionem kluby wpadają w ręce właścicieli z innych planet, o których albo nigdy nie słyszeli, albo słyszeli co najwyżej w doniesieniach ze świata wielkiej finansjery. Ale w Mediolanie wszystko jest jednak bardziej.

I wszystko, znaczy rozdzieranie czarno-niebieskich serc, odbywa się jawnie, przy wielomilionowej publiczności. - Kiedy pozbywałem się Genoi, płakałem 15 dni - zwierza się Aldo Spinelli, jedna z wielu rozgoryczonych osobistości włoskiej piłki. - Massimo, nie sprzedawaj Interu, pomogę ci - błagał Ernesto Pellegrini, prezes klubu w latach 80. i 90. Przysięgał, że zwoła grupę krajowych biznesmenów, którzy dokapitalizują pogrążoną w zapaści drużynę, przestrzegał, że Indonezyjczyk planuje najzwyklejszy interes, tymczasem klubami powinno zarządzać się z miłości. Morattiemu nie musiał tego tłumaczyć, Moratti wyniósł interismo z domu - kiedy mediolańscy piłkarze zdobywali w 2010 roku Puchar Europy, to powtarzali osiągnięcie z lat 60., ery jego ojca Angelo, czyli spełniali wielką życiową misję swojego szefa. Ciepłego człowieka, zbyt gorącego prezesa. Zawsze reagował z porywczą pasją fana, któremu wystarczy pojedynczy mecz albo wręcz odosobnione zagranie, by piłkarza wykląć czy też przeciwnie, pokochać go jak własnego syna. Odkąd w 1995 roku przejął klub, utopił w nim 1,2 miliarda euro, również dlatego, że długo wydawał na transfery bez umiaru, bez dbałości o spójność polityki kadrowej, beztrosko przepłacając tam, gdzie wpadał na naciągaczy świadomych jego słabości.

Aż jako prezes się spełnił (dorównał ojcu), a ponieważ jego interesy podupadły, Inter biedniał w oczach, w trzy sezony 235-milionowy (brutto) budżet płacowy okroił o blisko połowę. I Moratti postanowił odstąpić kawałek klubu, by zrzucić z siebie część kosztów. Już w styczniu włoskie gazety plotkowały, że chińskim inwestorom odsprzeda 15 procent akcji, by spłacić długi i przyspieszyć przygotowania do budowy nowego stadionu. Początkowo zamierzał rozstać się jedynie z pakietem mniejszościowym, nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie znajdzie poważnego strategicznego partnera, który wyłoży znaczne pieniądze, lecz zrzeknie się znacznego wpływu na zarządzanie zakupem. Kiedy zaakceptował rzeczywistość, zaczął tłumaczyć Pellegriniemu - i innym apelującym o rezygnację z transakcji - że nastał czas na podróż w przyszłość. „Klub musi stać się naprawdę internazionale [międzynarodowy, od pełnej nazwy klubu - red.], konieczna jest ekspansja marki na skalę globalną”. „Na boisku zwyciężałem międzynarodowo, ale finansowo grałem wyłącznie w kraju. I przegrałem”. „Otworzymy się na świat, postawimy na innowacje: azjatycki wspólnik to nowe rynki i nowe kompetencje menedżerskie”.

Thohir, znany przede wszystkim jako fanatyk koszykówki, ponoć od dawna marzył o sławnej futbolowej firmie. Interem osobiście kierował nie będzie, lecz wyśle przyjaciół i zarazem zaufanych partnerów - stacjonującego w Pittsburghu, działającego dotąd w branży energetycznej Handy’ego Soetedjo, który reklamuje się jako znawca piłki, oraz Rosana Roeslaniego, który zajmie się finansami. Według indonezyjskiej prasy ten drugi już w styczniu przekaże 80 mln euro na transfery.

Azjatycka inwazja na europejskie boiska trwa, recesja jeszcze ją nasiliła. Interem zawładnie właściciel chyba najbardziej egzotyczny, pochodzący z kraju gigantycznego (237 mln obywateli, więcej mieszka tylko w Chinach, Indiach i USA), lecz dla naszej części świata tajemniczego. Kto słyszał o również należących do Thohira koszykarskich klubach Satria Muda BritAma Jakarta oraz Indonesia Warriors? Kto słyszał o indonezyjskim piłkarzu, emerytowanym lub aktywnym? Albo innym sportowcu? Tamtejszej narodowej pasji, sztuce walki pencak silat? Polityku? Aktorze? Włoska prasa rozpacza nad schyłkiem romantycznego calcio, a mediolańscy fani obawiają się aż tak nieznanego, zwłaszcza że Italia ma bogatą tradycję futbolowych właścicieli, którzy traktują kluby z czułością, jak rodzinne skarby, i kierują się porywami serca typowymi dla trybun - stąd w Serie A tyle posunięć spontanicznie nieprzemyślanych, nierzadko wręcz wariackich, zazwyczaj w dłuższej perspektywie szkodliwych.

Ale Inter jeszcze przed nawiązaniem kontaktów z Thohirem najliczniejszą, aż 11-milionową kibicowską bazę miał właśnie w Indonezji...

niedziela, 04 listopada 2012

Juventus Turyn, Inter Mediolan

Juventus Stadium wzięty. Odkąd turyńczycy przenieśli się na najnowocześniejszy obiekt we Włoszech, pozostawali niepokonani. Dopiero wczoraj ulegli Interowi. Gdyby nie ulegli, pewnie wybuchłby skandal. Znów.

Podle było już tydzień temu, gdy sędzia słusznie uznał gola strzelonego Juve przez Catanię, by prędko zmienić decyzję. Zdaniem gospodarzy - pod wpływem wściekłej perswazji rezerwowych z Turynu. Na tym się nie skończyło, ten sam arbiter zaliczył potem jeszcze zwycięską bramkę obrońcom tytułu. Też się pomylił.

„Byliśmy świadkami śmierci piłki nożnej” - szalał po meczu prezes Catanii Antonino Pulvirenti. A jego rodacy, wciąż prześladowani wspomnieniem Calciopoli i innych, niekiedy wciąż trwających afer korupcyjnych, znów rozdyskutowali się o uprzywilejowaniu potentatów. I nie pili wcale do specjalnego statusu Juve, karnie degradowanego przed kilkoma laty do Serie B - Milan oraz Napoli też korzystały w tamten weekend na sędziowskich pomyłkach. W Italii od dawna za emocje szarpie tzw. sudditanza psicologica, czyli psychologiczna „uległość” lub wręcz „niewolnictwo”, a zatem uniwersalny problem mentalny dotykający wszystkich arbitrów, którzy mają sprzyjać faworytom podświadomie.

Sobotni wieczór też rozpoczął ich kardynalny błąd. Zanim minęło 20 sekund gry, liniowy przeoczył wyraźną pozycję spaloną Kwadwo Asamoaha, dzięki czemu gola dla gospodarzy strzelił Arturo Vidal.

Błąd spektakularnie ewidentny mógł zmienić się w rozstrzygający, bowiem Juventus dał się poznać jako drużyna wolno się rozpędzająca, wraz z upływem czasu coraz bardziej niebezpieczna, w końcówce zabójcza. Zwyciężanie nie przychodzi jej łatwo, ale znacznie trudniej ją pokonać - dowodem niech będzie rekordowa seria 10 kolejnych remisów w europejskich pucharach. Turyńczycy zwykle długo remisują lub wręcz przegrywają, by decydujące ciosy zadawać, gdy rywale słaniają się na nogach.

W Lidze Mistrzów za każdym razem pierwsi tracą gola. Wyrównującego Chelsea wbili w 80., a duńskiemu Nordsjælland - 81. minucie. W Superpucharze Włoch rozbili Napoli w dogrywce. Serie A? W środowym meczu z Bologną zwycięską bramkę zdobyli w 92. minucie. Z Napoli zdobywali je w minutach 80. i 82., wcześniej utrzymywało się pozbawione jakichkolwiek zdarzeń 0:0. Sienę złamali jeszcze później, w 85. minucie.

Przygotowanie atletyczne, konsekwnencja i upór pomagały im tyle razy, że w sobotę po błyskawicznym objęciu prowadzenia zdawali się znajdować w absolutnie błogim komforcie. Nie musieli już cierpieć przez całą wieczność w oczekiwaniu na gola, za rywali mieli drużynę wygodniej czującą się w kontrataku.

A jednak piłkarze Interu - skrzywdzeni jeszcze łaskawością sędziego, który oszczędził czerwonej kartki Lichtsteinerowi - reagowali na trudności perfekcyjnie. Od początku chcieli decydować o kształcie widowiska, odebrali turyńczykom piłkę, grali odważnie i dojrzale. A także przebiegle taktycznie, na co znacząco wpłynęło m.in. oddelegowanie napastników do odcinania tlenu rozgrywającemu gospodarzy Andrei Pirlo. Nikt już nie pamięta, że sezon rozpoczęli mediolańczycy marnie jak sąsiad z San Siro Milan - oni zachowali rdzeń złożony z doświadczonych przywódców drużyny (Samuel, Zanetti, Cambiasso, Milito), podebrali lokalnym rywalom niebanalnego technika (przeżywający drugą młodość Cassano), otoczyli weteranów zawodnikami niekoniecznie młodymi, lecz niezdemoralizowanymi sukcesami (wysłany do walki z rezerwy Guarin był kluczowy dla końcowego wyniku podobnie jak Palacio). Młodziutki trener Andrea Stramaccioni miał w miarę bezboleśnie przeprowadzić klub przez czas zmian, ale Włosi coraz śmielej porównują go z wielkimi poprzednikami, włącznie z José Mourinho.

Włosi zaczynają też wierzyć, że ktoś się jednak zdoła broniącym tytułu turyńczykom przeciwstawić. Umarła seria 49 ligowych meczów bez porażki Juventusu, niech żyje obejmująca wszystkie rozgrywki seria dziewięciu z rzędu zwycięstw Interu. Dłuższą, ciągnącą się przez 13 kolejek, miał tylko trener Roberto Mancini - przed pięcioma laty, gdy wszelką poważną konkurencję skosiła mediolańczykom afera Calciopoli. Być może jednak najważniejszy sukces mediolańczyków polegał na unieważnieniu nietykalności stadionu Juve - jeśli presji wywieranej przez faworytów ulegają sędziowie, to przecież całkowicie odporni na nią nie mogą być piłkarze. „Sudditanza psicologica” dotyczy wszystkich.

niedziela, 07 października 2012

Uwaga, uwaga, potrzebuję bystrego fizyka, który wyjaśni nam, czy i dlaczego wielkoformatowe futbolowe przeboje się przyciągają. Pytam nie tylko ze względu na gwiezdny wieczór - z Derby della Madonnina, El Clasico, Le Classique. Cały weekend skrzy się wszak meczami albo wyjątkowymi generalnie, albo specjalnie ciekawymi dla nas. W piątek obejrzałem w Warszawie Legię oraz Wisłę (bojkot obrażonego kibolstwa dał wspaniały skutek, dawno nie oglądało mi się polskiego futbolu z trybun tak przyjemnie), niebawem obejrzę spotkanie czterech Polaków w Bundeslidze (Hannover - Borussia Dortmund), wieczorem spróbuję zerknąć na bój Atletico Madryt (wicelider ligi hiszpańskiej) z Malagą (pięterko niżej w tabeli), a u ukraińskich sąsiadów tłuką się ci, którzy tak ładnie (same zwycięstwa i wyjazdowy remis w Turynie) wypadli przed kilkoma dniami w europejskich pucharach - Metalist Charków z Szachtarem Donieck oraz Dnipro Dniepropietrowsk z Dynamem Kijów. Gdzie tutaj marketingowy instynkt nakazujący, by grać wtedy, gdy nic publice nie rozprasza uwagi i cała gapi się na ciebie?

A gdybym wam było mało odświętnego nastroju, to przypominam, że właśnie wspaniały jubileusz obchodził żywy pomnik polskiego futbolu. Pomnik o tyle niezwyczajny, że czczony jak gwiazda estrady, serialu albo celebryctwa dla celebryctwa - na blogu „A jednak się kręci” ma czytelników tłum. Przepraszam za spóźnienie (spowodowane przez tzw. obiektywne okoliczności), zaraz odpalam blogowanie na wysokim biegu.

15.30. Czytam w internetach, że El Clasico to sztucznie rozdęty niby-megahit, że jedynie dzidziusie dają się na tę propagandę naciągnąć i w ogóle nuda, kolorowo opakowane paskudztwo jak Coca-Cola. Zaraza jakaś. Wtrącę swoją opinię: zagrają na Camp Nou  najlepsze drużyny świata. Dla mnie bezapelacyjnie najlepsze, niezależnie od zaskakujących wyników w ostatnich półfinałach Ligi Mistrzów. Z kim Barcelona lub Real by nie grały, uważałbym ich za faworytów. Takie wnioski wyciągam z nałogowego patrzenia, jak haratają w gałę najlepsi.

Z derbami Mediolanu odwrotnie - nie pamiętam, by kiedykolwiek nie przyciągały nazwiskiem żadnej gwiazdy europejskiego formatu. Jeszcze raz - żadnej.

15.38. Messi kontra Ronaldo w El Clasico. Gole: 9-8. Strzały: 47-71. Asysty i podania kluczowe: 23-6. Faulowani: 65-31. (Liczby wyjęte z wiadomego madryckiego brukowca sportowego).

15.47. Ponieważ zamierzam blogować o wszystkim (co piłkarskie, rzecz jasna), rzucam mimochodem, że na francuskich boiskach rozbłyskuje nasza gwiazdka. „Polska skała”, „Człowiek o trzech płucach” - zachwycają się ślimakojady Grzegorzem Krychowiakiem w artykule, który właśnie redaguję. Typuję, że z Anglią zagra w podstawowej jedenastce. Poznaliśmy chłopaka pięć lat temu, kiedy strzelał zwycięskiego gola Brazylii. I to na mundialu;-) A teraz wskoczył do czołówki gazetowych rankingów na najlepszego gracza sezonu w Ligue 1.

16.39. Jeśli Barcelona dziś przegra, być może po raz pierwszy bardzo głośno wybrzmią wątpliwości co do kompetencji Tito Vilanovy. Kompetencji oczywiście nie taktycznych, lecz przywódczych. Jako asystent Josepa Guardioli odgrywał rolę dobrego policjanta, podczas gdy jego szef był policjantem złym. Teraz umiejącego być przykrym bossa już nie ma, Jordi Roura się do tej funkcji nie nadaje. Katalończycy punkty ciułają, potencjał mają nieprawdopodobny, ale w większych meczach wyglądają średnio - z Realem przegrali dwumecz o Superpuchar, Sevillę złamali dopiero w 89. i 93. minucie przy wydatnej pomocy sędziego, na inaugurację Ligi Mistrzów wbili rozstrzygającego gola Spartakowi Moskwa dopiero w końcówce. Dziś musi być lepiej, inaczej Vilanova poczuje, co oznacza presja przez wielkie „P”.

16.57. Jose Mourinho do presji przywykł i pływa w niej jak Michael Phelps w basenie, ale też żyje mu się inaczej niż dotąd. Po raz pierwszy bowiem kochają go nie wszyscy najważniejsi piłkarze w szatni, gazety zbyt uparcie plotkują, że z Ikerem Casillasem i Sergio Ramosem łączy go w najlepszym razie szorstka przyjaźń, by ich teorie zignorować jako wierutne bzdury wyssane z palców. A gdyby dziś królewscy przegrali, traciliby cholernie dużo - 11 punktów - nie tylko do Barcelony, ale prawdopodobnie również sąsiadów z Madrytu, którzy w minionym dwudziestoleciu wyżej skończyli ligę tylko w 1996 roku, gdy Atletico zdobyło tytuł...

17.40. Sorry za długawe przerwy w nadawaniu, równolegle redaguję kawałek o Miliku i kończę swój felieton pod dziwacznym tytułem „Mistrzom zmiękły podbrzusza” (wnerwiają mnie tytuły, które sam wymyślam, cholera). Było o nowym w El Clasico, poszukajmy nowego w derbach Mediolanu. A tam od razu rzuca się w oczy lewa flanka gospodarzy. Pobiegają tam nastoletni De Sciglio (przerzucony w obronie z przeciwległej strony) oraz nastoletni El Shaarawy, co każe mi powtórzyć frazę „nie pamiętam”. Nie pamiętam bowiem, kiedy oglądałem w tak ważnym meczu Milanu aż dwóch dzidziusiów. Nie pamiętam też, by w centrum ataku instalować napastnika zdającego się tak niekompatybilnym z Serie A jak mikrus Bojan Krkić (nawiasem pisząc, też skandalicznie młody jak na obyczaje San Siro, zaledwie 22-letni). Naprawdę zanosi się na derby zupełnie inne niż dotychczas.

18.14. Derbowa nowość w Interze jest bardzo dla fanów przyjemna. Oni przywykli, że kiedy ich klub idzie na wymianę jeńców, to zyskują na tym sąsiedzi, nazwisk nie chce mi się przywoływać, znacie je doskonale. Aż oddał Giampaolo Pazziniego za Antonio Cassano. Efekt? Pazzini strzelił gole (fakt, aż trzy) w ledwie jednym z dziewięciu meczów, choć to typowy kanonier z pola karnego, bez zadań poza artyleryjskimi. Natomiast Cassano uwodzi i rozstrzyga o wynikach, to chyba jedyny uczestnik dzisiejszych derbów, którego z czystym sumieniem można by przenieść na Camp Nou, a on nie tylko by nie odstawał, lecz był w stanie się wyróżnić. Talentu u niego nie mniej niż chuligańskich skłonności.

18.24. Ciekawy cytat, gada Javier Mascherano: „If you're not Busquets, it's impossible to be Barça's holding midfielder. You need to have a perfect sense of positioning.”

18.37. Ktoś się orientuje, czy istnieje blog albo inna internetowa pisanina wroga i Barcelonie, i Realowi Madryt? Takie „Hejt Clasico”? Musiało to chyba powstać, liczba niechętnych obu potentatom dorówna zaraz, zdaje mi się, liczbie fanów obu klubów.

18.49. Aaa, zapomniałem o jednym z najsmutniejszych dowodów na upadek derbów miasta, które ma najwięcej, aż 10, zdobytych Pucharów Europy.

19.01. Camp Nou zawsze silnie kojarzyło mi się z polityką, zresztą wystarczy przespacerować się po muzeum klubu, by poczuć, że to nie legenda, że stadion naprawdę jest sanktuarium regionalnej tożsamości. Ale po raz pierwszy czytam tu i ówdzie, że Barcelona zagra w piłkę o niepodległość. A kilkaset milionów ludzi ze wszystkich kontynentów zapamięta, jak wygląda katalońska flaga, senyera. Kibice planują rozłożyć gigantyczną płachtę, a w 17. minucie i 14. sekundzie meczu wrzasnąć „independencia” (na wspomnienie roku 1714, w którym zeszła pod władzę hiszpańskiego króla). To ma być „Mes que un Clasico”.

19.04. Skład Barcelony: Valdés, Alves, Mascherano, Adriano, Alba, Busquets, Xavi, Iniesta, Cesc; Pedro, Messi.

Jednak Adriano w środku obrony, bał się Vilanova ryzykować z Songiem.

19.06. Skład Realu: Casillas - Arbeloa, Ramos, Pepe, Marcelo - X. Alonso, Khedira - Di Maria, Ozil, C.Ronaldo - Benzema.

To już nie czasy kombinowania z trivote, Madryt przylatuje, by Barcelonę najechać i zdobyć.

19.14. Zboczę na chwilę ze szczytów, ale to ciekawe - Arkadiusz Milik ze swoimi pięcioma golami w tym sezonie jest najskuteczniejszym 18-latkiem we WSZYSTKICH ligach europejskich. (Jutro sporo piszemy o nim oraz wspomnianym wyżej Krychowiaku, że sobie pozwolę „Gazetę” zareklamować).

19.18. Cristiano Ronaldo strzelał gola w każdym z ostatnich pięciu El Clasico. Leo Messi strzelił we wszystkich El Clasico goli 15, więc wystarczy mu dzisiaj załadować hat-tricka, by doścignąć rekordzistę Alfredo di Stefano;-)

19.25. Dortmundczycy znów tracą dystans do pędzącego Bayernu, ale nasi ludzie nadal punktują.

19.47. Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy, bronić się przed Anglią na Narodowym będziemy bez Błaszczykowskiego. Staw skokowy nawalił, Kuba według „Kickera” skazany na cztery tygodnie przerwy.

20.23. Gdyby nie dwa spektakularne pudła Karima Benzemy, Barcelona zostałaby zburzona. A tak na razie jedyną wyrwę w murze zrobił Cristiano Ronaldo. Gola w szóstym El Clasico z rzędu strzelił ładnego, jakby bardziej lubił kopać lewą stopą, a nie prawą, i to strzelił go po równie ładnym łańcuszku superszybkich podań.

Real broni się czasami drużyną ściśniętą na długości 20 metrów, ale Katalończycy przeszyć go prostopadłym zagraniem nie umieją. Zadziałało dopiero dośrodkowanie i seria przypadkowych odbić, po których kardynalny błąd popełnił Pepe. Ronaldo - Messi 1:1.

20.42. W Barcelonie odsetek niecelnych podań jak na klasę drużyn horrendalnie wysoki, i to wcale nie wymusza ich agresywny pressing, zwyczajnie krzywią kopią wirtuozi.

A tymczasem na San Siro już stoją w tunelu. Milan: Abbiati, Bonera, Yepes, Mexes, De Sciglio, De Jong, Montolivo, Emanuelson, Boateng, El Shaarawy, Krkić. Inter: Handanovic; Ranocchia, Samuel, Jesus; Zanetti, Gargano, Cambiasso, Nagatomo; Coutinho; Cassano, Milito.

20.51. Christian Abbiati zatrzymał Zenit w St. Petersburgu, to teraz postanowił popartaczyć w derbach. To właściwie on sobie strzelił, a nie Walter Samuel. Milan - Inter 0:1. A w ogóle to nastał moment, którego nienawidzę. Nie umiem oglądać dwóch meczów zaraz, ale też nie umiem się oprzeć obu i oba oglądam, czyli nie oglądam żadnego.

21.09. Czasami prześladuje mnie podejrzenie, że Messi zdobędzie jeszcze Złotą Piłkę dokładnie tyle razy, ile razy wystartuje w konkursie. 2:1 dla Barcelony.

21.14. Cristiano Ronaldo wyrównuje, a ja wyobraziłem sobie El Clasico, jakiego chyba jeszcze nie było - z remisem 3:3 po dwóch hat-trickach.

Przepraszam, że nie piszę o Francuzach, chyba się przeliczyłem z siłami, i tak ledwie zerkam na mediolańskie derby.

21.17. Mesut Ozil się wreszcie ożywił. Nudziłem już tutaj, że wciąż czekam, aż rozkwitnie na Zinedine’a Zidane’a. No musi, cholera, rozkwitnąć.

21.42. Remis na Camp Nou i idealnie równy bilans w tegorocznych El Clasico: dwa razy Barca, dwa razy Real, dwa razy remis, 9-9 w golach. Madryt się podniósł, w 2011 roku wygrał jeden z dziewięciu meczów (8-12 w bramkach), w 2010 oba przegrał (0-7).

21.45. W Marsylii na razie też 2:2, wolnych ponoć i nieprzekonujących (czytam w relacjach) paryżan ratują gole Zlatana Ibrahimovicia. Jednego wtłukł piętą, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że gdyby wolno było dotykać piłki wyłącznie piętami, to Szwed, a nie Messi, brałby nagrodę dla najlepszego na świecie rok w rok, przez całą karierę.

21.52. Mourinho w jajcarskim nastroju po meczu: „Real Madrid is a gentleman's club, so I can't cry about a non-given penalty.”

21.54. Yuto Nagatomo zesłany do szatni. Słusznie, z premedytacją ramię wyciągnął do piłki. A myślałem, że Japończycy z zasady nie dostają czerwonych kartek.

22.14. Na San Siro nadal 0:1. Massimiliano Allegri zdjął obu bocznych obrońców, nieudolnego w ofensywie Bonerę wymienił na ultraofensywnego Abate, za De Sciglio włożył dryblera Robinho. Jego ludzie komunikat zrozumieli, podnieśli tempo, ale otaczający pole karne rywali mur wydaje się nie mieć ani szczelinki. Wszystkimi zawiaduje Javier Zanetti, występujący w 38. derbach z rzędu. Jak Inter przetrwa, to znów on będzie pewnie dla mnie bohaterem.

22.23. Pazzini wszedł, by wysadzić w powietrze zatłoczone pole karne Interu. Na razie dwa razy nie trafił w piłkę spadającą mu pod nogi kilka metrów od bramki. Jak do tego się nie będzie nadawał, to się nie będzie nadawał właściwie do niczego.

22.40. Inter przeżył, bohaterami Argentyńczycy - Samuel, Cambiasso, Zanetti. W czołówce zdarzają się mecze, w których na pierwszy rzut oka nie widać, że jedenastu gra na dziesięciu. W Italii to rzadkość, więc nerazzurri zachowali się dziś klasycznie - kiedy opuścił ich Nagatomo, stanęli na swojej połowie i całą energię włożyli w walkę o przetrwanie. Powiodło im się. Milan zarzucał wrogie pole karne dośrodkowaniami z lewego skrzydła, ale nacierał zbyt przewidywalnie. I zawisł ledwie dwa punkty ponad strefę spadkową. A nie mierzył się jeszcze z żadnym poza sąsiadami przeciwnikiem ze szczytów tabeli - ani z Juventusem, ani z Napoli, ani z Lazio, ani z Romą, ani Fiorentiną.

22.47. Inter wygrał sześć z ostatnich siedmiu derbów. I choć jest skazany na niestabilność - przy niedoświadczonym Stramaccionim, skali personalnych roszad, wielości kombinacji taktycznych - ale zachowuje spore szanse, by sezon rekonstrukcji zakończyć na podium, a potem spróbować sił w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. Juventus z Napoli chyba uciekną wszystkim konkurentom, tam rozwijają projekty przemyślane, trwające od kilku lat.

22.51. Niestety, to były derby rzetelnych, zdolnych do ciężkiej pracy i ostrych zwarć rzemieślników. Piłkarze się naharowali, sportową klasą nie urzekli. Szybki powrót do europejskiej czołówki to na razie missione impossibile.

23.25. Aha, mecz na San Siro zignorował nawet Silvio Berlusconi. Wolał polecieć do Rosji, by imprezować z obchodzącym 60. urodziny Władimirem Putinem. Ciekawe, jak długo Adriano Galliani zgodzi osłaniać przed jego irytacją trenera Allegriego. Bo lepsze wyniki prędko nie przyjdą. Choć np. trójkąt De Jong - Montolivo - Boateng może urosnąć do całkiem mocnego, to każdy z dostępnych w szatni środkowych obrońców jeszcze niedawno dochrapałby się co najwyżej skraju ławki rezerwowych.

W każdym razie intuicja podpowiada mi, że Allegri tej jesieni nie przetrwa.

23.34. Messi kontra Ronaldo w El Clasico: Gole 2-2, strzały 4-4, udane dryblingi 4-0, celność podań 93%-68%, kontakty z piłką 69-33. Zakładamy się, że pomimo hiszpańskiego złota na Euro 2012 obsadzą obie czołowe pozycje w plebiscycie na gracza roku na świecie?

23.59. Riccardo Montolivo oskarża: „Inter nie grał jak wielka drużyna, lecz drużyna z prowincji”. Szło mu o to, że tchórzliwie się bronili „goście”. Nie umiał zwyciężyć na boisku, to próbuje poza, retoryką.

Tutaj opisik: Comets Kick up Dust in Helix Nebula

Niedzielna noc. O godzinie 20.45 derby metropolii, która panowała w europejskim futbolu wczoraj. O 19.50 Barcelona kontra Madryt, czyli zderzenie metropolii, które panują dziś. O 21 Marsylia kontra Paryż, czyli metropolia, które chce panować jutro.

Więcej wybitnych graczy naraz wybiega na boiska tylko na dźwięk hymnu Ligi Mistrzów, ale nawet tam rzadko zdarza się, by jednego wieczoru nagromadziło się tyle starć wagi superciężkiej. Jutro emocje osiągną stężenie z granic kibicowskiej wytrzymałości - każdy z wymienionych meczów to w swoim kraju szlagier nad szlagierami. Bezdyskusyjnie i z bezliku powodów.

Na mediolańskim San Siro zetrą się potęgi podupadłe. Jeszcze niespełna dekadę biły się w półfinale Champions League, a potem ją wygrywały - Milan dwa razy, Inter raz. W obu drużynach lśniły megagwiazdy, których zazdrościł im świat, a jeśli kwestie finansowe prowokowały problemy, to te z gatunku najprzyjemniejszych. Sprowadzone do pytania, jak gigantyczne pieniądze sensownie wydać.

To już zamierzchła przeszłość. Firmy Silvia Berlusconiego i Massimo Morattiego, właścicieli obu klubów, zubożały, więc zubożeli także Milan z Interem. San Siro przygasło,

megagwiazd nie ma tam

już właściwie wcale. W najściślejszej światowej czołówce możemy od biedy umieścić Wesleya Sneijdera, rozgrywającego nominalnych gości derbów, czyli Interu. Holender jednak nie zagra, leczy naciągnięte mięśnie uda. Znów. Odkąd drużynę opuścił przed dwoma laty Jose Mourinho (piłkarz wzdychał, że „mógłby za niego umrzeć”), Sneijder notorycznie niedomaga i co rusz wracają sugestie, by sprzedać go, zanim wejdzie w smugę cienia i drastycznie spadnie jego rynkowa wartość.

Przez obie mediolańskie szatnie przeszło ostatnio tornado. Za europejskie triumfy odpowiadały najstarsze jedenastki w Europie, o średniej wieku przekraczającej trzydziestkę, teraz i Milan, i Inter uczyniły z odmładzania kadr fetysz nowej ery. Fetysz, dodajmy, mający wywołać wrażenie, że prezesi realizują strategię, o której marzyli, a nie działają przygnieceni brutalnością realiów ekonomicznych.

Na superbohatera gospodarzy rozbłysnął Stephan El Shaarawy, reprezentujący Włochy syn emigranta z Egiptu, który sam siebie każe nazywać „Małym Faraonem”. We wtorek po zachwycającej solowej akcji strzelił w LM gola Zenitowi (do St. Petersburga poleciała za nim cała rodzina), a ponieważ był już jego szóstym w sezonie, to stał się najskuteczniejszym nastolatkiem na całym kontynencie, oczywiście biorąc pod uwagę poważną piłkę. Rodaków zauroczył. Widzą w nim najzdolniejszego ofensywnego młodzieńca w Milanie od dekad, przypominają, że w dziecięcych rozgrywkach miał sezon ozdobiony 132 bramkami, podkreślają dojrzałość, która każe mu poświęcać się na boisku dla kolegów.

U rywali od przedwczoraj przeciwstawia mu się Coutinho, rówieśnika z Brazylii, który wrócił po półrocznym wygnaniu z ligi hiszpańskiej i również właśnie zachwycił - golem strzelonym piętą - w europejskich pucharach. To jednak poryw chwili, perłą w koronie Interu jest wyjęty od sąsiadów z San Siro Antonio Cassano. Napastnik z urzekającą fantazją i techniką, który megagwiazdą o globalnym zasięgu nie został tylko z powodu lenistwa, notorycznej niesubordynacji, chronicznej niedojrzałości. Ustatkował się dopiero teraz, po dobiciu do trzydziestki.

Jeśli szukać fajerwerków, to właśnie w stopach El Shaarawy'ego i Cassano, inni zdolni do uwodzicielskich sztuczek (nieliczni!) albo się leczą, albo ledwie się wyleczyli. Faworyta wskazać nie sposób, obie drużyny - choć ożywiły się po fatalnym początku sezonu - demonstrują chwiejną formę, byle jak przede wszystkim broniąc. I o ile Inter umie utrzymać się w czubie tabeli Serie A (traci cztery punkty do Juventusu i Napoli), o tyle Milan tkwi w jej dolnej połowie, a w St. Petersburgu przed utratą punktów ocalił go fenomenalnie dysponowany bramkarz Christian Abbiati.

Kiedy Mediolan przestał być stolicą europejskiej piłki, wojna Barcelony z Madrytem

zaczęła przysłaniać wszystkie inne boiskowe wojny,

nawet Włosi obwołują El Clasico „matką wszystkich meczów”. Słowo „wojna” brzmi tutaj najadekwatniej, bo starcia hiszpańskich gigantów zapadają w pamięć nie tylko przez wrażenia sportowe. Odkąd władzę w Realu wziął Jose Mourinho, murawa staje w ogniu jeszcze wyższym niż kiedyś - piłkarze nie tylko grają, ale i na siebie napadają, a Portugalczyk chętnie się przyłącza, np. wtykając palec w oko Tito Vilanovy, do niedawna asystenta Pepa Guardioli, od maja już samodzielnego trenera. Charyzmatyczny szkoleniowiec sporo ryzykuje, podnosząc napięcie, bowiem kieruje jednostkami nadzwyczajnie skłonnymi do popadania w ślepą furię - ze szczególnym uwzględnieniem Pepe (dyskwalifikowanym już za brutalność wielomeczowo) oraz Sergio Ramosa (najczęściej karany czerwonymi kartkami w całej historii klubu).

Teraz napięcie rozlewa się poza futbol. Katalończycy coraz gromadniej i hałaśliwiej domagają się oderwania od regionu, ideę niepodległości oficjalnie poparł nawet wspomniany Guardiola, prezes Sandro Rosell wyjaśniał nawet, że jej ziszczenie nie odbierze kibiców El Clasico - rzucił, iż Barcelona mogłaby pozostać w lidze hiszpańskiej wzorem AS Monaco rywalizującego w lidze francuskiej. To wszystko epizody tym bardziej znaczące, że Camp Nou to chyba główny symbol regionalnej tożsamości, to na stadionie bije puls katalońskości.

Na boisku zmieniło się ostatnio tyle, że Real wreszcie oparł się Barcelonie. Najpierw nauczył się wygrywać pojedyncze mecze, potem odebrał jej mistrzostwo kraju i pobił statystyczne rekordy wszech czasów, aż zdołał wyraźnie zdominować ją na boisku. Po serii wpadek w ligowej tabeli co prawda jej ustępuje, jednak w sierpniowym Superpucharze triumfował i to on wziął na razie jedyne trofeum. Katalończycy natomiast muszą żyć z wyrwą na środku obrony. Nie zagrają Carles Puyol i (prawdopodobnie) Gerard Pique, zastąpią ich defensywni pomocnicy. Barcelona nagminnie przesuwa ich do tyłu, co czyni ją wyjątkową w skali całej światowej czołówki - grywa tam Sergio Busquets, na stałe utkwił z tyłu Javier Mascherano, teraz przyucza się do nowej roli Alexandre Song. Piłkarz, co nie bez znaczenia, sprowadzony na Camp Nou dopiero w sierpniu...

Real też broni nieporadnie (jego pola karne staje w płomieniach zwłaszcza po rzutach wolnych i rożnych), dlatego mamy prawo spodziewać się strzeleckiej orgii. Leo Messi po spektakularnym początku sezonu trochę przycichł snajpersko, ale podarowuje kolegom zatrzęsienie asyst. Za to Cristiano Ronaldo - po obwieszczeniu urbi et orbi,  że mu smutno - znów się rozszalał. W tym tygodniu przywalił dwoma hat trickami.

Z podobnym zapałem po francuskich polach karnych buszuje Zlatan Ibrahimovic, najbardziej błyskotliwy gladiator w

PSG, które chce wskoczyć na poziom Barcy i Realu.

Jak sytuację gospodarczą odzwierciedlają kłopoty Interu i Milanu, a także odżywające separatystyczne nastroje w Katalonii, tak skutki makroekonomicznych ruchów tektonicznych widać we wschodzącej potędze ze stolicy Francji. Biznesmeni ze Wschodu coraz agresywniej podbijają futbolowy Zachód, Nasser El-Khelaifi na transfery do PSG w zaledwie rok wydał ćwierć miliarda euro, wznosi tam luksusowy pałac w szybszym tempie niż wszyscy jego poprzednicy, czyli inwestorzy w typie Romana Abramowicza (Chelsea) czy szejka Mansoura (Manchester City). Kiedy jego pytano, dlaczego postanowił ozłocić akurat Paryż - okolicę o stosunkowo wątłych piłkarskich tradycjach - wyjaśniał, że wybrał największą obok Londynu aglomerację na zachodzie Europy. Że drzemie w niej ogromny marketingowy potencjał także dlatego, iż nie została jeszcze zagospodarowana tak, jak na to zasługuje.

Dziś grają już dla niej postaci monumentalne - od Ibrahimovicia po Thiago Silvę, być może najlepszego obrońcę świata. Grają też młodzi arcyzdolni - jak Marco Verratti, rozgrywający wydobyty z drugiej ligi włoskiej, o gabarytach jeszcze skromniejszych niż wirtuozi barcelońscy, okrzyczany następcą swego rodaka Andrei Pirlo. Tam też mają wszystko, by dać oszałamiające show. W niedzielę specjalna okazja - w Marsylii zmierzą się piłkarze z dwóch największych miast Francji, w przeboju zwanym „Le Classique”.

Brzmi znajomo. I cholernie kusząco. Im trudno będzie wygrać, nam wybrać. Na wielogodzinną blogową relację zapraszam już od niedzielnego południa.

niedziela, 01 kwietnia 2012

Inter Mediolan

Skrajne emocje mediolańczyków wzbudzają i szczegóły, jak dzisiejsze zwycięstwo 5:4 nad Genoą, i ogół, czyli zapowiedź totalnej rewolucji.

- Nie ja jestem trenerem, ale widzę w tej drużynie trzech-czterech chłopaków, którzy mogliby zasilić szatnię seniorów - rzucił właściciel klubu Massimo Moratti po ubiegłotygodniowym triumfie juniorów Interu w rozgrywkach NextGen Series, czyli odpowiednika Ligi Mistrzów dla 19-latków. Odmłodzenie w jego firmie jest niezbędne, bo jej gwiazdy wydają się wypalone i sportowo gasnące. A na prawdziwą Ligę Mistrzów rzucała w tym sezonie najstarszy skład, o średniej wieku przekraczającej niekiedy 30 lat.

Nazajutrz po młodzieżowym triumfie Moratti - on bywa, delikatnie mówiąc, postrzelony, zwłaszcza tuż po porażkach z Juventusem - zwolnił trenera Claudio Ranieriego, by oddać jego posadę człowiekowi, który młodych zdolnych rozpoznaje doskonale - ich byłemu już opiekunowi Andrei Stramaccioniemu. Zasłużonemu w pracy z nastolatkami (także w Romie), lecz w prowadzeniu seniorów absolutnego debiutantowi. Nie tylko Włosi zbaranieli.

Nominacja dla tego 36-letniego prawnika z wykształcenia, który przez kontuzję nie ma za sobą nawet porządnej kariery zawodniczej, była jednak przede wszystkim decyzją, że w Interze nastał czas następnej generacji. Komentatorzy sugerowali, iż Moratti pogodził się z sezonem bez Ligi Mistrzów, na awansie do Ligi Europejskiej mu nie zależy, pozwoli Stramaccioniemu eksperymentować do woli. Czystki uznano za niezbędne dla przyszłości klubu, atmosfera zrobiła się ostatnio tak podła, że nawet żywy pomnik 39-letni kapitan Javier Zanetti oświadczył, że „jeśli to on stanowi problem, to jest gotowy odejść”.

Nowy trener już na pierwszy trening z dorosłymi zaprosił trzech młodzieńców z drużyny zwanej w Italii „primaverą” (czyli „wiosną”). Defensywnego pomocnika z Ghany Josepha Alfreda Duncana, łączącego umiejętności obronne z ofensywnymi Andreę Romano oraz rozgrywającego Lorenzo Crisetiga (w juniorskim finale strzelił Ajaksowi Amsterdam decydującego karnego), który ma prędko wskoczyć do podstawowego składu, jeśli do wykupienia go nie przekona wypożyczony z FC Porto Kolumbijczyk Freddy Guarin. A wczoraj do rezerwy na mecz z Genoą wziął napastnika Marko Livaję, który w Serie A debiutował już jako gracz odesłany tymczasowo do Ceseny.

Trzej z nich są Włochami, co również ma znaczenie, bo Moratti deklarował także chęć odejścia do polityki personalnej, która sprawiła, że jego klub jako pierwszy w historii posłał na finał Ligi Mistrzów jedenastkę złożoną wyłącznie z cudzoziemców.

Dyskusja o planowanych porządkach w szatni rozpala całą futbolową Italię. Klub mają po sezonie opuścić największe sławy, nawet uchodzący jeszcze niedawno za czołowych w świecie na swoich pozycjach prawy obrońca Maicon, rozgrywający Wesley Sneijder, napastnik Diego Forlan (4,5 mln pensji i chroniczna nieprzydatność).

Dziś zagrał tylko ten ostatni (pozostali się leczą), ale w drużynie zmieścili się zaledwie dwaj młodzi ludzie - Andrea Poli (pomocnik, rocznik 1989) oraz Mauro Zarate (napastnik, 1987), któremu już dawno prorokowano, że długo w Interze nie zabawi. Bohaterem został jednak 33-letni Diego Milito. Ustrzelił hat tricka w dreszczowcu pełnym dramatycznych zwrotów i podrywających fanów z siedzeń epizodów. Od dziewięciu goli, przez cztery rzuty karne, po dwie czerwone kartki.

Ponieważ usunięty z boiska Julio Cesar zostanie zdyskwalifikowany, Stramaccioni prędko będzie musiał zademonstrować, jak śmiało będzie odmładzał. Może postawić między słupkami doświadczonego, blisko 37-letniego Lucę Castellazziego, a może nastoletniego Raffaele Di Gennaro, jednego z bohaterów finału NextGen Series, którego powołał do szerokiej kadry na spotkanie z Genoą.

Znaleźć równowagę pomiędzy budowaniem przyszłości a dbałością o teraźniejszość będzie tym trudniej, że rywale dziś poprzegrywali i od miejsca na podium, dającego występ w eliminacjach Ligi Mistrzów, dzieli mediolańczyków siedem punktów. To strata do odrobienia, choć Moratti o trzecim miejscu mówi: „Mam nadzieję, ale nie wierzę”.

Stramaccioni mówi na razie głównie o emocjach. Deklaruje, że spełnił marzenia, zachwyca się, że „starszy od niego Zanetti ćwiczy z entuzjazmem chłopca”. I choć pochodzi z Rzymu, przysięga, iż jego DNA stopniowo zmienia kolor na czarno-niebieski. - Mecz z Marsylią [wyeliminowała Inter z LM] oglądałem z trybuny za bramką, pasja kibiców zrobiła na mnie ogromne wrażenie. A ich płacz głęboko mnie dotknął. Ten klub nie zasługuje na taki los - opowiada.

Jego los też pozostanie jednak mocno niepewny. Już teraz codziennie czyta w gazetach, kto zastąpi go po sezonie. Giełda obejmuje kilka nazwisk, ale faworytem ma być wywołujący sensację w Athleticu Bilbao Marcelo Bielsa. Z Ligi Europejskiej wyeliminował już Manchester United, a jego czwartkowy triumf nad Schalke (4:2) z bliska oglądali wysłannicy Morattiego. Według prasy już umówionego z argentyńskim trenerem na wzięcie nowej posady.

Spontaniczny, chaotyczny w decyzjach właściciel Interu po ucieczce do Madrytu José Mourinho (lato 2010) zatrudniał Beniteza, Leonardo, Gasperiniego oraz Stramaccioniego. Każdy pochodzi z innej bajki. Bielsa oryginalnością wizji bije wszystkich na głowę. I preferuje styl gry wywołujący dreszcze.

poniedziałek, 26 marca 2012

Inter Mediolan

Nie, to nie jest nazwa gatunku włoskiego sera albo fikuśnego deseru, to nazwisko nowego trenera Interu Mediolan. Na imię mu Andrea, ma 36 lat, z wykształcenia jest prawnikiem, nigdy nie grał zawodowo, jeszcze przed chwilą uczył juniorów, wczoraj wygrał z nimi NextGen Series, czyli młodzieżową Ligę Mistrzów. Zastąpi Claudio Ranieriego, z którym seniorzy zsunęli na ósme miejsce w lidze (a gdyby nie karne punkty dla Atalanty, leżeliby na dziewiątym).

Można oczywiście pomyśleć, że właściciel mediolańskiego klubu, gorący wielbiciel Josepa Guardioli, podjął strategiczną decyzję, by rozpocząć długą, raczej nie usłaną różami budowę całkiem nowej drużyny. Jej odmłodzenie ze względów biologicznych jest niezbędne.

Podejrzewam jednak, że Massimo Moratti - lubiący reagować jak łatwo ulegający emocjom narwaniec - zdecydował raczej pod wpływem chwili, zauroczony sukcesikiem swoich dzieciaków. Poleciał za nimi do Londynu na finał z Ajaksem, zachwycał się, że połowę drużyny stanowią Włosi, przeżył emocje dogrywki i rzutów karnych. Italia w ogóle powariowała - sam wielki Arrigo Sacchi tuż przed meczem radził Stramaccioniemu, jak pobić amsterdamczyków, a dyrektor generalny mediolańskiego klubu obwieścił „Istnieje szkoła Barcelony, istnieje szkoła Ajaksu, a teraz istnieje także szkoła Interu”.

A dziś nauczyciel maluchów objął władzę nad weteranami wielu kampanii, tworzącymi najstarszą drużynę w wielkim futbolu. „Szalony Inter” - powinniście pamiętać, do czego piję - naprawdę powrócił.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Inter Mediolan, Massimo Moratti

Był sobie bardzo bogaty właściciel klubu, który inwestował w klub furę pieniędzy, bo bardzo klub kochał. Nie wiadomo tylko, dlaczego pozwalał, by jego klub był traktowany jak królik doświadczalny. I to królik doświadczalny poddawany eksperymentom ze szczególnym okrucieństwem. Felieton z dzisiejszej „Gazety” o Interze Mediolan znajdziecie tutaj.

niedziela, 15 stycznia 2012

San Siro, AC Milan - Inter, derby della madonnina

O derbach Mediolanu piszę od wczorajszego wieczoru. Te dziesiątki tysięcy znaków znajdziecie tutaj, ale musiałem przenieść się do nowej notki, bo blox się zbuntował, uznał, że napisałem za dużo, nie chciał przyjąć kolejnych fraz. Poprzednia część opowieści jest tutaj.

22.04. Milan wciąż obsesyjnie rozgląda się za graczami ofensywnymi, choć wszyscy widzą, że potrzebuje przede wszystkim bocznych obrońców. Właśnie kardynalnie pomylił się Abate, okazję wykorzystał Diego „Książę” Milito i zrobiło się 0:1. Czyżby dzisiaj nie wygrała żadna z trzech najwyżej położonych w tabeli drużyn ligi włoskiej?

22.16. Ależ ofensywny ruch Allegriego! Napastnik Robinho zmienia lewego obrońcę Zambrottę, na którego pozycję cofa się Emmanuelson, dotąd „trequartista” (ofensywny pomocnik, biegający za plecami napastników).

Ranieri odpowiada ruchem dokładnie odwrotnym, defensywnym. Lewoskrzydłowego Alvareza zastąpił lewy obrońca Chivu.

22.35. Ten wieczór utwierdził mnie w podejrzeniu, że to ostatni sezon Pato w Serie A. Niebywałe, że trzeba było niespełna 36-letniego Seedorfa, by Milan zaczął poruszać się nieleniwie...

Jak wybrzmi ostatni gwizdek, to proszę o chwilę cierpliwości. Zmienię adres i będę kontynuował blogowanie. Do głębokiej nocy. Na razie rządzi Ranieri. Na szóste zwycięstwo z rzędu się zanosi! Liga włoska będzie tej wiosny pasjonująca.

22.55. Najpierw wnioski najprostsze. Juventus - regularny, harujący, wygłodzony - staje się faworytem ligi. Milan niech się boi Arsenalu, bo w tym tempie skończy marniej niż poprzednio - odpadnie z Ligi Mistrzów jeszcze przed dogrywką. Inter o scudetto nie powalczy, ale podium przestaje być fatamorganą - widać jego wyraźne kontury, zwłaszcza jak znów rozkopie się Sneijder.

23.11. To był wieczór środkowych obrońców - po obu stronach - ale o wyniku przesądziło to, że tradycyjni bohaterowie gospodarzy (Ibrahimovic, Pato) zawiedli, a tradycyjni bohaterowie gości swoją robotę wykonali (gol odrodzonego Milito, asysta Zanettiego, czyli zjawisko widziane raz do roku).

23.26. Powtórzę - nie sądzę, żeby Inter odzyskał w tym sezonie tytuł. Gdyby jednak odzyskał, przeżylibyśmy niesamowitą historię. Pisałem już wielokrotnie o powszechnie znanych losach trenera Ranieriego, który wicemistrzostwa kolekcjonuje namiętnie, lecz nigdzie - próbował w kilku krajach - nie wzleciał na szczyt. Z mediolańczykami startował z tak niskiego pułapu, że ewentualne scudetto byłoby wyczynem nieprawdopodobnym, które stałoby się legendą. Największy paradoks? Inter został skutecznie reanimowany dopiero przez fachowca najbardziej pogardzanego przez Jose Mourinho, szefa też już dla nerazzurich mitycznego...

23.48. Narastają wątpliwości co do Alexandre Pato, który miał być perłą w koronie Milanu.

Po pierwsze, Brazylijczyk - napastnik bezapelacyjnie świetny - wydaje się coraz bardziej niekompatybilny z potrzebą trenera Allegriego, by piłkarze na boisku myśleli i stanowili jeden wielonogi organizm.

Po drugie, notorycznie łapie się za mięśnie i rejteruje zbolały z boiska. Został nawet wysłany do lekarzy w USA, by zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nie stanął do dziś. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go już 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - chce tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu. Jednak go wyeksportują?

23.54. Milan wykonał dziś 556 podań. Inter - 267.

00.03. To, że przegrywa drużyna, która przeważa - wyraźnie - we wszelkich pomniejszych statystykach, nie jest niczym niezwykłym. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza Włosi zdają sobie sprawę, że panowanie nad przestrzenią nie jest mniej ważne niż panowanie nad piłką. Zaskakuje co innego - dziś drużyna przeważająca we wspomnianych statystykach wyglądała na kompletnie wyzutą z idei i niewiele brakowało, by poległa boleśniej. Czy to czasem nie był najsłabszy ważny mecz Milanu pod Allegrim?

00.34. Inter się tak zestarzał, że musi w pewnym momencie wpaść w tarapaty. Ale pamiętajmy, że Milan - to urok calcio - przed upadkiem weteranami powygrywał naprawdę sporo. Jego sąsiadów też stać na wzloty podniebne. Dzisiaj grali: Julio Cesar (33) - Maicon (31), Lucio (34), Samuel (34), Nagatomo (26) - Zanetti (39), Motta (30), Cambiasso (32), Alvarez (24) - Pazzini (28), Milito (33) – (to wpuszczeni rezerwowi) Chivu (32), Sneijder (28), Forlan (33). Średnia wieku: 31,4.

A w ogóle to dajcie znać, jeśli ktoś jeszcze żyje o tej porze, bo się zastanawiam, czy nie zanurkować w Kunderę (mam ochotę na powtórkę;-)).

01.04. A największy jest Javier Zanetti. Dla stałych czytelników „A jednak się kręci” to pewnie oczywiste, że jest moim ulubionym aktywnym piłkarzem mediolańskim. 10 sierpnia skończy 39 lat, czyli możemy już przypuszczać, że pobije wszystkie możliwe rekordy - nawet te należące do chorobliwie długowiecznego Stanleya Matthewsa. Zdajecie sobie sprawę, że ten Robocop właściwie nie odpoczywa? Wskażecie mi gracza w całej historii futbolu, który w tym wieku grał tak często, na tym poziomie, w takim wielkim klubie, na tym poziomie? (Poproszę o dowody w postaci statystyk).

01.35. Szarpanina o Teveza zaczyna mi się zdawać coraz istotniejsza. Gdyby wyrwał go Inter, jeszcze przybyłoby mu paliwa. To byłby podwójny derbowy triumf - boiskowy i transferowy. Pomyślcie, ile tam rezerw - Sneijder, Forlan, Maicon też mógłby urosnąć do rozmiarów dawnego Maicona... I jeszcze Tevez?! A w ogóle to zainspirujcie mnie na forum - może pytaniami? - bo po przeszło 30 godzinach blogowania zaczynam się czuć wysuszony z pomysłów, jak Milan w derbach;-)

01.50. Znów się powtórzę - wyraźnym faworytem stają się liderzy z Turynu. Idealnie wycelowali z transferem niechcianego w Milanie Andrei Pirlo, a drużynę oparli na całym bloku podstawowych reprezentantów Włoch - prócz wspomnianego rozgrywającego wystawiają rewelacyjnego pomocnika Marchisio, defensorów Barzaglego, Bonucciego i Chielliniego, bramkarza Buffona. Więcej rodzimych graczy zatrudniają tylko Siena i Atalanta, a Juve chętnie obstawia ich obcokrajowcami świetnie obeznanymi z Serie A - jak błyskotliwy napastnik Vucinić (wyjęty z Romy) czy zabójczo niebezpieczny w ofensywnych wypadach prawy obrońca Lichtsteiner (Lazio).

Rządzi nimi Antonio Conte, też swój chłop. Zanim został trenerem, był kapitanem turyńczyków - oddał opaskę będącemu dziś u schyłku kariery Alessandrowi Del Piero. Zdaje sobie sprawę, że nie dowodzi wirtuozami, więc zmusza ich do ciężkiej pracy - zagonił piłkarzy do siłowni (ćwiczenia ordynuje Hiszpan Julio Tous, który współpracował z Barceloną i tenisistą Rafaelem Nadalem), wytrzymałość nadaje im Paolo Bertelli (wybierany na najlepszego specjalistę od motoryki w Serie A), zdrowie monitoruje i redukuje ryzyko kontuzji prof. Roberto Sassi (doświadczenia zbierał od Valencii, przez Chelsea, po Dynamo Moskwa). Lato było mordercze, zawodnicy opowiadali, że biegają jak szaleni, ale teraz nie żałują. Im dłużej trwa mecz, tym wyraźniejszą przewagę atletyczną zyskują. Conte czuwa, by nikt się nie ociągał - ani na treningu, ani w trakcie gry. O swoim prawoskrzydłowym potrafi powiedzieć: „Jeśli Pepe spada intensywność, wyciągam kij z nabitymi na niego gwoździami. To mój sekret”. Sam też angażuje się totalnie, po meczach traci głos, raz nawet usłyszał od arbitra, że jak się nie uspokoi, nie dociągnie do sześćdziesiątki.

Trener Conte żąda, by jego ludzie bez wytchnienia biegali, wykorzystywali do gry całe boisko, poświęcali się dla siebie nawzajem, wywierali na przeciwników ciągłą presję. - Kiedy przyszedłem do klubu, wszyscy byli dla wszystkich bardzo mili. Ja chciałem, byśmy stali się nieprzyjemni tak szybko, jak to możliwe. Zwycięzcy są zawsze nieprzyjemni - mówi. Ma taki autorytet i posłuch, że teraz musi uczyć piłkarzy odpoczywać. - Trzeba czasem pobawić się piłką, nie da się grać na sto procent przez godzinę bez przerwy - mówi.

01.57. Uzupełniając wcześniejsze dane - z 13 derbowych meczów we Włoszech trener Claudio Ranieri wygrał 9, a zremisował 4. Nie przegrał żadnego. A jednak wciąż jest tylko rutynowym wicemistrzem...

02.22. Claudio Ranieri: „Robimy kroki giganta. Słowa „mistrzostwo” nie wypowiem przez skromność. I dlatego, że jestem przesądny”. Imponująca dyspozycja fizyczna? „Starych metod przygotowań już nie ma. Trzeba utrzymywać piłkarzy żywych i zdolnych odpowiadać na wyzwania. (...) A mamy jeszcze dwóch wielkich mistrzów. Niech tylko Wes i Diego będą cierpliwi, a potem zaprezentują całą swoją klasę”.

03.11. Przed chwilą Inter przegrywał (ledwie dysząc) ze wszystkimi w Serie A i rzęził w Lidze Mistrzów, a Milan wygrywał ze wszystkimi (no, prawie ze wszystkimi) w Serie A i przespacerował się przez fazę grupową Ligi Mistrzów.

Teraz Inter rozwala wszystkich w Serie A i ma stosunkowo słabego przeciwnika w Lidze Mistrzów. A Milan ma tam rywala mocnego. Tam naprawdę wszystko może jeszcze stanąć na głowie.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi