Wpisy z tagiem: Manchester United

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Paul Pogba, Manchester United

Po kolejnym rekordzie transferowym jak zwykle słychać oburzonych. Że wydane pieniądze są „absurdalne”. Że piłkarz „nie powinien tyle kosztować”.

Nie padają natomiast propozycje, jak ustalać cenę piłkarza, by była „rozsądna”. Sumę 110 mln euro, którą Manchester United zapłaci Juventusowi za Paula Pogbę, dyskwalifikuje po prostu to, że przebije wszystkie dotychczasowe, jest nowa, jeszcze się z nią nie oswoiliśmy. Choć na rynku dóbr luksusowych – lub z natury mających wartość niemierzalną twardą walutą – nie wydaje się szczególną ekstrawagancją. Skoro wysadzany klejnotami zegarek Choparda kosztuje 25 mln dolarów, Jeff Koons sprzedaje rzeźby za ponad 50 mln dol., a za dzieła artystów nieżyjących kolekcjonerzy płacą więcej niż za Pogbę... Ba, najdroższy w historii jacht – zbudowany m.in. ze złota, platyny, kości dinozaura i kawałków meteorytu – jest wart 4,5 miliarda dolarów. Zdrowego rozsądku tu nie odnajdziesz, za horrendalne kwoty zamożni ludzie kupują sobie prestiż lub realizują niezrozumiałe dla innych pasje.

Oczywiście, można – może wręcz wypada? – poczuć naturalną niechęć do tych zbytków zwłaszcza dzisiaj, w czasach bezprecedensowego rozziewu między majątkiem najbogatszych a nędzą najbiedniejszych. Sam bywam zdegustowany zarobkami piłkarzy (choć mój niesmak nie wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu płac, ponieważ mam zbyt ubogą wyobraźnię, by objąć nią różnicę między 250 a 300 tys. tygodniówki). Tyle że gwiazdorzy boiska napędzają gigantyczny, dynamicznie rozwijający się przemysł rozrywkowy. I jeśli Pogba staje się częścią przedsiębiorstwa Manchester United, to punkt odniesienia stanowi dla niego raczej, powiedzmy, Matt Damon, który za tytułową rolę w filmie o Jasonie Bournie otrzymuje 20 mln dol. A przecież on na planie zdjęciowym spędza kilka tygodni, jego kompetencji nie pozyskuje się na kilka sezonów.

Wbrew nieśmiertelnym miejskim legendom kluby nie odzyskują kwot zainwestowanych w transfery poprzez sprzedaż koszulek – na nich zarabia się drobne, więcej wyciągają tu producenci sprzętu sportowego. Manchester United bardziej liczy na profity z 80 proc. praw do wizerunku Pogby oraz komercyjne kontrakty, których wysokość zależy od marketingowej potęgi całej drużyny wynikającej z popularności graczy o sławie francuskiego rozgrywającego. Kontrakty takie jak 10-letnia umowa z Adidasem, który co roku przelewa klubowi 75 mln funtów. Nie ma łatwego sposobu, żeby porachować, ile MU zarobi na nowym gwiazdorze, nie ustalimy też co do funta, ile wyciśnie ze sławy Zlatana Ibrahimovicia. Oni współdziałają i na murawie, i poza nią. Szefowie Adidasa są zachwyceni wielotygodniowymi medialnymi serialami transferowymi, a w 23-letnim Pogbie widzą idola młodych (od feerii fryzur po fetowanie goli dyskotekowymi pląsami tańca Dab), pozwalającego uwodzić nowe pokolenia klientów.

Można nawet zapomnieć na chwilę o liczbach bezwzględnych i ogłosić, że Francuz będzie najdroższy jedynie pozornie. Przecież kosztuje tylko 25 proc. więcej niż 29-letni Gonzalo Higuain, który z kolei kosztuje – on, król strzelców ligi włoskiej o skuteczności niespotykanej od dekad! – niespełna trzy razy więcej niż niesprawdzony jeszcze na wysokim poziomie Arkadiusz Milik. Nikt tu nie przepłaca, po prostu po rynku krąży więcej pieniędzy spływających m.in. z niebotycznych zysków ze sprzedaży praw do transmitowania meczów w telewizji. Pieniędzy rozdysponowywanych wręcz „rozsądniej” niż przed dekadę lub dwiema.

Kiedy w 1999 r. Inter Mediolan ustanawiał rekord transferowy, płacąc 49 mln euro za Christiana Vieriego, wydawał prawie 100 proc. swych rocznych przychodów. Kiedy w 2001 r. Real Madryt rzucał 75 mln na Zinedine’a Zidane’a, wydawał 55 proc. przychodów. Kiedy w 2009 r. ten sam klub wycenił Cristiano Ronaldo na 94 mln, wydawał już tylko 23 proc. przychodów. A dzisiaj Manchester United wyda na Pogbę skromne 21 proc. rocznych przychodów. Owszem, jest drogi. Ale nie aż tak drogi.

Chcecie, żeby piłkarze potanieli? Istnieje tylko jeden sposób. Ludzie muszą przestać się futbolem interesować. Wtedy ceny praw telewizyjnych spadną, a głaszczący własną próżność inwestorzy poszukają poklasku gdzie indziej.

wtorek, 01 marca 2016

Wassily Kandinsky,

Louis van Gaal właśnie znów awansował na geniusza. Oczywiście przez przypadek.

Roli przypadku w piłce nożnej, jak wiadomo, przecenić się nie da, przypadek rozstrzyga o wynikach najdonioślejszych meczów. Ale ja jeszcze bardziej lubię obserwować, jak przypadek sprawia, że media – znaczy my, dziennikarze – to samo zaczynamy nazywać zupełnie inaczej.

Manchester United od wielu tygodni był tragikomedią o drużynie, w której kontuzje ścinają piłkarzy stadami, a holenderskiego trenera, o ile nie ogłaszano go współwinnym zarazy, oskarżano o lekkomyślność na rynku transferowym, która pozbawiło drużynę alternatywnych opcji w ataku. Aż znienacka objawił się niejaki Marcus Rashford, 18-letni smarkacz z zerowym doświadczeniem w dorosłym futbolu. Strzelił dwa gole Midtjylland w Lidze Europejskiej, dołożył dwa kolejne (plus asystę) w meczu z Arsenalem i oto komentatorzy zreflektowali się, że dzieje się historia, oto Louis van Gaal, nie od wczoraj znany jako zapamiętały promotor młodzieży, inicjuje spektakularną wymianę pokoleń, buduje świetlaną przyszłość Manchesteru i w ogóle dokonuje czynów wielkich. Rozbłysnęła nawet konkretna, imponująca liczba. Odkąd mianowicie Holender wylądował na Old Trafford, pozwolił zadebiutować już 14 klubowym wychowankom. Wyczyn unikalny w skali ligi angielskiej, a może całej szeroko pojętej europejskiej czołówki (naturalnie w omawianym okresie).

Unikalny i świadczący o odwadze, nawet brawurze, na pewno wyjątkowej intuicji van Gaala.

A przecież aż sześciu z 14 wychowanków zadebiutowało między 13 a 28 lutego. W szczycie kadrowych problemów MU, gdy w każdym momencie leczyło się kilkunastu piłkarzy.

W hicie z Arsenalem nie mogło wystąpić 13 ludzi, w tym obaj potencjalni środkowi napastnicy – Anthony Martial i Wayne Rooney – oraz wysyłany niekiedy na środek ataku Marouane Fellaini, „dorosłych” graczy nie wystarczyło nawet na pełną jedenastkę, a w rezerwie usiadły wyłącznie dzieciaki, wyjąwszy bramkarza Sergio Romero. Przynajmniej jednego żółtodzioba trener MUSIAŁ zatem wystawić. I MUSIAŁ sięgnąć po kolejnego żółtodzioba, jeśli chciał kogokolwiek z boiska zdjąć. A kiedy na ostatnie sekundy gry wpuszczał Jamesa Weira, nie tyle dawał mu szansę, ile zwyczajnie wytracał czas – gospodarze prowadzili wówczas 3:2.

Kilka dni wcześniej było identycznie, a nawet bardziej. Bardziej, ponieważ na rozgrzewce przed europejskim rewanżem z Midtjylland urazu doznał niespodziewanie Martial. I znów – trener MUSIAŁ wygonić na murawę Rashforda, jedynego napastnika pośród rezerwowych. A angielscy reporterzy nie sławili wówczas niczyjej odwagi, lecz rozpaczali, że epidemia nie odpuszcza. I zbaranieli, gdy młokos się rozstrzelał.

Żeby była jasność: nie zamierzam kwestionować wizerunku wychowawcy van Gaala, zresztą jego dorobek z poprzednich klubów wspaniale broni się sam (o czym tutaj opowiada Michał Szadkowski). Holenderski trener też nie dopisuje do swoich decyzji sensów, które nie istnieją, lecz przyznaje, że poddaje się okolicznościom. Ale składane mu właśnie hołdy doskonale jednak pokazują, jak potrzeba uproszczeń i ciekawych historii fałszuje rzeczywistość.

Właśnie powstaje – i niewykluczone, że przetrwa – mit o van Gaalu tworzącym przyszłość Manchesteru United, choć ostatnich ruchów kadrowych nie wykonywał on z własnej woli, a wcześniej lansował chłopców ze średnią skutecznością (Saidy Janko, Reece James czy Tom Thorpe zostali już sprzedani), Anglicy brutalnie obśmiewali nawet żałosny stan klubowej akademii. Powiodło się jedynie Cameronowi Borthwickowi-Jacksonowi oraz Jesse Lingardowi, tyle że ten ostatni z młodością już się zdecydowanie rozstał – w tym roku skończy 24 lata, przed debiutem na Old Trafford przez kilka sezonów ćwiczył się w graniu z dorosłymi na wypożyczeniach w Brighton&Hove Albion, Birmingham i Leicester.

Ale, jako się rzekło, wszystkie detale przepadną zapewne w mrokach zapomnienia. Przetrwa legenda. Louis van Gaal przybył, odkrył, wylansował.

wtorek, 08 grudnia 2015

Piłkarze United wypadają z Ligi Mistrzów. Po dzisiejszej porażce 2:3 w Wolfsburgu, który awansował do 1/8 finału po raz pierwszy w historii.

I właściwie nie wiadomo, czy wolno jeszcze obwoływać ten wynik sensacją, skoro najbogatsza na świecie liga angielska uparcie trzyma się paradoksalnego trendu – im więcej miliardów wyciąga za prawa telewizyjne, tym marniej wygląda w europejskich rozgrywkach. Sensacją było bardziej to, że mecz United wreszcie oglądało się doskonale, momentami był wręcz porywający.

Bo obecnego Manchesteru kibice, którzy mieli przywilej podziwiać go w erze Alexa Fergusona, nie wyśniliby w najbardziej upiornych koszmarach. Nie dlatego, że piłkarze nie wygramolili się z fazy grupowej LM – to zdarzało się także za kadencji klubowego trenera wszech czasów, ostatnio jesienią 2011 roku. Nie dlatego, że dali się przeskoczyć przeciętniakom z PSV Eindhoven – w tamtym feralnym sezonie nie wygrali żadnego z czterech meczów z Benficą Lizbona i Basel. Nie dlatego wreszcie, że partaczą w lidze angielskiej – tracą ledwie trzy punkty do sensacyjnego lidera z Leicester. Piłkarze MU przede wszystkim torturowali widza stylem gry.

Zwłaszcza widzów przyzwyczajonego do dopingowania rozsadzanych energią ludzi Fergusona. Dla trenera Louisa van Gaala świętym Graalem jest utrzymywanie się przy piłce, tyle że od tygodni, może już miesięcy nie służy to właściwie niczemu. Przynajmniej w ataku. Jego podwładni podają w prawo albo w lewo, czasem zagrają do tyłu, ociągają się natomiast z kopaniem do przodu. Tych, którzy przed laty stękali, że tiki-taka nudzi ich swoją jednostajnością, powinno na widok tej drużyny mdlić. Tamta Barcelona ozdabiała mecze kanonadą goli, a Manchester nawet u siebie strzela od święta. Z ostatnich sześciu meczów na Old Trafford aż cztery zremisował 0:0 – w tym przedłużony o dogrywkę z drugoligowym Middlesborough. W Lidze Mistrzów trzyma piłkę najdłużej po Barcelonie i Bayernie, ale w rankingu oddanych strzałów zajmował przed ostatnią kolejką fazy grupowej 19. miejsce. A mniej bramek uzbierały do wczoraj jedynie Malmö, CSKA, Astana, Dinamo, Maccabi i Lyon.

Obecny Manchester to przypadek w szeroko pojętej europejskiej czołówce unikalny. W lidze angielskiej wydusza z siebie średnio 1,5 gola na mecz i uprawia futbol nie tyle nużący, ile zamulający. Otwarcie wspominali o tym nawet gracze Wolfsburga, Andre Schürrle rzucił, że rywale usiłują grę „wyciszać”. Dlatego dzisiejszy mecz przebiegał niezwykle – oglądaliśmy Manchester z turbodoładowaniem, które goście zawdzięczali nade wszystko inteligentnemu rozegraniu Juana Maty. Ale nawet to im nie wystarczyło, choć tym razem kibice wreszcie widzieli przynajmniej tyle, że ich piłkarzy od strzelenia kilku goli dzieliły drobiazgi.

Dramat Manchesteru uzmysławia, jakie szkody może w futbolu spowodować utrata jednej wielkiej osobowości. Nawet jeśli dysponujesz budżetem niemal bez dna i w rok nakupujesz piłkarzy za 335 mln euro. Wynajęcie rekomendowanego przez Fergusona trenera Davida Moyesa zakończyło się klapą totalną, wezwanie utytułowanego wyczynowca van Gaala (pomimo sułtańskich wydatków narzeka na brak kreatywnych skrzydłowych) dało po 18 miesiącach zawstydzający popis w Europie. A miarą degrengolady są doniesienia „Timesa”, jakoby w klubie nikt nie czynił z porażki w LM tragedii. Bo sukces w lidze angielskiej cenią tam wyżej, jej przewagę gazeta opisuje nawet dokładnymi proporcjami – 80 do 20 proc.

A przecież karą jest zesłanie do Ligi Europejskiej. Jeszcze przed kilkoma laty były obrońca z Old Trafford Patrice Evra mówił, że udział w niej jest „poniżej godności Manchesteru United”.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Po trzech miesiącach przerwy – usprawiedliwonej zwolnieniem lekarskim – do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” i Sport.pl Ekstra wraca rubryka „A jednak się kręci”. Przynajmniej na chwilę. W wydaniu niepapierowym znajdziecie ją tutaj.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Zanim właściciele Liverpoolu, sensacyjnego lidera ligi angielskiej, zatrudnili Brendana Rodgersa, przestudiowali dostarczone przez trenera 180 stron z opisem jego metod i wizją rozwoju klubu. Zanim właściciel Chelsea, aktualnego wicelidera, ponownie najął José Mourinho, ten zapoznał go ze swoją strategią poprzez prezentację w Power Poincie.

David Moyes, wylany właśnie trener Manchesteru United, nie przedstawił niczego. Nie przeszedł nawet zwykłej rozmowy kwalifikacyjnej. Ba, o posadę nawet sam się nie ubiegał, nie wykazał inicjatywy. Po prostu został znienacka wezwany – był w domu handlowym, na zakupach z żoną – do domu Alexa Fergusona, a tam usłyszał, że jest Wybrańcem.

W tym, wybaczcie korporacyjny wulgaryzm, procesie rekrutacji nie obowiązywały żadne reguły. Ani mniej, ani bardziej sensowne. Żadne. Ferguson zadziałał tak, jak mu podpowiadał instynkt. Wybrał, brutalnie mówiąc, kumpla. Trenera, którego uważał za stworzonego na swoje podobieństwo.

Znów przypomnieliśmy sobie, że Ferguson zawsze koloryzował, gdy wmawiał światu, że nikt nie jest większy niż klub. On sam był większy. Zwłaszcza wtedy, gdy „zwierzchnicy” pozwolili mu – na co naturalnie zasłużył – wskazać następcę. Ale i szefowie Manchesteru United koloryzowali, gdy ogłaszali, że wręczają Moyesowi sześcioletni kontrakt. Dziś wiemy, że się zabezpieczyli – skoro wypłacają mu tylko odprawę równą pensji za następne 12 miesięcy, to w istocie podpisali umowę ledwie dwuletnią. Oto jedyny rozsądny ruch w całej tej wariackiej opowieści. Choć wielka firma zaakceptowała kandydata z niewielkim cv, to przynajmniej nie zniewoliła się cyrografem, którego nie podarowuje się nawet trenerom największym. Przecież potrzebowała specjalisty, którego drużyna ma łatwość regularnego wygrywania (takie realia Old Trafford), a przyjmowała specjalistę, którego drużynę zawsze było trudno pokonać (bezcenne w realiach Evertonu).

Przepraszam, jeszcze jeden ruch zdaje się rozsądny. Dzisiejszy, finałowy. Moyesa mogło chronić już tylko absolutyzowanie tezy, jakoby trenerzy generalnie, jedynie dlatego, że uprawiają niewdzięczny ponoć zawód, zawsze zasługiwali, by „dać im czas”. Najbardziej twardogłowych fanów MU, którzy recytowali mi w minionych miesiącach to zaklęcie, pytałem: „Gdzie jest granica, poza którą legendarne dawanie czasu przestanie być racją stanu? Spadek do niższej połówki tabeli? Dyndanie nad strefą spadkową? Degradacja?” Moyes ani nie wygrywał, ani nie ujawnił kierunku, w którym zmierza, ani w ogóle nie dał najdrobniejszego powodu, by powierzać mu dalsze zarządzanie jednym z największych futbolowych imperiów i 200-milionowym budżetem transferowym (pomyślcie, ile będą żądać sprzedający!). A przede wszystkim Moyes nie wpływał na otoczenie. Nie inspirował piłkarzy, nie rozumieli go kibice i media. To przywara kardynalna – kompetencje czysto merytoryczne, jak przygotowanie taktyczne, tracą znaczenie, jeśli nie podeprzesz ich zdolnościami komunikacyjnymi i autorytetem przywódcy. Niekoniecznie przywódcy zniewalająco charyzmatycznego, wystarczy, bo go słuchano i poważano.

Z trenera MU ludzie głównie stroili sobie już żarty. Być może ostateczną klęskę poniósł w niedzielę, na „swoim” stadionie – nie dlatego, że Everton wygrał, ale dlatego, że, jak czytałem w prasowych relacjach naocznych świadków, trybuny po wykrzyczeniu nazwiska Moyesa zanosiły się śmiechem. Niżej upaść trenerowi trudno. Może zwyciężać taki, którego nienawidzą, którego się boją, którego stylem gry gardzą – ale taki, który stał się pośmiewiskiem?

Wyobraziłem sobie, że Moyes utrzymuje posadę, w drugim sezonie znów przegrywa na potęgę, kompletnie nie radzi sobie w trzecim, aż wreszcie wszystko zaczyna się kręcić, w czwartym MU wraca do Ligi Mistrzów, w piątym odzyskuje panowanie w kraju, potem jest już pięknie. Czy taki przebieg wydarzeń oznaczałby, że ci, którzy go nie zwolnili, postąpili słusznie? Ile sezonów warto poświęcić, by udowodnić, że to nie Ferguson był genialny, lecz genialna jest święta zasada, że trenera nie dotykamy niezależnie od wszystkiego? Czy klubowi o pozycji Manchesteru Utd nie wypada raczej wyznaczyć sobie pewnego minimum przyzwoitości? Działać tak, by nawet w sezonach kryzysowych zachowywać godność?

Ferguson zawsze popełniał sporo błędów lub „błędów” kadrowych – brał gwiazdy, które u niego gasły, brał piłkarzy przeciętnych lub takich, którzy w każdym innym miejscu wyglądaliby przeciętnie. Ale potem sam je tuszował, bo umiał z szerokiej kadry wycisnąć maksimum, umiał porwać ludzi, a ci wznosili się wysoko ponad swoje możliwości. Dopiero David Moyes był pomyłką nie do zatuszowania. Na niego Ferguson wpływać już nie mógł.

Dlatego teraz pierwszy traci stanowisko, a drugi traci władzę. Nie będzie następnego dzwonka telefonu, po którym kogoś przygniecie sensacyjna wieść, że przyjdzie mu pełnić honory trenera Manchesteru United. Następny szef szatni na Old Trafford stanowiska nie odziedziczy, lecz zostanie zwyczajnie zatrudniony.

czwartek, 20 marca 2014

Jeśli ta legenda kiedyś powstanie – legenda o powrocie między żywych Manchesteru United według Davida Moyesa – może rozpoczynać się od tamtej podwójnej parady Davida De Gei, jeszcze sprzed przerwy. Gdyby nie jego fenomenalny refleks, Grecy by wyrównali. A czy mistrzów Anglii – ludzi po ostrych przejściach, zasuwających już prawdopodobnie na oparach psychicznego paliwa – stać byłoby na przypuszczenie jeszcze jednego szturmu? Bardzo wątpię.

Pozostałe składniki domniemanej legendy też są. Oto Wayne Rooney odnajduje w sobie tego Rooneya, którego klub dopieścił rekordową pensją w angielskim futbolu – wojującego z obłędem w oczach, połykającego kolejne metry zrytej murawy z tym większą pasją, im bardziej powinien być wycieńczony. Dającego przykład. Oto Ryan Giggs jeszcze przed przerwą odzyskuje pięć piłek i kilkudziesięciometrowe podania odmierza co do centymetra, jakby zapomniał, że przebiegł już na tę drugą, brzydszą stronę czterdziestki. I jakby chciał wybić z głów publicystów pomysły, żeby to jego wcisnąć na stołek Moyesa – tymczasowo, aż do najęcia po sezonie fachury formatu Jürgena Kloppa, Diego Simeone czy Louisa van Gaala. Oto Robin van Persie znów rozbłyskuje na efektownego solistę i akurat teraz, w warunkach najgłębszej zapaści klubu od dwóch dekad, funduje kibicom swojego inauguracyjnego hat tricka w Lidze Mistrzów. I w ogóle cała drużyna – choć popędzana absolutnym brakiem czasu, każdemu natarciu usiłująca nadać tempo strzału z bicza – nie zatraciła się w chaosie lub prymitywnym zasypywaniu pola karnego dośrodkowaniami, jak w osławionym meczu Fulham.

Miarą upadku „Czerwonych Diabłów” jest, że jego piłkarzom musiał spaść z nieba przeciwnik klasy Olympiakosu, by po wielomiesięcznym koszmarze wreszcie przeżyli wieczór do wspominania. I że pozwolili greckim narwańcom – z inwencją w ataku, ale miękkim na tyłach, często ratującym sytuację padami ostatniej szansy – oblegać w ostatnich minutach manchesterskie pole karne. Wykrwawieni gospodarze chyba oddychali w końcówce rękawami.

Za ten mecz tak czy owak należy im się szacunek. Wygrać 3:0, biegając ze świadomością, że uśmierca cię każde niższe zwycięstwo, to zawsze materiał na poemat heroiczny, a tutaj działa się historia Ligi Mistrzów, w dodatku pisali ją ludzie w zanurzeni ciężkiej depresji. Powiało dawnym Manchesterem, z ducha Fergusonowym.

Czy jednak ten podmuch przeszłości nie był za silny? Jeśli kibic MU odrzuci psychologiczną wartość dzisiejszego triumfu, to zaniepokoi go, że w stanie najwyższej konieczności Moyes odwołał się do ludzi, którzy zaraz zejdą z boiska na zawsze (rzadko wystawiani Giggs, Rio Ferdinand); tradycyjnie pominął w podstawowej jedenastce bohatera „swojego” autorskiego transferu (Fellaini); generalnie polegał wyłącznie na piłkarzach zakorzenionych na Old Trafford od wielu sezonów; obsadził środek pola – wybacz, Ryan – staruszkiem i Carrickiem, czyli duetem do zadeptania dla każdego innego środka pola z czołówki Premier League. Tak jakby ogłosił, że budowa nowej drużyny zostaje odroczona. Kapitulacja.

W tym sensie sezon został już stracony. Moyes przeputał mnóstwo czasu, a dzisiaj ocalił tylko resztki godności i nadzieję, że przetrwa. Akurat w Lidze Mistrzów wyreżyserował pokaz niezbyt odstający od schyłkowej twórczości Fergusona, którego piłkarze w ostatnim sezonie odpadli w 1/8 finału, a w przedostatnim już w fazie grupowej, wykopani przez Benficę Lizbona i szwajcarskie Basel. Gdyby istniały tylko te rozgrywki, mielibyśmy mocne poparcie rzucanej tu i ówdzie tezy, że legendarny szkocki menedżer zostawił spadkobiercy drużynę szybko się starzejącą – pełną tetryków pozbawionych następców o umiejętnościach godnych Old Trafford – a przez to skazaną na nieuchronne osunięcie się we wszelkich możliwych tabelach. I nikt nie wspominałby, że Moyes sprowadza na klub hańbę.

Niestety, Szkota obnażyły inne rozgrywki, co przypomina, jak nasze myślenie o hierarchii w piłce klubowej może wykrzywiać specyfika Champions League – teoretycznie turnieju najbrutalniej weryfikującego klasę drużyny, a praktycznie wyjątkowo podatnego na „przypadek” (pojedyncze sploty okoliczności, losowanie). I uświadamia, jak wiele jest w stanie trener MU dzięki tej specyfice zyskać. Gdyby jego piłkarze zdobyli się na jeszcze jeden zryw i przetrwali jeszcze jedną rundę, to w glorii półfinalisty LM wyglądałby już zupełnie inaczej niż dziś, gdy po kolejnych klęskach budzi, w zależności od patrzącego, współczucie lub politowanie. A mają gdzie szukać manchesterczycy natchnienia, w końcu angielskie kluby specjalizują się w ratowaniu sezonu poza krajem – Liverpool i Chelsea brały Puchar Europy, gdy mistrzostwa kraju kończyły odpowiednio na piątym i szóstym miejscu.

Tyle że w czasach Rafy Beníteza Liverpool straszył perfekcyjną organizacją gry, a Chelsea pod Roberto Di Matteo nieludzko zmotywowanym gangiem – z bestią Didierem Drogbą – napędzanych przeświadczeniem, że stają przed ostatnią szansą na wzięcie upragnionego trofeum, którego po wielokroć dotykali, ale nigdy nie podnieśli. Drużyny Moyesa nie lękają się już nawet mistrzowie Grecji. Raczej wszyscy proszą los, by podarował im ćwierćfinał w Manchesterze.

wtorek, 18 marca 2014

Sezonu nie ocalą już piłkarze Manchesteru United na pewno. Mogą tylko uchronić się przed najbardziej spektakularnym upadkiem, jaki zna nowożytny futbol. O ile w ogóle mają na to ochotę.

Owszem, katastrofy się zdarzają. Na ostatnich mistrzostwach świata broniący tytułu Włosi odpadli od razu, osiadając na dnie tabeli słabiutko obsadzonej grupy – ale mundial od mundialu oddziela cała epoka, złota drużyna obumarła na długo przed turniejem. W tej samej grupowej fazie z poprzednią edycją Ligi Mistrzów rozstała się Chelsea, również broniąca trofeum – ale londyńscy piłkarze triumfowali potem w Lidze Europejskiej, przyzwoicie spisywali się też w rozgrywkach krajowych.

Spadanie Manchesteru nie jest rozciągnięte w czasie. Manchester stoczył się z dnia na dzień, choć utracił tylko pojedynczego człowieka, Alexa Fergusona – kadrę, choć z gasnącymi w oczach obrońcami Vidiciem i Ferdinandem oraz zaniedbanym środkiem pomocy, nawet wzbogacił gwiazdką Marouanem Fellainim i supergwiazdą Juanem Matą. I nie zbiedniał, jak porzucony przez Berlusconiego Milan, inna zwijająca się w boleściach wielka firma. Przeciwnie, na wspomniany duet nowych piłkarzy rzucił 77 mln euro.

Manchesterowi, jeśli piłkarze nie wezmą w środę w 1/8 finału Ligi Mistrzów odwetu za porażkę w Pireusie 0:2, nie zostanie już na pocieszenie nic. Niemal na pewno zleci z podium angielskiej Premier League, na której utrzymywał się od 1992 r. Z Pucharu Ligi wykopał go Sunderland. Z Pucharu Anglii – Swansea. Dzieła zniszczenia może dopełnić Olympiakos. Średniak z obrzeży wielkiego futbolu. Do ćwierćfinału LM wpuszczony raz, 15 lat temu.

To wszystko dzieje się w klubie, który w bardzo mocnej piłkarsko Anglii panował ostatnio absolutnie. Albo zdobywał mistrzostwo (pięciokrotnie), albo wicemistrzostwo (dwukrotnie) – przy mikroskopijnej przewadze lidera.

Jeszcze parę chwil temu w rewanżu z Olympiakosem fani wyczekiwaliby kolejnego niezapomnianego wieczoru, podczas którego rozsierdzony Manchester United przypomina światu o swej wyjątkowości i wygrywa tym efektowniej, im bardziej zdaje się przegrany. Drużyna Fergusona odrabiała większe straty, w krótszym okresie niż pełne 90 minut, w starciach z potężniejszym przeciwnikiem.

Dziś trwa raczej czekanie na wyrok. Skazujący na karę główną – wygnanie ze wszystkich rewirów futbolu, w których toczy się rywalizacja o wielką stawkę. Nikt już nie rozważa, jak grać, MU znalazł się w totalnej, rozpaczliwej defensywie. Klub musi zaprzeczać doniesieniom, jakoby Ryan Giggs – postać w szatni monumentalna – agresywnie natarł na trenera Davida Moyesa po niedzielnej klęsce 0:3 z Liverpoolem. Robin van Persie – gwiazda minionego sezonu – musi prostować własne skargi, że podczas meczu w Pireusie partnerzy wpychali się tam, gdzie biegać wolałby on, i wyraźne sugestie, że czuje się taktycznie wyizolowany. A trener wspomnianego Liverpoolu, również debiutujący w renomowanej firmie Brendan Rodgers zdumiewa się, że Moyes publicznie mianował jego piłkarzy faworytami szlagieru. „Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział w Liverpoolu. Nawet gdybyśmy leżeli na dnie ligi. Stadion Anfield to stadion Anfield. Tu zawsze idziemy po wygraną”.

Wszystkie te incydenty okradają Moyesa z autorytetu. A raczej z jego resztek, bo to trener kompletnie spłukany – zwłaszcza gdy staje przed piłkarzami, którzy nawet oddychali w rytmie narzucanym przez poprzedniego szefa.

Teraz każdego dnia wysłuchują od komentatorów, że obecny szef żadnym gestem nie zdradza, by pojmował, na czym polega sprawowanie władzy nad wielką drużyną. I czytają, że za podwładnych chciał ich mieć pominięty przez Fergusona José Mourinho (jest liderem ligi w Chelsea), nie było szans na zatrudnienie Pepa Guardioli (szaleje w Bundeslidze z Bayernem), bardziej nadawałby się na ich szefa Carlo Ancelotti (szaleje w lidze hiszpańskiej z Realem Madryt). Wszędzie trawa jest bardziej zielona, nad Old Trafford można już tylko odprawiać pogrzebowe obrzędy, znikąd nadziei.

Ewentualne pobicie Olympiakosu byłoby powiewem wspaniałej przeszłości. Może nie punktem, lecz przynajmniej punkcikiem zaczepienia. Czymś, do czego Moyes mógłby się odwoływać. Na razie brzmi po kolejnych porażkach głupio lub dołująco, czyli tak, jak brzmi każdy trener świata, który staje się ucieleśnieniem klęski. Im częściej uspokaja, że wie, dokąd zmierza, tym częściej wygląda na bezradnego, pozbawionego planu i posłuchu – tylko grupa patologicznie niezdyscyplinowana podarowuje rzuty karne seryjnie i w sposób, w jaki manchesterczycy podkładali się w niedzielę Liverpoolowi.

Czy szatnię na Old Trafford zaludniają już niemal wyłącznie piłkarze świadomi, że zaraz wyjdą z niej na zawsze, oraz zbyt zniechęceni trenerskim uwiądem, by wykrzesać z siebie krańcowy mentalny i fizyczny wysiłek? Nie tyle z premedytacją grający przeciw Moyesowi, ile grający obok Moyesa, mimowolnie tęskniący za zamknięciem tego etapu w życiu i otworzeniem nowego? Niemal każdy ważniejszy mecz „Czerwonych Diabłów” wygląda jak ostatnie tchnienie, niemal każda seria gier w lidze angielskiej wywołuje kolejne ponure konstatacje typu: Mourinho wiedział, dlaczego Matę oddaje, Moyes nie wie, po co go wziął. Konanie.

Wyeliminowanie Olympiakosu – na początek – jest niezbędne, by zyskać choć maleńki strzępek uzasadnienia dla ewentualnej decyzji o sławnym „daniu nowemu trenerowi czasu”. Inaczej trwanie przy Moyesie będzie wyglądało jak akt poświęcenia w imię tradycji, po którym kibice także najbliższe lato spędzą w nastroju kapitulacji.

poniedziałek, 03 marca 2014

Od lania paskiem do iPada, czyli rewolucji na Old Trafford ciąg dalszy. Mój coponiedziałkowy felieton z „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

wtorek, 25 lutego 2014

Nie mówcie nikomu o tej notce, zarządziłem dzisiaj odwyk od kompa, wpadam na dwa akapity, bo pobity w Pireusie Manchester United, specjalizujący się ostatnio w występach dla kibiców wstrząsających, dał przed chwilą najbardziej wstrząsający w sezonie. To był futbol niedołężny, wyzuty z energii i choćby symulowanego zamiaru dobrania się do skóry rywalowi z piłką, ruch zaobserwowałem chyba dwukrotnie – wtedy, gdy rozzłoszczony Wayne Rooney walił pięścią murawę, bo sędzia nie odgwizdał mu fauli. Słabo wyznaję się na pieniądzach, więc nigdy nie umiałem zazdrościć piłkarzom pensji, ale po raz pierwszy pomyślałem, że owszem, oburzonych rozumiem – wobec okoliczności, w jakich znajduje się Manchester Utd, nowa gaża gwiazdora z Old Trafford rzeczywiście wygląda nieprzyzwoicie, wręcz wulgarnie.

To on nawoływał przed meczem do totalnej mobilizacji, przekonywał, że Liga Mistrzów jest ostatnią w sezonie szansą, by mistrzowie Anglii odzyskali godność. Nikt nie posłuchał, goście wyglądali w Pireusie na sabotażystów, ofiary klinicznej depresji, ewentualnie ludzi usiłujących bez względu na koszty udowodnić, że Dawid Moyes nie jest słabszym trenerem od poprzednika, lecz jego zaprzeczeniem – pod Alexem Fergusonem piłkarzom MU mogło brakować wszystkiego, ale nigdy nie brakowało im pasji. Zwłaszcza w chwilach najważniejszych. Dlatego to według mnie wieczór najbardziej wstrząsający w sezonie. I tylko tym, że Moyes trzyma najbezpieczniejszą posadę na świecie, można będzie wytłumaczyć dalszy bezruch we władzach klubu, jeśli nie zaczną one rozważać zmiany szkoleniowca.

I jeszcze jedno: zorientowałem się właśnie, że ostatnie mecze MU są dla mnie jak pornografia nieszczęścia. Turyści z Zachodu płacą za zwiedzanie egzotycznych slumsów, a ja zasiadam do transmisji, by podglądać, jak nisko piłkarze Manchesteru są w stanie się stoczyć.

wtorek, 11 lutego 2014

Arsenal, Manchester United

Gospodarze na reputację mięczaków pracowali długimi latami, gościom z Manchesteru wystarczyło kilka miesięcy, żeby zapracować na reputację jeszcze większych mięczaków. W Londynie zagrają jutro doskonali piłkarze, którzy walczą przede wszystkim sami ze sobą.

Dziś każde niepowodzenie znanych sportowców natychmiast olbrzymieje, zwielokrotniane przez bezlitosne cyfrowe nagłaśniacze – portale, memy, szyderstwa kibiców i komentatorów rozprzestrzeniające się w tempie wirusowym po Twitterach i Facebookach.

Kiedy zatem Dan Burn, środkowy obrońca leżącego na dnie tabeli ligi angielskiej Fulham, po wyjazdowym remisie z United rzucił, że tak często jak w niedzielę nie wybijał piłki głową od czasów piątoligowych, nieświadomie wpisał się w chóralne obśmiewanie taktyki faworytów. Nazajutrz próbował tłumaczyć, że nie chciał rywali poniżać, ale nikt go już nie usłyszał. Został prosty przekaz: już nawet piłkarze z ligowych nizin robią sobie z Manchesteru jaja.

Podania górą (zwłaszcza długie) w przeciwieństwie do podań dołem zawsze uchodziły za synonim futbolowego prymitywizmu, a wciąż aktualni mistrzowie Anglii ustanowili w ostatnim meczu szokujący rekord – wykonali 81 dośrodkowań. Liczbę niedostępną dla żadnej drużyny, odkąd w 2006 roku firma Opta prowadzi statystyki.

Trzymali się gospodarze swojego odruchu, choć tylko 18 razy wrzucali piłkę celnie, a byli pośród nich ludzie stworzeni do wyrafinowanej gry kombinacyjnej – na czele z Juanem Matą, zaciągniętym w styczniu na ratunek wirtuozem z Chelsea. Jakby uparli się grać w rachunek prawdopodobieństwa. Damy kwintylion dośrodkowań, to prędzej czy później coś wpadnie do bramki, choćby po rykoszecie.

I tyle nam wszystkim, zniewolonym oddziaływaniem wszechdostępnych statystyk, zostało w pamięci, choć taktyka właściwie się sprawdziła. Piłkarze MU najpierw wyrównali, potem objęli prowadzenie.

Oddali je dopiero w 94. minucie. Znów okazało się, że wystarczy tylko lekko przycisnąć, by ich skrzywdzić. Każdego na to stać. I Everton, który na Old Trafford nie wygrał od 1992 r. I West Bromwich, które nie wygrało tam od 1978. I Newcastle, które nie wygrało tam od 1972. I Stoke, które od 1984 nie pobiło MU ani na wyjeździe, ani u siebie.

Trener David Moyes kolekcjonuje wpadki. Media znęcają się nad nim, wciąż przywołując wydłużającą się listę hańby. Piłkarze usuwają z internetu wpisy, by uniknąć posądzeń o atak na swego trenera – jak wypożyczony do Cardiff skrzydłowy Wilfried Zaha, chwalący na Instagramie tymczasowego zwierzchnika Ole Gunnara Solskjaera. Albo gęsto się z nich tłumaczą – jak osadzony w rezerwie Javier Hernández, rzucający szyfrowane uwagi typu „wkrótce nadejdzie czas poważnych rozmów o wielu sprawach”.

Im bardziej piłkarze MU przegrywają, tym bardziej ich problem wychodzi poza czysto piłkarskie sprawy merytoryczne. Każde słowo może być użyte przeciwko nim, komentatorzy potęgują klimat dekadencji tezami o „konieczności wydania 200 mln funtów na transfery”, przypomina się psychologiczna reguła, że jeśli sto razy usłyszysz, że jesteś taki i owaki, to zaczynasz wierzyć i zachowywać się jak taki i owaki.

I nie dajesz rady nawet Fulham, mięczaku. Jak brutalnie nie zrecenzowalibyśmy schyłku niektórych gwiazd MU i kadrowych luk, nie wyjaśnimy tego, że nałogowi wygrywacze przerżnęli pięć z dziewięciu tegorocznych meczów, a z pucharów wykopały ich Swansea oraz Sunderland.

Znienacka, w wyższym stężeniu, spadło na nich to, z czym piłkarze Arsenalu żyją od lat. Różnica polega jedynie na tym, że londyńczycy uchodzili za mięczaków tylko w zderzeniach z przeciwnikami wagi superciężkiej.

Te demony właśnie znów ich nachodzą. Sobotnia klęska z Liverpoolem (1:5) mogła wyglądać na wyrwany z kontekstu wybryk. Niemal bezbłędni dotychczas Per Mertesacker i Laurent Koscielny pogubili się, jakby pierwszy raz w życiu stanęli na środku obrony, więc agresywnie usposobieni rywale zadali nokautujące ciosy, zanim mecz się na dobre rozpoczął. Zdarza się.

Ponieważ jednak londyńscy piłkarze nie tylko zaczęli roztargnieni, ale jeszcze prędko zaczęli sprawiać na pogodzonych z losem, jednomeczowy epizod ożywił wizerunek Arsenalu jako zgrai mięczaków niezdolnych udźwignąć presję prestiżowych gier. Przecież Manchesterowi City ulegli 3:6, przecież nie umieli wbić u siebie gola ostrożnie nastawionej Chelsea (a w Pucharze Ligi ulegli jej 0:2). Nie dali rady (0:1) nawet przywiędłemu Manchesterowi United...

Zjawisko ma ucieleśniać Mesut Özil. Jesienią wysłuchiwał serenad, że natchnął całą drużynę, teraz wypomina mu się, że znikał akurat w tamtych przegranych znaczniejszych meczach, że Liverpoolowi piłkę oddawał i nie bił się o jej odzyskanie (na swojej połowie dotknął jej ledwie czterokrotnie), że w trudnych chwilach zniechęca do walki mową ciała. Słowem, już nie tyle nadaje Arsenalowi mistrzowskiego sznytu, ile zaraził się niemistrzowską podatnością na ciosy. I znów – kto by słuchał wyjaśnień trenera Arsene’a Wengera, że drużynie przytrafił się w sobotę wypadek.

A przecież los skazał londyńczyków na próby, jakim nie musi sprostać nikt w Europie. Liverpool, jutro MU, w niedzielę znów Liverpool (w Pucharze Anglii), w środę najpotężniejszy dziś Bayern. Potem lżejsze dni i kolejna seria – Bayern, Tottenham, Chelsea (same wyjazdy!), Manchester City. Wejdziesz na Mount Everest, to cię posyłają na K2.

Gdyby zatem Arsenal nie wykonał zadania nawet teraz – gdy wieczór wciąż jest prestiżowy, ale rywale ćwiczą się w roli pierwszego pośmiewiska ligi – to odświeżą smętną kliszę. Świat ogłosi bieżący sezon kalką poprzednich, Wenger znów przyjmie przed kamerami pozycję na stałe defensywną, potwornie wymagające wyzwania zdadzą się jeszcze cięższe. Tego jeszcze londyńczycy nie przeżywali – zwycięstwo nad Manchesterem United tak się zdewaluowało, że jest dla nich minimum przyzwoitości.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi