Wpisy z tagiem: Chelsea

środa, 25 kwietnia 2012

Szukam w pamięci porównywalnie wariackiego wieczoru w decydujących fazach Ligi Mistrzów i żadnego nie znajduję, nawet finałowy dreszczowiec ze Stambułu - liverpoolski powrót z 0:3 do 3:3, potem taniec Dudka - nie składał się z aż tylu epizodów, które albo nie powinny, albo nie miały prawa się wydarzyć.

Już do was dotarło? Obaj rywale prędko wskutek urazów tracą stoperów; kapitan Chelsea w jednym z najważniejszych meczów w życiu zachowuje się jak tępy, nieświadomy powagi sytuacji chuligan; gola ładuje defensywny pomocnik, który przez cały sezon chyba nie miał nawet na niego szansy; innego gola ładuje napastnik znajdujący się w głębinowej depresji, w snajperskim odrętwieniu tkwiący od miesięcy; z rzutu karnego pudłuje (znów!) zjawiskowy wirtuoz, który z 63 golami w sezonie mknie po najlepszy strzelecki dorobek w całej powojennej historii futbolu. A przecież można by jeszcze powymieniać sensacyjne drobiazgi, od osadzenia w rezerwie Daniego Alvesa po wspaniałe popisy graczy rzuconych na nietypowe dla nich pozycje.

Najbardziej szokująco działo się jednak w planie ogólnym. Nie przypominam sobie na tym poziomie rywalizacji drużyny o tak fantastycznej reputacji, której okoliczności tak bardzo sprzyjały, a ona nie zdołała pokonać drużyny o reputacji tak miernej.

Jeszcze raz, sylabizując: Barcelona, nie bez powodu obwoływana drużyną wszech czasów, dostała wszystko. Złota rybka, dżin z butelki i kot Rademenes wspólnymi siłami nie ułożyliby jej scenariusza przyjemniej: akt szaleństwa kapitana rywali, rozbrojenie ich defensywy, dające awans prowadzenie 2:0 przy przewadze liczebnej; rzut karny pod stopami snajpera genialnego. A jednak faworyci nie podołali.

Naprzeciwko stanęli piłkarze szóstej drużyny ligi angielskiej, przez cały sezon rozchwianej, przegrywającej większość krajowych szlagierów. Drużyny, która w Champions League już była martwa, z zaświatów wróciła dopiero w dogrywce rewanżu w 1/8 finału z Napoli. Jeszcze niedawno wzbudzającej lęk w całej Europie, ostatnio wzbudzającej częściej współczucie dla kilku weteranów po przejściach, wchodzących już w smugę cienia, z gasnącymi nadziejami na spełnienie sportowych marzeń, związanych właśnie z Ligą Mistrzów. To było misja niemożliwa w sensie ścisłym, zwłaszcza przy stanie 0:2, bez Terry’ego, w zwarciu z przeciwnikiem niechętnym rozstawaniu się z piłką. Skoro na da się jej dopaść, to jak myśleć o strzeleniu gola?

Jose Mourinho oczywiście rozesłał przed meczem SMS-y do starych znajomych. Z lakonicznym „Do zobaczenia w finale”. Jeśli znów się nie mylił, jeśli jego Real Madryt też poleci do Monachium, zastanie tam rywala tak wykrwawionego, że ledwie trzymającego się na nogach - bez zdyskwalifikowanych za kartki Terry’ego, Ivanovicia, Ramiresa i Meirelesa. I będzie bezdyskusyjnym faworytem, jakkolwiek po dzisiejszych cudach to nie zabrzmi.

Wracam myślami do Madrytu, bo zamiast hałasować o rzekomym końcu epoki Barcelony - piąty z rzędu półfinał LM, też mi zapaść - wolę zauważyć, do jakiego osiągnięcia jej upiorny tydzień zbliżył Real. Otóż dubletu królewscy piłkarze nie zdobyli nawet w galaktycznych i przedgalaktycznych, czyli na przełomie XX i XXI wieku. Gdyby teraz objęli panowanie i w kraju, i Pucharze Europy, Mourinho podpisałby triumf niewidziany na Santiago Bernabeu od 1958 roku.

wtorek, 24 kwietnia 2012

FC Barcelona - Chelsea, Camp Nou

Nadciągnęły w minionym tygodniu i nie chcą odejść. Najczarniejsze, odkąd władzę nad Barceloną objął Pep Guardiola. Czy jego piłkarzom wystarczy sił, by odgonić je dzisiejszym półfinałem Ligi Mistrzów z Chelsea?

Stracić je powinni dawno temu. Katalońska drużyna wydawała się bowiem nie tylko arcydziełem futbolu, ale fenomenem fizjologicznym - jej liderzy sezon w sezon docierali do finałów lub co najmniej półfinałów wszelkich możliwych rozgrywek, często latali na klubowe mistrzostwa świata, a potem umieli jeszcze popisywać się reprezentacyjnie, zdobywając złoto Euro 2008 i mundialu w RPA.

W tym sezonie nadal szaleńczego tempa nie zwalniają. Leo Messi rozegrał - w klubie i kadrze - już 58 lub 62 mecze. Ta druga liczba będzie prawdziwa, jeśli weźmiemy pod uwagę jego występ w lipcowym Copa America. Nawet jeśli jednak je zignorujemy, Argentyńczyk pozostanie najbardziej eksploatowanym piłkarzem świata.

On akurat nie wygląda na znużonego albo zmęczonego, wyróżnia się nawet w przegranych meczach. Gola nie strzelił co prawda ani Chelsea (0:1 w środę), ani Realowi Madryt (1:2 w sobotę), ale tę posuchę wywołała raczej kombinacja okoliczności zewnętrznych - umiejętnej taktyki powstrzymujących go zbiorowo rywali oraz wątłego wsparcia partnerów. Gdyby w El Clasico jego podanie wykorzystał Xavi Hernández, Messi błysnąłby fenomenalną asystą - jednym ruchem wykołował wówczas pięciu graczy z Madrytu.

Xavi już jednak sprawia wrażenie wymiętego, nie wiadomo tylko, czy nawał zawodowych obowiązków wytarmosił go fizycznie czy psychicznie. W El Clasico i ćwierćfinale z Milanem wytrwał na boisku trochę ponad godzinę, w meczu z Levante nie wyszedł na drugą połowę, z Athletikiem Bilbao zagrał kwadrans, z Realem Saragossa - kilkadziesiąt sekund. To wszystko działo się w ostatnich tygodniach, w ich trakcie nie dał Barcelonie gola ani asysty. W dziewięciu spotkaniach!

Tak zła passa za kadencji Guardioli nie zdarzyła mu się nigdy. A przecież hiszpański rozgrywający - na boisku działający jak procesor sterujący całymi grupowymi ruchami drużyny - sezon przeżywał wspaniały. Nie tylko umiejętnie rozdawał piłkę, ale strzelił w lidze 10 goli, zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek w karierze.

Przygasł Xavi, Gerard Pique przestał grać jak czołowy środkowy obrońca na kontynencie, defensywę dodatkowo skruszył dramat Erica Abidala (przeszczep wątroby), wokół strzelającego seriami Messiego biegają piłkarze potwornie nieskuteczni. W dodatku sytuacja zdaje się pogarszać. O ile w Londynie spędzili wieczór typowy - nacierali, uderzali na bramkę, trafiali w słupki i poprzeczki, gola stracili po perfekcyjnym kontrataku Chelsea, o tyle w sobotę na Camp Nou krztusili się przez ponad godzinę, zanim wreszcie zdołali wypracować rzut rożny. Jak zwykle do zatracenia wymieniali piłkę, ale tym razem uprawiali jałową sztukę dla sztuki, Real cały czas kontrolował przebieg gry. Fatalnie wypadli kolejni kluczowi gracze - ofensywny obrońca Dani Alves oraz Sergio Busquets, który akcje gospodarzy zwalniał, a natarć gości nie rozbijał.

Katalończycy wciąż mogą odnieść fantastyczny sukces. Jeśli zdołają dziś zrewanżować się londyńczykom, jeden mecz dzielił ich będzie od bezprecedensowej w Lidze Mistrzów obrony tytułu. A niejednokrotnie udowodnili, że z presją i napięciem wywoływanym przez wielkie szlagiery umieją sobie radzić sobie doskonale.

Zderzą się jednak z drużyną pancerną, złożoną ze skrajnie zdeterminowanych atletów, którzy w weekend magazynowali energię na bitwę na Camp Nou. Nie grali w prestiżowych przecież derbach Londynu z Arsenalem, by wreszcie zemścić się na Barcelonie. Zemścić się, bo jeśli w kraju najbardziej zajadłego przeciwnika Katalończycy mają w Realu, to w Europie z nadzwyczajną wściekłością zasadzają się na nich piłkarze Chelsea. Nie zapomnieli o kontrowersyjnym półfinale z 2009 roku, po którym czuli się skrzywdzeni przez sędziego - Andres Iniesta odebrał im awans do finału w doliczonym czasie gry, rozjuszony Didier Drogba wrzeszczał do kamery o „pier... hańbie”.

34-letni napastnik, jego rówieśnik Frank Lampard, 32-letni John Terry i 30-letni Petr Cech w Anglii wygrali wszystko, tęsknią tylko do triumfu w Champions League. Stają prawdopodobnie przed ostatnią szansą, więc można oczekiwać, że metaforę o umieraniu na boisku za zwycięstwo będą chcieli przekuć w rzeczywistość.

Czy Barcelonę stać na walkę do ostatniej kropli potu, nie wiemy. Wiemy, że jeśli nie podoła, niebo nad Camp Nou może nie wypogodnieć już do końca sezonu. Ostatnią szansę na trofeum dostałaby w finale Pucharu Hiszpanii, a tam zmierzy się z nieobliczalnym Athletikem Bilbao. Gigantom, którzy przed bieżącym sezonem pod Guardiolą zwyciężyli w 13 z 16 rozgrywek, zagroziłby sezon bez żadnego poważnego trofeum.

środa, 14 marca 2012

Jak Chelsea mściła się za klęskę w Neapolu, nie widziałem, przebywam akurat w krainie Basków, w której telewizory dały mi tylko mecz Realu Madryt, zresztą bardzo tutaj nielubianego. Przecierpiałem, to sobie chociaż dwuakapitowo i trochę ryzykancko, opierając się wyłącznie na relacjach internetowych, zabloguję. Zabloguję o drużynie, która trenera przy boisku nie potrzebuje - może wręcz trener jej przeszkadza? - bo trenerów od lat ma na boisku. Aż trzech. Grających.

W sezonie 2007/2008 właściciel londyńskiego klubu Roman Abramowicz zeźlił się na pewnego portugalskiego fachowca. Zeźlił się, Jose Mourinho wylał, na jego następcę pasował niejakiego Avrama Granta, nie tylko przeze mnie nazywanego Panem Nikt. Grający trenerzy - John Terry, Frank Lampard, Didier Drogba - wzięli sprawy w swoje ręce i zaprowadzili Chelsea do największego sukcesu w Lidze Mistrzów, czyli samego finału.

W trwającym właśnie sezonie 2011/2012 Abramowicz znów zeźlił się na pewnego portugalskiego fachowca. Zeźlił się, Andre Villasa-Boasa wylał, na jego następcę pasował Roberto di Matteo, w swoim nowym fachu też zaslugującego na tytuł Pana Nikt. Dziś grający trenerzy - Terry, Lampard, Drogba - znów wzięli sprawy w swoje ręce. Władowali neapolitańczykom po golu, zaprowadzili Chelsea do dogrywki, a w dogrywce do ćwierćfinału.

Będzie powtórka z największego sukcesu? Sporo zależy od losowania (rozstawień w Lidze Mistrzów nie ma), a jeśli sądzić po indywidualnych umiejętnościach, to londyńczycy dysponują imponującym melanżem najbardziej niespełnionych największych (wymienieni piękni trzydziestoletni plus Cech, Cole, Essien) ze wspaniale utalentowanymi wśród znacznie młodszych (David Luiz, Ramires, Mata, Sturridge, przypadek Torresa uczcijmy minutą ciszy). No i członkowie trenerskiej trójcy nabrali doświadczenia:

Chelsea - Napoli

niedziela, 20 listopada 2011

Transfer records

Tak mi się skojarzyło w trakcie dzisiejszej transmisji ze Stamford Bridge.

Najdroższy piłkarz w historii Liverpoolu - wart 35 mln funtów Andy Carroll, którego zakup był transferowym rekordem Wysp Brytyjskich - przesiedział w rezerwie niemal cały mecz. I bożyszczem fanów generalnie na razie nie został.

Najdroższy piłkarz w historii Chelsea - wart 50 mln Fernando Torres, którego zakup też był transferowym rekordem Wysp Brytyjskich - też niemal do końca siedział w rezerwie. I on, delikatnie mówiąc, megagwiazdą drużyny nie został.

Najdroższy od 2002 roku piłkarz Manchesteru United - wart 30,75 mln Dymitar Berbatow - z boksu dla rezerwowych nie wstał wczoraj wcale. I on megagwiazdą drużyny nie został. W zeszłym sezonie umiał ostrzeliwać głównie średnich i słabych, więc finał Ligi Mistrzów oglądał z trybun, jako kibic.

Najdroższy w kadrze Arsenalu - wart 15 mln Andriej Arszawin - prześlęczał w rezerwie sobotni mecz w Norwich. I on do liderów drużyny nie należy.

Sciągnięcie za 25,5 mln Carlosa Teveza transferowym rekordem Manchesteru City nie było, ale jeśli doliczyć horrendalną pensję Argentyńczyka, to i on jest najemnikiem klubu - obok Yaya Toure - najkosztowniejszym. On wczoraj także nie zagrał. Znów się rozwierzgał, zbuntowany pogalopował do Ameryki Płd., prawdopodobnie nie zagra dla manchesterskiego klubu już nigdy.

Wszyscy biegają w napadzie, reprezentują kwintet głównych potęg Premier League. Każdy kosztował średnio 30 mln funtów. Każdy zdobył w tym sezonie średnio jedną bramkę.

niedziela, 25 września 2011

Pomysł na ten felieton wkopał mi do głowy David Silva - patrzyłem wczoraj, jak popycha stopą piłkę, przypomniałem sobie o jego zawijasowatych akcjach zmajstrowanych z Sergio Aguero i… samo się napisało. Do przeczytania w poniedziałkowej „Gazecie” albo tutaj.

czwartek, 23 czerwca 2011

O trenerze wyjętym z żebra Jose Mourinho blogowałem kilka tygodni temu, przedwczoraj musiałem napisać do „Gazety” o jego przenosinach do londyńskiej Chelsea. Czasownik „musiałem” chętnie bym pogrubił, bo zaintrygowany czekałem, aż Andre Villas Boas wypełni złożoną fanom obietnicę, odłoży wyprawę w wielki świat co najmniej o sezon i spróbuje z Porto podbić Ligę Mistrzów. Niestety, czas w futbolu płynie coraz szybciej i czołowe korporacje przejmują najzdolniejszych coraz prędzej. Mourinho zdążył jeszcze poszaleć w Champions League, jego młodszemu następcy wystarczyło triumfować w rozgrywkach niższej rangi, by dostać posadę na szczytach. Szkoda, Porto pod dotychczasowym trenerem klubową elitę by ożywiło, tę drużynę by się pasjami oglądało, a tak będzie uczestnikiem LM jednym z wielu - w najgorszym dlań scenariuszu zostanie zdemontowane kolejnymi transferami, tym razem już piłkarzy.

W ucieczce Villasa Boasa nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie 15 mln euro wpisane - i wypłacone przez Romana Abramowicza - w klauzulę wykupu. Kwota horrendalna, w trenerskich kontraktach niespotykana. I niewykluczone, że przełomowa, że kolejny transferowy rekord świata, który właśnie padł, długo się nie utrzyma.

Ustalaliśmy już na blogu, że Portugalczycy mają łby do piłkarskiego biznesu. Teraz innowatorem - wizjonerem? - okazał się prezes Jorge Pinto da Costa, który rok temu postanowił zabezpieczyć umowę utalentowanego trenerskiego żółtodzioba klauzulą godną raczej wielokrotnie sprawdzonego wirtuoza w tym fachu. W posunięciu szefa Porto nie widzielibyśmy jednak nadzwyczajnej przebiegłości, gdyby nie głęboka irracjonalność reguł rządzących piłkarskim rynkiem transferowym. Nikt nigdy nie sprawdził np., czy klasowy napastnik mocniej wpływa na wynik niż klasowy bramkarz, ale przedstawiciele pierwszego gatunku są wielokrotnie drożsi od przedstawicieli drugiego gatunku. Z trenerami sprawa jest wręcz oczywista - wpływają na wynik mocniej niż pojedynczy piłkarz. Gdy Real rzucił rekordowe 94 mln euro za Cristiano Ronaldo, sportowe osiągi drużyny niemal nie drgnęły. Gdy wziął Mourinho, madryccy piłkarze wystrzelili na pułap półfinału Ligi Mistrzów (niewidziany tam od ośmiu lat) i triumfu w Copa del Rey (niewidzianego tam od 18 lat). A jednak do wyrwania Interowi wybitnego szkoleniowca wystarczyło drobne 10 mln odszkodowania.

Zanim rynkowe zwyczaje zaburzył Villas Boas, przełomu dokonał właśnie Mourinho. W sezonie 2009/2010 zarabiał aż 11 mln euro, czyli najwięcej w całej Serie A (0,5 mln mniej miał wicelider rankingu, napastnik Samuel Eto’o), a nigdy wcześniej w żadnej rozpoznawalnej lidze nie zdarzyło się, by najwyższej pensji nie pobierał piłkarz. W ogóle trenerów prezesi docenili dopiero przed chwilą, wcześniej szatniami pełnymi milionerów często rządzili, wybaczcie mój francuski, gołodupcy. Co również przypomina, jak bardzo osobną przestrzenią biznesową jest futbol - ostatecznie w miażdżącej większości firm szef wyciąga więcej niż podwładni, nawet jeśli zlecone przez niego zadania wykonują perfekcyjnie.

Czy kazus Villasa Boasa da do myślenia klubowym prezesom? Czy to normalne - nawet pomimo marketingowej siły Cristiano Ronaldo - że za wrogie przejęcie czołowego madryckiego gracza trzeba by zapłacić Realowi miliard euro, a Mourinho można podebrać za darmo? Czy ten układ czyni rozsądnym zapisane w kontrakcie prawo madryckiego klubu, by swego trenera w każdej chwili i bez żadnej rekompensaty zwolnić?

wtorek, 14 czerwca 2011

Całoroczny kalendarz gier napięty, w wakacje wypadałoby odetchnąć, ale heros angielskich muraw nie odpoczywa nigdy. A przede wszystkim nie odpoczywa wtedy, gdy może polecieć z uroczystą wizytą tam, gdzie go potrzebują. Gdzie może nieść kaganek oświaty.

Tym razem, jak donosi agencja Reuters, wyspiarscy bohaterowie zaszczycą m.in. Malezję. 11 lipca ambitna reprezentacja tego kraju podejmie Arsenal, 16 lipca podejmie Liverpool, 19 lipca podejmie Chelsea. Za każdym razem na mieszczącym 80 tys. ludzi narodowym stadionie w Kuala Lumpur. I oczywiście za każdym razem towarzysko, w przyjacielskiej atmosferze, o żadnych brudnych futbolowych wojnach nie ma mowy.

Trybuny wypełnią się na pewno. I rozpiszczą się z ekstazy. - Wszyscy w Malezji jesteśmy podekscytowani - opowiada wiceprezes tamtejszego związku piłkarskiego (FAM) Subahan Kamal. - Podekscytowani są nie tylko fani Arsenalu, Liverpoolu i Chelsea, ale także cały nasz zarząd, nasz selekcjoner, nasi piłkarze. Myślę, że jesteśmy pierwszym krajem świata, który w tydzień zagra z trzema gigantami Premier League. Nawet Brazylia tego nie dokonała - zauważa przytomnie, pomimo i jemu udzielającej się ekscytacji, wiceprezes Kamal.

Na wszelki wypadek sprawdziłem w archiwach. Rzeczywiście, nawet Brazylia tego nie dokonała.

A to wcale nie koniec oszałamiających sukcesów. Współpraca malezyjskiej federacji z klubami Premier League się zacieśnia, więc tamtejsi piłkarze zostaną zaproszeni do Anglii, by popodpatrywać lepszych od siebie lub wręcz z nimi - lub nieopodal - potrenować. - Chelsea już się zgodziła, byśmy wysłali tam naszych piłkarzy i trenerów, być może na cały miesiąc - relacjonuje wiceprezes Kamal. - Liverpool pomoże nam uruchomić program szkolenia młodzieży, a negocjacje z Arsenalem, do którego też chcemy posłać piłkarzy, właśnie trwają. Tutaj chodzi o pobyt dwu- albo trzytygodniowy. Sądzę, że nasi gracze będą mieli możliwość nauczenia się jakiejś sztuczki albo dwóch.

Szlagierowe mecze z potentatami Premier League zorganizowała osadzona w Hongkongu marketingowa agencja ProEvents, która wybrała Malezję, by nagrodzić ją za sukces w kibicowaniu angielskim klubom podróżującym po Azji w każde wakacje. Jeszcze raz oddajmy głos cytowanemu przez Reutersa wiceprezesowi Kamalowi: - Dwa lata temu sprowadzili tutaj piłkarzy Manchesteru Utd. Ci rozegrali sparing i mieli lecieć do Dżakarty, ale z powodu zamachu bombowego odwołali wylot. Zagrali zatem po raz drugi u nas, na co fani zareagowali wspaniale.

Wiceprezes Kamal wyraził też nadzieję, że pomimo miłości rodaków do Premier League tym razem sporo fanów założy barwy narodowe, czyli czarno-złote. Przed dwoma laty około 30 tys. osób oglądało mecz w koszulkach Manchesteru. Malezyjskie ubrało niespełna 10 tys. kibiców.

czwartek, 26 maja 2011

Od wczoraj szwendam się przedfinałowo po Londynie, więc spisałem do „Gazety” impresję o przesiąkniętej futbolem metropolii, która na swoim wizerunku ma uderzającą po oczach skazę. Tekst znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Tutaj przeczytacie mój felieton z dzisiejszej „Gazety” o klubie, którego właściciel nie ustaje w inwestycjach, ale najbliżej spełnienia marzeń - triumfu w Lidze Mistrzów - paradoksalnie już był, ostatnio raczej się od celu oddala. W tekście nie zmieściłem interesującego i dodającego jeszcze goryczy losom drużyny zestawienia, z którego wynika, że londyńczycy od lat, wyjąwszy wyjątkowy sezon 2006/2007, przegrywają ostateczne starcie z późniejszym triumfatorem rozgrywek. W 2005 roku ulegli Liverpoolowi (a ten pokonał w finale Milan); w 2006 roku ulegli Barcelonie (a ta pokonała w finale Arsenal); w 2008 roku ulegli Manchesterowi (w finale); w 2009 roku znów ulegli Barcy (a ta w finale pokonała Mu); wreszcie w 2010 roku ulegli Interowi (a ten w finale pokonał Bayern). Czy w bieżącym sezonie historia się powtórzy?

niedziela, 03 kwietnia 2011

Na momencik tylko zaglądam, by sprostować. Wszędzie czytam, że wczoraj Jose Mourinho przegrał u siebie po 150 ligowych meczach bez porażki, więc czuję się zobowiązany zwrócić uwagę, że jego nieprawdopodobna seria była w rzeczywistości jeszcze bardziej nieprawdopodobna.

Otóż po 23 lutego 2002 roku Portugalczyk jako trener kolejno w Porto, Chelsea, Interze Mediolan oraz Realu Madryt na własnym stadionie nie dał się pokonać w żadnym meczu rozgrywek niemiędzynarodowych - z moich wyliczeń wynika, że jeśli doliczyć rozmaite krajowe puchary, bezporażkowa passa ciągnęła się aż przez 183 spotkania. Przez blisko dekadę przegraną na własnych włościach Mourinho musiał znosić tylko czterokrotnie: jako szkoleniowiec Porto z Panathinaikosem (w Pucharze UEFA) oraz Realem Madryt (w Lidze Mistrzów), jako szkoleniowiec Chelsea z Barceloną (w LM) i jako szkoleniowiec Interu znów z Panathinaikosem (w LM).

Gdybym miał wybrać z tego niesłychanego serialu ulubiony odcinek, wyjąłbym bezbramkowy, rozegrany w minionym sezonie we włoskiej Serie A przez piłkarzy Interu wraz z Sampdorią. I wspaniale oddający odwagę, bezkompromisowość oraz nieustępliwość Mourinho: gospodarze już po półgodzinie z okładem stracili obu stoperów, wydalonych z czerwonymi kartkami Samuela oraz Cordobę. Trener wpuścił jednak tylko jednego obrońcę (co więcej, Lucio zastąpił defensywnego pomocnika Muntariego), a jego podkomendni nadal - i do samego końca - nacierali! Genueńczycy, kiedy indziej tworzący drużynę całkiem przytomną, zgłupieli i poddali się presji, mimo dwuosobowej przewagi umieli tylko wytrzymać z remisem... Tym więcej uroku znajduję w ironii sobotniego meczu, w którym nieustraszonego, dającego swoim ludziom poczucie nieśmiertelności nałogowego wygrywacza przechytrzyli pariasi ze spodu ligi hiszpańskiej.

Nawiasem mówiąc, umiecie wskazać jakiegokolwiek innego trenera, który nawyprawiał - współcześnie albo milion lat przed naszą erą - coś na zbliżoną skalę?

PS Gazetowe sprawozdanie z zapowiadanych tutaj derbów Mediolanu pewnie potem wpadnie na Sport.pl, osobno blogował o nich nie będę, oryginalnych refleksji nie mam. Też mi się zdaje, że sprawa tytułu robi się przesądzona, ale przede wszystkim rozmyślam nad inną passą - oto Leonardo karierę z derbami rozpoczął od wyników 0:4, 0:2 (jako trener Milanu), 0:3 (jako trener Interu), a na boisku wyglądało to wszystko jeszcze marniej. I zastanawiam się, czy Brazylijczyk dotrwa przyszłego sezonu. Calcio pewnych grzechów nie wybacza.

Archiwum
Tagi