Wpisy z tagiem: Chelsea

środa, 15 maja 2013

Odkąd ośmielił się wleźć do szatni Chelsea, zdawałem sobie sprawę, że na jego londyńską mitręgę będę spoglądał z niecodziennej perspektywy – niepowodzeń nie zapiszę mu na minus, za to przy ewentualnych sukcesikach postawię spory plus.

Wszystko przez skandalicznie szkodliwe warunki pracy. Wiadomo było, że przyjęty zostanie z wrogością lub rezerwą (przez osobników chorobliwie życzliwych bliźnim), a zawsze wierzyłem, że wdychanie trujących substancji uniemożliwia prawidłowe funkcjonowanie trenerskiego mózgu. Sam zresztą był sobie Hiszpan winny, że naraził się londyńczykom jako agresywny trener Liverpoolu. No i sam posadę wziął, nikt go pod pistoletem nie trzymał.

Wykluczałem zarazem scenariusz, w którym Benítez zdobywa w Chelsea sympatię, nie mówiąc już o rozkochaniu w sobie trybun oraz szatni. To typ odpychająco zimny, może wręcz zasługujący, by obwołać go modelowym przykładem trenera antypatycznego. Piłkarzy traktowanych jak figury na szachownicy umiał przesuwać z sensem, inteligencją emocjonalną nie błyszczał. Do dziś pamiętam, jak ostatecznie przesądził o swoim losie w Interze Mediolan, fatalnie wybierając moment, by publicznie oskarżyć właściciela Massimo Morattiego o bierność transferową, ponoć sabotującą jego trenerski trud. Zaatakował Hiszpan zaraz po triumfie w klubowych mistrzostwach świata, szatnia chyba jeszcze tonęła w bąbelkach. Zapaskudził święto. I niedługo potem został wykopany.

Tam niedyplomatycznie kończył, w Londynie niedyplomatycznie zaczynał, kontynuował, być może także skończy. Zamiast się przezornie poprzymilać, stękał, że dostał drużynę marnie przygotowaną fizycznie (przygotowaną, dodajmy, przez ulubieńca wszystkich Roberto di Matteo), a potem agresją odpowiadał na agresję. Kibicom wypominał, że śpiewają przeciw niemu zamiast śpiewać dla piłkarzy. Pracodawcy wyrzucał, że zatrudnianiem trenera tymczasowego – ostentacyjnie tymczasowego – drużynę destabilizował, zamiast dawać jej stabilność, czyli fundament sukcesu.

I sezon mijał wedle prostego schematu. Jeśli Benítez mylnie wyselekcjonował jedenastkę, straceńczo zwlekał ze zmianami, zmieniał niezrozumiale lub popełniał jakikolwiek błąd, to popełniał grzech ciężki. Jeśli błędu uniknął, to chwała wam, piłkarzom.

Dzisiaj, trzymając się wspomnianej logiki, przeszkodzić piłkarzom nie zdołał. W ogóle w Lidze Europejskiej przeszkadzał im chyba umiarkowanie, skoro turlali się od rundy do rundy. Aż zdobyli trofeum.

Z Londynem rozstanie się w chłodzie, bez odciśnięcia na drużynie piętna i nadania jej całkiem nowego kształtu, zniechęcającego następcę do radykalnych ruchów (choć sytuację niewątpliwie uporządkował). I nawet jeśli w przyszłości David Luiz zapanuje nad środkiem boiska i tam spełni się jako piłkarz, może nawet stanie się legendą Chelsea, pewnie mało kto wspomni, że to właśnie Benítez postanowił odepchnąć go od defensywy (poprzednicy tylko takie posunięcie rozważali). Powtórzmy: Hiszpan miał do odbębnienia rolę p.o. trenera, którego szwendanie się trzeba jakoś przecierpieć. Dzisiejszy triumf to tylko przyjemny skutek uboczny przykrości, jaka dotknęła kibiców Chelsea.

Mnie ów skutek uboczny przypomniał jednak przede wszystkim, jak rewelacyjną wydajność demonstruje Benítez przez całą karierę. Gdybyśmy oceniali kompetencje trenerów przez ich umiejętność odnajdywania się w różnych kulturach i na różnych poziomach sportowych, niełatwo byłoby wskazać godnego konkurenta – Hiszpan dwa kluby wyniósł z drugiej do pierwszej ligi hiszpańskiej (Extremadura, Tenerife), w trzech krajach zdobywał trofea (Hiszpania, Anglia, Włochy, znów Anglia), z aż trzema drużynami wygrywał europejskie puchary (Valencia, Liverpool, Chelsea).

Tego ostatniego wyczynu dokonał w XXI wieku tylko on. Jak na znienawidzonego przybłędę, całkiem nieźle.

Co nie znaczy, że czarny charakter nie narobił złego – Roman Abramowicz dostał kolejną szkołę futbolowego życia. Znów się upewnił, że może do woli i bez sensu wywijać trenerami, może nawet seryjnie wynajmować „tymczasowych”, a jakieś trofeum i tak zawsze mu wpadnie.

niedziela, 13 stycznia 2013

Wypychania z Chelsea Franka Lamparda powinni się spodziewać wszyscy, którzy obserwują strategię personalną właściciela. Atletów wagi ciężkiej Rosjanin wymienia od kilku lat na sztukmistrzów wagi lekkopółśredniej, zaludniając szatnię piłkarzami wyjętymi z najwydajniejszego w szkoleniu Półwyspu Iberyjskiego oraz będącej największym futbolowym eksporterem Brazylii. Eksplorowanie tej ostatniej nadzoruje Giulio Bertolucci - szara eminencja w klubie, handlarz żywym towarem wielokrotnie podejrzewany o nieczystą grę, niegdyś współpracownik osławionego agenta Kia Joorabchiana, generalnie wyglądający na idealnego partnera w interesach dla Romana Abramowicza. To on na różne sposoby pośredniczył w transferach Ramiresa, Davida Luiza, Lucasa Piazona oraz Oscara. I popośredniczy jeszcze nie raz, skoro Stamford Bridge przeobraża się w latynoską wyspę.

Krew i kość angielskiego futbolu ustępuje krwi, by tak rzec, błękitnej, jutro na chwałę Chelsea będą fechtować szermierze subtelniejsi niż husaria, która do triumfów parła wczoraj, więc w roku 2012 poszedł sobie precz Didier Drogba, w roku 2013 wyleci Frank Lampard, a w roku 2014 być może wyproszony zostanie John Terry. Wszyscy reprezentują przeszłość, w dodatku zagarnęli zbyt wiele władzy. I ponoć sabotowali byłego już trenera Andre Villasa-Boasa, który miał wprowadzać rekonstruowaną drużynę w przyszłość. Bunt się powiódł, intruza wydalono.

Abramowicz gwałtownie szamocze się w obsadzaniu pozycji trenera, ale w szatni preferuje spokojną ewolucję, i to pomimo zamiarów zdecydowanie rewolucyjnych. Wprowadza zupełnie nową kulturę gry, tę z planety chuchrowatych Juana Maty i Edena Hazarda. Wprowadza za wszelką cenę. Tylko jego klub w Europie od niemal dekady inwestuje dziesiątki milionów sezon w sezon (najoszczędniej działał latem 2009 roku, wydał wówczas „zaledwie” 25 mln euro), a teraz czytamy, że Pepowi Guardioli proponuje posadę za 22 mln rocznie. Gdyby Katalończyka przekonał - w co wątpię - po raz pierwszy w historii najwyżej opłacanym gwiazdorem w futbolu nie byłby gracz, lecz trener.

Niestety, rosyjski multimiliarder zmienia nie tylko kulturę gry. Przy okazji depcze całą kulturę angielskiego futbolu, do której wtargnął. Gardzi definicją klubu jako wspólnoty - znacząco różnej od bezdusznego przedsięwzięcia biznesowego, wyznającej wartości spoza prostych reguł biznesowych. Kiedy usuwa Lamparda, usuwa legendę Chelsea w sensie sportowym, ale także gracza silnie związanego emocjonalnie z fanami.

Chyba nikt w Europie tak kompletnie - i głęboko - jak ci ostatni nie odczuwa konsekwencji inwazji zagranicznych właścicieli na kluby piłkarskie najbardziej renomowanych lig. Dostają londyńscy kibice wszystko to, co w zjawisku najlepsze, i wszystko to, co najgorsze, luksusowe prezenty coraz częściej bywają opakowane przykrymi skutkami ubocznymi. Oklaskują triumfy międzynarodowe i krajowe, znienacka spadły im z nieba przygody, o których nie ośmielali się nawet marzyć. Zarazem jednak tracą poczucie, że klub współtworzą. Że ich emocje mają jakiekolwiek znaczenie. Jeśli nawet jest trochę prawdy w plotkach, że właściciel Chelsea niekiedy kilku przedstawicieli fanów przyjmuje, to w istocie ich istnienie wyniośle ignoruje. Nie widzi potrzeby, by z jakichkolwiek decyzji się tłumaczyć.

Inni się tłumaczą. Strukturą zarządzania kluby mocno się różnią, łączy je to, że ludzie odpowiedzialni za kwestie sportowe zazwyczaj informują, dlaczego postępują tak lub inaczej. Prezesi Barcelony i Realu Madryt komunikują się z tłumem w kampaniach wyborczych, Włosi regularnie przesłuchują publicznie dyrektorów oraz właścicieli (taki Massimo Moratti komentuje niemal każdy mecz Interu), na konferencjach prasowych Manchesteru United i Arsenalu wywnętrzają się Alex Ferguson i Arsene Wenger. Abramowicz - choć trzyma pełnię władzy, wbrew wyspiarskiemu obyczajowi nie oddał jej szefowi szatni - milczy. Wywiadów nie udziela właściwie wcale (zasłaniał się kiedyś nieśmiałością), dotycząca Chelsea prasowa publicystyka w największym stopniu polega na spekulacjach i odgadywaniu z drobnych poszlak, co kombinuje właściciel. Właściciel, który nie chce uznać, iż zakup klubu, w przeciwieństwie do zakupu jachtu, oznacza, że kupujący staje się częścią pewnej społeczności. Że pozbywaniu się najbardziej szanowanych piłkarzy bliżej do wyrzucania z domu członka rodziny niż wynoszenia starych mebli. Intensywnego kontaktu z drużyną też nie potrzebuje, jeśli wczoraj sprawdzał, co się dzieje na osławionym „deszczowym, wietrznym” Britannia Stadium, to z Karaibów - zabawia się od Sylwestra, pośród hollywoodzkich celebrytów i wedle rosyjskiego obrzędu świętowania nowego roku wielotygodniowo.

Żywych symboli drużyny jak Lampard ot tak się nie wyprasza - prędzej zezwala się, by sami wybrali, kiedy zechcą ostatecznie zejść z boiska. Anglik wychował się gdzie indziej, ale przez 12 lat wrósł w Chelsea. Fundamentalnie zasłużył się przy wszystkich sukcesach, podbijał trybuny walecznością, niezłomnością i pazernością na grę (uczestnictwo w rekordowych 164 ligowych kolejkach z rzędu), z godnością znosi malejącą rolę w drużynie - choć wciąż ma dryg do zadawania rozstrzygających ciosów i kierowania partnerami, to wolniej biega i już nie ładuje energią całego środka pola jak przed laty. Jeśli tolerujesz nieskończoną nieudolność Fernando Torresa, tym bardziej wypada, byś szanował nieskazitelną niezawodność Lamparda.

Nietykalnych w Chelsea jednak nie ma. Abramowiczowi zapewne nie przyjdzie do głowy, że upuszcza krew, dotyka spraw najdelikatniejszych, oddala trybuny od boiska. On wykonuje zwyczajne posunięcia biznesowo-kadrowe, rutyniarze od korporacyjnej nowomowy zastosowaliby pewnie liryczny termin „restrukturyzacja”. A w procesie restrukturyzacji, jak wiadomo, sentymenty się nie mieszczą. Roberto Di Matteo zrobił swoje, Roberto Di Matteo może odejść, teraz na złość wezwiemy grubego hiszpańskiego kelnera Rafę Beniteza, niech się tłuszcza skupi na płaceniu za karnety i doceni, że funduję jej show, kładąc nań znacznie cięższy szmal niż uciułany w kasach biletowych.

Rosjanin początkowo stąpał ostrożnie. Nie spieszył się ze zwolnieniem Claudio Ranieriego, następcy Jose Mourinho dał pełną autonomię, nie ingerował w manewry transferowe. Z czasem się jednak ośmielił - zaczął wpychać do szatni niezamawiane prezenty (Andrij Szewczenko), trenerów traktował w sposób nieprzystający do standardów Premier League (w pięć lat zatrudnił siedmiu), szczątkowego szacunku nie zdołał okazać nawet triumfatorowi Ligi Mistrzów (wielbionemu już za karierę zawodniczą), aż dotarł do spodziewanego rozstania z graczem legendą. Decyzje związane z Di Matteo, Benitezem i Lampardem wyglądają niemal jak świadome rozdrażnianie tłumu. W Chelsea jest coraz mniej Chelsea, Abramowicz pędzi ku momentowi, w którym pozostanie mu już tylko zmodyfikować klubowy szyld.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Najcenniejsze berło świsnęli piłkarze Chelsea, ale nikt nie uznał ich władzy. Gwałtowne rozruchy na szczytach wybuchły jesienią roku minionego, w bieżącym pretendentów do tronu jeszcze się namnożyło.

Najlepszej klubowej drużyny roku nie wyłoni najbardziej przebiegły specjalista od rebusów, w losach triumfatora Ligi Mistrzów dostrzeżemy prędzej spektakularną opowieść o tym, ile w sporcie znaczą przypadek, niewykrywalny okiem nieuzbrojonym detal oraz siła woli atlety, który wykonuje swoją ostatnią misję w życiu.

Moment, który wpił się w pamięć na zawsze: mija 88. minuta finału, finał dzieje się na stadionie monachijskiego rywala, Bayern dotąd bez wytchnienia oblegał wrogie pole karne, teraz wreszcie próbują wyprowadzić cios londyńczycy, wykonują swój pierwszy i jedyny (!) tego wieczoru rzut rożny. Pod bramkę nadciąga zwalisty napastnik, którego jakby wbrew przytłaczającej sylwetce niejednokrotnie widzieliśmy spłakanego. Tym razem całe pole karne należy do niego. Ściąga buzującą tam energię, wszyscy patrzą obezwładnieni, gdy Didier Drogba odrywa się od ziemi i strzela na 1:1.

A potem było już jak przez cały sezon. Chelsea przeżyła dogrywkę i wbrew logice zwyciężyła. Jak w półfinale, gdy wbrew logice przeżyła bombardowanie barcelońskie. Jak w 1/8 finału, gdy sensacyjnie odrobiła straty poniesione w Neapolu. Jak w fazie grupowej, gdy awansowała dopiero w ostatniej kolejce, po pokonaniu Valencii.

We wszystkich przywołanych meczach gole strzelał Drogba. We wszystkich zostawał bohaterem. On, który fundamentalnie zasłużył się także dla zdobycia innego tegorocznego trofeum londyńczyków - Pucharu Anglii. Poza tym nie istniał. Wiosną w Premier League uciułał dwie bramki, jesień przeputał na chińskim wygwizdowie.

Był emanacją całej Chelsea, która też nie istniała, gdy znikał napastnik z Wybrzeża Kości Słoniowej. Wiosną w krajowej lidze zeszła na piąte miejsce, najniższe w erze Abramowicza, latem boleśnie oberwała od Atletico Madryt (1:4) w Superpucharze Europy, jesieni w LM nie przetrwała jako jedyny obrońca trofeum w historii, w przededniu zimy uległa w klubowych mistrzostwach świata Corinthians. Gdziekolwiek poszła, wdepnęła w klęskę. Triumf najważniejszy nie oddawał jej rzeczywistej siły, lecz skalę determinacji kilku wybitnych osobistości - poza Drogbą jeszcze Franka Lamparda i Johna Terry’ego, ale także Petra Czecha - które poczuły, że mają ostatnią szansę, by wysadzić w powietrze resztę świata. I tygodniami magazynowały energię. Na Barcelonę, Bayern, na jedyny rzut rożny w finale. Przez cały rok 2012 wygrali londyńczycy zaledwie 62 proc. meczów.

W 68 proc. meczów zwyciężył Juventus Turyn, absolutny hegemon we włoskiej Serie A, który powrót do Champions League uczcił triumfem w znakomicie obsadzonej grupie. W 67 proc. meczów zwyciężał madryckie Real, który w kraju zdetronizował Barcelonę, a 69 proc. madryckie Atletico, które wiosną i jesienią mknie przez Ligę Europejską. W 69 proc. meczów triumfował Bayern, w 70 proc. - Borussia.

Podany kwintet tworzy grono moich nominowanych do wyróżnienia dla drużyny roku. Na każdej kandydaturze widać wyraźne skazy, od popisów średnich do znakomitych zataczali się ostatnio wszyscy potentaci.

Stosunkowo najstabilniej szli chyba mistrzowie i wicemistrzowie Bundesligi, ze wskazaniem na monachijczyków, którym zabrakło sekund, by pozbawić nas wszelkich wątpliwości. Gdyby przepchnęli wówczas Chelsea, wzięliby łup najcenniejszy, a także wicemistrzostwo Niemiec, finał Pucharu Niemiec, Superpuchar Niemiec, bezdyskusyjne panowanie w kraju jesienią, wygranie grupy w Champions League. Ścigający Bayern dortmundczycy uświadamiają natomiast, jak zakotłowało się w czołówce. I to wcale nie dlatego, że w poprzedniej edycji LM pozwalali się wielobramkowo okładać nawet Pireusowi i Marsylii, a w obecnej stłukli Real i Manchester City. Bardziej zdumiewa, że filarami klubu pasowanego na faworyta rozgrywek są Polacy. Trzej Polacy.

Nie wymieniłem dotąd Barcelony, choć nadal wygrywa najczęściej, i to zdecydowanie - w 78 proc. meczów. Jej projekt się nie wypalił. Nikt nie wynalazł środka neutralizującego jej sposób gry, nikt nawet nie próbuje go kopiować, a oryginał nie przestał ewoluować, czego szokujący dowód mieliśmy w niedawnym meczu w Glasgow. Katalończycy ustanowili tam rekord LM w czasie utrzymywania piłki, by przegrać z Celtikiem 1:2.

Tiki-taka oczywiście nie gwarantuje zwycięstw, lecz je uprawdopodabnia. Bardziej niż jakikolwiek inny styl gry. Barcelona ostatnio albo zdobywa Puchar Europy, albo odpada dopiero w półfinale - kiedy rywal walczy z nadludzkim poświęceniem, wytrzymuje 90 minut w totalnym skupieniu i taktycznej pedanterii, maksymalnie wykorzystuje pojedyncze szanse. I stopi wszystko domieszką szczęścia. Wystarczy zresztą posłuchać trenerów oraz piłkarzy, oni wciąż wynoszą katalońską drużynę ponad wszystkie.

W półfinale zawiódł Leo Messi, który nie strzelił rzutu karnego. On zareagował odwrotnie niż Drogba - okrągły rok tłucze gola za golem, z każdym miesiącem staje się maszyną wyższej generacji, ale w najważniejszej chwili nawalił. Gdybyśmy Złotą Piłkę przyznawali za całokształt w sensie ścisłym, odmierzając każde kopnięcie, byłby pretendentem jedynie słusznym. Gdybyśmy szukali dotknięć piłki najcenniejszych, musielibyśmy serio obdyskutować kandydaturę snajpera z Wybrzeża Kości Słoniowej - w rozważaniach w ogóle pomijanego.

Z 11 metrów chybił w półfinale Messi, chybił Cristiano Ronaldo, chybił w finale Arjen Robben. Najjaśniejsze gwiazdy Barcelony, Realu, Bayernu. Kto wie, czy gdyby choć jeden trafił, o Chelsea w ogóle byśmy dziś jeszcze pamiętali/dyskutowali.

Ale trafił z karnego tylko największy bohater Chelsea. Wyobraźcie sobie, że nie strzela pierwszego ani nie poprzedza asystą ostatniego gola w rewanżu z Napoli. Anglia zostałaby wówczas zdmuchnięta z powierzchni muraw, nie miałaby nikogo ani w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, ani w ćwierćfinale Ligi Europejskiej. Drogba udźwignął na swoich barkach honor całej Premier League, dopiero przed chwilą strąconej ze szczytu rankingu UEFA.

środa, 05 grudnia 2012

Chelsea, Liga Mistrzów

Pamiętacie tamtą małpę, która inwestowała w giełdowe akcje i po ruchach na chybił zarabiała więcej niż wielu zawodowych analityków? Jej, że tak powiem, strategię przypominają mi kolejne decyzje menedżerskie Romana Abramowicza. Ponieważ za ciężki szmal skupuje Rosjanin piłkarzy najwyższej klasy, to nawet przy losowym dobieraniu trenerów w losowo wybranych momentach musi mu się co pewien czas trafić sukces. Sukces nawet na miarę awansu do finału Ligi Mistrzów (podpisanego przez trenera anonimowego i tymczasowego) lub wręcz triumfu w Lidze Mistrzów (odniesiony w najbardziej sensacyjnym momencie, rzecz jasna z trenerskim nowicjuszem).

Właścicielowi Chelsea niełatwo pojąć, że w futbolu konkurencja jest nieco mocniejsza niż w dziewiczych czasach rosyjskiej prywatyzacji, więc w cnocie cierpliwości się nie ćwiczy, trenerów wykopuje, kiedy mu się zachce, nie dba o styl, od śledzenia jego żonglerki można dostać małpiego rozumu. Abramowicza uważam za szkodnika, jak szkodnika widziałem w Józefie Wojciechowskim, byłego już na szczęście właściciela Polonii Warszawa. Obaj obniżają standardy, obaj są mentalnymi bliźniakami różniącymi się głównie skalą - polski byznesmen ma mniej pieniędzy, za to podwładnych traktował z jeszcze większą pogardą. No i deptał wszystkich - także graczy - podczas gdy Abramowicz skupia się na trenerach. Dlatego spodziewam się, że szanujący się, wybitni fachowcy zaczną mu wreszcie odmawiać.

Ćwierkałem już na Twitterze, że kiedy zastanawiam się, jak mogą przebiegać kombinacje myślowe wirujące pod kopułą Romana, dochodzę do wniosku, że mógł nabrać przekonania, iż zarządza Chelsea znakomicie. Spójrzcie na jego bilans w Lidze Mistrzów: jeden triumf, jedna porażka w finale, cztery półfinały, jedno odpadnięcie w rundzie grupowej. A teraz spójrzcie na bilans z tego samego okresu Manchesteru United, tego królestwa stabilizacji: jeden triumf, dwie porażki w finale, jeden półfinał, dwa odpadnięcia w rundzie grupowej. Nieźle tutaj menedżer Abramowicz wypada, co?

W tym roku londyńscy piłkarze kopiują styl szefa wszystkich szefów, rozhuśtali się na całego, niejedna małpa by im pozazdrościła wywijasów. Czasem biorą Puchar Europy, czasem zostają pierwszymi jego obrońcami w erze Champions League, którzy nie przetrwali w następnej edycji do wiosny. Co będzie jutro albo pojutrze, nie wiadomo, zdezorientowani fani Chelsea żyją w nieustającej niepewności, nie mają prawo wykluczyć żadnej opcji, ja bym był tylko lekko zdziwiony, gdyby Abramowicz pewnego dnia oddał piłkarzy w łapy szympansa - oczywiście wyłącznie szympansa najsławniejszego na planecie, oczywiście pod warunkiem, że szympans zażąda tłustego kontraktu.

wtorek, 20 listopada 2012

Trwa szalony rok londyńczyków. Szalony nie tylko dzięki triumfowi w Lidze Mistrzów, który spadł im z nieba akurat wtedy, kiedy utracili reputację dyżurnych faworytów, i to spadł po hipnotyzujących zjawiskach atmosferycznych - odniesionych w cudownych okolicznościach zwycięstwach nad Napoli i Barceloną. Działo się i dzieje na Stamford Bridge znacznie więcej, nie ma na europejskich szczytach klubu, którym tarmosiłyby porównywalnie radykalne zmiany.

Wykatapultowanie Didiera Drogby poza mur chiński oraz postępujące marginalizowanie Franka Lamparda rozbiły trójcę najświętszą, którą wymienieni tworzyli z kapitanem Johnem Terrym, też ostatnio nieobecnym, bo złamanym przez kontuzję. Wraz z innymi ruchami - od zakupu Hazarda (21 lat), Oscara (też 21), Mosesa (22) i Azpilicuety (23), przez odepchnięcie od boiska Maloudy, po sprzedaż Kalou czy Bosingwy - te manewry przeobraziły drużynę uchodzącą za podstarzałą w grupę chyba najmłodszą w kontynentalnej czołówce. A wszystkie kadrowe konwulsje sprowokowały do poszukiwania nowego stylu gry. Bardziej uwodzicielskiego niż poprzedni, opartego na intensywniejszym trzymaniu futbolówki i nadpobudliwej ruchliwości rozdryblowanych graczy ofensywnych, o jakże odmiennych kształtach niż gladiator z Wybrzeża Kości Słoniowej, który oddziaływał jak silne pole magnetyczne, przyciągające piłkę w niemal każdym natarciu.

W Turynie piłkarze Chelsea zachowywali się chwilami jakby zatęsknili do udanej kampanii wiosennej, z której pamiętamy ich przede wszystkim z heroicznych walk o przetrwanie. Zarazem jednak trener Roberto Di Matteo wepchnął ich w zupełnie nowe ustawienie - być może najbliższe konfiguracji 4-3-2-1, z Azpilicuetą raczej w roli półprawego pomocnika niż prawoskrzydłowego. Jak szalejemy cały rok, to poszalejmy i w kluczowym meczu jesieni.

Tak czy owak londyńczycy nawet przez moment nie wyglądali na ludzi, którzy wiedzą, jak przeciwstawić się Juventusowi. Zwłaszcza na tle akurat tego rywala rzucało się w oczy, że nie odgrywają ćwiczonych do śmierci z zanudzenia schematów, tymczasem gospodarze operują w sposób wybitnie zaplanowany. Chelsea wygrała jesienią sporo meczów, ale wygrała je w sporej mierze dzięki indywidualnej klasie swoich gwiazd, moim zdaniem wyraźnie jaśniejszych niż turyńskie, zresztą także dziś jej piłkarze wypadali okazalej w pojedynkach indywidualnych. Kiedy zderzała się międzynarodowo, z przeciwnikiem doskonale zorganizowanym, robiło się źle (1:4 z madryckim Atletico w reżyserii Diego Simeone, bardzo szczęśliwie zremisowany dwumecz z Szachtarem obmyślonym przez Mirceę Lucescu).

0:3 z Juve to szokująca kulminacja czarnej passy. Turyńczycy oddali na londyńską bramkę 13 strzałów, więcej niż ktokolwiek inny w pojedynczym meczu w bieżącej edycji Ligi Mistrzów. Chelsea utrzymuje formę w tym sensie, że nadal wpycha kibiców w stany ekstremalne. I już zaraz prawdopodobnie dotknie granic. Jeśli bowiem w Doniecku nie dojdzie do kolejnej klęski żywiołowej - remis Szachtara z Juve daje awans obu stronom - to piłkarze Roberto Di Matteo będą pierwszymi obrońcami trofeum, który nie przetrwa w Lidze Mistrzów jesieni. A włoski trener, jak każe nam sądzić wspomnienie odruchów Romana Abramowicza, zostanie wylany. Kilka miesięcy po triumfie w Champions League. Tego też jeszcze nie było.

poniedziałek, 21 maja 2012

Chelsea, Liga Mistrzów, Roman Abramowicz

Jeszcze dopisałem jeden pofinałowy felietonik do „Gazety”, w końcu puchar wzięty przez piłkarzy Chelsea wielu kibiców wpycha w ręce Romana Abramowicza, a to nie jest zbyt estetyczna historia. Zainteresowani niech klikną tutaj.

niedziela, 20 maja 2012

Liga Mistrzów, Chelsea, Bayern

U sportowców zazwyczaj cenimy pewność siebie, a Chelsea to triumfator pokorny, który i w półfinale, i w finale uznał rywali za zbyt mocnych, by powalić ich w otwartej walce. Przez ostatnie 300 minut Ligi Mistrzów piłkarze Roberto Di Matteo modlili się o przetrwanie. Czasownika „modlili się” używam świadomie, kiedy z rzutu karnego strzelają Messi albo Robben, to taktyką już niczego nie zwojujesz, bramkarz większy niż bramka też nie zawsze wystarczy, więc odwołujesz się do najwyższej instancji - futbolowego boga lub bogów, szczerze wyznaję, że w obsadzie tam na szczytach orientuję się słabo.

Chętnie myślę o sobie jako chłodnym racjonaliście, ale doskonale rozumiem, dlaczego ludzie piłki są przesądni, i to nierzadko do absurdu. Ba, im więcej wieczorów jak dzisiejszy, tym prędzej tego zrozumienia mi przybywa.

Zwierzałem się już na Twitterze, że przeświadczenie o nieuchronności triumfu Chelsea prześladowało mnie od dawna, nie opuściło mnie po golu Muellera, nie odeszło po objęciu przez Bayern prowadzeniu w rzutach karnych. Prześladowało mnie, bo cała wiosna przebiegała tak, jakby siły wyższe postanowiły wynagrodzić londyńczykom wszystkie krzywdy z sezonów minionych.

Wielokrotnie przywoływałem na blogu długą listę drobniuteńkich, niewidocznych nieuzbrojonym okiem drobiażdżków, które dzieliły Chelsea od wielkich zwycięstw w Lidze Mistrzów. Jeśli nie wygrywała w najważniejszych momentach wtedy, gdy była machiną do wygrywania, to także dlatego, że brakowało jej niezbędnego w sporcie łutu szczęścia.

Tamte nieszczęśliwe incydenty były rozłożone w czasie, przeszkadzały na dystansie wielu lat. Incydenty szczęśliwe, które pomogły jej zwyciężyć teraz, gdy dawna machina do wygrywania rzęzi, różnią się od tamtych tym, że stłoczyły się w jednym sezonie.

Owszem, trzeba docenić poświęcenie (kilkanaście zablokowanych strzałów w finale!) oraz taktyczną przebiegłość londyńczyków. Jak byśmy jej jednak nie doceniali, nie da się wyprzeć z pamięci, że w w 1/8 finału przepchnęli debiutujące w elicie Napoli dopiero w dogrywce; że w półfinale karnego zmarnował Leo Messi, który w tym sezonie ustanowił absolutny snajperski rekord wszech czasów; że Barcelona cztery razy (!) okładała piłką londyńskie słupki i poprzeczki; że do strzelenia jej trzech goli wystarczyły im trzy celne uderzenia; że w finale karnego zmarnował Robben; że wyrównującą bramkę Didier Drogba zdobył po pierwszym w meczu rzucie rożnym. I wreszcie ta niesamowita seria jedenastek, w której najpierw prowadzenie objęli monachijczycy... Nic dziwnego, że Gary Neville w telewizji Sky Sports wrzeszczał po rozstrzygającym kopie Drogby, że to „wszystko było zapisane w gwiazdach”.

Pewnie wypadałoby postękać, że Liga Mistrzów wyłoniła najsłabszego zwycięzcę od lat, tę opinię trudną byłoby podważyć sensowną argumentacją. Ale w futbolu liczą się trofea, cała reszta to publicystyka, może co najwyżej pocieszać przegranych. Zanim pomarudzimy, podziwiajmy Drogbę, atletę monumentalnego. Podziwiajmy Obi Mikela, cichego bohatera wieczóru. I Petra Cecha, być może najlepszego gracza całej edycji Ligi Mistrzów.

Przegrywali wtedy, gdy na triumfy „zasłużyli”, to wygrali wtedy, gdy „nie zasłużyli”. Tak, bogowie futbolu muszą być szaleni.

sobota, 19 maja 2012

liga Mistrzów Bayern - Chelsea

Obsadę ostateczne starcie w Lidze Mistrzów ma zdumiewającą. I dla gospodarzy z Monachium, i dla piłkarzy z Londynu jest ostatnią nadzieją na ocalenie sezonu.

Zwieńczenie najważniejszych europejskich rozgrywek szlagierem El Clasico wydawało się nieuniknione, prognozowali je niemal wszyscy, od zaangażowanych emocjonalnie ekspertów po chłodno analizujących bukmacherów. Ale półfinały przebiegały sensacyjnie. Real Madryt został pobity przez Bayern po rzutach karnych, Barcelonę zatrzymała Chelsea.

Najradykalniejsi w opiniach powiedzą, iż tegoroczna edycja Champions League wyłoniła finalistów skandalicznie wątłych, może wręcz niegodnych meczu o Puchar Europy. I to nie tylko dlatego, że obaj się wykrwawili - zdyskwalifikowani za kartki są David Alaba, Holger Badstuber, Luiz Gustavo (Bayern) oraz John Terry, Branislav Ivanovic, Raul Meireles, Ramires (Chelsea).

Powątpiewać w ich klasę pomaga przede wszystkim chwiejna, znaczona bezlikiem wpadek forma oraz kiepskie wyniki w rozgrywkach krajowych. Londyńczycy skończyli ligę angielską na szóstym miejscu, więc mogą przelicytować wyczyn Liverpoolu, który w 2005 roku triumfował na kontynencie po zajęciu pozycji piątej w Premier League. Monachijczycy natomiast po raz drugi z rzędu oddali tytuł w Bundeslidze (co nie przytrafiło im się od połowy lat 90.), by następnie pozwolić się zrównać z murawą w finale Pucharu Niemiec. W obu przypadkach przećwiczyła ich Borussia Dortmund, której cała podstawowa jedenastka kosztowała mniej niż dowolny z najdroższych gwiazdorów Bayernu.

Te wszystkie niepowodzenia sprawiają, że dla każdego z finalistów dzisiejsza porażka byłaby trudna do zniesienia.

Monachijczycy w kolejnych w tym sezonie rozgrywkach utknęliby tuż przed samym szczytem, a właściciel londyńczyków Roman Abramowicz, opętany marzeniem o triumfie w LM, musiałby się pogodzić z sezonem (2012/2013), w którym jego drużyna w ogóle nie zostałaby do LM zaproszona. Czekałby ją czyściec Ligi Europejskiej. Dla potęg o wielkich aspiracjach opisane okoliczności oznaczają jedno - kryzys.

Chelsea pozostaje ostatnią z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Wszystkie superdrużyny - od Realu i Barcelony po Milan i Manchester Utd - już je wzięły, londyńczycy mieli go w najlepszym razie na wyciągnięcie nóg. W 2005 roku odpadli w półfinale po klinczu z Liverpoolem, który przyniósł ledwie jednego gola, w dodatku uznanego niesłusznie. W półfinale 2007 r. - po remisie w dwumeczu z Liverpoolem i serii jedenastek; w finale 2008 r. - po remisie z Manchesterem i pudle z rzutu karnego Johna Terry'ego, który się przed strzałem pośliznął; w półfinale 2009 r. - po dwóch remisach z Barcą, sędziowskich kontrowersjach i golu straconym w doliczonym czasie gry. Właściwie ani razu nie przegrali, a jednak za każdym razem przegrywali.

Gdybyśmy sporządzili ranking najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie zdobyli międzynarodowego trofeum klubowego, na jej szczycie stłoczyliby się bohaterowie Chelsea. Żadnego nie wzniósł John Terry, od sezonów należący do światowej czołówki środkowych obrońców, z finału wykluczony po szalonym wybryku w rewanżu z Barceloną (kopnął przeciwnika bez piłki). Nie wzniósł trofeum Frank Lampard, przez wiele sezonów sławiony jako wybitny pomocnik. Ani Didier Drogba, nienasycony snajper wagi superciężkiej. Ani Fernando Torres, przed wielomiesięczną zapaścią również snajper zabójczy. Jeszcze tylko jeden w Europie napastnik o porównywalnej reputacji - Zlatan Ibrahimović - też zwyciężał wyłącznie w rozgrywkach krajowych.

Wymienieni to giganci wybierani w plebiscytach FIFA oraz „France Football” na najlepszych graczy na planecie. A przecież można w drużynie wskazać jeszcze innych tęskniących za ponadlokalnymi triumfami - rzadziej spoglądających z billboardów, lecz niedoścignionych w wypełnianiu zadań boiskowych. Jak bramkarz Petr Czech, lewy obrońca Ashley Cole, niezmordowany przed kontuzją pomocnik Michael Essien.

Tak wielu tak wielkich, którzy wygrali tak niewiele, znajdziemy jeszcze chyba tylko w Monachium. O ile w rezerwie Chelsea siedzi Paulo Ferreira, który zwyciężył w LM w barwach innej drużyny, a wspomniany Torres ozłocił się przynajmniej w reprezentacji Hiszpanii, to w szatni Bayernu nie znajdziecie nikogo, kto wygrałby międzynarodowo cokolwiek.

A wielu również trofeów już niemal dotykało. Zjawiskowi skrzydłowi Franck Ribery (Francja) i Arjen Robben (Holandia) ponosili porażki w finałach mundiali. Niemieckie gwiazdy Philipp Lahm, Bastian Schweinsteiger czy Gomez zakładali medale nie tylko na mistrzostwach świata, ale i na mistrzostwach Europy, ale nie złote. No i wszyscy wymienieni opuścili głowy po finale Champions League w 2010 roku...

Tak, to będzie finał drużyn, którym zagląda w oczy kryzys, ale też wspaniałych atletów, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Zdeterminowanych tym bardziej, że nokautujące ciosy wielokrotnie kładły ich wtedy, gdy byli tuż przy celu. Finał powinien być wyładowany atrakcjami, bo dyskwalifikacje uziemiły głównie graczy defensywnych, a ci, którzy mogliby ich znakomicie zastąpić, zwłaszcza w Chelsea, wybiegną na boisko niedoleczeni.

Nawet londyńczycy, tworzący najbardziej posiniaczoną drużynę nowożytnej ery w Champions League, wreszcie mają prawo do optymizmu. Mogą zakładać, że najwyższą barierę już sforsowali, że skoro uporali się z Barceloną, to nie ma powodu obawiać się Bayernu. Paradoks polega na tym, że również monachijczycy - po powaleniu bijącego strzeleckie rekordy wszech czasów Realu - mogą sądzić, iż zanosi się dzisiaj na wieczór lżejszy niż półfinałowe. Taki urok finałów sensacyjnych.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Fc Barcelona, Real Madryt, Chelsea, Bayern Monachium

Leo Messi strzelił w bieżącym sezonie klubowym 63 gole, Cristiano Ronaldo - 56. Obaj ścigali się w tempie w futbolu niespotykanym, nigdy wcześniej nie podziwialiśmy duetu snajperów, którzy tak uciekliby całej konkurencji.

Aż nadeszły półfinały Champions League. Pudło Argentyńczyka o tyle dało się (z trudem) zrozumieć, że on, pomimo swojej niewątpliwej wirtuozerii, bezbłędny w kopaniu z jedenastu metrów nigdy nie był, w Barcelonie zmarnował osiem z 33 prób. Ale Portugalczyk?! Ten cyborgowaty kiler, który nie chybił z  żadnego z ostatnich 25 rzutów karnych?

Wpadki obu goleadorów trochę ich uczłowieczyły, a Barcelonę i Real Madryt wpadki trochę upodobniły do innych drużyn. I ani myślę używać słowa mocniejszego niż właśnie „wpadka”, bo jeśli obaj potentaci zatrzymają aktualnych trenerów, to nie ma powodów oczekiwać - wbrew publicystycznej wygodzie - rychłego końca ery katalońskiej lub załamania się projektu madryckiego.

Odkąd w rywalizację na hiszpańskim szczycie zaangażował się Jose Mourinho, rywalizacja ta przeniosła się na szczyt europejski - Barcelona wygrywała ze wszystkimi, a Real wygrywał ze wszystkimi poza Barceloną. Wygrywały z nieludzką regularnością, zazwyczaj urządzając sobie snajperską fiestę. Wyjąwszy El Clasico, portugalski trener firmował w Lidze Mistrzów 17 zwycięstw oraz trzy remisy, jego piłkarze w tych meczach natłukli 56 goli. Owszem, można paplać, że roznosił miernych rywali - może raczej: niezbyt renomowanych? - ale jeśli siłę drużyn będziemy mierzyć siłą ich przeciwników, to hegemonię Barcy i Realu zakwestionować jeszcze trudniej. Kiedy hiszpańsci giganci znęcali się bowiem nad rzekomymi miernotami, Manchesterowi United opierały się zespoły klasy Basel czy Benfiki, a Bayern odpadał z poprzedniej edycji Champions League już w 1/8 finału, po dwumeczu z kompletnie rozbebeszonym Interem, by w Bundeslidze przegrywać - notorycznie, cztery razy z rzędu! - z Borussią Dortmund, w której monachijski prezes w ogóle nie dostrzega graczy światowej klasy.

Przytaknąć można mu o tyle, że w Bayernie zebrał kilku piłkarzy bezdyskusyjnie wybitnych, którzy jednak tworzą grupę równie wybitnie humorzastą i nieobliczalną. Rozrzut pomiędzy jej występami najsłabszymi a najlepszymi jest skandaliczny (wspomnijcie 0:1 i 7:0 z Basel czy kilka porażek w kraju), w Barcelonie czy Realu niespotykany. To też sprawia, że nie znajdziemy kryterium, wedle którego w sezonach minionym i trwającym nikt nie mógł - aż do teraz - się do hiszpańskich mistrzów porównywać. A kiedy już poległy, to po sprawdzeniu finiszu fotokomórką. Dotyczy to zwłaszcza piłkarzy z Madrytu, kierowanych przez specjalistę od półfinałowych dreszczowców - zazwyczaj albo je minimalnie wygrywa i zdobywa potem trofeum (2010, 2004), albo je minimalnie przegrywa (2005, 2007, 2012). Nawiasem mówiąc, jeśli dołożymy jeszcze porażkę z Barcą w roku 2011, bilans Mourinho urośnie do fenomenalnego - sześć półfinałów w ośmiu występach w Champions League!

Nie wiem, w jakim stopniu na sensacyjne rozstrzygnięcia w bieżącej edycji wpłynęło nieszczęsne usytuowanie El Clasico pomiędzy półfinałami, niech decydują o tym specjaliści od wyrysowywania rzeczywistości alternatywnych. Wiem tylko, że skład finału nie tylko ze względu na pokiereszowane zawieszeniami za kartki kadry wygląda chyba najbardziej zdumiewająco od 2004 roku. Zmierzą się w nim szósta aktualnie drużyna ligi angielskiej, która w minionym sezonie była tej ligi tylko wicemistrzem, z drugą aktualnie drużyną ligi niemieckiej, która w minionym sezonie też była tylko trzecia. Mistrzów byłych albo przyszłych tu nie znajdziecie, co więcej, także w Champions League Bayern oraz Chelsea potykały się i w fazie grupowej, i w fazie pucharowej (4 porażki), a londyńczycy balansowali na krawędzi już w 1/8 finału, gdy dopiero w dogrywce powalili debiutantów z Napoli.

Ocalili ich wówczas Terry, Lampard i Drogba. Wspaniali atleci, dla których Puchar Europy wciąż ma kształt niespełnionych marzeń. Chelsea to ostatnia z wielkich futbolowych firm początku XXI wieku bez najcenniejszego klubowego trofeum. Ma go w dorobku tylko jeden jej gracz - Paulo Ferreira (w barwach innej drużyny), w szatni Bayernu takiego szczęśliwca nie znajdziecie. Czyli zamiast finału piłkarzy, którzy powygrywali już wszystko, mamy finał piłkarzy, którzy trofeum za triumf w Lidze Mistrzów oglądali tylko z daleka.

środa, 25 kwietnia 2012

I znów to samo, znów co kwadrans słyszę kolejnego egzaltowanego wrażliwca rozczulającego się nad krzyczącą niesprawiedliwością, która nie pozwoliła wczoraj Barcelonie zwyciężyć. Zaczął tuż po meczu trener Jan Urban - zdiagnozował w nSporcie, że porażkę właśnie poniosła „piłka nożna”, nie wyjaśniając, dlaczego drużyna katalońska miałaby w większym stopniu reprezentować „piłkę nożną” niż drużyna londyńska. A dzisiaj tę popularną, niestety, konstatację kolportują w telewizorach i realu.

Mam déjà vu. Podobnych lamentów wysłuchiwałem przed dwoma laty (choć różnica jest, wówczas piłkarzy Interu uznano niemal za zbrodniarzy, którzy zmasakrowali futbol, teraz lud składa hołd defensywnej ofiarności londyńczyków). Oba dwumecze łączy wiele drobiazgów: jak Chelsea zremisowała, mimo że faworyt objął prowadzenie, tak Inter zwyciężył u siebie, choć faworyt również objął prowadzenie; jak Chelsea straciła piłkarza w rewanżu, tak stracił go Inter; jak Chelsea wygrała w dwumeczu 3:2, tak wygrał 3:2 Inter. I oczywiście oba zespoły awansowały do finału Ligi Mistrzów.

Wiosną 2010 roku rywalizacja toczyła się na wyższym poziomie sportowym niż teraz, ale wczorajszy wynik właściwie nie powinien specjalnie zaskakiwać - nigdy nie pokonała londyńczyków Barcelona pod Guardiolą, nigdy nie strzelił im gola Leo Messi, choć próbował osiem razy. Znaczy w Chelsea upichcili całkiem skuteczną miksturę antykatalońską.

Ale ja zajrzałem tutaj tylko po to, żeby włożyć linka do własnej notki sprzed dwóch lat - pod nieco prowokacyjnym, przyznaję, tytułem „Jaki ten Inter piękny”. Skoro dziś słucham tej samej paplaniny, co wtedy, to nie chce mi się płodzić nowej odpowiedzi, zwłaszcza że tamta zachowała aktualność. Tych, którzy niepotrzebnie kliknęli, przepraszam, ale zirytowałem się i nie wytrzymałem. Zainteresowani niech klikną tutaj.

Archiwum
Tagi