Wpisy z tagiem: Chelsea

środa, 01 marca 2017

Chelsea Global Football Club

Państwa wciąż istnieją, ale wiadomo, że rzuciły im wyzwanie globalne korporacje. Komercyjne instytucje, które mogą nająć ludzi do pracy tam, gdzie ludzie tyrają za miejscówkę na pryczy i michę ryżu, a płacić podatki tam, gdzie nie trzeba ich płacić; które lobbują w kręgach władzy skutecznie, bo monstrualnymi łapówkami; które zyskują coraz więcej władzy również dlatego, że wpływają na nasze życie bardziej niż rządy. Ich celem jest maksymalizowanie zysku i minimalizowanie ryzyka. Jak inwestujesz, to chcesz mieć pewność, że w najgorszym razie nie stracisz.

W wersji piłkarskiej wygląda to tak, że wielka marka skupuje stado młodych zawodników, a kiedy ci nie wybijają się na poziom seniorskiej drużyny, wypożycza ich po świecie, licząc, że się wylansują i będzie ich można nie wypuścić za darmo, lecz korzystnie sprzedać.

Jak Chelsea – na początku tego sezonu miała 38 należących do niej graczy, który rozrzuciła po całej Europie. Wśród nich można wyszperać przypadki ekstremalne, o jednym z nich ćwierkałem na Twitterze – chorwacki bramkarz Matej Delač przez całą dorosłą karierę jest zatrudniony w Londynie, ale nigdy tam nie zagrał, za to od 2010 roku zwiedził osiem innych drużyn z ośmiu krajów.

Nie tylko Chelsea uprawia ten proceder, jej przykład przywołuję tylko dlatego, że właśnie wróciła stara sprawa – jej związków z Vitesse Arnhem. (Bo najbardziej zaawansowani w redukowaniu ryzyka posiadacze futbolowych korporacji przejmują jeszcze mniejsze drużyny, żeby wypożyczać piłkarzy samym sobie). O szczegółach możecie przeczytać w „Guardianie”, w ogóle przypomnę tylko, że od lat podejrzewa się, że faktycznym właścicielem obu klubów jest Roman Abramowicz, czemu on zaprzecza – znaczy zaprzecza nie tyle on, ile oficjalnie lub nieoficjalni wynajęci przez niego zarządcy. Jeden z nich, Merab Jordania, po wrogim rozstaniu z Vitesse twierdził nawet, że Vitesse może wygrywać, ale nie za bardzo, by nie awansowało do Ligi Mistrzów – przepisy zabraniają rywalizować w tych samych rozgrywkach klubom posiadającym tego samego właściciela, więc UEFA mogłaby wszcząć śledztwa. Vitesse miało wręcz paść ofiarą sabotażu. Kiedy pruło po mistrzostwo kraju, to ponoć albo było zmuszone do osłabiania składu (wyeksportowanie Wilfrieda Bony’ego do Swansea), albo blokowano ich plany transferowe wzmacniające szatnię.

Nie wiem, ile w oskarżeniach prawdy, dochodzenie prowadzi holenderska federacja piłkarska. Interesujące jest jednak już to, że związki Chelsea z Vitesse okazują się – dzięki zdobytym dowodom – bardzo silne. Że Abramowicz rzeczywiście kontroluje oba kluby. (Zgodnie z obietnicą znów przypominam, że biznesową karierę rosyjski bogacz rozpoczął od kradzieży pociągu). Nieformalnie, ale kontroluje. A jeśli tak, to ten holenderski istnieje głównie po to, by lepiej żyło się angielskiemu, w tej konfiguracji ważniejszemu.

Trochę jak te zamorskie spółki, które korporacja zakłada, by przelać tam zyski, od których powinna odprowadzić podatek w innym kraju. Analogia jest niedokładna, ale adekwatna – firemka nie jest celem samym w sobie, firemka służy właściwej Firmie. Jak Vitesse – Chelsea. Jak Red Bull Salzburg – rywalizującej w sąsiedniej Bundeslidze drużynie RB Leipzig, tylko formalnie nienależącej do Red Bulla (opisywałem ów przykry dla austriackich kibiców związek).

Ci mniejsi są tu podnóżkami. A transfery między nimi – po angielsku nazywa się ich „żywicielami” – a klubami matkami są w istocie transferami wewnętrznymi. Przypomnę, że do Lipska przesunięto już kilkunastu graczy z Salzburga. A do Arnhem odsyła się kilku graczy Chelsea w każdym sezonie. Albo się tam rozwiną na pożądany poziom, albo przynajmniej komuś wpadną oko i ktoś wyłoży parę baniek. Ginie duch sportu, a triumfuje minimalizowanie ryzyka. I niewykluczone, że realni, ukryci właściciele klubów żywicieli manipulują składami, a tym samym wynikami rozgrywek, wbrew interesowi tych klubów. Nowoczesny futbol.

sobota, 31 października 2015

Chelsea, Jose Mourinho

I znów kopniaka, po którym José Mourinho chyba już nie wstanie, wymierzył Jürgen Klopp.

Wiosną 2013 roku stało się jasne, że najgłośniejszy trener naszych czasów opuści Madryt, gdy jego Real został wychłostany przez Borussię – z Robertem Lewandowskim w roli głównego oprawcy, nasz napastnik wbił faworytom cztery gole.

Dortmundczykami dowodził wówczas Klopp, który dzisiaj dowodzi Liverpoolem. Ale wtedy Real odpadał w półfinale Ligi Mistrzów, a w rewanżu bił się o przetrwanie do ostatniego tchu, od awansu dzieliły go centymetry. Wielki trener wielkiej drużyny przegrywał z wielką drużyną, więc dowiadywaliśmy się tylko, że ten wielki trener tym razem nie zdobędzie wielkiego trofeum. Teraz okoliczności są drastycznie odmienne – wielka drużyna (inne nie zdobywają mistrzostwa Anglii) znienacka skurczyła się do małej, nie umie wygramolić się z dołów ligowej tabeli, w dzisiejszym meczu z przeciwnikiem poddawanym właśnie rekonstrukcji wyglądała jak banda zagubionych, zahukanych prowincjuszy. Błyskawicznie strzeliła gola, by przez następną godzinę nie oddać ani jednego strzału. By w całym meczu uderzać dwa razy rzadziej niż Liverpool. By wydłubać ledwie jeden rzut rożny, przy siedmiu gości.

Nemanja Matić i Cesc Fabregas, bohaterowie bodaj najtrafniejszych transferów Mourinho podczas drugiej kadencji w Londynie, rozpoczęli w rezerwie. Eden Hazard, jedyny wirtuoz w drużynie i bohater mistrzowskiego sezonu, zszedł do rezerwy w 58. minucie. Tak wygląda Chelsea w ruinie. Tak wygląda chyba najbardziej szokujący upadek trenerski we współczesnym futbolu. Przecież Mourinho przez całą karierę nie zleciał z ligowego podium. Przecież wytykaliśmy mu raczej, że nie wygrał wszystkiego, on wydawał się wprost niezdolny do tego, by wszystko przegrywać.

Portugalczyk ma rację, gdy skarży się, że mnóstwo ludzi życzy(ło) mu klęski i czerpie z jego niepowodzeń radość. Reagują tak nie tylko z powodu jego ryzykanckiej strategii, czyli brutalnego wyszydzania rywali, zamieniania sportowej rywalizacji w wojnę i wiary w cel uświęcający środki. To normalna fabuła z tabloidowej rzeczywistości: Im wyżej idola wyniesiemy, tym z większą uciechą gawiedź będzie delektowała się jego upadkiem. A Mourinho wzleciał daleko ponad jakiegokolwiek innego szkoleniowca, najgorętsi wyznawcy jeszcze w tym sezonie upierali się, że jeśli palnął coś głupiego, to wyłącznie dlatego, że tak sobie zaplanował.

Mourinho myli się jednak, gdy obśmiewa tezę o „syndromie trzeciego sezonu”. Fakt, w Porto czy w Interze przepracował ledwie dwa, a odchodził w glorii wszechzwycięzcy. Ale wystarczy hipotezę nieco zmodyfikować, by była nie do obalenia – to trener, który po dwóch latach albo zmienia otoczenie, albo traci swój urok. I właśnie dostaliśmy najtwardsze dowody na jej słuszność, bo od samego Mourinho wiemy, że w Londynie po raz pierwszy w życiu pragnął zostać na dłużej i zbudować coś trwałego.

Jeśli zostanie wylany, pozostawi w szatni piłkarzy skonanych. I nieważne, czy zadziałał jak wampir wysysający z podwładnych energię psychiczną (u niego zawsze grasz pod wysokim napięciem), czy wycieńczył ich fizycznie (w minionym sezonie eksploatował podstawowych graczy bardziej niż ktokolwiek w europejskiej czołówce). Choć zostaniemy wkrótce zasypani analizami i teoriami, to prawdy nigdy nie poznamy, pełne intelektualne zapanowanie nad alchemią drużyny piłkarskiej przekracza możliwości naszych mózgów. Ja po wyrównującym golu Coutinho pomyślałem, że nie doceniamy wpływu na wyniki Chelsea kontuzji Thibauta Courtoisa – jego macki mogłyby sięgnąć piłki, i wcale nie chodzi o to, że Asmir Begović popełnił błąd, strzał był znakomity. To wszystko nie do sprawdzenia, pewne jest tylko to, że jeśli Mourinho straci robotę, to po jego odejściu podwładni ZNÓW, jak w Madrycie, nie wpadną rozpacz. Jego – mającego niegdyś reputację guru rozkochującego w sobie zawodników na zabój.

Bloguję na szybko w tonie pożegnalnym, bo nie wierzę, by Roman Abramowicz dłużej znosił udrękę piłkarzy i swoją, zresztą odkąd przyleciał na Stamford Bridge, uczynił stołek trenera Chelsea wyjątkowo chybotliwym. Gdyby jednak pożałował 30 mln funtów odszkodowania, które musiałby wypłacić zwalnianemu przedwcześnie trenerowi, losy ocalałego Mourinho śledziłbym zafascynowany bardziej niż kiedykolwiek w jego karierze. I stale odświeżał wspomnienie, że nie byłoby niesamowitej historii Alexa Fergusona w Manchesterze United bez decyzji właścicieli klubu wprost absurdalnej – by dać mu kolejną szansę, choć po kilku latach pracy drużyna wisiała tuż nad strefą spadkową.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dwa linki do artykułów z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”.

Felieton o hiszpańskiej Primera Division, przy której wszystkie inne rozgrywki futbolowe zdają się coraz mniejsze, oraz ekstremalnej Chelsea, przeczytacie tutaj.

Wraz z Michałem Szadkowskim postanowiliśmy też sprawdzić, po co Katarowi ten cały światowy sport. I zapytaliśmy panią, która zajmuje się tym osobliwym krajem naukowo. Wywiad znajdziecie tutaj.

piątek, 13 marca 2015

Utratę wyjątkowości przez portugalskiego trenera ogłaszałem już w styczniu – wciąż nie odmawiając mu wybitności, to byłoby absurdem – teraz chciałbym tylko dorzucić statystyczne okruchy, które tę przemianę spektakularnie ilustrują.

Mourinho właściwie od zawsze znamy jako minimalistę, który woli zwycięstwo wyścibolić, niż wydać rozkaz frontalnego ataku, skutecznie przekonywał nas o tym już przed dekadą, gdy władzę w Chelsea wziął po raz pierwszy. Londyńczycy pasjami zbierali wówczas wyniki 1:0, ale ja nade wszystko pamiętam, że prawie nigdy nie tracili bramek po przerwie, wbrew ogólnej regule –najwięcej pada ich w końcówkach, bowiem zmęczeni piłkarze częściej się mylą, a zarazem pcha ich świadomość, że mecz właśnie się rozstrzyga. W inauguracyjnym sezonie ligi angielskiej Chelsea dała sobie w drugich połowach wbić ledwie sześć (!) goli, a w następnym zachowała w drugich połowach czyste konto do ­– uwaga – 18. kolejki. Co więcej, późne ciosy zadawali jej właściwie wyłącznie rywale pomniejsi, zazwyczaj w sytuacji dla siebie już beznadziejnej. Wyglądało to tak, jakby londyńczycy, owszem, mogli nieperfekcyjnie zacząć, ale kiedy wyprał im w szatni mózgi trener, osiągali perfekcję (zwłaszcza defensywną). Podziwialiśmy wtedy Mourinho i za zdolność do obezwładnienia przeciwnika przy korzystnym wyniku, i za korygowanie gry, świetnie na bieżąco analizowanej.

Obecna Chelsea nie tyle tamtą unikalność utraciła, ile zsunęła się na przeciwległy kraniec skali.

Przeanalizujmy jej najważniejsze wyzwania bieżącego sezonu. 1/8 finału Ligi Mistrzów z Paris Saint Germain u siebie? Od 1:0 do 1:1, potem od 2:1 do 2:2. 1/8 finału na wyjeździe? Od 1:0 do 1:1. Manchester City u siebie: od 1:0 do 1:1. Manchester City na wyjeździe: od 1:0 do 1:1. Manchester United u siebie: od 1:0 do 1:1. Do tej listy można dołożyć jeszcze okoliczności odpadnięcia z Pucharu Anglii (od 2:0 do 2:4) oraz pierwszy półfinał Puchar Ligi z Liverpoolem, który udało się przetrwać w rewanżu (od 1:0 do 1:1).

Dziesięć z 12 goli straconych w wymienionych meczach rywale strzelali po przerwie. Ba, większość z nich bardzo późno: Thiago Silva w 114. minucie, David Luiz – w 86., Robin van Persie – w 90., Frank Lampard – w 85., Andrew Halliday – w 82., Mark Yeates – 90.

A pamiętacie półfinał poprzedniej edycji Ligi Mistrzów? Od 1:0 do 1:3 z Atletico, rozstrzygające gole padają oczywiście po przerwie. Pamiętacie, jak Chelsea odpadała z poprzedniej edycji Pucharu Ligi? Od 1:0 do 1:2 z Sunderlandem, rywale decydujące ciosy zadają w 88. i 118. minucie. Pamiętacie, jak Chelsea ostatecznie traci szanse na mistrzostwo kraju? Od 1:0 do 1:2 z Sunderlandem, zwycięską dla gości bramkę Fabio Borini zdobywa w 82. minucie. Przed dekadą Mourinho wytrenował drużynę, której właściwie wystarczyło objąć prowadzenie, by nabrać pewności, że wygra, teraz rządzi drużyną, której żadne, nawet wybitnie sprzyjające okoliczności, nie gwarantują niczego. I choroba postępuje.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Arrigo Sacchi się wygłupił, londyńscy kibole z dumą zademonstrowali, jak niewiele mają we łbach. Ale rasistowskie incydenty w futbolu można przekuć w incydenty wychowawczo bezcenne. Mój felieton do dzisiejszej  „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

12:07, rafal.stec
Link Komentarze (19) »
niedziela, 25 stycznia 2015

Jose Mourinho, Chelsea

Rok 2015 w futbolu stoi na razie sensacjami, a największą wywołali piłkarze trzecioligowego Bradford. Przegrywali w sobotę z Chelsea 0:2, by wbić jej cztery gole – na stadionie wroga! – i awansować do piątej rundy Pucharu Anglii.

W całokształcie twórczości José Mourinho najbardziej oszałamiają trofea – zwłaszcza sensacyjne triumfy Porto oraz Interu w Lidze Mistrzów – ale ja jego absolutną unikalność wśród najwybitniejszych trenerów widziałem przede wszystkim w morderczej regularności, tej nieustająco wysokiej gotowości bojowej, do jakiej potrafił natchnąć piłkarzy.

Jego ludzie mogli odpadać, ale nie mogli odpadać zbyt wcześnie, na 100 lat przed finałem. A jeśli już ośmielili się odpaść stosunkowo wcześnie, to z przeciwnikiem godnym ich klasy i pensji, nie anonimowymi włóczęgami z wygwizdowa. Jego ludzie mogli nie wygrać ligi, ale nie wskutek gapiostwa, wpadki z byle kim czy innego frajerstwa. Mogli przegrać, ale w granicach zdrowego rozsądku. Mourinho redukował ryzyko nieplanowanych porażek do minimum, drużyny Mourinho nigdy nie zsuwały się z pewnego poziomu – przypominały raczej oddziały robotów, które ulegają wyłącznie wtedy, gdy inaczej się nie da, niż zwykłych homo sapiens, które miewają słabsze dni. A eksploatowanym bez umiaru czołowym futbolistom, jak wiadomo, nader trudno przystępować do każdego meczu w pełnym skupieniu, zaangażowaniu, z entuzjazmem. Pamiętacie Real Madryt, który w 2010 r. wstrząsającą klęską 0:4 z trzecioligowym Alcorcónem w Pucharze Króla zwieńczył długą czarną passę w tych rozgrywkach – we wcześniejszych edycjach wykopywały go z nich trzecioligowy Real Union, Mallorca, Betis i Saragossa (1:6!), zazwyczaj bardzo prędko? Kiedy władzę w szatni wziął portugalski trener, choroba wyparowała. Natychmiast. W inauguracyjnym sezonie madrytczycy odzyskali trofeum (po 18 latach!), w następnym ulegli Barcelonie (1:2 i 2:2), w ostatnim dopiero w dogrywce finału zatrzymało ich potężniejące Atlético. Przeżyli najładniejszą trzylatkę w tych rozgrywkach od dekad.

Niezmordowanie podwładnych Mourinho widzieliśmy w bezliku bitych przezeń statystycznych rekordów – jak ciągnąca się od 2002 do 2011 roku (od Porto, przez Chelsea i Inter, po Real) sława trenera, który nigdy (!) nie przegrywa w krajowej lidze na własnym stadionie. Gdyby zlać wszystkie wyniki z dekady do jednej gigantycznej tabeli, Portugalczyk nie znalazłby w swoim fachu żadnej konkurencji w Europie. Nawet w europejskich pucharach albo wpraszał się do czołowej czwórki (trzy trofea plus sześć półfinałów!), albo nie wytrzymywał starć z absolutną czołówką – wiosną 2006 r. z mknącą po trofeum Barceloną, wiosną 2009 r. z broniącym trofeum Manchesterem United. Słowem, Portugalczyk nie gwarantował zwycięstw – nie zagwarantuje ich nikt – lecz gwarantował bliskie maksymalnego wykorzystanie potencjału. Najpewniejsza na rynku lokata kapitału.

Z tej perspektywy sobotnie popołudnie jest skazą na karierze, jakiej Mourinho nie miał. Jeszcze nigdy nie stracił na własnym stadionie czterech goli; jeszcze nigdy nie przegrał, gdy prowadził 2:0; jeszcze nigdy nie dał się przechytrzyć rywalowi tak rozczulająco bylejakiemu, pozbawionemu renomy. Spośród 14 piłkarzy wystawionych przez Bradford za ledwie jednego klub musiał zapłacić. 7,5 tys. funtów.

I właściwie moglibyśmy ów niezwykły mecz skwitować wzruszeniem ramion, sprowadzić go do niewyjaśnialnego, incydentalnego splotu okoliczności – zgodnie z zasadą, że jeśli coś może się wydarzyć, to pewnego dnia się wydarzy. Moglibyśmy, gdyby Bradford nie było kolejnym etapem dekonstruowania mitu Mourinho jako trenera w pewnym sensie nietykalnego. Nie tyle wybitnego – jego wybitność wciąż jest bezdyskusyjna – ile będącego inwestycją o najniższym istniejącym ryzyku. Oferującego w najlepszym razie zysk fantastyczny (trofea), a w najgorszym okazalszy niż przyzwoity (bez przykrych wpadek).

Pomnik kruszy się od ostatniego sezonu w Madrycie. To stamtąd po raz pierwszy wręcz uciekał, to tam po raz pierwszy nie rozkochał w sobie na zabój całej szatni, ba, powstał wręcz przeciw niemu bunt. To wtedy musiał znieść swój pierwszy rok bez trofeum. To wtedy po raz pierwszy stracił aż cztery gole w Lidze Mistrzów (1:4 w Dortmundzie). Do Chelsea wracał rozanielony – przedstawiał się jako „The Happy One” – ale nieprzyjemnego trendu nie odwrócił, przeciwnie, trend jeszcze się nasilił. Nie dlatego, że pierwszy sezon Portugalczyk znów zakończył bez żadnego tytułu – w sobotę stracił szansę na kolejny, wydłuża się ta passa – ale dlatego, że zwala się na niego coraz więcej nieszczęść, na które przez lata był wszechodporny. Nieszczęść niespodziewanych lub szokujących, do niedawna właściwie niewyobrażalnych. Z minionej edycji Pucharu Ligi Angielskiej wyeliminował londyńczyków słaby Sunderland. W meczu z tym samym słabym Sunderlandem londyńczycy zaprzepaścili szansę na mistrzostwo Anglii, i to u siebie, co oznaczało, że Mourinho podpisał pierwszą porażkę na własnym stadionie jako trener Chelsea (po 77 zwycięstwach i remisach!) – to nie są okoliczności, w jakich zwykł poddawać rozgrywki ligowe (nawiasem mówiąc, po raz pierwszy w życiu spadł na najniższy stopień podium). W fazie grupowej poprzedniej Champions League jego piłkarze aż dwukrotnie (!) ulegli Basel, w bieżącym roku kalendarzowym aż dwukrotnie pozwolili się zasypać golami – pięcioma przyłożył im Tottenham (wcześniej Mourinho przeżył to jedynie w El Clásico), czterema Bradford.

Jako się rzekło, pozostaje Mourinho trenerem wybitnym, należącym do wąziutkiej elity elit. Wkrótce zdobędzie być może ósme mistrzostwo kraju w swoim dwunastym sezonie ligowym (ma też trzy wicemistrzostwa!), więc utrzyma status najwydajniejszego trenera wśród tych, którzy pracują w klubowym futbolu co najmniej kilkanaście lat. Ale zezwyczajniał. Jemu też może przydarzyć się już wszystko, nawet w rundzie przedwstępnej i w meczu z patałachami – jak każdemu w jego fachu. Czyżby czasami brakowało mu już niekiedy psychicznej energii, by perfekcyjnie zmotywować piłkarzy? Od dawna zadaję na blogu pytanie, jak wytrzymuje bez wakacji (wypalony Guardiola ich potrzebował), biorąc pod uwagę, ile emocjonalnego napięcia wytwarza wokół siebie... Wiedzie go na manowce pycha, skoro w sobotę dokonuje skrajnie nietypowych dla siebie zmian – przy prowadzeniu 2:1 jednowymiarowego, defensywnego dryblasa Johna Obiego Mikela zastępuje Ceskiem Fàbregasem? Gubi się, gdy wystawia Mohammeda Salaha, który zapewne już wie, że odejdzie, i rwie się do transferu, więc trudno mu umierać za Chelsea? Nawet pomeczowa pomyłka – komplementował przed kamerami „Barnsley” zamiast „Bradford” – wybrzmiała u niego nietypowo, wszak słynie z przygotowania do meczów maniacko pedantycznego. Oto Mourinho w najnowszym wcieleniu – coraz częściej nieperfekcyjny.

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

FC Barcelona, La Masia, FIFA

Tam, gdzie Barcelona przechwyci każdego genialnego dzieciaka z drugiego końca świata, zanim wychowają go (a potem zarobią na sprzedaży) tubylcy. I tam, gdzie Chelsea pozwoli zdolnym grać dla kogo innego, tylko jeśli zagwarantuje sobie, że w każdej chwili może wezwać go do siebie (lub zarobić na jego sprzedaży). Mój felieton do „Sport.pl Extra”, magazynu z dzisiejszej „Wyborczej”, przeczytacie tutaj.

środa, 05 lutego 2014

Jose Mourinho, Chelsea

Sprzedać Juana Matę, urzekającego stylem gry ulubieńca kibiców i wybieranego na piłkarza sezonu w lidze. Kupić Nemanję Maticia, wracającego, acz bliżej niezidentyfikowanego dla Anglików dryblasa, który ma raczej niszczyć niż tworzyć. W wyjazdowym szlagierze sparaliżować Manchester City, drużynę najskuteczniejszą w kraju od lat 30. ubiegłego wieku i obwoływaną przez trenera Tottenhamu – rozczulające jest to odizolowanie wyspiarzy od rzeczywistości – najlepszą na planecie. Przez cały styczeń, czyli 630 minut gry plus czas doliczony, stracić ledwie jednego gola, i to gola zupełnie bez znaczenia, przy prowadzeniu 3:0. Jakież to wszystko typowe, przewidywalne. Nawet gdybyśmy wykropkowali nazwiska i nazwy, każdy średnio rozgarnięty fan zorientowałby, że relacjonujemy miesiąc z trenerskiego życia José Mourinho.

Personalny ruch przeciw wszystkim wykonał znów, mniej więcej przed rokiem w Realu zmarginalizował Ikera Casillasa – najbardziej obok Seppa Maiera utytułowanego bramkarza w historii, adorowanego nie tylko w Madrycie, nazywanego świętym. To było tak szokujące, że mogło ostatecznie przesądzić o nieuchronności rozstania z klubem, rzucałem wtedy na Twitterze, że w ratowaniu kariery Casillasa Real też mógł widzieć jeden z pretekstów, by pozbyć się portugalskiego trenera. W każdym razie gdybyśmy sporządzili ranking najbardziej sensacyjnych decyzji kadrowych w wielkim futbolu minionych kilkunastu miesięcy, Mourinho zająłby chyba obie najwyższe pozycje.

Co jeszcze bardziej zdumiewające, w obu przypadkach „miał rację”. W Madrycie hierarchię z Casillasem odepchniętym za Diego Lópeza utrzymał następny trener Carlo Ancelotti, w Londynie ostateczne pożegnanie z Matą zbiegło się z erupcją znakomitej formy piłkarzy Chelsea, podsumowanej w poniedziałek – meczem doskonałym, zostawiającym widza z przeświadczeniem, że w każdej minucie przebiegał wedle scenariusza powstałego w głowie zwycięskiego szkoleniowca, jeśli osławiony przypadek lub indywidualne błędy jakoś go modyfikowały, to tylko ograniczając straty pokonanych (obijanie słupków i poprzeczki Manchesteru City, londyński kontratak czterech na jednego zwieńczony farfoclowatym strzałem Ramiresa).

Mourinho nie negocjuje z miejscem, które zastał, on stwarza wszędzie swój własny świat, a drastyczności środków nie złagodzimy przypomnieniem, że np. Alex Ferguson rozprawiał się brutalnie z całym tłumem piłkarzy ikonicznych, na czele z Beckhamem i Keane’em. Szkot mógł powoływać się na zasadę „nikt nie jest większy od klubu”, bowiem sam stał się synonimem klubu, sam wyznaczył nawet swego następcę – Mourinho wpada i wypada, jest fachowcem wynajętym do konkretnego zlecenia, pracuje jak dotąd wyłącznie u właścicieli/prezesów zwalniających trenerów w obłędnym tempie.

A niekiedy do ekspresowego rzeźbienia nowego świata zmuszają go okoliczności. Jak w Interze Mediolan, kiedy po pierwszym sezonie uciekł mu Zlatan Ibrahimovic – planeta osobna, znana z tego, że albo inne ciała piłkarskie obracają się wokół niej, albo ona odpływa do innej galaktyki. Portugalczyk stworzył wtedy swoje największe arcydzieło. Miliony ze sprzedaży wirtuoza rozrzucił na kilka transferów (Eto’o, Sneijder, Milito, Thiago Motta), wszystkie dobrał idealnie i na miarę podstawowej jedenastki, natychmiast wyreżyserował z nich triumf w Lidze Mistrzów.

Stwarzanie swojego świata odbywa się na wielu poziomach. Występuje przeciw wszystkim Mourinho w kwestiach personalnych, ignoruje aktualne mody taktyczne (o czym tutaj pisze nieoceniony Jonathan Wilson), nakłania otoczenie, by opowiadało o rozgrywkach tylko tak, jak on chce.

Nie przepadam za popularną tezą, jakoby kontrolował wszystko, w każdym wypowiedzianym publicznie słowie ukrywał przemyślaną manipulację, nic nie wyrywało mu się pod wpływem chwili. Wyrywa mu się. Gdy oskarżył West Ham o uprawianie futbolu XIX-wiecznego, pojęcia „XIX-wieczny” użył pewnie jako zwykłego epitetu, synonimu przymiotnika „zacofany” lub „prymitywny”, ale zabrzmiało głupawo, bo rywale walczyli z Chelsea o przetrwanie skutecznie (0:0) dzięki sensownemu planowi gry, tymczasem w XIX wieku taktyka obowiązywała jedna – „kupą za piłką, mości panowie”. Co nie oznacza, że stwarzający swój świat Mourinho po mistrzowsku nie stwarza również języka opisu tego świata – modniej byłoby: narrację.

Kiedy w grudniu pisałem, że w 2013 roku przestał być „Wyjątkowy”, zwracałem uwagę m.in. na to, że stracił władzę nad umysłami futbolowych komentatorów – w Madrycie przegrał z kulturą tamtejszych mediów, załganych i rozhisteryzowanych, natomiast jesienią ucichł i zszarzał, retorycznie Europę uwodził raczej Jürgen Klopp. To już nieaktualne, i w tej konkurencji odzyskał Mourinho najwyższą formę. Kiedy opowiada, że przed poniedziałkowym hitem motywacyjną mowę końcową w szatni wygłosił masażysta Chelsea, to robi się anegdotycznie, ale słyszymy też przekaz „na City wystarczy masażysta, żadnych specjalnych środków, byliśmy przygotowani zbyt perfekcyjnie”. Kiedy po meczu z Arsenalem na zarzuty o ostrą grę drużyny reaguje uwagą, że futbol jest dla mężczyzn i kobiet rozumiejących, że to gra kontaktowa, gdzieś w tle pobrzmiewa, że „nawet dziewczyny płaczą mniej niż piłkarze Arsenalu”.

Cały ten wykreowany przez Mourinho świat przesyca jego niesamowita pewność siebie (Casillas! Mata!), organizuje – niepodlegająca negocjacjom, klarowna w każdym detalu wizja (Casillas! Mata!), a hierarchizuje – umiejętność lansowania liderów (Sneijder! Hazard!). Atuty, które sprawiają, że piłkarze Chelsea grają w większym komforcie niż piłkarze Pellegriniego, Wengera czy Moyesa, i które od początku sezonu czyniły londyńczyków ze Stamford Bridge mocniejszymi faworytami do mistrzostwa Anglii. Nawet jeśli Mourinho ściemnia o rzekomej finansowej przewadze City – dlaczego „rzekomej”, to temat na osobną notkę – lub kokietuje przyrównywaniem swojej drużyny do źrebaka ścigającego się z wyścigowymi ogierami.

niedziela, 12 stycznia 2014

Chelsea, Thibau Courtois, Romelu Lukaku, Thorgan Hazard, outsourcing

Atlético robi świetny interes na przeciągającym się wypożyczeniu Thibauta Courtois. Madrytczycy wyciągnęli 20 mln euro ze sprzedaży Davida De Gei, a ich bramkę nadal chroni niezawodny fachowiec, tylko zacierać rękawice i klękać przed regulaminami, dzięki którym nie musisz kupować, żeby mieć.

Jeszcze świetniejszy interes robi Chelsea, jako jedyna obok Realu Madryt kontrolująca aż dwóch bramkarzy ze ścisłej czołówki. Oddaje Courtoisa, a zarazem go zatrzymuje, nie wygania spomiędzy słupków Petra Cecha, a zarazem stale podnosi sportową i rynkową wartość „rezerwowego”, jeśli zechce „rezerwowego” spieniężyć, to Atlético nie weźmie ani eurocenta. Belg rozegrał już w Madrycie 125 meczów, choć do Madrytu nigdy nie należał – to chyba rekordowo rozciągnięte wypożyczenie w futbolu na najwyższym poziomie. Transakcja doskonała.

Agresywną polityką najbogatszych wśród najbogatszych zajmuję się ostatnio obsesyjnie, im bardziej staram się odwrócić wzrok, tym bardziej zauważam, że chcą pożreć wszystkich, cały świat futbolu podzielić między kilka podmiotów, każdy klub nienajbogatszy uczynić filią jednego z najbogatszych, i niech jeszcze ten nienajbogatszy okazuje wdzięczność, że wolno mu służyć najbogatszemu.

O zachłanności londyńczyków blogowałem już u schyłku minionego lata, gdy kompletowali obłędnie szeroką kadrę, skazującą świetnych piłkarzy na usychanie w rezerwie – pojękiwałem, że jest w tym jakieś wynaturzenie, że hierarchia pieniądza burzy hierarchię sportu, że piłkarze słabsi grają (w słabszych firmach), podczas gdy piłkarze wybitni siedzą (w lepszych firmach), ba, coraz wybitniejsi siedzą, niestety, oni też bywają winni, gdy coraz częściej muszą – wodzeni na pokuszenie – wybierać między futbolem a szmalem i wybierają wbrew naturze, znaczy wbrew naturze sportu, natura ludzka lgnie chyba do posiadania, „mieć” wygrywa z „być” walkowerem.

Pazerność Chelsea coraz mocniej rzuca się jednak w oczy również poza Chelsea. Jeśli londyńczycy docierają do swych wewnętrznych granic, zaczynają przekraczać objętość swoich szatni, to piłkarzy się pozbywają, ale tak, by się nie pozbyć. Wszyscy wypożyczają piłkarzy, oni wypożyczają bardziej, choć niekoniecznie liczniej – na przemysłową skalę zajmuje się tym np. właściciel Udinese, mentalnie bardziej fabrykant niż szef klubu sportowego.

Courtois, mocny kandydat na bramkarza numer jeden w Hiszpanii, należy do nich już od blisko trzech lat.

Romelu Lukaku, odkąd do nich należy, strzelał gole – łącznie 26 – tylko dla West Brom i Evertonu.

Thorgan Hazard jako piłkarz Chelsea rozegrał 63 mecze w Zulte Waregem. I jest gwiazdą wicemistrza Belgii, rozdaje najwięcej asyst w lidze.

Lucas Piazón, Christian Atsu, Patrick van Aanholt oraz Cristián Cuevas jako piłkarze Chelsea biją się o mistrzostwo Holandii. Wszyscy grają na chwałę Vitesse Arnhem, wedle lokalnej prasy klubu sterowanego przez wysłanników Romana Abramowicza. W minionym tygodniu dołączył do nich piąty (bywało ich nawet sześciu) gracz zatrudniony przez Chelsea, nastolatek z Burkina Faso Bertrand Traoré. (W tym gronie wyróżnia się van Aanholt – do Chelsea należy od siedmiu lat, jednak w jej barwach rozegrał ledwie 8 ze 114 meczów zawodowej kariery, w pozostałych ubierał się w koszulki Coventry, Newcastle, Leicester, Wigan oraz rzeczonego Vitesse. I niewykluczone, że zwieńczy te podróże wyprawą na mundial z reprezentacją Holandii).

Ogółem londyńczycy trzymają dziś na wypożyczeniu 23 piłkarzy, którzy w bieżącym sezonie mają realne szanse zdobyć mistrzostwo ligi belgijskiej, holenderskiej i hiszpańskiej, a także awansować do pucharów z ligi angielskiej, hiszpańskiej (Marin z Sevilli), włoskiej (Wallace z Interu Mediolan) oraz serbskiej (kolejny młody bramkarz Matej Delač, od 2010 roku przerzucany między klubami portugalskimi i bałkańskimi). Gdyby ten gabinet cieni wysłać do Champions League, śmiało można by zakładać, że wygramoli się z grupy.

Biznes jest łatwy do prowadzenia, kto z młodych odmówi wielkiej Chelsea. I pewny, tylko go rozwijać – ryzykujemy minimalnie, warto gromadzić nawet niewystarczająco perspektywicznych, by mogli przydać się w przyszłości w Londynie, lecz wystarczająco perspektywicznych, by odsprzedać ich z zyskiem po wytrenowaniu w, przepraszam za wulgaryzm, zagranicznej firmie outsourcingowej.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Kilka sezonów temu, dokładnej daty nie pomnę, bodajże „Observer” irytował się – chyba nawet wściekał – że wielkie angielskie kluby przesadziły z obżarstwem, że 62-osobowa kadra Liverpoolu, wówczas najbardziej utuczona w Premier League, to już patologia. Przypomniałem sobie tamten chwilowy rejwach dziś, gdy Chelsea potwierdziła, że pomieści w szatni niesamowicie zdolnego Williana z Anży Machaczkała, klubu właśnie poddającego swój budżet drastycznej kuracji odchudzającej. Zapłaci zań około 38 mln euro.

Chelsea, która ma już wszystko. Na każdej pozycji bogato, w rezerwie bogato, kadra jak Rosja długa i szeroka, brakuje tylko chorągiewek z morskiego jedwabiu w narożnikach boiska i Schwarzeneggera z Kliczkami jako ochroniarzy przy stadionowej bramie.

W pakiecie z Willianem ma Chelsea wziąć Samuela Eto’o – jego już za cenę symboliczną, co nie znaczy, że tanio, Rosjanie zrzucają wraz z nim balast gigantycznej pensji. Eto’o wypełni zapewne w kadrze przestrzeń, którą mógłby wypełnić Wayne Rooney, również pożądany przez trenera londyńczyków, ale desperacko zatrzymywany w Manchesterze United. Obaj lubią robić za środkowych napastników, obaj umieją działać również nieco dalej od bramki – Eto’o z imponującą wydajnością harował kiedyś w innym klubie José Mourinho na lewym skrzydle, Rooney wirował już na Old Trafford wszędzie.

To oznacza, że na cztery najbardziej ofensywne pozycje w domyślnym ustawieniu 4-2-3-1 Chelsea zbierze eskadrę w składzie: Eto’o/Rooney, Willian (koszt 38 mln), Eden Hazard (40 mln), Juan Mata (27 mln), Oscar (32 mln), Marco van Ginkel (9,5 mln), Kevin de Bruyne (8 mln), Andre Schürrle (22 mln), Victor Moses (11,5 mln), Romelu Lukaku (22 mln), Demba Ba (8,5 mln), Fernando Torres (58 mln, wszystkie sumy z serwisu transfermakt.de).

Spośród wymienionych trener wybierze czterech do podstawowego składu. I maksymalnie czterech, których posadzi obok siebie w rezerwie – musi tam wepchnąć jeszcze bramkarza, przynajmniej jednego obrońcę, defensywnego pomocnika.

Ostatnich czterech obejrzy mecz z trybun. Aż strach typować nazwiska, zesłanie jakiegokolwiek poza skład na mecz to bluźnierstwo, zresztą i tutaj obowiązywać będzie słynna rotacja, ona obejmuje już nie tylko pierwszą, ale i ostatnią jedenastkę, o czym zbyt chętnie zapominamy. To co, wykopujemy poza kadrę Schürrle (22 mln), van Ginkela (9,5 mln), Demba Ba (8,5 mln) i Lukaku (22 mln)? A w następnej kolejce – nie czepiajcie się nazwisk, dość dowolnie nimi żongluję – Oscara (32 mln) lub Torresa (58 mln)?

Obroty na rynku transferowym rosły, coraz częściej widywaliśmy figurki za dziesiątki milionów, które nawet nie dotykają murawy, ani się spojrzeliśmy, jak zasoby ludzkie za sto i więcej milionów ślęczą wysoko na trybunach, na pojedyncze mecze kompletnie zbędne. I nie epatuję cenami dla samych cen, nadal zupełnie nie dostrzegam ich wzniosłości, dostrzegam przede wszystkim autentyczny talent, który albo pozostaje w ukryciu, albo rozkwita wolniuteńko, znacznie wolniej niż mógłby, gdyby Abramowicza i jego funfli nie było stać na dopłacanie do biletów na mecze kilkudziesięciu milionów – przecież to miejsce, które zajmie luksusowy podrezerwowy spoza kadry, można by sprzedać...

Jako entuzjasta talentu Lukaku chciałem, by w rozpoczętym sezonie zakasował wszystkich, teraz obawiam się, że będę go oglądał zbyt rzadko, a jeśli nawet Mourinho postanowi inaczej, to skandalicznie rzadko będę oglądał Demba Ba, napastnika, który w innych barwach mógłby zachwycać w każdy weekend. Tę karawanę piłkarzy wypadałoby ciągnąć, ktoś musi w Chelsea nie grać, by grać mógł ktoś, najokropniejsze, że nie o problemie Chelsea tu mówimy, za dzień lub dwa będę przecież blogował o kolejnym świecidełku, które trener niekoniecznie potrzebuje, w Madrycie już przyszykowali scenę, on już wylądował w okolicy, za momencik ludzie w USA czy Kanadach zapoznają się na pierwszych stronach gazet z fizjonomią Garetha Bale’a, może co przytomniejsi dostrzegą nawet, że uszy ma jak Puchar Europy, to wróży przed Ligą Mistrzów wspaniale.

Rozumiem – bez szerokiego składu ani rusz, wielość rozgrywek, kontuzje i nagłe spadki formy, rywale w wyścigu zbrojeń nie odpuszczają. Jest w tym jednak jakieś wynaturzenie, że hierarchia pieniądza burzy hierarchię sportu, że piłkarze słabsi grają, podczas gdy piłkarze wybitni siedzą, ba, coraz wybitniejsi siedzą, niestety, oni też bywają winni, gdy coraz częściej muszą – wodzeni na pokuszenie – wybierać między futbolem a szmalem i wybierają wbrew naturze, znaczy wbrew naturze sportu, natura ludzka lgnie chyba do posiadania, „mieć” wygrywa z „być” walkowerem.

Wyobrażacie, że próbujemy leczyć transferową bulimię podatkiem od luksusu? Np. od każdego transferu powyżej kwoty X lub pensji wyższej niż Y odpalasz odpowiedni procent do podziału dla ligowej konkurencji? Ja sobie nie wyobrażam, fantazjuję świadomy, że wyższe sfery chorują z rozkoszą, w dodatku trudno byłoby o ponadnarodowy konsensus, który zaakceptowaliby i w Anglii, i Hiszpanii, i Rosji. Dziwię się natomiast, że nie powstało jeszcze lobby forsujące znaczne rozbudowanie tzw. ławki rezerwowych i znaczne zwielokrotnienie liczby roszad dokonywanych w trakcie gry – może nie do standardów z hokeja, w którym odpoczywasz, wracasz na boisko odpoczywasz i tak w kółko, ale do dozwolonych sześciu, siedmiu czy nawet dziesięciu zmian. Większa elastyczność uprzyjemniłaby życie i trenerom, i piłkarzom, pozytywne skutki byłyby przynajmniej takie, że obowiązki zawodowe kilku milionerów wyraźniej wykroczyłyby poza trenowanie. Ale byłyby i negatywne – Chelsea i jej podobni potrzebowaliby osobnej trybuny na podrezerwowych za 30 baniek od pary nóg, a przepaść między klasą panującą a plebsem jeszcze by się pogłębiła.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi