Wpisy z tagiem: doping

piątek, 12 sierpnia 2016

Coraz bardziej uwierają mnie reakcje na dopingowy skandal w polskich ciężarach. Rozumiem potępienie dla Adriana i Tomasza Zielińskich, którzy się szprycowali, czyli oszukiwali, czyli popełnili sportową zbrodnię. Rozumiem też nawoływania, by z igrzysk czasowo usunąć wszystkich sztangistów – dopóki środowisko, przeżarte do cna, się nie oczyści.

Ale nie pojmuję współistnienia obu tych myśli w jednej głowie.

Jeśli chcemy moralnego linczu na zdemaskowanych Polakach, to musimy wierzyć, że ich konkurenci nie biorą. Przynajmniej niektórzy. Jeśli bowiem sądzimy, że ciężary dźwigają wyłącznie atleci naćpani, że przyjmowanie zakazanej farmakologii jest warunkiem koniecznym do uprawiania tego sportu – a panuje tu, odnoszę wrażenie, szeroki konsensus – to właściwie za co potępiamy Zielińskich? Albo trochę inaczej – za co AŻ TAK potępiamy Zielińskich?

Że zachowali się po frajersku, wpadając akurat przed igrzyskami – ma sens. Że narobili sobie obciachu, wciągając wyjątkowo prymitywny środek – też ma sens. Że wygłupili się żałosnymi, aroganckimi oskarżeniami o wymierzony w nich spisek – tym bardziej na sens. Gdzie jednak hańba i wieczna niesława oszustów, skoro Polacy po prostu przyjęli reguły gry, tyle że kłamali mniej sprytnie niż rywale? Może wręcz powinieneś im – jeśli wierzysz we wszechobecność ciężarowego dopingu – trochę współczuć, że im się nie poszczęściło, w przeciwieństwie do rywali?

Dla jasności: dopingiem się brzydzę, uważam go największą obok sprzedawania meczów (i nie tylko meczów) zarazę toczącą sport. I nie chcę niczego relatywizować ani nikogo uniewinniać. Powyższe wątpliwości mnie jednak prześladują, ponieważ czytam/słyszę, że czasami nawet ci komentatorzy, którzy uważają koks za podstawowy składnik kultury podnoszenia ciężarów, potrafią zarazem deptać naszych sztangistów jako najcięższych kryminalistów. W ogóle hipokryzją się zaraz zadławimy, wystarczy spojrzeć na oburzonego Szymona Kołeckiego, który przed dwoma laty, wypytywany przez mojego byłego redakcyjnego kolegę Jakuba Ciastonia o unikanie kontroli przez Adriana Zielińskiego w Osetii Płd., kluczył lub problem bagatelizował. Sam zresztą był w doping umoczony.

Afera ma wiele poziomów, przypomina choćby o kwestionowanej ostatnio oczywistości, że Polacy nie są wyłącznie narodem – uciśnionych bądź nie – niewiniątek, że też czasami postępują nagannie. I niewykluczone, że już za chwilę pojawią się kolejne dylematy, wrócą ambiwalentne odczucia i dysonanse poznawcze. Jak zareagujemy na bardzo realny medal Bartłomieja Bonka, który w wadze do 105 kg wystartuje w nocy z poniedziałek na wtorek? Euforią jak zwykle, choć przed chwilą wrzeszczeliśmy, żeby zdelegalizować całe podnoszenie ciężarów? A jeśli nie, to czy w ogóle mamy prawo publicznie podejrzewać kogoś, kogo nie przyłapano nigdy?

Tagi: doping
19:22, rafal.stec
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 08 lutego 2016

doping w sporcie

Przypadek sztangisty Szymona Kołeckiego, który prawdopodobnie przyjmował nielegalną farmakologię, jest tym bardziej przykry, że dotyczy sportowca najrzadszego gatunku. Tak walecznego i ambitnego, że nawet olimpijskie srebro zakładał ze wstrętem – nienawidził drugich miejsc, nazywał je klęskami, bywał po nich wściekle samokrytyczny. Naturalny kandydat na idola.

Mamy tu zarazem historię boleśnie typową, bo z informacji opublikowanych w dzisiejszej „Gazecie” wynika, że oszustwo Kołeckiego zataiły władze federacji podnoszenia ciężarów. Polskie i międzynarodowe, działające w zmowie. Do tego procederu już przywykliśmy. Nafaszerowanych dopingiem kolarzy kryli szefowie federacji kolarskiej, nafaszerowanych lekkoatletów – szefowie lekkoatletyki, z wydaniem wojny stosowaniu zakazanych środków podobno też się ociągają szefowie futbolu (według zamówionego przez UEFA u naukowców raportu 7,7 proc. wyników próbek moczu uczestników Ligi Mistrzów z ostatnich lat było podejrzanych).

Wszyscy działają oczywiście w szczytnym celu. By chronić wizerunek dyscypliny, by dyscyplina nie traciła sponsorów ani kibiców.

Naszprycowanych atletów ściga niezależna Światowa Agencja Antydopingowa (WADA), czasem afery wybuchają dzięki śledztwom dziennikarskim, ale znaczące zasługi w walce z zarazą mają także państwa, które doping skryminalizowały. Istnieje nawet pewien ponury paradoks – oto na kolarstwo niesława sportu wyjątkowo skażonego spadła głównie dlatego, że najważniejsze wyścigi odbywają się tam, gdzie oszustów karze się z największą determinacją. Nie byłoby gigantycznego skandalu – i jego doniosłych następstw – podczas Tour de France w 1998 r., gdyby sprawą leków wykrytych w ciężarówce grupy Festina nie zajęła się policja. A w polowaniu na sportowego zbrodniarza wszech czasów Lance’a Armstronga pomogli karabinierzy z NAS, oddziału specjalnego włoskiej policji, będącego czymś w rodzaju zbrojnego ramienia służby zdrowia. Tropi przestępców w przemyśle farmaceutycznym i spożywczym, a także sportowym.

WADA od lat zachęca do kryminalizacji nie tyle przyjmowania środków dopingujących, ile przemycania, dostarczania, zachęcania do ich użycia etc. By karać nie tylko sportowców. Odpowiednie sankcje wprowadziło już kilkanaście państw w Europie, a we wspomnianych Francji i Włoszech są one wyjątkowo surowe – skazanym za przestępstwa sportowe grozi nawet więzienie. Ściganie zaś jest skuteczniejsze dzięki zastosowaniu policyjnych metod operacyjnych.

W Polsce zapisanie w prawie oszustwa sportowego wypleniło z piłki obrzydliwą korupcję, lecz równie obrzydliwych dopingowiczów przed sądami nie widzimy. Przyłapani zawodnicy zostają pociągnięci tylko do odpowiedzialności dyscyplinarnej. Więzienie grozi jedynie tym, którzy doping podają – i to tylko bez wiedzy sportowca! – a i tak kara dwóch lat pozbawienia wolności jest za niska, by zmobilizować prokuratorów. Może więc trzeba czegoś więcej, skoro problem dotyczy milionów ludzi uprawiających i oglądających sport?

Tagi: doping
22:06, rafal.stec
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 listopada 2015

Tytułowe pytanie jest zasadnicze, ale niespecjalnie lubimy je zadawać – my, czyli całe środowisko, łącznie z dziennikarzami – o czym zresztą już kilkakrotnie pisałem. Teraz, niestety, znów pojawił się powód. Doping wykryty w Lidze Mistrzów. Felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:02, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 listopada 2015

Pierwszy raz mam wrażenie, że wojna z dopingiem została definitywnie przegrana, że najnowszy wróg jest nie do pokonania. Cotygodniowy felieton do „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

23:07, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 18 listopada 2013

Mój dzisiejszy felieton z „Gazety Sport.pl Extra” znajdziecie tutaj, jak każdy poniedziałkowy jest za płatną ścianą.

Tagi: doping
19:59, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
sobota, 16 listopada 2013

Jak już zapewne wiecie, mityczni bohaterowie boisk z lat 70. są więcej niż podejrzani o to, że swoje powodzenie zawdzięczają m.in. ostrej szprycy. Doniosła sprawa, aż dziw, że nieniderlandzkie media ją właściwie zignorowały, w końcu bez „futbolu totalnego” nie byłoby ani srebrnej ery reprezentacji Holandii, ani hegemonii Ajaxu Amsterdam, ani barcelońskiej tiki-taki. To fundament przeszłości i teraźniejszości tego sportu.

Do tematu wrócę w felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Extra”, teraz tylko jeden drobiażdżek. Kiedy mianowicie wspominamy, np. w archiwalnych migawkach, Johana Cruyffa i jego kumpli, zazwyczaj skupiamy się nad tym, co wyczyniali z piłką przy stopach. Byli oni tymczasem także prekursorami nowoczesnego pressingu, legendarny trener Rinus Michels żądał, by zawodnicy naciskali rywala także wtedy, gdy to on przejmuje piłkę – z fantastycznym defensywnym skutkiem, przed finałem MŚ 1974 Holendrzy stracili ledwie jednego gola (samobója bez znaczenia, w wygranym 4:1 meczu z Bułgarią). Co wymagało oczywiście końskiego zdrowia... Rozglądałem się za pojedynczymi dowodami rzeczowymi, gdy znów się okazało, że w internecie jest wszystko. Poniższa mozaika wyimków z mundialowego zwycięstwa nad Argentyną bardzo sugestywnie, acz nie kradnąc wiele czasu, utwierdza w bardzo ponurych odpowiedziach na pytanie, czy doping rzeczywiście mógł mieć dla holenderskiego cudu znaczenie zasadnicze...

środa, 15 maja 2013

Lance Armstrong, David Wals, Oszustwo niedoskonałe

„Oszustwo niedoskonałe” to lektura wstrząsająca, ale i obowiązkowa dla każdego, kto nie chce pasjonować się sportem naiwnie – bezrefleksyjnie wzruszać się heroizmem kreowanych przez szołbiznes półbogów, dać się omamić tezą, że przyłapani na koksie stanowią drobne lub większe błędy w systemie. Niesprawiedliwie byłoby bowiem sprowadzić książkę tylko do opowieści (też fascynującej) o tym, jak David Walsh latami tropił Lance’a Armstronga. Brytyjski reporter odkrywa cały świat wszechogarniającego szwindlu, w którym uczestniczą wszyscy zainteresowani ­– i atleci, i ich trenerzy oraz lekarze, i organizatorzy imprez, i zblatowani z nimi lub powiązani biznesowo dziennikarze, i międzynarodowe władze. Ba, pojawiają się tutaj ludzie, którzy kierują instytucjami mającymi szukać metod na walkę z dopingiem, tymczasem doping unowocześniają i propagują. Doping to nie błędy w Matriksie, doping to Matrix.

Ostrzegam tych, którzy nad bolesną prawdę przedkładają kolorową iluzję, że Walsh skutecznie wysysa resztki wiary zwłaszcza w dyscypliny wytrzymałościowe. Ale tym, którzy połknęliby nie niebieską, lecz czerwoną pigułkę, rzecz bardziej niż rekomenduję. Jeśli planujecie w 2013 roku przeczytać jedną książkę o sporcie, wybierzcie tę.

Sam mam kilka nadmiarowych egzemplarzy i z entuzjazmem się nimi podzielę. Zwierzcie się na forum o swoim największym kibicowskim rozczarowaniu – nie klęsce jednak, lecz triumfie, historii, idolu, bohaterze czy zdarzeniu, jakimkolwiek wspaniałym przeżyciu, które zmieniło się w niesmak wywołany kłamstwem lub innym sportowym przestępstwem (niekoniecznie podlanym szprycą, możliwości, jak wiadomo, są tutaj nieograniczone). Może być w być w pięciu zdaniach, dziesięciu lub piętnastu, byle zgrabnie, ciekawie, może oryginalnie lub odkrywczo. Wspólnie z kolegami z redakcji wybiorę pięć i ich autorom roześlę „Niedoskonałe oszustwo”. Na odpowiedzi czekam do godz. 23.59 w piątek, 17 maja.

Tagi: doping
15:21, rafal.stec
Link Komentarze (66) »
środa, 04 lipca 2012

Oscar Pistorius i technoludzie

Niepełnosprawny biegacz z RPA jednak wystartuje na igrzyskach w Londynie. Jego przypadek jest fascynujący i tak nieoczywisty, że właściwie wywołuje wyłącznie wątpliwości. Zwierzałem się ze swoich w poniższym felietonie (21 sierpnia 2008), który przytaczam, bo nie tyle nadal zachowuje aktualność, co na aktualności zyskuje. Kto wie, czy Oscar Pistorius nie będzie największą gwiazdą igrzysk, rzecz jasna nie z powodu wyniku.

Czy człowiek byłby zdolny oberżnąć sobie nogi, by szybciej biegać lub dalej skakać? Czy chcielibyśmy sportu, w którym atleta musiałby się okaleczyć, by walczyć o medale? Pytań mocnych i wykraczających poza reguły politycznej poprawności nie unikniemy, jeśli chcemy rozmawiać o casusie Oscara Pistoriusa, który urodził się - 21 lat temu w Pretorii - bez kości strzałkowych nóg i stóp. Jeszcze jako niemowlak przeszedł amputację nóg do wysokości kolan. Miał spędzić życie na wózku inwalidzkim.

Dzięki protezom z włókna węglowego uprawiał kilka dyscyplin sportu, m.in. bardzo popularne w jego ojczyźnie rugby. Odkąd zaczął biegać, pobił rekordy świata niepełnosprawnych na trzech dystansach, uzyskując wyniki zbliżone do osiąganych przez zdrowych sprinterów (10,91 s na 100 m; 21,58 s na 200 m; 46,34 s na 400 m). Aż zamarzył o występie na igrzyskach w Pekinie. Nie paraolimpijskich, lecz olimpijskich. Chciał stać się „normalnym”, pełnosprawnym sportowcem. I rywalizować z najlepszymi na świecie.

Naukowcy z Niemieckiego Uniwersytetu Sportowego przeprowadzili na zlecenie Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki (IAAF) testy, by sprawdzić, czy protezy nie dają Pistoriusowi - jakkolwiek karkołomnie i szokująco to brzmi - przewagi nad atletami biegającymi na własnych nogach. Okazało się, że dają: jego organizm zużywa o 25 proc. mniej energii niż biegnący w tym samym tempie zdrowy człowiek, proteza krócej opiera się na ziemi niż stopa, stawia mniejszy opór powietrzu etc. (Są też straty: Pistorius chciał ze zdrowymi rywalizować tylko na 400 m, bo problemy ma przy starcie - dłużej się rozpędza).

Członkowie Komitetu Wykonawczego IAAF jednogłośnie zdecydowali, że sprinterowi w ogóle nie wolno ścigać się z pełnosprawnymi. Wyrok - to chyba najwłaściwsze słowo - wywołał kontrowersje na całym świecie, wiedzionym naturalnym odruchem współczucia i podziwu dla niepełnosprawnego, który przezwyciężył samego siebie. Lekkoatletycznym władzom zarzucono tępą nieczułość biurokratów, przeciw „dyskryminacji” Pistoriusa wystąpił sam mistrz świata w sprincie Tyson Gay, który w „ściganiu z niepełnosprawnym rywalem widziałby niezwykle motywujące doświadczenie”. Zbudowany okazywanym mu zewsząd wsparciem biegacz z RPA zapowiada apelacje we wszystkich kolejnych instancjach aż po lozański Sportowy Trybunał Arbitrażowy, który jest najwyższą władzą sądowniczą w sporcie.

Czy jednak IAAF miał alternatywę? Czy inny werdykt nie naruszyłby elementarnej zasady równości szans, której upadek zauważylibyśmy być może dopiero za pewien czas, gdyby podobne protezy założył jeszcze bardziej utalentowany sprinter niż Pistorius? Czy Gay byłby tak samo wielkoduszny, gdyby szczytowe osiągi niepełnosprawnego dzieliła od jego rekordu zaledwie jedna setna sekundy? (Na dziś Pistorius miałby realne szanse wystąpić tylko w sztafecie 4 x 400 m, jego najlepsze czasy nie dałyby mu olimpijskiej kwalifikacji. Rekordy życiowe śrubuje jednak w tempie nieosiągalnym dla zdrowych sprinterów). Czy wpuścilibyśmy na ring jednorękiego boksera, który sprawiłby sobie drugą dłoń ze stali?

O sprawie pisać trudno, każde słowo zdaje się ryzykanckie lub wręcz brutalne - jak zawsze, gdy z zimną logiką usiłuje się szukać odpowiedzi na pytania dotykające spraw ostatecznych i związanych z ludzką tragedią. Oświadczyć facetowi bez nóg, że ma lepiej niż jego zdrowy rywal?! Mocne. Mocne nawet w przypadku Pistoriusa, który w zeszłym roku powiedział: „Nie czuję się niepełnosprawny. Nie ma niczego, co potrafiliby zrobić normalni biegacze, a ja nie”. Jest on przecież nade wszystko ponadprzeciętnym lekkoatletą, który - jak każdy sportowiec - sukces okupił potwornym treningowym znojem i wyrzeczeniami, zawdzięczając go wyjątkowej samodyscyplinie, determinacji i sile woli. Teraz przegrał, bo pragnął nieosiągalnego - dołączenia do zdrowej reszty ludzkości. I skazał działaczy na dylemat beznadziejny, nierozwiązywalny, tragiczny. Wynikający z konfliktu wartości niepodważalnych, które tym razem sobie przeczą.

Kto wie, czy w zgodzie z pierwotnym olimpijskim duchem nie pozostawałoby dopuszczenie go do startu. Wyobraźcie sobie skutki: nieuchronnie stałby się najintensywniej lśniącą megagwiazdą igrzysk, spoglądałaby na niego cała planeta. I nawet jeśli media potraktowałyby go specjalnie głównie z tego względu, że stanowiłby osobliwość, to mogłyby zainspirować miliony niepełnosprawnych.

Musielibyśmy jednak liczyć się z konsekwencjami, a i bez tego precedensu nie wolno nam wykluczyć, że sportowcy już jutro nie zaczną poprawiać anatomii gadżetami high-tech - oczywiście ukrytymi, więc na bieżnię będą musieli wchodzić przez bramkę wykrywającą metal. A może schodzić? W końcu kontrolę dopingową przeprowadza się po zawodach... Nick Bostrom z oksfordzkiego Instytutu Przyszłości Ludzkości „z łatwością wyobraża sobie, iż za 10-20 lat szans na sukcesy może nie mieć żaden sportowiec bez syntetycznych kończyn”. A ja, słuchając jego proroctw, równie łatwo wyobrażam sobie protezy następnej generacji pozwalające na bieżni wykonywać kangurze skoki, tyle że sześć razy szybciej. I pęd po lekkoatletyczne rekordy przypominający wyścig jajogłowych konstruujących bolidy Formuły 1. Już dziś baseballiści przeszczepiają sobie do ramion mocniejsze ścięgna z innych części ciała, a golfiści - z Tigerem Woodsem na czele - poprawiają wzrok laserową operacją oka.

„Czuję ogromną odpowiedzialność. W imieniu wszystkich niepełnosprawnych atletów zrobię wszystko, by jedna organizacja nie zabroniła nam rywalizować przy użyciu narzędzi, bez których nie możemy nawet chodzić. Nie poddam się”. To znów słowa Pistoriusa, który zarazem linię obrony wspiera na tezie potwierdzonej przez spore ponoć grono naukowców, że badania były niewystarczająco kompletne, by rzeczywiście uzyskać pewność, iż protezy dają mu przewagę. Czyli argumentację IAAF jednak akceptuje.

Nowe badania, nawet z wynikami odwrotnymi do dotychczasowych, nie unieważnią jednak dylematu. Każdy następny wynalazek musielibyśmy znów wnikliwie badać, a tak naprawdę nie wiadomo nawet, jakie należałoby przyjąć kryteria. Czy gdyby Pistorius wyprzedził na finiszu rywala, który na ostatnich metrach naciągnął lub zerwał mięsień łydki, zwyciężyłby w uczciwej rywalizacji? Czy jeśli nie musi martwić się o swoje ścięgna Achillesa, to nie ma przewagi nad resztą stawki? Co z kwasem mlekowym, którego węglowe włókna nie wytwarzają? Co zrobić z zawodnikiem, któremu jeszcze doskonalsze protezy zastąpiłyby kiedyś całe kończyny? A co z zawodnikiem, który zrzuci buty, okładając stopę syntetykiem dającym lepsze odbicie?

Historia Pistoriusa porusza, bo na usta ciśnie się kolejne pytanie: czy powinien on startować z niepełnosprawnymi, którzy nie są tak wspaniale wyposażeni, bo np. - znów szokujący paradoks - mają jedną nogę własną? Czy nie grozi mu jeszcze bardziej ponury epilog - zakaz występu na paraolimpiadzie?

„Przepisy mówią, że stopa musi się stykać z blokiem startowym. Ale jak zdefiniować stopę?” - pytał w zeszłym roku szef lekkoatletycznej federacji RPA. Niedługo potem IAAF zabroniła używania „sprężyn, kół i innych urządzeń”. W tle tego bezprecedensowego zakazu mamy pytania o zacierającą się granicę między pełno- a niepełnosprawnością, o nieprzewidywalne skutki rozwoju biotechnologii, o nieuchronnie zbliżający się dzień, w którym narodzi się regularny technodoping, bowiem wszystkie naturalne ubytki zastąpią protezy doskonalsze od oryginału. I jedno pytanie prawie filozoficzne - czy wówczas sens będzie miał sport inny niż rekreacyjny. Niewykluczone przecież, że oparty na grze słów przydomek Pistoriusa „Blade Runner” (oryginalny tytuł filmu Ridleya Scotta „Łowca androidów”) okaże się bardziej proroczy, niż dziś ośmielamy się przypuszczać.

Potem jeszcze o Pistoriusie blogowałem - tutaj. I jeszcze pewnie pobloguję, bo chwile wydają się przełomowe - być może z każdym szczęśliwym krokiem sprintera zbliżamy się o kroczek do śmierci zawodowego sportu.

Archiwum
Tagi