Wpisy z tagiem: primera division
niedziela, 12 lutego 2012
Wreszcie. Barcelończycy zaczęli reagować jak homo sapiens, nawet Leo Messi stał się trochę bardziej ludzki. I obrona tytułu mistrza Hiszpanii stała się - bądźmy poważni, proszę - właściwie nierealna. Wielokrotnie w minionych latach zdumiewałem się, na papierowych łamach i blogu, że wirtuozi z Camp Nou wytrzymują notoryczne zwyciężanie aż tak długo. Wytrzymują mentalnie, nie fizycznie. Dowodów, że współczesny futbol na najwyższym poziomie wycieńcza i wypala dość szybko, naoglądaliśmy się mnóstwo, to także stąd bierze się niezdolność wielkich drużyn do obrony Pucharu Europy. Jak zmotywować do tyrania na ligowym hiszpańskim wygwizdowie multimedalistów, którzy zapytani znienacka pewnie sami nie potrafiliby powiedzieć, ile uzbierali trofeów? Dziesięciu punktów straty do lidera ligi hiszpańskiej nie wytłumaczymy jednak tylko człapaniną Katalończyków. Kiedy sławiłem tutaj niedawno dzieło Jose Mourinho w Madrycie, ogłaszając je najdoskonalszym obok barcelońskiego, wyrzucaliście mi na forum, że macham pustą statystyką - z braku innych argumentów, wszak żadne United czy City Realu nie sprawdziło. Że niby liczby to w futbolu nie wszystko. Może i nie wszystko, ale bardzo wiele. Statystyki nie są abstrakcją jak noty za wrażenia artystyczne, one odzwierciedlają to, co dzieje się na murawie. Jeśli piłkarze Realu mają statystyki fenomenalne, to dlatego, że fenomenalnie grają. Wiem, piszę w niewłaściwym momencie, bo dziś przepchnąć dzielne Levante pomógł im poniekąd ów dziwaczny incydent z zagraniem ręką Iborry, odesłanie go do szatni z czerwoną kartką, rzut karny. Ale nawet ów incydent nie unieważnia oszałamiającej passy piłkarzy Mourinho - jeśli wyjąć nieszczęsne zderzenia z Barceloną (1:3, 1:2, 2:2), po 21 września zwyciężali we WSZYSTKICH meczach. We WSZYSTKICH rozgrywkach. A punktów nie ciułają, wolą kolejnych rywali wdeptywać w murawę. Osasunie przyłożyli siedmioma golami, Dinamu Zagrzeb i Sevilli (na wyjeździe!) - sześcioma, Granadzie i Ponferradinie - pięcioma, Lyonowi, Atletico, Bilbao, Espanyolowi, Betisowi, Maladze i przed chwilą Levante - czterema, Ajaksowi (u siebie i na wyjeździe), Valencii, Villarrealowi, Gijon, Maladzie i Saragossie - trzema. To nie są „puste” statystyki, to arytmetyczny dowód - najogólniejszy, prawda - szokującej, nieludzkiej wprost regularności, którą wymusił na swojej drużynie Mourinho. Jeszcze raz: jeśli zapomnieć na chwilę o barcelońskich porażkach, Real odniósł 26 zwycięstw z rzędu. A gdybyśmy pożyczyli terminologię od bokserów, musielibyśmy dodać, że w ponad połowie pojedynków słał rywali na deski przed czasem. Grubo przed czasem. Królewscy unicestwiają wszystkich, którzy staną im na drodze, z bezlitosną bezbłędnością Ronaldo, który w 33 meczach sezonu strzelił już 34 gole. Zarzuty, że zbyt wiele spośród nich zawdzięcza jedenastkom, są absurdalne. On nie pomylił się od 23 z rzutów karnych! Maszyna, nie człowiek. Na tym właśnie polega wielkość Mourinho - choć szatnie, którymi zarządza, płoną od emocji, z piłkarzy konstruuje niezniszczalne, pracujące doba w dobę na pełnych obrotach machiny. Upieram się, rozliczycie mnie w nieodległej przyszłości - jeśli ta machina nie zderzy się z Barceloną, zatrzyma się dopiero po dotknięciu Pucharu Europy.
sobota, 04 lutego 2012
Na niedawno zakończony, chwilami dość męczący w odbiorze mecz z Getafe trener Jose Mourinho między słupki wstawił wychowanka Ikera Casillasa, a w pole wygonił dziewięciu z dziesięciu najdroższych piłkarzy Realu Madryt: Cristiano Ronaldo (kosztował 94 mln euro), Kakę (65 mln), Benzemę (35 mln), Pepe (30 mln), Xabiego Alonso (30 mln), Coentrao (30 mln), Ramosa (28 mln), Lassa (20 mln) i Ozila (15 mln). Z elity najdroższych brakuje tylko kontuzjowanego Di Marii, pozyskanego za 25 mln. Ale nawet z taniutkim (4,5 mln) Arbeloą zamiast luksusowego argentyńskiego skrzydłowego pod madryckim godłem gra dziś drużyna za 351,5 mln. To absolutny rekord. Gdyby trener Manchesteru City, którego właściciele uchodzą za najrozrzutniejszych we współczesnym futbolu, postarał się złożyć podstawową jedenastkę możliwie najdroższą - z minimalnym poszanowaniem podziału na pozycje, czyli bez wkładania napastników do defensywy - od biedy uciułałby grupę za ćwierć miliarda euro. Trener Manchester United też zmieściłby w drużynie góra ćwierć miliarda euro. Trenerowi Chelsea może by się udało rozłożyć na murawie więcej, ale tylko ciut więcej - londyńczycy nawet w szczytowym okresie szału transferowego Romana Abramowicza nie zdołaliby uskładać jedenastki tak kosztownej, jak obecna madrycka. To może dzisiejszy Real znajdzie konkurencję we własnej przeszłości, i to niezbyt odległej, rozświetlanej przez galacticos? Nic z tego, nawet wtedy, gdy po Santiago Bernabeu stąpali Zidane (73 mln), Figo (60 mln), Ronaldo (45 mln) i Beckham (37 mln), to wokół nich tyrali wychowankowie albo gracze wzięci za drobne (nawet Roberto Carlos Inter Mediolan wypuścił niemal za darmo). Obowiązywała wszak osławiona strategia „Zidanes y Pavones”, czyli „ekskluzywne zakupy i rodzime wyroby”. Ówczesny i aktualny szef klubu Florentino Perez ewidentnie się zreflektował, teraz wciela w życie strategię odważniejszą - „Zidanes y Zidanes”. Sprawił sobie najdroższą w historii defensywę (dzisiejsza kosztowała blisko 100 mln) i najdroższy w historii tercet ofensywny (CR, Kaka i Benzema kosztowali blisko 200 mln), całość oddał w ręce najdroższego w historii trenera (nie dość, że Mourinho bierze pensję ponad wszystkie, to jeszcze samo wyjęcie go z Interu kosztowało bezprecedensowe 8 mln). Słowem, w Realu wszystko ma być wysadzane kamieniami szlachetnymi, ceny umiarkowane uderzają w naszą arystokratyczną reputację, jeśli dziś wepchnął się między lepszych od siebie ten szary Arbeloa, to chyba wyłącznie dlatego, że rodzina królewska potrzebuje lokaja, michy i kielichy na razie na skinienie do niej nie przyfruwają. Florentino Perez pragnął zostać wizjonerem zabierającym fanów w cudowną podróż do przeszłości - zafundować im drużynę godną porównań z drużyną, która w latach 50. pięciokrotnie zdobywała Puchar Europy. Jeśli nie zrealizuje planów choćby szczątkowo, czyli madrycka drużyna nie zatriumfuje na kontynencie przynajmniej raz, przejdzie do historii jako najsłynniejsza w futbolu ofiara przeświadczenia, że kupić można naprawdę wszystko. Nawet chwałę. PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.
piątek, 03 lutego 2012
Niezwyczajna operacja rozpoczęła się w roku 2009. Dawcą był włoski klub, który piłkarzy miał zbyt dużo - lista płac liczyła przeszło setkę nazwisk. Biorcą był hiszpański klub, któremu piłkarzy brakowało - pragnął wskoczyć z trzeciej do drugiej ligi, a szczątkowy budżet nie dawał nadziei, straszył raczej perspektywą bankructwa. Prezes Granady Quique Pena postanowił więc użyć siły roboczej wypożyczonej. Hurtem. Użył 11 graczy należących do właściciela włoskiego Udinese, z którym łączyły go sprawy biznesowe. Podziałało. Na miarę wymarzonego awansu do drugiej ligi. A skoro podziałało, to prezes Granady jeszcze zintensyfikował import. I w poprzednim sezonie w szatni zmieścił aż 14 osobników pożyczonych od włoskiego klubu. Ci znów zrewanżowali się pięknie, bo podarowali fanom awans do Primera Division, niewidziany tam od 35 lat. Gdybym zawołał, że rezerwy Udinese wtargnęły do najwyższej ligi hiszpańskiej, pewnie bym nieco przesadził, bo konsekwentnie powiększany kontyngent wypożyczonych obejmował także ludzi z innych klubów - już położonych na Półwyspie Iberyjskim. Jednak to zatrudnieni w Udine - Dani Benitez, Jonathan Mensah, Odion Ighalo, Guilherme Siqueira etc - odgrywali główne role. Od wczoraj częścią tej opowieści stał się nasz Wojciech Pawłowski. 19-letni bramkarz podpisze kontrakt z Udinese, by służyć w Granadzie. Granadzie, która dziś walczy o przetrwanie w Primera Division zasobami należącymi nie tylko do włoskiego klubu, ale również do Villarrealu, Karpat Lwów, Sao Paulo, a przede wszystkim Benfiki. Portugalska drużyna jest jej kolejnym stałym partnerem biznesowym - przebiegły prezes Quique Pina, który swój rozum ma i przed kryzysem się nie ugnie, trzech piłkarzy od lizbończyków pożyczył, jednego za darmo całkiem przejął, jednego kupił za drobne. Słowem, na południu Hiszpanii kupę frajdy sprawia kibicom drużynka, która od kilku lat podfruwa z ligi do ligi na cudzych skrzydłach. Pożyczanie ludzi to strategia bezpieczniejsza niż wciąż popularne, mimo wywołanego życiem na kredyt krachu światowych finansów, pożyczanie pieniędzy. Dostawcy skrzydeł (nie tylko Udinese) oczywiście nie działają altruistycznie, oni bezdyskusyjnie też zyskują - piłkarze zbierają doświadczenie, nie trwonią czasu w rezerwie, promują się na zagranicznym rynku. Symbioza. Tylko czekać, aż inni - potężniejsi - skopiują pomysły Udinese, które proponuje model funkcjonowania w nowoczesnym futbolu wybitnie oryginalny. Oryginalny w skali europejskiej. Wyobrażacie sobie Juventus, który tworzy filię w prowincjonalnym klubiku Serie A, holenderskiej Eredivisie albo naszej ekstraklasie? W każdym razie nie sądźcie, że Granada - to też klub innowatorów w skali Europy - własnych piłkarzy nie ma wcale. Jak najbardziej, ma. Tylko aż dziewięciu wypożyczyła do trzecioligowego Cadiz, któremu szefuje ojciec Quique Peny, Juan Jose. Ściślej mówiąc - prezes Granady Quique Pena oddał ich w ręce Quique Peny, nieformalnego dyrektora sportowego Cadiz. To oczywiście nie zbieżność nazwisk. On ich przekazał samemu sobie.
środa, 01 lutego 2012
Chyba jeszcze tutaj nie zeznawałem, że od lat czuję specjalną sympatię do Davida Pizarro. Piłkarza niepozornego, o trudnym charakterze (przez to często skłóconego z trenerami), ale urzekającego mnie techniką, sposobem prowadzenia, osłaniania oraz podawania piłki i w ogóle stylem rozgrywania. To jeden z tych graczy, którzy wywołują wrażenie, że gdyby życie ułożyło im się szczęśliwiej, to osiągnęliby znacznie więcej. Ja zawsze widziałem w nim kopię - owszem, słabszą - Xaviego Hernandeza, kiedy więc w Romie wylądował trener Luis Enrique, by przeszczepić na jej boisko filozofię futbolu barcelońską, sądziłem, że mojego ulubionego Chilijczyka pasuje na małego rycerza środka pola. Myliłem się, Luis Enrique stawia na innych, zatem Pizarro został właśnie odesłany do Manchesteru City, gdzie spotka się ze swoim starym znajomym z Interu - trenerem Roberto Mancinim. A ja znów się rozmarzyłem. Wyobraziłem sobie, że Manchester City wznosi małą Barcelonę. Wokół monumentalnego Yaya Toure, gracza ewidentnie swojemu klubowi niezbędnego, rozstawia zgraję kurdupli o szybkich nogach, giętkich stopach i/lub bogatej piłkarskiej wyobraźni - Pizarro, Samira Nasriego, Sergio Aguero, Davida Silvę oraz awanturnika Carlosa Teveza. To byłby materiał na grupę uprawiającą futbol zjawiskowy, w Anglii niewidziany od szczytowego okresu wengerowego Arsenalu: Na diagramie z premedytacją umieściłem narodowości graczy, bo transfer Pizarro znów przypomniał mi o postępującej latynizacji ligi angielskiej, o której jesienią spłodziłem obszerny felieton. Dynamicznie przybywa tam piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Południowej, co powinno coraz silniej wpływać na wyspiarski styl gry. Spójrzcie na Chelsea - drugą linię portugalski trener Andres Villas-Boas może zestawić z Oriola Romeu (Hiszpania), Ramiresa (Brazylia) i Raula Meirelesa (Portugalia), napad z Juana Maty i Fernando Torresa (obaj Hiszpania), a w obronie postrzelonego Davida Luiza (Brazylia), Jose Bosingwę i Paulo Ferreirę (obaj Portugalia). Dwaj ostatni zasłużyli, by być na wylocie, ale generalnie londyńczykom niewiele brakuje, by podstawową jedenastkę ułożyli wyłącznie z Latynosów. Spójrzcie wreszcie na Manchester United. Paul Scholes z Ryanem Giggsem kariery chyba jednak kiedyś skończą, a wtedy władzę powinni przejąć Javier Hernandez (Meksyk, 24 lata), Nani (Portugalia, 26), Anderson (Brazylia, 24), Valencia (Ekwador, 27) oraz bliźniacy da Silva (Brazylia, 22). Nie tylko Premiership uparła się, by przyszłość opierać na Latynosach. Oto rekrutujące piekielnie silną kadrę Paris Saint Germain wzięło właśnie Thiago Mottę (czego moim zdaniem Inter Mediolan jeszcze pożałuje), Aleksa oraz Maxwella. Wzięło trzech Brazylijczyków, którzy dołączyli do swojego rodaka Nene, Argentyńczyka Javiera Pastore, Urugwajczyka Diego Lugano. A na tym import z tamtej półkuli pewnie się nie skończy, już dyrektor sportowy Leonardo o to zadba. Hiszpańskie kluby z ambicjami też uznają tylko dwa rynki - wewnętrzny iberyjski i południowoamerykański. W Realu Madryt rodzimych graczy wspierają przede wszystkim Portugalczyk Cristiano Ronaldo (najwięcej goli), Argentyńczyk Angel di Maria (najwięcej asyst) i inny Portugalczyk Pepe (najwięcej zarżniętych wrogów); w Barcelonie, w której coraz ładniej przyjmuje się Chilijczyk Alexis Sanchez, niehiszpańscy Europejczycy niemal nie występują; Valencia wyjątek czyni właściwie tylko dla Francuzów. Jeśli duże firmy włoskie kupują w Ameryce Łacińskiej wstrzemięźliwej, to nie względu na świadomie przyjętą strategię, lecz obłożenie ich limitami na graczy spoza Unii. Ale i tak Juventus wziął w styczniu Martina Caceresa (Urugwaj), Milan - Maxi Lopeza (Argentyna), Inter - Freddy’ego Guarina (Kolumbia) oraz Juana (Brazylia), Napoli - Eduardo Vargasa (Chile), Roma - Marquinho (Brazylia) i Nicolasa Lopeza (Urugwaj). Słowem, wielki futbol coraz chętniej zaprasza graczy miniaturowych, coraz głośniej mówi po hiszpańsku albo portugalsku, coraz częściej odrzuca osobników z plemion Północy. I to jest dobre. Futbol wymyślili Brytyjczycy (choć Sepp Blatter sądzi inaczej), ale do rangi sztuki wynieśli go Latynosi.
wtorek, 24 stycznia 2012
Kiedy nasłuchuję, jak na publicystycznym ogniu Hiszpanie przypalają niezłego skądinąd trenera José Mourinho, odruchowo sprawdzam, czy jego historia w Madrycie nie przebiegała tak: przejmuje Real w świetnej kondycji, drużynę niemal doskonałą stopniowo demontuje, wygląda na to, że zaraz zostawi po sobie porozrzucane bez ładu i składu cząstki elementarne. A przecież działo się i dzieje trochę inaczej. Za kadencji Mourinho jego piłkarze uzyskali w Lidze Mistrzów następujące wyniki: 3:0, 6:2, 2:0, 4:0, 3:0, 1:0, 1:0, 4:0, 3:0, 1:1, 4:0, 4:0, 2:2, 2:0, 1:0, 2:0. 14 zwycięstw, 2 remisy, 43-5 w bramkach. Kosmos. Przegrali tylko - nie wymieniłem tego półfinałowego dwumeczu - z Barceloną. Jesienią wypracowali w tych rozgrywkach najlepszy dorobek grupowy w ich historii. Okazalszy nawet od barcelońskiego. W poprzednim sezonie zostali wicemistrzami Hiszpanii, z gigantyczną 21-punktową przewagą nad trzecią w lidze hiszpańskiej Valencią. Ulegli tylko Barcelonie. W bieżącym sezonie w krajowej lidze prowadzą. Wyprzedzają - wyraźnie - nawet Barcelonę, mają ogromną szansę na tytuł. Bukmacherzy widzą w nich faworytów. Faworytów ligi należącej do ścisłej europejskiej czołówki. Poprzednią edycję krajowego pucharu wygrali. Po 18 latach posuchy. W finale pobili Barcelonę. Żeby uświadomić sobie, jaką moc ma Real Madryt, możemy jeszcze wspomnieć, że notorycznie okłada przeciwników festiwalem goli. Strzela je częściej niż jakakolwiek pierwszoligowa drużyna w Europie, wyjąwszy amatorskie UE Santa Coloma z Andorry. Strzela je oczywiście częściej niż Barcelona. I częściej niż strzelał kiedykolwiek wcześniej w całej historii klubu. Z dostępnych nam danych musimy wyciągnąć wniosek, że Mourinho zbudował na Santiago Bernabeu drużynę na miarę klubowego wicemistrza świata. Jego machina rozgniata wszystko, co stanie jej na drodze i nie wiruje w kolorach katalońskich. Nie zwalnia Real nawet po dołujących klęskach w El Clasico. W minionym sezonie pozycję drugiego po bogu miał prawo przypisywać sobie zespół Aleksa Fergusona, któremu udało się wyminąć Barcelonę przed finałem Champions League, więc rozegrał w elicie jeden mecz więcej. Ale teraz, po sensacyjnych międzynarodowych klęskach obu klubów z Manchesteru, madryccy piłkarze godnych przeciwników - godnych i, niestety, niezwyciężonych - znajdują tylko w Katalonii. A teraz przypomnijmy sobie, co Mourinho na Santiago Bernabeu zastał. Zastał drużynę, która pomimo obfitych inwestycji w transfery - obfitych i przed, i po jego przybyciu - przez sześć sezonów nie potrafiła dotoczyć się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, choć dotaczało się do niej nawet Fenerbahce Stambuł czy Bordeaux. Drużynę, która w 1/8 finału dostawała od Lyonu, Liverpoolu (0:1 i 0:4!), Romy (1:2 i 1:2), Bayernu Monachium, Arsenalu i Juventusu. Drużynę wykopywaną z Copa del Rey przez prowincjonalne Alcorcon i Real Union, przez Mallorcę, Betis Sewilla, Real Saragossa albo Valladolid. Tamto przeciętniactwo zastąpili ludzie, którzy przegrywają tylko z supergrupą Josepa Guardioli. Owszem, zbierają zazwyczaj ciężkie razy. Ale na tle katalońskim z boiska znika nawet Manchester United w wersji najwydajniejszej w całej erze Fergusona. Jeśli znika rzadziej, to dlatego, że los rzadziej skazuje go na najtrudniejsze wyzwanie we współczesnym futbolu - poszukiwanie ucieczki, zazwyczaj rozpaczliwe, z labiryntu mikropodań Barcelony. W pułapkę bez wyjścia szczęściarz wpadł tylko dwukrotnie, i to dopiero w finale Ligi Mistrzów. Choć Real nadal nie zbliża się od Katalończyków, to będę się upierał, że niezmiennie staje się coraz lepszą drużyną. Niestety, rywale pędzą ku perfekcji jeszcze szybciej. I tak El Clasico - serial z akcją wciąż się zagęszczającą, jutro obejrzymy dziewiąty odcinek w niespełna dziewięciu miesiącach - zafałszowuje wszystko, czego Mourinho dokonał. Medialne palenie go żywcem nie byłoby właściwie zaskakujące - zastępy wrogów narobił sobie wszędzie, gdzie pracował, zazwyczaj zresztą zrażał do siebie świadomie, dla niego mecz toczy się także przed kamerami. Nie byłoby zaskakujące, gdyby nie doniesienia, że żarzy się także w drużynie, że autorytet trenera kąsają także piłkarze. Mourinho zdarzało się już przegrywać, zdarzało mu się znosić ognistą krytykę, wielokrotnie wysłuchiwał, jak to morduje futbol i ucieka się do brudnych chwytów. Ale w szatni - każdej szatni - był guru. Bossem nie tyle wymuszającym ślepe posłuszeństwo, ile uwodzicielskim, sprawiającym, że podwładni publicznie ogłaszali - jak Wesley Sneijder - że są gotowi dla niego umrzeć. Gdyby szatnia Realu się podzieliła, nadwątliła jego autorytet albo straciła doń zaufanie, poniósłby Mourinho klęskę w karierze bezprecedensową, być może boleśniejszą niż niezapomniane 0:5 z El Clasico - runąłby mit trenera, którego piłkarze tylko wielbią. A kiedy się z nim rozstają, wpadają w szloch. Ale może też Mourinho przegrać typowo, z unikalną specyfiką Santiago Bernabeu. To tam Fabio Capello dwukrotnie tracił posadę tuż po triumfie w lidze hiszpańskiej. To tam można sobie wyobrazić sobie, że Florentino Perez wyleje trenera, choć wówczas cały pobyt Portugalczyka w klubie - od ceny wykupu z Interu, przez pensje i premie, po odprawę - kosztowałby go 100 mln euro. Można sobie wyobrazić paradoks: Mourinho odchodzi tuż po zdobyciu mistrzostwa w czwartym kraju w Europie i wyrównaniu rekordu Ernsta Happela. Najtrudniej wyobrazić sobie, kto byłby w stanie go zastąpić i zacząć wygrywać z Barceloną już, zanim jej fenomenalne pokolenie wyginie. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||