Wpisy z tagiem: primera division

piątek, 15 kwietnia 2016

Liga hiszpańska, La Liga, Primera Division, Liga Sprawiedliwości

Kiedy oni spoglądają na swoje znakomite kluby, przy odpowiedniej dozie złośliwości mogliby je obśmiewać właściwie bez przerwy. Wszystkie bez wyjątku.

A to Real Madryt, jak zwykle znęcający się nad słabymi, znów traci szansę na mistrzostwo kraju wiele tygodni przed końcem rozgrywek. A to stołeczne Atlético, jak zwykle próbujące podskakiwać zdolniejszym od siebie, tradycyjnie – czyli siódmy raz z rzędu, to było tak niedawno... – oberwie od Barcelony. A to Barcelona, jak zwykle nie protestująca przeciw obwoływaniem jej drużyną wszech czasów, da się pożreć prostemu ludowi pracującemu z Atlético. Gdzie nie spojrzeć, tam kryzys albo przynajmniej kryzysik, tam niepełna satysfakcja albo haniebne pasmo niepowodzeń.

Ale do rzucania uszczypliwości w stosunku do Hiszpanów mają prawo wyłącznie Hiszpanie. Nam, obserwatorom zagranicznym, wolno jedynie pokornie milczeć. Ewentualnie składać hołdy absolutnym władcom futbolu klubowego, którzy od lat konsekwentnie oduczali się od przegrywania z barbarzyńcami z innych krajów, aż całkiem się tego przegrywania odzwyczaili. W tym sezonie nie pozwolili się wykopać z pucharów nikomu, choć w Lidze Mistrzów i Lidze Europy osiągnęliśmy już pułap półfinałów.

Owszem, Barcelona odpadła – bo wpadła na Hiszpanów. Valencia odpadła – zderzyła się z Hiszpanami. Odpadł dzisiaj Athletic Bilbao – też wdepnął w Hiszpanów. Między żywymi pozostał natomiast hiszpański kwartet, który reprezentuje same niesamowite historie – obaj madryccy potentaci wciąż zachowali szansę na spotkanie się w finale, choć przeżyli to ledwie dwa lata temu; morderczo regularna Sevilla coraz śmielej skrada się, by wziąć trofeum w Lidze Europy po raz trzeci (!) z rzędu; wreszcie Villarreal, drużynka w tym gronie najskromniejsza, wbiegła do półfinału po 11 europejskich meczach bez porażki.

A ponieważ tylko troszkę mniej idealnie przebiegał sezon poprzedni i ponieważ w ostatnich trzech latach hiszpańskie kluby wygrały 43 z 46 dwumeczów z rywalami niehiszpańskimi – nas też bardzo bolało, wspomnijcie 1:9 w dwumeczu Śląska z Sevillą – to ich liga tylko nie tyle rankingowi UEFA przewodzi, ile miażdży konkurencję z przewagą bezprecedensową. Dzisiaj czołówka wygląda tak:

ranking UEFA

... co oznacza, że nawet gdybyśmy oderżnęli liderowi wszystkie punkty zdobyte w bieżącym sezonie, to lider wciąż nie zleciałby na pozycję wicelidera. Wszystkie, czyli uzbierane w 75 meczach! Rozrosła się Primera Division w krainę wszechbogatą w talent jednostek i porażającą efektywność klubów, w dodatku Bayernem Monachium – jedynym usiłującym ostatnio rzucić wyzwanie Atlético, Barcelonie i Realowi – zarządza wychowany w niej Pep Guardiola.

Witajcie w Hiszpanii, najwyższej dzisiaj kulturze piłkarskiej na świecie. Wciąż i coraz bardziej.

czwartek, 28 stycznia 2016

Atletico Madryt

Nie znajdziemy chyba dobitniejszego niż Atlético dowodu, że odbiorem piłki nożnej manipuluje dziś marketingowa propaganda. Zamiast patrzeć na boisko, dajemy się uwodzić lśniącym logo słynnych marek, a jeśli nawet spojrzymy na murawę, to natychmiast wypychamy ze świadomości wszystko, co mogłoby ustaloną hierarchią zachwiać. Sukcesy drużyn pomniejszych bagatelizujemy jako przypadkowe, chwilowe, zrodzone przez pomyślny zbieg okoliczności.

Teoretycznie madryccy piłkarze uczynili wiele, by zyskać reputację potęgi. W dodatku pracowali na nią nie tygodniami, miesiącami ani nawet w pojedynczym roku – nie, oni pracowali latami, pracują nadal, raczej nie planują przestać.

W 2013 roku wydarli Realowi Puchar Króla na jego własnym stadionie – wygrali, choć przegrywali 0:1; przesądzili o sezonie rywali bez trofeum; zgotowali trenerowi José Mourinho upokarzające pożegnanie z Madrytem. W 2014 roku wydarli Barcelonie mistrzostwo kraju – znów na jej stadionie, pomimo prowadzenia gospodarzy. A tydzień później sekundy dzieliły ich od triumfu w Lidze Mistrzów. Nawet w minionym sezonie, słabszym i poprzedzonym ucieczką gwiazd do Chelsea, zdołali narozrabiać w Champions League – w ćwierćfinale ulegli w madryckich derbach minimalnie, tym razem sekundy dzieliły ich od dogrywki. Grasowali na scenach najważniejszych, przyciągających kibiców z całej planety. A teraz znów rzucają wyzwanie hiszpańskiemu duopolowi jako zupełnie nowa drużyna. Zamiast zasłaniającego całą bramkę Courtoisa obskakuje ją Jan Oblak, zamiast Ardy Turana od pola karnego do pola karnego zasuwa Saúl Ñíguez, oddanego i przygasłego w minionych miesiącach Diego Costę wyręcza snajper Antoine Griezmann etc. Do 1/8 finału LM weszli spacerkiem, bronią najszczelniej w Europie (choć w kraju naparzają się z przeciwnikami mocniejszymi niż przeciwnicy Bayernu czy PSG), imponują siłą rezerwowych, wieloletnia regularność wyniosła ich na piąte miejsce w klubowym rankingu UEFA. Czego chcieć więcej?

A jednak madrytczycy wciąż pozostają niewidzialni. Doskonale to widać – czy raczej: nie widać – w plebiscycie Złota Piłka, modelowym dzisiaj objawem przewagi komerchy nad sportem. Rok 2015? Wśród 23 nominowanych finalistów nikogo z Atlético. Rok 2014? Wśród finalistów nikogo z Atlético (Costa i Courtois zebrali pojedyncze punkty już jako gracze Chelsea, mieli tam znakomitą jesień). Rok 2013 – wśród finalistów również nikogo z Atlético. Zresztą w pięćdziesiątce najlepszych piłkarza świata fachowego magazynu „World Soccer”, gdzie głosowania nie ograniczają żadne narzucone z góry „nominacje”, przedstawiciela Atlético też dojrzymy jedynie na 31. pozycji, którą zajmuje Diego Godín – być może najbardziej niedoceniany stoper, niedoceniany naturalnie z powodu niewłaściwego pochodzenia klubowego. A moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” nie zmieściła Oblaka w dziesiątce czołowych bramkarzy w Europie.

Lata mijają, nazwiska w jedenastce się zmieniają, zwycięstwa się mnożą, a gang Diego Simeone wciąż pozostaje na dorobku. Niezależnie od wszystkiego. Jeszcze na początku stycznia szanowany ESPN dawał mu żałosny 1 (słownie: jeden) procent szans na odzyskanie mistrzostwa kraju, choć Atlético nie tylko znów od miesięcy dotrzymuje kroku Barcelonie i Realowi – ta drużyna już udowodniła, że potrafi potentatów złamać, i to ledwie półtora roku temu. Nie sposób zdezawuować jej nawet dyżurnymi frazesami o „braku doświadczenia” czy „kompleksach”, to taka Borussia według Kloppa po upgradzie, czyli Borussia, która powodzeniem się nie zmęczyła i zdołała nie popaść w kryzys.

Owszem, rywale składali Atlético hołdy, bodaj najwspanialszym był transfer Ardy Turana do Barcelony – oto drużyna utożsamiana z subtelnością i krystaliczną wirtuozerią zaprosiła do siebie gracza ucieleśniającego wściekłą zadziorność, chropowatość oraz pracowitość z Vicente Calderón. Jednak trwający od miesięcy stanowczy marsz madrytczyków przez europejskie murawy był przyjmowany obojętnie, oni wciąż się skradają, po zaszczyty przemykają chyłkiem, zaledwie do wielkości aspirują.

Dopiero w sobotę staną przed szansą, by wreszcie narobić rabanu i przynajmniej na chwilę wyjść z cienia. Wyprawiają się na barcelońskie Camp Nou, a gdzie zyskiwać chwałę, choćby chwilową, jeśli nie tam. Ale wciąż nie ulega wątpliwości, że w sensie wizerunkowym wskórają niewiele. Łatwiej dzisiaj pokonać mistrzów, niż przekonać świat, że to nie była aż taka sensacja.

środa, 27 maja 2015

Finał Ligi Europejskiej odbywał się na pięknej scenie – choć oglądałem z trybun Stadionu Narodowego już 15. mecz, obiekt nadal mi nie spowszedniał i nadal mnie rozaniela. A urok dzisiejszego meczu polegał również na tym, że każde jego rozstrzygnięcie byłoby zakończeniem ujmującej opowieści. Dnipro, wiadomo – tragedia wojny w tle, nieczynny z jej powodu stadion, konieczność rozgrywania wszystkich meczów na wyjeździe, status drużyny, w której moc nikt nie wierzy. Sevilla, też wiadomo – w jej sercu nasz Grzegorz Krychowiak, jeden z bohaterów minionego sezonu najsilniejszej ligi świata, kandydat na ledwie dziesiątego Polaka, który zdobył europejskie trofeum.

Już nie jest kandydatem, już awansował do jeszcze bardziej elitarnego grona, bo dotychczas tylko dwaj jego rodacy strzelali gole w europejskich finałach. I to w średniowieczu. Krychowiak dołączył do Zbigniewa Bońka, który w latach 80. trafiał dla Juventusu Turyn, oraz Stanisława Oślizły, który w 1970 roku trafiał dla Górnika Zabrze. I zagrał piłkarz Sevilli jedną z głównych ról we wspaniałym spektaklu, spektaklu przepełnionym i wysoką jakością gry, i dramaturgią, w meczu, podczas którego zwłaszcza przed przerwą czułem, że się go celebruje, a nie rozgrywa, w każdym razie ja delektowałem się z nieprzyzwoitą zachłannością. Nawet kompletnie bezstronni widzowi musieli być wniebowzięci, dla ich frajdy padła nawet rekordowa w krótkich dziejach Narodowego liczba goli – wcześniej oglądaliśmy ich pięć jedynie podczas wizyty w Warszawie hobbystów z San Marino.

Triumf Sevilli był logiczny i jedynie słuszny, wszak od bieżącego sezonu UEFA wynagradza go zaproszeniem do Ligi Mistrzów, a wydaje się logiczne i jedynie słuszne, by pięć miejsc zagarnęli tam właśnie reprezentanci ligi hiszpańskiej, bezapelacyjnie najsilniejszej na kontynencie. Do elity wśliznął się zresztą klub wyjątkowy, wybitnie zasłużony dla rozgrywek pucharowych. Bo sewilczykom gratulujemy nie tylko efektownego wyswobodzenia się z czasów zapaści (przed dekadą byli bliscy bankructwa) i fantastycznie skutecznego dyrektora sportowego, dzięki któremu lansują na gwiazdy piłkarzy klasy Daniego Alvesa, Sergio Ramosa, Jesúsa Navasa, Frederica Kanoute czy Luisa Fabiano. Nie, oni nade wszystko przysłaniają właśnie wszystkich popisujących się w Europie.

Jako jedyni w XXI wieku obronili europejskie trofeum, w dodatku zdołali obronić je dwukrotnie, dzięki czemu w dekadę uzbierali aż cztery – to najbogatsza kolekcja na kontynencie, dorównać może im zaraz tylko Barcelona, przymierzająca się do kolejnego skoku na Ligę Mistrzów. To kolekcja najbogatsza i uświadamiająca, że przyjemność z bycia potęgą można czerpać także na nieco niższym szczeblu rywalizacji. Sevilla jest pierwszorzędną drużyna drugorzędną, nieobecną w skupiających najbogatsze kluby rankingach Football Money League. Obsypuje swoich zwolenników mnóstwem nieoczekiwanych upominków, a zwróćcie uwagę, że ci obok opiewania sukcesów własnych mogą świętować też klęski sąsiadów z Betisu, który dopiero wybudza się z drugoligowego koszmaru. Słowo „średniak” nie brzmi już pogardliwie.

Kto wie, czy gdybyśmy zmierzyli subiektywne poczucie satysfakcji, fani Sevilli – aspiracje mają skromniejsze niż barcelońscy czy madryccy – nie okazaliby się w minionej dekadzie najszczęśliwszą kibicowską społecznością na świecie.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dwa linki do artykułów z poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra”.

Felieton o hiszpańskiej Primera Division, przy której wszystkie inne rozgrywki futbolowe zdają się coraz mniejsze, oraz ekstremalnej Chelsea, przeczytacie tutaj.

Wraz z Michałem Szadkowskim postanowiliśmy też sprawdzić, po co Katarowi ten cały światowy sport. I zapytaliśmy panią, która zajmuje się tym osobliwym krajem naukowo. Wywiad znajdziecie tutaj.

niedziela, 08 lutego 2015

Na pewno jest coraz większe, większe i większe. Co najboleśniej odczuwają piłkarze Realu Madryt, z derbów na derby coraz bardziej bezradni i coraz okrutniej batożeni. Mój kolejny felietonowy hołd złożony Diego Simeone i jego gangowi przeczytacie tutaj. Nadal przeczuwam, że znów dokopią się do finału Ligi Mistrzów.

czwartek, 22 maja 2014

Gdyby nie ofermowaty popis piłkarzy Realu Sociedad – dali jesienią ciała na miarę pojedynczego punkciku uciułanego w grupie Ligi Mistrzów – to hiszpańskie kluby byłyby w upływającym sezonie europejskich pucharów nietykalne.

O najcenniejsze trofeum powalczą zaraz Real Madryt i Atlético. Mniej prestiżowe wzięła Sevilla. Barcelona, owszem, odpadła już w ćwierćfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Atlético) – wcześniej rozprawiła się z nowym mistrzem Anglii. Valencia, owszem, odpadła w półfinale, ale wykopana przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Betis odpadł jeszcze szybciej, ale również wykopany przez rywala ze swojego kraju (Sevillę). Jeszcze raz: gdyby nie wspomniane gapy z Realu Sociedad, ŻADEN hiszpański zespół nie zostałby wyeliminowany przez niehiszpański. Dlatego już tylko na marginesie zwrócę uwagę, że koronę króla strzelców Ligi Europejskiej założył niejaki Jonathan Soriano – a jakże, Hiszpan, tyle że zatrudniony w Salzburga – który o jednego gola wyprzedził Paco – a jakże, Hiszpana, młodzieńca z ataku Valencii.

Nie wiem, czy to wszystko uprawnia do obwołania Primera Division najsilniejszymi rozgrywkami krajowymi na świecie – jak wiemy z kibicowskich awantur, nikt jeszcze nie wskazał kryteriów mierzenia siły lig, które usatysfakcjonowałyby wszystkich. Zamiast stawiania hałaśliwych tez proponuję zatem rozejrzeć się, skąd czerpią natchnienie inni potentaci.

W lidze angielskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na drugiej pozycji, wszystkich pokonał Manchester City, którym zarządzają były barceloński dyrektor sportowy Txiki Begiristain oraz były barceloński wiceprezes od spraw biznesowych Ferran Soriano, i który w napadzie wystawia Davida Silvę, Jesusa Navasa i Álvaro Negredo (a funkcję trenera pełni fachowiec chilijski, lecz od dekady zbierający doświadczenia w drużynach hiszpańskich). Hiszpańska inwazja obejmuje zresztą od lat wiele wyspiarskich boisk – także w renomowanych firmach, jak Chelsea czy Arsenal – a najnowsze plotki transferowe wskazują, że wkrótce jeszcze się nasili. I hiszpańscy piłkarze wreszcie stworzą tam najliczniejszą nację imigrancką – na razie ustępują francuskim (oczywiście ilościowo, jakości nie ma co porównywać).

Ligę niemiecką, w rankingu UEFA sklasyfikowaną na trzeciej pozycji, w rekordowo przytłaczającym stylu zdominował Bayern, który postanowił oddać władzę nad szatnią – i projektowanie nowej przyszłości – Hiszpanowi Pepowi Guardioli. A ten reżyserię gry powierzył rodakowi Thiago Alcantarze. I dopóki wybrańca trenera nie rozłożyła kontuzja, monachijska kręciła się jak perpetuum mobile. (Można by jeszcze napomknąć o domieszce hiszpańskiej krwi buzującej w żyłach Javiego Martineza).

W lidze włoskiej, w rankingu UEFA sklasyfikowanej na czwartej pozycji, ponownie triumfował akurat Juventus, który hiszpańskim wpływom się opiera – choć całkiem ich nie unika, stąd obecność w ataku Fernando Llorente – ale już krajowy puchar zdobyło Napoli, czyli drużyna kierowana przez Hiszpana Rafę Beniteza, a na boisku reprezentowana przez jego rodaków Pepe Reinę, Raula Albiola i Jose Callejona (oraz wypchniętego z Madrytu Gonzalo Higuaina).

Również w innych krajach, już bardziej oddalonych od kontynentalnej czołówki, znajdziemy mnóstwo klubów – zwycięskich! – którzy uwierzyli, że kto chce, by go w nowoczesnym futbolu słuchali, musi przemawiać po hiszpańsku. Jak we wszechpanującym w Grecji Olympiakosie. Tam szatnia przyjęła czterech hiszpańskich piłkarzy, a także trenera – w osobie Michela, przez całe moje dzieciństwo krążącego w linii pomocy Realu Madryt.

Gdzie indziej wysłanników z kraju mistrzów świata odnajdziemy mniej, ale zarazem coraz trudniej wypatrzeć okolice, które ich urokowi nie ulegają. Hiszpanie to hard power i soft power. Nie tylko sami zwyciężają, ale jeszcze wystarcza im zasobów ludzkich, by stopniowo spychać Brazylię z pozycji czołowego futbolowego eksportera. Sprzedają ludzi i know-how. Od Euro 2008 liczba ich graczy najętych przez ligi zagraniczne najwyższego szczebla potroiła się – według szacunków ze stycznia było ich 222, kopali nawet w Azerbejdżanie, Hongkongu czy Nowej Zelandii. Nienawróconych na obrządek hiszpański ubywa z każdym sezonem, nawet w naszej ekstraklasie pojawili się znienacka aż dwaj trenerzy najpopularniejszego wyznania – najpierw José Rojo Martín w Kielcach, potem Ángel Pérez García w Gliwicach.

To więcej niż moda, wywołana niedawną karierą tiki-taki, czyli jedynym nowym stylem gry, którego nazwa wzbogaciła ostatnio język futbolu. Jak marketingu nauczają konkurentów kluby angielskie, a gigantyczny kapitał dostarczają inwestorzy z innych kontynentów, tak w sensie najważniejszym – czysto sportowym – Europę skolonizowała Hiszpania.

sobota, 17 maja 2014

Nowi mistrzowie Hiszpanii zasłużyli, by bić im pokłony do utraty tchu, oni nie wywołali po prostu kolejnej w futbolu sensacji, oni dokonali znacznie więcej, wzniecając rewolucję tam, gdzie tyrania zdawała się już prawem natury – ustanowionym co prawda ledwie kilka chwil temu, ale za to na wieczność. Obdartusy z Vicente Calderon, z kibicami od lat znanymi jako wyczynowi „cierpiętnicy”, miałyby choć zadrasnąć Barcelonę i Real? Nie do wymyślenia, już łatwiej wyobrazić sobie, że jabłko nie spada na głowę Newtona, ale postanawia zawisnąć w powietrzu na wysokości jego ust i grzecznie prosi, by je ugryźć.

Niestety, na godne uhonorowanie Atlético mnie nie stać – mam niedobry czas, głowa nie pracuje, stąd martwa cisza na blogu. Wpadam tylko na moment, by zwierzyć się, że dla piłkarzy Diego Simeone czuję większy podziw i szacunek niż dla wszystkich drużyn naszego stulecia, które zdobywały znaczące trofea, choć teoretycznie nie powinny się ośmielić na trofea spojrzeć. Nawet dla tych z niesamowitego roku 2004. Kiedy FC Porto szło wtedy po triumfy w Lidze Mistrzów i lidze portugalskiej, rywali w kraju miało lekkopółśrednich. Kiedy po złoto mistrzostw kontynentu szła Grecja, potrzebowała zaledwie kilku nadzwyczajnych tygodni, podczas których faworyci nawet nie zdążyli się zorientować, co się święci. Tymczasem piłkarze Atlético zbuntowali się w wyjątkowo wrogim świecie – najpotężniejsze kluby stały się potężniejsze niż kiedykolwiek – byli wystawiani na próby przez okrągły rok, musieli dojrzeć do roli faworytów, wytrzymywali w kilku rozgrywkach pomimo wąziutkiej kadry. Ruch oburzonych, który nad słowa przedkładał czyny i któremu się udało. Barcelona zasadzała się na nich w tym sezonie sześciokrotnie, nie wygrała ani razu. Ani razu nie strzeliła też więcej niż jednego gola. Innej drużyny, która przeżyłaby w minionych latach podobną serię w meczach z Katalończykami, nie znajdziemy. Nie tylko w Hiszpanii.

I nieważne, że ustępujący mistrzowie zeszli w fazę ewidentnie schyłkową – stali się drużyną bez ducha, głównego wątku w grze, nawet bez lidera. Z perspektywy Atlético to wciąż imperium, które ma wszystko. Madrytczycy przywracają wiarę, ostatnio nadwątloną, że historia futbolu się nie skończyła – megakorporacje mogą zagwarantować sobie dalsze rozszerzanie panowania biznesowego, ale nie zagwarantują sobie totalnego panowania sportowego. Piłkarze Simeone do tytułu się doczołgali. Diego Costa znów nie zdołał nakłamać swojemu organizmowi, że jest zdrowy, następnie padł z kontuzją Arda Turan, w końcówce wszyscy pozostali charczeli ułamek sekundy po zerwaniu się do sprintu, już chyba symulowanego. Zapamiętam ich jako uczciwie pracujących ludzi, którzy superbohaterom z Barcelony i Realu – bo żyjemy w czasach supebohaterów, prawda? – przeciwstawili pasję, ból, rzetelne realizowanie niezbyt odkrywczej koncepcji taktycznej. Po spektakularnościach El Clásico nastał czas zwyczajnych piłkarzy, którzy grają zwyczajny futbol. Chwytajmy ten dzień, potrwa króciutko.

niedziela, 30 marca 2014

Thibaut Courtois to pogromca napastników z gatunku pająkowatych. Chudy jak szczapa, wymachujący cienkimi kończynami, które są prawdopodobnie tak długie, że jeśli szeroko rozłoży górne, to może chwycić oba słupki naraz. Budzi naturalne skojarzenia z podobnie zbudowanym Edwinem van der Sarem – byłym gwiazdorem Manchesteru United, kiedyś najlepszym fachowcem na świecie. Emerytowany Holender mierzył od stóp do głów 197 cm, rozpoczynający dopiero karierę Belg wyrósł nawet ciut wyżej.

A przede wszystkim bardzo szybko dorósł.

Jak wielu wyczekuje, aż całe Atlético nie wytrzyma morderczego tempa wyścigu o mistrzostwo ligi hiszpańskiej, tak wielu wypatrywało dnia, w którym kryzys rozłoży madryckiego bramkarza. Między stołeczne słupki wskoczył on wszak niedługo po 19. urodzinach i już tam został na zawsze, w inauguracyjnym sezonie na obczyźnie łączył obowiązki w lidze krajowej z wyzwaniami w Lidze Europejskiej. Ba, tę ostatnią wygrał. Zaczął się kolejny sezon, skończył się, by ustąpić miejsca sezonowi bieżącemu, mijał miesiąc za miesiącem, a Courtois wciąż z bramki nie wychodził. Zajmował pozycję niezbyt przyjazną chłopcom, wymagającą doświadczenia i wyjątkowej odporności nerwowej, ale uparcie trwał. Gardził prawem młodości do upadków następujących po nagłych wzlotach, wolał utrzymywać wysoką, ustabilizowaną formę. I rozbłyskiwał. Z gwiazdeczki na gwiazdkę, z gwiazdki na gwiazdę. W minionym sezonie zdobył nie tylko Nagrodę Zamory, którą przyznaje się w lidze hiszpańskiej po prostu za najniższą średnią puszczonych bramek (co może być zasługą zbiorową), ale został jeszcze wybrany na bramkarza numer jeden w Primera División w plebiscycie, w którym głosują piłkarze i trenerzy. Rozentuzjazmowani rodacy ukuli już słowo „thibauting”, które oznacza „odgrywanie kultowych obron Thibauta w przypadkowych, dowolnych okolicznościach”.

Do dziś rozegrał w Atlético 142 mecze, a przecież już wcześniej, jako nastolatek w Genk – zdobył tam mistrzostwo Belgii, uznano też go za najlepszego bramkarza ligi – wytrzymał między słupkami pełen sezon, złożony z 44 gier. Zbiera doświadczenie w tempie bohatera z białej części Madrytu, świętego Ikera Casillasa, który przed 22. urodzinami również zbliżał się do dwusetnego występu w seniorskim futbolu.

Ten ostatni jest dziś odtrącony, ligowe mecze spędza osadzony w rezerwie Realu. Co przypomina, że choć obaj potężni rywale Atlético – sąsiad ze stolicy i Barcelona – dysponują ogromną kadrową przewagą, to w jednym rejonie boiska dysponują głównie (Real) lub wyłącznie (Barca) kłopotami. Właśnie w bramce.

Katalończycy stracili Víctora Valdésa, a zastąpił go José Manuel Pinto – cierpiący na chroniczny ból pleców, najstarszy w kadrze (w listopadzie skończy 39 lat), znany głównie jako muzyk amator i bliski przyjaciel Messiego (i w ogóle popularny w szatni). Od wielu sezonów był wpuszczany do bramki tylko incydentalnie, a teraz będzie musiał grać co kilka dni, w trzech rozgrywkach, wyłącznie o najwyższą stawkę.

W Madrycie wypominają natomiast Diego Lópezowi, że nie chodzi już po wodzie, jak to zwykł czynić wcześniej. Z 17 straconych ostatnio przez Real bramek puścił 15 (w 17 meczach), a Casillas ledwie 2 (w 11 meczach). Dziewięć ostatnich celnych strzałów rywali przyniosło im aż sześć goli. López nie tyle popełnia kardynalne błędy, ile nie wyczarowuje parad wpływających na wynik. I wróciła dyskusja, czy madrycka bramka nie powinna zostać przywrócona św. Ikerowi...

Barcelona zatem bramkarza numer jeden nie ma, Real nie całkiem wie, kto na numer jeden zasługuje, tymczasem numer jeden w Atlético uwija się między słupkami fantastycznie, regularnie ratując drużynę interwencjami na miarę zwycięskiego gola – dającymi punkty. Jak w w 81. minucie sobotniego meczu w Bilbao. Gaizka Toquero dośrodkowywał, Aritz Aduriz uderzał głową, to miał być gol wart remisu. I może byłby, gdyby nie zjawiskowy refleks Courtoisa (w pewnych filozofujących kręgach Twitterowych zwanego też pieszczotliwie Kurtułą) – zresztą sami obejrzyjcie, co Belg nawyprawiał.

To dla niego nie pierwszyzna, kluczowymi robinsonadami zachwyca notorycznie. Pełno ich na YouTube, mnie ostatnio zapadło w pamięć, jak wystrzelił po piłkę uderzaną głową przez Andreę Polego – w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, przy wyniku 0:0 i w trakcie intensywnego naporu Milanu. Odwagi Belgowi też nie brakuje. Nie znosi piąstkować, chce chwycić piłkę także wtedy, gdy 99 proc. kolegów po fachu wolałoby nie ryzykować, nawet za cenę wybicia jej pod nogi rywala. Niewykluczone, że Courtois zasługuje już, by obwoływać go drugim po Manuelu Neuerze bramkarzem świata. Zresztą w tym sezonie tylko Niemiec z Bayernu puszcza gole rzadziej (biorąc pod uwagę krajową ligę i Champions League), więc Courtois stoi przed olbrzymią szansą na odebranie Nagrody Zamory po raz drugi z rzędu, czego nie dokonał dotąd żaden obcokrajowiec. I stanowczo sprzeciwia się powrotowi do Chelsea – od wieczności jest stamtąd wypożyczony – tylko po to, by trwonić czas na rólkę zmiennika Petra Czecha. Fachowca również wybitnego, nie zdradzającego żadnych oznak przedwczesnego – w maju skończy ledwie 32 lata – starzenia się.

Kiedy blogowałem w styczniu o zamachu na El Clásico, niezbyt wierzyłem, że zamach się powiedzie, ale dziś coraz wyraźniej widać, że wypatrywanie nieuniknionej rzekomo zapaści Atlético przypomina trochę niedawne wypatrywanie zapaści Borussii Dortmund, rzekomo również nieuniknionej. Zapaści być nie musi, o tytule mogą przesądzić niuanse. Dzika banda Diego Simeone sumiennie wygrywa mecz za meczem, na tyłach zdaje się mniej podatna na ciosy niż Barcelona i Real, w sytuacjach ostatecznych ratują jej życie rękawice Courtoisa. Dlaczego miałyby nie rozstrzygnąć rywalizacji o mistrzostwo Hiszpanii?

niedziela, 26 stycznia 2014

Real Madryt, Primera Division, Carlo Ancelotti

Gdybyście szukali wyciszenia, podkradnijcie się pod szatnię Realu Madryt, przytulnie w niej jak w domku na prerii, a nie wyjaśnia tutaj wszystkiego powodzenie na boisku, z powodzeniem faworytów na hiszpańskich boiskach mamy zawsze ten kłopot, że nigdy nie wiemy na pewno, jak je wyceniać – jeśli w trzecim sezonie z rzędu do zdobycia tytułu potrzeba uzbierać 100 punktów, to nawet dłuższe zwycięskie serie niewiele znaczą, pojedyncza wpadka zniweczy cały wysiłek.

Dlatego ton – i wektor – komentarza zależy wyłącznie od decyzji komentującego. Komplementować 630 minut bez straty gola, wyczyn oglądany dopiero drugi raz w historii klubu, czy zwrócić uwagę na kontekst, znaczy wypomnieć niską klasę ostatnich przeciwników, którzy pod madryckie pole karne jednak potrafili się zapuszczać? Sławić piłkarzy za nadrabianie punktowych zaległości do Barcelony oraz Atlético czy sprowadzać ich na ziemię przypomnieniem, że oba najważniejsze testy w sezonie ligowym (właśnie z Barceloną oraz Atlético) oblali, a ich w starciach z Juventusem w Champions League nie wyglądali na pewnie sięgających po swoje? Klękać przed gracją Luki Modricia, zasłużonego wszechstronnie myśliciela środka pola – nie dość, że odbierze piłkę, to jeszcze przebiegle przekaże ją dalej – czy awanturniczo szukać dziury w całym, gdy Gareth Bale mecze doskonałe przeplata z przeciętnymi?

Wiem, proponuję sztuczne dylematy, w Realu wszystko wygląda wręcz zbyt idyllicznie, wypada raczej gratulować, że w Jesé wreszcie podziwiają rozkwitającego wychowanka, w Karimie Benzemie zmartwychwstał snajper, Ángelowi di Maríi wygodnie grać również z dala od skrzydła, w trakcie wędrówki po wszystkich pozycjach oglądalibyśmy wyłącznie ładne krajobrazy, w tym wreszcie rozanielonego, znów uhonorowanego Złotą Piłką Cristiano Ronaldo. Od lat przyzwyczajałem się jednak, że w Madrycie właśnie albo tworzą sztuczne problemy, albo do problemów rozdymają problemiki, tam był potrzebny nie tyle psycholog, ile psychiatra, a kiedy środowisku tak naelektryzowanemu naraził się jeszcze José Mourinho, trener pożądający wysokiego emocjonalnego napięcia wszędzie, gdzie pracuje, to już kibic królewskich musiał poczuć, że znikąd nadziei. Real jako oddział zamknięty.

Aż nagle się rozpogodziło. Konfrontacyjnego Portugalczyka zastąpił trochę mistrz zen, a trochę jowialny, lubiany przez całą rodzinę wujek, który rozładuje każdą sytuację, nie wywyższa się – być może najbardziej przypominający poprzedniego trenera, który wygrywał z Realem Ligę Mistrzów, nawet jeśli Vicente del Bosque nie nosił w sobie autorytetu wybitnego zawodnika. W niedawnym wywiadzie dla „Financial Times” znów czytamy, że Carlo Ancelotti nie wierzy, by piłkarze najwyższej klasy potrzebowali motywacji – ich trzeba raczej mitygować, uspokajać. Nie wierzy też, że musi im zawsze rozkazywać – w Chelsea zdarzało mu się wręcz prosić drużynę, by sama ustaliła, jak grać (i to w finale Pucharu Anglii). A przede wszystkim przestał już doświadczony dekadami wielkich gier Włoch odczuwać meczowy stres, nawet wieczorami o dużą stawkę głównie się rozkoszuje. Namiętnego romansu z szatnią to nie obiecuje, ale stabilnie, mięciutko i bielutko mają piłkarze Realu jak nigdy.

Otoczenie klubu podporządkowało się nastrojowi, przywykło już nawet do unieruchomionego obok murawy Ikera Casillasa (od ostatniego występu ligowego minął ponad rok), słowem, powtarzane przez Ancelottiego zaklęcie o „równowadze” działa nie tylko na boisku. To chyba jego największy sukces – poza Monachium nigdzie na szczytach sytuacja nie jest aż tak opanowana, inni albo tracą prezesa, albo sprzedają Matę, albo martwią się kontuzjami, albo niepokoją o zbyt wąską kadrę, albo już zbyt wiele w tym sezonie poprzegrywali, tylko w Madrycie święty spokój. Czy tego piłkarze Realu potrzebowali? Po nieustającej burzy z piorunami odetchnąć w krainie łagodności?

Czar oczywiście może prysnąć w każdej chwili, w Madrycie nie znasz dnia ani godziny, ale zastanawiam się, czy gdyby królewskim piłkarzom się udało, gdyby np. po 12 latach Real znów wystąpił w finale Ligi Mistrzów, to cały splendor spadłby na Ancelottiego. Czy ktoś w tej metropolii czarno-białych sądów i krzykliwych czcionek doszedłby do wniosku, że czasem do sukcesu wiedzie sztafeta trenerów – zasłużył się Mourinho, który nauczył piłkarzy żyć z kontrataku i po latach klęsk wyniósł na poziom trzech z rzędu półfinałów Ligi Mistrzów, i zasłużył się jego następca, który dał im więcej swobody na boisku i uwolnił od nieustającej draki poza boiskiem.

czwartek, 08 sierpnia 2013

Oba kluby należą, jak wiadomo, do płacących składki i wybierających prezesa fanów, co czyni je wyjątkowymi, i to w sensie pozytywnym – cóż może być w świecie twardego futbolowego biznesu bardziej romantycznego, niż oddanie władzy w ręce ludu kibicującego? Urokliwa nadbudowa kryje jednak przyziemną bazę, czyli ekonomiczne przywileje dające potentatom przewagę nad krajowymi i międzynarodowymi rywalami. Otóż hiszpańskie prawo w Barcelonie, Realu Madryt oraz mających podobną strukturę Athleticu Bilbao i Osasunie Pampeluna widzi instytucje non profit (!), dlatego m.in. pozwala im płacić niższy podatek dochodowy i od nieruchomości. A kiedy państwo ogłosiło w lipcu, że pierwszo- i drugoligowcy zadłużyli się u niego na 663,9 mln euro, to nie wzięło w tym wyliczeniu pod uwagę kwartetu specjalnie traktowanych przedsiębiorstw rozrywkowych. Ich zaległości w ogóle nie ujawniło.

Komisja Europejska od niemal czterech lat bada, czy potentaci z Półwyspu Iberyjskiego nie łamią prawa konkurencji. Śledztwo się wlecze, ale według dziennika „Independent” niebawem zostanie zakończone. I sugeruje, że Barcelona oraz Real zostaną zmuszone do przekształcenia się w normalne spółki akcyjne. Znaczy utracą przywileje.

Problem zajmujący urzędników unijnych jest szerszy – obejmuje generalną tendencję hiszpańskich władz, także lokalnych, do wspierania klubów piłkarskich – o czym już wspominałem w felietonie „Messi wypędzany z raju” (leży za płatną ścianą). Barcelona i Real stanowią jednak szczególne przypadki, bowiem prężą się na szczycie – te organizacje non profit – najbogatszych piłkarskich korporacji świata, ich łączny roczny przychód zbliża się do miliarda euro. I stale uczestniczą w decydujących rundach Ligi Mistrzów, w których spotykają rywali pozbawionych państwowego wsparcia – co konkurentom wydaje się nieuczciwe tym bardziej, im więcej w Lidze Mistrzów regularnej walki biznesowej.

W Hiszpanii osadzone w Barcelonie i Madrycie organizacje non profit zamieniły ligę w jedyną obok serbskiej i ukraińskiej na kontynencie, w której dwa kluby zagarnęły dla siebie 17 z 18 ostatnich tytułów mistrzowskich i wicemistrzowskich. A tego lata transferami za 57 czy około 100 mln wykłuwają oczy konkurencji wyprzedającej się wręcz panicznie.

Oczywiście nie ma co się łudzić, ewentualne pozbawienie ich specjalnego statusu niewiele zmieni, liderzy wypracowali przewagę – nade wszystko marketingową – nie do nadrobienia. Przynajmniej w przyszłości, którą umiem sobie wyobrazić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
Tagi