Wpisy z tagiem: korupcja

wtorek, 21 lutego 2012

Łukasz Piszczek, reprezentacja Polski

Sporządzam tę notkę inspirowany lekturą forum pod notką poprzednią - przepraszam, że odpowiadam zbiorowo, ale tak będzie łatwiej zachować spójność wypowiedzi.

Czytając niektóre uwagi, odnoszę wrażenie, że wyczytaliście w zapisie moich wątpliwości apel, by skazanego za korupcję Łukasza Piszczka spalić na stosie albo ukrzyżować, gdzieniegdzie znajduję nawet zbliżone metafory. To sprowadzanie dyskusji do absurdu, nikt mu nie chce łamać kariery i nikt mu już jej nie złamie. Zdobył uznanie jako sportowiec (mistrzostwo Bundesligi, indywidualne nagrody etc), zdobył wielomilionowy majątek, ma powody czuć się spełniony. Ja tylko się zastanawiam (nawet nie wyrażam wprost takiego oczekiwania), czy Piszczek zasługuje na jeszcze jeden zaszczyt - prestiżowy, nie materialny, przecież w porównaniu z jego klubową pensją w reprezentacji zarabia symbolicznie. Co więcej, piłkarz Borussii Dortmund jest już całkowicie bezpieczny. Ani ja nie uczestniczę w chórze ujadających (inne media tematu nie podjęły, czym zresztą nie jestem zaskoczony), ani Franciszek Smuda z Grzegorzem Latą nie zamierzają zrobić mu krzywdy.

Dla mnie wartością jest, że w ogóle się o problemie rozmawia, choćby na niszowym blogu, bo bezmiar korupcyjnej zarazy wywołał znieczulicę. Zastanawiam się, za co powinniśmy z kadry narodowej wykluczać, jeśli nie będziemy wykluczać za łapówkarstwo. Czy istnieje w ogóle sportowe przestępstwo, które czyni zawodnika niegodnym kadry narodowej? Czytelnik grzespelc pyta: „Naprawdę wierzysz w to, że ze wszystkich kadrowiczów tylko Piszczek brał udział w ustawianiu meczów?” Mógłbym odpowiedzieć: „Tak, wierzę, że Lewandowski i Błaszczykowski nie brali udziału w ustawianiu”. A mógłbym brutalniej, też rzucając pytania: „Jakie mamy powody wierzyć, że Piszczek brał w ustawianiu tylko jednego meczu? Dlaczego na planowanie przekrętu do mieszkania kolegi z szatni został zaproszony akurat on? Skoro w wywiadach utrzymywał, że nie wie, na co pójdą pieniądze, to może generalnie przyznaje się tylko do tego, co i tak zostało wykryte?”

Za najpoważniejsze zbrodnie w sporcie uważam: świadome, popełnione z pełną premedytacją okaleczenie przeciwnika oraz fałszowanie wyniku zawodów, czyli oszukiwanie kibiców. (Nawet dopingu nie absolutyzuję jako grzechu śmiertelnego bez względu na okoliczności, bo zdaję sobie sprawę z przerażających dylematów kolarzy, którzy są przekonani, że w peletonie szprycują się bezwyjątkowo wszyscy. W ustawianiu meczu Zagłębie - Cracovia nie brali udziału wszyscy. Pięciu graczy odmówiło).

Ponieważ jednak Piszczek dotąd utrzymywał, że nie wiedział, kogo korumpuje, w dobrej wierze - bardzo go lubię jako piłkarza - sądziłem, że kiedy znienacka padła propozycja, by kupić mecz, on zaskoczony i przestraszony nie protestował, lecz spontanicznie się zgodził. Dopiero teraz dotarło do mnie, że 1) uczestniczył w specjalnie zorganizowanej naradzie, na której planowano oszustwo; 2) zgodził się na „wtajemniczenie” innego zawodnika, przy czym słowo „wtajemniczenie” jest tutaj eufemizmem, bowiem on temu zawodnikowi miał nie tyle opowiedzieć, co się zdarzy, lecz wciągnąć go (lub „przekazać”, jakby pewnie chcieli zwolennicy eufemizmów) do uczestnictwa w zrzutce; 3) po naradzie miał czas, by sprawę przemyśleć i np. swój współudział w zbrodni ograniczyć („dam kasę, ale nie każcie mi wciągać do tego innych”), lecz zadanie wykonał; 4) w wyjaśnieniach składanych prokuraturom wspomina tylko, iż „miał mieszane uczucia”, co rażąco odbiega od postawy „brzydziłem się tamtym czynem, ale przegrałem z lękiem, że moja kariera będzie skończona; 5) jeszcze więcej czasu na refleksję miał, kiedy zajął się nim wymiar sprawiedliwości, lecz w publicznych wypowiedziach, że pozwolę sobie zacytować stałego komentatora dziaama, „kłamliwie się wybielał [w mediach]”.

Generalnie nigdy nie wyczułem w jego słowach autentycznej skruchy, pamiętam za to, że przestępstwa dopuścił się już po wstrząsającej spowiedzi Piotra Dziurowicza, który ujawnił skalę korupcji toczącej nasz futbol. Słyszę też, że wykołowani przez Piszczka czują się członkowie wydziału dyscypliny PZPN. Zadaję sobie wreszcie pytanie, czy odsunięcie go od reprezentacji kraju nie wywarłoby pozytywnego wpływu na młodego piłkarza, który dziś rozważa wręczenie łapówki. Czy gdyby marzył o kadrze, w podjęciu decyzji nie pomogłoby zagrożenie reprezentacyjnym szlabanu? Teraz wie, że wystarczy mu świetnie grać, np. na miarę mistrzostwa Bundesligi, żeby czuć się bezpiecznym...

Jeszcze raz: nasza decyzja jest czysto akademicka, żadnej mocy sprawczej nie ma, nic nie wiadomo, by szefów PZPN albo selekcjonera kadry gryzły sumienia. Mnie osobiście cieszą wyniki zamieszczonej w poprzedniej notce sondy, której wyniki wyraźnie odbiegają od wyników sond zamieszczanych gdzie indziej - często pochlebiałem sobie, że udało mi się zbudować tutaj minispołeczność fanów znacznie dojrzalszą niż średnia internetowa. Znów mam wrażenie, że się nie myliłem;-)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Łukasz Piszczek, korupcja, reprezentacja Polski

Stałym czytelnikom „A jednak się kręci” niektóre ustępy z tekstu w dzisiejszej „Gazecie Sport.pl” mogą wydać się znajome, bo z nurtujących mnie wątpliwości, czy przestępca zasługuje na zaszczyt gry dla Polski, już się blogowo zwierzałem.

Od tamtej pory sytuacja się zmieniła, i to nie dlatego, że Piszczek - wciąż utrzymujący pozycję czołowego prawego obrońcy w Bundeslidze - wydaje się dla reprezentacji coraz cenniejszy. Zmieniła się, bo z opublikowanych właśnie w blogu „Piłkarska mafia” wyjaśnień złożonych kilka lat temu w prokuraturze wynika, że gracz Borussii Dortmund aktywnie uczestniczył w korupcji. Ba, namawiał do łapówkarstwa kolegę z drużyny.

Z dotychczasowych wywiadów z Piszczkiem - konsekwentnie bagatelizujących swoją rolę w tamtym incydencie - można było wnioskować, że siedział w kącie w szatni, ktoś rzucił propozycję, by kupić mecz, on przestraszony nie protestował. Dopiero z wyjaśnień złożonych prokuratorowi dowiadujemy się, że nie był biernym, naiwnym, zlęknionym chłopcem. Uczestniczył w naradzie w mieszkaniu kolegi z drużyny, na którym planowano oszustwo, a potem w sprawę „wtajemniczał” innego kolegę, na spotkaniu nieobecnego. Że był wśród pięciu organizatorów przekrętu. Zaprosiła go starszyzna drużyny jako jedynego młodego. Prokuratorom mówił: „My co prawda byliśmy silniejszą piłkarsko drużyną, ale w piłce nie ma nic pewnego. (...) rozmawiałem z Grześkiem Bartczakiem, powiedziałem mu, że jest propozycja remisu ze strony Cracovii i trzeba wyłożyć na ten cel pieniądze dla zawodników tej drużyny. Grzesiek się zgodził i miał przynieść te pieniądze”.

Słowem, Piszczek nie popełnił sportowej zbrodni w afekcie, lecz działał, jak mawiają prokuratorzy, w zmowie i z premedytacją. Co więcej, kiedy karali go członkowie wydziału dyscypliny PZPN, treści przytoczonych wyjaśnień nie znali (o czym przeczytacie w jutrzejszej „Gazecie”) . Trzykrotnie wzywali piłkarza na przesłuchanie, lecz ten się nie stawił - przysyłał lakoniczne pismo z przyznaniem się do stawianych mu zarzutów i prośbą o możliwie najłagodniejszy wymiar kary.

Co do jego reprezentacyjnej przyszłości nie mam żadnych złudzeń. Trenera Smudy ani prezesa Grzegorza Laty o dewastujące ich spokój ducha dylematy moralne nie podejrzewam, zdaję sobie sprawę, że odsunięcie od kadry Piszczka spowodowałoby ogromną wyrwę. Jeśli przetopiłem swoje wątpliwości w publicystykę, to dlatego, że nowa wiedza mnie poruszyła, że o jej konsekwencjach i znaczeniu debatować powinniśmy, że wymęczeni korupcyjnymi aferami zobojętnieliśmy, by nie powiedzieć - popadliśmy w etyczną znieczulicę.

A wy co myślicie?



Archiwum
Tagi