Wpisy z tagiem: Pep Guardiola

czwartek, 22 września 2016

Some scientists suspect that the moon was made from the debris of a monstrous collision billions of years ago - between the newly born Earth and a smaller planet. This artist’s conception shows the cosmic crash.

Miał się męczyć nowy trener Manchesteru City, bo liga wyjątkowo wymagająca, i mieli się męczyć piłkarze, bo ich szef to wyrafinowany filozof. A jest rekordowa passa zwycięstw, zabawa, czysta radość futbolu.

Bodaj najładniejszy hołd złożył Pepowi Guardioli brytyjski dziennikarz, który zapytał go niedawno na konferencji, czy zamierza zdobyć w bieżącym sezonie cztery trofea. Trener City żachnął się i poprosił o umiar, przypominając, że rozmowa dotyczy klubu z jednym ledwie półfinałem Ligi Mistrzów w swojej historii. A przecież mógłby jeszcze komentarz rozszerzyć. Przypomnieć, że w poprzednim sezonie piłkarze City ledwie wczołgali się na czwarte miejsce w Premier League, że z Pucharu Anglii odpadli w 1/8 finału (fakt, wystawili wówczas na Chelsea zgraję dzieciaków), że zatriumfowali jedynie w najmniej prestiżowym Pucharze Ligi, w dodatku nie zderzyli się tam z nikim z czołówki. Przeciętność. A jednak wystarczyło kilka tygodni, by wyspiarze ogłosili narodziny potęgi. Kilka tygodni i komplet dziewięciu zwycięstw, czyli rekordowa seria w dziejach klubu.

Kiedy Guardiola przylatywał do ligi angielskiej, słyszał, że podejmuje najtrudniejsze wyzwanie w karierze, spróbuje się bowiem z rozgrywkami morderczo konkurencyjnymi, w których każdy mecz jest bojem na śmierć i życie. I rzeczywiście, w wielkim futbolu zdecydowanie wyróżniają się one nieprzewidywalnością - tylko tam w minionych czterech latach mistrzostwo zdobywały cztery różne kluby (w Niemczech, Francji czy Włoszech wszechpanowały w tym okresie Bayern, Juventus i Paris Saint-Germain, w Hiszpanii Barcelonę tylko na chwilę zdetronizowało Atlético), zwycięzcom Premier League rywale odbierali aż 29 proc. możliwych do uzbierania punktów, obrońcy tytułu staczali się do środka tabeli. Witano też Guardiolę trochę jak awangardowego artystę chcącego podbić umysły miłośników rozrywki prostej, oczywistej, znanej na pamięć. Czy jego podwładni zdołają nauczyć się piosenek, których jeszcze nie słyszeli? Czy w ogóle pojmą, o czym filozofuje?

Dziś już nikt o wątpliwościach nie wspomina. I to nie dlatego, że MC jako jedyny obok Bayernu w poważnym futbolu wygrał wszystkie mecze sezonu. Ani nie dlatego, że piłkarze zasuwają jak opętani - większy dystans w lidze przebiegli tylko liverpoolczycy Jürgena Kloppa - co kontrastuje zwłaszcza z manchesterskimi sąsiadami z United, wyzutymi z energii zawodnikami José Mourinho, którzy zajmują w tym rankingu ostatnie miejsce. Wrażenie wywołuje przede wszystkim to, jak błyskawicznie Guardiola zniszczył świat zastany i stworzył własny.

Joe Harta, nadzieję angielskiego bramkarstwa, zesłał na wypożyczenie do Torino. Odsunął od drużyny Yayę Toure, lidera środka pola ostatnich lat. W Raheemie Sterlingu odkrył skrzydłowego nie narwanego, lecz inteligentnego. W Fernandinho dostrzegł człowieka do zadań specjalnych „zdolnego zagrać na 10 pozycjach”. Kevina De Bruyne'a natchnął do osiągnięcia życiowej formy - wycofując go bliżej środka pola, podobnie zresztą jak Davida Silvę. Rozgrywać piłkę od tyłu pozwolił młodemu obrońcy Johnowi Stonesowi, który jako nowy lider defensywy zabił tęsknotę za przewlekle kontuzjowanym kapitanem Vincentem Kompanym. Obok ustawił przesuniętego z boku Aleksandara Kolarova. Na lewej flance podziwiamy wreszcie Nolito - wyspiarze pewnie nie mieli o jego istnieniu pojęcia (kto by się zajmował Celtą Vigo), a on się na ich boiskach zabawia.

Zabawia się, podobnie jak partnerzy, według ściśle guardiolowej wizji. Płynność podań i wymian pozycji, tempo, solidarne wspomaganie się, wysoki pressing - oto Man City w całkiem nowym wydaniu, a przecież wciąż czekamy, aż porządny wpływ na grę wywrą Leroy Sané i Ilkay Gündogan. Zamiast cierpieć na ból głowy po lekcjach z trenerem, który w 10 meczach Bayernu potrafił ustawić go na 10 sposobów, zawodnicy brzmią jak urzeczeni. „Wszystko jest klarowne. Ma wyjątkową zdolność do wyjaśnienia, czego chce” - to słowa De Bruyne'a. „Nigdy nie miałem trenera zostawiającego takie piętno na drużynie” - to Sergio Agüero. „Czerpać taką frajdę z meczu to szczyt marzeń piłkarza” - to z kolei Pablo Zabaleta.

Guardiola odwdzięcza się pochwałami dla uczniów, których „nigdy nie nudzi poznawanie nowego”, a my z trudem przypominamy sobie współczesnego trenera, który tak nagle zmienił tak wiele w klubie o ambicjach sięgających triumfu w LM i tak szybko osiągnął tak imponujące efekty. I choć nie wiadomo dziś, ile powygrywa, to przybywa powodów, by przypuszczać, że wyzwaniem dla niego będzie nie tyle kolekcjonowanie trofeów, ile stworzenie drużyny zniewalającej stylem jak Arsenal w szczycie formy sprzed dekady.

niedziela, 11 września 2016

Trenerski pojedynek na szczycie – ponoć na szczycie – ponoć trwa od lat, ale obaj gwiazdorzy musieli spotkać się w Manchesterze, by ta opowieść zyskała rozdział rzeczywiście miarodajny, pozwalający zawyrokować, czyja wizja futbolu zatriumfowała. Mój cotygodniowy felieton do poniedziałkowej „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 13 sierpnia 2016

Kiedy Pep Guardiola i José Mourinho - żywe ikony, reprezentujące skrajnie odmienne myślenie o futbolu - rywalizowali przed laty jako trenerzy Barcelony i Realu Madryt, świat chętnie odwoływał się do metafory gwiezdnych wojen. Pierwszy miał walczyć w imię imperium dobra, drugi dla imperium zła. I kiedy Guardiola ogłaszał przerwę od futbolu, mówiło się, że wojna poturbowała go psychicznie, że od dążącego do bezpośredniej konfrontacji Mourinho wręcz ucieka. Choć na boisku to on częściej był górą.

Teraz, w startującej właśnie lidze angielskiej, obejrzymy kolejny odcinek tego widowiska. Antagoniści wylądowali nie tylko w tych samych rozgrywkach, ale i w tym samym mieście, w Manchesterze mieszkają o kilka kilometrów od siebie. I choć od tamtej pory nie powiększyli swoich kolekcji triumfów w Lidze Mistrzów, to skojarzenia z gwiezdnymi wojnami - pojęcie pochodzi z kina popularnego, ale również od politycznej doktryny Ronalda Reagana rzucającego wyzwanie komunizmowi - znajduje być może jeszcze większe uzasadnienie. Sąsiadujące kluby uczestniczą bowiem w bezprecedensowym wyścigu zbrojeń. City wydało tego lata na transfery już 175 mln euro, United - 180 mln (netto). To obu trenerów do siebie upodobniło, bo Guardiola na barcelońskim Camp Nou polegał głównie na wychowankach. I również dlatego miał reprezentować jasną stronę mocy, wielu kibiców wciąż brzydzi się masowym werbowaniem kosztujących fortunę „najemników”.

Liga angielska, tuczona rosnącymi w obłędnym tempie zyskami z praw telewizyjnych, innej metody jednak nie zna. A United oraz City przelicytowują wszystkich. Każdego lata rzucają na transfery od 100 do 200 mln, mają też najwyższe na świecie budżety płacowe - i to nie w piłce, lecz we wszystkich sportach zespołowych. Manchester stał się bezapelacyjnie najbogatszym futbolowym miastem w historii futbolu.

Tylko na boisku nędza, w minionej edycji Premier League zażartą rywalizację o czwarte miejsce City wygrało z United dzięki okazalszemu stosunkowi bramkowemu. I obaj nowi menedżerowie budują przyszłość od zera. Guardiola kupuje graczy o reputacji wyłącznie lokalnej, spoza Ligi Mistrzów - najwięcej wydał na Johna Stonesa (22-letni obrońca Evertonu), Leroya Sané (20-letni skrzydłowy Schalke) i Gabriela Jesusa (19-letni napastnik Palmeiras), większe doświadczenie biorąc jedynie w osobie Ilkaya Gündogana. Mourinho natomiast w swoim stylu szuka sprawdzonych wyczynowców - kluczowymi postaciami chce uczynić Zlatana Ibrahimovicia (11 tytułów mistrza kraju) oraz Paula Pogbę (wciąż kwestionowany, ale z Juventusem wygrywał Serie A czterokrotnie, wystąpił też w finale LM). I jak zwykle brutalnie postępuje z niechcianymi (Bastianem Schweinsteigerem oraz Juanem Matą), bywa wręcz oskarżany o mobbing.

Ile potrwa stwarzanie nowych światów i czy w ogóle się powiedzie, nie wiadomo. Mourinho, znany niegdyś jako „Wyjątkowy”, ostatnio zezwyczajniał i tracił posady w przykrych okolicznościach, a Guardiola to nawiedzony, wymagający od podwładnych ponadprzeciętnej boiskowej inteligencji filozof, który nie pracował jeszcze w lidze tak wyrównanej jak angielska. I przyjmowano go tam jak przedstawiciela wyższej cywilizacji, zamierzającego nie tyle podnieść poziom gry drużyny, ile wynaleźć piłkę nożną na nowo. W dodatku obaj sławni szkoleniowcy zderzą się z innymi charyzmatycznymi guru, którzy teoretycznie również mają wszystko, by wskoczyć na szczyt - bodaj głównym trenerskim bohaterem Euro Antonio Conte (wziął do Chelsea zdolnego patrolować całe boisko pracusia N’Golo Kante) oraz Jürgenem Kloppem (po przejęciu Liverpoolu natychmiast dociągnął go do finału Ligi Europejskiej). A Arsene Wenger (od dawna wyszydzany, jednak Arsenal urósł ostatnio na wicemistrza, nauczył się wygrywać szlagiery i znów zaczął zdobywać krajowe puchary) oraz Mauricio Pochettino z Tottenhamu mają tę przewagę, że nie zaczęli pracy wczoraj. I nawet jeśli nie wezmą tytułu - ten pierwszy znów boi się za kogokolwiek „przepłacić”, a to na angielskim rynku transferowym bywa zgubne - to w sprzyjającym momencie mogą skrzywdzić każdego rywala.

Ja w żadnym razie nie spuszczam Wengera poza strefę LM, choć mnóstwo komentatorów czyni to dzisiaj niemal odruchowo, prognozując mu najsłabszy rok w całej 20-letniej karierze w Premier League (inna sprawa, że londyńczycy mają bodaj najcięższy start). Zwłaszcza że w najbliższych tygodniach, może wręcz miesiącami spodziewam się rozgardiaszu – uczestnicy Euro 2016 długo byczyli się na wakacjach, nowi trenerzy zapoznawali się z drużynami w trakcie komercyjnych międzykontynentalnych podróży (i np. w USA grywali przy widowniach grubo ponadstutysięcznych, na naszych kontynentach niespotykanych), niektórym piłkarzom z bliska przyjrzą się dopiero w trakcie sezonu, transferowe szaleństwo jeszcze potrwa. Niewykluczone też, że na przytomność umysłu trenerów wpłyną ekstremalne oczekiwania – nawet gdyby właściciele, powiedzmy, pięciu najbardziej renomowanych trenerskich nazwisk pracowali perfekcyjnie, może nawet wspięli się na swój zawodowy szczyt, to ktoś będzie zajmował piąte miejsce. Piąte, czyli w powszechnym odbiorze haniebne.

Premier League zaczęła zatem stać luksusowymi szkoleniowcami, jakby prezesi gromadnie uznali, że wypada wreszcie wywoływać wrażenie nie tylko wydatkami. Anglia to wciąż okolica specyficzna, momentami zalatuje wręcz ciemnogrodem - i Guardiola, i Conte załamali się po wizycie na klubowych stołówkach, zarządzili ścisłą dietę, hucznie pozabraniali pochłaniania pizzy, słodkich napojów, keczupu, ciężkich sosów etc. Ile czasu musi jeszcze upłynąć, by tłusto opłacanych zawodowców z angielskich muraw nie trzeba było pilnować jak przedszkolaków? Dlaczego gdzie indziej (mówię o krajach piłkarsko zaawansowanych) to się już właściwie nie zdarza, a za Kanałem La Manche zdarza się notorycznie?

Mimo wszystko nie sposób jednak ogłosić – kolejna chóralnie kolportowana teza – że Premier League pościągała najlepszych trenerów. Minione lata należą raczej do Diego Simeone czy Massimiliano Allegriego (niewyraźnie mówi, nieefekciarski i w ogóle mało medialny, to jego zasadnicza przywara), którzy od - odpowiednio - 2011 i 2010 r. wspaniale rozwijają autorskie projekty w Atlético Madryt oraz Juventusie Turyn, może także do Carlo Ancelottiego. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać sytuację, dodajmy, że w LM triumfują ostatnio trenerzy z doświadczeniem zerowym (Zinedine Zidane w Realu) lub niewielkim (Luis Enrique w Barcelonie), natomiast w Anglii sensację ponad wszystkie wyreżyserował w Leicester lekceważąco traktowany przez całą karierę Claudio Ranieri.

I to ich muszą dzisiaj ścigać Guardiola oraz Mourinho, chwilowo (?) zdegradowany do LE. Bo jeśli gigantom się nie powiedzie, manchesterscy burżuje ustanowią kolejny rekord - najbardziej spektakularnego marnotrawstwa w dziejach piłki nożnej.

wtorek, 03 maja 2016

Pep Guardiola

Robert Lewandowski nie zostanie jedynym obok Zbigniewa Bońka Polakiem, który drugi raz wystąpi w finale Pucharu Europy. Bayern pokonał madrytczyków tylko 2:1 i odpadł w półfinale. Można już rzec – jak zwykle.

Lewandowski, jak to ma w zwyczaju, wydał rywalom wojnę wszystkimi częściami ciała, co w starciach z Atlético bezcenne, ale znów długo na boisku cierpiał. On w kwietniu gole strzelał tylko Schalke – tak mizernego snajperskiego miesiąca w Monachium dotąd nie miał – i dzisiaj też widzieliśmy, że zatracił drapieżność.

A to brakowało mu refleksu, a to dokładności, a to podjęcia idealnej decyzji, a to technicznej schludności w przyjęciu piłki. Zawsze jakiś drobiazg oddzielał go nawet nie tyle od gola, ile nawet od oddania groźnego strzału. Między innymi dlatego nawałnica Bayernu, który wreszcie napadł na rywala z pasją – w Bundeslidze mu się to nie zdarza, bo nie musi – nie przynosiła wymiernego skutku.

Przede wszystkim zawalił jednak Thomas Müller. Napastnik, którego trener Pep Guardiola tydzień temu osadził w rezerwie i ściągnął na siebie furiacką krytykę, zbyt zachowawczo podszedł do rzutu karnego. I madrycki bramkarz Jan Oblak nie musiał nawet wystrzelić w okolice słupka, by zatrzymać piłkę.

Monachijczycy nacierali wówczas jak opętani. Do przerwy oddali 16 strzałów, co w Lidze Mistrzów nie udało im się jesieni 2003 r., gdy zabawiali się w fazie grupowej ze słabiuteńką Viktorią Pilzno. Kanonadę urządzili sobie też w końcówce – już po bramce Lewandowskiego na 2:1, gdy potrzebowali do awansu trzeciego gola. Bez skutku. Atlético przeżyło.

A czas w futbolu, jaki właśnie przeżywają kibice w całej Europie, nie zdarza się często. W poniedziałek światem wstrząsnęli piłkarze Leicester, którzy wyrwali faworytom władzę w lidze angielskiej, teraz za gardła faworytów Ligi Mistrzów chwycili piłkarze Atlético, którzy z krajowych nizin na międzynarodowe szczyty zaczęli wskakiwać przed kilkoma laty. I ani myślą się wycofywać.

Oni też, jak Leicester, zachowują się wręcz prowokująco, ponieważ madrycki trener Diego Simeone też preferuje styl gry ostentacyjnie niemodny, jak na dzisiejsze standardy zbyt prosty – oparty na pogardzie dla posiadania piłki, kontrataku, klasycznym ustawieniu 4-4-2. Skrajnie odmienny od przekombinowanego, może wręcz przeintelektualizowanego futbolu, którego orędownikiem jest pokonany wczoraj Guardiola.

Do niedawna słowo „półfinał” ilustrowało jego klasę – osiągał ten etap w każdej z siedmiu edycji Ligi Mistrzów, w której uczestniczył jako trener. Ale od teraz monachijczycy kojarzą je z niespełnieniem. Kataloński szkoleniowiec trzykrotnie zaciągał Bayern do czołowej czwórki, by za każdym razem nie przetrwać zderzenia z rywalem z Hiszpanii, a na tamtejszych stadionach jego piłkarze nie strzelili wręcz gola – Realowi ulegli 0:1, Barcelonie 0:3, wreszcie tydzień temu przegrali z Atlético 0:1.

Trudno sobie nawet wyobrazić, jak ciężkie oskarżenia usłyszy na pożegnanie – odchodzi do Manchesteru City – skoro werbalnie wychłostany został jeszcze przed rewanżem z Atlético. W seansie tortur uczestniczyli przede wszystkim monachijscy szkoleniowcy z przeszłości. Ottmar Hitzfeld obwołał Guardiolę „taktycznym oszołomem”, który „odseparował się od własnej drużyny”, natomiast Giovanni Trapattoni zdyskwalifikował całą wizję jego futbolu, z odrazą mówiąc o wywołującym senność „trzymaniu piłki przez pół godziny bez naciśnięcia spustu”.

I według reporterów bliskich Bayernowi postanowił to miasto opuścić także dlatego, że czuł się tam otoczony wrogami, niedoceniony, nierozumiany. Choć piłkarze pewnie kroczą po trzeci tytuł mistrzów Bundesligi pod jego zwierzchnictwem, choć poprzednie zdobywali z przygniatającą przewagą nad resztą stawki, to bawarskie środowisko jest wiecznie niezadowolone. A nieustające dopieszczanie gry polegającej na totalnym utrzymywaniu piłki i totalnej wymienności pozycji, nad którym Guardiola pracuje wręcz obsesyjnie, zbyt często uchodzi za jałową sztukę dla sztuki.

Simeone to jego przeciwieństwo. Stawia na futbol nieskomplikowany, lecz perfekcyjnie wykonany, co oczywiście nie oznacza, że nie umie zastawić taktycznej pułapki – dzisiaj to on zareagował z wyczuciem, jego zmiana w przerwie (personalną i zarazem w ustawieniu, skrzydłowy Carrasco zastąpił środkowego pomocnika Augusto) wyraźnie wpłynęła na przebieg drugiej połowy, którą jego podwładni, wcześniej wyglądający na przytłoczonych, rozpoczęli od szturmu.

I awansowali do finału. To wyczyn trenerski zasługujący na jeszcze większy szacunek niż wyczyny Jürgena Kloppa oraz Massimiliano Allegriego – zaciągnęli do meczu o Puchar Europy Borussię Dortmund oraz Juventus – ponieważ Argentyńczyk dokonał tego po raz drugi w trzech sezonach. A między oboma finałowymi występami musiał znacząco przebudowywać drużynę, teraz rozporządza zupełnie innymi ludźmi.

środa, 13 maja 2015

Blogowałem w czwartek, że obsobaczanie piłkarzy i trenerów, którzy w półfinałach Ligi Mistrzów zabawiają się już wręcz z przyzwyczajenia, sezon w sezon, uważam za absurdalne. Że Barcelona, Bayern i Real Madryt to drużyny przeżywające właśnie swoje belle époque, które od lat w kryzysy popadają wyłącznie w dyskusjach na internetowych forach, bo tam obowiązuje przeświadczenie, że pojedyncza przegrana oznacza zawalenie się świata.

Po 3:0 Barcelony nad Bayernem znów rozmyślałem bowiem przede wszystkim o tym, że w nowoczesnym futbolu czas płynie jak opętany – nieudane 90 minut gry może unieważnić wszystko, nad czym harowałeś – wysłuchując peanów! – miesiącami.

Tydzień temu Bayern i Barcelona frunęły wszak obok siebie, na pułapie niedostępnym dla 99,999 procent klubów świata. Rządziły w arcymocnych ligach krajowych, przymierzały się do półfinału arcyprestiżowej Champions League, trzymały w szatniach tłumy arcypiłkarzy. Ba, monachijczycy mieli niejaką przewagę – zagwarantowany już tytuł w Bundeslidze oraz trenera z większym nazwiskiem, charyzmą, doświadczeniem, dorobkiem. Godzilla kontra King Kong.

Natomiast przed wczorajszym rewanżem rywali dzieliła już przepaść. Bayernowi wypominaliśmy, że nie strzelił gola od haniebnych 360 minut, a Barcelonę sławiliśmy, że nie straciła go od imponujących 640 minut. Bayernowi wypominaliśmy najczarniejszą passę wyników od prehistorycznego roku 1991, a Barcelonę sławiliśmy za passę najjaśniejszą w historii – siedem kolejnych zwycięstw ze stosunkiem bramek 25-0. Z Bayernu co niecierpliwsi zaczęli przeganiać trenera Pepa Guardiolę, a prowadzącego Barcelonę Luisa Enrique zaczęto uświadamiać, jak niewiele dzieli go zdobycia potrójnej korony. Bayern przywiądł w komentarzach publicystów do drużyny bez przyszłości, Barcelona miała przyszłość u swoich stóp.

Patałachy kontra półbogowie. Czarna rozpacz kontra ekstaza.

Czy świat nie wydał werdyktu zbyt radykalnego? Czy naprawdę uprawniał do niego tamten przeklęty środowy wieczór na Camp Nou, podczas którego biła po oczach różnica wyrażona potem twardą statystyką – 28 wygranymi pojedynkami piłkarzy Barcelony wobec ledwie 3 wygranych pojedynków piłkarzy Bayernu? Czy nie powinniśmy jeszcze intensywniej wskazywać na okoliczności łagodzące, skoro wiemy, że z nieobecnymi Arjenem Robbenem, Franckiem Ribérym oraz Davidem Alabą monachijczycy dryblowaliby ze skutecznością o kilkaset procent wyższą? A można przecież posunąć się jeszcze dalej i wyobrazić sobie analogiczne straty u Katalończyków, czyli rozłożonych przez kontuzje Leo Messiego, Neymara i Daniego Alvesa... Doprawdy, wciąż nie doceniamy wpływu przypadku na wynik.

Bezradność monachijczyków w rewanżu, a także uporczywe trzymanie się skrajnie wysokiej defensywy – w zderzeniu z Barceloną w najnowszym wydaniu samobójcze – przypomniała mi jednak, że ich ukryty kryzys ciągnie się od miesięcy. Podstawowe dane, obejmujące mecze szczególnie wymagające, są dla Bayernu bezlitosne. Brutalne.

W bieżącym roku kalendarzowym nie wygrał ani jednego wyjazdu w Lidze Mistrzów – 0:0 z Szachtarem, 1:3 z Porto, 0:3 z Barceloną.

Nie wygrał też ani jednego meczu z czołówką Bundesligi – 1:4 z Wolfsburgiem, 0:2 z Mönchengladbach, 0:2 z Bayerem Leverkusen, 0:1 z Augsburgiem, 1:1 z Schalke.

Nie wygrał wreszcie żadnego ze szlagierów w krajowym Pucharze – ćwierćfinałowe 0:0 w Leverkusen (awans po karnych), półfinałowe 1:1 z Borussią Dortmund (odpadnięcie po karnych).

10 prób – okrągłe zero prób udanych. Degrengolada totalna. Nawet jeśli wykreślimy porażkę z Augsburgiem, która przytrafiła się Bayernowi już po zdobyciu tytułu, to lista wpadek wygląda przygnębiająco. „Wpadka” nie brzmi tu zresztą adekwatnie, tu już mamy do czynienia z regułą. I wczorajsze zwycięstwo niczego zmienia, po przerwie barcelończycy biegali po boisku wyraźnie odprężeni.

Kilkakrotnie pisałem, że za bezcenną, jedną z absolutnie kluczowych zalet trenera uważam elastyczność. Gotowość odejścia od własnych przekonań – także tych, którym zawdzięcza się sukces – gdy okoliczności stają się nadzwyczajne. Ta „nadzwyczajność” może mieć mnóstwo przejawów. Na przykład wykrwawiającą drużynę epidemię kontuzji (na Bayern spadły nieszczęścia wprost niewiarygodne, i nie były to urazy mięśniowe sugerujące niewłaściwie obciążenia w treningu). Albo zderzenie z rywalem o wyjątkowym stylu gry, ewentualnie wyjątkowym kunszcie solistów (chyba nigdy nie widziałem napadu o większej skali talentu niż w trójcy Messi - Suárez - Neymar). Albo zderzenie z rywalem, który znajduje się aktualnie w wyższej formie, może nawet mknie od meczu do meczu w uniesieniu (i musisz zachować pokorę).

Na wyzwanie katalońskie Guardiola zareagował trochę jak ślepy na rzeczywistość. Wiedzieliśmy, że swojej filozofii nie wyrzeka się nigdy – dotyka to chyba wszystkich ukąszonych przez cruyffizm – ale też nigdy wcześniej nie zdawał się aż takim fundamentalistą. Co zresztą czyni go postacią paradoksalną, wszak znamy go zarazem jako innowatora, trenera poszukującego, obsesyjnie polerującego swój styl gry i wynoszącego go na coraz wyższe stopnie wyrafinowania. Tkwi w nim i konserwatysta, i rewolucjonista.

Ambiwalencję czuję i ja, gdy usiłuję podsumować dokonania Guardioli w Bayernie. Nie umiem wymazać z pamięci kilku wieczorów, podczas których monachijczycy przemieszczali się boisku jak rój pszczół, w konfiguracjach nie do opisania cyfrowymi kodami najpopularniejszych systemów gry, i przesuwali piłkę w tempie redukującym przeciwnika do biernego obserwatora wydarzeń. To się przekładało na wyniki, wystarczy wspomnieć choćby jesienne 7:1 w Rzymie. Ale też nie przypomnę sobie wielkich, rozstrzygających o trofeach wieczorów, podczas których Bayern wypadłby zjawiskowo. Nie przypomnę sobie, bo ich nie było. Nie było meczu mitu założycielskiego ery Pepa.

Monachijczycy pod Guardiolą są zatem drużyną zdolną do podniebnych uniesień – pojedynczych meczów arcydzieł nie do zapomnienia – i morderczo regularnego zbierania ligowych punktów, ale też drużyną o szokująco wysokim odsetku niepowodzeń – lub niepełnych powodzeń – w meczach z rywalami bardzo silnymi. Zwłaszcza ich bezradność w 1:4 z Wolfsburgiem wciąż stoi mi przed oczami... Co oczywiście nie oznacza, że w następnym sezonie Bayern na szczyt LM jednak nie wskoczy.

Ale Guardiola popracuje pod presją, jakiej nie musiał znosić nigdy. W Barcelonie wyreżyserował debiutancki sezon marzeń, więc w każdym następnym miał przyjemne poczucie, iż nawet ewentualne porażki już jego pomnika nie obalą. W Monachium osiąga na razie co najwyżej minimum przyzwoitości. I ostatni rok kontraktu będzie wypełniał ze świadomością, że do galerii sław klubu może go doprowadzić jedynie triumf w Lidze Mistrzów. W tej konkurencji drugie miejsca nie istnieją.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Niemcy już obliczyli: od lat nie było bardziej pokiereszowanej drużyny w szeroko pojętej europejskiej czołówce. Ale piłkarze z Monachium nie mogą płakać, muszą walczyć o ocalenie sezonu. Z Porto w ćwierćfinale Ligi Mistrzów.

Dla potęgi o rozmiarach Bayernu wtorkowe wyzwanie wcale nie wygląda na misję niemożliwą. Owszem, przed tygodniem wypadli beznadziejnie, przegrali 1:3. Zdarza się każdemu. By wymazać tamtą wpadkę i awansować do półfinału, wystarczy strzelić dwa gole i żadnego nie stracić. Co to za sztuka dla piłkarzy, którzy w bieżącej edycji LM potrafili już dołożyć Romie 7:1 i Szachtarowi 7:0, czyli rywalom niekoniecznie słabszym od Porto? Którzy w Bundeslidze czasami rozbijają Hamburg 8:0, czasem Paderborn 6:0, a czasem Werder 6:0? Którzy we wszystkich rozgrywkach trwającego sezonu przeszło połowę meczów wygrali w stosunku wystarczającym dziś do wyeliminowania Portugalczyków? Którzy w przeciwieństwie do wszystkich poza Juventusem ćwierćfinalistów mają przyjemnie klarowną sytuację w kraju – mistrzostwa nie odbierze im już nikt?

Wszelkie uspokajające dane miałyby sens, gdyby Bayern nie był drużyną schorowaną. Schorowaną już przewlekle. I w sensie metaforycznym, i w sensie ścisłym.

W tym roku kalendarzowym monachijczycy nie zdołali pokonać ani jednego z czterech najsilniejszych rywali w Bundeslidze, a z Wolfsburgiem (1:4) i Borussią Mönchengladbach (0:2 u siebie) ponieśli bolesne klęski. Ilekroć natrafiają na twardszy opór, miękną – jak przed tygodniem w Porto, które zademonstrowało futbol przebiegły taktycznie – oparty na agresywnym pressingu na wrogiej połowie – i dojrzały. To drużyna notorycznie niedoceniana, a przecież właściwie zawsze tworzą ją piłkarze ze wspaniałą przyszłością. Zaraz zostaną wyeksportowani za dziesiątki milionów euro i będą stanowić o sile najpotężniejszych klubów. I tak właśnie wyglądali w meczu z Bayernem. Na świadomych swoich atutów, pozbawionych kompleksów, pewnie dążących do celu.

O chorobie toczącej Bayern świadczy też czwartkowa – szokująca – dymisja sztabu medycznego wraz jego szefem, 72-letnim ortopedą, prof. Hansem-Wilhelmem Müllerem-Wohlfahrtem. To chyba najsłynniejszy lekarz w futbolu, ikona klubu związana z nim od 1977 roku, do której pielgrzymują gracze z całego świata. Trener Pep Guardiola od dawna niespecjalnie mu jednak ufał – ściągniętego z Barcelony rozgrywającego Thiago Alcântarę wysyłał np. na leczenie do Katalonii – a teraz miał go obwinić o epidemię kontuzji w drużynie. I narzekać, że Müller-Wohlfahrt przesiaduje w monachijskim centrum chirurgii, a nie w ośrodku treningowym.

Nawał monachijskich nieszczęść to wielka tajemnica sezonu. Trudno podejrzewać, by odpowiadał za nią tak renomowany lekarz, ale też nie ma powodów, by podważać sposób prowadzenia drużyny przez Guardiolę – takiej plagi dotąd w karierze nie przeżył, graczom Bayernu dawał odpocząć, a jeśli mieliby oni cierpieć na skutek zmiany metod treningowych (na początku byli zdumieni, że ćwiczą wyłącznie z piłkami), to raczej w sezonie poprzednim, gdy ich organizmy dopiero się do nowego przyzwyczajały. W każdym razie urazy koszą Bayern równo z trawą. Niemcy obliczyli, że od 2010 r. nikt w szeroko pojętej europejskiej czołówce – wzięli pod uwagę 20 klubów z 5 krajów – nie miał tak pokiereszowanej kadry. W tym sezonie kontuzje ścięły 23,71 proc. meczowych „roboczogodzin” – tyle czasu piłkarze opuścili przez urazy. Więcej niż kiedykolwiek w Arsenalu – osławionym jako klub-szpital, w którym padają nawet najzdrowsi. W Monachium odsetek niedysponowanych w minionych latach wahał się od 9 do 14 proc.

Przed z rewanżem z Porto grypę wyleczył Bastian Schweinsteiger, ale ledwie zdążył wznowić treningi. Kostka nie przestała za to boleć Francka Ribéry’ego, co oznacza, że monachijczycy znów zagrają z oberżniętymi skrzydłami – kuruje się także Arjen Robben. A jeśli nawet piłkarze powoli wracają między żywych – choć nadal brakuje jeszcze m.in. Davida Alaby, Javiego Martíneza, Mehdiego Benatii – to są daleko od wysokiej formy lub/i męczą się z drobnymi dolegliwościami. Jak Philipp Lahm, również zagrypiony.

Za to piłkarze Porto przystąpią do gry w doskonałych nastrojach. Nieszczęścia ich omijają, sobotni mecz w krajowej lidze wygrali bez dziewięciu ludzi z podstawowej jedenastki – wszystkich poza bramkarzem Fabiano i lewym obrońcą Alexem Sandro (dziś pauzuje za kartki, podobnie jak prawy defensor Danilo, za którego Real Madryt zapłaci 31,5 mln euro). Dlatego Guardiola powtarza, że minione miesiące były najtrudniejszymi w jego sportowej karierze. I przysięga, że wypełni wygasający w 2016 r. kontrakt.

A jeśli trener musi o tym mówić, to mamy wyraźny sygnał, że jego przyszłość staje się niepewna. I że Müller-Wohlfahrt może jeszcze do Bayernu wrócić.

środa, 15 kwietnia 2015

Piłkarze z Monachium przegrali w Porto 1:3. Czy w drugim sezonie trenera Pepa Guardioli Liga Mistrzów znów zakończy się dla nich traumą? I to jeszcze wcześniej niż przed rokiem, bo już w ćwierćfinale?

Niemieccy kibice osłupieli wczoraj co najmniej dwukrotnie. Rano usłyszeli, że Borussię porzuci po sezonie Jürgen Klopp, jej władca absolutny traktowany w Dortmundzie jak półbóg. A wieczorem zobaczyli, jak gwiazdy Bayernu popadają we wtórny analfabetyzm i po dziesięciu minutach meczu w Porto przegrywają 0:2. Przegrywają, bo kardynalne błędy pod własną bramką popełnili – precyzyjniej: podarowywali rywalom piłkę – Xabi Alonso oraz Dante. By oddać honory gospodarzom: tak, mieli klarowny taktyczny plan, naskoczyli na Bayern agresywnym, wysokim pressingiem.

Pamiętacie minioną wiosnę, podczas której monachijczycy wiele tygodni przed ostatnią kolejką obronili tytuł w Bundeslidze i potem wydawali się nazbyt odprężeni, może wręcz uśpieni, by podjąć walkę z Realem Madryt? Ulegli w półfinałowym dwumeczu 0:5 i odpadli z Ligi Mistrzów w szokującym stylu. Szokującym zwłaszcza dla wszystkich, dla których zatrudnienie Guardioli gwarantowało bardzo wysoko ulokowane minimum przyzwoitości. I drużynę już wcześniej wszechzwycięską – potrójna korona w reżyserii trenera Juppa Heynckesa AD 2013 – miało przeobrazić w niedościgniony ideał.

Nikt wówczas nie przeczuwał nadciągającej katastrofy, podobnie jak teraz nikt nie ogłaszał alarmu, choć można by się upierać, że piłkarze Bayernu przechodzą, by tak rzec, ukryty kryzys od początku 2015 r. Przewagę w krajowej lidze wypracowali miażdżącą, więc opinia publiczna raczej ignoruje niepokojące symptomy, które pojawiają się w każdym, co do jednego meczu z wymagającym przeciwnikiem. Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie zderzenia ze ścisłą czołówką Bundesligi. Wolfsburg? 1:4, jedna z zaledwie kilku tak bolesnych klęsk w całej karierze Guardioli. Borussia Mönchengladbach? 0:2 na własnym stadionie. Bayer Leverkusen? 0:0 po 120 minutach walki w krajowym pucharze, gdy to raczej rywale zasługiwali na zwycięstwo. Schalke? 1:1, znów u siebie. Cztery poważne wyzwania, żadnego zwycięstwa. A wczoraj w Porto przyszła piąta wpadka.

Okoliczności są naturalnie zupełnie inne niż poprzedniej wiosny. Kontuzje skosiły cały tłum absolutnie kluczowych graczy – wszyscy mogliby wczoraj wystąpić w podstawowym składzie: Arjen Robben, Franck Ribery, Martinez, Bastian Schweinsteiger, David Alaba, Mehdi Benatia – co nie tylko odebrało drużynie mnóstwo sportowych kompetencji, ale jeszcze zmusiło trenera do drastycznego zmodyfikowania stylu gry.

Drastycznego zwłaszcza dla Guardioli. Oto piewca futbolu wyrafinowanego – pragnący dezorientować przeciwników nieustającą, totalną wymiennością pozycji – postanowił przedostawanie się pod wrogą bramkę uprościć, czyniąc wyraźnym punktem odniesienia Roberta Lewandowskiego. Jego decyzję przyjęto ze zrozumieniem (do listy chorych należy dopisać Philippa Lahma i Thiago Alcantarę, którzy ledwie wrócili na boisko), ale ta wyrozumiałość nie czyniła Bayernu bardziej odpornym na niebezpieczeństwa. Owszem, nowoczesna piłka na najwyższym poziomie wymaga perfekcyjnej organizacji i mądrej wizji gry, by uniezależnić się od jednostek, z oczywistych względów narażonych na rozmaite wypadki. To uniezależnienie się ma jednak swoje granice. Kiedy stracisz zbyt wielu ludzi, z którymi miesiącami wytrenowujesz – także podczas meczów – odpowiednie boiskowe odruchy, to cały system bierze w łeb. Czy gdyby Barcelona przyleciała wczoraj do Paryża bez Messiego, Neymara, Busquetsa, Mascherano, Pique i Alby, to zwyciężyłaby 3:1?

Na początku meczu w Porto piłkarze Bayernu podawali chwilami tak skandalicznie niecelnie – również nienaciskani – że można było ich podejrzewać o roztargnienie, niegodną Ligi Mistrzów słabość mentalną. Ale nie dowiemy się, czy pogorszenie ich czasu reakcji, orientacji i koncentracji nie wynikało aby z tego, że generalnie grało im się źle. Bo naprawdę rzadko im zdarzało się atakować płynnie. To nie była drużyna Guardioli. Pozostaje pytanie, czy dlatego, że zawalił on, czy dlatego, że po raz pierwszy w karierze spadło na niego tyle kadrowych nieszczęść.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Kilkakrotnie już pisałem, że gdybym musiał wskazać tę jedną, kluczową cechę charakteru wybitnego trenera piłkarskiego, wskazałbym elastyczność. Gotowość do ewoluowania na dłuższym dystansie czasu, a także gotowość do nagłych wolt – przygotowywanych na konkretny mecz.

Carlo Ancelotti spektakularnie tę zaletę zademonstrował. Przez cały sezon przemodelowywał Real – madrytczycy mieli dyktować tempo gry i kontrolować piłkę, ich środek pola tworzą dwaj cofnięci rozgrywający i skrzydłowy – żeby w najważniejszym dwumeczu wyprawić drużynę na drugą – dla niektórych ciemną – stronę księżyca. Niech Bayern sobie składa podanie do podania, aż się nimi udławi, my magazynujemy energię, by eksplodować w pojedynczych akcjach. To był wybór nieoczywisty przede wszystkim w pierwszym półfinale, rozgrywanym na własnym stadionie. Nieoczywisty i doprowadzony do ekstremum, początkowo gospodarze oddali monachijczykom piłkę na ponad 70 proc. czasu gry.

Zadziałało fantastycznie, Real mógł natłuc goli na znacznie okazalszy wynik niż 1:0. A jeśli przeskanować pełne 180 minut dwumeczu, włączywszy dzisiejsze 4:0, to wyeksponował najbardziej naturalne predyspozycje drużyny – stworzoną do kontrataku czynią ją mistrzowie sprintu na skrzydłach, a stworzoną do stałych fragmentów gry mistrzowie powietrznej walki na środku defensywy. Nawiasem mówiąc, Sergio Ramos i Pepe wypełnili w tym sezonie lukę po duetach stoperów klasy Puyola i Pique, Vidicia i Ferdinanda, Carvalho i Terry’ego. Dawno nie podziwialiśmy tak pewnie broniącej pary.

Ancelotti wystawił zatem na półfinałową scenę wszystko to, co w Realu najlepsze, a zarazem przypomniał, że po sukces biegnie często sztafeta trenerów – jego ludzie wciąż ulegają odruchom wpojonym im przez José Mourinho, tak jak fundamenty wszechpotężnego Bayernu Juppa Heynckesa wylewał Louis van Gaal.

Obie potęgi, aktualna madrycka i zeszłosezonowa monachijska, były potężne wielowymiarowo, choć każda inaczej. Tymczasem Pep Guardiola wystawił w półfinale show jednowymiarowe. On oczywiście nikogo nie oszukał – pogląd na futbol ma utrwalony, przed podpisaniem kontraktu miesiącami wykładał swoje idee szefom Bayernu, a oni je kupili. Dlatego pojękiwania Franza Beckenbauera – „niedługo będą sobie podawać nawet na linii bramkowej” – nie miały sensu. Włączasz Milesa Davisa, nie spodziewaj się hardrocka. Zresztą przywiązanie do swojej koncepcji nie musi zawsze przywieść do klęski. Monachijczycy długo w tym sezonie wyglądali rewelacyjnie, i to niekoniecznie dlatego, że nie zderzyli się z Realem – poruszali się wówczas szybciej, podawali z werwą, nie byli rozczulająco bezbronni we własnym polu karnym. Grali zwyczajnie lepiej.

Im energiczniej Bayern z Realem sunęły od zwycięstwa do zwycięstwa, tym bardziej było jasne, że ktoś boleśnie upadnie. Wróć – nie boleśnie, a śmiertelnie. Gdyby nawet Ancelotti i Guardiola pracowali idealnie, to jeden musiał przegrać, a najbardziej utytułowani trenerzy (obaj dwukrotnie wygrywali Ligę Mistrzów) po zajęciu drugiego miejsca natychmiast zaczynają wyglądać na nieudaczników.

Guardiola nie zajął jednak ani „drugiego”, ani nawet „trzeciego” miejsca – jego piłkarze w półfinale zaserwowali fanom widowisko tak drastyczne, jakby chcieli sprowokować drastyczną reakcję władz klubu. Czy od dziś ich jedyną strategią defensywną naprawdę ma być sławne posiadanie piłki? Bo gdy ją tracili – także w najnowszych meczach Bundesligi – to tracili również jakiekolwiek rozeznanie, co powinni robić, by strat nie powiększyć. Sztywnieli.

Pozostaje pytanie, co się stało. Zdemotywowało ich – wytrąciło ze stanu pobudzenia, ważne mecze oddzielało od siebie zbyt wiele nieważnych etc – rekordowo szybkie zdobycie mistrzostwa Bundesligi, które miało dać pełen komfort przygotowań do świątecznych wieczorów w Champions League? A może, co byłoby wariantem najsmutniejszym, im dłużej manipulował przy drużynie niestrudzony innowator Guardiola, tym bardziej traciła ona moc z ery Heynckesa? A może nikt nie wykrzesałby z niej więcej, bo kilkunastomiesięczne wygrywanie wszystkiego i wszędzie wypala każdego i zwyczajnie uniemożliwia podjęcie walki z rywalem tak fantastycznie wyposażonym i zmotywowanym, jak obecny Real? Już mi się nie chce wracać do mantry o 24 latach bez ani jednej skutecznej obrony trofeum w Lidze Mistrzów…

Tak, monachijczycy jeszcze przed chwilą grali przytłaczająco znakomicie. Powtórzmy: różnica między Bayernem z wczoraj, a Bayernem z dziś, jest taka, jak między jego jesiennym 3:0 z Dortmundzie, a wiosennym 0:3 z Dortmundem u siebie. Otchłanna. Co rodzi kolejne fascynujące pytania, dotyczące także Roberta Lewandowskiego - jak zareaguje trener Guardiola.

PS Stałych i mniej stałych czytelników lojalnie uprzedzam, że trochę choruję, więc w najbliższym – być może dłuższym – czasie będę tu wpadał rzadko lub wcale.

sobota, 23 listopada 2013

Bayern, Bundesliga, Liga Mistrzów, Pep Guardiola

Wyrzucaliście mi swego czasu, że zbyt łatwo rozdaję tytuły „kandydata na drużynę wszech czasów”. Klękałem przed Barceloną według Guardioli, potem nie zdążyłem jeszcze wrócić do pionu, gdy padłem przed Bayernem według Heynckesa.

Ale jak uniknąć spektakularnych gestów, skoro trafił nam się akurat taki moment w historii futbolu? Gdy ci, którzy dorwą się do wygrywania, nie wygrywają tak po prostu, lecz uprawiają wygrywanie masowego rażenia, o zasięgu dla nikogo wcześniej niedostępnym? To nie był PR, Barcelona naprawdę wzięła bezprecedensowe sześć trofeów z rzędu, naprawdę odebrała rywalom piłkę na pełne 90 minut, naprawdę biła rozmaite rekordy w lidze hiszpańskiej.

Aż nastał Bayern. I zaczął wyglądać jeszcze potężniej. Nie dlatego, że wiosną w półfinale Ligi Mistrzów wychłostał Katalończyków siedmioma golami – tamtą klęskę mogliśmy traktować jako symboliczne przejęcie (gwałtem) władzy, ale to była już inna, słabsza Barca, która nawet nie broniła trofeum. Monachijczycy chwilami przerażają, bo zdają się jeszcze bardziej nietykalni, jeszcze bardziej nieskazitelni w każdej formacji, aż po bramkę – między katalońskimi słupkami stoi świetny Victor Valdes, między bawarskimi stoi najlepszy na świecie Manuel Neuer. No i w minionym sezonie wydajność podnieśli na pułap, jak wyliczyliśmy wiosną, nieosiągalny dla nikogo w powojennym futbolu poza Ajaxem Amsterdam. To nie noty za wrażenia estetyczne, to fakty.

Jesienią nie zawsze faworyci zachwycają, ale chyba wypada się posłuchać Matthiasa Sammera, który poucza, że „dobry koń skacze tylko tak wysoko, jak musi”. Najwyżej wznieśli właśnie wtedy, gdy poprzeczka miała wisieć najwyżej – w wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów z Manchesterem City. Dzisiejszemu, najtrudniejszemu wyzwaniu krajowemu podołali na miarę imponującego wyjazdowego 3:0 – owszem, z pokiereszowanej kontuzjami Borussii ostała się połowa, ale wszechmoc Bayernu polega właśnie na tym, że nie zauważa nawet nieobecności Ribery’ego, jednego z faworytów plebiscytu Złota Piłki. Wreszcie w dwóch meczach zremisowanych monachijczycy pogubili punkty dość pechowo – Bayer wyrównał dzięki jedynemu celnemu strzałowi (niecelnego nie oddał), Freiburg wtłukł gola w końcówce jednej z inauguracyjnych gier pod Guardiolą. Efekty są oczywiście historyczne. Bayern śrubuje kolejny rekord Bundesligi – nie przegrał od 38 kolejek, czego zresztą Barcelona ani w ogóle nikt poza Realem Sociedad z sezonu 79/80 w lidze hiszpańskiej jeszcze nie dokonał...

Zewsząd słychać, że Guardiola przyszedł na gotowe, ja sądzę, że wręcz przeciwnie – nieprzypadkowo triumfatorzy Ligi Mistrzów nigdy tytułu nie obronili, tymczasem Bayern dodatkowo nasycił się zwyciężaniem obfitszym niż jakiekolwiek znane nam na tym poziomie rywalizacji. Trwa zatem rekonstruowanie drużyny, podczas którego trzeba uważać, by unikać wpadek, każda byłaby wszak rozdmuchana ponad zdrowy rozsądek. Na razie się udaje, więc mecze są raczej ciekawe niż emocjonujące. Podziwiamy taktyczną elastyczność drużyny, np. dzisiejsze zmiany w Dortmundzie, które jakby zmierzały ku domniemanemu ideałowi tiki-taki, czyli ku jedenastce złożonej wyłącznie ze środkowych pomocników – Götze i Thiago Alcantara zastąpili środkowego napastnika i stopera. Zaintrygowani obserwujemy także, jak trener przemodelowuje Phlippa Lahma, reklamując go zarazem w wywiadach jako najinteligentniejszego gracza, z jakim pracował.

By całkiem zniechęcić przeciwników, najważniejszy cios zadał dziś Borussii wydarty jej Götze. Ależ to musi być czasami beznadziejne uczucie, konkurować w Bundeslidze z Bayernem. Jak walka o przetrwanie z ludożercą. Obaj szukacie pożywienia, tyle że on ma chrapkę również na ciebie. I wystarczy mu wyciągnąć łapę.

wtorek, 06 sierpnia 2013

Kiedy zastanawiam się nad specyfiką pracy trenera, przypominają mi się słowa Krzysztofa Kieślowskiego, który mówił, że film nigdy nie jest ukończony, że reżyser go w pewnym momencie po prostu porzuca i wypuszcza na ekrany. Trener też nigdy nie ma drużyny ukończonej, ale nadchodzi dzień, w którym musi ją wypuścić na boisko. A w każdym razie powinien tak myśleć – jeśli uzna, że dzieło ukończył, wykona pierwszy krok ku zgubie. Zdaje sobie z tego sprawę Pep Guardiola, który po sezonie 2008/2009, będącym jego opus magnum w Barcelonie, najbardziej obawiał się deprawującej stabilizacji i nieustannie udoskonalał doskonałe.

Monachijski Bayern zastał kataloński trener w identycznym momencie – nasycony spektakularnym, najwspanialszym rokiem w historii klubu, czyli zagrożony rozprężającym samozadowoleniem. Stanął jednak Guardiola przed zadaniem trudniejszym. Na Camp Nou rządził głównie ułożonymi chłopcami, których lubię sobie wyobrażać z piłką przy poduszce, a gdy podpadł mu niegrzeczny Zlatan Ibrahimovic, to bezzwłocznie się go pozbył, nie bacząc na gigantyczną stratę finansową. W Bayernie wszedł w stado osobników wyjątkowo narowistych, wystarczy wspomnieć galopujących po skrzydłach Robbena, Ribery’ego czy Philippa Lahma, wokół których wiruje jeszcze gwiazdozbiór legend przeszłości – od Beckenbauera, przez Hoenessa, po Rummenigge i Sammera – w trudnych chwilach niechętnie korzystających z okazji, by pomilczeć. A jednak wykonuje Guardiola w tych delikatnych okolicznościach ruchy zamaszyste, tamte manewry barcelońskie zdają się przy monachijskim nieznacznym retuszowaniem. A to wyrzuci na skrzydło środkowego napastnika Mario Mandżukicia. A to wrzuci w środek pola urodzonego bocznego obrońcę Philipa Lahma. A to rozbije mur zbudowany z Javiego Martineza i Schweinsteigera, by znaleźć przestrzeń dla rozgrywającego Thiago Alcantary. A to wycofa Martineza do defensywy. W zakończonym przed chwilą pucharowym meczu z czwartoligowym Schwarz-Weiss Rehden znów kombinował, bo Robben – dotąd sądziliśmy, że stworzony, by fruwać po obu flankach – do przerwy krążył bardzo daleko od linii bocznych. A na treningach sprawdzał nawet Guardiola w centrum ataku Ribery’ego...

Przekształcanie monachijskiego 4-2-3-1 w 4-1-4-1 oznacza, że nowy trener Bayernu próbuje zorientować drużynę – ingerując w mechanizm, przypomnijmy, idealnie zrównoważony – nieco bardziej ofensywnie, co jest zresztą niezbędne, jeśli chce wykorzystać tłum graczy wybitnie kreatywnych. Już w poprzednim sezonie gęsty, teraz wzbogacony jeszcze o wspomnianego Alcantarę i Mario Götzego, do których musimy dostawić zaniedbywanego dotąd Shaqiriego. Na razie uderza jednak nie tyle kierunek eksperymentów, co ich skala. Jakby Guardiola stawał na głowie, by od pierwszego meczu nikt nie wypominał mu, że przejął gotowy cudzy film i że pozostaje mu co najwyżej dodać od siebie kilka drobnych korekt w montażu.

Najpierw każdy jego gest wywoływał euforię. Od wydanego przed przed inauguracyjnym treningiem na Allianz Arenie ­– pierwszym w historii Bundesligi płatnym, pierwszym transmitowanym na żywo w telewizji – polecenia, by na katalońską modłę trawę przyciąć i ją polać, po kategoryczny zakaz podawania piętą. Piłka między stopami Bayernu ma podróżować w obłędnym tempie, wszelkie ozdobniki to spowalniający ją balast. Miodowy miesiąc jednak minął, zanim na dobre rozpoczął się sezon, gazety już ośmielają się stawiać przy nazwisku Guardioli znaki zapytania. Sam trener publicznie zachwyca się pojętnością piłkarzy, którzy przenoszą na boisko wszystko, czego sobie zażyczy, oni czasem zdradzają ambiwalentne odczucia. Robben wzdychał do mikrofonów, że „to ważne, by nie czynić futbolu zbyt skomplikowanym”, 34-letni Claudio Pizarro wyznał, że nigdy nie spotkał trenera, który tyle zmieniał”.

A porażka z Borussią Dortmund w Superpucharze przypomniała mi, że w Jürgenie Kloppie odkryje być może przeciwnika bardziej przykrego w walce niż José Mourinho. Na Camp Nou bił się z wrogiem o równorzędnym potencjale – i Barcelona, i Real Madryt miały „obowiązek” wygrywać. W Niemczech nie ma o tym mowy, tam tylko Bayern „musi”, Borussia nadal zaledwie „może”. Choć w transfery i pensje dortmundczycy inwestują coraz więcej, to przy monachijczykach wciąż są – i jeszcze długo będą – łachmaniarzami, ostatnio znów pokrzywdzonymi – wyszarpaniem im Götzego oraz destabilizującą szatnię awanturą o Lewandowskiego. Klopp rywalizuje więc z Guardiolą z komfortową świadomością, że jeśli ulegnie, to widownia zrecenzuje go, co oczywiście zrozumiałe, łagodnie, wskazując na ubóstwo dortmundzkiej kadry.

Kibicujemy w erze trenerskich megagwiazd, wokół zderzeń ich osobowości kręcą najbardziej porywające piłkarskie fabuły. Jeśli walka Bayernu z Borussią przyćmiła ostatnio nieco wojnę madrycko-katalońską, bowiem to szlagier niemiecki, a nie El Clasico, odbył się w glorii finału Ligi Mistrzów, to rywalizacja Guardioli i Kloppa być może uczyni dla atrakcyjności pojedynku na szczycie Bundesligi jeszcze więcej. Kimże przy tym starciu tytanów są Gerardo Martino z Barcelony, w Europie anonimowy, oraz Carlo Ancelotti z Realu, fachowiec wybitny, lecz pozbawiony medialnego sex appealu? Napięcie w opowieści dortmundzko-monachijskiej rośnie nieprzerwanie od trzech sezonów, aż po kulminację na Wembley, a niewykluczone, że czwarty rok będzie jeszcze bardziej fascynujący. I zakończony potworną udręką bądź ekstazą, czego nakazuje się spodziewać skala oczekiwań wyrażona przez Lahma, który wierzy, że Guardiola wyniesie Bayern na poziom w piłce reprezentacyjnej zajmowany przez Hiszpanię.

 
1 , 2
Archiwum
Tagi