Wpisy z tagiem: euro 2012

czwartek, 21 marca 2013

Gdyby wykroić z „Będziesz legendą, człowieku” sceny związane z Damienem Perquisem – jedyne w filmie Marcina Koszałki zajmujące – uzbierałoby się pewnie 20-minutową etiudę, dla fanów futbolu dość intrygującą zwłaszcza w wątku podsumowanym rzuconą przez masażystę kadry refleksją, że „farbowane lisy przeżywają najmocniej”. Farbowane listy, czyli zagraniczni piłkarze z polskimi korzeniami przesadzeni do naszej reprezentacji. Jak wspomniany Francuz (łączy go z nami babcia Józefa Bierła, obecna na ekranie), wyzywany przez Jana Tomaszewskiego od „śmieci”.

Tyle że reżyser anonsował opowieść o Euro 2012. I nie widać, by w trakcie montażu plany zrewidował. Miota się od postaci do postaci, z niewiadomych przyczyn serwuje nam przydługą sekwencję z rozrechotanym, prymitywnie dowcipkującym prezesem Grzegorzem Lato (wzbogaconą o archiwalia), ignoruje natomiast ludzi najważniejszych. Właściwie nie ma w filmie wychłostanego przez opinię publiczną Franciszka Smudy; nie ma Wojciecha Szczęsnego, typowanego na gwiazdę turnieju, a wydalonego z boiska już po godzinie inauguracyjnego meczu; nie ma Przemysława Tytonia, który bohaterem niejednej akcji został dzięki niespodziewanemu splotowi okoliczności. Sypią się za to trywialne scenki z życia piłkarzy, nużące dla każdego nieniedzielnego kibica. Niestrawne mydło z powidłem.

Futbolowy spektakl rejestruje dziś tyle kamer i mikrofonów, że poświęcony mu dokument może się udać tylko pod warunkiem, że zajrzy głębiej. Spróbuje dotknąć tajemnicy szatni.

Koszałka nawet nie zbliża się do klamki. Szatnię odwiedzamy jedynie w sposób sztampowo telewizyjny – pustą, z rozwieszonymi koszulkami graczy. Nie podglądamy jej choćby przez dziurkę od klucza ani przed meczem, ani po meczu. Nie podsłuchujemy, co dzieje się na ławce trenerskiej. Nie wkradamy się do autokaru, który po meczu wiezie kadrowiczów do hotelu. Nie zerkamy na choćby skrawek tablicy z taktycznej odprawy, nie słyszymy trenerskich peror. Nie widzimy niemal żadnego spontanicznego, podyktowanego chwilą aktu, którego już nie widzieliśmy.

Od kolegów z TVP wiem, że trener Smuda był wściekle oporny we współpracy, nie wpuszczał kamery właściwie nigdzie. Koszałka, jak podejrzewam, też stanął przed ścianą. A ponieważ nie próbował jej rozbić, nakręcił niewiele. Animowane wstawki w jego dziełku do tego stopnia nic nie wnoszą, że wyglądają na rozpaczliwe wydłużanie metrażu.

Dziwiłem się już na blogu, że w erze przenicowującej świat futbolu medialnej wszechmaszynerii światła gasną akurat wtedy, gdy robi się najciekawiej. Że z szatnią jak z konklawe – owszem, uczestnicy ujawniają niekiedy, co działo się chwilach krytycznych lub najważniejszych, ale co innego ustna relacja nawet bezpośredniego świadka (zniekształcająca rzeczywistość, zwłaszcza skąpaną w ekstremalnych emocjach), a co innego zapis wideo lub audio. Np. nigdy nie dowiemy się, jak liverpoolczycy reagowali w przerwie legendarnego finału Ligi Mistrzów w Stambule (przegrywali z Milanem 0:3, by w drugiej połowie wyrównać i zwyciężyć potem w rzutach karnych) – zeznania po latach znacząco się od siebie różnią.

W czasach nagrywania wszystkiego i wszystkich piłkarze albo ludzie ich obsługujący nie rejestrują też zakulisowych zdarzeń potajemnie. Jakby podświadomie uznawali szatnię za sferę sacrum, jakby w wyniesieniu na zewnątrz jej sekretów lękali się grzechu cięższego niż bluźnierstwo – bluźniercy się wszak zdarzają. Koszałka też świętości nie narusza. Nawet nie próbuje, choć bywali już twórcy, którzy zdołali odsłonić więcej niż pokazują media – jak Stéphane Meunier, autor „Les yeux dans les Bleus”, zaglądającego za kulisy złotego popisu Francuzów na mundialu w 1998 roku. Czytając recenzje „Będziesz legendą, człowieku” mam wrażenie, że na pochlebne naciągnął Koszałka krytyków z bladym pojęciem o sporcie, którym mógł np. wcisnąć niepokój Wasilewskiego o swój los po zakończeniu kariery jako wyznanie u piłkarza wyjątkowe, pozwalające wejrzeć w jego intymność. Dla fana to banał. W dodatku pozostający bez związku z Euro 2012, o którym nie dowiedzieliśmy się od Koszałki niczego.

A zeznania uczestników wydarzeń dezorientują. Z jednej strony mamy świadectwo Roberta Lewandowskiego, który w osławionym wywiadzie dla „Gazety” przedstawił historię pełzającej klęski, reżyserowanej przez skończonego trenerskiego ignoranta. Z drugiej strony Szczęsny do dziś wspomina „kapitalne przygotowania” i fantastyczną atmosferę, która „już nigdy się nie powtórzy”. Komu wierzyć?

poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Two Cheeseburgers, with Everything (1929). By Claes Oldenburg

Twarzą Coca-Coli w naszym kraju jest gwiazdor futbolowej reprezentacji Robert Lewandowski. Jego kolega z Borussii Dortmund Kuba Błaszczykowski wdzięczył się w spocie reklamującym w trakcie niedawnych mistrzostw kontynentu McDonald’sa. A ściślej - promującym akcję wyprowadzania na boisko piłkarzy przez dzieci ubrane w stroje z logo sieci barów szybkiej obsługi. Oba globalne megakoncerny towarzyszyły zresztą niemal każdej transmisji z Euro 2012, bowiem UEFA zaprosiła je do wąskiego grona naczelnych sponsorów turnieju, w eufemistycznej nowomowie - mającej odsunąć skojarzenia czysto biznesowe - nazywanych „oficjalnymi partnerami”. Na wszystkich zarobiła 1,6 miliarda dolarów.

Coca-Cola i McDonald’s ubija też interesy z FIFA - ometkowały sobą poprzedni mundial, ometkują następny - oraz Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim, który wpuścił firmy na igrzyska w Londynie. MKOl również się tłusto obłowił - ze wszystkich sponsorów wyciągnął 1,6 mld funtów.

To ponury paradoks, że w najściślejszy - należą do elity tzw. sponsorów globalnych - związek ze wszystkimi największymi imprezami sportowymi jako jedyni weszli producenci wyrobów uważanych przez naukowców za głównych winnych epidemii otyłości. Każdemu, kto je pasjami ogląda, intensywnie wbija się do podświadomości skojarzenie wysiłku fizycznego - a także imponujących sylwetek atletów - z przesłodzonymi gazowanymi napojami oraz hamburgerami wytaplanymi w trujących izomerach trans kwasów tłuszczowych. Uczysz się dryblować jak Błaszczykowski, to wsuwaj frytki; chcesz strzelać gole jak Lewandowski, to gaś pragnienie Spritem; marzysz o igrzyskach, to zamów zestaw powiększony, koniecznie w przepysznej, pulchniutkiej panierce. Energii potrzebujesz moc - na wodzie i kiełkach ani rusz.

Do ekscytujących całą planetę spektakli sponsorzy się garną. Gdyby ich organizatorzy wykazali minimum społecznej odpowiedzialności, wciąż obżarliby się milionami dolarów, nie promując zarazem fatalnych nawyków, które odpowiadają za jedną z najgroźniejszych i gwałtownie rozrastających się chorób cywilizacyjnych.

Nie jestem fundamentalistycznym wyznawcą mody na „zdrowe” prowadzenie się, moich uczuć religijnych nie obraża nawet powszechne pojenie się paskudztwem w czerwonych puszkach, którego karierę uważam za marketingowy cud wszech czasów. Wiem jednak, że plaga otyłości staje się główną obok palenia przyczyną zgonów, dlatego coraz częściej prawo reguluje, co wolno kłaść na talerze w szkołach. Tymczasem ludzie sportu nie tylko się w te kampanie nie angażują, oni działają im wbrew. Gdy w Brazylii McDonald’s płaci 1,8 mln dol. grzywny za dodawanie do zestawów dla dzieci zabawek, UEFA zezwala, by do wyprowadzania piłkarzy z szatni brzdące zgłaszały się w jego jadłodajniach.

Krzyczącą hipokryzję uprawiają też bożyszcza tłumów, dla młodych będące autorytetami wiarygodniejszymi niż rodzice czy nauczyciele. Każdy wykształcony trener i rozumny sportowiec oczywiście wie, że reklamowanych wyrobów musi za wszelką cenę unikać - że od puszki napoju zasłodzonego kilkoma łyżkami cukru (lub substancji cukropodobnej, niekiedy czyniącej jeszcze większe spustoszenie w organizmie) puchnie tkanka tłuszczowa zamiast mięśniowej, że grillowana ryba zamiast smażonego kotleta podnosi wydajność treningu, że dieta radykalnie wpływa na wyniki.

Piłkarz Lewandowski przeżuwa z obsesyjną ostrożnością, nie wkłada do ust niczego przypadkowego, codziennie faszeruje organizm suplementacją złożoną z kilkunastu starannie dobranych produktów. Śmieciami niech zapychają się inni.

Coca-Cola

sobota, 14 lipca 2012

Przy tym wywiadzie powinno stać ostrzeżenie, że jest drastyczny. Piłkarz skopał trenera z brutalnością, jakiej w polskim futbolu nie pamiętam. Robert Lewandowski nie tyle Franciszka Smudę skrytykował, ile zrównał z murawą. Przygotowanie fizyczne? Fatalne, kadrowicze zostali przed Euro 2012 zarżnięci. Przygotowanie taktyczne? Nie było wcale. Mentalne? Katastrofa, szef mógł zarażać podwładnych co najwyżej strachem. Charyzma? Żadnej, piłkarze sami ustalali, jak grać. Smuda nie miał ani ułamka atutu, składał się z samych wad. Okazał się trenerskim zerem.

Gdyby Lewandowski swój akt oskarżenia wygłosił wtedy, kiedy można było jeszcze interweniować, i gdyby wiarygodnie uzasadnił go troską o Euro 2012, pewnie zastanawialibyśmy się, czy trzeba go docenić za odwagę, czy bardziej za odpowiedzialność. Jeśli wartość Smudy jako fachowca istotnie wynosi zero, to klęska na najważniejszej imprezie w dziejach polskiego futbolu była nieuchronna. A jeśli była nieuchronna, to stawało się niemal moralnym obowiązkiem piłkarza, by spróbować jej zapobiec.

Nie wiem, gdzie napastnik Borussii Dortmund ma rację, a gdzie się myli (tutaj możecie sami przeczytać wyjaśnienia fizjologa). Wiem, że dziś nie ma powodu, by doceniać go za odwagę ani odpowiedzialność. Skopać pokonanego jest łatwo, a publiczne wyliczenie wszystkich jego zbrodni na rzeczywistość nie wpłynie - mistrzostwa się skończyły, trenera przepędzono.

Dostrzegam jeden, poza wywołaniem skandalu, skutek wywiadu - precyzyjne wskazanie winnego niepowodzenia. Jednego winnego, zasługi w żadnym razie nie rozkładają się tutaj na wiele głów.

Lewandowski bąka co prawda, że piłkarze też zawiedli, ale pojedyncze słowa skruchy giną w nawałnicy oskarżeń wymierzonych w selekcjonera. Nikt po lekturze nie zostanie z wrażeniem, że napastnik kadry się kajał. Nie, on wydał wyłącznie wyrok skazujący na trenera. Z uzasadnieniem naturalistycznie sugestywnym, na granicy sadyzmu. Wszak jeśli piłkarz celnie podsumował kompetencje trenera, już nikt nie powinien go - trenera - zatrudnić. A nasi kadrowicze na Euro 2012 okazali się bohaterami. Pomimo bezdennej ignorancji Smudy zdobyli dwa punkty, do ostatniej kolejki walczyli o awans, wyglądali ładniej niż ich poprzednicy na ostatnich wielkich turniejach, po których żaden gracz nie zdobył się na sprowadzenie selekcjonera do zera.

Ja dostałem w Smudzie trenera, jakiego się spodziewałem. Zawsze ucieleśniał dla mnie chaos i kulturę posługiwania się „nosem” polskiej myśli szkoleniowej, po programowej rezygnacji z zatrudniania obcokrajowca widziałem w nim naturalnego kandydata na selekcjonera nieobcojęzycznego. I ze względu na wyniki, i ze względu na czas utrzymywania się na rynku, i ze względu na reprezentatywność dla pewnej, nazwijmy ją, formacji intelektualnej. Fachowca krańcowo odmiennego od Jürgena Kloppa, pod którym nasze dortmundzkie gwiazdy lśnią w Borussii.

Jemu Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek się podporządkowują. Czy podporządkują się Waldemarowi Fornalikowi, z ich perspektywy człowiekowi znikąd? Czy nowy selekcjoner powinien po pierwszych zajęciach podejść do naszego najlepszego napastnika i zapytać, czy zaproponowane ćwiczenia uważa - cytuję oczekiwanie wyrażone w wywiadzie - za „sensowne”? Czy powinien spodziewać się, że po rozstaniu z kadrą też usłyszy szczegółową recenzję swojej pracy? Ucieszyć się, że Lewandowski obiecał mu pomoc? Wątpliwości tylko przybywa.

Dziś najwięcej klasy wykazał ten nasz marny selekcjoner Smuda, który nie rewanżował się byłemu podwładnemu wypominaniem zmarnowanych szans na strzelenie gola (było ich więcej niż jedna, napastnik Borussii podał w wywiadzie nieprawdę), lecz rzucił coś o błędach młodości. Oby jutro najwięcej klasy wykazali piłkarze reprezentancji. Oby jaja wreszcie pokazali w trakcie gry, a nie dopiero po zejściu z boiska, kiedy skopać da się już tylko swoich.

wtorek, 03 lipca 2012

„U jak Ukrainki. Szukać igły w stogu siana po ukraińsku brzmi zapewne szukać niezgrabnej Ukrainki. Wśród tutejszych samic widzieliśmy niemal wyłącznie sztuki dorodne, starające się wystrzałowo ubrać i w ogóle wyfiokowane de luxe, więc potargane dresiki obściskujących je samców wyglądały szokująco”. To fragment alfabetu Euro 2012 opublikowany we wczorajszej „Gazecie”. Podpisany pod nim jest także Michał Szadkowski, ale za przytoczone frazy odpowiadam ja.

W portalu litera już z alfabetu zniknęła, zastąpiły ją przeprosiny. Nie wiem, w jakich okolicznościach. Leniuchowałem dziś poturniejowo, nikt z redakcji się ze mną nie kontaktował.

O sprawie dowiedziałem się dzięki „Kropce nad i”, w której Kazimiera Szczuka nazwała cytat seksistowskim. Zbulwersowała ją „samica”, podkreślającego konwencję słowa „samiec” użytego w tym samym zdaniu nie zauważyła. Przynajmniej tyle zrozumiałem z chaotycznej rozmowy - dotyczyła piłki nożnej, a ponieważ drugim gościem był Ryszard Czarnecki, poziom kompetencji dyskutantów odpowiadał poziomowi sparingu Liechtensteinu z Fidżi. Zanim uczestnicy się oburzyli, szczebiotali o golu jako „archetypie zapłodnienia” i futbolu jako „homospołecznej wspólnocie”. Potem Czarneckiemu moje słowa skojarzyły się z niedawnym wybrykiem radiowców, którzy dowcipkowali o gwałceniu Ukrainek.

Szczuka postawiła zarzut w oczywisty sposób bzdurny. Mój komentarz dotyczył obu płci - i wyglądu ukraińskich kobiet, i wyglądu ukraińskich mężczyzn.

Gdyby jednak nawet nie dotyczył, pewnie bym się ze Szczuką nie dogadał. Feministki oczekują, że mężczyźni nie będą w publicznych wypowiedziach wspominać o fizycznej atrakcyjności kobiet (ponoć redukują je wówczas do roli obiektu seksualnego), a ja chcę wspominać. Niech kobiety też sobie wspominają o atrakcyjności mężczyzn („Głupi ten minister, ale za to jaki przystojny!”), niech wspominają o ich atrakcyjności geje, niech lesbijki publicznie wspominają, jeśli je najdzie ochota, o zewnętrznych walorach kobiet.

Mnie Ukrainki zachwyciły urodą, więc wzdychałem do urody. O innych zaletach nie mogę się wypowiadać, bo ich nie znam. Kiedy chodziłem po ulicach Doniecka czy Charkowa, uderzał mnie kontrast pomiędzy zadbanymi kobietami a zaniedbanymi mężczyznami.

Czytam alfabet ponownie i też nie lubię litery „U”. Ciężko to dowcipne, widać, że podane po przedfinałowej nocy, podczas której nie zmrużyłem oka. Krotochwilna konwencja artykułu nie wszystko usprawiedliwia, gdybym redagował cudzy tekst, pewnie bym podobne frazy usunął. Ale nie wstydzę się entuzjastycznego zdania o „samicach”, lecz negatywnego o „samcach”. Nie powinienem był uogólniać i wymyślać wszystkim Ukraińcom od niechlujów. Przepraszam.

Tagi: euro 2012
22:02, rafal.stec
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

Hiszpania, Euro 2012

Kiedy pomyślimy o Francji, poprzedniej reprezentacji zdolnej zaraz po mistrzostwie świata wziąć mistrzostwo Europy, przed oczami staje nam Zidane. Kiedy pomyślimy o próbującej ją zatrzymać na mundialu w 1998 roku - a po czterech latach już złotej - Brazylii, widzimy sylwetkę Ronaldo. Argentyna, która też dwa razy z rzędu grała w finale, to przede wszystkim pękaty korpus Maradony. Skazana na srebro Holandia ma twarz Cruyffa. U skuteczniejszych od niej Niemców „Cesarzem” został Beckenbauer. Panująca jeszcze wcześniej Brazylia to nade wszystko Pele.

Przeglądam najwspanialsze drużyny narodowe, które demonstrowały moc na więcej niż jednym turnieju, i w każdej znajduję postać wyrastającą ponad inne. Mniej lub bardziej zasłużenie, z zupełnie odmiennych powodów, zawsze z władającą naszą pamięcią siłą ikony.

Hiszpanie płodzą arcydzieła zbiorowe. Jak na grupę niezwyciężoną zaskakująco często wygrywali na swoich złotych mistrzostwach po horrorach, minimalnie, prowokując los. A przetrwanie zawdzięczali całemu tłumowi graczy - czasem pomnikowych, czasem mniej znaczących. Rok 2008: po bezbramkowych 120 minutach z Włochami dwa rzuty karne obronił Iker Casillas; jedyną bramkę w finale z Niemcami wydusił Fernando Torres, wcześniej snajpersko wycofany. Rok 2010: decydujący cios skrzywdzonej przez sędziego Portugalii zadał David Villa; przed sensacyjną wpadką w meczu z Paragwajem znów uchronił potentatów golkiper (też zatrzymał uderzenie z 11 metrów); przepychankę z Niemcami rozstrzygnął po stałym fragmencie gry Carles Puyol; brutalną szarpaninę o złoto rozstrzygnął (dopiero w 116. minucie!) Andrés Iniesta. 2012: walka z Portugalią znów przeciąga się do dogrywki, znów nie padają gole, w serii rzutów karnych sprawy w swoje rękawice bierze bramkarz Realu Madryt. Ładnie ową niespotykaną zespołowość sukcesu podkreśla tytuł króla strzelców dla Torresa, którego przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wskazałby jako kluczowego piłkarza Hiszpanów. A także okrągłe zero trafień zjawiskowego Iniesty, oficjalnie obwołanego głównym bohaterem całego turnieju.

Gdyby przeanalizować wszystkie rundy pucharowe zwycięskich imprez, najwięcej powodów do wypromowania go na ikonę „Czerwonej Furii” dałby chyba właśnie Casillas. Fundamentalne, niewymienione wyżej zasługi miał jeszcze w finale mundialu, jego roli nie sposób zresztą przecenić już dlatego, że aż siedem z dziesięciu wspomnianych meczów Hiszpanie wygrywali w stosunku 1:0 bądź po karnych wieńczących dwugodzinne 0:0. Odosobnione wpadki groziły dużymi tarapatami, niezawodność pozwoliła drużynie nigdy nie sprawdzać, jak to jest odrabiać straty. Przypomnijmy jeszcze raz - przez 990 minut przywoływanych gier hiszpańska bramka była nietykalna, nie zdobył jej nikt.

Casillas do rangi symbolu chyba jednak nie urośnie. Po pierwsze, głównym wątkiem w twórczości mistrzów pozostaje tiki-taka, w której on nie uczestniczy. Po drugie, styl reprezentacja pożyczyła od Barcelony, tymczasem wyniesienie ponad wszystkich „świętego Ikera” byłoby wyświęceniem królewskiej bieli Realu, nierealnym także ze względu na delikatność spraw związanych z El Clásico. Po trzecie, przesadne podkreślanie wyczynów bramkarza dla sporej części fanów oznacza umniejszanie klasy całej drużyny.

Idol madrycki i tak ma ogromną szansę, by na historii futbolu odcisnąć piętno najwyraźniejsze. Jego partnerzy z pola raczej nie zagrożą legendom Maradony i Pelego ani nie zdystansują w plebiscytach Złotej Piłki współczesnego sobie Leo Messiego, tymczasem Casillas jako bramkarz wchodzący ledwie w wiek średni mknie ku tytułowi najwybitniejszego gracza na swojej pozycji w historii. Mistrz świata, dwukrotny mistrz Europy, dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów, pięciokrotny mistrz Hiszpanii, rekordowe 137 występów w reprezentacji kraju, jeszcze nie rekordowe (kwestia czasu) 625 występów w klubie, jeszcze nie rekordowe (kwestia czasu) 124 występy w Champions League. Jeśli dodamy, że Casillas nigdy nie choruje, nie łamie kości ani nie naciąga mięśni, to trudno wyłowić z przeszłości lub teraźniejszości konkurenta, którego nie przyćmi.

W niedzielę wreszcie mógł sobie pozwolić (nie pozwolił sobie) na luksus dekoncentracji, bowiem hiszpańscy artyści wreszcie stworzyli swoje opus magnum. Dotąd wywoływali wrażenie raczej całokształtem, teraz umiemy wskazać w ich dorobku naczelne arcydzieło, na miarę mundialowego finału z 1970 roku, w którym uznawani za reprezentacyjną drużynę wszech czasów Brazylijczycy też zatłukli czterema golami Włochów.

Ale oni wówczas jednego stracili. Dopiero Hiszpania w masowej hodowli perfekcyjnych graczy osiągnęła taką wydajność, że Pelego wstawiła nawet między słupki.

HIszpania, Euro 2012

Tagi: euro 2012
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (93) »
niedziela, 01 lipca 2012

Jak zwykle sporządziłem ją jeszcze przed finałem, więc na dwóch pozycjach - bramkarz i środek ataku - pozostawiłem sprawę otwartą. Po kijowskim wychłostaniu Włochów wątpliwości już nie ma. Mój wybór znajdziecie tutaj.

Tagi: euro 2012
23:19, rafal.stec
Link Komentarze (102) »
sobota, 30 czerwca 2012

Włochy - Hiszpania, finał Euro 2012 

Obrońcy tytułu wystawią dziś prawdopodobnie piłkarzy, którzy razem wzięci rozegrali już w reprezentacji 781 meczów. Włosi przeciwstawią im graczy z doświadczeniem zbieranym w 501 meczach. Spora różnica, a dla przebiegu kijowskiego pojedynku może mieć znaczenie również to, że Hiszpanie polegają niemal wyłącznie na ludziach przywykłych do rozgrywania wielkich gier - wszyscy poza Jordim Albą spróbowali przynajmniej półfinału Ligi Mistrzów, wielu wielokrotnie sprawdzało się w finałach. Wśród rywali na tym poziomie buszowali tylko bramkarz i rozgrywający. Ale może to się okaże atutem Włochów, którzy będą bardziej wygłodniali sukcesu?

Porównajmy, kim obie strony dysponują.

Bramkarze

Tutaj będziemy mieli absolutny pojedynek na szczycie, mistrz świata z 2006 roku Gianluigi Buffon oraz mistrz świata z 2010 roku Iker Casillas to bezdyskusyjnie najwybitniejsi fachowcy początku XXI wieku, ani myślę wpychać ich pod mikroskop, by wyszukać jakieś wady. Włoch, który rozegra w niedzielę 120 mecz w reprezentacji (do rekordu brakuje mu szesnastu), na zwycięskim mundialu puścił ledwie gole - samobójczego oraz strzelonego z rzutu karnego przez Zidane’a. Hiszpan, który dla kraju zagra po raz 136. (jest w Hiszpanii rekordzistą), na zwycięskim mundialu też puścił ledwie dwa - w fazie grupowej. W ćwierćfinale obronił rzut karny z Paragwajem (przy stanie 0:0), w finale wygrał kluczowy pojedynek oko w oko z Arjenem Robbenem.

Na Euro 2012 giganci też są więksi niż bramka. Gdyby nie niemiecki rzut karny, Buffon trzymałby czyste konto od 318 minut, Casillas trzyma je od 419. Obaj błysnęli fenomenalnymi interwencjami w ważnych chwilach, obaj są kandydatami do nagrody dla najlepszego piłkarza turnieju, zagrozić może im chyba tylko Andrea Pirlo, bo wśród grających w polu Hiszpanów zasługi rozkładają się na wiele osób. Na poprzednich mistrzostwach zmierzyli się w ćwierćfinale, ich bramki były nietykalne, w rzutach karnych ciut lepszy okazał się Casillas, pierwszy golkiper w historii z okrągłą setką reprezentacyjnych występów bez straty gola. Ale generalnie lepszy nie jest, na tej pozycji mamy idealny remis.

Obrona

Włoska uzmysławia, jak elastycznych, taktycznie świadomych i inteligentnych piłkarzy wychowuje calcio. Była już trzyosobowa i czterosobowa, najpierw w jej centrum stał pomocnik De Rossi, Giorgio Chiellini bez szkody dla jakości swojej gry przesuwa się ze środka na lewą flankę (zna to z Juventusu), Federico Balzarettiemu nie szkodzi przeskok z lewej na prawą (w finale zastąpi go chyba Ignazio Abate). I ruchy tektoniczne na własnym polu karnym wcale defensywy azzurrich nie zburzyły, przeciwnie, wraz z rozwojem turnieju przestaje tracić gole, oparła się nawet ofensywnie zorientowanym Niemcom. Co nie znaczy, że się nie myliła, najpierw pooblegać bramkę rywalom pozwoliła, Andrea Barzagli był nawet bliski włożenia samobója.

Hiszpanie też nie zastawiają pola karnego z dawną pewnością, choć podtrzymują fenomenalną passę - w meczach rund pucharowych imprez mistrzowskich od 15 godzin nie strzelił im gola nikt. Na roztargnionego, czasami nienadążającego za rozwojem wypadków wygląda zwłaszcza Gerard Pique, który zawsze powtarzał, jak istotnie wpływa na jego postawę Carles Puyol -  bez ustanku partnerem komenderujący, pilnujący jego ustawienia i mobilizacji. Może Katalończyk ciężko znosi nieobecność duchowego przywódcy całej drużyny (w klubie też go często ostatnio brakowało), a nie rozprasza go życie celebryty u boku Shakiry? Na szczęście dla Hiszpanów za dwóch walczy Sergio Ramos (po półfinałach zaczął wypychać Matsa Hummelsa z jedenastki turnieju), a Jordi Alba pilnuje lewej strony z taką wprawą, jakby chciał udowodnić, że 14 mln euro wypłacone zań przez Barcelonę Valencii to kwota haniebnie niska.

Linie defensywne też mają obaj finaliści porównywalnie szczelne, ale obrońcy tytułów górują nad rywalami doświadczeniem z wielkich gier, nawet Alvaro Arbeloa - w reprezentacji właściwie niewidzialny, rzetelny, lecz niezbyt często zapraszany do gry przez partnerów - przeżył już niejedno El Clasico. Stąd bierze się minimalna przewaga Hiszpanów.

Pomoc

Tutaj też trener Prandelli kombinuje do zatracenia. Jeśli jednak w finale nie wróci do ustawienia z trzema obrońcami, istnieje prawdopodobieństwo, że w Kijowie zobaczymy mecz bez jednego skrzydłowego na murawie (przynajmniej na początku). Włosi podobnie jak rywale wystawiają wyłącznie środkowych pomocników, tyle że nie ma wśród nich odpowiednika Sergio Busquetsa, odpowiedzialnego ściśle za defensywę. Andreę Pirlo otaczają wyłącznie gracze wielofunkcyjni - umiejący bronić, ale też lubiący wbiegać w pole karne, uderzać z dystansu, strzelać gole, zaskoczyć przebiegłym prostopadłym podaniem. Kiedy zaczyna się gra, włoski maestro po prawicy ma Claudio Marchisio (być może zastąpi go Antonio Nocerino), po lewicy Daniele De Rossi, a z przodu Riccardo Montolivo. Potem wszyscy się przesuwają, rotacyjnie przejmując rolę operującego za napastnikami trequartisty. I wystarcza im umiejętności, by czasem utkać akcję z serii szybkich, krótkich podań w stylu hiszpańskim. A Pirlo... Jemu wystarczy jedno kopnięcie, by radykalnie zakrzywić geometrię natarcia, żadne słowa bogactwa wyobraźni Włocha nie oddadzą.

O metodzie hiszpańskiej napisano już wszystko, od siebie dorzucę tylko nieśmiałe pytanie, czy Xavi Hernandez rzeczywiście drepta mniej wydajnie niż zazwyczaj, czy aby harmonii u mistrzów Europy nie zakłóca ustawienie go obok Xabiego Alonso. Co jeden mózg, to nie dwa, w futbolu to się niekoniecznie sumuje, jeśli dwaj dyrygenci mają skłonność do wyznaczania grze rytmu, to czasem mogą nadać jej arytmię. Tak czy owak „La Furia Roja” pozostaje drugą linią o największym stężeniu talentu, z manewrów Andresa Iniesty mamy prawo wnioskować, że on znów decydujące pchnięcie szykuje na najważniejszy wieczór. Kiedy dopada piłki, znów sunie, jakby to ona prowadziła jego, a nie on ją, w każdej akcji nieudanej zostawia przeczucie akcji zwalającej z nóg. Zaskakująco przygasł tylko wraz z upływem czasu David Silva, więc nie będziemy zdumieni, jeśli w Kijowie zastąpi go inny człowiek finał, czyli Pedro.

Przewaga Hiszpanów. Była, jest i jeszcze pobędzie. Gdyby Włosi ją podważyli, dokonaliby najbardziej sensacyjnego wyczynu na Euro 2012.

Atak

Hiszpański nie istnieje. Jeśli trener wypycha na czub drużyny Ceska Fabregasa, to barcelończyka i tak wiedzie instynkt rozgrywającego - lubi podać wszerz, uprawia futbol horyzontalny, pole karne to nie jest jego świat. Jeśli na próbę zostaje wystawiony Alvaro Negredo, to kompletnie się nie przydaje. Jeśli strzelać ma Fernando Torres - Włochom, nie miernym Irlandczykom - to pudłuje do upadłego. A Fernando Llorente, jedna z najbardziej niebezpiecznych bestii grasujących pod bramkami w sezonie klubowym, nie wstał jeszcze z rezerwy. Oto taktyczny system 4-6-0. Albo 4-5-0, jeśli udział w grze symuluje Negredo.

Włosi natomiast napadają na rywali coraz spektakularniej, w półfinale ich atakujący dali fenomenalny koncert. Roztańczony Antonio Cassano całkowicie ogłuszył monumentalnego wcześniej w obronie Hummelsa i w ogóle pląsał między niemieckimi nogami, jakby ich nie zauważał. Mario Balotelli - znany miłośnik pirotechniki także poza boiskiem - odpalał fajerwerki, najpierw ugodził Manuela Neuera głową, potem nie dał mu szans bombą wystrzeloną z prawej nogi. To najbardziej niezwykły duet mistrzostw. Dwaj wiecznie niesubordynowani i leniwi zadymiarze, którzy już karierę prawie przeputali (pierwszy) lub zaczynali trwonić talent (drugi), rozbłysnęli na gwiazdy. Nieobliczalni, poświęcający się dla drużyny, rozstrzygający o wynikach. W tej formacji zdecydowana przewaga Italii, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie, że na swoją szansę czyhał będzie jeszcze Antonio di Natale, dwukrotny król strzelców Serie A, który wbił Hiszpanom jedynego gola na turnieju.

Rezerwy

W hiszpańskich wirtuoz siedzi na wirtuozie, w dodatku wprowadzenie skrzydłowych Santiego Cazorli czy Jesusa Navasa i jednego z wymienionych napastników może nadać grze drużyny zupełnie inny wymiar. U Włochów ubogo, dość powiedzieć, że w najważniejszych chwilach odwołują się - i nie są rozczarowani - do dobiegającego trzydziestki Alessandro Diamantiego, który przed mistrzostwami wystąpił w kadrze raz, przez 45 minut sparingu z Rumunią sprzed półtora roku. A w obrońców tytułu wegetuje triumfator Ligi Mistrzów Juan Mata… Przewaga Hiszpanii.

Trener

Vicente del Bosque to wąsata zagadka. Czy upiera się przy Fabregasie w ataku dlatego, że jego zdaniem poza Davidem Villą żaden dostępny napastnik nie wkomponuje się w styl gry reprezentacji? Czy jego strategia redukowania ryzyka to zdrowy rozsądek, czy kardynalny błąd i skandaliczne trwonienie nieskończonego potencjału hiszpańskiego futbolu. Mundial wygrał, teraz doturlał się do finału... Nie wiadomo nawet, czy to on się zasłużył dla świętego spokoju w szatni, czy żaden spośród osadzonych w rezerwie gwiazdorów nie wywołuje awantur, bo zdaje sobie sprawę z nieprawdopodobnej klasy sportowej konkurentów. I chce kolejne złoto choćby wysiedzieć.

Co do Cesare Prandellego, spośród włoskojęzycznych komentarów tylko Zbigniewa Bońka stać na diagnozę (podaną po polsku, w Italii chyba by się ugryzł w język), że bez piłkarzy selekcjoner „Squadra Azzurra” byłby nikim. Prowadzi drużynę z imponującym wyczuciem - z intuicją i znawstwem manipuluje taktyką, wyciąga z czupurnych typów to, co w nich najlepsze, zaprojektowana przez niego reprezentacja wypiękniała i uwodzi świat. Jak del Bosque budzi skojarzenia z solidnym biurokratą, tak Prandelli wygląda na wodza rewolucji. Przewaga Włochów.

Podsumowanie

Ciut więcej atutów znaleźliśmy u Hiszpanów, ale zanosi się na finał nieuchronnie zacięty, niewykluczone, że zwieńczony rzutami karnymi. Co więcej, mamy mnóstwo powodów przypuszczać, iż bardzo realny jest bezbramkowy remis poprzedzony wyrafinowanym  futbolem na szczytowym poziomem. Powody najważniejsze noszą nazwiska Casillas i Buffon. Mistrzostwa rozpoczęły się od kanonady, która wraz z rosnącą stawką meczó cichła, aż gole zaczęły padać bardzo rzadko. To wciąż może być jeszcze turniej bramkarzy.

Tagi: euro 2012
23:26, rafal.stec
Link Komentarze (57) »
piątek, 29 czerwca 2012

Mario Balotelli

Jeszcze nie wiemy, z jakiej zrzucili go planety, badania raczej muszą potrwać, Mario Balotelli maskuje się doskonale. Jak ma wolne, lubi podpalić własny dom, na treningach ostentacyjnie leniuchuje, podczas meczów też nie lubi zlewać się z tłem - albo zostaje bohaterem (obowiązkowo spektakularnym), albo wywołuje skandal (obowiązkowo spektakularny). Kiedy wyszedł na pierwszy trening na Stadionie Narodowym, zauroczył go wiszący na murawą telebim, więc postanowił dokopać piłkę do podtrzymującej go iglicy. Tak, naprawdę nie wiadomo, z jakiej on przybył planety, ale to musiała być cholernie długa podróż.

W każdym razie w roli bohatera wkomponowuje się w przebieg Euro 2012 idealnie. Zanim wyjaśnimy, dlaczego, ustalmy podstawowe fakty - otóż w warszawskim półfinale doszło do niesłychanej sensacji. W historycznych tabelach tego nie widać, ale pobici Niemcy musieli uchodzić za murowanych faworytów.

„W naszej sytuacji już sam awans do Euro 2012 będzie osiągnięciem zasługującym na świętowanie” - wypalił przed eliminacjami Gianluigi Buffon. Nawet gdyby nie był bramkarzem monumentalnym, niedosyt odczuwającym nawet po tytułach wicemistrzowskich, te słowa brzmiałyby szokująco. Szokująco brzmiałyby w ustach dowolnego przedstawiciela największego obok Brazylii i Niemiec supermocarstwa w dziejach futbolu. Padły jednak w chwili, gdy Włosi stoczyli się na dno - z mundialu wyjeżdżali z ostatniego miejsca w grupie, po dołujących remisach z egzotycznymi Paragwajem i Nową Zelandią oraz traumatycznej klęsce ze Słowacją. A potem wcale nie działo się lepiej, jeśli ostatnio słyszeliśmy o calcio, to z powodu seryjnie wybuchających afer korupcyjnych. Kiedy Inter Mediolan wygrywał Ligę Mistrzów, to Jose Mourinho - trener portugalski - w podstawowym składzie nie zmieścił żadnego Włocha.

Wtedy tamtejsza federacja wynalazła Cesare Prandellego, selekcjonera, który pracę zaczął od wygłoszenia herezji. Obwieścił, że woli stracić gola z kontrataku niż przez 90 minut męczyć się w defensywie, że żąda od swoich ludzi, by z pasją hiszpańską przylgnęli do piłki. Poszedł na całego, choć przejmował władzę nad pokoleniem nieporównywanie uboższym w talent niż poprzednie.

Udało mu się, dlatego kończący się polsko-ukraiński turniej też, jak ostatni mundial, burzy nasze przyzwyczajenia, unieważnia wszystkie nieśmiertelne piłkarskie prawdy i porzekadła, zamieniane przez komentatorów w nieznośne komunały. Intrygujący czas trwa od lat - rozpada się bezpieczny świat narodowych stereotypów, tracą sens klisze utożsamiające futbol jednych nacji z nudną solidnością, a innych z porywającą finezją. Spójrzcie na Hiszpanów, na ich urzekający do niedawna, a dziś wywołujący spory styl - przeobrażony w arcyskuteczną sztukę defensywną, którą obwoływa ł „catenaccio alla spagnola”. Spójrzcie na Włochów - nienaturalną dla nich ofensywną różnorodność, zasługującą na obwołanie „tiki-taką a la italiana”. Spójrzcie na Niemców - z ich grą pełnych błyskotek, lecz pozbawionych dawnego instynktu zwycięzców. Jakiegokolwiek trofeum w piłce reprezentacyjnej lub klubowej wypatrują od 2001 roku, takiej posuchy jeszcze nie przeżyli.

Naszym zachodnim sąsiadom wydawało się, że ścigają już tylko Hiszpanów, ale zza pleców wyskoczyli pokaleczeni Włosi. Zza pleców Matsa Hummelsa wyskoczył na Stadionie Narodowym Antonio Cassano, który obrońcę dotąd na Euro posągowego zmienił w figurę niegroźną jak ogrodowy krasnal. Zza pleców reszty niemieckich obrońców wyskoczył Balotelli, wyrośnięty chłopiec o mentalności teoretycznie niezdatnej do profesjonalnego futbolu, który z dnia na dzień stał się głównym pretendentem do tytułu króla strzelców. A za nimi wirowali Claudio Marchisio, Daniele De Rossi i Riccardo Montolivo - wirowali wokół Andrei Pirlo, każdy czasem biegał obok lidera, a czasem przed nim, skradając się za plecy duetu napastników. Italia bez pomocnika wyłącznie defensywnego? Świat stoi na głowie i robi fikołki.

Ale rzeczywistość musiała zwariować, skoro spadł między nas Balotelli, z domu Barwuah. Włoch o ghańskich korzeniach jako protagonista ładnie podkreśla charakter trwających mistrzostw, jego osobność współtworzy ich niezwykłość. Czy to nie uroczy paradoks, że właśnie on - bezskutecznie przekonujący publikę, iż jest mężczyzną, a nie Piotrusiem Panem - sprawił, że Niemcy wreszcie wyglądali na murawie jak najmłodsza drużyna na turnieju?

Zmienia się futbol, bo zmienia się Europa. Kiedy piłkarze Joachima Loewa porzucili na mundialu w RPA teutońską solidność, by nas pozachwycać, zdawaliśmy sobie sprawę, że ich drużynie kolorów przydało wielokulturowe społeczeństwo. Teraz widzimy - ba, rzuca nam się w oczy - jak zmienia się Italia. Jej bohater nasłuchał się na włoskich stadionach rasistowskich ryków, z songiem „Czarni Włosi nie istnieją” na szczycie niespisanej listy przebojów. Odpowiedział chwilami wzruszenia - tym przyjemniejszymi, że kompletnie niespodziewanymi - dla wszystkich rodaków. Udowodnił, że czarni Włosi nie tylko istnieją, ale jeszcze bywają najlepsi.

Tagi: euro 2012
00:01, rafal.stec
Link Komentarze (89) »
czwartek, 28 czerwca 2012

Niemcy - Włochy

Przyrządziłem dwa dziełka do dzisiejszej „Gazety”. Pierwszy tekścik traktuje o najdłuższym okresie bez niemieckiego triumfu w jakichkolwiek rozgrywkach reprezentacyjnych lub klubowych, która właśnie trwa i potrwa przynajmniej do niedzielnego wieczoru - wyklikacie go tutaj. A jeśli was nasi zachodni sąsiedzi nie obchodzą, to może zerkniecie na felieton o wyjątkowości Cesara Prandellego, glębokim włoskim rozumieniu futbolu i polskim zaścianku w tle - rzecz znajdziecie tutaj.

Tagi: euro 2012
18:47, rafal.stec
Link Komentarze (26) »

Andrea Pirlo, Euro 2012

Już się blogowo zwierzałem z nieuleczalnej słabości do piłkarzy sprawiających, iż cała drużyna kręci się wokół nich - dlatego przedkładam Zinedine'a Zidane'a nad Leo Messiego, wielbię ponad jego jakże skromne zasługi Juana Romana Riquelme, w każdym meczu wypatruję pełnego rozkwitu Mesuta Özila, na razie chłonąc jego subtelne, bezkreśnie wiele obiecujące ruchy. Pirlo reprezentuje właśnie ów unikalny gatunek, no i pięknie na Euro 2012 odżył. Nie dało się o nim nie napisać w osobnym kawałku. Zainteresowani niech klikną tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Archiwum
Tagi