Wpisy z tagiem: euro 2012

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Franciszek Smuda i cudowny trójkąt

Nazwę dortmundzkiego klubu przekręcam - zgodnie z obietnicą również na okładce dzisiejszej „Gazety Sport.pl” - wedle pomysłu zwycięzcy ogłoszonego przeze mnie konkursu na najzręczniejsze określenie naszego tercetu, który walnie zasłużył się dla obrony mistrzostwa Bundesligi.

To wyczyn nadzwyczajny nie tylko dlatego, że Borussia zdystansowała - i dwukrotnie pobiła w bezpośrednim starciu! - półfinalistę Champions League, zdolnego wygrywać z Realem Madryt, wyładowanego gwiazdami formatu Robbena, Ribery’ego czy Lahma, ale także dlatego, że Bayern nie musiał przecierpieć dwóch kolejnych sezonów bez tytułu od połowy lat 90. To, czego dokonali dortmundczycy, w Niemczech zwyczajnie się nie zdarza.

I to dokonali w fundamentalnej mierze siłami imigrantów znad Wisły. Precz z naszym narodowym sportem rozpaczliwego wyławiania z wielkich futbolowych spektakli tzw. polskich akcentów, precz z wysławianiem swojskiego kopacza, który z ćwierćrezerwowego awansował na półrezerwowego albo wręcz strzelił pół gola, obowiązkowo po koślawym strzale piszczelem. Kiedy spoglądamy na Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka, nie potrzebujemy naginać rzeczywistości, by uroić sobie, że nasi rządzą. Nie, naszym zachwytom sekundują bezstronni obserwatorzy zagraniczni. Też widzą, że każdy z wymienionych demonstruje klasę światową - prawy obrońca od dwóch sezonów, napastnik przez niemal cały bieżący, prawoskrzydłowy w kalendarzowym roku 2012.

Jak mocno wpływają na drużynę, jak ją inspirują i napędzają, widać w twardych danych. Na trzy kolejki przed końcem Bundesligi strzelili 28 goli, dołożyli do nich 26 asyst, bezlik kluczowych podań, udanych dryblingów, odbiorów, zagrań wymuszających na przeciwniku faule etc. Lewandowski jako jedyny obok Matsa Hummelsa wystąpił we wszystkich meczach, Piszczek opuścił drużynę raz. To oni wraz z Shinji Kagawą - wskutek naturalnego dla nas polocentryzmu trochę ignorowanego - ofensywę Borussii kształtują, a także zamieniają w przeliczany na gole konkret.

Słowem, w przededniu Euro 2012 reprezentacji Polski spadł z nieba tercet wprost zjawiskowy, który na tle nędzy całego naszego futbolu wypadałoby obwołać tercetem egzotycznym.

Spadł z nieba reprezentacji i jej szefowi, który sam zwykł mówić o sobie „farciarz”. Jego przygody wryły się w świadomość każdego fana: Franciszek Smuda w cudownych okolicznościach wtargnął do Champions League (niezapomniany pościg Widzewa za Broendby); w cudownych okolicznościach zdobył mistrzostwo Polski (niezapomniany pościg Widzewa za Legią); w cudownych okolicznościach wrócił na szczyt (zaproszenie Lecha do europejskich rozgrywek wskutek likwidacji Groclinu, awans do Pucharu UEFA po golu w 121. minucie); w cudownych okolicznościach objął reprezentację (przed mistrzostwami w ojczyźnie); cudownie przebiegało arcyważne wyciąganie kulek ze szklanych mis, na które poleciał (dostał Grecję, Czechy i Rosję). A teraz w Dortmundzie jego podwładni rozbłysnęli na gwiazdy czołowej ligi na kontynencie...

Poprzedników Smudy - Pawła Janasa oraz Leo Beenhakkera - na wielkich turniejach chroniło mniejsze lub większe alibi, bo w miarę reprezentacyjną kadrę próbowali wznosić na zgliszczach. Na Euro 2008 porwaliśmy się właściwie bez napastnika, więc ofensywne próbki były skazane na niepowodzenie już na starcie.

Obecny selekcjoner wydawał się działać w jeszcze posępniejszej beznadziei. Kadrę obejmował w erze powszechnego odwrotu naszej ligi od polskich piłkarzy, ratował się desperackim szukaniem ocalenia w naturalizowanych obcokrajowcach.

Aż znów zdarzył się cud. Owszem, ostatnio powodzi się także rywalom, po długim odrętwieniu ożyli czeski rozgrywający Rosicky i rosyjski drybler Arszawin. Ale żaden selekcjoner z naszej grupy nie dysponuje doskonalącym na co dzień współpracę tercetem na miarę naszego z Dortmundu. I nawet jeśli w polskiej kadrze nie osłoni go partner klasy Hummelsa czy Gündoğana, to Smuda dostał prezent, jakiego od upadku komuny nie dostał żaden trener polskiej kadry. Jego misja - wykorzystać tercetu bezdyskusyjne zalety, podporządkować mu taktykę, zamaskować wady drużyny. I zagrać w ćwierćfinale Euro 2012.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Borussia Dortmund, stadion

Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie miało odegrać tak wielkich ról w zagranicznym spektaklu futbolowym tak prestiżowym, wywołującym tak wielkie zainteresowanie. 450 tys. fanów z Dortmundu chciało biletów na szlagierowy mecz z Bayernem Monachium.

Gospodarze bronią mistrzostwa Bundesligi, najdynamiczniej rozwijających się rozgrywek na kontynencie. Jeśli podołają, dokonają wyczynu niespotykanego od połowy lat 90. Nie dlatego, że wtedy utrzymali mistrzostwo po raz ostatni. Dlatego, że od tamtej pory ich środowi rywale nigdy nie musieli znieść dwóch kolejnych sezonów bez tytułu.

Rywale bezspornie należący dziś do elity elit. Przed chwilą dochrapali się finału Ligi Mistrzów, zaraz porwą się na półfinałowy dwumecz z Realem Madryt, zatrudniają tłumek medalistów ostatniego mundialu. Kto wie, czy Kuba Błaszczykowski, Robert Lewandowski i Łukasz Piszczek nie pobiegną w środę po najbardziej spektakularny - czytaj: najgromadniej międzynarodowo podziwiany - futbolowy sukces Polaków od niezapomnianych pląsów Jerzego Dudka przed podniesieniem Pucharu Europy w 2005 roku.

Istnieją potężne kluby, które stawiają - z konieczności lub wyboru - przede wszystkim na projekt i szukają lub wychowują odpowiednich dla niego piłkarzy. W Hiszpanii byłyby nimi Barcelona czy Athletic Bilbao, w Anglii Manchester United lub Arsenal. Istnieją też firmy, które przede wszystkim kolekcjonują najjaśniejsze gwiazdy, a notorycznie wymieniani trenerzy mają głowić się, jak złożyć je w sensowną całość. W Hiszpanii na import luksusowych zasobów ludzkich stawia Real Madryt, w Anglii parweniusze z Chelsea czy Manchesteru City.

Ten sam gatunek reprezentuje Bayern, ale w przeciwieństwie do wskazanych drużyn panuje w swoim kraju absolutnie. W innych czołowych ligach zaciekłą walkę toczy dwóch lub więcej gigantów, w Niemczech monachijczycy konkurencji praktycznie nie mają - zdobyli 22 tytuły mistrzowskie, przy zaledwie dziewięciu norymberskiego wicelidera klasyfikacji medalowej wszech czasów. Kogo chcą, tego biorą, z powodu miażdżącej przewagi finansowej wzbudzając powszechną zazdrość - jak, nie przymierzając, w czasach PRL-u warszawska Legia, która werbowała piłkarzy zobowiązanych do odbycia służby wojskowej. Kiedy Niemcy obwoływali bawarską supergrupę FC Hollywoodem, pili głównie do demoralizacji jej rozkapryszonych liderów, ale równie dobrze mogliby ją skojarzyć z superprodukcją pełną gwiazd tyleż arcyzdolnych, co po sułtańsku wynagradzanych i kosztownych.

To z nimi zmierzą się nasi ludzie.

Napalony ofensywnie prawy obrońca Piszczek porówna się z napalonym ofensywnie lewym/prawym obrońcą Philippem Lahmem (kapitanem i w klubie, i w niemieckiej kadrze), który jest najlepiej zarabiającym defensorem świata - jeśli zsumować jego pensję z kontraktami reklamowymi, to w 2012 roku przyjmie 14,3 mln euro. I od lat uchodzi za czołowego bocznego obrońcę świata.

Wibrujący prawoskrzydłowy  Błaszczykowski zderzy się z Arjenem Robbenem, czyli piłkarzem wichurą, w swojej specjalności również wirtuozem, oraz zaglądającym na tę flankę Franckiem Riberym - też graczem wyjątkowym, z samego szczytu, kupionym za rekordowe wówczas dla Bayernu 25 mln euro. W ogóle tamtymi okolicami, okupowanymi przez podanych pędziwiatrów, powinno potargać istne tornado.

Rekord Ribery’ego został unieważniony, kiedy Bayern wykładał ponad 30 mln za Marco Gomeza. To na tle tego zjawiskowego snajpera - w ostatnich 88 meczach Bayernu strzelił 78 goli, wydajniejszego nie było w Monachium od dekad - spróbuje błysnąć Lewandowski, błyskawicznie wyrastający na naszego najwybitniejszego napastnika po upadku komunizmu. Będzie usiłował pokonać Manuela Neuera, zrabowanego Schalke bramkarza pretendującego do numeru jeden nie tylko w Niemczech, ale i na świecie. Polski snajper Bayernu jeszcze golem nie skrzywdził, nawet asysty w meczach z nim nie miał.

Polacy przybyli do Borussii za grosze, to dzisiaj firma oszczędna - niegdyś było inaczej - i wierząca w ideę wcielaną w życie przez zatrudnianego od czterech lat Jurgena Kloppa. Jeśli znów zwyciężą, zapewne jeszcze bardziej zbliżą się do przyjemnego wyboru - pojechać do Hollywood, czyli jednej z firm importującej gwiazdy oraz wschodzące gwiazdy (będą oferty, a jakże, muszą być), czy zostać w Dortmundzie i budować tam Hollywood od podstaw, wraz z Kloppem? Fantastyczna alternatywa. A gdyby nasi rodacy mieli się z nią zmierzyć, to wcześniej dowiedzielibyśmy się, że na Euro 2012 nie staną oko w oko z niczym, z czym wcześniej się już nie zetknęli.

To będzie Mecz, już czuję na skórze. Jutro z okazji tego święta ogłoszę na blogu mały konkurs, którego zwycięzcom wyślę otrzymane od transmitującego hiciora Eurosportu 2 dwie małe nagrody. Oczywiście podpisane przez aktualne oraz - miejmy nadzieję - przyszłe megagwiazdy. Stay tuned.

niedziela, 08 kwietnia 2012

Grand Nature morte au guérido, Pablo Picasso, 1931

Tak mi się skojarzyło, że na kogo wśród reprezentacyjnych obrońców nie spojrzeć, to kłuje w gałki oczne feler. Większy lub mniejszy, związany z przeszłością lub mocno aktualny, dyskwalifikujący lub wywołujący kontrowersje.

Defensywa przez selekcjonera Franciszka Smudę wymarzona, patrzymy na nią od prawej flanki: Łukasz Piszczek (skazany za korupcję, dlatego nieakceptowany przez część kibiców), Arkadiusz Głowacki (chodzące nieszczęście, kontuzjowany wręcz przewlekle, w tym roku w ogóle nie gra, bo uszkodził sobie mięsień), Damien Perquis (naturalizowany Francuz, polska języka to dla niego obca języka, dlatego nieakceptowany przez część kibiców; od miesiąca leczy złamaną rękę, całą wiosnę spędzi poza boiskiem), Sebastian Boenisch (naturalizowany, polskie powołanie przyjął łaskawie po utracie nadziei na niemieckie, dlatego nieakceptowany przez część kibiców; po zerwaniu kolanowych więzadeł półtora roku poza futbolem; ostatnio zesłany do trzecioligowych rezerw Werderu).

Defensywa akceptowalna jako rezerwowa, również patrzymy od prawej flanki: Marcin Wasilewski (cudem ocalił karierę po złamaniu nogi jakby wyjętym z „Piły”; po wszystkim już chyba znanej wielkanocnej libacji z Peszką odrzucony - przynajmniej w deklaracjach - przez selekcjonera), Michał Żewłakow (usunięty z reprezentacji po tajemniczym incydencie samolotowym, również z udziałem napojów wyskokowych), Dariusz Dudka (śmiertelnie potrącił pieszego, prowadził samochód pod wpływem alkoholu; wyrzucony z kadry przez Leo Beenhakkera za chlanie po towarzyskim meczu z Ukrainą), Jakub Wawrzyniak (zawieszony przez rok z powodu wykrytego w organizmie dopingu). A przecież za nimi mógłby stać jeszcze Artur Boruc (po incydentach alkoholowych usuwany z reprezentacji przez dwóch selekcjonerów), czyli jedyny polski piłkarz, który podołał wyzwaniu na mundialu 2006 i Euro 2008.

Pamiętacie, jak dziesięć lat temu Santiago Canizares - podstawowy wówczas bramkarz reprezentacji Hiszpanii - opuścił butelkę z płynem po goleniu, rozorał sobie ścięgno w stopie i nie poleciał na mundial, szturmując za to szczyty rankingów na najbardziej kuriozalne kontuzje w sporcie? Kiedy przeglądam tę naszą galerię defensywnych osobliwości, to mam ochotę zaapelować do Wojtka Szczęsnego, żeby przed Euro 2012 na wszelki wypadek nie wchodził już do łazienki.

środa, 04 kwietnia 2012

Hiszpania, Barcelona, Real Madryt, Euro 2012 

Półwysep Iberyjski przysłania już z wolna całą futbolową Europę, w minionym sezonie upchnął w półfinałach obu pucharów sześć klubów (Barcelona, Real Madryt, FC Porto, Braga, Benfica Lizbona, Villarreal), a w tym sezonie ma szansę na siedem (Barcelona, Real Madryt, Athletic Bilbao, Valencia, Atletico Madryt, Sporting, Benfica). A nawet jeśli, co nad wyraz prawdopodobne, Chelsea wyeliminuje tę ostatnią, to ze znaczącym udziałem iberyjskim (Mata, Torres, Meirelles, Bosingwa, Ferreira). Tak, piłka nożna mówi dziś po portugalsku i hiszpańsku.

Przede wszystkim po hiszpańsku, bowiem „Furia Roja” jest aktualnym mistrzem kontynentu i mistrzem świata, a za chwilę jako faworyt rozpocznie Euro 2012. Jeśli panowanie utrzyma, czyli weźmie złoto trzeciej kolejnej imprezy mistrzowskiej, wzniesie się fantastyczną passą na poziom dostępny w przeszłości tylko dla Brazylii.

Po wieczorach jak ostatni tracicie resztki nadziei, że na szczycie wreszcie drgnie, wy, którzy drgnięć pragniecie? A może właśnie powinniście zacząć wierzyć w nieubłagane prawa fizjologii? I kibicować hiszpańskim klubom?

Wyobraźmy sobie - nadzwyczajnej giętkości umysłowej to nie wymaga - że finał Ligi Mistrzów staje się sceną dla El Clasico, a w finale Ligi Europejskiej mierzą się piłkarze z Bilbao z piłkarzami z Valencii.

Następnie przypomnijmy sobie najważniejszych ludzi selekcjonera Vicente del Bosque. W bramce staje Casillas (Real Madryt), który rezerwowego z naturalnych względów nie potrzebuje, a przed nimi biegają lub siadają gotowi do akcji w rezerwie (wyliczam z pamięci, mam nadzieję, że wybór nie wywoła przesadnych kontrowersji): Ramos (Real), Pique (Barcelona), Puyol (Barcelona), Alba (Valencia), Iraola (Athletic Bilbao), Arbeloa (Real), Javi Martinez (Athletic), Busquets (Barcelona), Xabi Alonso (Real), Fabregas (Barcelona), Mata (Chelsea), David Silva (Manchester City), Xavi (Barcelona), Iniesta (Barcelona), Muniain (Athletic), Llorente (Athletic), Soldado (Valencia), Torres (Chelsea).

Pogrubiłem trzy nazwiska, bowiem wszyscy pozostali przeżyją krańcowo intensywny sezon klubowy, zakończony ostatecznym starciem w międzynarodowych rozgrywkach pucharowych. A jeśli dołożymy do obłożonych maksymalnym wysiłkiem Matę oraz Torresa, czyli prawdopodobnych półfinalistów Champions League (i wciąż walczących w Pucharze Anglii...), to okaże się, że jedynym kadrowiczem zwolnionym z wycieńczającego łapania wszystkich srok za ogon był David Silva z Manchesteru City. Ba, także do ostatniego etapu Copa del Rey nie dotrwali hiszpańscy średniacy, którzy drużyny narodowej nie zasilają, lecz Barcelona oraz Athletic Bilbao, dostarczające ponad połowę z wyżej wymienionych.

Słowem, ziszczenie się zaproponowanego scenariusza - chyba nie tylko moim zdaniem dość realne - sprawiłoby, że tytułu broniliby na mistrzostwach Europy wyłącznie ludzie ekstremalnie wyeksploatowani sezonem klubowym. Wyciskający maksimum z mięśni, ścięgien, stawów i - last but not least - głów w skrajnych przypadkach do 25 maja, czyli finałowego wieczoru w Copa del Rey.

Nazajutrz sparing z Serbią rozegra - przebywająca już wówczas na przedturniejowym zgrupowaniu - reprezentacja Hiszpanii. Na-za-jutrz. Cztery dni później kolejny, z Koreą Płd. A potem jeszcze towarzyska wprawka z Chinami i ruszają właściwe igrzyska, inaugurowane gdańskim przebojem z Włochami.

Hiszpańscy bohaterowie, zwłaszcza ci proweniencji barcelońskiej, od lat tłuką się po największych stadionach po ostatnie dni sezonu. I potem nie tylko nie słaniają się na nogach, ale jeszcze dokopują się do złota. Teraz może jednak dojść jeszcze jeden czynnik destabilizujący - niewykluczone, że w kadrze spotkają się gwiazdorzy Barcelony i Realu, których właśnie ostro poróżniło El Clasico. El Clasico najwyższej rangi, bo pierwszy raz w historii wieńczące Ligę Mistrzów. Już Jose Mourinho zadba, żeby nie był to mecz przyjaźni...

sobota, 31 marca 2012

Ponaddźwiękowy Łukasz Piszczek

Wreszcie. Wreszcie plotkują o jego transferze do innego, również renomowanego klubu. Ani myślę wmawiać, że wysłannicy Interu Mediolan już zaczaili się pod dortmundzkim stadionem, by Łukasza Piszczka czym prędzej porwać i wystawić w następnym meczu ligowym, przeciwnie, na wszelki wypadek nie dowierzam, wątpię i w ogóle precz z medialnym gaworzeniem opartym na przypuszczeniach, nie faktach. Wyznaję jednak, że nie rozumiałem dotąd, dlaczego obu jego rodaków z Borussii mniej lub bardziej poważna prasa już eksportowała z Bundesligi - głównie do Anglii - a o Piszczku konsekwentnie milczała. Żadnych spekulacji, plotek, przypuszczeń. Nic.

Jego przywary w grze obronnej doskonale znamy, bez zabezpieczenia w partnerach z dortmundzkiej drużyny bezkarnie pod polem karnym rywali na pewno by sobie na hasał. Ale też ofensywnym rozmachem nadrabia przywary na tyle, że wśród prawych obrońców w europejskiej hierarchii plasuje się zapewne - o czym już blogowałem - wyżej niż Kuba Błaszczykowski wśród prawoskrzydłowych oraz Robert Lewandowski wśród napastników. Przynajmniej na razie.

Zerknąłem do doskonałego serwisu Whoscored.com, by sprawdzić, czy wrażenie wyniesione z oglądania meczów potwierdzają podstawowe statystyki. Potwierdzają, i to jak! Dorobek okazalszy niż 3 gole i 7 asyst Piszczka uzbierał w pięciu czołowych ligach jeden Dani Alves (2+10), od dawna niedościgniony lider wśród ponaddźwiękowych, żądnych przygód, nienasyconych w ataku prawych obrońców. Inni wyglądają przy polskim awanturniku mizernie. Wszyscy. I również wyróżniający się w Bundeslidze Khalid Boulahrouz (2+4), i przywiędły od kilkunastu miesięcy Maicon (1+4), i brykający we Francji Matthieu Debuchy (5+1) oraz Christopahe Jallet (3+2), i przesuwany często na środek Micah Richards (1+5), o którym trener Manchesteru City mawia, że zbyt rzadko zabiera na boisko rozum.

Ba, również na lewej stronie defensywy nie znajdziemy w najsilniejszych ligach nikogo, kto nacierałby na przeciwników skuteczniej od Piszczka. A jeśli dodamy jeszcze, że jedyny niebezpieczniejszy w tym gatunku Dani Alves pochodzi z Brazylii, to okaże się, że podczas Euro 2012 będziemy mieli na prawej obronie żądło, jakiego mogą zazdrościć nam wszyscy uczestnicy turnieju.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi