Wpisy z tagiem: Zinedine Zidane

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

piątek, 13 stycznia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Czwartkowy wieczór był jak emblemat całego Realu Madryt w reżyserii Zinedine’a Zidane’a. Krajowy rekord – 40 kolejnych meczów bez porażki – udało się ustanowić, choć na boisku nie oglądaliśmy, jak przez wiele jesiennych tygodni, obu rozbijających box office megagwiazdorów, Cristiano Ronaldo i Garetha Bale’a. Obsada w Sewilli w ogóle była jak na możliwości królewskiego klubu drugorzędna, dzięki czemu znów przekonaliśmy się, że wspaniałym warsztatem dysponują w jego szatni wszyscy, aż po halabardnika. Walczyli wreszcie madryccy piłkarze do ostatniej sceny, gola na 2:3 wbijając w 83., a wyrównującego – w 93. minucie gry.

Thriller to ich zdecydowanie ulubiony gatunek. Wybierają go zwłaszcza wtedy, gdy są zapraszani na najważniejsze festiwale. Finał Ligi Mistrzów z Atlético Madryt rozstrzygnęli dopiero po dogrywce i rzutach karnych. Superpuchar Europy z Sevillą – po dogrywce, dzięki bramce zdobytej w 119. minucie. Mecz o klubowe mistrzostwo świata z Kashimą Antlers – po dogrywce. Generalnie uciechę (i nadzieję) kibicom rywali lubią dawać podczas występów międzynarodowych, w końcu w fazie grupowej Champions League też niemal przegrali i ze Sportingiem (wyrównali w 89. minucie, zwycięskiego gola w wcisnęli w 93.), i z Legią Warszawa (ocalenie przyszło w 85.). Co pozwala nienawistnikom wrzeszczeć, że sprzyja madryckim piłkarzom tak zwane „szczęście”. Stosuję cudzysłów, bo nie całkiem to pojęcie rozumiem, nieśmiało tylko zakładam, że chodzi o potoczne nazywanie zdarzeń losowych lub/i o niewielkim prawdopodobieństwie zaistnienia. W tym przypadku o tyle nieadekwatne, że mówimy tu o zjawisku skrajnie odmiennym – w końcówkach meczów pada najwięcej goli, a jeśli bardzo silna drużyna czuje, że bardzo potrzebuje gola, to osiągnięcie przez nią celu jest realne.

Zwłaszcza bardzo silna drużyna, która działa z determinacją, pasją, poświęceniem. Jak obecny Real. Real – zaryzykuję oskarżenie o obrazę uczuć religijnych – wybitnie niearystokratyczny, tworzony przez piłkarzy tarzających się po trawie do ostatniej kropli potu, ostatnio wręcz pozbawiony solistów o znaczniejszym wpływie na wynik niż inni. Ronaldo strzela już tylko co piątego madryckiego gola, Bale opuszcza połowę meczów, Sergio Ramos jako goleador często rehabilituje się za własne błędy w obronie, najwięcej występów w sezonie uzbierali dalece niepierwszoplanowi Dani Carvajal i Lucas Vázquez. Trudno wskazać postać najważniejszą, madrycki gwiazdozbiór jest wszystkim, czym nie jest niezborna w ruchach Barcelona, która ostatnio lśni właściwie wyłącznie blaskiem Leo Messiego.

Trener Zidane też przecież nie wniósł niczego rewolucyjnego w sensie taktycznym czy personalnym, powiedziałbym raczej, że powiela ruchy poprzednika, za które na Rafę Beniteza zwaliła się ciężka krytyka – po początkowym odsunięciu Casemiro przywrócił go podstawowemu składowi, promuje przywoływanego Vazqueza, Jamesowi Rodríguezowi oferuje jedynie rólki epizodyczne. Charakterystyczne, że eksperci analizujący madryckie sukcesy biedzą się ze znalezieniem jakiegokolwiek wyrazistego konkretu dla opisu francuskiego szkoleniowca, poprzestając zasadniczo na docenieniu jego charyzmy i wyczucia, z jakim zarządza kadrą (chętnie zapominając, że „sprzyjają” mu kontuzje). I na konkluzji, że Zidane jako wybitny były gracz szanujący innych wybitnych graczy objął posadę w idealnym momencie, zastępując znienawidzonego Rafę Beniteza (bez przeszłości boiskowej), tak jak Carlo Ancelotti jako wybitny były gracz szanujący innych wybitnych graczy okazał się idealnym następcą akurat José Mourinho (też zmęczył sobą wielu zawodników, też nie ma przeszłości boiskowej).

Byłoby to takie banalne? Przychodzi szef, którego podwładni lubią, nie wychyla się, nie wyrzuca do śmieci starego scenariusza, lecz go lekko retuszuje, i wszystko zaczyna hulać jak należy? Czasami pewnie tak, choć musimy pamiętać, że francuski trener musi codziennie podejmować mnóstwo decyzji w drobnych sprawach, którą są raczej mądre niż głupie, skoro Real tłucze punkty jak najęty. I bardziej miarodajną wiedzę o liderze Zidanie zdobędziemy, gdy drużynę przygniecie kryzys – w futbolu nieunikniony, a w Madrycie obowiązkowo osiągający rozmiary tragedii antycznej.

Na razie podziwiamy drużynę, którą nagradza się aplauzem raczej umiarkowanym, ponieważ nie porywa ona jak Barcelona sprzed kilku lat i Bayern sprzed kilku lat, czyli jedyne w bieżącej dekadzie zbiorowe piłkarskie arcydzieła, zniewalające hipnotyzującym stylem. Jednak Real według Zidane’a już je pod pewnym względem doścignął – dominuje nie tyle dzięki zdobywanym tytułom, ile dzięki maksymalnie wydajnemu sposobowi gry, redukującemu wpadki niemal do zera. Ostatnia porażka – z Wolfsburgiem, to było trzy dni po zwycięskim wyjazdowym El Clásico, madrytczycy mieli prawo się zwyczajnie zagapić – była jedną z dwóch podpisanych przez aktualnego trenera. Barcelona w tym okresie przegrała aż 9 meczów, Bayern – 6, wszechwładny u siebie w kraju Juventus – 5. Real pod poetą futbolu Zidane’em mówi prozą, ale to proza najwyższej próby.

środa, 06 stycznia 2016

 Diego Maradona, Pele, Zinedine Zidane

Robocza teoria jest taka, że Real Madryt potrzebuje nie tyle wybitnego trenerskiego technokraty, ile wybitnie komunikatywnego psychologa, który zaprowadzi jako taki porządek w domu wariatów.

To dlatego skazany na klęskę mógł być Rafael Benitez, znany jako skrupulatny taktyk pozbawiony emocjonalnej inteligencji, który radzi sobie z piłkarzami tym lepiej, im bardziej pozwalają sobą przesuwać jak warcabami. Były obrońca mediolańskiego Interu Marco Materazzi wspomina, że gdy hiszpański szkoleniowiec po raz pierwszy przyjechał przed laty do klubowego ośrodka treningowego, zastał tam ledwie czterech nowych podwładnych. I wdał się w zapoznawczą pogawędkę z Javierem Zanettim, Estebanem Cambiasso i Ivanem Cordobą. Cristiana Chivu kompletnie zignorował tylko z tego powodu – jak potem tłumaczył – że z południowymi Amerykanami mógł rozmawiać w swoim ojczystym języku, a z Rumunem musiałby używać włoskiego (który znał!). I nawet nie zauważył, że natychmiast zraził do siebie jednego z zawodników. Społeczny analfabetyzm.

Tymczasem w Realu należy działać, jak wiadomo, dalece delikatniej niż gdziekolwiek indziej.

Antytrenerskie rebelie wybuchają wszędzie, ale w Madrycie wybuchają częściej – piłkarze czasem wydają szefowi otwartą wojnę, jak w przypadku José Mourinho, a czasem nim gardzą i z niego szydzą, jak w przypadku Beniteza. Nazywanego złośliwie „Numerem 10”, bo choć sam kopać piłki nie umiał, to próbuje dyrygować wirtuozami. I objaśniać im, jak powinni wykonywać elementarne zagrania.

We wszystkich wielkich firmach miewają też kłopoty z umiejętnym rozstaniem się ze starym mistrzem – nawet symbolem klubu – ale w Realu miewają je częściej. Ostatnio ofiarą tego specyficznego klimatu padł Iker Casillas, a kibice do dzisiaj nie ustalili, czy to on u schyłku madryckiej kariery bardziej szkodził drużynie, czy to królewscy przede wszystkim żegnali go w fatalnym stylu.

Na wszystkich monumentalnych stadionach kibicom zdarza się siarczyście wygwizdywać swoje gwiazdy, ale w Realu zdarza się to nadzwyczaj często, czasami wystarczy najdrobniejszy pretekst, nastrojów nie łagodzi nawet zwycięstwo. A ostatnio obrywało się na Santiago Bernabeu wszystkim najznaczniejszym osobistościom – od superpiłkarza Cristiano Ronaldo, przez trenera Beniteza, po prezesa Florentino Pereza.

Wszędzie gwiazdorzy bywają egocentryczni albo wpadają w tarapaty pozasportowe, ale w Madrycie mamy wyjątkowe stężenie tych zjawisk. Spójrzmy choćby na ostatnie tygodnie. Na Ronaldo, który zamiast celebrować z innymi piłkarzami strzelonego gola, rozkłada ręce i krzywi się, że sędzia nie podyktował karnego; na Karima Benzemę oskarżonego o szantażowanie kolegi z reprezentacji Francji; na Jamesa Rodrígueza uciekającego przed radiowozem z prędkością 200 km/h. I jeszcze te obawy, czy Gareth Bale (też jeździł pod prąd) po rozstaniu z chcącym lansować go na lidera Benitezem nie poczuje się niewystarczająco dopieszczony... Nałóżmy na ten krajobraz histeryczne środowisko medialne, a ujrzymy właśnie dom wariatów, w którym sukces odnoszą trenerzy o kojącym usposobieniu, koncyliacyjni i potrafiący rozładowywać napięcie (Vicente del Bosque czy Carlo Ancelotti), ewentualnie elokwentni manipulatorzy, którzy również uwodzą szatnię (Jose Mourinho, choć jego urok działał do czasu).

Te okoliczności prowokują do pytań o Zinedine’a Zidane’a. Małomównego introwetryka, którego z trudem przymuszano do medialnych szkoleń, gdy prowadził młodzieżówkę Realu i miesiącami uparcie odmawiał występowania na konferencjach prasowych. A zarazem człowieka zdolnego do nagłego wpadania w szał, erupcje niekontrolowanej agresji kosztowały go podczas kariery zawodniczej 14 czerwonych kartek. Kiedy przypominam sobie, jak w finale mundialu nokautuje Materazziego, staje mi przed oczami inna ikoniczna scenka – z palcem Mourinho wtykanym w oczodół Tito Vilanovy.

Oczywiście można wyrazić przypuszczenie, że skoro Florentino Perez nominował Francuza, to znaczy, że Zidane wyewoluował. Ale musiałoby je poprzedzić założenie, że prezes Realu wybiera szkoleniowców w głęboko przemyślany sposób, po drobiazgowych analizach, może wręcz – obym się nie zapędził – odwołując się do logiki. A tak nie jest, zbyt często nie pojmujemy, dlaczego kogoś zwalnia, a kogoś innego zatrudnia, mnogością trenerskich roszad wyprzedza wszystkich futbolowych prezesów w europejskiej czołówce. Teraz też nie wiemy, czy kieruje się względami merytorycznymi, czy po prostu wykorzystał okazję, by za jednym zamachem spełnić swoje stare marzenie (madrycki bohater boiska staje jako lider obok boiska) i wykonać bardzo mu dzisiaj potrzebny gest populistyczny (madridismo pożądało trenera Zidane’a). Wiemy tylko, że Francuz nie boi się bezkompromisowych decyzji, o czym świadczy ostre traktowanie w rezerwach Martina Odegaarda, genialnego ponoć chłopca pozyskanego przez Real po licytacji z większością czołowych klubów na kontynencie.

Na pewno teza o eksperymencie z „madryckim Guardiolą” pozostaje prawdziwa tylko z wierzchu. Owszem, Zidane – choć nie wychował się w Realu – wrósł w klub, w minionych latach gromadził doświadczenie jako specjalny doradca prezesa, dyrektor sportowy za kadencji Mourinho, asystent Ancelottiego i wspomniany mentor młodzieży. Ale Guardiola jako trenerski debiutant miał w Barcelonie znacznie więcej komfortu, przejmował bowiem drużynę będącą dziełem zbiorowym, najwyższą emanacją pracy u podstaw nad kultywowanym tam stylem gry. I wystarczyło mu ów styl modyfikować, podobnie zresztą jego wszystkim następcom. W Madrycie taka tradycja nie istnieje, tam każdy trener realizuje swoją autorską wizję.

Niewykluczone, że na wstępny kontakt z Zidane’em madryccy piłkarze zareagują wspaniale – pozwoli im swobodniej „wyrażać siebie”, więc poczują się jak spuszczeni ze smyczy, o kilka ton lżejsi na duszach. Intrygująco zrobi się dopiero potem. Najznakomitsi gracze rzadko wyrastają na najznakomitszych trenerów, wśród artystów ze samego szczytu – ja właśnie tam umieszczam Francuza – powiodło się właściwie tylko dwóm, Johanowi Cruyffowi i Franzowi Beckenbauerowi. Obaj bardzo gadatliwi, obaj uwielbiający przemawiać tak, by usłyszeli ich wszyscy.

czwartek, 29 marca 2012

Maradona, Pele, Zidane. Ten w środku być może był największy, ale sam nie sprawdzę, muszę zaufać kronikom, bo zachwycał, zanim się urodziłem. Ten z lewej ucieleśnia moje najwspanialsze kibicowskie wspomnienie z dzieciństwa, czyli mundial w 1986 roku, który stał się mitem założycielskim mojej futbolowej szajby. Tego z prawej uważam za najwybitniejszego wśród wszystkich, których widziałem dotychczas jako człowiek dorosły. Kryterium posługuję się w tym werdykcie skrajnie subiektywnym - zwyczajnie dawało mi gapienie się na jego grę tyle frajdy, ile chyba nigdy nie da mi Leo Messi.

Nie umiałem się oprzeć, musiałem to tutaj wkleić:

Diego Maradona, Pele, Zinedine Zidane

Oni są gigantami z przeszłości, ci poniżej mają przemożny wpływ na piłkę nożną współczesną. Najpierw popatrzcie na Johana Cruyffa i Pepa Guardiolę, w których futbolowa popkultura często widzi dziś reprezentantów Imperium Dobra:

Johan Cruyff, Josep Guardiola

Reprezentant Imperium Dobra znał się też z Jose Mourinho i jeszcze wówczas nie przypuszczał, że w przyszłości będzie zajadle walczył z nim jako reprezentantem Imperium Zła:

Jose Mourinho, Pep Guardiola

A Mourinho zapewne nie przypuszczał, iż jasnej strony mocy będzie bronił maluch tak zręczny, że mistrzowie Jedi powinni zgasić miecze i jeszcze raz zastanowić się, czy nie zmarnowali życia, bo powinni byli zająć się wymachiwaniem kończynami dolnymi, koniecznie z udziałem niewielkiej nadmuchiwanej kuli. Ten chłopiec to nie tylko teraźniejszość, ale chyba i przyszłość futbolu:

Leo Messi

Chcecie zobaczyć więcej niesamowitych futbolowych zdjęć, to kliknijcie tutaj.

Archiwum
Tagi