Wpisy z tagiem: Londyn 2012

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Londyn 2012

Ponury jest ten czas nie ze względu na igrzyska, dołożyły się jeszcze futbolowe Euro 2012 i europejskie puchary. Felieton wyklikacie tutaj.

13:50, rafal.stec
Link Komentarze (81) »
niedziela, 12 sierpnia 2012

Londyn 2012, Rosja, siatkówka

Tylko raz w życiu bałem się do kogoś podejść. Niedawno, po jesiennym półfinale mistrzostw Europy siatkarzy, przegranym przez Rosję z Serbią 2:3. Zobaczyłem trenera Władymira Aleknę, siedzącego w rogu wiedeńskiej hali, i ujrzałem niespotykane - nieruchomą, lodowatą furię. Stchórzyłem. Pomyślałem, że jeśli się odezwę, to nadepnę na minę i będzie po wszystkim. Znaczy dla mnie, on przeżyje.

Przypomniałem sobie tamtą chwilę dziś, gdy Alekno patrzył, jak jego ludzie przyjmują potężne ciosy, aż postanowił, że tym razem na klęskę nie da zgody.

To był najbardziej niesamowity siatkarski finał, jakiego w życiu doświadczyłem. Oczywiście wcale nie dlatego, że Rosjanie - odkąd padł Związek Radziecki, wygrali tylko jedną imprezę mistrzowską (1991) - złamali Brazylię pomimo przegrywania 0:2 i 17:20 w trzecim secie. Nie taką dramaturgię ta gra widziała.

Nie pamiętam jednak, by z dna w podobnych okolicznościach wydźwignęli się akurat Rosjanie - oni reagują raczej odwrotnie, zwykli nałogowo trwonić ogromne przewagi. Nie pamiętam, by trener w tak arcyważnym momencie zarządził tak ekstremalną woltę taktyczną - przesunął środkowego na pozycję atakującego, atakującemu kazał przyjmować, i jeszcze wywarł przemożny wpływ na przebieg meczu. (Niech słabiej kumający, co się dzieje nad siatką, wyobrażą sobie w środku obrony Drogbę wygrywającego dla Chelsea finał Ligi Mistrzów). Wyrzucony na skrzydło Dimitrij Muserski zdobył w trzeciej, przełomowej partii 16 ze swoich 31 punktów!

I jemu zdarzało się incydentalnie wprawiać na tej pozycji w Lokomotiwie Biełgorod, i Maksymowi Michajłowowi zdarzało się odbierać serwis w Kazaniu. Co innego jednak gierki klubowe, a co innego finał olimpijski. Alekno zadziałał w Londynie tyleż szokująco, co arcydzielnie. Nadał meczowi przebieg wiekopomny, wtargnął do legendy, zafundował rosyjskiej siatkówce mit na miarę triumfu bohaterów Huberta Wagnera z Montrealu. On się w trenerskiej karierze zdążył ostro naprzegrywać, także jako selekcjoner reprezentacji. Aż wykuł swoje opus magnum.

I zwieńczył rok zdumiewający, w siatkówce bezprecedensowy. Z Zenitem Kazań wygrał Ligę Mistrzów (pamiętacie jego podwójny czas wzięty w finale ze Skrą, by wybić z serwisowego uderzenia Mariusza Wlazłego?), ligę rosyjską, krajowy superpuchar. Z kadrą narodową - Ligę Światową, Puchar Świata i olimpijskie złoto. Dzisiaj pewnie nie bałbym się do niego podejść.

sobota, 11 sierpnia 2012

Chiny, Londyn 2012

„Wnikliwa selekcja pewnie by nie wystarczyła, żeby zdominować olimpijski sport niemal z dnia na dzień, gdyby nie okrutna bezwzględność, z jaką Chińczycy prą po sukces. Kiedy partia cię wybierze, nie ma litości. Rodzinom zabiera nawet czteroletnie dzieci, koszaruje je w permanentnych obozach przygotowawczych, hoduje tak intensywnie, że na szkołę lub hobby nie ma już czasu. Dziecięcy niewolnicy wyłącznie ćwiczą, jedzą i śpią, wyrastając na biomaszyny zaprogramowane do wykonywania konkretnych czynności składających się na uprawianą przez nich dyscyplinę. Kto uważnie ogląda igrzyska, dostrzeże, że często reagują na sukces osobliwie. Nie wpadają w ekstazę, lecz oddychają z ulgą. Jak żołnierz, który zakończył misję, przeżył wojnę, może wrócić do domu. Ewentualnie przyjmują triumf beznamiętnie - ot, poprawnie wykonali pracę.

(…) W demokratycznym świecie to od zawodnika zależy, ile poświęci dla sukcesu, tam życie osobiste i wolny wybór odbiera partia. Ona też wyznacza, kto ma uprawiać sport. Chiny mają w olimpijskiej rywalizacji tę samą przewagę, którą wykorzystują w napędzaniu własnej gospodarki i ekspansji międzynarodowej - bezgraniczną pogardę dla praw człowieka. Jak polityczni działacze bez skrupułów przystają na odbieranie godności robotnikom albo ubijają interesy z afrykańskimi zbrodniarzami, którzy gwałcą własnych obywateli, tak działacze sportowi niechętnie współpracują ze Światową Agencją Dopingową i nie ograniczają treningowych metod jakimikolwiek zasadami etycznymi. Gdy po fenomenalnych występach pływaczki Ye Shiwen - 16-latki o zaskakująco przeciętnych gabarytach, w kraju nazywanej „Małym Generałem” - świat zachodni otwarcie oskarżył ją o faszerowanie się zakazaną farmakologią, w zarzutach pobrzmiewał rasizm - ich powodem było właściwie tylko pochodzenie multimedalistki, tymczasem w ostatnich latach afery związane z niedozwolonym wspomaganiem wybuchały w USA i Hiszpanii.

Czy jednak podejrzeń nie uzasadnia świadomość metod stosowanych za wielkim murem? Czy nie oczywiste stają się skojarzenia z osławionym zwyrodniałym systemem enerdowskim, który dla spełnienia chorych ambicji komunistycznych bonzów przeprowadzał na sportowcach bestialskie eksperymenty medyczne? Chińskie pływanie już w latach 90. miało ponad 40 dopingowych wpadek...”

To fragment mojego artykułu, który możecie przeczytać albo w weekendowej „Gazecie”, albo tutaj, w elektronicznej wersji naszego magazynu. Tylko mi się nie awanturujcie, że ośmielamy się żądać opłat. Szanse, że w następnych latach pozostanę dziennikarzem, nikną z dnia na dzień, ale próbować trzeba.

22:57, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
piątek, 10 sierpnia 2012

Londyn 2012, Rosja, siatkówka

Odkąd pamiętam, byli wielkoludami o zajęczych sercach, opowieść o ich globalnej hegemonii siatkarskiej kibice mojego pokolenia znają tylko z archiwów. Jak wychodzili z szatni, onieśmielali monumentalnymi wymiarami; jak zbijali, boisko drżało; jak wyciągali łapska do bloku, zasłaniali rywalom światło. Ale ta widzialna potęga okrywała niewidzialną wątłość. Nosili w sobie giganci zbyt mięciutkie duszyczki, by przetrwać momenty krytyczne. Jeśli zderzali się z pancernym oporem rywala, jeśli musieli na parkiecie cierpieć, przegrywali. Nowożytna historia siatkówki pęka od szokujących dramatów Rosjan, którzy w decydujących starciach wygrywali dwa sety, by oddawać kolejne trzy.

Na igrzyskach w Londynie tarapaty ich nie obezwładniają, bo w tarapaty nie wpadają. W ogóle.

Co prawda dziś Bułgaria pokonała ich, poniekąd dzięki pomyłce sędziów, w trzeciej partii, ale ta wpadka nie była niczym więcej niż kłopocikiem. Podobnie jak nerwowa partia czwarta. Rosjanie wreszcie zaczęli uprawiać wszechstronniejszą siatkówkę. Zręcznie bronią, punkty zawdzięczają nie tylko sile - zwróćcie uwagę, ile zdobywają ich po delikatnym serwisie Siergieja Grankina. Kiedy w blogowej relacji z ćwierćfinału napisałem, że Polacy ulegli przeciwnikowi demonstrującemu wyższą inżynierię siatkarską, trochę na forum protestowaliście. Większość fachowców też dostrzegła tamtego wieczoru przede wszystkim zawstydzającą słabość naszych graczy. A ja widziałem nieskazitelną rosyjską perfekcję, zakłócaną tylko niecelnymi zagrywkami.

Zanim poszczypała ich Bułgaria, wygrali siatkarze Władimira Alekny w turnieju olimpijskim 11 setów z rzędu. I to w jakim stylu! Odlecieli po dwóch partiach oddanych w rundzie grupowej obrońcom tytułu. W kolejnych setach zwyciężali z USA do 24, 16 i, w nokautującym tie-breaku, do 8. Potem z Serbią - do 15, 20, 17. Potem z Polską - do 17, 23, 21. Potem z Bułgarią - do 21 i 15. Na przeciwników spadały same ciężkie ciosy.

Brazylijczycy urzekali przed kilkoma laty grą bardziej kompletną i zsynchronizowaną. Ale nawet oni nie zaszaleli na wielkiej mistrzowskiej imprezie z setową serią, jaką w Londynie przeżyła grupa Alekny. I jeśli wyzwania nie rzuci jej także rywal finałowy, to Rosjanie w zapierającym dech stylu po 32 latach wyskaczą złoto, a my nadal nie będziemy wiedzieć, czy wreszcie zmężnieli mentalnie.

czwartek, 09 sierpnia 2012

Londyn 2012

Żałowałem, że nie lecę do Londynu i opuszczam przeżywanie na własnej korespondenckiej skórze pierwszej od 2000 roku imprezy ze świętej trójcy: igrzyska, futbolowy mundial, futbolowe Euro. Żałowałem tym bardziej, że zanosiło się na podium siatkarzy, a jak latami oglądasz z bliska ich sukcesy i sukcesiki na różnych mistrzostwach, to słodko-gorzko smakuje patrzenie przez ekran telewizora na medal najcenniejszy, olimpijski.

Aż nastał moment, w którym kolegom skazanym na codzienne opisywanie niepowodzeń współczuję. Pamiętam swój stan ducha z pekińskiego, upiornie upalnego lata 2008, gdy blogowałem, że boję się wyjść z hotelowego pokoju, by nie wdepnąć w kolejną polską klęskę. Z daleka znosi się to jednak łatwiej.

Wiem, nasi trochę medali wzięli, ale też widzę, że generalnie spisywanie relacji z Londynu sprowadza się do wstukiwania w klawiaturę opowieści o porażkach w pierwszych rundach, pierwszych wyścigach i pierwszych walkach, ewentualnie zawiedzionych nadziejach na triumfy - lub przynajmniej ładne występy - siatkarzy, Radwańskiej, Dołęgi. Dołująco spory mamy odsetek ostatnich lub prawie ostatnich miejsc, a jeśli klęska zaczyna przybierać rozmiary wszechogarniające, to reporterska robota, uwierzcie, traci olimpijski blask, zaczyna przytłaczać, zniechęca do podniesienia się o świcie z wyra. Bywa tak: zasypiasz z myślą, że nazajutrz musisz wlec się godzinami na arenę X, by śledzić trwający minutę lub dwie występ sportowca X, podejrzewasz, że mimo szans medalowych zajmie piąte miejsce i się na koniec rozpłacze, ale pozostaje oczywiste, że jechać musisz. Jako turysta mógłbyś cieszyć się igrzyskami wielorako, biegnąc tam, gdzie dzieje się to, co cię pociąga. Jako wysłannik nadwiślańskiej gazety podążasz za nadwiślańskimi sportowcami.

Wszechogarniający żałobny nastrój się udziela, fantastyczny zawód dziennikarza od opisywania fikołków zmienia się na chwilę w fuchę jak w zakładzie pogrzebowym. Potrzebną, niezbędną nawet, ale niezbyt inspirującą.

Przypomniało mi się, że trwają prace nad programami, które wyręczą ludzi w pisaniu artykułów. Zaawansowane ponoć są nawet. Przypomniało mi się, bo gdybym miał władzę z okolic science fiction - cofnięcia czasu, przyspieszenia postępów nauki - zaeksperymentowałbym z wysłaniem na igrzyska w Londynie robotów. A niech odbębnią misję relacjonowania dla Polaków występów Polaków. One, maszyny pozbawione uczuć, niezdolne do zabarwiania tekstów emocjami. Nie używałyby pojęć „wspaniały”, „sensacja”, „rozczarowanie”, „dramat”, „szczęśliwy”, „koszmarny” i podobnych, nie pompowałyby balonu (z forum wiecie, co myślę o tym głupawym, beztreściowym frazesie) ani nie siałyby defetyzmu, przesyłałyby za to beznamiętne, martwe komunikaty o faktach.

Zyskaliby wszyscy. Sportowcy nie czytaliby krytycznych opinii. Dziennikarze nie walczyliby w Londynie z depresją. Czytelnicy nie irytowaliby się mylnymi ich zdaniem ocenami korespondentów. Im dłużej myślę, tym bardziej dostrzegam - ja, wielbiciel suchej, pozbawionej zdań złożonych prozy Isaaca Asimova - w robotach ocalenie.

środa, 08 sierpnia 2012

O siatkówce jeszcze kilkunastogodzinnie nie nadawałem, a okazji ładniejszej niż olimpijska nie znajdę, więc czas spróbować. Wieczorem pewnie w TVP padnie rekord olimpijskiej oglądalności, wszak awantury Polaków z Rosjanami mają nad siatkę taki wymiar, jaki w futbolu mają mecze z Anglią lub Niemcami. O okolicznej piłce kopanej może jednak litościwie pomilczmy, to nasze dziewczyny i chłopaki odbijające piłkę rękami stanowią w naszych sportach drużynowych wspaniały wyjątek. Jeśli ułożyć na sobie medale wyskakane przez obie płcie od 2003 roku, stos będzie liczył dziewięć krążków - cztery złota, dwa srebra, trzy brązy.

Męska reprezentacja wdzięczyła się już na podium mistrzostw świata, mistrzostw Europy, Ligi Światowej, Pucharu Świata. Pozostało jeszcze wdrapać się na najwyższe, olimpijskie.

13.12. Polacy zderzą się z potęgą, która dla rodaków pozostaje wyjątkowo nieobojętna. Kiedy grają piłkarze, do zatracenia ekscytujemy się meczami z Anglią - bo heroicznie wybroniony remis na Wembley rozpoczął krótką erę potęgi nadwiślańskiego futbolu. Potem wyspiarze już zawsze srogo się za tamto niepowodzenie mścili. Poruszają nas też starcia z Niemcami - ich Polacy nie pobili nigdy, nawet w sparingach bez znaczenia. W siatkówce to właśnie batalie z Rosją uchodzą za klasyk nad klasykami.

13.19. My wysłaliśmy na igrzyskach tylko siatkarzy, dzisiejsi rywale są w drużynowych zabawach potęgą. Do londyńskich ćwierćfinałów zakwalifikowały się wszystkie wysłane przez Rosję reprezentacje! Przejrzałem skład tej fazy w turniejach hokeja na trawie, koszykówki, piłki nożnej, piłki ręcznej, piłki wodnej i siatkówki, by stwierdzić, co następuje: USA mają tam 7 przedstawicieli; Australia, Brazylia oraz Rosja po 6; Francja, Hiszpania, Korea Płd. i Wlk. Brytania po 5; Chiny i Włochy po 4; Argentyna, Chorwacja, Japonia, Niemcy i Węgry po 3; Czarnogóra, Holandia, Kanada, Nowa Zelandia i Szwecja po 2. Polska należy do grona 16 państw, które podziwiają w ćwierćfinałach turniejów zespołowych swoją jedną reprezentację.

13.29. Rosyjscy siatkarze od dekad prężą się w ścisłej światowej czołówce, ale współcześnie oklapli do wielorękiego ucieleśnienia przegranej szansy. Wszyscy widzą w nich supermocarstwo, a im prawie zawsze czegoś zabraknie, by wyskoczyć ponad wszystkich. Mistrzostwa olimpijskiego nie zdobyli od 1980 roku. Mistrzostwa świata - od 1982 r. Mistrzostwa Europy - od 1991 r. Ligę Światową też wygrali ledwie dwukrotnie, choć rozgrywki trwają się już ponad dwie dekady. Przeświadczenia o swojej wszechmocy nasi sąsiedzi jednak nie tracą. Rozgrywający Aleksander Butko wypalił przed kilkoma dniami z właściwą dla Rosjan skromnością: „Jak gramy na 80 procent szans, nikt nie ma z nami szans”.

13.59. Na widok Andrei Anastasiego rywale też się pewnie wzdrygają. To przez niego ponieśli najboleśniejszą z długiej serii klęsk - we własnej, moskiewskiej hali, w finale ME ulegli kierowanym przez Włocha Hiszpanom, którzy nigdy wcześniej ani później nie dochrapali się medalu żadnej imprezy rangi mistrzowskiej. To była jedna z siatkarskich sensacji wszech czasów.

14.17. Rosjanie są najwyżsi, jak zwykle zresztą. Jeśli zagrają w składzie: Butko (198), Muserski (218), Chtiej (205), Michajłow (203), Tietiuchin (197), Wołkow (210), to wniosą na boisko grupę o przeciętnej wzrostu 205,2 cm. Polacy powinni odrastać od ziemi na średnio 203,2 cm: Żygadło (200), Winiarski (200), Możdżonek (211), Bartman (198), Kurek (205), Nowakowski (205). Gabarytowo wyraźnie rywalom nasi nie ustępują, ich szóstka wystaje ponad wszystkie poza rosyjską szóstki na turnieju.

Różnice rosną w rezerwie. Anastasi, sam przezywany jeszcze jako zawodnik „krasnalem”, postawił na kieszonkowy duet rezerwowych przyjmujących: Ruciak (189) oraz Kubiak (191) na tle konkurentów wyglądają mikrusowato, ale wkomponowują się w wizję selekcjonera, który wymógł na polskiej reprezentacji przyspieszenie gry.

14.33. U nich najjaśniej świecie gwiazda Maksima Michajłowa, kolekcjonującego różne indywidualne nagrody na wszystkich prestiżowych turniejach. Odbierał je w LŚ 2011, ME 2011 i PŚ 2011, został też bohaterem turnieju finałowego ostatniej Ligi Mistrzów - najczęściej punktował i najgroźniej serwował, a jego Zenit Kazań zdetronizował włoskie Trentino.

14.45. Nasz atakujący nadal pozostaje natomiast chyba najbardziej niepewnym punktem podstawowej szóstki. Co zresztą naturalne - Zbigniew Bartman w nową rolę wchodzi tylko w kadrze, wciąż się do niej przyucza, nie umie strzelać seriami w sytuacjach krytycznych, w których rozgrywający lubi odwoływać się przede wszystkim do ofensywnych mocy głównego ogniowego. W oficjalnych londyńskich statystykach wygląda nieźle (czwarty w wydajności zbić, po Aleksiewie, Michajłowie, Sokołowie), ale one trochę łudzą. Nie bierze się w nich pod uwagę o skali trudności, przy jakiej atakowali konkurenci z drugiej grupy (Bartman natłukł punktów w meczyku z Wielką Brytanią), nie analizuje detalicznie przebiegu meczów, nie premiuje specjalnie akcji rozstrzygających o zwycięstwie w secie. Nawiasem mówiąc, skoro już przyglądamy się rozmiarom siatkarzy, polski tandem atakujących też warunkami nie imponuje (198, 197). W czołówce tylko nasza kadra nie umieszcza na tej pozycji żadnego dwumetrowca.

15.22. Najbogatszy w doświadczenia po tamtej stronie siatki to Siergiej Tietiuchin, niespełna 37-letni skaczący dla Rosji Uzbek, wszechstronnością przypominający naszego Winiarskiego. Wśród Polaków wszystkich przysłania Paweł Zagumny, niespełna 35-letni. Jako jedyny nasz siatkarz wystąpił na czterech igrzyskach (Atlanta, Ateny, Pekin, Londyn), rozegrał na nich rekordowe 19 meczów (w poniedziałek wyprzedził Ryszarda Boska i Wiesława Gawłowskiego), w sumie wystawiał dla kraju w 361 spotkaniach (ściga Piotra Gruszkę i Gawłowskiego). Nad współczesnymi mu kadrowiczami góruje Zagumny sukcesami. Tylko on zasłużył się przy obu złotach (ME 2009, LŚ 2012) i obu srebrach (MŚ 2006, PŚ 2011), w dodatku był wybierany na najlepszego wystawiającego MŚ 2006, LŚ 2007, IO 2008 oraz ME 2009. Obszerny rozdział historii polskiego siatkówki.

16.01. Nigdy dość przypominania, że choć za faworytów właściwie zawsze uchodzą Rosjanie, to Polacy zazwyczaj zwyciężają. Nawet w dołująco niesprzyjających okolicznościach. Nasi mieli przegrać na mundialu w 2006 r., gdy rywal prowadził 2:0, ale wygrali. Wygrali olimpijski bój w Pekinie w 2008 r., choć rywal też prowadził (2:1). Wygrali wreszcie jesienią 2011 r. walkę o brąz mistrzostw Europy. Oczywiście nie zawsze dają radę, ale regułą się stało to, że zawodzą tylko w imprezach niższej rangi. I przed igrzyskami rosyjska prasa przestrzegała: „Najważniejsze to uniknąć Polski”.

Niepokojący sygnał dali rywale dopiero na jesiennym PŚ. Zwyciężyli pomimo polskiego prowadzenia 14:9 (!) w tie-breaku. Sygnał jest niepokojący dlatego, że dotąd to Rosjan blokowała mentalna miękkość. A miniony sezon, pomimo ich tradycyjnej klęski na ME (poza podium), miał znamiona przełomu. Rosjanie wygrali i LŚ, i PŚ. To jedyny za mojego świadomego życia rok, który zdołali ozdobić podwójnym triumfem...

16.22. Jeszcze w niedzielę Polacy byli faworytami bukmacherów do złota. Już nie są, wyprzedzili ich Amerykanie i Brazylijczycy. A dziś powinni wygrać Rosjanie (1,53), za zwycięstwo naszych William Hill płaci 2,37. Wygląda to na rozsądne oszacowanie szans.

17.06. Ciekawe, co się działo po klapie z Australią, bo porażki doprowadzają do Anastasiego do furii. A kiedy on sam się wścieknie, lubi doprowadzić do pasji również swoich siatkarzy. Z autobiografii „Il nano diventato gigante”, wspomnienia z trenowania Hiszpanów: „Wieczorem w fatalnym stylu przegraliśmy z Turcją, dlatego postanowiłem wcześnie wyrwać ich łóżek. Zaordynowałem trening o ósmej rano, na kilka godzin przed następnym meczem. Nadąsali się, potem zdenerwowali, nie wiedzieli, o co mi chodzi. Ale ćwiczyli z determinacją. A niedługo po południu wygrali z Chorwacją. Po bardzo długich pięciu setach”.

Brazylia już w półfinale, Argentynę zdmuchnęła do zera. A teraz Amerykanie, na razie wyglądający najmocniej, tną się z Włochami, na razie najmocniej rozczarowującymi.

17.35. Jeszcze jeden cytat z selekcjonera, już podany u nas: „Czuję się w waszym kraju bardzo dobrze. Kiedy pierwszy raz na dłużej jechałem do Warszawy, zastanawiałem się, co się wydarzy. Mówiłem, że jadę do mieszkania w Polsce, teraz mówię, że jadę do domu. Oglądam wszystko z dystansem obcokrajowca, widzę, jak nowe pokolenie rośnie, jak rosną miasta, cały kraj. Warszawa jest międzynarodowa, multikulturalna. Może było mi łatwiej niż gdzie indziej na Wschodzie, bo jesteście katolikami, ale czuję się jednym z was. To jedna z tych spraw, o których mówisz: Nie wiem dlaczego, ale właśnie tak jest”.

Tymczasem w Londynie Włosi bronią trzy setbole, żeby wygrać z USA 28:26. Zaczyna się duża gra!

18.04. Odsetek zwycięstw z reprezentacją Polski selekcjonerów ostatnich i największego (bez sparingów): 1) Hubert Wagner 73,2 proc. (56 meczów); 2) Raul Lozano 70,8 proc. (106); 3) Anastasi 68,6 proc. (51).; 4) Daniel Castellani i Waldemar Wspaniały 60 proc. (45 i 50).

Tymczasem nasi bracia Słowianie pod falgą włoską - Rosjanin Zajcew, Polak Łasko, Chorwat Travica - prowadzą z Amerykanami 2:0 w setach!

18.36. Mistrzowie olimpijscy wyautowani! Włosi najwyraźniej śmiertelnie poważnie potraktowali tezę, że runda grupowa jest kompletnie bez znaczenia, a właściwy turniej rozpoczyna się od ćwierćfinału. W poprzednich meczach używali serwisowych atrap, dziś wyciągnęli oryginały. I strącili Amerykanów z boiska. Amerykanów, którzy wyglądali na najbardziej zwartą grupę - bez żadnej szczeliny, najdrobniejszej rysy. Totalnie poplątana jest ta siatkówka w Londynie.

18.40. Aż trudno się otrząsnąć. Cztery asy Savaniego, cztery Travicy, jeden Zajcewa. Serwowali Włosi jakby jutra nie było. A ze dwie notki temu zmuszaliście mnie na forum, żebym precyzyjnie wytypował, jak to będzie między Rosjanami i Polakami...

19.35. Czołówka jest wąska, reprezentacje siatkarzy grają ze sobą na okrągłą, wiedzą o sobie wszystko, kibice zresztą też zdają sobie sprawę z przywar i zalet potentatów. Pamiętają, że Rosjanie pokracznie przyjmują - choć oczywiście nie tak pokracznie, jak sugerują oficjalne turniejowe statystyki, w których nasi rywale zajmują ostatnie miejsce, nawet pod Wielką Brytanią i Tunezją. Pamiętamy też, że siłą skruszyć wschodniego wielkoluda raczej nie sposób, więc trzeba się zasadzić sposobem. Odbijać piłkę szybciej, wymyślać wyrafinowane akcje ofensywne, wykazywać się ofiarnością w obronie, błysnąć przebiegłością taktyczną. Mnie intryguje jednak, czy wyzwanie rzuci im nasz potężny skrzydłowy Bartosz Kurek - to 24-letni rówieśnik Michajłowa, a już w 2009 roku na ME w Turcji nasłuchałem się, że to gracz przyszłości, że będzie aspirował do indywidualności ponad wszystkie. Czas na jego wielki mecz w wielkich chwilach, gdy wielcy skaczą po wielki cel.

20.16. Oni mogą ocalić te igrzyska. Na razie, pomimo kilku medali, nieudane, znaczone horrendalnym odsetkiem ostatnich albo prawie ostatnich miejsc. Jeśli przeskoczą Rosję, w półfinale trafią na Bułgarię bądź Niemcy. Tam byliby już naturalnymi faworytami, a igrzyska rozpalałyby polskie emocje aż po ostatni dzień - mecze o miejsca na podium odbędą się w niedzielę. Jeśli dziś się nie uda, dla polskich fanów olimpiada się jutro w sporej mierze skończy.

20.29. Rosjanie się wiosną zagapili, nie zadbali odpowiednio wcześnie o sparingpartnerów, szukali ich tuż przed igrzyskami - desperacko i bez skutku. Nie przetarli się też w finale LŚ, co może wyjaśniać, dlaczego wolno się rozpędzali.

Piłka w ruch i gramy!

20.53. Rozwałka. 17:24. Jak brutalnie to nie zabrzmi, wynik wygląda lepiej niż gra. Nasi punktowali rzadko, Rosjanie popsuli aż siedem (!) serwisów...

21.24. Rosjanie lodowaci. W drugim secie nasi próbowali groźniej ryknąć, ale Muserski, ten z drugiej piętra, raczej nie dosłyszał. Podniebny siatkarz. 23:25. Bez jakiegoś solidnego zakrzywienia czasoprzestrzeni najdalej za dwa kwadranse koniec igrzysk. I wyklinanie wpadki z Australią.

21.54. 21:25. W całym meczu 0:3. To już jest inna Rosja. Po dużym upgradzie. Wyższa siatkarska inżynieria. Na teraz wygląda jak główny pretendent do złota.

22.01. Najpierw lapidarnie: nasi siatkarze wznosili się ostatnio wyżej i wyżej, ale igrzyska w Londynie wysmażyli, o zgrozo, bardzo niesmaczne. Wyszło znacznie gorzej niż w Pekinie, ba, wyszło nie lepiej niż w Atenach, w ponurych czasach selekcjonera Stanisława Gościniaka. Przegrali Polacy połowę meczów. Ze zdziesiątkowaną Bułgarią 1:3. Z operującą daleko pod czołówką Australią 1:3. Ze świetną Rosją 0:3. Zakalec.

22.12. Aż mam ochotę podsumowywać wszystko, choć igrzyska trwają. Najbardziej zawiedli najpopularniejsi, najwięksi: Radwańska, siatkarze, Dołęga.

22.21. Środkowi wyglądali dziś przy Muserskim i Wołkowie, jak chłopcy z niższej klasy, którzy już próbują się ze starszakami, ale jeszcze muszą poczekać, ciut urosnąć. Z przykrością patrzyłem jednak przede wszystkim na Kurka. Czekałem na jego eksplozję, a on rzucał niewypałami - 23 proc. skuteczności zbić (8 punktów, 3 ataki w aut, 21 prób), ani jednego asa, aż 4 zepsute serwisy, ani jednego bloku. Lichota.

22.32. Tym smutniejsze, że tym razem sterował tym samolotem pilot, który wszędzie już był, wszędzie wygrywał, z naszymi to nawet wygrywał masowo. Rosję mogę zrozumieć (choć wolałbym jakikolwiek opór), ale ta Australia uwiera mnie cholernie. Bułgaria zresztą też. Tak czy owak cieszę, że to będzie porażka osobliwa, bo nie sprowokuje jazgotliwego nawoływania o dymisję selekcjonera.

22.53. Zastanawiające, że fachura klasy Anastasiego dopuścił do tego, by siatkarze ledwie się ruszali akurat w momencie kulminacyjnym. Już słyszę debatę, czy miał rację, upierając się za wygrywanie wszystkiego i wszędzie. W roku 2011 podziałało...

22.55. Zastanawiam się, czy Włoch przegrał kiedyś jako trener boleśniej. Swoich rodaków przejął w krytycznym momencie - gdy „pokolenie fenomenów” schodziło w fazę schyłkową, po dekadzie masowego wygrywania - a jednak coś jeszcze z nimi zdołał naskubać.

23.40. W piątek Brazylia naskoczy na Włochów, a Rosjanie na Bułgarię. Ich wspólny bilans z dzisiaj: 12-0.

Bohaterów z podium Ligi Światowej w tym zacnym gronie nie stwierdzono. Kubańczycy nie awansowali, Amerykanie i Polacy zbici w ćwierćfinałach. Najtrudniejsza sztuka w sporcie - wygrywać wtedy, kiedy wygrywanie najcenniejsze...

wtorek, 07 sierpnia 2012

Marcin Dołęga. Londyn 2012

Wiem, dwaj nasi siłacze założyli wieczorem na szyje medale, ale pewnie nie tylko mnie do głębokości poruszył dramat trzeciego. Słowo „dramat” brzmi tutaj nawet zbyt lekko, sprawa Marcina Dołęgi wykracza poza sport, na londyńskim pomoście wydarzyła się życiowa tragedia.

Naszego sztangisty osobiście nie znam, podnoszenie ciężarów oglądałem z bliska tylko odświętnie, przy okazji medali Agaty Wróbel (Ateny 2004) oraz Szymona Kołeckiego (Pekin 2008). Losy Dołęgi jednak śledziłem, jak chyba każdy entuzjasta sportu. I byłem z nim, emocjonalnie mocno mu sprzyjałem, jak chyba każdy w miarę życzliwy bliźnim homo sapiens.

W planie bliskim był absolutnym faworytem olimpijskich zmagań. Absolutnym w sensie ścisłym, większym niż jakikolwiek inny polski uczestnik igrzysk - w przededniu rozgrywki wycofali się obaj jego najgroźniejsi przeciwnicy, bukmacherzy wycofywali zakłady na triumf Polaka, Polak planował rozpoczynać i rwanie, i podrzut od sztangi cięższej niż wszyscy jego rywale. Miał nie tyle wygrać, ile zasłonić sobą całą resztę świata. Jak było, wiemy. Rozpoczął tylko rwanie, do podrzutu nie dotrwał.

W planie pełnym jest Dołęga trzykrotnym mistrzem świata, który na igrzyskach osiągnął zero. Okrągłe, okrutne, teraz już również ostatecznie nieodwołalne zero. Do Aten nie doleciał, został zawieszony za doping (twierdzi, że podany bez jego wiedzy). W Pekinie wył z bólu, przed wyjazdem wziął 30 zastrzyków blokad, od brązu dzieliło go 70 gramów (przegrał wagą ciała). W Londynie spalił wszystkie próby, nie został nawet sklasyfikowany. Do Rio sportowo nie przeżyje.

W planie ogólnym oddaje się nasz sztangista dyscyplinie skrajnie niewdzięcznej. Niemedialnej, nieskomercjalizowanej, potwornie niebezpiecznej - czy raczej szkodliwej - dla zdrowia. Kiedy patrzę na obwiązane wokół podbrzusza sylwetki ciężarowców, prześladuje mnie podejrzenie, że oni podtrzymują kręgosłupy, by się nie rozpaść. Kiedy widzę jeszcze pasy na kolanach i usztywnione nadgarstki, kiedy słyszę dobiegające z pomostu stęknięcia i ledwie łapany oddech, kiedy wreszcie wyobrażam sobie, co się dzieje w organizmach siłaczy - także w miękkich partiach - nie umiem nie myśleć, że bez silnego genu autodestrukcji podchodzić do gryfu nie sposób. Nieludzki sport. Nawiasem mówiąc, zwróćcie uwagę, że ledwie kilka z 42 ciężarowych medali wzięli przedstawiciele krajów szeroko pojętego zachodu - dwaj Polacy, dwaj Rumuni, jeden Kanadyjczyk - natomiast rządzą na pomostach reprezentanci Chin, Kazachstanu oraz Korei Płn.

Posłuchajcie zresztą Dołęgi, z którym przed igrzyskami rozmawiał Radek Leniarski: „Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, kilkanaście dni temu, robię przysiady ze sztangą, wisi na niej 200 kg, no i prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. (...) Zadzwoniłem do doktora, choć obiecałem, że nie będę, ale trzeba przecież sobie pomóc. Potem do kręgarza - żeby nastawić, bo na pewno coś się dzieje z kręgiem, który ucisnął na nerw, stąd to poczucie prądu. Potem już tylko środki przeciwbólowe, przeciwzapalne, na koniec blokada w kręgosłup. Wróciłem do Spały, bo to już tak blisko do Londynu, że nie mogę sobie pozwolić na odpuszczenie pracy. Muszę i już. Wziąłem blokadę i na drugi dzień mogłem znów przerzucać ciężary. Oszukuję organizm, ale nie widzę innego wyjścia. (...) Nawet jeżeli będzie kontuzja, to muszę wszystko zrobić, aby znieczulić ból. Blokadę dostaję w zastrzyku między kręgi krzyżowo-lędźwiowe i drugą w okolice szyi, gdzie mi się krąg przesunął. (...) Jestem sportowcem i muszę zrobić wszystko, by przywieźć medal. Na przykład w tamtym roku naderwałem w 50 procentach ścięgno mięśnia nadgrzebieniowego prawego barku. Skonsultowałem się z trzema lekarzami. Dwóch stwierdziło, że konieczna jest operacja, jeden, że nie musi być zabiegu. Dwa dni myślałem. Nie zależało mi na MŚ, ale na igrzyskach. Bark jest skomplikowanym stawem, sześć tygodni przerwy nie wystarczy. Niektórzy po takich kontuzjach wracali dopiero po pół roku. A to za późno dla mnie. Zgodziłem się na operację, ale stwierdziłem, że nie chcę żadnych śrub. Żadnych kotwic, jak lekarze to nazywają. Śruba w barku oznacza co najmniej cztery miesiące przerwy, oblewa się tkanką. Profesor nie miał dobrej miny, uparł się na śrubę, ale to ja podpisuję zgodę na operację. Zawarliśmy kompromis. (...) Pamiętam trening, gdy to się stało. W rwaniu miałem na sztandze 190 kg. Przeleciała do tyłu. Z dnia na dzień było gorzej. Trenowałem, aż ręka przestała się prostować. Mogłem dalej ćwiczyć, ale ryzykowałem start w igrzyskach. Przy okazji zrobiłem badanie drugiego barku - też naderwane. W 20 procentach, nie trzeba było operacji. Wystarczył miesiąc bez treningu. Gdybym prześwietlił się cały, okazałoby się, że wszystko, co w moim organizmie się porusza, jest ponadrywane, porozrywane, połamane w jakiejś części. Dlatego boję się badań. Jak nie boli tak mocno, lepiej nie sprawdzać”.

Wklejam obszerny cytat, bo daje sugestywny obraz życia z permanentnym bólem, świadomością codziennego okaleczania własnego ciała, straceńczą desperacją przesuniętą daleko poza granice zdrowego rozsądku. Przesuniętą zbyt daleko, by nie sprowokowała pytania, czy aby na pewno sport zasługuje na takie poświęcenie. Żona polskiego sztangisty, o czym też wiemy z wywiadów, chyba sądziła inaczej, namawiała go, by odpuśćił.

Nie odpuścił, sportowcy uprawiający dyscypliny, na których nie da się zbić fortuny, prą nie tylko ku podium. Nęci też kilka tysięcy miesięcznej emerytury, wypłacanej dożywotnio olimpijskim medalistom. Walczą o bezpieczeństwo socjalne. Dla siebie i rodziny. Muszą czuć niepewność jutra ludzie, którzy mówią: „Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość”.

Dołęga przegrał wszystko. Z jego słów po zawodach wynika, że nie ma pojęcia, dlaczego. Sztanga wydawała mu się lekka (!), ale z nieodgadnionych również dla niego powodów nie zdołał jej zablokować na wyprostowanych rękach. Na treningach 190 kg rwał seriami, w miesiącach poprzedzających igrzyska ponoć ani razu nie spalił także próby z 200 kg. Aż przyszła próba jedynie istotna, olimpijska. Rywale dźwigali byle jak, zdobywca złota wyrzucił nad głowę mniej niż triumfator niższej kategorii wagowej. Nasz Bartłomiej Bonk nie tyle zdobył brąz, ile podniósł medal, który zapomniał wziąć kolega z reprezentacji. Leciuteńki medal, rywalizacja w Londynie miała niski poziom.

Ktoś ma ochotę się natrząsać z kolejnego niewydarzonego olimpijczyka z Polski? - Chyba trzeba powiedzieć „dość”, igrzyska są nie dla mnie. Ja po prostu nie nadaję się do tego sportu - wyrzucał z siebie złamany Dołęga (znów cytuję, tym razem korespondencję Radka z Londynu). Wstrząsające, wżerające się w pamięć słowa, dotąd nie słyszałem, by podobne wypadały z ust trzykrotnego mistrza świata. Naprawdę nie trzeba mu dokładać tonami szyderstwa w internecie, by czuł się podle.

Jeszcze raz: podnoszenie ciężarów to zajęcie z pogranicza aberracji, zaludniane przez osobników, którzy traktują swoje ciała jak inni przedmioty martwe. Silnik się krztusi, spod maski idą kłęby dymu, ale na razie odkładam wizytę u mechanika, brakuje czasu, muszę najpierw dojechać do Londynu. Nawet nie wiem, czy sztangistów podziwiam, jeśli już, to podziwiam specyficznie, czuję się z tym uczuciem perwersyjnie, wręcz niewygodnie. Dołędze kibicowałem nie po kibicowsku, lecz po ludzku, teraz współczuję mu bardziej niż współczuje się zazwyczaj nieznajomym, ciężkimi dłońmi wstukuję, że dał nasz niedoszły multimedalista igrzysk mocną kandydaturę na polską olimpijską klęskę wszech czasów.

02:17, rafal.stec
Link Komentarze (65) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Londyn 2012, Polska - Australia. Fot. Kuba Atys

Co się działo przed igrzyskami? Odkąd nastało panowanie Andrei Anastasiego, trwało nieustanne wzlatywanie ku szczytom. Najpierw był brąz Ligi Światowej (jeszcze podparty przywilejem gospodarzy, czyli doborem „właściwych” przeciwników), potem brąz ME, srebro Pucharu Świata, wreszcie złoto LŚ. Nade wszystko jednak Polacy jęli wygrywać regularnie, w ANI JEDNYM meczu gwałtownie się nie potknęli. Nawet minimalną listopadową porażkę z Iranem można było zrozumieć - maratonu w PŚ bez strat nie przetrwa nikt, tam trzeba po prostu awansować do igrzysk. I misję nasi wykonali.

Co się dzieje na igrzyskach? Podsumowana dzisiejszym 1:3 z Australią runda grupowa wypadła byle jak, bezdyskusyjnie mizerniej niż przed czterema laty. Tam nasi ulegli tylko Brazylii, natomiast pokonali Rosję, bardzo mocną wówczas Serbię, Niemcy oraz Egipt. Słowem, Polacy wygrali więcej meczów w Pekinie, choć tłoczyli się wśród potęg, niż w Londynie, choć po inauguracyjnym rozprawieniu się z Włochami naskakują na przeciwników nieprzyzwoicie młodych i przeciętnych (Argentyna), porozbijanych wojną domową (Bułgaria), słabych (Australia) lub bardzo słabych (Wlk. Brytania). Wymarzona rozgrzewka przed wielkim graniem. By przypomnieć sobie, kiedy poprzednio biało-czerwoni oddali punkty na imprezie mistrzowskiej drużynie o reputacji tak marnej jak australijska, trzeba cofnąć się do ME w 2007 roku - tam pobili naszych Belgowie oraz Finowie.

Jak Polacy mieli grać na igrzyskach? Jak w Lidze Światowej, bo otwarcie planowali skok po złoto. Szans sobie nie uroiliśmy, wśród głównych pretendentów do triumfu widzieli siebie nie tylko sami polscy siatkarze, ale również ich rywale, eksperci zewnątrz, bukmacherzy. Ci ostatni w weekend zmienili notowania i zaczęli uznawać drużynę Anastasiego za głównego faworyta turnieju.

Jak grają na igrzyskach? Niepokojąco niestabilnie. Po imponującej wiktorii włoskiej zdołali jeszcze swobodnie wypunktować Argentynę, generalnie ponad przeciętność się już jednak nie wznieśli. Przypomina się scenariusz z igrzysk w Atenach (2004) - tam najpierw zachłysnęliśmy się rozwałką na broniącym tytułu Serbach, by w kolejnych meczach uprawiać siatkówkę bez ognia.

Statystyki turnieju w Londynie, owszem, wyglądają miejscami nieźle, ale pod jednym warunkiem - jeśli zapomnimy, że w tamtej grupie tłuką się siatkarze znacznie sprawniejsi niż w naszej. Dziś rozchwiał się nawet Michał Winiarski, siatkarz wybitnie rzetelny - rzadko spektakularny, lecz wielofunkcyjny, łączący zalety defensywne z ofensywnymi, przyzwyczajony do gry o gigantyczną stawkę w najmocniejszym klubie świata minionych lat (Trento). Nasi w ogóle poruszali się tak ciężko, reagowali z takim opóźnieniem i zbijali znad siatki tak lękliwie, że zacząłem się zastanawiać, czy Anastasi nie zagonił ich wczoraj na siłownię na dodatkowe dźwiganie. Nie ocaliła reprezentacji ani wymiana rozgrywającego (Zagumny to teoretycznie superrezerwowy, pytanie, czy nie zaszkodzi mu notoryczne stanie obok boiska, na razie wygląda, że zaszkodziło...), ani przyzwoite wsparcie Jarosza, ani próby (tym razem nieudane) serwisowych wejść Ruciaka. W ogóle nic nie działało, trudno sobie wyobrazić, co jeszcze musieliby nawyrabiać Polacy, by przed ćwierćfinałami naruszyć wiarę we własne siły.

Co się stanie w decydujących starciach? Gdyby wyciągać wnioski z dotychczasowego przebiegu turnieju, musielibyśmy ogłosić, że środowi rywale naszych - kogokolwiek wylosujemy - będą faworytami. Jeśli jednak spojrzymy z perspektywy otwarcie deklarowanych aspiracji Polaków, to zobaczymy, że dostali najpiękniejszą z możliwych szans na zademonstrowanie najwyższej klasy. Ewentualne ćwierćfinałowe zwycięstwo nad Niemcami powodowałoby, że wdarliby się do strefy medalowej bez stoczenia ani jednego boju na śmierć i życie z siatkarskim mocarstwem. Teraz bardzo prawdopodobne stało się, że w zapowiadanym marszu po złoto trzeba będzie - w nieznanej na razie kolejności - złamać tercet najwyżej obok Polski sklasyfikowanych w rankingu FIVB uczestników turnieju - Brazylię, Rosję i USA. Wyzwanie na złoty medal w sensie ścisłym. Wyższej skali trudności współczesna siatkówka zaoferować nie jest w stanie.

Two Cheeseburgers, with Everything (1929). By Claes Oldenburg

Twarzą Coca-Coli w naszym kraju jest gwiazdor futbolowej reprezentacji Robert Lewandowski. Jego kolega z Borussii Dortmund Kuba Błaszczykowski wdzięczył się w spocie reklamującym w trakcie niedawnych mistrzostw kontynentu McDonald’sa. A ściślej - promującym akcję wyprowadzania na boisko piłkarzy przez dzieci ubrane w stroje z logo sieci barów szybkiej obsługi. Oba globalne megakoncerny towarzyszyły zresztą niemal każdej transmisji z Euro 2012, bowiem UEFA zaprosiła je do wąskiego grona naczelnych sponsorów turnieju, w eufemistycznej nowomowie - mającej odsunąć skojarzenia czysto biznesowe - nazywanych „oficjalnymi partnerami”. Na wszystkich zarobiła 1,6 miliarda dolarów.

Coca-Cola i McDonald’s ubija też interesy z FIFA - ometkowały sobą poprzedni mundial, ometkują następny - oraz Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim, który wpuścił firmy na igrzyska w Londynie. MKOl również się tłusto obłowił - ze wszystkich sponsorów wyciągnął 1,6 mld funtów.

To ponury paradoks, że w najściślejszy - należą do elity tzw. sponsorów globalnych - związek ze wszystkimi największymi imprezami sportowymi jako jedyni weszli producenci wyrobów uważanych przez naukowców za głównych winnych epidemii otyłości. Każdemu, kto je pasjami ogląda, intensywnie wbija się do podświadomości skojarzenie wysiłku fizycznego - a także imponujących sylwetek atletów - z przesłodzonymi gazowanymi napojami oraz hamburgerami wytaplanymi w trujących izomerach trans kwasów tłuszczowych. Uczysz się dryblować jak Błaszczykowski, to wsuwaj frytki; chcesz strzelać gole jak Lewandowski, to gaś pragnienie Spritem; marzysz o igrzyskach, to zamów zestaw powiększony, koniecznie w przepysznej, pulchniutkiej panierce. Energii potrzebujesz moc - na wodzie i kiełkach ani rusz.

Do ekscytujących całą planetę spektakli sponsorzy się garną. Gdyby ich organizatorzy wykazali minimum społecznej odpowiedzialności, wciąż obżarliby się milionami dolarów, nie promując zarazem fatalnych nawyków, które odpowiadają za jedną z najgroźniejszych i gwałtownie rozrastających się chorób cywilizacyjnych.

Nie jestem fundamentalistycznym wyznawcą mody na „zdrowe” prowadzenie się, moich uczuć religijnych nie obraża nawet powszechne pojenie się paskudztwem w czerwonych puszkach, którego karierę uważam za marketingowy cud wszech czasów. Wiem jednak, że plaga otyłości staje się główną obok palenia przyczyną zgonów, dlatego coraz częściej prawo reguluje, co wolno kłaść na talerze w szkołach. Tymczasem ludzie sportu nie tylko się w te kampanie nie angażują, oni działają im wbrew. Gdy w Brazylii McDonald’s płaci 1,8 mln dol. grzywny za dodawanie do zestawów dla dzieci zabawek, UEFA zezwala, by do wyprowadzania piłkarzy z szatni brzdące zgłaszały się w jego jadłodajniach.

Krzyczącą hipokryzję uprawiają też bożyszcza tłumów, dla młodych będące autorytetami wiarygodniejszymi niż rodzice czy nauczyciele. Każdy wykształcony trener i rozumny sportowiec oczywiście wie, że reklamowanych wyrobów musi za wszelką cenę unikać - że od puszki napoju zasłodzonego kilkoma łyżkami cukru (lub substancji cukropodobnej, niekiedy czyniącej jeszcze większe spustoszenie w organizmie) puchnie tkanka tłuszczowa zamiast mięśniowej, że grillowana ryba zamiast smażonego kotleta podnosi wydajność treningu, że dieta radykalnie wpływa na wyniki.

Piłkarz Lewandowski przeżuwa z obsesyjną ostrożnością, nie wkłada do ust niczego przypadkowego, codziennie faszeruje organizm suplementacją złożoną z kilkunastu starannie dobranych produktów. Śmieciami niech zapychają się inni.

Coca-Cola

sobota, 04 sierpnia 2012

Michael Phelps, 18 złotych medali olimpijskich

Wyszedł z basenu na zawsze. Znaczy z olimpijskiego na zawsze, do wody jeszcze pewnie wskoczy. Będzie mógł skończyć z morderczą dietą - w wymachiwanie kończynami wkładał mnóstwo energii, więc pochłaniał 12 tys. kalorii dziennie, już na śniadanie wmuszając w siebie jajecznicę z pięciu jaj, trzy kanapki z sadzonym jajkiem, naleśniki z czekoladą, górę płatków owsianych i tostów. (Menu na pozostałe posiłki opisywał nie będę, bo się udławię).

Wyczyny Amerykanina doceniam, ale bez przesady. Sporządziłem na szybko aktualną klasyfikację medalową XXI-wiecznych igrzysk i widzę, że choć Phelps powygrywał więcej niż reprezentacja Polski (osiem olimpijskich triumfów), to nie umiał wpłynąć nawet do czołowej dziesiątki:

1) Chiny                   98 złota

2) USA                     80 (bez medali Phelpsa)

3) Rosja                   53

4) Wlk. Brytania        40

5) Niemcy                34

6) Australia              32

7) Korea Płd.            31

8) Japonia                27

9) Francja                26

10) Włochy               23

11) Ukraina              18  (10 sreber)

12) Phelps             18  (2 srebra)

13) Holandia             14

 
1 , 2
Archiwum
Tagi