Wpisy z tagiem: Ryan Giggs

środa, 28 grudnia 2011

Immortality, Alex Ferguson, David Beckham, Ryan Giggs

70. urodziny Aleksa Fergusona, które w sobotę będziemy celebrować zamiast tradycyjnego Sylwestra, zbiegły się z głośnymi doniesieniami o kontraktowych propozycjach dla dwóch jego wychowanków. David Beckham ma zarabiać w Paris Saint Germain blisko 10 mln euro rocznie, co nie uczyni go najwyżej opłacanym współczesnym piłkarzem, ale pozwoli mu utrzymać pozycję bezdyskusyjnie najwyżej opłacanego oldboja. Pozycję wicelidera w tej nieoficjalnej konkurencji utrzyma prawdopodobnie Ryan Giggs, który dotąd pobierał niespełna połowę podanej kwoty, a niebawem również podpisze nową umowę z Manchesterem United.

Beckham znów zdyskontuje swoją moc marketingową, ale rynkową wartość zawdzięcza nie tylko jej - to jeden z piłkarzy ocenianych często niesprawiedliwie, bowiem jego reklamowa wszechobecność przysłaniała niekłamaną wartość sportową, zademonstrowaną nie tylko w MU i Realu Madryt, ale też podczas krótkiego wypadu do Milanu oraz w zakończonym właśnie, zwycięskim sezonie ligi amerykańskiej w Los Angeles Galaxy. Giggsa na murawie zatrzymają natomiast niekwestionowane kompetencje piłkarskie, dzięki którym bije kolejne rekordy długowieczności.

Niewykluczone, że jesienią 2012 roku obaj zaczną ścigać się jako kandydaci na rekordzistów w Lidze Mistrzów. Beckham rozpocznie sezon po 37., a Giggs tuż przed 39. urodzinami, więc jedynego godnego konkurenta w kontynentalnej czołówce znajdą w Javierze Zanettim, obecnie 38-letnim (i wynagradzanym w Interze nędznymi trzema milionami za rok).

Gdyby zresztą obaj bohaterowie z Old Trafford dociągnęli na murawie do czterdziestki, staliby się naturalnymi następcami innych członków tamtej manchesterskiej drużyny, który najpierw zdobywali pierwszy w erze Aleksa Fergusona Puchar Europy, a potem ani myśleli kończyć karierę. Przecież Peter Schmeichel między słupkami Manchesteru City stał jeszcze jako niespełna 40-latek. Jego zmiennik - Raimond van der Gouw - skończył 44 lata, zanim rozegrał swój ostatni ligowy mecz, w którym w dodatku zdobył bramkę (dla holenderskiego AGOVV Apeldoorn). Teddy Sheringham gola w Premier League strzelił niedługo przed 41. urodzinami, a w drugoligowym Colchester grał także po 42. urodzinach. Dopiero tuż przed czterdziestką z boiska zszedł obrońca Ronny Johnsen, który Norwegię reprezentował  - w zwycięskim meczu z Argentyną - jeszcze jako 38-latek. W tym samym wieku w Premier League utrzymywali się jeszcze Dwight Yorke (potrafił w dodatku zostać bohaterem meczu z Arsenalem) czy Dennis Irwin. Tak, nieśmiertelny, wiecznie nienasycony futbolem Alex Ferguson wychował całą zgraję nieśmiertelnych, wiecznie nienasyconych futbolem graczy.

Jeśli bowiem Beckhama, uśmiercanego jako piłkarz od wielu sezonów, ciągnie do Paryża, to nie ciągnie go tylko do podboju kolejnej - po Los Angeles i Mediolanie - mekki celebrytów, lecz także poważnego sportu. Choć szerokiej publice łatwiej pamiętać stawiane mu przez roznamiętnionych Azjatów kuriozalne pomniki (od buddyjskiego w Bangkoku po czekoladowy w Tokio), niż wyrazy uznania w plebiscycie FIFA na najlepszego gracza globu (w 1999 r. przegrał tylko z Rivaldo, a w 2001 r. tylko - minimalnie - z Luisem Figo), to pozostaje on atletą wybitnym. Być może najlepiej dośrodkowującym piłkarzem w epoce nowożytnej; wyzbytym egoizmu stachanowcem, na murawie unikającym efekciarstwa, skłonnym do rzetelnej dłubaniny w defensywie; perfekcjonistą lubianym w każdej szatni; megagwiazdorem, który w swoim celebryckim statusie nigdy nie widział powodu, by zaniedbywać obowiązki profesjonalnego sportowca.

W przyszłym roku Beckham prawdopodobnie przyćmi wielu uczestników igrzysk w Londynie, gdy jako reprezentant Anglii notoryczną frustrację mundialową spróbuje choć częściowo wynagrodzić rodakom satysfakcją z medalu olimpijskiego. A potem z boiska nie zejdzie, jak sądzę, jeszcze długo. Fizycznie wytrzyma, bo się idealnie prowadził. Mentalnie wytrzyma, bo lubi grać. Być może zresztą poczuje - powiedzą mu? - iż nie ma alternatywy. Jest zbyt prostolinijny, nieciekawy jako mówca i pozbawiony charyzmy, żeby przedłużyć futbolowy żywot w roli trenera, działacza czy eksperta. Wrażenie wywołuje tylko w milczeniu - na boisku, podczas sesji fotograficznej, uśmiechając się do tłumu.

Dlatego już dziś powinniśmy się spodziewać, że po kolejne rekordy długowieczności ruszy cały manchesterski tercet. Ferguson nie ustąpi, dopóki nie przeciwstawi się kolejnemu po Chelsea klubowi utuczonemu na wschodnim kapitale (sławni „hałaśliwi sąsiedzi” z City), a jeśli zdoła zdobyć kolejny Puchar Europy, stanie się najbardziej utytułowanym trenerem w tych rozgrywkach (trzy trofea, dwie porażki w finale). Beckham już obiecywał, że planuje kopać co najmniej do czterdziestki. Giggs spróbuje wyśrubować własny rekord jako najstarszy strzelec gola w Lidze Mistrzów (kiedy we wrześniu wkładał go Benfice, miał 37 lat i 289 dni). A może także zostać najstarszym uczestnikiem finału?

Na razie jest nim Edwin van der Sar (40 lat, 211 dni). Oczywiście były bramkarz Manchesteru United.

niedziela, 13 listopada 2011

Ryan Giggs, Leo Messi

Biografie obu ukazały się właśnie w Polsce, portal Sport.pl nawet je promuje, więc napisałem, co o tym całym wydawniczym awanturnictwie myślę. Nie żebym przed rzeczonymi dziełami klękał;-) Felieton do poniedziałkowej „Gazety” znajdziecie tutaj. Przy okazji zapytam - co z literatury (wokół)sportowej cenicie? Czego nie znosicie? W ogóle kręci Was ten osobliwy gatunek?

sobota, 05 listopada 2011

Uwierzylibyśmy trenerom piłkarskim, że siedzą na najbardziej chybotliwych stołkach świata, gdyby nie istniał Alex Ferguson. Imperium w Manchesterze zaczął budować ćwierć wieku temu, 6 listopada 1986 roku. Nie tylko przetrwał. Urósł ponad klub, przecież największy na świecie.

Jego najsłynniejszą metodę wychowawczą - a zarazem obrosłą legendami tajemnicę szatni, którą chciałby zobaczyć na własne oczy każdy fan na planecie - nazywają „suszarką”. Szkocki trener przykleja swoją twarz do twarzy ruganego piłkarza, by wyryczeć delikwentowi całą wściekłość z bliska, dopiero gdy obaj stykają się nosami. - Jak z tobą kończy, wszystkie włosy masz za głową - opowiadał przed laty walijski napastnik Mark Hughes. Ale zaszczyt bycia pierwszą ofiarą „suszarki” należy nie do gracza, lecz kierowcy klubowego autobusu - Ferguson napadł na niego, zanim przepracował w klubie 48 godzin.

Blisko 70-letni dziś trener (okrągłe urodziny będzie obchodził w Sylwestra) ostro pogrywał w szatni i ostro pogrywał poza szatnią. Gdy w 1986 roku przejął Manchester United, postanowił wzniecić totalną rewolucję - rozprawić się z pijackimi obyczajami rozpowszechnionymi w całej lidze angielskiej. Nieuleczalnych moczymordów usuwał z klubu, innych reformował. Piłkarzy nadzorował osobiście, nachodząc ich w domach. Potrafił zapukać do drzwi Ryana Giggsa, jeśli podejrzewał, że jego wychowanek schodzi na złą drogę. I zdarzyło się pewnego wieczoru, że za progiem zobaczył grupkę młodych obu płci, otwartą puszkę piwa oraz na wpół roznegliżowanego piłkarza - wtedy już zjawiskowego lewoskrzydłowego - prasującego koszulę. Towarzystwo szykowało się do wieczornego wypadu. Niezaproszony gość wyrzucił wszystkich z wyjątkiem młodocianego gospodarza, którego czekała właśnie słynna ponad granicami „suszarka”.

Nigdy nie dowiemy się, czy gdyby tamta impreza się udała, Giggs zostałby potem najczęściej dekorowanym brytyjskim futbolistą, rozegrał w MU blisko 900 meczów, tej jesieni strzelił gola jako najstarszy - miał 37 lat i 289 dni - uczestnik Ligi Mistrzów w całej jej historii i w ogóle bił wszelkie rekordy długowieczności. Wiemy tylko, że Ferguson zastał klub w zgliszczach - na przedostatnim miejscu w ligowej tabeli - i wzniósł na nich imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Globalnie popularne (ze szczególnym uwzględnieniem Dalekiego Wschodu), o wartości szacowanej przez „Forbesa” na 1,86 mld dolarów, trofea kolekcjonujące uporczywie, sezon w sezon. W ćwierć wieku United uzbierali ich 37 - od krajowych po najcenniejsze międzynarodowo. W angielskich tabelach wszech czasów zdetronizowali najbardziej nielubiany Liverpool, w kontynentalnej Lidze Mistrzów regularnie doskakują do finału lub półfinału. Odkąd w 1999 roku ich trener dostał dochrapał się tytułu szlacheckiego, prasa pisze o nim po prostu SAF, czyli sir Alex Ferguson.

Jeśli sprowadzić futbol do prostej buchalterii tytułów, będzie Szkot zaledwie jednym z wielkich. Na największego wyrasta, gdy uświadomimy sobie, że od doprowadzenia przezeń prowincjonalnego szkockiego Aberdeen do największych sukcesów w historii (Puchar Zdobywców Pucharów) do teraz - czasów wspaniałych triumfów Manchesteru - minęło 28 lat. Dziś poprowadzi drużynę „Czerwonych Diabłów” po raz 1409. Żaden inny trener nie utrzymał się na szczycie tak długo. Szkot wytrwał tam kilka piłkarskich epok, wychodził nietknięty z najcięższych opresji, zdumiewał umiejętnością adaptacji do zmieniających się warunków, taktyczną elastycznością, świadomością swoich ograniczeń, nieskończoną chęcią uczenia się. Zupełnie jakby czas - chyba największy wróg trenerów, żaden nie wygrywa z jego upływem - dla niego nie istniał. Nikt już nie pamięta, że w 1990 roku na Old Trafford kibice wywieszali transparent: „Trzy lata wymówek i wciąż gówno z tego wynika. Żegnamy, Fergie”. Nikt nie pamięta, że w 1995 roku w telefonicznej sondzie przeprowadzonej przez „Manchester Evening News” 53 proc. przepytanych żądało jego odejścia. Nikt wreszcie nie pamięta, że ostatecznie skończony wydawał się ledwie sześć lat temu, gdy MU zajął w Lidze Mistrzów ostatnie miejsce w słabej grupie - z Villarrealem, Benficą, Lille.

Chwile zniechęcenia miewał. W 2001 roku niepotrzebnie ogłosił w trakcie sezonu, że po jego zakończeniu odejdzie na emeryturę, i drużyna mu się rozlazła. Zawsze się jednak podnosił i wracał, choć futbol zmieniał się dynamiczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Sam Ferguson opowiada o inwazji nauki, która zrewolucjonizowała medycynę sportową i dietę, pozwoliła zapobiegać urazom, umożliwiła zindywidualizowanie treningu i nakłonienie organizmu gracza do krańcowego wysiłku, a zarazem sprawiła, że organizm potrafi znieść nieznaną wcześniej intensywność pojedynczych meczów i całego sezonu. Ale przede wszystkim zmusiła go, by został wiecznym studentem. Zawzięcie pracującym studentem. - Dzisiaj byłoby niemożliwe działać tak jak w 1986 roku. Rozrosło się to wszystko do wielkiej bestii, nikt nie zdołałby zajmować się wszystkim osobiście. Kluczowe stało się delegowanie zadań. Poza piłkarzami jest jeszcze około 40 osób, które składają mi raporty - mówił Szkot w zeszłym roku. Do niewiedzy umie się przyznać publicznie, kiedyś opowiedział, że potrzebuje asystenta Carlosa Queiroza, bo sam jest „dinozaurem” w sprawach przygotowania fizycznego. I zachwycał się niezwykłymi dla niego wynalazkami współpracownika, który sprowadził do klubu pięciu fizjoterapeutów, dietetyka, trenera fitness, a nawet ortoptystę (według słownika optycznego to spec „wad widzenia obuocznego”).

Ale podstawowe zasady, na których Ferguson ufundował potęgę, nie drgnęły. Najważniejsza brzmi: żaden piłkarz, choćby najgenialniejszy, nie jest większy niż klub, w każdym chcę widzieć żołnierza gotowego umrzeć na murawie i bezwyjątkowo podporządkowanego mojemu przywództwu. Przepędzał Szkot najjaśniejsze gwiazdy, na czele z futbolowym celebrytą nad celebrytami Davidem Beckhamem, który przed ucieczką do Realu Madryt dostał w twarz - lekarze założyli mu szwy - kopniętym przez trenera butem. Za te gwałtowne rozstania i w ogóle łatwość pozbywania się gigantów, czasami poprzedzonego wręcz podsycaniem ledwie tlącego się konfliktu, często go krytykowano. Kpiono, że wina Beckhama, stuprocentowego profesjonalisty, polegała głównie na tym, iż ożenił się z piosenkarką o głośnym nazwisku.

Bywa SAF wobec podwładnych surowy i nieprzejednany, ale w ich starciach ze światem zewnętrznym jest też bezwarunkowo lojalny. Rio Ferdinand mówi, że czują się bezpiecznie i ufają szefowi w stu procentach, bo zawsze staje w ich obronie. A Giggs uzupełnia: „Kocha w tej robocie wszystko. Kocha oglądać swoich piłkarzy, kocha patrzeć, jak się rozwijają. Jest niewiarygodnie pracowity i zaangażowany. Kiedy po wyjazdowym meczu Ligi Mistrzów wracamy do domów o czwartej nad ranem, możemy być pewni, że na trening o ósmej przyjdzie pierwszy, a wyjdzie z klubu jako ostatni”. (Według „Timesa” przyjeżdża codziennie o 7.15. A do publicysty „Daily Telegraph” Henry’ego Wintera dzwonił w sprawie przedmowy do książki jeszcze wcześniej;-)).

Ferguson dobiera ludzi nadających na ściśle określonych falach - trochę zakapiorowatych, bardzo zadziornych i nieustępliwych, do ostatniej kropli potu walecznych, wzajemnie się dla siebie poświęcających. Lubi piłkarzy w typie krwawego obrońcy Nemanji Vidicia i wychowanego w złej dzielnicy napastnika Wayne’a Rooneya, czyli utalentowanych łobuzów urodzonych do morderczej fizycznej pracy. Wynajduje charyzmatycznych liderów inspirujących kolegów do szukania granic swoim możliwości, jak Steve Bruce, który ból uważał za wymówkę mięczaków i pchał się na boisko z poważnymi kontuzjami, albo Roy Keane - niezapomniany kiler ze środka pola, który swego czasu skrytykował „zjadaczy kanapek z krewetkami”, czyli widzów z lóż biznesowych niezdolnych do hałaśliwego wspierania drużyny, gdy ta jest w kryzysie i na murawie cierpi.

Tłumu wirtuozów na Old Trafford nie uświadczysz. Ba, nie znajdziesz innego zespołu ze ścisłej europejskiej czołówki, który do tego stopnia wirtuozami by gardził. Opowiada Patrice Evra, lewy obrońca: „To klub robotników, musisz szanować tę kulturę i pracować ciężko. Nikt nie będzie ci gratulował po każdym zwycięstwie. Trener powie co najwyżej: dobra robota, synu. Pewnego dnia prowadziliśmy do przerwy 2:0, a on wszedł do szatni i zrobił nam suszarkę. Wrzeszczał, że powinniśmy strzelić pięć goli, że ludzie płacą, by nas oglądać, a my ich nie szanujemy”.

Zasady Ferguson wyniósł z domu. Dorastał w robotniczej dzielnicy Glasgow, od zawsze uczył się, jak ważne jest dla lokalnej społeczności poczucie więzi i etos wzajemnego pomagania sobie. W młodości pracował w stoczni, działał tam w związkach zawodowych, potem został gorącym zwolennikiem i jednym z najhojniejszych prywatnych darczyńców laburzystów. W poglądach utwierdziły go okoliczności śmierci matki, która zmarła kilka tygodni po objęciu przez niego posady w Manchesterze. Wstrząsnęły nim okropne warunki w szpitalu - przeciążeni obowiązkami lekarze i pielęgniarki nie mieli czasu dla pacjentów, którzy „odchodzili pozbawieni godności”. Gdy kilka lat później usłyszał od dziennikarza, że haruje tyle ile liderka torysów Margaret Thatcher, wściekł się i zażądał, by nigdy nie porównywano go „do tej kobiety”. A obecnemu liderowi konserwatystów Davidowi Cameronowi zarzucał, że nie rozumie zwykłych ludzi, bo wychowywał się w elitarnej szkole Eaton i studiował w Oksfordzie.

Laburzystów wspiera nie tylko finansowo. Byłemu premierowi Tony’emu Blairowi doradzał w trakcie kampanii wyborczej, nakłaniając go do zmiany retoryki na mniej agresywną i codziennego korzystania z usług masażysty. Przyjaźni się z jego spin doktorem Alistairem Campbellem, z następcą Blaira Gordonem Brownem wymienia się książkami - opowieściami o mechanizmach władzy i wybitnych przywódcach, które wzbogacają jego warsztat trenerski. Twierdzi, że o sztuce budowania drużyny najwięcej dowiedział się z biografii Lincolna, Kennedy’ego i innych prezydentów USA, bowiem powodzenie w jego fachu zależy - podobnie jak powodzenie politycznych liderów - od umiejętności godzenia ze sobą trudnych osobowości, poskramiania wybujałych ego i budowania relacji między graczami.

Trener MU posiadł ją jak nikt inny, dlatego w szatni może trzymać znacznie więcej klasowych wyczynowców niż konkurencja, niezdolna do uwięzienia znakomitości na ławce rezerwowych. To mistrz zarządzania bogatymi zasobami ludzkimi, ale czasami też mistrz utrzymywania piłkarzy w fałszywej nadziei, wmawiania im, jak niesłychanie są potrzebni, sugerowania, że wciąż zachowują szansę, by stać się najważniejszymi (przypadek naszego Tomasza Kuszczaka, który długo łudził się, że wskoczy między słupki na stałe, bo co jakiś czas był tam wpuszczany). Gdyby Ferguson nie potrafił lawirować między głowami spragnionych gry podwładnych, miałby szatnię permanentnie zaczadzoną urażonymi ambicjami. A ponieważ lawiruje z fenomenalnym wyczuciem, dysponuje najszerszą kadrą w Europie, dzięki czemu nawet w czasach zarazy - gdy szatnię dziesiątkują kontuzje - nie lamentuje, że nie ma kogo wystawić na mecz. To działa także w drugą stronę - trener daje mniej znaczącym podwładnym przyjemne przeświadczenie, że pełnią istotne funkcje, a zarazem utrzymuje znaczniejsze postaci w stanie permanentnego zagrożenia - tam prawie nikt nie wie, czy wystąpi w następnym meczu. Jeszcze raz Patrice Evra: „Dla niego jest normą, że zagrałeś dobrze. Chcesz mieć pewność, że wystąpisz za kilka dni, musisz zagrać wybitnie”.

W traktowaniu piłkarzy Ferguson też ewoluował i choć np. nadal nie przepada za celebrytami, toleruje u nich więcej. Nie chodzi już też sam po domach - gdy włoski nastolatek Federico Macheda, rozochocony kilkoma debiutanckimi golami, zaczął odwiedzać kasyna, to trener jakoś dotarł do stojących przed nimi bramkarzy i ci wiedzieli, że mają gołowąsa nie wpuszczać. Jak bardzo Szkot się zmienił - czy „suszarką” częstuje piłkarzy rzadziej, czy dryl w drużynie generalnie zelżał - ustalić trudno. Trzeba by konfrontacji kilku pokoleń zawodników, którzy donieśliby, jak w szatni było, a jak jest. Wielu ludzi angielskiej piłki znających realia z Old Trafford upiera się jednak, że Szkot złagodniał, bo zmieniły się czasy - gwiazdorzy podpisują kontrakty obfitsze niż kiedykolwiek, już jako nastolatkowie zamieszkują w pałacach, przyzwyczaili się do uwielbienia całej planety, a po transferze do najlepszych klubów przeważnie sami dbają o siebie. Zachowują się profesjonalnie, przestrzegają diety, nie chcą stracić tego, co mają. I cały czas oddalają się od trenera mentalnie - na początku kariery był niemal ich rówieśnikiem, teraz osiągnął wiek dziadka, który z plikami na iPoda z podwładnymi się raczej nie wymieni. - Styl na suszarkę przestał działać. Poznałem Fergusona 20 lat temu i widzę, że teraz jest inny. Przyjacielski w stosunku do graczy - mówi były trener Chelsea Avram Grant.

Co najbardziej zdumiewające, Szkot dopiero teraz przeżywa najznakomitszy okres w swojej ociekającej złotem karierze. Ba, zbiera tytuły w tempie niespotykanym na Wyspach od przeszło ćwierć wieku, choć konkurenci - wsparci gargantuiczną fortuną Romana Abramowicza (londyńska Chelsea) i jeszcze wyższą górą emirackich petrodolarów (Manchester City) - potężnieją z każdym sezonem. Najgorsza dla nich wiadomość brzmi: sir Alex nie wyhamowuje, z pasją kształci następne pokolenie (często wystawia młodszą drużynę niż najsławniejszy wychowawca Arsene Wenger), wciąż zaraża ich pulsującą energią i uwodzi aurą władcy absolutnego, chce wyławiać zdolnych chłopców ze wszystkich kontynentów (jeśli pozwolą przepisy, bo „Barcelona właśnie ściągnęła Chińczyka i Japończyka”). Przygotowuje strategię na następną dekadę? Dwie? Z jego aktualnej seniorskiej kadry można by złożyć jedenastkę: De Gea (21 lat) - Rafael (21), Smalling (22), Jones (19), Fabio (21) - Anderson (23), Cleverley (22) - Nani (25), Rooney (26), Wellbeck (21) - Hernandez (23). A na ławce posadzić Evansa (23), Younga (26) czy Valencię (26). Ci ludzie mają przed sobą całą wieczność gry na najwyższym poziomie!

Im dłużej ich szef wytrwa, tym bardziej oddali od Manchesteru przerażającą perspektywę szukania następcy - kiedy Ferguson odejdzie, wywoła trzęsienie Old Trafford z krańca skali Richtera. Wystarczy przypomnieć sobie, że przed dziesięcioma laty, gdy Szkot planował emeryturę, szefowie klubu chcieli oddać piłkarzy w ręce Svena-Gorana Erikssona. Trenera, który ostatnio znajdował posadę dosłownie wszędzie - Manchester City, reprezentacja Meksyku, Notts County, Wybrzeże Kości Słoniowej, Leicester - ale żadnej nie utrzymał dłużej niż rok.

Na razie Fergusona zdejmuje pewnie zgroza na samą myśl, że wtedy rodzina omal go nie przekabaciła, by rzucił futbol i został regularnym dziadkiem, takim, co to z ławki rozczula się widokiem ćwierkających ptaszków, a nie zarządza zgrają gagatków o temperamencie Rooneya. Dziennikarze wciąż go nagabują, czy nie ma już dość całodobowego funkcjonowania na najwyższych obrotach, a on albo rzuca, by nie zadawali kretyńskich pytań, albo spokojnie tłumaczy, że dekady ciężkiej harówy nie uprawniają nikogo do tego, by założyć kapcie i odpoczywać. Tak zrobił jego ojciec, który odszedł na emeryturę jako 65-latek. Po roku bezczynności zmarł. Również dlatego Ferguson, choć do rychłej emerytury się nie przymierza, już ją zaplanował: będzie więcej podróżował, czytał więcej książek historycznych, uczył się języków i gry na fortepianie. Ale to odległa przyszłość. Na razie rozmyśla o następnym ćwierćwieczu w Manchesterze.

wtorek, 26 kwietnia 2011

Mieli powoli odsuwać się w cień, a dociągnęli swoje drużyny do dzisiejszego półfinału Ligi Mistrzów. Hiszpan z Schalke urodził się w roku 1977, Walijczyk z Manchesteru Utd to rocznik 1973. Ich długowieczność jest tym bardziej imponująca, że najwspanialsze stadiony jęli podbijać jako chłopcy.

W czternaste urodziny, które dziś normalni gimnazjaliści umilają sobie wyciskaniem goli palcami zrośniętymi z Playstation, Giggsa odwiedził w domu całkiem żywy Alex Ferguson z całkiem niewirtualnego Manchesteru Utd. W siedemnaste urodziny piłkarz podpisał profesjonalny kontrakt, by niebawem zadebiutować wśród dorosłych na Old Trafford, zostać mistrzem Anglii i jedną z najczęściej fotografowanych osób w Wielkiej Brytanii. Wszystko działo się na początku lat 90.

W połowie tamtej dekady do szkółki Realu Madryt przeniósł się - po zamknięciu szkółki w sąsiednim Atletico - Raul Gonzalez. Gdy miał 17 lat i 124 dni, zagrał w seniorach największego klubu XX wieku jako najmłodszy piłkarz w historii. Zanim skończył 25 lat, wygrał Champions League trzykrotnie. Teraz w półfinale nie ma nikogo, kto by mu pod tym względem dorównywał.

Jest Raul w rozgrywkach najbardziej utytułowany (wśród nadal uczestniczących w rywalizacji), jest najbardziej doświadczony (w ogóle) - uzbierał już 140 meczów, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Giggsa wyprzedza o 16. I obaj weterani - wbrew zasadzie, że w futbolu ci, którzy rozkwitają wcześnie, zazwyczaj wcześnie również więdną - nadal inspirują swoje drużyny do najważniejszych triumfów. Walijczyk zasłużył się asystą przy wszystkich bramkach Manchesteru w ćwierćfinałowym dwumeczu z Chelsea, Hiszpan z Schalke Gelsenkirchen zadawał ciosy i broniącemu tytułu Interowi Mediolan w ćwierćfinale, i Valencii rundę wcześniej.

Jedną z tajemnic wiecznej młodości Giggsa ma być joga. Gdy przed laty leczył kontuzję, klub wynajął dla niego trenerkę od wschodnich ćwiczeń oddechowo-fizycznych, a ta przeżyła wstrząs, odkrywając, że zawodowy - wybitny! - futbolista nie umie schylić się, by bez zginania kolan dotknąć rękami stóp. Dziś bohaterowi Manchesteru giętkości już nie brakuje. Choć długo jogi nie znosił, to pewnego dnia zdał sobie sprawę, jak mu pomaga, i wkrótce się od niej uzależnił. Ostatnio wydał DVD, na którym sam radzi, jak ćwiczyć, by utrzymywać ciało w szczytowej formie.

Raul odnalazł eliksir życia w obłędnej pasji do futbolu. Jego koledzy z boiska twierdzą, że nie interesuje się niczym więcej i że nie folguje sobie absolutnie nigdy, do bezwyjątkowo nienagannego prowadzenia się ma stosunek wręcz nabożny. Przed obecnym sezonem entuzjazmował się, że właśnie zniósł najcięższy obóz przygotowawczy w karierze.

Także dlatego - wobec mnóstwa wyrzeczeń - w ostatnich latach może czuć się pokrzywdzony. Najpierw trenerzy kadry narodowej nie zabrali go na mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata, a Hiszpanie na obu sięgnęli po złoto (pochodzący z nacji futbolowo nierozwiniętej Giggs też pozostał reprezentacyjnie niespełniony), potem napastnika odtrącił Real. Stąd przenosiny do Gelsenkirchen, dla ikony madryckiego klubu - zakładał jego koszulkę w 741 meczach, strzelił 323 gole - bolesna sportowa degradacja. Żywy pomnik wylądował na wygwizdowie. Schalke niby właśnie zdobyło wicemistrzostwo Niemiec, ale na mistrzostwo czeka ponad pół wieku, do Champions League zagląda rzadko, ugina się pod długami grożącymi bankructwem, pozbawioną znanych nazwisk kadrę ozdabia tylko jeden klejnot - Manuel Neuer, bramkarz pożądany w czołowych europejskich firmach. Przy swoim przeciwniku, zmierzającym po mistrzostwo Anglii i według "Forbesa" wartym 1,86 mld dolarów, są jak pchła przy słoniu.

Właściwie nie wiadomo, jakim cudem piłkarze z Gelsenkirchen dotrwali do pierwszego w dziejach klubu półfinału LM. W Bundeslidze ledwie się ruszają, z dziesiątego miejsca bliżej im do spadku niż awansu do europejskich pucharów. A jednak Raul nie pomylił się, gdy uciekając z Madrytu - wiedział, że tam sezon spędzi w rezerwie lub na trybunach - dostrzegł w niemieckim klubie idealne miejsce na śrubowanie snajperskich rekordów w Champions League. W tej edycji strzelił pięć goli, razem ma ich 71, wicelidera klasyfikacji wszech czasów Ruuda van Nistelrooya wyprzedza o 11. Miał udowadniać, że nie jest sportowym trupem, a ostatnio znów stał się - wobec spędzających na boisku setki minut bez gola Fernando Torresa z Chelsea i Davida Villi z Barcelony - czołowym hiszpańskim kanonierem. Bał się rychłej utraty sił witalnych, a zwierza się, że odmłodniał o pięć lat.

Jeden z najpiękniejszych wieczorów w LM przeżył kiedyś na Old Trafford, gdzie przyłożył Manchesterowi dwoma golami. Gdy tam potem wracał, trener Alex Ferguson nazywał go najlepszym piłkarzem świata i apelował, by zatrzymać go na brytyjskiej granicy.

Z jego klubu legend łatwo się nie wypycha. Zwłaszcza legend tak żywych jak Giggs, zbliżający się do 900 występów dla MU. Z wibrującego skrzydłowego wyewoluował w inteligentnego środkowego pomocnika, w trakcie mniej ważnych meczów magazynuje energię na mecze najważniejsze, do niedawna swoim przykładem dawał nadzieję Raulowi, który w Walijczyku znajdował dowód, że dojrzałość piłkarza może być pogodna. - Podziwiam go, dla niego futbol to też całe życie, chcę jego koszulki - mówi.

Obaj walczą czysto - Raul nie dostał czerwonej kartki nigdy, Walijczyk zobaczył jedną. Rekordy, które ustanawiają i nawzajem sobie odbierają, trudno zliczyć. Hiszpan strzela gole w LM przez 14 kolejnych sezonów. Gdyby nie jego wytrwałość, najdłuższa seria - 11-sezonowa - należałaby oczywiście do Giggsa. Messi, Ronaldo i reszta muszą się jeszcze sporo nabiegać, by choćby spróbować rzucić weteranom wyzwanie. A przede wszystkim - sportowej dojrzałości dożyć.

Archiwum
Tagi