Wpisy z tagiem: tiki-taka

sobota, 14 czerwca 2014

tiki-taka, Hiszpania, mundial 2014, mistrzostwa świata w piłce nożnej

Otumanił mnie wczorajszy mecz i rozbroił intelektualnie, dlatego nie mam sił rozstrząsać, czy markiz Vicente del Bosque powinien był osadzić w rezerwie starzejącego się w oczach Ikera Casillasa (cholera, z nim w bramce Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów!); obok Sergio Ramosa ustawić Javiego Martineza (Gerard Pique bardzo zmalał, odkąd nie pilnuje go Carles Puyol); w możliwie delikatny sposób od dawna marginalizować rolę Xaviego Hernandeza, utrzymującego się na od dawna niszczejących ścięgnach Achilllesa; czy wreszcie wobec posłania do ataku Diego Costy nie powinien był wesprzeć go lubiącym obsługiwać napastnika długim podaniem Koke. To byłoby bezcelowe rozlewanie liter, jakoś nie dowierzam, by hiszpański trener – nawet cierpiąc na zespół stresu poklęskowego – w ogóle rozważał nagłe rozstanie ze starymi mistrzami. Nastrój zrobił się tak schyłkowy, że zacząłem myśleć o tiki-tace w perspektywie historycznej.

Już wiemy, że ten styl futbolu zapamiętamy i uhonorujemy w księgach jako skuteczniejszy niż cokolwiek, co w najpiękniejszej z gier wcześniej wynaleziono. Przez pięć lat sezonów jego najwybitniejsi interpretatorzy obcałowywali najcenniejsze trofea. 2008: mistrzostwa Europy. 2009: Liga Mistrzów. 2010: mundial. 2011: Liga Mistrzów. 2012: mistrzostwa Europy. A jeśli do powyższego bilansu dołożymy jeszcze odsetek wygranych lub nieprzegranych meczów reprezentacji Hiszpanii i Barcelony, to ujrzymy dominację totalną.

Odkąd maszyneria zaczęła rzęzić, co rusz przekonujemy się jednak, że również przegrywa niezwyczajnie. Wzbraniam się przed użyciem słowa „spektakularnie”, ale właściwie o to chodzi. Od kilkunastu miesięcy wyznawcy tiki-taki – także świeżo nawróceni – nie umieją przegrać ot tak, jak to się zdarza każdemu, oni pozwalają się zadeptać, rozsmarować po trawie i przyglądać całemu światu, jak giną w potwornych mękach. Wszystko na granicy utraty godności.

Barcelonę w ubiegłorocznym półfinale Ligi Mistrzów sprał Bayern w stosunku 0:7. Wyższego na tym poziomie rozgrywek nie było nigdy.

Hiszpanię w ubiegłorocznym meczu o Puchar Konfederacji sprała Brazylia 0:3. Takie wyniki w finałach się zdarzają, ale zdarzają się rzadko.

Bayern –  przemodelowywany przez Pepa Guardiolę – tegoroczny półfinał Ligi Mistrzów z Realem Madryt zakończył wynikiem 0:5.

Wreszcie wczoraj Hiszpanie potulnie przyjęli 1:5, swoją najboleśniejszą porażkę od przeszło pół wieku. Tak beznadziejnie nie zaczął bronić tytułu żaden złoty medalista w dziejach mistrzostw świata. A przecież Iker Casillas mógł w meczu z Holandią poprawić mundialowy rekord wszech czasów Waltera Zengi, który nie puścił gola przez 517 minut! W końcówce stanęło mi przed oczami, jak w finale Euro 2012 prosi sędziego, by z szacunku dla rozbitych (4:0) Włochów nie przedłużał meczu, lecz pozwolił im pocierpieć bez publiczności, w intymności szatni. Tym razem chciało się, by arbiter skrócił konanie Hiszpanii…

Dlaczego tiki-taka, gdy już przygaśnie, w wielkich grach całkiem przestaje istnieć? Byłoby wpisane w tę wyrafinowaną wizję futbolu założenie, że albo wcielasz ją w życie perfekcyjnie – Michał Okoński cierpliwie przypomina o agresywnym pressingu – do czego potrzebujesz pełnej mentalnej i fizycznej witalności, albo stajesz się bezbronny jak niemowlę? Nawet holenderski trener Louis van Gaal sugerował wczoraj, że rywale przemieszczali się po boisku przewidywalnie, dlatego na kolejne ruchy Hiszpanów czekam zaintrygowany. Oni nie walczą już, przynamniej chwilowo, o utrzymanie panowania w świecie. Oni najpierw muszą zapobiec fabularnemu rozwiązaniu, jakiego nie przewidział nikt – powstaniu legendy o zjawiskowym futbolu, którym najbezlitośniej zadręczało się przeciwników, by następnie przeżywać najkoszmarniejsze nieszczęścia.

wtorek, 02 lipca 2013

O to pyta świat zaszokowany klęską faworytów w finale Pucharu Konfederacji. Trener Vicente del Bosque staje przed dylematem poważniejszym, acz spadającym na wszystkie największe drużyny.

Od początku roku przybywa poszlak, by podejrzewać, że najsławniejszy współczesny sposób na masowe wygrywanie stracił moc. Barcelona wiosną w Lidze Mistrzów potknęła się na stadionie Milanu, dwukrotnie tylko remisowała z Paris Saint Germain, zniszczył ją Bayern. Uprawiająca podobny styl reprezentacja Hiszpanii dopiero w rzutach karnych wykopała z Pucharu Konfederacji Włochów, dobierających z najmarniejszego pokolenia od dekad, a potem rozjechali ją gospodarze. Zatrzęsienie wpadek, proroctwa o końcu ery musiały wybrzmieć.

A przecież tiki-taka nie przestała działać, ona co najwyżej przestała istnieć.

Przynajmniej chwilowo, przynajmniej w swoim perfekcyjnym, zabójczo skutecznym wydaniu. Ten styl nie polega tylko na trzymaniu piłki, lecz także na agresywnym, stosowanym na wrogiej połowie pressingu natychmiast po przejęciu jej przez przeciwnika. Inaczej jest kaleki, nie spełnia fundamentalnego wymogu: kiedy my atakujemy, rozbiegamy się i maksymalnie rozszerzamy pole gry, a kiedy oni atakują, maksymalnie je ograniczamy.

W niedzielnym finale Hiszpanie nawet nie pozorowali pressingu, od początku wyglądali na półżywych. Być może wycieńczył ich półfinał – rozgrywany dzień po półfinale Brazylii, w dodatku wydłużony o dogrywkę i karne.

Co oczywiście faworytów nie usprawiedliwia, mogli zaoszczędzić siły, wygrywając z Włochami w 90 minut. Ot, urok turniejów – tak się wyśpisz przed następną rundą, jak sobie pościelesz w poprzedniej. Pamiętajmy, że „Canarinhos” wcale nie mieli wcześniej lżej, oni nie zabawiali się np. z amatorami z Tahiti.

O dyspozycję psychofizyczną mistrzów świata i Europy – ze szczególnym uwzględnieniem gwiazd katalońskich, triumfujących także w Champions League – pytamy jednak coraz częściej. Nie ma sportowców całkiem wyjętych spod praw fizjologii ani psychologii, sam brazylijski trener Luiz Felipe Scolari wspominał przed finałem, że rywalom może zaszkodzić, iż od lat bez wytchnienia biją wszystkich i wszędzie w niemal nietkniętym składzie.

I nie chodzi tu tylko o wyczerpanie fizyczne. Również o wypalenie, które utrudnia wyciśnięcie z siebie 110 proc. możliwości. Nie przebiegasz jednego metra ponad siły, grupie ubywa naturalnego entuzjazmu, rozleniwia ukryte w podświadomości poczucie, że osiągnęło się sportowe spełnienie.

Wtedy pojawiają się dylematy znane tylko trenerom wielkich mistrzów. Odsunąć ich od boiska czy nie odsunąć? Jak wychwycić granicę, po przekroczeniu której nie zdobędą się już na następny szczytowy popis? Jak odsuwać, by nie naruszyć równowagi w szatni? W idealnym świecie byłoby jak w japońskiej legendzie o wiosce spod góry Narayama, której mieszkańcy w pewnym wieku, nie chcąc być ciężarem dla otoczenia, wyruszali na szczyt góry, by tam doczekać końca. W realnym świecie niełatwo wyczuć, że nadszedł czas, by zejść ze sceny.

A jeśli José Mourinho trochę racji miał, gdy spychał Ikera Casillasa (148 meczów w kadrze, reagował leniwie przed pierwszym golem Brazylii) za plecy Diego Lópeza? A jeśli Xavi Hernández (126 meczów) nie zdoła dłużej wytrzymywać wściekłego krycia rywali? Celowo podaję akurat nazwiska najświętsze, by uświadomić, przed jakimi wyzwaniami stoi Vicente del Bosque. Zwłaszcza że może czerpać z niezliczonych możliwości, w Hiszpanii doskonały gracz doskonałego gracza doskonałych graczem pogania. O czym przypominały detale z niedzielnego finału – Xaviego prześladował Luiz Gustavo, rezerwowy triumfatora Ligi Mistrzów Bayernu, który zmieścił się w jedenastce Brazylii, tymczasem podstawowy w tym samym Bayernie Javi Martínez w jedenastce pokonanych się nie zmieścił...

Jeszcze raz: nie wskazuję Casillasa czy Xaviego jako winnych czegokolwiek, posługuję się nimi tylko dla ilustracji archetypicznego w sporcie problemu, jak rozstawać się z żywymi pomnikami. Niewykluczone zresztą, że hiszpańskiemu selekcjonerowi wystarczy skromniejszy retusz personalny. Ale jakiś retusz zaczyna wydawać się niezbędny. Dotąd del Bosque wysłuchiwał, że ma tylko nie psuć, teraz wreszcie musi naprawiać. I to naprawiać mechanizm delikatny, wymagający ruchów po mistrzowsku subtelnych – zupełnie jak tiki-taka. Misja godna trenera pragnącego zostać jedynym po wojnie, który mundial wygrał dwukrotnie.

piątek, 28 czerwca 2013

W finale Pucharu Konfederacji, o którym zamierzam blogować w niedzielę wielogodzinnie, przeszłość zderzy się z teraźniejszością. Brazylia przez dekady była w świecie futbolu punktem odniesienia – najczęściej podbijała mundial, wychowywała najwięcej gwiazd, eksportowała najwięcej wyśmienicie wytrenowanych zawodowców. Aż nadeszli Hiszpanie.

Ich imperium stale się rozrasta. I w poziomie – ci, których odrzucą Barcelona z Realem, kolonizują ligę angielską. I w pionie – rządzą w każdej kategorii wiekowej. Obronili złoto mistrzostw Europy seniorzy, obronili to samo złoto kilkanaście dni temu 21-latkowie, obronili je 19-latkowie. Mundial 20-latków jeszcze trwa, ale i tam reprezentacja panująca zdaje się nie mieć konkurencji. Można pomyśleć, że nikt inny nie umie już szkolić piłkarzy. Ba, młodzi Hiszpanie znęcają się nad rywalami nawet okrutniej niż dorośli.

Ci ostatni pozostają niepokonani od 29 meczów o stawkę, co jest oczywiście rekordem wszech czasów. A istnieje statystyka jeszcze bardziej zniewalająca – Hiszpanie mieli ledwie dwie wpadki w 59 ostatnich spotkaniach o stawkę. Tak nieznaczne, że niemal niezauważalne. W półfinale poprzedniego Pucharu Konfederacji i na inaugurację zwycięskich MŚ.

Gdyby wejrzeć wyłącznie w gołe statystyki, byłaby uprawiana przez Hiszpanów tiki-taka nade wszystko wyrafinowaną sztuką defensywy. Nie stracili gola w czwartkowym półfinale Pucharu Konfederacji (wydłużonym o dogrywkę), nie stracili w rundach pucharowych Euro 2012, mundialu 2010 i Euro 2008. Kiedy rywalizacja wchodzi w rozstrzygającą fazę, ich bramka pozostaje nietknięta. I tak już przez 1110 minut gry. 18 godzin z okładem. Hiszpania, Serena Williams futbolu.

Jeśli jednak wyłowimy z pamięci obrazy, okaże się, że opowieść o absolutnej hegemonii tworzy mnóstwo rozdziałów o balansowaniu na krawędzi. W czwartek faworyci chętnie zapraszali Włochów pod bramkę, zezwolili im na kanonadę, wystarczyłoby jedno pudło w rzutach karnych, by przegrali. W półfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy pogrozili Portugalczykom dopiero w dogrywce, ale do finału też przecisnęli się dzięki karnym. W krwawej, trudnej do zniesienia bijatyce o złoto mundialu od karnych dzieliło ich mgnienie oka – Andrés Iniesta przerwał klincz w 117. minucie. W ćwierćfinale tamtego turnieju odetchnęli dwukrotnie – zanim wydłubali jedynego gola, Paragwajczycy strzelili swojego z minimalnego spalonego, a potem spudłowali z „jedenastki”. Mecz 1/8 finału z Portugalią? Rozstrzygnięty pojedynczą akcją. Wreszcie w bezbramkowym ćwierćfinale Euro 2008 na boisku długo panował bezruch, lepszego także musiały wyłonić rzuty karne...

Żaden z podanych epizodów nie zostawiał wrażenia, że Hiszpanie wynaleźli styl gry niezawodny, niemal gwarantujący zwyciężanie seryjne. Kiedy Vicente del Bosque wystawia dwóch defensywnych pomocników, to solidnie zabezpiecza tyły, ale zarazem wyrzyna z drużyny idee ofensywne – zwłaszcza przy trzymaniu z dala od murawy wszystkich skrzydłowych. Teoretycznie wieczne utrzymywanie się przy piłce powinno być perfekcyjną strategią obronną, przeciwnik gołymi nogami nie zaatakuje. Jak jednak ma być perfekcyjną, skoro na zbliżeniu widać, że nie jest? Skoro pokiereszowani kontuzjami Włosi fruwali w czwartek, gdzie chcieli?

Im pewnie najłatwiej pojąć, na czym polega sekret Hiszpanii. To wszak oni wraz z Niemcami przez dziesięciolecia zgarniali medale niemal zawsze i wszędzie, posiedli bowiem umiejętność w sporcie bezcenną, acz nieuchwytną – umiejętność wygrywania. Wygrywania niezależnie od okoliczności, demonstrowanej formy, jakości aktualnego pokolenia piłkarzy.

Hiszpanie nie czują się już jak petenci, wszędzie wchodzą razem z drzwiami. Nawet ci drugoplanowi. W czwartek w rezerwie grzecznie przycupnęli Javi Martínez, który triumfował z Bayernem w ostatniej Lidze Mistrzów, oraz Juan Mata, który triumfował z Chelsea w poprzedniej. A „jedenastki” wszyscy wykonywali tak, jakby odbierali, co im należne. Buffon chyba ani razu nie musnął piłki, choć dostał aż siedem prób – to nie zdarza się często nawet słabszym bramkarzom.

Przez hiszpańskie głowy przeszło tsunami. Notoryczni przegrywacze przepoczwarzyli się w wyczynowych wygrywaczy. Nową dla siebie mentalność stale rozwijają, już juniorzy wychodzą na boiska z przeświadczeniem, futbol wymyślono dla nich. Spójrzcie na projekt ich aktualnych koszulek. Na te schodzące się na klacie złote pasy. Wystarczy tylko dowiesić medale.

Jesus Navas, Fot. Eugene Hoshiko/AP

wtorek, 18 czerwca 2013

Hiszpania, pilka nożna, Furia Roja

Znów widziałem tego potwora. Nie można nawet dać kiepskiej metafory, że w miejsce łba, który mu zetną, wyrastają inne łby, bo nikt tego potwora nie umie choćby zadrasnąć.

Wydarzeniem zakończonego przed chwilą finału młodzieżowych mistrzostw Europy było, że Hiszpanie zagapili się i stracili gole. Jedyne w turnieju. A wcześniej zasadzały się na ich bramkę m.in. Niemcy i Holandia, czyli nacje wszechobfitujące w talenty. W półfinale obrońcy tytułu stuknęli Norwegię 3:0, przed chwilą o złoto Włochów 4:2.

Znacie to? Dorośli Hiszpanie utrzymali bramkę nietykalną w ćwierćfinale, półfinale oraz finale Euro 2012. I w 1/8 finału, ćwierćfinale, półfinale oraz finale mundialu 2010. I w ćwierćfinale, półfinale oraz finale Euro 2008. Tiki-taka, okrutne znęcanie się nad rywalem poprzez odebranie mu piłki na zawsze, zaczyna wyglądać na najbliższą perfekcji strategię obronną, jaką znał futbol. Tak jak bliski perfekcji zaczyna się zdawać hiszpański pomysł na futbol – teraz wszyscy opiewają Thiago Alcantarę, który wbił w finale trzy gole (głową, lewą nogą, prawą nogą), jednak Hiszpania znów była przede wszystkim całością. Harmonijną, nieskazitelną w detalach, skomponowaną chyba wyłącznie z przyszłych gwiazd futbolu. Niby wcale często zrywają się ci piłkarze do sprintu, ale ja mam wrażenie, jakby w trakcie gry utrzymywali tętno spoczynkowe. Chcecie poczuć, ile potęgi mają mistrzowie wszystkiego (z coraz większym upodobaniem używam tego określenia), przesuńcie wzrok na fotele dla rezerwowych – i w reprezentacji seniorskiej, i w juniorskich. Tylko ostrzegam, to może być jak dotknięcie nieskończoności.

Najnowsza historia mistrzostw Europy w różnych kategoriach wiekowych ma już tylko kolor Furia Roja. Dorośli Hiszpanie zdobyli złoto w 2008 i obronili w 2012. Młodzieżowcy zdobyli złoto w 2011 i obronili je dziś. 19-latkowie zdobyli złoto w 2011, obronili je w 2012 i coś mi się zdaje, że spróbują ponownie obronić w lipcu 2013. A w najbliższy piątek startuje mundial dwudziestolatków, na który po raz pierwszy nie awansowały ani Argentyna, ani Brazylia. Spróbujecie zgadnąć, w kim bezapelacyjnych faworytów widzą bukmacherzy?

Tagi: tiki-taka
20:14, rafal.stec
Link Komentarze (48) »
Archiwum
Tagi