Wpisy z tagiem: MŚ 2018

poniedziałek, 16 lipca 2018

Kolinda Grabar-Kitarović

Fajne imię. Oryginalne, 99,999 proc. ludzkości nigdy nie słyszało, żeby ktoś się tak nazywał. Super pasuje do piłkarskiej reprezentacji Chorwacji, która też jest fajna, oryginalna i super, ponieważ zdobyła srebro mundialu, a maleńkie kraje zazwyczaj nie fruwają na pułapach medalowych.

Kolinda akurat też przyleciała z Chorwacji - do Rosji, dzielnie kibicować z trybun piłkarzom Chorwacji, jest w końcu prezydentem ich kraju, krąży też wzruszająca informacja, że sama opłaciła podróż do włości Putina, pomimo pełnionej funkcji. Piszę, że „krąży”, bo w internecie mi mignęło, a nie chce mi się sprawdzać.

Prawie nikt nie sprawdza. Lepiej podejrzeć zdjęcia Kolindy - z plaży, atrakcyjne, jeszcze fajniejsze niż imię. To też kluczowy aspekt zjawiska, chodzi o tzw. „cycki” - przepraszam za wyrażenie, zbiorowo się tak określa sami wiecie jaki typ obrazkowych internetowych przyciągaczy. Foty półnagiej Kolindy są wprawdzie fejkowe, ale tego też nikt nie sprawdza, zresztą gdyby po sprawdzeniu okazały się fejkowe, to przyjemności mniej. Jedna fejkowa fota mniej czy jedna więcej, co za różnica, przecież przed chwilą hulały po tzw. portalach społecznościowych filmy z chorwackich ulic w ekstazie wywołanej mundialowym sukcesem i nikogo nie obchodziło, że filmy tak naprawdę pokazują zabawę w hiszpańskiej Pampelunie.

Kolinda zrobiła więc karierę, furorę nawet. Rozbłysnęła na gwiazdę, reklamuje Chorwację prawie jak piłkarze - jako pani prezydent nowoczesna, dynamiczna, sympatyczna, naturalna, niewyniosła, spontaniczna, w niej jest samo dobro.

Tak się przypadkiem składa, że wiedziałem o jej istnieniu już wcześniej. O Kolindy poglądach, politycznej karierze i stylu. Zdaję sobie też sprawę, dlaczego nacjonalizm lgnie do sportu, zwłaszcza do dyscypliny rozbudzającej namiętności silne jak piłkarskie, wizyty Chorwatki na trybunach doskonale rymowały mi się ze wszystkim, co dotarło do mnie wcześniej. Ale wątku politycznego ciągnąć nie chcę. Kogo interesuje, niech sobie sprawdzi, nie będę skręcał z roli prostego dziennikarza od opisywania sportowych fikołków, nawet jeśli poglądów Kolindy - pani prezydent Kolindy - nie lubię i odczuwam wewnętrzną potrzebę ich zwalczania, to oddam tę misję mądrzejszym. Zwłaszcza że uwierają mnie teraz nie jej przekonania i działalność, lecz dołująca bezrefleksyjność tłumu, który uległ urokowi nie wiadomo czego.

Foty fejkowe, nikt nie wie, co pani prezydent myśli o tym i o owym, nikomu nie chce się sprawdzić, nikt nie poświęci kropelki potu - przeciwieństwo heroicznie wycieńczonych chorwackich piłkarzy - żeby dowiedzieć się, co go zachwyca, co podaje dalej, co lajkuje i propaguje, uwielbiają Kolindę lewaki i prawaki, kochają liberały i faszole, oklaskują demokraci i zwolennicy twardorękich rządów większości nad mniejszością. Idealna definicja poznawania świata przez tzw. portale społecznościowe, które skutkuje potem, w chwilach ważniejszych niż mundialowe, kompletną bezradnością w konfrontacji ze złożonością rzeczywistości.

Wylądowałem na Okęciu, więc nie zdążę spisać kilku kolejnych planowanych akapitów (zresztą iPad pada), ale mniej więcej się wygadałem. Mistrzostwa były fascynujące, a Władymir i Kolinda umiejętnie to wykorzystali, poza Francją zatriumfowała jeszcze władza - rosyjska i chorwacka.

Tagi: MŚ 2018
20:13, rafal.stec
Link Komentarze (41) »
piątek, 13 lipca 2018

 Anglia

Czy wyspiarscy piłkarze, którzy w środę z kretesem przegrali batalię z Chorwacją, rzeczywiście rozgrywają mistrzostwa inne niż zwykle, zwiastujące odzyskanie utraconej potęgi?

Oto jak jeden epizod może radykalnie wpłynąć na postrzeganie rzeczywistości: Anglicy przegnali zmory, po bezliku katastrof wreszcie triumfowali w rzutach karnych – i wnet okazało się, że najnowszą reprezentację tworzą piłkarze przyszłości, zwłaszcza psychicznie górujący nad przedstawicielami poprzednich pokoleń. Zwróćmy uwagę, że tamtego przełomowego wieczoru nie zależeli nawet od siebie – po trzeciej serii jedenastek przegrywali i gdyby Kolumbijczycy zachowali zimną krew, wyspiarze skończyliby typowo. Padliby po zderzeniu z pierwszym poważnym rywalem.

Komentatorzy zwariowali jednak ze szczęścia. Poszlaki świadczące o tym, że nowa wspaniała przyszłość dzieje się już, znienacka się rozmnożyły, ze szczególnym uwzględnieniem mentalnych. Młodzi angielscy piłkarze mieli grać wyluzowani, już nie w lęku przed klęską, lecz w radosnym pędzie do spełniania marzeń; zdeprawowanych i zestresowanych zarazem celebrytów z przeszłości zastąpili twardziele po przejściach, także niskoligowych, którzy przywykli do walki z przeciwnościami losu; z Kolumbią wygrali Anglicy wojnę na spryt, niekoniecznie czyste triki, trener Gareth Southgate mówił, że „stali się sprytniejsi” i „przyjęli reguły gry proponowane przez resztę świata”. Euforia.

Czy istnieją podstawy, by zaproponować alternatywną interpretację? Na pewno wiemy, że Anglicy perfekcyjnie przygotowali stałe fragmenty gry – zawdzięczają im rekordowe 75 proc. goli, strzelili ich w ten sposób więcej niż ktokolwiek w historii MŚ opisanych statystycznie. Pomysł na wygrywanie ilustruje przypadek Harry’ego Kane’a, któremu wysoce prawdopodobny tytuł króla strzelców dają na razie trzy gole z karnych, jeden zdobyty nieświadomie (piłka się odbiła) oraz dwa po rzutach rożnych (jedna dobitka). Dorobek osobliwy – takiego supersnajpera mundial jeszcze nie widział. W innych sytuacjach napastnik Tottenhamu pudłował.

Inne fakty: wyspiarze pokonali jedynie Panamę, Tunezję oraz Szwecję. I tradycyjnie pomogli rywalom spektakularnie przechodzić do historii – na MŚ 2014 pozwolili Kostaryce pierwszy raz wyjść z grupy, na Euro 2016 ulegli rzetelnemu zespołowi z maleńkiej Islandii, na MŚ 2018 ustąpili debiutującej w finale Chorwacji. A kiedy ta ostatnia strzeliła im wyrównując gola, kompletnie się pogubili. Nie wytrzymały im głowy, w których rodacy doszukiwali się nieprzebranych pokładów mocy, stalowej woli zwycięstwa. Zresztą gdyby wyspiarze ulegli raczej fizycznie, byłaby tragedia, w końcu szarpali się z rywalami krwawiącymi, znoszącymi już trzecią na turnieju dogrywkę.

Niewykluczone, że owszem, stan angielskiego umysłu jest dzisiaj inny niż wczoraj, ale dotyczy to bardziej komentatorów niż piłkarzy. Gdy w 2002 r. z mundialu wracali – po porażce z Brazylią! – młodzi lub stosunkowo młodzi zdolni Rio Ferdinand (23 lata), Ashley Cole (21), Paul Scholes (27), David Beckham (27) czy Michael Owen (22), ogłaszano żałobę narodową, a gdy teraz wracają zbliżeni wiekowo John Stones (24), Kieran Trippier (27), Jordan Henderson (27), Dele Alli (22) czy Harry Kane (24), to witają ich pocieszające zapewnienia, że zebrali doświadczenia, by zwyciężać jutro.

Może zresztą powinni szukać nadziei gdzie indziej. Choć na ich piłkarzach muszą odcisnąć piętno wybitni zagraniczni trenerzy spraszani do Premier League bardziej masowo niż kiedykolwiek, to nie ma żadnych racjonalnych podstaw do wyrażania przekonania, że obecni kadrowicze osiągną więcej niż ci sprzed półtorej dekady. Jednak nadciąga wataha jeszcze młodsza, ewidentnie wyszkolona – najważniejsze pojęcie w angielskim słowniku futbolowym – inaczej niż nieszczęśnicy z przeszłości. Mniej ważne, że juniorzy zgarnęli w ubiegłym roku złoto MŚ do lat 17, srebro ME do lat 17 (do ostatnich sekund prowadzili z Hiszpanią), złoto ME do lat 19, złoto MŚ do lat 20 oraz brąz młodzieżowych ME (w półfinale nie wytrzymali karnych z Niemcami). Mniej ważne, że ich popisy sumują się w 34 mecze bez porażki. Najistotniejsze, że urzekali technicznym wyrafinowaniem w ich kulturze niespotykanym, jak wyjętym ze szkoły iberyjskiej. Zmiana w edukacji niewątpliwie nastąpiła, skoro Phil Foden obmacuje stopą piłkę z taką subtelnością, jakby lepili mu ją w słynnej barcelońskiej akademii La Masia.

A teraz jego rozwoju dogląda w Manchesterze City wybitny wychowawca Pep Guardiola. Tak, idzie obiecujące nowe. Nawet jeśli akurat na mundialu 2018 angielscy seniorzy specjalnie nie zaimponowali.

Tagi: MŚ 2018
01:46, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
środa, 11 lipca 2018

Żaden mecz na rosyjskim turnieju - naprawdę, nie sposób znaleźć żadnej innej pary - nie uzmysłowiłby mi silniej, jak radykalnie zmienił się świat, w którym żyję.

Kiedy poprzednio patrzyłem, jak na MŚ tłuką się Belgia z Francją, trwał rok 1986, dla mojej futbolowej szajby bodaj najważniejszy, z mundialem maradońskim jako mitem założycielskim, do którego od tamtej pory porównuję wszystkie inne turnieje ze świadomością, że żaden nie ma szans.

No więc spotkali się wówczas tegoroczni półfinaliści, żeby zagrać o brąz. I wszystko było jeszcze klarowne i proste. Belgowie dzielili się co najwyżej na Flamandów i Walonów, za najbardziej odmiennego uchodził świetny rozgrywający Enzo Scifo – choć urodził się w swojskim La Louvire, to z małżeństwa imigrantów z Sycylii (we włoskiej Wikipedii do teraz figuruje jako Vincenzo). Etniczną jednolitość Francji również naruszała jedynie domieszka różnorodności – w osobach pomocnika Jeana Tigany, który przyszedł na świat w Bamako, dzisiaj stolicy Mali, wówczas leżącego w podporządkowanym Paryżowi Sudanie Francuskim, oraz Luisa Fernándeza pochodzącego z hiszpańskiej Tarify. Drobiazgi, ledwie jeden niebiały na 44 piłkarzy.

Od tamtej pory proporcje może całkiem się nie odwróciły, ale w tym kierunku ewoluują. Zawodnicy bezpośrednio lub niebezpośrednio związani z innymi miejscami na Ziemi niż reprezentowany na mundialu kraj (lustrowałem tylko do rodziców, dziadków już nie) stanowią 53 proc. kadry belgijskiej i 70 proc. francuskiej. Namalowałem ten krajobraz w większym gazetowym tekście – duża frajda z pisania, lubię temat – ale obraz działa mocniej niż słowo, niech więc przemówi zdjęcie, tak wyglądały drużyny belgijska i francuska z mojego dzieciństwa, niemożliwa jednolitość:

Belgia - Francja

Jak wyglądają ekipy trenerów Roberta Martíneza i Didiera Deschampsa obecnie, doskonale wiecie, nierdzennych mieszkańców Europy – tamtego przymiotnika używam z przymrużeniem oka – rekrutują obie reprezentacje w nawet większym odsetku niż taki, który odzwierciedlałby multikulturową mozaikę społeczeństw. A ci na boisku odgrywają rolę zasadniczą, przywódczą, absolutnie fundamentalną. Spójrzmy zwłaszcza na Francję: o półfinałowym zwycięstwie rozstrzygnął Samuel Umtiti, urodzony w kameruńskiej stolicy Yaoundé; w ćwierćfinale Urugwaj rozbroił Rafaël Varane, którego ojciec przyleciał do Europy z Martyniki; w 1/8 finału Argentynę rozebrał na cząstki elementarne zjawiskowy Kylian Mbappé, syn Kameruńczyka Wilfriedo i Algierki Fayzy; najwięcej goli strzela i najczęściej asystuje Antoine Griezmann, w którego żyłach buzuje mieszanka krwi portugalsko-niemiecka; monsieur N’Golo Kante, czołowy mundialowy przodownik pracy i odzyskiwacz piłki (48 razy, mundialowy rekordzista), wziął się od imigrantów z Mali; wspólnie z nim środek pola patroluje Paul Pogba, którego starsi bracia bliźniacy urodzili się jeszcze w Gwinei, jeden z nich gra nawet w tamtejszej kadrze. Tylko jedną francuską bramkę na rosyjskim turnieju zdobył piłkarz całkowicie wrośnięty we francuskie terytorium (Benjamin Pavard, w miasteczku Jeumont wiszą teraz setki plakatów z jego podobizną), jeśli pozostali liczebnie stanowią 70 proc. francuskich zasobów kadrowych, to dla francuskiego wyniku zasługują się w 90 proc., inna Francja już zwyczajnie nie istnieje.

A jak wnikniemy w losy jednostek, to poznamy mnóstwo pociągających, czasami nawet fascynujących historii. Historii rzadko zresztą opisujących wewnętrzne zmagania ludzi z tożsamościowymi dylematami, częściej nie ma tu żadnych wątpliwości – choć taki np. Umtiti, który stuknął gola Belgom, urodził się we wspomnianym Yaoundé, to ani przez moment nie wahał się, kogo reprezentować. Odwiedzał go w domu legendarny kameruński napastnik Roger Milla, namawiał na grę dla kraju pochodzenia i piłkarza, i mamę, i brata, tłumaczył młodemu, że jeśli wybierze reprezentację trójkolorowych, nigdy nie zdoła wystąpić na mundialu (że niby za słaby, nie zechcą go), a młody Samuel uparcie powtarzał: „Kamerun nie jest dla mnie żadną opcją, chcę grać dla Francji i nie zmienię zdania tylko dlatego, że nie dostałem powołania”. Bo z Afryki wyjechał jako dwulatek, dorastał gdzie indziej, jest chłopakiem z Lyonu, wychowankiem tamtejszego klubu.

Powyginanych drzew genealogicznych wyrasta w Europie coraz więcej, szumią już niemal wszędzie, znikają okolice jednorodne, bałkańskimi uchodźcami wojennymi stoi Szwajcaria, załamani klęską Niemcy nagle zauważyli tureckie pochodzenie Mesuta Özila (zauważyli po 92 meczach, wcześniej Angela Merkel wskazywała go jako symbol udanej integracji, inna sprawa, że swoje nabroił), dla drużyny narodowej Danii gola strzela piłkarz ze słowem „Yurary” na plecach, czyli Yussuf Yurary Poulsen – chłopak od (nieżyjącego już) tanzańskiego ojca, mógł grać też dla Tanzanii. My, Polacy, coraz bardziej się od reszty kontynentu odróżniamy, ale zmiana nadciąga nieunikniona, to jasne jak Słońce, zresztą niewiele brakowało, by trener Adam Nawałka poza Thiago Cionkiem zabrał na mundial Tarasa Romańczuka, co zresztą wiernie odbijałoby nadwiślańską rzeczywistość, skoro sąsiadów ze wschodu przyciągnęliśmy już ponoć dwa miliony. Doprawdy, MŚ 1986 to odległa epoka, schowana za siedemdziesięcioma górami i siedemdziesięcioma lasami, nabrałem wątpliwości, czy jej w szczenięctwie aby nie wyśniłem.

Tym dziwniejsze, że nadal się różnorodnością aż tak zajmujemy, nadal – jak podczas słynnego lata ’98 – aż tak zauważamy, że francuski medal mundialu ma kolor postkolonialny, nie zobojętnieliśmy na zjawiska, które stały się przecież wszechobecne. I to nie tylko my – ja – czyli Polacy, ale wszelkie inne nacje, o międzykontynentalnej mozaikowości wtorkowych półfinalistów rozpisywano się w zatrzęsieniu innych języków, migotały nią tytuły, zdjęcia, całe internetowe portale. Klimat zmienił się dawno temu, a rozsłonecznione, upalne popołudnie wciąż przyjmowane jest, jakby era lodowcowa była wczoraj.

Rozmyślam o tym, gdy zaglądam w życie rodzinne piłkarzy o pokręconej tożsamości. Dowiaduję się, że Axel Witsel – z ojca z Martyniki, gra dla Belgii, mógłby reprezentować Francję – związał się Rafaellą Szabo, pół Rumunką, pół Węgierką, oboje po pięciu latach w Rosji przenieśli się Chin. Kim będą ich dzieci (mają dwójkę)? Jak zdefiniuje siebie córka, którą Griezmann – Francuz z pochodzącego z Niemiec ojca i pochodzącej z Portugalii matki – wychowuje z Eriką Chopereną, rodowitą Baskijką? I wreszcie Adnan Januzaj, spróbujcie się nie pogubić – on gra i urodził się w Belgii, mamę ma z Kosowa, tatę z Albanii (ponoć nakłaniał syna, by grał dla tej drużyny), babcię z Serbii, dziadka z Turcji, a jego narzeczona to urodzona w Londynie częściowo Irlandka, a częściowo cypryjska Greczynka. Serio, potomkowie tej pary będą potrzebowali już wyższej wyobraźni przestrzennej, żeby cokolwiek pojąć.

Wiem, że geny krążą nie tylko w futbolu, ale odnoszę wrażenie, że w futbolu z powodu jego wszechogarniającej kosmopolityczności krążą intensywniej, futbol czy w ogóle sport jest jak laboratorium, wyprzedza inne branże i społeczności, wyjątkowo szybko obala kolejne bariery, krótko mówiąc – przepowiada przyszłość. Pozwala już dzisiaj zobaczyć, jak poplączemy się totalnie, jak niczyjej tożsamości nie będziemy ustalać z zewnątrz, pozostanie nam jedynie każdą konkretną osobę zapytać, kim się czuje.

Tagi: MŚ 2018
17:36, rafal.stec
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 09 lipca 2018

Jaśnie Pan Piłkarz z Brazylii już został z mundialu wyproszony, ale zapomnieć o nim niełatwo, to przecież prekursor - usilnie promuje siebie jako czołowego boiskowego oszusta, symuluje z uczuciem i uporczywie, wręcz buduje wokół tego swój wizerunek. Felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

Tagi: MŚ 2018
22:03, rafal.stec
Link Komentarze (46) »
sobota, 07 lipca 2018

Wassily Kandinsky, MŚ 2018, mundial 2018

Wyznanie osobiste: kiedy potentaci zaczynają padać jak muchy, korespondenci mundialowi korzystają w sensie przyziemnie praktycznym: otóż większość wysłanników z krajów najliczniej reprezentowanych wyjeżdża, więc na trybunach dziennikarskich robi się przestronnie, nawet na szlagierach zawsze siedzę przy pulpicie, a nie na normalnym krzesełku – co dla piszących relację w trakcie meczu ma fundamentalne znaczenie, i ze względu na komfort stukania w klawiaturę, i dlatego, że możesz zerknąć w monitor, by zanalizować powtórkę kontrowersyjnego lub rozstrzygającego epizodu. W biurach prasowych zresztą też się rozluźnia, w dodatku tam i wokół stadionów otaczają cię ludzie inni niż zwykle, już tylko przez to ciekawsi. Sensacyjne rozstrzygnięcia lubię więc podwójnie, wiedziony nie tylko normalnym kibicowskim upodobaniem do oglądania wydarzeń zaskakujących czy dzikiej radości tych, którzy zwykle przegrywają.

Zaobserwowałem to zjawisko już podczas Euro 2004, gdzie kontynentalne potęgi kładły się jedna za drugą, aż półfinał obsadzili piłkarze z krajów średnich (Holandia) i małych (Grecja, Portugalia, Czechy) – małych i średnich w sensie ludnościowym, co poniekąd przekłada się na liczebność kontyngentu medialnego. Tamten klimat, pustkę ziejącą w sektorze prasowym, poczułem znów w Niżnym Nowogrodzie, gdzie w piątek patrzyłem na piłkarzy Urugwaju uprawiających sabotaż w meczu z Francją. W pobliżu znów było mnóstwo wolnych miejsc.

A potem „Canarinhos” nie uporali się z Belgią – choć wcale nie grali źle, 52 kontakty z piłką we wrogim polu karnym to ich rekordowy wynik w minionych 52 latach (taki wycinek przeszłości obejmują dostępne statystyki) – i skojarzenia z sensacją wszech czasów na mistrzostwach kontynentu stały się dojmujące. Skoro po raz pierwszy w historii w półfinałach nie ma Brazylii, Niemiec i Argentyny, skoro generalnie odpadli już zdobywcy 18 z 20 mundialowych złot, to przesuwa się nam przed oczami mundial również będący mocnym kandydatem na najbardziej sensacyjny w dziejach. Na trybunach zrobi się luźno.

Oglądamy zatem mecze w osłupieniu, niestandardowość przebiegu wydarzeń przyjemnie podrażnia mózgownicę, zaintrygowani usiłujemy wykryć jakiekolwiek reguły rządzące turniejem, podglądamy ekstazę zwycięzców i rozpacz pokonanych, dzieje się mnóstwo – aż po granice naszych możliwości percepcyjnych. Anglicy nauczyli się strzelać karne, a ich bramkarz Jordan Pickford wpadł na to, by zapisać sobie na bidonie, w który róg zwykli uderzać rywale! Niemcy przepadli w fazie grupowej, a trener Joachim Lów okazuje się zdolny do schrzanienia przygotowań! Obśmiewany Igor Akinfiejew umie bronić jedenastki na arenie międzynarodowej i jednak postanowił, przynajmniej w jednej prestiżowej konkurencji, rzucić wyzwanie Jaszynowi! Romelu Lukaku nie tylko przytłacza fizycznością, ale drybluje, rozprowadza i asystuje przy golu bez dotykania piłki! Yerry Mina z niezdary w Barcelonie jako Kolumbijczyk przeistacza się w obrońcę niemal monumentalnego! Można by długo kontynuować wyliczankę, idzie omdleć od nadmiaru wrażeń, tylko ów przeklęty Meksyk kopie jak nigdy, by w 1/8 finału przerżnąć jak zawsze. Fascynujący mundial.

I tylko czasem kołacze się pytanie, czy to jest także dobry mundial. Czy to jest ładny mundial. Pod względem sportowym oczywiście.

Werbalizuję wątpliwość przepojony bojaźnią wynikającą ze świadomości, iż dopuszczam się herezji, nawet ton nieśmiałej sugestii grozi tutaj obrazą kibicowskich uczuć. Mundial to wszak spektakl relikwia, spada nam z nieba raz na cztery lata, śpieszmy się go kochać, gdyż tak szybko odchodzi, dziecięco się nim zachwycać to prawie moralny obowiązek. Ale pytanie zadaję, choćby w tym szlachetnym celu, byśmy – byście – mogli stanąć w obronie mundialu, jeszcze bardziej uzmysłowić sobie jego wspaniałość.

Nie chcę badać intensywności gry, nie sprawdzam liczby sprintów i stoczonych przez piłkarzy pojedynków, nie zaglądam w statystyki pokonanych kilometrów – omijam parametry używane przez fachowców do oszacowania ogólnej jakości gry, ponieważ trudno tu uzgodnić powszechnie akceptowane kryteria, poza tym futbol reprezentacyjny musi ustępować klubowemu, choćby z powodu mnogości jednostek treningowych poświęconych na synchronizowanie gry w Realach, Barcelonach czy Juventusach. Chcesz Ligi Mistrzów, to odpal sobie Ligę Mistrzów, mundial oferuje inne atrakcje.

Zgodzimy się jednak chyba, że wolimy akcje wyreżyserowane i precyzyjnie wykonane, niż złożone z krzywych kopnięć, przypadkowych odbić, zagrań bez sensu. Lepszy udany drybling niż rajd przerwany faulem. Nie podnoszą sportowej wartości widowiska grube wpadki bramkarza. Ładniejsza parabola lotu piłki misternie podkręconej przez Coutinho niż rykoszet, który antybohaterem polskiego meczu z Senegalem uczynił Thiago Cionka, czy swojak Aziza Bouhaddouza. Perfekcyjny kontratak Belgów, który przeszył Japonię, pieści zmysły przyjemniej niż gol zrodzony z chaosu. Dostrzeganie plusów u wygrywającego przynosi więcej satysfakcji niż kłujące w oczy minusy u przegrywającego. Pewnie zgodzimy się również, że piłka nożna potrzebuje harmonii, kompozycji ruchu – statyczność rzutów rożnych, wolnych (nie mówię o cudownych strzałach w okienko) i karnych wzbogaca przedstawienie, lecz zastąpienie nimi natarć złożonych z kombinacji podań, dłuższej lub krótszej, nie wyszłoby futbolowi na zdrowie.

Spodziewacie się już pewnie, do czego zmierzam, a ja zamierzam dowodzić, że przybrało to większą skalę, niż się spodziewacie. Kulminacja nastąpiła w przywoływany piątek, gdy ożyły wspomnienia z Euro 2004 – najpierw ujrzeliśmy, jak wysławiany za maestrię defensywną Urugwaj w drugim meczu z rzędu zachowuje się naiwnie, gdy rywal zechciał wbić mu gola po stałym fragmencie gry; następnie maślane ręce wystawił do piłki bramkarz Fernando Muslera; wreszcie nieszczęście na Brazylię zaczął sprowadzać koszmarnym samobójem Fernandinho (w porywającym skądinąd ćwierćfinale z Belgią). Skandaliczne duże nagromadzenie zdarzeń na „nie”.

I na rosyjskim mundialu wcale nie wyjątkowe. Zsumujmy.

Padło aż 11 goli samobójczych – więcej niż kiedykolwiek na MŚ, a przecież samobój to samo zło, zamiast wyłaniać czyjąś skłaniającą do oklasków zasługę wyłania czyjąś wywołującą współczucie winę, gorszy jest niż rzępolenie na skrzypcach albo chamski błąd ortograficzny, brrr. Dopisek: nie wliczamy do czarnej listy wspomnianej pomyłki golkipera z Urugwaju, choć powinniśmy, on w żadnym razie nie wyrządził sobie krzywdy z powodu kunsztu uderzającego z dystansu Antoine’a Griezmanna. (Liczba samobójów na poprzednich turniejach, wszystkich za mojego świadomego życia: 5, 2, 3, 6, 1, 0, 2, 1).

Aż 20 bramek zdobyto dzięki rzutom karnym – rekord w liczbie podyktowanych ustanowili sędziowie już w fazie grupowej, było ich bowiem 24, o sześć więcej niż dotychczas w jakimkolwiek całym (!) turnieju, tymczasem jedenastki, wyjąwszy uruchamiające odrębne emocje serie podogrywkowe, to jednak element mniej wzniosły niż porządna akcja czy kunsztowne uderzenie z dystansu, woleja czy półobrotu.

Stałe fragmenty gry zwieńczone bramką biją uczestnicy turnieju na potęgę. One owszem, bywają wciągające i sławimy je jako bezcenne, ale powinny być jednak domieszką, nie esencją, a nadużywające ich drużyny oskarżamy czasem o niezdolność do wymyślenia czegoś ambitniejszego, jak Polskę, która jedyne gole wbiła właśnie dzięki kopnięciom leżącej na głowę Krychowiaka i nogę Bednarka. Niestety, nie tylko nasi piłkarze byli tu czynni, w fazie grupowej dzięki rzutom karnym, wolnym, rożnym i autowym padło horrendalne 43 proc goli., przy wskaźniku z poprzednich MŚ sięgającym ledwie 28 proc. Połowa zespołów zdobyła w ten sposób co najmniej połowę bramek, ponieważ inaczej niespecjalnie umieją, a kiedy gubią piłkę, głęboko się cofają, żeby również przeciwnikowi wybić z głowy tworzenie czegoś wyrafinowanego. Dlatego obrońca John Stones okazji strzeleckich definiowanych jako czyste miał więcej niż Leo Messi...

Aż nazbyt idealnie wkomponowuje się w naszkicowany krajobraz lider klasyfikacji najskuteczniejszych Harry Kane, który trzy z sześciu goli załadował z jedenastek, a czwartego mimowolnie, nieświadomy, że piłka fartownie odbija mu się od pięty. Zresztą wicelider Cristiano Ronaldo również, na trzy czwarte jego snajperskiego dorobku składają się: karny, błąd Davida De Gei, wolny. W czołówce tylko Romelu Lukaku, na razie wysunięty atakujący numer jeden w Rosji, strzela i asystuje w sposób urozmaicony. A najbardziej symptomatyczny zdaje się przypadek Marcusa Berga, który strzelał 16 razy, więcej niż ktokolwiek inny wśród środkowych napastników na MŚ, sześciokrotnie piłka zmierzała w światło bramki, ale w siatce nie wylądowała ani razu. Szwed się oczywiście nie przejmował, tylko skupiał na bieganiu do upadłego i pracy łokciami, ewentualnie przypominał z zadowoleniem, że wywalczył, a jakże, rzut karny.

Jeśli tendencja zostanie utrzymana i złotego buta wręczymy Kane’owi, poznamy mundialowego króla strzelców, jakiego ludzkość nie widziała (jego gole piąty i szósty padły po rzutach rożnych!). Co oczywiście nie obniża noty za występ na MŚ angielskiemu napastnikowi, przydatnemu i aktywnemu również daleko poza wrogim polem karnym, ale adekwatnie podsumowuje charakterystykę turnieju: piłkarze kreują niewiele zapierających dech bramkowych kombinacji, polegają natomiast na niespotykanym odsetku samobójów oraz stałych fragmentów gry. Rozmnożyły się nawet mecze, w których o wynikach nie rozstrzyga nic innego: Urugwaj – Francja, Kolumbia – Anglia, Rosja – Hiszpania, Polska – Japonia, Anglia – Tunezja (2:1, dwa rogi i karny), Meksyk – Szwecja, Korea Płd. – Szwecja, Kostaryka – Serbia, Francja – Australia (2:1, dwa karne i samobój) Chorwacja – Nigeria czy Maroko – Iran. Mnóstwo tego. Jeszcze jeden powód, by obwoływać rosyjski mundial innym niż wszystkie.

Innym, czyli niespektakularnym, może wręcz brzydkim. Wysypane wyżej statystyki i konkretne incydenty ilustrują coraz silniej dokuczające mi wrażenie, że różnokolorowe perełki: akcja Luisa Suáreza z Edinsonem Cavanim w 1/8 finału z Portugalią, solowe loty w kosmos Kyliana Mbappé, kilka klejnotów podarowanym nam przez Belgię (urokliwie wyłamuje się z turniejowej przeciętności) czy wymiany ciosów jak hiszpańsko-portugalska z drugiego dnia rywalizacji – nikną w ogólnej szarości. A chwaloną drużynę Roberta Martíneza otacza tłumek drużyn do zapomnienia, jak Rosja czy Szwecja, albo niemiłosiernie pragmatycznych, jak Francja (kolejny pretendent do tytułu króla strzelców, Griezmann: karny, karny, koszmarny eksces bramkarza). Potentaci odpadali wcześnie lub nie przekonywali/przekonują, najładniejsze wrażenie zostawili po sobie mali wyproszeni w fazie grupowej (Maroko, Iran, Peru, nawet Kostaryka) oraz Brazylia (upieram się, że w piątek grała z Belgią więcej niż przyzwoicie, nieprzyzwoicie tylko pudłowała i jeszcze miała pecha zetknąć się z bramkarzem ośmiornicą Thibautem Courtoisem). Trzeba wyławiać drobiazgi.

Pozostaje oczywiście jeszcze wątpliwość natury etycznej, artykułowana na wstępie obawa, czy uroda  mundialu nie zawiera się w definicji mundialu, czy nie jest on doskonały zawsze, nie został nam dany wyłącznie w celu wyrażania zachwytu, jak wschód słońca w górach, proza Czechowa czy jajko na miękko. Niniejszą analizę należałoby wówczas wymazać, z internetu oraz pamięci. Nie wypadałoby nigdy insynuować, że jakiekolwiek mistrzostwa były lub są niewyględne, turniej stanowiący pochwałę brzydoty i premiujący brzydotę musielibyśmy z wdzięcznością zaakceptować jako aktualny stan mundialowego ducha, a jeśli kogoś skręca od ochoty, by turnieje hierarchizować, to niech hierarchizuje tylko najlepsze (choć ich istnienie sugeruje istnienie najgorszych...), niech się publicznie dzieli jedynie ścisłą czołówką rankingu.

W mojej tabeli królowałyby igrzyska dawniejsze, jednak chciałem uroczyście i z głębi serca przysiąc, że zadaję powyższe pytania z szacunku i miłości do poddawanego ocenie delikwenta, po prostu mi zależy. No i się emocjonuję, mundialowej dramaturgii nie brakuje niczego, wprost przeciwnie, dzieje się w Rosji ponad wyporność nawet wytrenowanego kibica. Aż do ostatniego tchnienia ostatniego meczu zamierzam zatem rozsiadać się na przestronnej trybunie prasowej jak panisko, jak podczas słynnego, chyba mojego ulubionego, obfitującego w swoiste doznania Euro 2004. Będę się gapił cielęco rozanielony, przyjmując wszystko, co podadzą.

Tagi: MŚ 2018
13:47, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
poniedziałek, 02 lipca 2018

MŚ 2018

To była rozgrywka w 1/8 finału porywająca, taka, po której odnosisz wrażenie - niezależnie od smutku pokonanych – że obie strony odniosły zwycięstwo. Japończycy dlatego, że zdołali prowadzić 2:0 z rywalem nieporównywalnie bogatszym w talent, a Belgowie dlatego, że zdołali się odkuć, i to zafundowali najsmaczniejszy futbolowy deser, mianowicie przetrzymali fanów w nerwach do ostatniej akcji, by przeprowadzić ją perfekcyjnie, przeszyć wroga kontratakiem jakby wyjętym z podręczników.

Był cudowny, zacząłem pochłaniać powtórki, zapętliłem się. I zacząłem nieświadomie stukać w klawiaturę. Dwie refleksje możecie znać z mojego Twittera, trzecią i czwartą wyfantazjowałem dopiero teraz, notkę sporządzam tylko dla ostatniej. Proponuję mianowicie alternatywną wersję filmu o wspomnianym meczu; występują (w kolejności pojawiania się na ekranie): Wojciech Szczęsny, Piotr Zieliński, Łukasz Piszczeki, Robert Lewandowski i Sławomir Peszko; podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest czysto przypadkowe.

1) A idźcie w cholerę z systemami szkolenia i świetnymi piłkarzami, po prostu wywalcie trenera na zbity pysk tuż przed mundialem, jak Japonia, zastąpcie go kimś, kogo wcale nie chcieliście, i głośno się do tego przyznajcie - zaprawdę powiadam wam, obudzicie się prawie w ćwierćfinale.

2) Okrutny paradoks - z Polską stchórzyli i się opłaciło, z Belgią zapłacili Japończycy najwyższą cenę za brawurę. Oni serio chcieli załatwić sprawę przed dogrywką.

3) Niesłychane, że Belgowie potrzebowali obrywać dwoma golami, by zajarzyć, że odrośli dalej od ziemi, warto to wykorzystać. A zarazem całkiem zrozumiałe – czują się lepsi pod każdym względem, po co kombinować w powietrzu, skoro można jak Bozia kazała na trawie.

4) Przewinąłem ostatnią scenę jeszcze raz i olśniło mnie, że ów wygrywający belgijski superkontratak mogła właściwie wyczarować Polska. Dysponowała aktorami o zbliżonych predyspozycjach, wystarczyło się podobnie porozstawiać na planie. SZCZĘSNY (Courtois) przytomnie rzuca piłkę do ZIELIŃSKIEGO (De Bruyne) – ZIELIŃSKI pruje przez kilkadziesiąt metrów i podaje na prawo do rozpędzonego PISZCZKA (Meunier) – PISZCZEK dośrodkowuje – LEWANDOWSKI (Lukaku) odciąga obrońców i z premedytacją przepuszcza piłkę – wpuszczony z rezerwy skrzydłowy PESZKO (Chadli) dopełnia formalności.

Zabrakło detali.

Tagi: MŚ 2018
23:28, rafal.stec
Link Komentarze (24) »

Myślowe przyruchy trudno zwalczyć, zbyt głęboko w nas wniknęły: piłkarze Aliou Cissé przylecieli z Afryki, i to subsaharyjskiej, więc automatycznie zakładamy, że przywieźli rozwinięte raczej mięśnie niż mózgi. Co uwierało mnie od początku mundialu – właściwie nawet wcześniej – więc wreszcie się zebrałem i napisałem. Felieton do dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj.

PS Aha, a tutaj, gdyby ktoś reflektował, kawałek z weekendu, większa objętość o Leo Messim jako ofierze Diego Maradony.

Tagi: MŚ 2018
20:45, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 lipca 2018

MŚ 2018

Rzuty karne wygrywają ci, którzy wytrzymują psychicznie. Decydują nie tyle ściśle technicznie kompetencje, ile zdolność do działania w specyficznych okolicznościach. To wiedza elementarna, poparta twardymi danymi: w trakcie meczu piłkarze mają z jedenastu metrów 85-procentową skuteczność, w serii podogrywkowej, gdy napięcie rozsadza żyły, spada ona do 76-procentowej. Wiadomo też, że łatwiej znieść presję, gdy kopnięciem zapewniasz drużynie zwycięstwo (92 proc.), niż wtedy, gdy musisz ocalić ją od porażki i przedłużyć nadzieje (tylko 60 proc.). „Times” cytuje naukowców twierdzących wręcz, że szczególnie nadają się do tej roboty regularni psychopaci – chorobliwie pewni siebie, narcystyczni, wyłączający emocje.

Hiszpanie podchodzili dzisiaj do każdego karnego jak do boju o ocalenie, ponieważ uchodzili za bezapelacyjnych faworytów i już samo wydłużenie meczu do 120 minut było ich klęską. Rosjanie natomiast za każdym razem chwytali wspaniałą szansę, ponieważ remis był z ich perspektywy wyczynem niemal heroicznym.

Mieliśmy zatem do czynienia z przypadkiem ekstremalnym, sporą przewagą jednych nad drugim przed rozgrywką teoretycznie wyrównaną. Czy raczej mielibyśmy do czynienia, gdyby nie fantastyczny atut Hiszpanów – otóż nigdzie indziej, w żadnej reprezentacji uczestniczącej bądź nie uczestniczącej w mundialu, nie znajdziemy tylu graczy wybitnie oswojonych z presją, wielkimi futbolowymi wieczorami, najtrudniejszymi wyzwaniami podejmowanymi na największych stadionach. Przecież ją tworzą zasadniczo wyczynowcy zatrudnieni w obu klubach madryckich oraz Barcelonie, od dekady kolekcjonujących trofea uporczywie, sezon w sezon. Przywykli, że gdy dadzą ciała, to wali się świat.

Ciekawi mnie zatem, skąd wziął się pomysł, by ostatniego karnego – często najtrudniejszego z najtrudniejszych, obarczonego ledwie 60-procentową skutecznością – oddać Iago Aspasowi. Facetowi z Celty Vigo, który presję widział tylko w telewizorze, nigdy nawet nie zajrzał do Ligi Mistrzów, nie mówiąc o wiosennych rundach Ligi Mistrzów? Wiem, strzela karne regularnie, ale strzela byle komu i w byle meczach, a gdy w minionym sezonie musiał zmierzyć się z rywalem z najwyższej półki, to w meczu z Realem Madryt Keylora Navasa nie pokonał... Nie sensowniej było wybrać inną kolejność? Wyznaczyć kogoś innego? Dani Carvajal czy Sergio Busquets, którzy przeżyli na boisku prawie wszystko, aż do tego stopnia nie umieją kopać z 11 metrów?

Nie chcę się nad Aspasem znęcać (zresztą nie mam pewności, że czyta blog „A jednak się kręci”), Hiszpanie i tak schrzanili sprawę wcześniej – nawet gdyby grali bez trenera, nawet jeśli zjawiskowy z piłką u nogi Isco nie umie się od niej oderwać wystarczająco szybko, by nadać tempo akcji, to tworzą, powtórzmy, najbardziej doświadczoną drużynę narodową na planecie, jako jedyni na mundialu przystąpili do gry niepokonani od czerwca 2016 roku, powinni się ze słabą Rosją rozprawić wbrew wszystkiemu. Niestety, odstawili na Łużnikach sabotaż, wyglądało to niemal jak świadome wywoływanie skandalu, moja gazetowa korespondencja z Moskwy jest w sporej mierzy zapisem tortur towarzyszących gapieniu się na tę wyzutą z idei tuptaninę. Trochę szkoda, że Andrés Iniesta rozstaje się z reprezentacją w meczu zawstydzającym, bodaj najgorszym hiszpańskim od dekady (tylko on, Sergio Ramos i David Silva przetrwali od złotego Euro 2008), przypominającym, że nawet w kraju wychowującym tłumy znakomitych graczy trzeba nieustannie wymyślać swój futbol na nowo.

Inaczej kończysz po hiszpańsku, jako własna karykatura. I nawet nie masz psychopaty, który porządnie walnie z decydującego karnego.

Tagi: MŚ 2018
21:45, rafal.stec
Link Komentarze (36) »
piątek, 29 czerwca 2018

MŚ 2018

Rosyjski mundial jedynie przypomina, że piłka nożna bywa zbyt ważna, aż do przekroczenia granicy zwyrodnienia. A polskiemu hejtowi, choć przeszkadza on wielu ludziom o normalnej wrażliwości, daleko do światowej czołówki.

Bodaj najmocniejsze świadectwo w kwestii kibicowania dał przy okazji mistrzostw Hernán Dario Gómez, który uczestniczy w nich po raz piąty – w 1990 i 1994 r. był asystentem selekcjonera reprezentacji Kolumbii, w 1998 r. awansował na głównego szefa, w 2002 r. samodzielnie zaprojektował bezprecedensowy awans Ekwadoru, w 2018 r. dzięki niemu debiutuje w turnieju Panama. Trzy epoki, trzy kraje, trzy kompletnie odmienne doświadczenia, choć zawsze związane z eksplozją entuzjazmu wokół drużyny.

Mundial numer dwa kojarzy mu się z najbardziej potwornym momentem w życiu. Leciała wtedy Kolumbia po złoto, natchniona doskonałymi eliminacjami i namaszczona przez Pelego. Gómez wspomina, że odurzeni komplementami członkowie reprezentacji żyli w kłamstwie, jako przedstawiciele kraju bez dorobku na MŚ nie mieli pojęcia, czy i jakie popełniają błędy, wychodzili na boisko obciążeni presją nie do wytrzymania. Odpadli w fazie grupowej, a po powrocie do kraju zalał ich ocean wściekłości, agresji i nienawiści – wysłuchiwali obelg, ilekroć wyszli na ulicę, z dnia na dzień robiło się coraz bardziej toksycznie, aż pewnej nocy (dochodziła trzecia) obecny trener Panamy odebrał telefon i usłyszał od narzeczonej Andrésa Escobara, że piłkarz został zamordowany. Za wbicie na MŚ samobója, przed śmiercią napastnik przy każdym strzale z pistoletu powtarzał słowo „gol”.

Scena znana i opisana, obecność w Rosji Gómeza i jego zwierzenia dla trenerskiej platformy The Coaches’ Voice przypominają tylko, że realna. To wydarzyło się naprawdę, piłkarz został zabity, ponieważ zawalił mecz – najtragiczniejszy wokółmundialowy epizod w dziejach.

Zszokowany kolumbijski trener chciał nawet uciec z kraju, ale po latach przekonał się, że gdzie indziej ludzie też z powodu futbolu tracą poczucie przyzwoitości. Zanim nauczył Ekwadorczyków kochać swoją drużynę narodową, jego piłkarze wysłuchiwali głównie obelg, wyszydzano ich na ulicach, przed meczami, nawet z trybun, zanim jeszcze zaczęli w meczu przegrywać. To samo działo się w Panamie – choć oczywiście nigdzie już nikt nie posunął się do zbrodni.

Budzące grozę wspomnienia ożyły podczas rosyjskiego mundialu, gdy rodacy zaczęli grozić śmiercią Carlosowi Sanchezowi. Bo zatrzymał ręką strzał Shinjiego Kagawy już po trzech minutach gry na mundialu, sprokurował rzut karny i wyleciał z czerwoną kartką, zasadniczo przyczynił się do porażki Kolumbii z Japonią. Koledzy się z nim solidaryzowali, trener Jose Pekerman informował, że piłkarz jest przerażony, drużyna zadedykowała mu zwycięstwo 3:0 nad Polską. „Jeśli Escobar zginął za samobója, to Sancheza trzeba nie tylko zabić, ale jeszcze nasikać na zwłoki” – brzmiał jeden z wielu komentarzy, który cytuję targany wątpliwościami, czy powinienem.

Postanowiłem go jednak przywołać, bo reakcje kibiców z całego świata na mundialowe niepowodzenia śledzę, słysząc głosy polskie. Nierzadko również przepojone frustracją i gniewem na piłkarzy, obelżywe, niezasługujące na uwagę. I na tyle agresywne czy nienawistne, że wywołują do odpowiedzi kibiców lub niekibiców umiarkowanych, którzy przedstawiają Polaków jako nację wyjątkowo niezdolną do godnego zaakceptowania porażki.

Nie mają racji. Gdybyśmy się negatywnie wyróżniali, na świecie byłoby trochę zdrowiej i przyjemniej. Niestety, przegrywać nie umieją także inni. I to nie umieją nawet bardziej niż Polacy. Po finale Ligi Mistrzów potworności spadły na nieszczęsnego bramkarza Lorisa Kariusa, a po ubiegłotygodniowej klęsce Argentyny z Chorwacją – na bramkarza Willy’ego Caballero, mógłbym zresztą wymienić znacznie więcej nazwisk, bo mundial wywołuje trujące emocje w stężeniu ekstremalnym, ludzie ewidentnie czują się porażkami osobiście dotknięci, traktują je wręcz jak hańbę dla całego kraju. Piłkarze stanowią grupę społeczną czy branżę szczególnie narażoną na krytykę bezpardonową, notorycznie sprowadzaną do wulgarnego wyzwiska, ustępując pod tym względem chyba jedynie politykom. Tyle że ci ostatni pełnią funkcje publiczne, są wybierani i opłacani z budżetu państwa, z definicji podlegają stałemu osądowi, a przede wszystkim silnie wpływają na nasze życie – tymczasem członkowie futbolowej drużyny narodowej reprezentują kraj dlatego, że są najlepsi, gdyby ich miejsce zajęli inni, to rezultat uzyskaliby prawdopodobnie jeszcze gorszy.

Ludzie czują się jednak uprawnieni, by po porażkach brać na nich odwet. Zamiast po prostu cieszyć się, gdy drużyna wygrywa, i martwić, gdy przegrywa, unoszą się na poziom emocji sugerujący, iż wyniki przesądzają o ich ogólnym nastroju, satysfakcji z życia, decyzji, czy sklasyfikować kopiących w imieniu narodu delikwentów jako narodowych bohaterów, czy jako zdrajców. Im dłużej to obserwuję, tym bardziej podejrzanie brzmi mi słynna sentencja Billa Shankly’ego, który oznajmił: „Niektórzy sądzą, że piłka nożna to sprawa życia i śmierci. Zapewniam was, że to coś znacznie poważniejszego”. Jerzy Pilch powiedział mi kiedyś, że „to jedna z tych celnych fraz, które bardzo trudno skomentować, bo zawierają w sobie już wszystko i można je wyłącznie rozcieńczać”. Pięknie, słusznie i dowcipnie, efektowna hiperbola literata wzmacnia efektowną hiperbolę trenera, problem pojawia się dopiero wtedy, gdy kibice zachowują się, jakby myśl podaną przez Shankly’ego traktowali serio. Jakby nie pojmowali, że piłka nożna, owszem, ekscytuje i dostarcza estetycznych wzruszeń, ale to jednak tylko rozrywka; przegraną (cudzą) na boisku traktować jak tragedię mogą jedynie ludzie, którym los oszczędził prawdziwych tragedii; przykładanie do 0:2 albo 0:5 nadmiernej wagi niemal ubliża wszystkim tym, którzy zetknęli się z potwornościami, panie Shankly, istotnie bliskimi śmierci.

Polacy niczym się tu nie wyróżniają, pojękiwania nadwiślańskich tępicieli hejtu (skądinąd całkowicie zrozumiałe) wynoszące naszych nienawistników na światowy szczyt wynikają z ich niewiedzy, jak jest gdzie indziej, ale to chyba wcale nie cieszy, narodowość patologicznej nieumiejętności zniesienia porażki nie ma znaczenia, nie chcielibyśmy istnienia żadnej, także aborygeńskiej czy kamczackiej. W każdym razie im bardziej widzę, że z wiekiem piłka nożna w ogóle nie przestaje mnie rajcować, tym bardziej mam ochotę przekonywać, że to błahostka, duperela nawet, zainwestujcie, ludzie, swoją złą i dobrą energię w coś sensowniejszego. A teraz, gdy Kolumbia awansowała do 1/8 finału, zastanawiam się, jak fanatycy, którzy chcieli Carlosa Sancheza zabijać za samobója, świętowaliby jego gola, który dałby medal mundialu.

Tagi: MŚ 2018
22:17, rafal.stec
Link Komentarze (78) »
czwartek, 28 czerwca 2018

MŚ 2018, Robert Lewandowski

Trzy awanse na mundial w XXI w., trzy razy nasi odpadają po dwóch meczach, trzy razy na pożegnanie wygrywają. Sprawdziłem, pisałem o tym w korespondencji z Wołgogradu: jedyna taka drużyna na świecie, polscy piłkarze zasługują na chwałę autentycznych arcymistrzów tzw. batalii o honor.

To konstatacja ogólna, w szczególe patrzyłem na dzisiejsze straszydło z wyjątkową przykrością, w końcówce wręcz skrępowany, że podglądam coś, czego podglądani wcale nie chcieliby mi pokazywać.

Wszystko było w czwartek w Wołgogradzie osobliwe. Gdybym mógł wybierać, zasiadłbym na trybunach w Samarze, gdzie obie strony – Kolumbijczycy i Senegalczycy – biły się o awans. Trzymałem kciuki za tych ostatnich, ponieważ polubiłem ich podczas wizyty w bazie w Kałudze, podoba mi się ich sprzeczny ze stereotypami o czarnej Afryce styl gry, mam wielką słabość do Kalidou Koulibaly’ego etc. W końcówce irytowali mnie zatem Polacy podwójnie, gdy nie próbowali przycisnąć Japonii odmierzającej czas do ostatniego gwizdka, świadomej, iż pomimo porażki 0:1 wygramoli się do 1/8 finału.

Ale nawet gdybym nie sprzyjał Senegalowi – sprzyjałem tylko trochę – to ostatnie ostatnie minuty byłyby cholernie trudne do zniesienia. Nie mieli nasi piłkarze nic do stracenia, zamierzali zatrzeć beznadziejne wrażenie z poprzednich porażek, a jednak zostaną słusznie oskarżeni o współudział w cynicznym symulowaniu gry. Wyniszczające doświadczenie dla widza, w mojej prywatnej hierarchii konsumowanych na żywo futbolowych gniotów murowana pozycja w ścisłej czołówce. Złapałem się na podświadomym przeświadczeniu, że Polacy z Japonią w istocie przegrali, podałem nawet w pierwszej chwili, spontanicznie, błędny wynik Rosjance, która zagadnęła mnie w autobusie na lotnisko. Zresztą Łukasz Fabiański za końcówkę kibiców przeprosił.

Nie chcę mi się wymachiwać epitetami, dawno wyrosłem z pastwienia się nad piłkarzami, którzy zawiedli nade wszystko samych siebie, bez mojej – naszej – pomocy też czują się beznadziejnie. (Przymierzam się raczej do publicystyki, o sztuce przegrywania, z którą biedzą się podczas trwającego mundialu fani w wielu krajach, wbrew pozorom nie tylko my mamy problem). Kiedy jednak podsumowuję sobie w duchu turniej, to refleksję znajduję wyłącznie druzgocącą: z polskiego występu na MŚ nie zapamiętam absolutnie niczego przyjemnego, żadnej wywołującej ciepłe skojarzenia drobinki, nawet dzisiejszego gola Jana Bednarka odebrałem przede wszystkim jako symboliczny dowód bezradności. Nasi mianowicie nie umieją skleić jakiegokolwiek porządnego natarcia pozycyjnego, słabo wyznają się nawet na klasycznie nadwiślańskiej specjalności kontratakowania, łapali kontakt z tlenem tylko dzięki stałym fragmentom gry. Makabra. Intrygujące, co Robert Lewandowski (zdjęcie Kuby Atysa) z Kamilem Glikiem zasugerowali w strefie wywiadów: lepiej było nie kombinować w taktyce w ostatnich miesiącach, tylko grać to, co wytrenowaliśmy wcześniej. Mądry piłkarz po szkodzie.

Przyznaję się: już teraz wiem, że gdy skończę nocne i ranne podsumowywanie biało-czerwonych podrygów, poczuję ulgę, jak na kilku wcześniejszych turniejach. Inni też po naszych nie zapłaczą. Ja zostaję w Rosji do finału, pojutrze wyruszam po odzyskanie radości z mundialu, to nastąpi niechybnie. Stary, aż nazbyt dobrze znany moment: prawdziwe mistrzostwa zaczynają się wtedy, gdy Polacy zostali wyproszeni.

Tagi: MŚ 2018
20:45, rafal.stec
Link Komentarze (56) »
 
1 , 2
Archiwum
Tagi