Wpisy z tagiem: MŚ 2018

piątek, 01 grudnia 2017

mundial 2018, Adam Nawałka, reprezentacja Polski, mś 2018, losowanie mundialu

Kiedy przemierzałem Japonię dzięki swojemu pierwszemu mundialowi przeżywanemu w roli korespondenta, fascynowało mnie wszystko, w sensie sportowym i pozasportowym, poza jednym wieczorem: w trakcie ćwierćfinału senegalsko-tureckiego konałem. Nie działo się nic, emocji było jak przy kiszeniu ogórków, pewnie bym się roztopił z nudów, gdyby nieopodal – w loży honorowej – nie wyprężały się senegalskie boginie, to było najwyższe stężenie kobiecego piękna, jakie widziałem w życiu. Żony, narzeczone i kochanki piłkarzy? A może po prostu wyselekcjonowane najpiękniejsze dobra naturalne Senegalu, który chciał się pochwalić, że Senegal jest rajem na ziemi?

Nic nie poradzę – to moje pierwsze, zwierzęco odruchowe skojarzenie z reprezentacją kraju, o którym nie bardzo wiecie, gdzie leży. Nuda i zachwyt.

Z Japonią mam to podobnie. Nuda i zachwyt. Kraj chłonąłem rozanielony (podczas kilku wizyt zjeździłem wszystkie główne wyspy, odurzające doświadczenie), ale jej piłkarzom też zdarzyło się sprawić, że wyrywałem sobie włosy. Na innych mistrzostwach świata, w 2010 roku, wspólnie z Paragwajczykami postanowili ukatrupić mnie w 1/8 finału. Przeczołgali mnie przez bezbramkowe 120 minut, aż doczłapali do karnych. Pisałem wówczas do „Gazety”: „Przed takimi meczami mundialowy korespondent doświadczony dwoma turniejami czuje się jak skazaniec. Doskonale wie, jak będzie. W 2002 r. w Osace przeraźliwego gniota spłodzili Turcy z Senegalczykami w ćwierćfinale. W 2006 r. podobnie zagrali Szwajcarzy z Ukraińcami w 1/8 finału. Teraz do księgi mundialowych okropieństw weszli - niespiesznie i z przestraszonymi minami - Japończycy oraz Paragwajczycy. Gniota rodzą zawsze te same okoliczności. Piłkarze, którzy niewiele w życiu wygrali, pochodzący z krajów, których reprezentacje też niewiele wygrały, sprawiają niespodzianki, czasem nawet zyskują uznanie publiki spragnionej doznań estetycznych, aż docierają do etapu, do którego nie zaglądali w najodważniejszych snach. I właśnie wtedy zaczynamy rozumieć, że nie wytrzymają”.

Paradoks polega na tym, że dzisiaj, kiedy nasi piłkarze wylosowali Senegal i Japonię jako rywali w fazie grupowej mistrzostw świata, wpadłem w euforię niebezpiecznie bliską ekstazie. Nie ze względów sportowych – w tym sensie ruszamy w podróż w nieznane, o czym szerzej piszę tutaj, przypuszczając, że o zwycięstwa w Moskwie, Kazaniu i Wołgogradzie będzie potwornie trudno. Nie, rozpaliła mnie perspektywa wyprawy – mentalnej, żeby nabyć wiedzę – do krain tak bardzo odległych i obcych. Bo MŚ, oprócz bycia celem samym w sobie, od zawsze służą mi także za pretekst do podróży w nieznane.

Przyznałem się dzisiaj w tekście o mojej wymarzonej grupie, że przed losowaniem mundialu zawsze kombinuję jak skrajny egoista. Nie interesuje mnie interes drużyny, kibiców ani nawet - błagam o możliwie łagodny wymiar kary - narodu polskiego. Chcę tylko, żeby było interesująco. Albo sportowo, albo niesportowo. W wymarzonej grupie umieściłem nawet Senegal, jednego z trzech uczestników przyszłorocznego turnieju, z którym polscy piłkarze nie grali nigdy, nawet towarzysko.

Pozostałe życzenia się nie spełniły, ale i tak czuję pełną satysfakcję. Japonia? Moi ulubieni kosmici, mam na ich punkcie szmergla, sama frajda sprawdzać, co u nich słychać. Kolumbia? Kopaliśmy się z nimi tylko sparingowo, poza tym wystarczyło wyciągnąć ją w kulce, żeby się dowiedzieć od Radka Nawrota o istnieniu tamaryny białoczubej (te jajcary ze zdjęcia na górze, zaraz się będę zapoznawał, moja dziewczyna już zażądała adopcji jednego egzemplarza!). Czysta poezja, gdybym rządził światem, to bym zarządził, żeby mundial zaczynał się już, ależ jestem napalony na mundial, nie wiedziałem, że pół roku przed mundialem można się aż tak jarać mundialem, tę mundialową grupę wykroili chyba specjalnie dla mnie, co do milimetra pod moją mundialową szajbę, chyba zapominam wstawić w tym zdaniu kropkę, wypisuję te jęki mundialowego oszołoma w trakcie hiciora Napoli – Juve, nie umiem się na nim skupić, bo czekam na mundial, niech mnie zahibernują i wybudzą na mundial, niech ten mundial stanie się już.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Adam Nawałka, fot. Kuba Atys

Lech Wałęsa powiedział kiedyś w studiu telewizyjnym do chcącego się przywitać Aleksandra Kwaśniewskiego, że jemu to może co najwyżej nogę podać, a do mnie pewien pan rzeczywiście wyciągnął nogę. Był to jednak gest o zupełnie innym znaczeniu. Właściciel nogi nazywa się Adam Nawałka, a wyciągnął ją kilka dni po objęciu stanowiska trenera reprezentacji Polski. Bo się na mnie wściekł. O czym opowiadam – w przededniu czwartej rocznicy jego debiutanckiego meczu - w coponiedziałkowym felietonie, który znajdziecie tutaj.

sobota, 11 listopada 2017

Nie wiadomo, czy Włosi ocaleją i mimo wszystko doczołgają się na mundial 2018 – barażowy rewanż ze Szwecją w poniedziałek – na razie wiadomo tylko, że kopią żałośnie słabo, poniżej godności czterokrotnych mistrzów świata, jak drużyna bez tożsamości. W piątek przegrali 0:1, o czym rano napisałem parę akapitów tutaj.

I można oczywiście wzruszyć ramionami, że nie dzieje się nic niezwykłego. Bo płacą za lata zaniedbań. Bo przyzwoicie wyglądają tylko w defensywie, gdzie wciąż odwołują się do przeszłości (39-letni Buffon + 36-letni Barzagli + 30-letni Bonucci + 33-letni Chiellini + 34-letni De Rossi = 522 występy w reprezentacji, czyli 104,4 mecze na głowę). Bo zbyt często wpuszczają na boisko przeciętniaków, których w multimedalowej przeszłości nie wpuściliby nawet na stadion. Zanim jednak zadowolimy się kliszami o upadku włoskiego futbolu, wycieranymi rutynowo od dekady, zwłaszcza po fatalnych mundialach w 2010 i 2014 roku (podczas żadnego nie przetrwali fazy grupowej), proponuję rzut oka na podstawowy skład w piątkowym meczu:

MŚ 2018, Włochy

A teraz proponuję odświeżyć sobie jedenastkę, która w ćwierćfinale ubiegłorocznych mistrzostw Europy wyszła na Niemców. I biła się do upadłego przez 120 minut, najmocniejszej bodaj drużynie narodowej świata w minionych latach uległa dopiero po rzutach karnych:

Euro 2016, Wlochy - Niemcy

Czy ci gracze obiecują więcej niż gracze, którymi Italia dysponuje dzisiaj? Powiedziałbym, że nie, nawet zdecydowanie nie, ba, upierałbym się, że ówczesny selekcjoner Antonio Conte przebierał w uboższych zasobach ludzkich niż obecny selekcjoner Giampiero Ventura. Conte nie powołał właściwie nikogo zorientowanego ofensywnie, kto zachwycałby w klubie, tymczasem Ventura ma choćby luksus rzucenia na Szwecję rewelacyjnego jesienią Lorenzo Insigne.

Skrzydłowego Napoli zostawił jednak włoski trener w rezerwie. Podobnie jak innego zawodnika lidera Serie A, niejakiego Jorginho. Ventura ewidentnie nie zauważył, kto demonstruje obecnie najlepszy futbol w Italii.

Nie zamierzam czepiać się akurat wymienionych nazwisk. Rzucam najbardziej oczywiste przykłady, bo najnowsza historia reprezentacji Włoch to modelowy materiał dowodowy uzmysławiający, ile waży selekcjoner. Ci sami piłkarze, którzy pod szefem Conte wygrywali z Belgią, w fascynujących okolicznościach rozprawiali się z Hiszpanią oraz zatrzymywali Niemców, po przejściu pod władzę Ventury obrywają od Szwecji, oddają punkty (u siebie!) Macedonii, ledwie przepychają Albanię.

I pozwalają się zmiażdżyć Hiszpanii. Poprawka: przede wszystkim dają się zmiażdzyć Hiszpanii.

Kiedy we wrześniu wyprawili się do Madrytu (0:3), nie tyle przegrali, ile zostali zrównani z murawą. Ktoś chyba nawet rzucił, że Ventura nie stracił tam punktów, lecz twarz. Jako poważny trener. Zaszalał z systemem 4-2-4, który to system nie wystarczył kilka dni później nawet na solidne wybatożenie Izraela.

Wspominałem tamtą klęskę Włochów, gdy oglądałem piątkowy sparing Polski z Urugwajem (i zarazem zerkałem, co dzieje się w Sztokholmie). Sparing wypróbowujący sposób gry ostrożny, nawet zachowawczy. Rozmyślałem, siedząc na trybunach Narodowego: „Aha, wracamy do strategii sprzed Euro 2016. Co działało w eliminacjach, niekoniecznie zadziała w turnieju finałowym, musimy przygotować wariant redukowania ryzyka jakichkolwiek strat”. Nasza reprezentacja po liftingu dotrwała na mistrzostwach kontynentu w ćwierćfinału, a wielu kibiców, najwyraźniej rozczarowanych remisami ze Szwajcarią i Portugalią, zarzucało jej postawę nazbyt pasywną, minimalistyczną, wręcz tchórzliwą.

Niewykluczone, że historia się powtórzy, bo tylko jednego jestem pewien – Polacy niezależnie od okoliczności nie popełnią sportowego samobójstwa, do którego sprowokował Italię jej własny trener. Nie wystawią też na rozstrzygający mecz piłkarza ewidentnie nieodzyskanego po kontuzji, jak Andrea Belotti, którego rzucił Szwedom pod korki Ventura (rozpędzony ostatnio Stephan El Shaarawy skończył na trybunach, wrrrr). Bo u nas obowiązują pewne reguły.

Ventura to prawdopodobnie fachowiec kompetentny, lecz pozbawiony atutów ekstra, umożliwiających rywalizowanie na poziomie międzynarodowym. Taki włoski Waldemar Fornalik, który wie, o co chodzi w piłce nożnej – piszę to bez ironii – jednak dla swojego własnego dobra nie powinien próbować przekazywać tej wiedzy poza Chorzowem z przyległościami. Trener na lokalną miarę. Piłkarze z ambicjami i umiejętnościami nie wygrają dzięki niemu, lecz co najwyżej pomimo niego.

Jak Włosi – być może, mam nadzieję, wiecie, że im kibicuję – którzy po nieszczęsnym remisie z Macedonią zebrali się w trybie alarmowym sami, bez selekcjonera, jakby uznając, że oczekiwanie czegokolwiek od Ventury nie ma sensu. Na razie nie osiągnęli wiele, zresztą od kilku dni krakałem w gronie znajomych, że w Sztokholmie padną. Nie dlatego, że umieją mniej niż Szwedzi. Przeciwnie, umieją znacznie więcej. Ale zarządza nimi szef, który czyni drużynę nie bardziej, lecz mniej wartościową niż suma tworzących ją jednostek. Który nie wstydzi się wyrazić po porażce nadziei, że w rewanżu w Mediolanie to jemu będzie sprzyjał sędzia. Któremu wcześniej wypsnęło się, że w ogóle nie bierze pod uwagę, by Włosi mogli nie awansować na mundial.

Muszę przyznać, że wolę już nudziarza od formułek o „koncentrowaniu się tylko na najbliższym meczu” czy „szanowaniu każdego przeciwnika”. Nuda i powściągliwość bywają w piłce nożnej fascynujące.

Tagi: MŚ 2018
19:15, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
środa, 11 października 2017

MŚ 2018, mundial 2018, reprezentacja Polski, Adam Nawałka

Jak powszechnie wiadomo, ilekroć piłkarze reprezentacji Polski obejmą prowadzenie – niższe lub wyższe – zagapiają się, napraszają o stratę gola, rywal z uprzejmości korzysta. Właściwie każdy, niezależnie od klasy. Gdy w eliminacjach mundialu było: 2:0 w Kazachstanie, 3:0 z Danią, 1:0 z Armenią, 1:0 w Czarnogórze, 3:0 z Rumunią, 3:0 w Armenii oraz 2:0 z Czarnogórą – to przeciwnik zawsze zdołał odpowiedzieć celnym ciosem. I prawie zawsze przeżywaliśmy mocno stresujące chwile.

Trzeba jednak rozejrzeć się po wszystkich kontynentach, żeby pojąć, z jaką beztroską Polacy potrafią pozwalają się bić. Uprzedzam: mniej odporne jednostki poczują grozę.

Nasi piłkarze tracili w kwalifikacjach przeciętnie 1,4 gola na mecz. Więcej niż wszyscy inni liderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy wiceliderzy grup w Europie, więcej niż wszyscy finaliści mundialu z Ameryki Południowej, więcej niż wszyscy finaliści z Ameryki Północnej, więcej niż wszyscy finaliści z Azji, więcej niż obaj wyłonieni dotychczas finaliści z Afryki. Słowem, więcej niż wszystkie 23 reprezentacje, które awansowały już na MŚ 2018.

I na dzisiaj realne wydaje się, że tylko jeden uczestnik przyszłorocznego turnieju dotrze do niego pomimo jeszcze marniejszych popisów defensywnych – Honduras. O ile oczywiście przeżyje baraż z Australią, faworytem nie jest.

To nie koniec. W strefie europejskiej również żadna drużyna z trzeciego miejsca w grupie nie traciła goli częściej niż ekipa Adama Nawałki. Ani Węgry, ani Albania, ani Gruzja. Gdyby sporządzić kontynentalną hierarchię według skuteczności obrony w eliminacjach, Polacy zajęliby 31. miejsce na kontynencie. A gdyby sporządzić hierarchię globalną, to zlecieliby na 64.

Wiem, porównywanie Aborygenów do Słowian i Ujgurów do Szawanezów nie ma sensu, w każdym regionie rozgrywki są zupełnie inne. Jeśli jednak stale obżeramy się rankingiem FIFA – metodą poznawczą również niedoskonałą – to dla higieny warto skosztować również innych klasyfikacji.

Nie zachęcam do panikowania ani czarnowidztwa, nie lubię tego tak samo, jak bajdurzenia, że medal jest tuż tuż, wystarczy wysunąć język i można go polizać. Dzisiaj prognozowanie czegokolwiek to ssanie z palucha, bo drużyny narodowe są wyjątkowo nietrwałe, zależne od aktualnej dyspozycji – zdrowotnej, sportowej etc. – rozrzuconych po całym świecie piłkarzy. Mundial nie ciągnie się miesiącami, lecz trwa kilka tygodni, a o sukcesie decyduje czasem wręcz kilkanaście dni. No i rywalizację reprezentacji niewiele łączy z klubową, spójrzcie choćby na Chorwatów, którym Real Madryt razy Barcelona plus Atlético do potęgi Juventus nie wystarcza, żeby uporać się z Islandią, której trener nie powołuje nikogo z poziomu Ligi Mistrzów.

Uspokaja mnie to, że kadra Nawałki w podobnej sytuacji znajdowała się po eliminacjach do Euro 2016. Też traciła gole zawsze i wszędzie, serwowała nam dreszczowce, ratowały ją zrywy ostatniej szansy Roberta Lewandowskiego (Glasgow!). Jeśli teraz działo się jeszcze ekstremalniej, to dlatego, że radykalnie przybyło kłopotów personalnych – zniknęli Grzegorz Krychowiak i Arkadiusz Milik, z przewlekłą legijną frustracją boryka się Michał Pazdan, Kamilowi Glikowi wariackość stylu Monaco pozwala na roztargnienie we własnym polu karnym, jeśli tylko skutecznie zaatakuje we wrogim.

Turniej w Rosji, podobnie jak turniej we Francji, zostanie jednak poprzedzony zgrupowaniem, na którym znów można przesterować piłkarzy mentalnie oraz taktycznie. Poprzednio się udało – podczas Euro 2016 polscy piłkarze minimalizowali ryzyko, grali z ostrożnością bliską lękliwości. To na turniejach, inaczej niż w kwalifikacjach, strategia skuteczniejsza, o czym ładnie świadczy choćby przykład złotej Portugalii, która do półfinału doczołgała się po czterech remisach w pięciu meczach, a w 1/8 finału, zanim przepchnęła w dogrywce Chorwatów, do tego stopnia symulowała aktywność, że groziło mi zapadnięcie w śpiączkę.

Dlatego mamy powody sądzić, że Polacy znów zdołają się zmienić. Jedną przyjemną zaletę utrzymują od początku kadencji Nawałki – prawie nigdy nie pozwalają, by rywal prowadził. W eliminacjach Euro przegrywali przez 125 ze 900 minut gry. Na turnieju finałowym – przez 0 z 510 minut gry. W wyścigu o mundial – przez 75 z 900 minut gry. Doceńmy to, nawet jeśli grupa z Rumunią, Danią, Czarnogórą, Kazachstanem i Armenią, która przed spróbowaniem uchodziła za wymagającą (popularne „wszyscy potracą tu sporo punktów”), dzisiaj wedle wielu komentatorów zmarniała do bandy patałachów.

Archiwum
Tagi