Wpisy z tagiem: liga hiszpańska

niedziela, 02 marca 2014

Diego Simeone jak Danny Trejo

Kiedy nawet atletyczne monstra w typie Cristiano Ronaldo czy Gareth Bale fizycznie cierpią w co drugim zetknięciu z rywalem, a otumanione defensywnym amokiem oszołomy kopią w piłkę jakby chciały ją rozpruć, to znaczy, że trwają derby Madrytu. Atlético znów dziś wciągnęło Real w wojnę, po takich awanturach nigdy nie umiem wyrzucać czegokolwiek sędziemu, on też przez 90 minut żyje na krawędzi, każda akcja to pułapka, nigdy nie wiesz, czy właśnie odbywa się szwindel, czy ktoś dostaje kosę między żebra.

Goście, supergrupa grająca ostatnio wyłącznie w wielobramkowym uniesieniu, wydarła ważny punkt, choć na chuligańską zadymę dała się namówić zbyt łatwo. Gospodarze przede wszystkim przetrwali. Im dłużej ich oglądam, tym bardziej staje mi przed oczami tamta Borussia Dortmund, która najpierw obaliła rządy Bayernu w Bundeslidze, by następnie wyruszyć na podbój Ligi Mistrzów. Pełnej analogii nie ma, dzika banda trenera Diego Simeone poczyna sobie cyniczniej i brutalniej, wystarczy pomyśleć, ile dzieli brudne zagrywki Diego Costy od kuksańców Roberta Lewandowskiego. Ale skojarzenia są więcej niż uprawnione – oni też lubią rozrywać płynność gry przeciwnika, też rzucili wyzwanie potentatom wielokrotnie bogatszym, też dysponują bardzo ograniczonymi zasobami ludzkimi, też zastanawiamy się, kiedy padną i wyzioną ducha. Dziś wykorzystali tylko jedną zmianę, mojego ulubionego futbolowego brodacza Ardę Turana (ależ dał asystę!) zastąpił Cristian Rodriguez, innych trener nie oszczędzał, choć musiał widzieć, że słaniają się nogach, jego strategia jest tak wykańczająca, że gdyby mecz potrwał dłużej, Real pewnie by zwyciężył, zresztą niewykluczone, iż to właśnie zmęczenie spowodowało prosty błąd poprzedzający wyrównującego gola gości.

Atlético jednak przeżyło, zamach na El Clásico trwa, piłkarze z Vicente Calderon wciąż pozostają w grze o mistrzostwo, a ja chciałem podzielić się refleksją, że gdyby im się powiodło, dokonaliby czynu chyba jeszcze bardziej niezwykłego – łażą mi po głowie duże kwantyfikatory: heroicznego – niż Borussia. Owszem, dortmundczycy przeciwstawiali się w Bundeslidze monopoliście, ale wówczas monopoliście jedynie potencjalnemu, notorycznie oddającemu panowanie biedniejszym (Wolfsburgowi czy Stuttgartowi). Przygniecione przeszło półmiliardowym zadłużeniem Atlético porwało się jednak na duopol znacznie potężniejszy, niemal od dekady traktujący resztkę ligi jak podnóżek, wyposażony w superbohaterów z innego wymiaru w osobach Messiego i Ronaldo. Oni punkty gubią tak rzadko, że każdy, kto chce się z nimi ścigać, musi niemal weekend w weekend utrzymywać najwyższy poziom energetyczny. A piłkarzy Simeone ma, powtórzmy, niewielu. Simeone, który przejął drużynę kompletnych, dryfujących po nizinach tabeli rozbitków, by kilka miesięcy później zaprowadzić ich finału Ligi Europejskiej – zwycięskiego, po efektownym 3:0 z Athletic Bilbao. I na owym szczytowym poziomie energetycznym utrzymuje piłkarzy już dwa lata z okładem, dziś znów do wykonania misji zabrakło im drobiazgów. Gdzie są granice ich wytrzymałości?

sobota, 11 stycznia 2014

Atletico Madryt, Los Colchoneros

Wysadzili już w powietrze Real Madryt, dziś chcą zburzyć Barcelonę. Ta historia nie powinna się wydarzyć nigdzie, a w lidze hiszpańskiej wydarzyć się wręcz nie miała prawa.

Gdyby futbol miał swoich alterglobalistów, madryckie Atlético pokochaliby na zabój. Nie za styl gry, ten nadwrażliwców mógłby raczej odstręczać – za dużo w nim cynizmu, dążenia do celu po trupach, niekiedy zwykłego chuligaństwa. Urok stołecznych piłkarzy polega na tym, że się zbuntowali.

Ba, powstali przeciw systemowi tam, gdzie zdawał się najbardziej nietykalny. Cały futbolowy biznes skolonizowało kilka światowych korporacji, ale dwie hiszpańskie – ich mecze reklamowane są na całym świecie uniwersalnym sloganem „El Clásico” – panują na swoim rynku najbrutalniej. W tym sezonie Barcelona i Real miały wziąć dziesiąte mistrzostwo kraju z rzędu, wicemistrzostwo po 2004 r. oddały ledwie raz. One wypracowują wspólnie miliard euro przychodu rocznie (pod tym względem konkurencji nie mają także za granicą), reszcie klubów ekonomiści prognozują krach, jaki zniszczył branżę nieruchomości. One epatują niepohamowaną transferową zachłannością, rywale ratują się permanentną wyprzedażą gwiazd. Skutki widzimy w rankingach wszech czasów – jeszcze ćwierć wieku temu Barcelona miała w dorobku dwa mistrzostwa kraju więcej niż Atlético, dziś oba kluby dzieli już 13 tytułów.

A jednak piłkarze Atlético znów wtargnęli między wielkich. W tabeli ligi hiszpańskiej właśnie ich rozdzielili – katalońskiemu liderowi ustępują tylko różnicą bramek, nad potężniejszym madryckim sąsiadem mają 5 pkt przewagi. Zresztą prześladowców z Realu – nie umieli go pokonać przez 14 lat! – pobili w minionym roku aż dwukrotnie, i to na wrogim stadionie. Wiosną dokonali tego w finale krajowego pucharu, choć rywale już po kwadransie prowadzili dzięki golowi Cristiano Ronaldo. Zorganizowali bardzo gorzkie pożegnanie z Hiszpanią trenera José Mourinho.

Bohaterowie z Atlético to oczywiście również milionerzy – z ich budżetu utrzymalibyśmy całą polską ligę – ale przy liderach nowożytnego futbolowego kapitalizmu wyglądają jak kloszardzi. Kiedy tacy jak oni zaczynają seryjnie wygrywać, my zawsze odruchowo zaczynamy się zastanawiać, ile ta anomalia potrwa. Czy skończy się jutro czy pojutrze. Czy skończy się krótkotrwałym kryzysem do zniesienia, zwykłym powrotem do normalności czy zapaścią bolesną i wieloletnią. Piłkarze Atlético rosną już niemal dwa lata – wygrali Ligę Europejską, Superpuchar Europy, wspomniany krajowy puchar – ale ich biznesowych możliwości, we współczesnej piłce kluczowych, w stosunku do obu potentatów to nie zmienia. Raczej popadają w coraz głębsze uzależnienie od otoczenia. Kiedy gola za golem wbijał dla nich Radamel Falcao, to większość praw do niego posiadała zewnętrzna firma Doyen Sports, która zgarnęła też większość z 60 mln euro zyskanych na oddaniu kolumbijskiego napastnika AS Monaco. Kiedy podziwiamy interwencje wspaniale uzdolnionego Thibauta Courtois, to podziwiamy bramkarza wypożyczonego z Chelsea – rozegrał już 124 mecze w Madrycie, choć nigdy nie należał do Atlético (!), jeśli bogaczom nie mieszczą się w szatni ich żywe aktywa, to i tak nie chcą tracić nad nimi kontroli. Wreszcie David Villa, swego czasu najbardziej bezlitosny snajper w Europie, wpadł im w ręce za drobne tylko dlatego, że przepędziła go Barcelona...

Jeszcze raz: to nie jest drużyna z naturalnym wdziękiem. Trener Diego Simeone, przed laty wybitny specjalista od boiskowej brudnej roboty, ulepił piłkarzy na obraz i podobieństwo swoje. Nie tyle eksponują własne zalety, ile neutralizują cudze. Kiedy tracą piłkę, ścieśniają się, by ograniczyć przestrzeń gry i uwięzić ją w dusznym tłoku. Dopadają rywali wycofujący się napastnicy Diego Costa i Villa, potęgują ścisk zbiegający do środka skrzydłowi Arda Turan i Koke. I nikt nie unika ciosów poniżej pasa. Prowokują, im bardziej cenią przeciwnika, tym chętniej starają się odebrać mu przyjemność z gry, zmieniając mecz w wykańczającą misję do wykonania. Tzw. bezstronnym fanom – i wszystkim innym znużonym zastygłą hierarchią w klubowej piłce – dają jednak nadzieję niesłychaną wytrwałością. Nie dość, że rzucają wyzwanie faworytom już bardzo długo (klub, przypomnijmy, z półmiliardowymi długami), to jeszcze nie korzystają z ich notorycznych wpadek, lecz sami wznoszą się na niebotyczny poziom. Rundę grupową Ligi Mistrzów pokonali truchtem, gdyby nie październikowe 0:1 z Espanyolem (samobój Courtoisa), we wszystkich rozgrywkach byliby niepokonani od majowej porażki z Barceloną – ponadto od tamtej pory 25 razy zwyciężali i 6 razy remisowali. Fenomenalny bilans. I oczywiście bezprecedensowy w historii klubu.

Jeśli wziąć pod uwagę passę Atlético, a także renomę nadal poszukującej nowej tożsamości Barcelony, to czeka nas szlagier, jakiego w bieżącym sezonie jeszcze nie było. W całej Europie. I wszystko zdaje się układać tak, by nie brakowało mu niczego. Ani nikogo. Komisja dyscyplinarna anulowała otrzymaną w poprzedniej kolejce żółtą kartkę prawemu obrońcy gospodarzy Juanfranowi, która oznaczałaby dla niego dyskwalifikację; uraz uda wyleczył stoper Diego Godín; w środowym Pucharze Hiszpanii po dwóch miesiącach wrócił na murawę Leo Messi. I wystarczyły mu niespełna dwa kwadranse, by strzelić dwa gole.

Dzieje się niesłychane, już dawno zapomniane – mecz na szczycie ligi hiszpańskiej zmienił obsadę. Co jeszcze bardziej niesłychane, z każdym tygodniem przybywa poszlak, by podejrzewać, że zamach na El Clásico może się udać. Oczywiście na chwilę. Im efektowniej buntownicy z Atlético zwyciężą, tym bardziej więksi ich rozbiorą. Jak dortmundzką Borussię, która pozwoliła sobie przez dwa lata drwić z Bayernu, więc monachijczycy skonfiskowali jej – to chyba najbardziej adekwatne słowo – obie najjaśniejsze gwiazdy (Götze i Lewandowski). Madrytczyków czeka to samo. Jeśli jednak doprowadzą misję do końca, aż po mistrzostwo Hiszpanii, zostawią kibicom bezcenne – dumę i emocje, które z czasem zastąpi legenda.

El Clasico, Barcelona, Real Madryt, podział pieniędzy z praw telewizyjnych w lidze hiszpańskiej

piątek, 10 stycznia 2014

Klatę rozpiera duma, a na sercu cieplej, globalny futbolowy biznes z każdym rokiem współtworzymy bardziej.

Kiedy w latem 2013 reklamiarze obwołali byle sparing Barcelony w Gdańsku „supermeczem”, wszyscy posłusznie i w uniesieniu używaliśmy tej wzniosłej handlowej nazwy, Lechia przeżyła kulminację sezonu, zanim sezon na dobre się rozpoczął, ach, jak było ekskluzywnie, pachnąco i w wyższych sferach. Wypadliśmy znakomicie, marka została wypromowana, więc i latem 2014 zostaniemy obdarowani supermeczem, i to supermeczem jeszcze efektowniej lśniącej jakości, tym razem organizatorzy zrezygnują zapraszania na spektakl polskiej drużyny (rzecz jasna z powodów logistycznych), dla wymarzonego Realu Madryt znajdą godniejszego przeciwnika, zagranicznego, być może zstąpi do nas sam Manchester United, strona polska podstawi jedynie scenę, zaludni trybuny, będzie dostojnych gości rzęsiście oklaskiwać. Powinniśmy dać radę.

Zwróćcie uwagę, jak niezwykły czeka nas na naszych ziemiach rok. Każdy mecz polskiej ligi będzie po prostu meczem, mecze polskiej pożal się Boże reprezentacji będziemy rutynowo nazywać meczami, mecze polskich klubów w europejskich pucharach też będą zaledwie meczami. A nad nimi wszystkimi uniesie się jeden supermecz – cudza towarzyska wprawka bez znaczenia, rozegrana na neutralnym boisku, być może w mocno rezerwowych składach.

Na razie supermecz będzie jeden, ale nie traćmy nadziei, są szanse na więcej. Szefowie ligi hiszpańskiej (LFP) ogłosiły właśnie, że planują eksportować swój futbol w sposób usystematyzowany – zorganizują mianowicie LFP World Challenge, turniej rozrzucony po wszystkich kontynentach i rozciągnięty na trzy wakacyjne przerwy (2014-2016), w których wezmą udział Barcelona, Real i inne hiszpańskie, a także doproszone kluby z innych krajów. Pierwsza faza ma się nazywać Time of Challenge, druga Challenge Series Select, w trzeciej rozegrane zostaną mecze finałowe. Cel? Najszczytniejszy pośród szczytnych. Promocja Hiszpanii. Z wdzięczności za pomoc, jakiej tamtejszy rząd udziela zagrożonym bankructwem klubom piłkarskim.

– Odwiedzimy Houston, Nowy Jork, Monterrey, Guadalajarę, Peru, Kolumbię, Wenezuelę, Argentynę, Chiny, Indonezję, Mongolię, Malezję, Turcję – obiecywał na czwartkowej prasowej prezes LFP Javier Tebas. – Meczom będzie towarzyszyć Spanish Experience, czyli wydarzenia biznesowe, które wesprą naszą gospodarkę. Seminaria, kongresy... – dodał siedzący obok minister sportu Miguel Cardenal. – Hiszpański futbol jest to winien hiszpańskiemu społeczeństwu.

Każdemu wolno marzyć, więc nam, stronie polskiej, pozostaje tylko oświadczyć: Byłoby prawdziwym zaszczytem w tym przedsięwzięciu uczestniczyć.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Raju podatkowego oczywiście. Mój felieton z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj, leży za płatną ścianą.

Archiwum
Tagi