Wpisy z tagiem: sport i polityka

sobota, 13 października 2012

Senyera, flaga, Katalonia

W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej” dzielę się nieśmiałym przeczuciem, że o ile gospodarcza zapaść może dla rozpalenia katalońskiej idei separatystycznej zadziałać jak iskra zapalna, która zgaśnie jutro albo pojutrze, o tyle futbolowa potęga Barcy, plemienny charakter otaczających ją emocji, a także sprzyjająca podtrzymywaniu nastrojów nieustająca ciągłość rozgrywek mogą długo jej dostarczać paliwa. I spowodować, że kryzys minie lub zelżeje, a pragnienie niezależności wprost przeciwnie.

Tekst wyklikacie tutaj. Jak wszystkie publikowane w sobotnim Magazynie Świątecznym, leży za ścianą płatną czy też, dla niektórych, za ścianą płaczu.

PS Przypominam o konkursie na „Jasnowidza roku”!

czwartek, 08 marca 2012

Jeddah United. Fot. AP

Jeśli kobiety uprawiają sport, wchodzą na ścieżkę diabła. Dlatego Arabia Saudyjska je chroni. I jako jedyny kraj na świecie nie wysyła swoich reprezentantek na żadne zawody.

Na igrzyskach olimpijskich nigdy nie wystąpiły również reprezentantki Kataru i Brunei. Ale rządzący Katarem szejkowie sport kobiet rozwijają i w lipcu do Londynu planują wysłać drużynę dwupłciową, a w królestwie Brunei cały sport leży. Oba te kraje nie zabraniają zresztą obywatelkom uczestniczyć w międzynarodowych imprezach mniejszej rangi.

Saudyjska teokracja zabrania wszystkiego. Nawet kibicowania z trybun. Narodowy Komitet Olimpijski nie przygotował żadnego programu dla kobiet, państwowa infrastruktura jest przeznaczona wyłącznie dla mężczyzn - od stadionów i hal, przez kluby, po wykształconych trenerów i licencjonowanych sędziów. Prywatne żeńskie kluby wolno zakładać najczęściej tylko teoretycznie (władze mnożą przeszkody), zatem kobietom pozostają sale do fitnessu, które rzadko oferują boisko do uprawiania gier zespołowych, basen albo bieżnię. Są zbyt drogie dla miażdżącej większości potencjalnych klientek. I nieoznaczone, by nie zachęcać do wejścia.

Istnieje wreszcie problem logistyczny. Amatorki sportu na treningi musieliby dowozić męscy członkowie rodziny, bo kobiety nie mają prawa prowadzić samochodu.

A ponieważ publiczne szkoły nie organizują zajęć wychowania fizycznego dla uczennic, w kraju puchną statystyki otyłości oraz związanych z nią chorób - układu krążenia i cukrzycy. Puchną przede wszystkim wśród kobiet, które oficjalnie mogą zażywać ruchu głównie w tzw. „centrach zdrowia”, funkcjonujących przy szpitalach. Kiedy cztery lata temu dziekan jednego z uniwersytetów rozstawił dla studentek stoły do pingponga, żadna nie dotknęła rakietki, a on został zwolniony za „przesadną postępowość”.

Nawet część czołowych, wpływających na decyzje króla Abdullaha duchownych sprzeciwia się zakazom lub wręcz zaleca kobietom aktywność fizyczną, widząc w niej „islamską konieczność”. Dominują jednak opinie, że „zbyt gwałtowne skakanie może uszkodzić błonę dziewiczą”, co skutkowałoby utratą dziewictwa. I że kobiecy sport to, jak głosi religijny edykt, „kroki diabła prowadzące do demoralizacji”.

Stąd tytuł raportu „Kroki diabła. Odmawianie kobietom i dziewczynom prawa do sportu w Arabii Saudyjskiej”. Opublikowała go w lutym organizacja Human Rights Watch, która żąda ostrej reakcji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Choć bowiem MKOl krytykował Arabię za płciową dyskryminację, to nigdy jej nie ukarał. Dopiero w zeszłym roku działacze zaczęli sugerować, że mogą ją zaszantażować groźbą użycia najcięższej sankcji - wykluczeniem z igrzysk.

Prędko jednak złagodzili stanowisko. - Nie stawiamy ultimatum, wierzymy, że wiele można osiągnąć poprzez dialog - oświadczyła Sandrine Tonge, rzeczniczka organizacji, która w swoim statucie bezwarunkową równość w sporcie uważa za naczelną wartość. Za dyskryminację już karała. W 2000 roku nie zaprosiła do Sydney Afganistanu, bo rządzili nim talibowie, również ubezwłasnowolniający kobiety. Wcześniej na 32-letnią banicję skazała RPA, co miało przyczynić się do likwidacji apartheidu.

Saudowie swoich poddanych kobiet całkiem nie unieruchomili. Jeśli jednak cytowana w raporcie Dima H. może się zwierzać, jak szczęśliwa się czuła, gdy w dzieciństwie grała w futbol z braćmi, to dlatego, że przebywała w naftowej firmie ARAMCO. Odgrodzonej od świata, chronionej przez strażników, zatrudniającej ludzi Zachodu.

Nieliczne Saudyjki kopią piłkę w „podziemnych” ligach, w całym kraju istnieje tylko jeden - oczywiście prywatny - klub z żeńską drużyną. By zostać jego członkinią, trzeba odwagi. Kiedy koszykarki Jeddah United (na zdjęciu) wróciły z turnieju w Jordanii, gazetowy nagłówek krzyczał o „bezwstydnych dziewczynach”. Ćwiczą za pięciometrowym murem, wprowadzają w zakłopotanie swoje rodziny, odbierają SMS-y z radami, by wróciły do domów spełniać się jako matki oraz żony. Ale są zdeterminowane, agencja Reuters cytowała 24-letnią Nour Fitiany, która chce „uświadomić rządzącym, że dziewczyny będą grały bez względu na przeszkody”. I wymusić zmiany.

Buntowniczki działają coraz śmielej. Gdy przed dwoma laty trwała kampania zamykania pod byle pretekstem żeńskich klubów, odpowiedziały akcją pod ironicznym hasłem: „Pozwólcie jej utyć”.

Zalążkiem zmian miała być też Królewska Drużyna Jeździecka, założona przez księcia Alwaleeda bin Talala, multimilionera i orędownika liberalizacji. Jej zawodniczki zdołały wyjechać na międzynarodowe konkursy m.in. dlatego, że na konie wskakują okryte od stóp do głów, w zgodzie z wymogami szariatu.

Na gwiazdę rozbłysnęła Dalma Malhas, która trenowała skoki po kryjomu, finansowana przez rodzinę, by w 2010 roku zostać pierwszą w historii saudyjską medalistką. Na igrzyskach młodzieży w Singapurze zdobyła brąz. Ale nawet wtedy nie była delegowana tam jako oficjalna reprezentantka kraju. Czy wystąpi w Londynie, nie wiadomo.

wtorek, 14 lutego 2012

Saturn Devouring His Son, 1819-1823, Francisco Goya

Jeśli świat trząsł się ze zgorszenia po obdarowaniu igrzyskami olimpijskimi łamiących prawa człowieka Chin, to po przyznaniu organizacji zakończonych przedwczoraj futbolowych mistrzostw Afryki Gwinei Równikowej powinien z oburzenia eksplodować.

Blogowałem już (tutaj znajdziecie szczegóły): turniej odbywał się w kraju będącym prywatną salą tortur jednego z najkrwawszych i najchciwszych władców. Gdyby król Teodoro Obiang Nguema Mbasogo, który poddanych uważa za swoją własność, dzielił się naftowym majątkiem - nawet zagarniając większość zysków - Gwinejczykom żyłoby się jak mieszkańcom krajów Zachodu. Ponieważ jednak są niewolnikami, wegetują w skrajnej nędzy.

Zbrodniarzowi zachciało się igrzysk, więc światek futbolu sprezentował mu najważniejszą sportową imprezę na kontynencie. A ponieważ zbrodniarzowi zachciało się jeszcze sukcesu, rozkazał importować najemników. Paszporty przyjęli kopacze z Brazylii, Kamerunu, Liberii, Senegalu, Nigerii i Hiszpanii, więc w większości meczów w drużynie gospodarzy nie wystąpił nikt, kto urodziłby się w Gwinei. Kuriozum, jakiego cała historia futbolu nie widziała. „Gwinejczycy” awansowali do ćwierćfinału, zadowolony syn Teodoro wypłacił piłkarzom milion dolarów premii. Tyle ile wspomnianym 490 tys. najbiedniejszych poddanych - razem wziętym - musi wystarczyć na dwa dni życia.

W sporcie, w którym idealiści pragną widzieć świat najszlachetniejszych wartości, nigdy nie było tak, że najważniejsze turnieje dostawały wyłącznie dojrzałe lub przynajmniej rozkwitające demokracje. Już uczestników drugiego futbolowego mundialu przyjmował Benito Mussolini, który zażyczył sobie złota dla Włochów, więc belgijski sędzia ćwierćfinału pozwolił, by gospodarze połamali nogi legendarnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze, a szwajcarski sędzia powtórzonego ćwierćfinału tak bezczelnie oszukiwał, że został zdyskwalifikowany przez zawstydzoną rodzimą federację. Potem olimpijczyków podejmował Adolf Hitler; zaszczytu zorganizowania najsłynniejszej bokserskiej walki - Muhammada Alego z George?em Foremanem - dostąpił twórca osławionej zairskiej kleptokracji Mobutu Sese Seko; jedyny mundial, na którym polscy piłkarze uchodzili za faworytów, odbył się u trzymanych za twarz przez wojskową juntę Argentyńczyków.

Dopiero niedawno edukowana przez organizacje pozarządowe opinia publiczna uwrażliwiła się i zyskała świadomość, że imprezy sportowe bywają spełnianiem fantazji tyranów. Co zresztą prowadzi do jałowych dyskusji o kryteriach, jakie mielibyśmy przyjmować przy wyborze gospodarzy igrzysk. Czy z naszej, europejskiej perspektywy na ten przywilej zasługują Stany Zjednoczone, które wykonują najwięcej wyroków śmierci, w Guantanamo torturują i zamykają bez sądu, w więzieniach trzymają najwyższy odsetek obywateli na planecie, najeżdżają kraje na drugim końcu świata pod sfingowanymi pretekstami etc.? Jeśli moralnej legitymacji odmówimy nawet USA, zbliżymy się do wniosku, że igrzyska może gościć ledwie kilka krajów...

W każdym razie nastał czas, w którym społeczeństwa sytych demokracji liberalnych coraz częściej debatują, czy warto porywać się na tak kosztowne ekstrawagancje, natomiast kandydaci kontrowersyjni - państwa niegotowe infrastrukturalnie, pełne nędzy, naruszające prawa człowieka - toczą o turnieje zażarte wojny, zwycięstwo nierzadko zawdzięczając łapówkom. Igrzyska letnie wczoraj zorganizowały Chiny, a zimowe jutro zorganizuje Rosja. Rosja wzięła też futbolowy mundial (2018), po którym piłkarzy przyjmie Katar (2022) - kupujący ostatnio turniej za turniejem, choć pozbawiony jakichkolwiek sportowych tradycji i również masowo importujący zawodników z zagranicy. Monarchia z nieodległego Bahrajnu - w ulicznych protestach ginie tam coraz więcej ludzi - zaprasza kierowców Formuły 1, przeciw czemu buntują się brytyjscy parlamentarzyści. Poprzedni Puchar Narodów Afryki odbył się w częściowo ogarniętej wojną domową Angoli (co skończyło się ostrzelaniem autobusu z drużyną Togo i ofiarami śmiertelnymi), a następny miał się odbyć u Muammara Kaddafiego - przeniesiono go dopiero po wybuchu powstania i obaleniu dyktatury. Tylko czekać, aż piłkarze zostaną zmuszeni do odwiedzin opiekującego się ludem Suazi króla Mswatiego III, który dla udowodnienia swojej jurności zgwałcił w ubiegłym roku byka. (O grze wstępnej również wspominałem w tamtej notce).

Na razie najbardziej ponurą współczesną krainą, której sportowi działacze - nawiasem pytam, ile grup zawodowych zapracowało na podlejszą reputację? - przyznali bardzo prestiżowe zawody, pozostaje wspomniany brutalny reżim króla Teodoro. Jeśli okładane krytyką przed igrzyskami w Pekinie Chiny porównamy do więziennej celi, to Gwineę Równikową musimy wyobrazić sobie jako izolatkę, nad której lokatorami znęcają się sadystyczni strażnicy. Znęcają się nad wszystkimi, wielu mordują, do tego w sposób możliwie wyrafinowany. Działacze praw człowieka porównują ten kraj do Korei Północnej.

Paradoks ostatni: Gwinejczycy triumfami wypożyczonych z zagranicy piłkarzy autentycznie się cieszyli. Na trybunach oklaskiwali niemal każde zagranie, potem wylegali na ulice i godzinami tańczyli. Oprawca podarował im prawdziwy karnawał.

Archiwum
Tagi