Wpisy z tagiem: PZPN

czwartek, 27 października 2016

PZPN, Łączą Nas Pieniądze

Panującemu od czterech lat Zbigniewowi Bońkowi, którego bywa w piłce wręcz zbyt dużo, wyzwanie rzucił przedsiębiorca budowlany Józef Wojciechowski, którego od lat w piłce nie było wcale. Przynajmniej pozornie tak to wygląda, bo wiadomo, że za tym ostatnim stoi Cezary Kucharski, znany nade wszystko jako pośredniczący w transferach agent piłkarzy, który z wzajemnością prezesa PZPN nie znosi.

Antagoniści są związani z postaciami dla naszego futbolu absolutnie kluczowymi, którym w sporej mierze zawdzięczają sukces – Boniek mianował selekcjonera reprezentacji Adama Nawałkę, Kucharski zasadniczo wpłynął na losy kapitana reprezentacji Roberta Lewandowskiego. A to niekwestionowani liderzy drużyny, bez nich nie byłoby ćwierćfinału Euro 2016 ani obłędnej popularności polskiej kadry.

Skąd wzięła się wrogość? Kucharski twierdzi, że naraził się, gdy nie przyjął od Bońka propozycji współpracy w handlu piłkarzami. Boniek zarzuca Kucharskiemu niekonstruktywną konfliktowość i ogólną niepopularność w środowisku. Całej prawdy nie znamy, ale dzisiaj sytuacja byłaby bardziej przejrzysta, gdyby to oni rywalizowali o prezesurę. Zwłaszcza że Wojciechowski zjawia się niemal znikąd. Z futbolu pamiętamy go tylko jako obniżającego i tak niskie ligowe standardy właściciela Polonii Warszawa, który zarządzał klubem jak małpa z brzytwą, pomiatając zwłaszcza autorytetem trenerów.

Zasługi aktualnego prezesa są oczywiste. To intuicja przy wyborze selekcjonera, spektakularna poprawa wizerunku PZPN, zbliżenie reprezentacji do kibiców dzięki internetowemu kanałowi wideo „Łączy nas piłka” i generalnie profesjonalizacja związku, jakże widoczna podczas Euro 2016. Nie tak żwawo rozwijał długofalową strategię sportową – wyretuszowana szkoła w Białej Podlaskiej pozostaje niedostępna dla trenerskich mas (liczbą wyedukowanych fachowców ustępujemy mniejszym krajom); szumnie ogłaszany Narodowy Model Gry to biuletyn dobrych rad, których nie sposób wyegzekwować; ligowy podręcznik licencyjny wciąż nie zmusza klubów do otwierania akademii dla młodzieży. Choć w naszych realiach budujące jest już to, że zarządcy PZPN w ogóle zauważyli, iż szkolenia nie wolno rzucać na żywioł, lecz należy je planować.

Tu docieramy do innego fundamentalnego atutu Bońka, czyli miernoty poprzedników. Po kuriozalnej kadencji prezesa Grzegorza Laty i w ogóle dekadzie kompletnego upadku naszej piłki – estetycznego i etycznego – wystarczało przywrócić jako taką normalność. Dlatego dzisiaj trudno znaleźć jakikolwiek rozsądny punkt odniesienia dla oceny dokonań szefa PZPN. Adekwatnych kryteriów nie proponuje w żadnym razie Wojciechowski, który odzyskiwanie wiarygodności w futbolu powinien rozpocząć raczej tam, gdzie ją tracił, czyli w klubie.

W ogóle cała tzw. debata przedwyborcza to przygnębiające świadectwo mentalnej kondycji środowiska piłkarskiego. Były właściciel Widzewa Sylwester Cacek zarzuca Bońkowi – przepraszam, oczywiście upraszczam – że jako inny były właściciel łódzkiego klubu nieuczciwie się na nim dorobił. Kucharski utrzymuje w wywiadzie dla SportoweFakty.pl, że Boniek od dawna łamie prawo, reklamując nielegalnych w Polsce bukmacherów, bo ma wsparcie polityczne, ale zapomina, że był posłem PO, która latami rządziła krajem. Wojciechowski nie wierzy w uczciwość wyborów, ale będzie ich wyniki podważał, tylko jeśli przegra; stoją za nim ponoć „ludzie polskiej piłki”, ale boją się ujawnić; rozda klubom miliony, ale właściwie nie wiadomo, dlaczego mamy mu wierzyć. Boniek wytykających mu etyczną wątpliwość zachwalania hazardu zbywa machnięciem ręką, znienacka wydał za to werbalnie wojnę kibolstwu (to stało się modne) i wzywa na pomoc państwo, ale nie wspomina, że długo chuliganom pobłażał, zabronione prawem race wręcz lubił. Obie strony oskarżają się też o manipulowanie powolnymi im dziennikarzami, otwarcie wyrażane sympatie tych ostatnich coraz częściej dostrzega zresztą – i daje wyraz niesmakowi – zwykły kibic. Wygląda to wszystko bardziej na bijatykę w mordowni niż wymianę ciosów na ringu.

Merytorycznej wymiany ognia nie słychać, nie widać też idealistów, ludzi bezinteresownie pragnących – czuję, jak pociesznie zabrzmią te słowa – lepszej przyszłości naszego futbolu. Esencją awantury pozostaje szmal, aż mnie chwilami korci, by skrót ŁNP rozszyfrowywać jako „Łączą nas pieniądze”. I nawet nie ma sensu załamywać rąk nad degrengoladą akurat polskiego środowiska, skoro FIFA usunęła niedawno z piłki podejrzanego o korupcję Wolfganga Niersbacha, byłego szefa federacji niemieckiej, czyli uchodzącej za modelową. A cywilizowana Ameryka chwali Hillary Clinton, że podczas debaty prezydenckiej kłamała rzadziej niż jej rywal Donald Trump. Wisielczo pocieszać się możemy tylko, że wyborczy zjazd PZPN nie będzie zapewne najważniejszym karczemnym mordobiciem, jakie przeżyjemy w 2016 roku.

Tagi: PZPN
18:28, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
niedziela, 07 grudnia 2014

W felietonie do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” nie zajmuję się wadliwością bądź niewadliwością ustawy hazardowej, nie zajmuję się też tym, kogo karać, a kogo nie, pomijam nawet cyniczne kiwanie polskiego prawa przez Bońka – na potrzeby chwili mogę sobie wręcz wyobrazić, że nie istnieją u nas żadne ograniczenia reklamy zakładów sportowych.

Nawet wówczas pozostanie jednak wątpliwość, czy piłka nożna powinna propagować hazard. A zwłaszcza – czy powinien propagować go prezes PZPN. Felieton przeczytacie tutaj.

piątek, 18 lipca 2014

Nie dajcie się omamić defetystom, wcale nie dzieje się beznadziejnie czy choćby źle, przeciwnie, nadwiślańska piłka nożna kwitnie. To perfekcyjnie funkcjonujące, stale się rozwijające i jedno z najbardziej dochodowych przedsięwzięć biznesowych w Polsce. A może wręcz, biorąc pod uwagę jakość oferowanego produktu, najbardziej dochodowe.

Spójrzcie na frekwencję podczas ostatnich meczów u siebie reprezentacji kraju, przecież gniotów nie do zniesienia. Show z Litwą – 33 tys., Szkocja – 42 tys., Irlandia – 31 tys., Słowacja – 41 tys., Czarnogóra – 45 tys., Dania ­– 35 tys. A na Ukrainę, w potwornie mroźny wieczór, przyszło aż 56 tys. naiwnych. Upał czy zamieć, o punkty czy ćwierćsparing, stolica Polski czy stolica Wielkopolski, chętni zawsze się znajdą. Bez nurkowania w statystyki wiadomo, że nie znajdziemy w świecie miejsca, gdzie tak wielu przychodzi tak często oglądać tych, którzy wygrali tak niewiele. W Europie tylko kilka potęg oklaskuje z trybun większy tłum.

Nic dziwnego, że ktoś zawsze reprezentację zasponsoruje. W najgorszym razie Cinkciarz.pl. PZPN od zawsze chełpi się imponującą kondycją finansową, choć – powtarzał to już prezes Michał Listkiewicz – „jako jedyny związek sportowy nie bierze jałmużny z budżetu państwa”. Powinien był jeszcze dodać, że cały ten interes chroni święta zasada – nie musimy spełnić żadnych wymagań, nikt nie zaszantażował nas żadnym minimum przyzwoitości, piłkarze mogą skopać piętami własne czoła, a szmal zawsze spłynie. Perpetuum mobile.

Czołowe kluby również puchną. Przywoływałem na Twitterze wzrost przychodów Legii Warszawa, nie tyle dynamiczny, ile kosmiczny. Rok 2011 – 67,6 mln złotych; rok 2012 – 89,9 mln; rok 2013 – 114,3. W dwa lata skok o 69 procent! Lech Poznań tyje wolniej, ale też tyje. Obie wielkie lokalne firmy stale uciekają finansowo tym wszystkim mniej lub bardziej prowincjonalnym rywalom, którzy zasadzają się na nich w rozmaitych na wpół przedwstępnych rundach kwalifikacji do eliminacji do europejskich pucharów. Ba, wielu nadwiślańskich ligowców z dołów tabeli, których nikt nie wpuszcza do międzynarodowego grania, nie schyliłoby się po piłkę za 8 tys. złotych – pensję najwyżej opłacanego kopacza z estońskiego Nõmme Kalju, wczoraj zbyt silnego dla wicemistrza Polski. A budżet półamatorskiego irlandzkiego St. Patrick, którego Legia ledwie wydarła remis, mógłby nie wystarczyć do utrzymania w tzw. ekstraklasie.

Mamony przybywa, odpowiedzialności wcale. Najpierw wysłuchiwaliśmy, że „nikt nie żąda awansu do Ligi Mistrzów” – bez nerwów, panowie piłkarze, spieszmy się powoli, to strategia rozłożona na lata – teraz wysłuchujemy, że nikt nie oczekuje widowisk w ostatniej fazie eliminacji – trzeba dbać o wrażliwe wnętrza legijnych gwiazd, niech ich nie pożre presja, oszczędźmy im stresu i zgryzoty, dmuchnijmy i chuchnijmy, na pełnym luziku gra się przyjemniej. Trener Lecha też nie wpada we wściekłość po skandalicznym numerze wywiniętym przez poznaniaków w Estonii, on wszystko przyjmuje na spokojnie, wyjaśni nawet awanturującym się, że nie ma mowy o kompromitacji. Gdyby nie szydera w internetach i na trybunach, luksusowo wynagradzani zawodowcy z naszych największych przedsiębiorstw futbolowych pewnie nigdy nie usłyszeliby, że cokolwiek spartaczyli. Zresztą i tak mogą puścić pojękiwania pieniaczy mimo uszu, wszak właśnie startują rozgrywki w ich własnej zagrodzie, tutaj Lutek wygra z Ziutkiem albo odwrotnie, to właściwie kwestia drugorzędna, zarobią obaj. I podelektują się światową oprawą. Telewizje elegancko transmitują, w lożach z foie gras w menu zasiadają eleganccy panowie, sezon podsumowują eleganckie gale, mistrzowie świętują tytuł w eleganckich otwartych autobusach – jak Real Madryt.

Wyczynowcy importowani też się prędko orientują, że czy się stoi, czy się leży, to kontrakcik się należy, więc w szkodliwym napięciu nerwowym nie żyje nikt, to jest raczej beznamiętne odbijanie karty na zakładzie. Na zakładzie, czyli na efektownych stadionach – też czołówka europejska, mówiłem, że interes się kręci – o których przeciwnicy z europejskich pucharów nie umieją nawet marzyć.

Zawsze rozumiałem, dlaczego polskie drużyny przegrywają. Rozumiałem to, gdy były intelektualny lider naszego myśli szkoleniowej Jerzy Engel w polemice wytykał mi głównie niewłaściwą fryzurę, rozumiałem to przedwczoraj, gdy jego następca Stefan Majewski żołądkował się, że dziennikarze ośmielają się tytułować Roberta Warzychę trenerem, choć ten nie dostał świętego PZPN-owskiego glejtu, zwanego szumnie licencją – to dla związkowego dyrektora naczelny problem kopactwa polskiego. Ale właśnie dotarliśmy do momentu, w którym przestaję klęski pojmować. Owszem, u nas – pod względem sportowym – nie działa nic, ale czy w meczach z estońskim Kalju lub dublińskimi półamatorami nie schodzimy już na pułap, na którym nasi powinni wygrywać nawet na rozsadzającym łeb wszechkacu? St. Patrick wypuściło na boisko przy Łazienkowskiej kopaczy niewydarzonych, upiornie biedzących się z piłką przy każdym kontakcie, widzieliśmy, że ustępują legionistom technicznie, pewnie żaden nie zmieściłby w warszawskiej rezerwie. Wyglądali tak nędznie, że nawet taktyczne inwalidztwo gospodarzy nie powinno – tym drugim, faworytom – fundamentalnie zaszkodzić. Ten mecz świetnie opłacanym pracownikom przedsiębiorstwa Legia Warszawa wypada wygrywać samym wysiłkiem woli.

Wciąż sądzę, że mistrzowie Polski wygramolą się do następnej rundy. Wicemistrzom też daję szanse. Ale ich dwumecze nie mają prawa być morderczymi bataliami, to wyzwania na miarę przystawienia stempla przez urzędnika, przylepienia znaczka na kopertę przez pana z okienka na poczcie, znalezienia właściwego adresu przez taksówkarza. Niżej zawieszonej poprzeczki, mówiąc narzeczem ligowym, być już nie może, bo ta nie wisi, lecz leży. Uderzające, że bohaterowie tzw. ekstraklasy nie obawiają się nawet wstydu. Nie tylko psychologowie widzą w nim potężną siłę, już Rousseau pisał, że „nie najciężej wyznać, to co w nas zbrodnicze, ale co wstydliwe i śmieszne”. Piłkarze obciachu nie czują prawdopodobnie nigdy, wiodą żywot sielski i anielski, a ewentualne odpadnięcie z europejskich rozgrywek jeszcze jego standard podniesie – zwolni z udręki wypraw na zagraniczne wygwizdowo, gdzie stadiony wyglądają znacznie poniżej przyzwyczajeń światowca z Poznania czy Warszawy. I będzie można znów w pełni skupić się na tzw. ekstraklasie.

poniedziałek, 14 października 2013

Oczywiście zmory futbolowe. Pierwszej – żałosnych spektaklom „poszukiwań” kolejnych selekcjonerów reprezentacji – poświęciłem felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Extra”. O drugiej – wieloletnim przekleństwie lewej obrony – dłuższy kawałek napisałem wraz z Michałem Szadkowskim. Oba teksty, jak wszystkie z poniedziałkowego magazynu, leżą za płatną ścianą.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Prezes PZPN 2 stycznia bieżącego roku: „Proszę mi wierzyć, nie ma w nich [racach] nic niebezpiecznego. Na moim sylwestrze wnuki w wieku sześciu i ośmiu lat z tym urzędowały. Nic nikomu się nie stało”

Prezes PZPN 21 stycznia: „Nie uważam, aby pirotechnika, czyli używanie rac, flar, petard, świec dymnych była koniecznym elementem widowiska piłkarskiego. Można doskonale oglądać mecz bez tego rodzaju atrakcji. Ale niemal na każdym stadionie kibice ich używają. Są niebezpieczne, dym unoszący się nad boiskiem zasłania widok, zdarza się, jak ostatnio w Poznaniu na spotkaniu Lecha ze Śląskiem, że sędzia zmuszony jest przerwać grę”.

Prezes PZPN po kwietniowym finale Pucharu Polski: „Dla mnie kibice byli fantastyczni i tyle. Co zrobili np. ci z Legii? Race? Najbardziej nie lubię hipokryzji. Nagle na meczu odpalono sto rac i wszyscy się dziwimy, choć pojawiają się bardzo często”.

Prezes PZPN po majowym meczu ligowym Pogoni z Legią: „Mnie te race zupełnie nie przeszkadzają. Słyszę jak wszyscy się mądrują na ich temat, ale to bzdura, że są zakazane”.

Prezes PZPN wczoraj w TVN24, komentując czwartkowe kwalifikacje Ligi Europejskiej: „Mecz Śląska w Brugii był kapitalny, ale nagle na trybunach zajmowanych przez wrocławian zaczęły płonąć jakieś ogniska. Nigdzie na świecie już się tak nie robi, no to po prostu wsią pachnie”.

Ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Byłem ostatnio poza siecią, ale wplotłem się ponownie i niebawem wrócę do intensywniejszego blogowania, na razie załączam dwa drobiazgi zza płatnej ściany. Mój tekst z dzisiejszej „Gazety” o zamulaniu dyskusji o selekcjonerze (i w ogóle naszej kadrze) przeczytacie tutaj. I poprzestałbym na tym linku, gdyby nie wywiad dany przez Zbigniewa Bońka – aż żałuję, że pisałem swój kawałek przed jego lekturą, wkomponowuje się w zjawisko idealnie. Zresztą sami kliknijcie – tutaj.

piątek, 07 czerwca 2013

Wiem, że naszym piłkarzom zdarza się wyrosnąć na ludzi nie dzięki, lecz pomimo nadwiślańskiego systemu szkolenia, ale nigdy nie dam sobie wmówić, że nie mamy wyczynowców na miarę zwycięstw – pewnych zwycięstw – nad Mołdawią. Mamy. Dziś przyskrzyniła Polaków reprezentacja z kraju niewydarzonych kopaczy, u których jedyny mający styczność z Europą klub (Sheriff Tyraspol) rekrutuje niemal wyłącznie obcokrajowców. Z kraju bez jakiegokolwiek rozpoznawalnego poza nim nazwiska.

Nie chce mi się analizować, ile razy nasi przywalili w mołdawski słupek. Ani rozpylać zaklęć o akcjach, po których od gola dzieliło ich tyci-tyci. Ani wyszukiwać w absencjach wyjaśnień dla gola wbitego nam przez rywali, którzy nie wbijają ich nikomu. Ani przypominać, że tak nisko notowanej (134. miejsce w rankingu FIFA) drużynie nie oddaliśmy punktów od blisko dwóch dekad. Ani znęcać nad selekcjonerem, który nigdy nie ujawnił żadnego – przesylabizujmy: żad-ne-go – atutu, by oddawać mu reprezentację. Nasz problem jest niezmiennie ten sam, najogólniejszy. Po mistrzowsku partaczymy nawet te posiadane resztki potencjału potrzebnego, by czasami z kimś wygrać.

Był sobie skandalicznie niekompetentny działacz od spraw sportowych Antoni Piechniczek, który miał widzimisię, żeby awansować na selekcjonera prawdopodobnie niekompetentnego Waldemara Fornalika, i nikt mu nie przeszkodził, bo nad wszystkim czuwał najbardziej beznadziejnie w tym gronie niekompetentny Grzegorz Lato.

Skończeni dyletanci pełnili lub pełnią strategiczne, najważniejsze funkcje w polskim futbolu dlatego, że zostali demokratycznie wybrani. Polski futbol chciał oddać władzę dyletantom, więc ją oddał. Łatwo mu to przychodzi, w końcu po przegraniu eliminacji do mundialu w Brazylii będziemy budować kadrę na następne eliminacje, eliminacje generalnie gonią eliminacje, całkiem szans nie tracimy nigdy. A ponieważ mamy mnóstwo czasu, możemy zajmować się duperelami, ewentualnie psuć każdy wpływający na wyniki drobiazg.

Trener zagraniczny przeszkadza, bo zagraniczny. Piłkarze kiepsko mówiący po polsku przeszkadzają, bo kiepsko mówią po polsku. Notorycznie latamy na towarzyskie wprawki po innych kontynentach, bo dlaczego nie latać, skoro inne kontynenty istnieją. Silnych lub przyzwoitych sparingpartnerów szukamy tylko czasami, bo garną się do grania z nami sparingpartnerzy byle jacy. Cały projekt o szumnej nazwie „reprezentacji Polski” to wysypisko decyzji przypadkowych, pozbawionych merytorycznej argumentacji i logicznego ze sobą związku.

Poszukiwań następnego selekcjonera już się boję, w końcu prezes PZPN Zbigniew Boniek należy do myślicieli przywiązanych do tezy, że „nawet Mourinho niewiele by zmienił”. Ale nie martwmy się na zapas, na razie szukajmy pozytywów. Najważniejsze, że z Liechtensteinem udało się pożegnać Dudka.

poniedziałek, 20 maja 2013

Przyćmili wszystkich ludzi polskiej piłki stacjonujących w kraju, więc nie było ucieczki, musiałem w końcu docenić ich felietonowo. Tekst z dzisiejszej „Gazety” przeczytacie tutaj. Leży za płatną ścianą.

czwartek, 28 marca 2013

Z góry błagam o przebaczenie lub litościwy wymiar kary, wiem, że tematu reprezentacji Polski dłużej ciągnąć nie wypada, że nastał czas masowego przechodzenia kibiców na stronę San Marino, że coraz więcej obywateli zadaje sobie politycznie niepoprawne pytanie, czy łączy ich z polskimi piłkarzami cokolwiek ponad posługiwanie się tym samym językiem. Niniejszy wpis ośmielam się popełnić z jednego powodu – przygnębiająca wyrwa w sezonie dla drużyn narodowych się skończyła, zaraz ożywią nas drużyny klubowe, nadciągają przyjemne ponad dwa miesiące bez boleści w kolorach biało-czerwonych. To na długo ostatni raz.

Sytuację kadry na półmetku mundialowych eliminacji podsumowałbym tak:

1) popisy piłkarzy podczas Euro 2012 nas nie satysfakcjonowały, tymczasem dziś piłkarze wyglądają jeszcze słabiej, pouwijać się z sensem nie potrafią nawet przez osławione 30 minut;

2) piłkarze grają nie tylko jeszcze słabiej, ale również coraz słabiej, seria trzech kolejnych porażek (1:3 z Urugwajem, 0:2 z Irlandią, 1:3 z Ukrainą) nie przytrafiła się kadrze od schyłku kadencji Beenhakkera;

3) u trenera Fornalika najbardziej rzuca się w oczy, że usiłuje nie zająć stanowiska w żadnej sprawie, nadal nie mam pojęcia, jaką drużynę zamierza skonstruować i ile mu jeszcze brakuje.

Nie wykluczam, że się mylę, nie dostrzegam subtelnych oznak postępu, zatruty notorycznymi klęskami nie umiem zauważyć, że dzieje się coś dobrego. Dlatego z łapczywą ciekawością chwyciłem dzisiejszą „Rzeczypospolitą”, w której obszernie wypowiedział się Zbigniew Boniek.

Niestety, z ponad 17 tys. znaków nie wyłowimy merytorycznej – pozytywnej bądź negatywnej – oceny selekcjonera. Jest za to kuriozalny passus, który właściwie czyni tę posadę nieistotną, może wręcz zbędną: Dziś, gdyby tu przyszedł Fabio Capello, to potrenowałby kadrę dwa razy i powiedział: „Wiesz co Zbyszek? Goń się, ty i ta cała reprezentacja. Tu nie ma dobrych piłkarzy”. Capello kiedyś powiedział mi jedną mądrą rzecz. „Wiesz w czym jest moja siła? W tym, że nigdy nie wybrałem złej drużyny do trenowania”. Szedł do klubów, w których miał dobrych piłkarzy, albo mógł kupić kogo chciał. A Mourinho jakbym wziął i dał kilka milionów euro rocznie? Ale by się dziennikarze cieszyli. Każdy by sobie zrobił po dwa wywiady, wymienił się esemesami. A kadra zagrałaby dobrze półtora meczu i potem wróciła do starych nawyków.

Bezmyślne „nawet Mourinho by nie pomógł” albo „nawet Capello by nie pomógł” albo „nawet Guardiola by nie pomógł” to już fraza obowiązkowa w nadwiślańskiej paplaninie o trenerach, co chwilę ją słyszę, choć kompletnie nic nie wnosi, co najwyżej sprowadza dyskusję do absurdu. Boniek proponuje ją zamiast jakiegokolwiek konkretu o selekcjonerze, nie zdobywa się na choć jedną, najdrobniejszą refleksję podpowiadającą, dlaczego Fornalik powinien odejść lub zostać. Co najwyżej jeszcze uprzykrza mu życie, bo ani go nie zwalnia, ani nie daje mu wsparcia.

Natychmiast po przywołanym cytacie prezes PZPN przedryblowuje jednak samego siebie, beztrosko rzucając: Dobry trener potrafi dodać drużynie wigoru. Nasi piłkarze na razie grają na 40 procent możliwości. Bo jakby grali na 100, to kto jest w tej grupie mocniejszy od nich? Ja nie widzę.

Znacie te komunały, wygłaszane przez ligowców już zdawkowo, by wypełnić watą ciszę przed mikrofonem – o „derbach rządzących się własnymi prawami” lub „meczach pucharowych rządzących się własnymi prawami”? Ja coraz częściej myślę, wiedziony również rzuconą niegdyś na blogowym forum uwagą o programowym antyintelektualizmie naszej piłki, że własnymi prawami rządzi się w polskim futbolu przede wszystkim logika.

poniedziałek, 25 marca 2013

Niewiele. Właściwie wcale go nie ma. Musi postanowić już. Dotąd odpowiedzialności nie ponosił, brylował z wygodnym „odziedziczyłem po poprzedniku”. Za każdy następny mecz po wtorkowym z San Marino odpowiada już on. Albo uważa, że Fornalik rokuje i „ja, prezes, na niego stawiam”, albo za parę chwil przedstawia nowego stratega - z misją Euro 2016, choć bez poddawania kwalifikacji mundialu 2014. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety” (leży za ścianą płaczu) przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
Tagi