Wpisy z tagiem: PZPN
wtorek, 21 lutego 2012
Sporządzam tę notkę inspirowany lekturą forum pod notką poprzednią - przepraszam, że odpowiadam zbiorowo, ale tak będzie łatwiej zachować spójność wypowiedzi. Czytając niektóre uwagi, odnoszę wrażenie, że wyczytaliście w zapisie moich wątpliwości apel, by skazanego za korupcję Łukasza Piszczka spalić na stosie albo ukrzyżować, gdzieniegdzie znajduję nawet zbliżone metafory. To sprowadzanie dyskusji do absurdu, nikt mu nie chce łamać kariery i nikt mu już jej nie złamie. Zdobył uznanie jako sportowiec (mistrzostwo Bundesligi, indywidualne nagrody etc), zdobył wielomilionowy majątek, ma powody czuć się spełniony. Ja tylko się zastanawiam (nawet nie wyrażam wprost takiego oczekiwania), czy Piszczek zasługuje na jeszcze jeden zaszczyt - prestiżowy, nie materialny, przecież w porównaniu z jego klubową pensją w reprezentacji zarabia symbolicznie. Co więcej, piłkarz Borussii Dortmund jest już całkowicie bezpieczny. Ani ja nie uczestniczę w chórze ujadających (inne media tematu nie podjęły, czym zresztą nie jestem zaskoczony), ani Franciszek Smuda z Grzegorzem Latą nie zamierzają zrobić mu krzywdy. Dla mnie wartością jest, że w ogóle się o problemie rozmawia, choćby na niszowym blogu, bo bezmiar korupcyjnej zarazy wywołał znieczulicę. Zastanawiam się, za co powinniśmy z kadry narodowej wykluczać, jeśli nie będziemy wykluczać za łapówkarstwo. Czy istnieje w ogóle sportowe przestępstwo, które czyni zawodnika niegodnym kadry narodowej? Czytelnik grzespelc pyta: „Naprawdę wierzysz w to, że ze wszystkich kadrowiczów tylko Piszczek brał udział w ustawianiu meczów?” Mógłbym odpowiedzieć: „Tak, wierzę, że Lewandowski i Błaszczykowski nie brali udziału w ustawianiu”. A mógłbym brutalniej, też rzucając pytania: „Jakie mamy powody wierzyć, że Piszczek brał w ustawianiu tylko jednego meczu? Dlaczego na planowanie przekrętu do mieszkania kolegi z szatni został zaproszony akurat on? Skoro w wywiadach utrzymywał, że nie wie, na co pójdą pieniądze, to może generalnie przyznaje się tylko do tego, co i tak zostało wykryte?” Za najpoważniejsze zbrodnie w sporcie uważam: świadome, popełnione z pełną premedytacją okaleczenie przeciwnika oraz fałszowanie wyniku zawodów, czyli oszukiwanie kibiców. (Nawet dopingu nie absolutyzuję jako grzechu śmiertelnego bez względu na okoliczności, bo zdaję sobie sprawę z przerażających dylematów kolarzy, którzy są przekonani, że w peletonie szprycują się bezwyjątkowo wszyscy. W ustawianiu meczu Zagłębie - Cracovia nie brali udziału wszyscy. Pięciu graczy odmówiło). Ponieważ jednak Piszczek dotąd utrzymywał, że nie wiedział, kogo korumpuje, w dobrej wierze - bardzo go lubię jako piłkarza - sądziłem, że kiedy znienacka padła propozycja, by kupić mecz, on zaskoczony i przestraszony nie protestował, lecz spontanicznie się zgodził. Dopiero teraz dotarło do mnie, że 1) uczestniczył w specjalnie zorganizowanej naradzie, na której planowano oszustwo; 2) zgodził się na „wtajemniczenie” innego zawodnika, przy czym słowo „wtajemniczenie” jest tutaj eufemizmem, bowiem on temu zawodnikowi miał nie tyle opowiedzieć, co się zdarzy, lecz wciągnąć go (lub „przekazać”, jakby pewnie chcieli zwolennicy eufemizmów) do uczestnictwa w zrzutce; 3) po naradzie miał czas, by sprawę przemyśleć i np. swój współudział w zbrodni ograniczyć („dam kasę, ale nie każcie mi wciągać do tego innych”), lecz zadanie wykonał; 4) w wyjaśnieniach składanych prokuraturom wspomina tylko, iż „miał mieszane uczucia”, co rażąco odbiega od postawy „brzydziłem się tamtym czynem, ale przegrałem z lękiem, że moja kariera będzie skończona; 5) jeszcze więcej czasu na refleksję miał, kiedy zajął się nim wymiar sprawiedliwości, lecz w publicznych wypowiedziach, że pozwolę sobie zacytować stałego komentatora dziaama, „kłamliwie się wybielał [w mediach]”. Generalnie nigdy nie wyczułem w jego słowach autentycznej skruchy, pamiętam za to, że przestępstwa dopuścił się już po wstrząsającej spowiedzi Piotra Dziurowicza, który ujawnił skalę korupcji toczącej nasz futbol. Słyszę też, że wykołowani przez Piszczka czują się członkowie wydziału dyscypliny PZPN. Zadaję sobie wreszcie pytanie, czy odsunięcie go od reprezentacji kraju nie wywarłoby pozytywnego wpływu na młodego piłkarza, który dziś rozważa wręczenie łapówki. Czy gdyby marzył o kadrze, w podjęciu decyzji nie pomogłoby zagrożenie reprezentacyjnym szlabanu? Teraz wie, że wystarczy mu świetnie grać, np. na miarę mistrzostwa Bundesligi, żeby czuć się bezpiecznym... Jeszcze raz: nasza decyzja jest czysto akademicka, żadnej mocy sprawczej nie ma, nic nie wiadomo, by szefów PZPN albo selekcjonera kadry gryzły sumienia. Mnie osobiście cieszą wyniki zamieszczonej w poprzedniej notce sondy, której wyniki wyraźnie odbiegają od wyników sond zamieszczanych gdzie indziej - często pochlebiałem sobie, że udało mi się zbudować tutaj minispołeczność fanów znacznie dojrzalszą niż średnia internetowa. Znów mam wrażenie, że się nie myliłem;-)
czwartek, 15 grudnia 2011
Zamieścimy je - spite z ust naszych futbolowych celebrytów - w poniedziałkowej, podsumowującej upływający rok „Gazecie Sport.pl”. Na pewno znajdą się wśród nich te: „Chłopcy narzekali na urazy, ale dali dziś z siebie wszystko, wycisnęli spod wątroby wszystko góralskie, co mieli” - trener Podbeskidzia Robert Kasperczyk po zwycięstwie nad Wisłą. „Powiem panu tak: ja powiedziałem nie dosłownie, tylko powiedziałem wprost, że jeśli, że mnie oceni się... Powiem panu, ja nie gram, nie. Grają, gra reprezentacja nasza... Że ocenią po wynikach reprezentacji, wie pan. Dobrze pan wie, że czym się buduje wizerunek. Wizerunek buduje się tym, jak pierwsza reprezentacja wygrywa, jest na świeczniku. Wie pan, to rośnie prestiż i zainteresowanie na ten... No nie wiadomo, no trzeba będzie podjąć po mistrzostwach twardą, męską decyzję, powiem panu, tyle w tej sprawie mam do powiedzenia” - prezes PZPN Grzegorz Lato o swojej dymisji. „Wypiłem parę drinków i do tego doszło zmęczenie pomeczowe. Wsiadłem do samolotu, nikt mi tego nie zabronił. A ja natychmiast zasypiam, no i widocznie jakiś drobny element chrapania spowodował, że komuś to przeszkadzało” - były już sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina wyjaśnia, dlaczego został wyproszony z samolotu „Z pewnoscia wiele osob chcialoby uslyszec moje prywatne zdanie na rozne tematy. Z racji wykonywanej funkcji nie zrobie tego” - rzeczniczka PZPN Agnieszka Olejkowska na Twitterze (pisownia oryginalna). Od siebie dodam, że oczywiście chciałbym usłyszeć prywatne zdanie rzeczniczki na różne tematy, dlatego żałuję, że wykonuje kneblującą ją funkcję. Wyrażam zarazem nadzieję, zdradzi nam swoje prywatne zdanie na różne tematy natychmiast po zakończeniu kariery. „Robi się z niego prezesa korupcji, a on był nikim. Nie grał w ustawionym meczu, mógł się zrzucić i myśleć, że to było na bankiet. Uważam, że źle się tłumaczył od początku, ale to przeuczciwy chłopak i powiedział prawdę” – selekcjoner Franciszek Smuda o ukaranym za korupcję Łukaszu Piszczku. „To szalenie miłe, że tak wiele osób pamięta o dniu 6 października i złożyło mi życzenia z okazji urodzin. Pewnie w wielu przypadkach ma tu swój udział poranny program radiowy, w którym dziennikarze przypominają o dacie urodzin wielu osób w tym moim. No cóż dziewiątka zaczęla poganiać piątkę i pędzi z wielką szybkością w stronę szóstki z przodu. Ze szczerym wzruszeniem dziękuję serdecznie Wam wszystkim za wiele miłych słów i życzeń. Odpowiadając na pytania kto był pierwszy z życzeniami to szczerze odpowiadam że była to grupa moich przyjaciół, którzy w wigilię dnia urodzin spędzili wieczór w moim domu i tuż po dwunastej złożyli mi pierwsze oficjalne już życzenia. (…) Jeszcze raz dziękuję i choć nie znam Waszych dat urodzin to odwzajemniam życzenia i serdecznie Was wszystkich pozdrawiam” - słynny polski trener na kultowej witrynie www.jerzyengel.pl (również zachowałem pisownię oryginalną). Nad antologią najzgrabniejszych fraz, które wypełnią całą kolumnę, myślimy z Michałem Szadkowskim, ale chcę prosić o wsparcie również Was, czytelników „A jednak się kręci”, byście podzielili się na forum cytatami, które wam zapadły w pamięć, poruszyły, rozbawiły, oburzyły, doprowadziły do szewskiej pasji etc. My na pewno o czymś zapomnimy, więcej głów redukuje niebezpieczeństwo niewybaczalnych przeoczeń. Pomożecie?
wtorek, 06 grudnia 2011
To jeden z dylematów współczesności najdonioślejszych - czy futbolowa reprezentacja kraju powinna mieć stadion specjalnie dla siebie i rozgrywać na nim wszystkie lub większość meczów, czy przeciwnie, jako dobro wspólne powinna wizytować wszelkie miasta, miasteczka i wsie, które nadążają z infrastrukturą i są w stanie godnie podjąć zagranicznych rywali? Sprawa jest nadzwyczaj delikatna, Unia Europejska niczego na państwach członkowskich nie wymusza, każde ma prawo rozdzielać popisy swoich piłkarzy wedle uznania. Nieskończonej liczby wariantów jednak nie ma, obowiązuje prosta alternatywa - nieliczni, którzy porwali się na obiekty zwane dumnie narodowymi, związują z nimi futbolową kadrę na stałe, reszta rzuca nią ze stadionu na stadion. Przyjrzyjmy się owym nielicznym, bo oni z oczywistych względów, o których za chwilę, interesują nas szczególnie. Piłkarze Anglii zeszli ze swojej mekki tylko na kilka lat dzielących zburzenie Wembley przestarzałego, bo postawionego w 1923 roku, od zakończenia budowy Wembley odpowiadającego wymogom naszych technologicznie rozbuchanych czasów. Francuzi wrośli w podparyski Stade de France, odkąd zafundowali go sobie z okazji mundialu w 1998 r. Austriacy w obiekt imienia Ernsta Happela nie wrośli, ale też kopią tam zdecydowanie najczęściej. Szwedzi mają Rasundę, Bułgarzy - Levskiego, Belgowie - króla Baudouina. A kiedy Duńczycy przed mistrzostwami kontynentu na zgliszczach szacownego Idratsparken stawiali Parken Stadium - skąd my to znamy? - inwestor wymógł na federacji gwarancję, że przynajmniej przez półtorej dekady reprezentacja rozegra tam każdy mecz u siebie. Nasz inwestor, czyli polskie państwo, był na tyle szczodry, że niczego na PZPN nie wymógł - nawet przeniesienia na Stadion Narodowy siedziby związku. Dlatego rośnie prawdopodobieństwo, że 1,5 mld roztrwoniliśmy wspólnie na gmaszysko, które, owszem, z klasą podejmie uczestników Euro 2012, ale zaraz potem zesmutnieje do pomnika kultowej już indolencji naszego sportu. Stanie się stadionem narodowym, który wcale nie będzie narodowy. Stadionem futbolowym, na którym będzie niewiele futbolu. Ba, prawie nie będzie na nim sportu. To opcja tak oryginalna, że nikt w Unii na razie jej nie wypróbował, mocniej prekursorska nawet od masowego importowania i spolszczania piłkarzy wyedukowanych za granicą, którzy podczas Euro mają ocalić od wstydu drużynę Franciszka Smudy. Od Rafała Kaplera, szefa spółki zarządzającej stadionem, dowiedzieliśmy się, że reprezentacja na nadwiślańskim boisku będzie grała rzadko albo wcale, bowiem PZPN zapowiedział, że kadrowiczów zagoni tam wyłącznie pod kosztownym (kosztownym dla nas, podatników) warunkiem - bez konieczności płacenia za wynajem stawek rynkowych. Zależymy od łaski prezesa jednej z naszych najbardziej skompromitowanych instytucji, a ponieważ aktualnie jest nim osobnik, który wie, jak położyć łapę na szmalu, już dziś możemy zakładać, iż po przyszłorocznym turnieju będziemy przypadkiem kuriozalnym - krajem z narodowym i bez narodowego zarazem. Kapler w wywiadzie dla „Gazety” pękał z dumy, że moloch przyniesie dochód, bo - jak ujawnił chyba po raz pierwszy - „nie jest stadionem w klasycznym rozumieniu tego słowa”, „lecz wielofunkcyjnym budynkiem”. Sportu zatem w zasadzie nie potrzebuje. Gdyby nasz rozmówca był chwalipiętą, wyróżniłby go zapewne na tle innych, wymienionych już wyżej narodowych. Pomysł na Stade de France okazał się o tyle prostolinijny, że sport wpychają tam co rusz - nie tylko piłkarzy reprezentacji, lecz także finalistów Ligi Mistrzów (w minionej dekadzie aż dwukrotnie!), rugbystów czy lekkoatletów, którzy na podparyskim obiekcie zabawili się nawet w mistrzostwa świata. U nas to wszystko zdaje się niemożliwe. Kadry zapraszać się nie opłaca; na Ligę Mistrzów 58-tysięczne trybuny są zbyt ciasne, odkąd prezes UEFA Michel Platini zarządził, że finał będzie wpuszczał tylko na stadiony 60-tysięczne i większe; rugby to dyscyplina u nas niszowa; lekkoatletów nie zaprosimy, ponieważ warszawskiego arcydzieła architektury nie wyposażyliśmy, w przeciwieństwie do Francuzów, w ruchome sektory dla publiczności, które kryją bieżnię. Nad Wembley osobno pochylał się nie będę, zdradzę tylko, że to również szczyt banału - sport dzieje się tam na okrągło, a specjalnie prestiżowy finał wspomnianej Champions League udaje się ostatnio organizować wręcz co dwa lata. Niezorientowanym wyjaśniam, że ta impreza jest Euro w miniaturze, wraz z towarzyszącymi jej drobniejszymi atrakcjami trwa tydzień, goszczący ją stadion z kościoła zmienia się na chwilę w katedrę, pielgrzymów ściąga wyraźnie więcej niż pomieszczą trybuny, bo kibice bez biletów też chcą się bawić, przeżywać i być blisko drużyny, zresztą UEFA organizuje dla nich specjalną strefę fanów z telebimami. Problem Nienarodowego - chyba wolno już go przechrzcić? - wpisuje się w szersze zjawisko, które roboczo nazywam uprawianiem kwadratury stadionowej. Przecież osobną, do rozpuku krotochwilną anegdotą jest futbolowy pałac poznański, którego zadaszenie trybun zostało skonstruowane tak przebiegle, że na boisku nie chce rosnąć murawa. Co, nawiasem mówiąc, zrozumiałe, kto by się przejmował zwykłą, przeznaczoną do podeptania przez nie wiadomo kogo trawą, gdy realizujemy historyczną misję narodową. Historycznie czujemy się też na Stadionie Śląskim. I dlatego, że to budowla monumentalna w każdym możliwym sensie - padały tutaj frekwencyjne rekordy (pół wieku temu 120 tys. ludzi dopingowało Górnika Zabrze w starciu z Austrią Wiedeń) oraz odbywały się legendarne mecze reprezentacji w złotej erze polskiego futbolu. I dlatego, że w stadionowych katakumbach panuje nastrój muzealny. Angielscy dziennikarze, którzy w 1973 roku, po swojej porażce reprezentacji z drużyną Kazimierza Górskiego, obwołali chorzowskiego giganta „Kotłem czarownic”, przed kilkoma laty rozglądali się po nim jak po betonowym Parku Jurajskim. Wszystko dlatego, że zamiast zrównać niefunkcjonalne straszydło z ziemią i wznieść na niej nowoczesne cacko, na którym można oglądać piłkarzy bez użycia lornetki, od lat sztucznie utrzymujemy trupa przy życiu. Na jego reanimację, dla niepoznaki nazywaną modernizacją, wyrzuciliśmy już 700 mln z okładem. Horrendum. Problem Nienarodowego idealnie wkomponowuje się też w pejzaż lokalny. Po drugiej stronie Wisły stoi Torwar, czyli udająca sportową hala poniżej godności stolicy rozwiniętego europejskiego kraju. Ją Kapler też zapewne nazwałby „wielofunkcyjną”, skoro do poważnego sportu się nie nadaje, za to świetnie się sprawdza przy wystawach psów albo targach budowlanych. Aż strach się bać, że pewnego dnia ktoś rozkaże ją zmodernizować.
niedziela, 27 listopada 2011
Jest afera korupcyjna czy nie? Futbolowi działacze sporo się natrudzili, by nauczyć nas, że wypada ich podejrzewać wyłącznie o najgorsze. Minister sportu Joanna Mucha już wie, w co wdepnęła. Aż chce się zacytować Andrzeja Leppera, który po wtargnięciu do Sejmu obiecywał, że Wersalu nie będzie. Słowa dotrzymał. Podobnie jak prezes PZPN Grzegorz Lato, który reprezentuje zbliżony poziom rygoryzmu moralnego i kultury osobistej. Po mianowaniu Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski rzucił do dziennikarzy: „Macie, czego chcieliście. A teraz my będziemy was jeb...”. Rządzący polskim futbolem zostali już zdemaskowani tyle razy, że podczas piątkowego zjazdu nie dowiedzieliśmy niczego nowego. Szeregowy działacz potajemnie nagrywa działacza najważniejszego (Latę); inny działacz oskarża najważniejszego o korupcję; zdaje się, że ma powody, bo nagrania zawierają negocjacje biznesowe i słowa prezesa o tajemniczych „stawkach” wahających się od 5 do 10 proc. Zostaje zawiadomiona prokuratura i CBA, ale szef PZPN łatwo uzyskuje absolutorium. Wreszcie człowiek mający być źródłem oskarżeń o łapówkarstwo ze wszystkiego się wycofuje. Czy po 100 skazanych i blisko 600 zatrzymanych w futbolowej aferze korupcyjnej ten skandalik może wywoływać jeszcze wrażenie? Dowodów na popełnienie przestępstwa pewnie nie będzie, skazani jesteśmy my - na domysły. A w przypadku środowiska piłkarskiego właściwie każdy domysł jest uprawniony. By pojąć dlaczego, wystarczy rzut oka na postaci dla tego światka kluczowe. Szefem wszystkich szefów jest Lato - jego etyczną niezłomność obnażyła pełna oburzenia tyrada o „ściganiu arbitrów, którzy wzięli kilogram kiełbasy albo pół litra wódki”. To też nieustraszony macho, chętnie tłumaczący, że „cudzej żony bić nie wolno, ale swoją już tak”. Przed dwoma laty prezes oddał telewizyjne i marketingowe prawa firmie Sportfive. Kontrakt będzie obowiązywał do 2020 roku (!), podpisano go w kontrowersyjnych okolicznościach - bez przejrzystego przetargu i analiz finansowo-prawnych, przy sprzeciwie części zarządu. Polskim przedstawicielstwem Sportfive kieruje inna kluczowa w środowisku osobistość, prawdopodobnie bardziej wpływowa niż Lato - to Andrzej Placzyński, znany też jako porucznik SB nadzorujący ojca Konrada Hejmę. Szarą eminencją jest też Janusz Hańderek. Nieformalnie steruje sprawami sędziowskimi, formalnie pełni funkcję szefa kontrolującej związek komisji rewizyjnej. Zasłużył się już w stanie wojennym, na zlecenie SB pisząc paszkwile wymierzone w krakowskich opozycjonistów i - wedle wspomnień ludzi „Solidarności” - uczestnicząc w przesłuchaniach. Oficjalnie środowisku arbitrów przewodzi Janusz Eksztajn. Niedawno opisaliśmy w „Gazecie” przypadek dwóch jego podwładnych, którzy nie musieli zdawać obowiązkowych testów sprawnościowych, ponieważ ich zwierzchnik wolał polecić, by kłamali, że je zdali. A kiedy jeden z nich, Rafał Rostkowski, zgłosił sprawę prokuraturze, został za karę skreślony z listy arbitrów międzynarodowych. On - jeden z naszych nielicznych fachowców cenionych za granicą. Co gorsza, Eksztajn groził arbitrom, że każdy, kto wystąpi przeciw niemu lub środowisku z interwencją w organach ścigania, również zostanie przykładnie ukarany dyscyplinarnie. Groził publicznie podczas sędziowskich kursów! Czołowi działacze mają talent do wywoływania afer wybitny. Jak sprzedają bilety na mecze kadry, to najdroższe w Europie. Jak ubierają piłkarzy na Euro 2012, to wycinają im z koszulki orła. Jak selekcjoner Franciszek Smuda przechwala się twardym charakterem, to tłumaczy, że „nie jest miękkim ch... robiony”. Jak sekretarz generalny PZPN Zdzisław Kręcina zechce polecieć z Wrocławia do Warszawy, to z samolotu wyprowadza go straż graniczna. Zdaniem współpasażerów kompletnie pijanego. Tamten incydent znamy z opowieści, ze złotych ust dyrektora Euro 2012 możemy spijać sami. W internecie furorę robi filmik, na którym Adam Olkowicz pytany przez kibiców, jak spisuje się trener kadry, odpowiada: „Na razie ch...”. Niemal niezauważone przeszło, że wraz z Gromosławem Czempińskim pod zarzutem korupcji przy prywatyzacjach zatrzymano m.in. Michała Tomczaka, który jako szef wydziału dyscypliny PZPN degradował kluby umoczone w łapówkarstwo. Nikt tak głośno jak on nie apelował o radykalną odnowę moralną środowiska.
czwartek, 17 listopada 2011
Kiedy otwierają usta, zamierają wszyscy poza najbardziej tchórzliwymi - ci odruchowo kulą się w sobie, co wiem z autopsji, bezwstydnie się przyznaję, że sam do należę tchórzliwych. Szef piłki światowej z szefem piłki polskiej jako oratorzy i myśliciele reprezentują tę samą, superciężką kategorię wagową, język mają ciężki jak beton, pojedynczą frazą umieją znokautować najodporniejszych na ciosy. Jeśli Grzegorz Lato zwala z nóg rzadziej, to tylko ze względu na posłuszne przyjęcie zalecanej przez doradców strategii knebla - dla swojego własnego dobra prezes PZPN w miarę możliwości milczy lub broni się uniwersalnym, nie znoszącym sprzeciwu „Bez komentarza”. Sepp Blatter paple bez ustanku i wczoraj znów dał czadu, przedstawiając w wywiadzie dla CNN swoją oryginalną koncepcję walki z rasizmem na boiskach. Prezes PZPN i prezes FIFA zadali już tyle ciosów, że aż się prosi, by ich zderzyć i zorganizować pojedynek na szczycie. Oczywiście uczciwy, pezetpeenowscy spece od PR chwilowo zdjęliby kaganiec i dali Lacie dyspensę na nieograniczone kłapanie paszczą. Mielibyśmy wtedy bój prawdziwie szlagierowy, pasjonujący także ze względu na dzielącą wielkich rywali barierę językową. By nie być gołosłownym i swoją ideę podeprzeć zachęcającym konkretem, z ust obu mówców wyjąłem po pięć najbardziej bombowych moim zdaniem cytatów. SEPP BLATTER. O romansie żonatego Johna Terry’ego z dziewczyną kolegi z drużyny, Wayne’a Bridge’a: „Gdyby to się stało w latynoskim kraju, byłby oklaskiwany”. O piłkarkach: „Każmy im grać w innych strojach niż mężczyźni, bardziej kobiecych. Np. ciaśniejszych spodenkach. Wybaczcie, że to mówię, ale w dzisiejszych czasach futbol uprawiają piękne kobiety”. O niezgodzie Manchesteru United na transfer wynagradzanego milionami euro rocznie Cristiano Ronaldo: „Zawsze jestem za ochroną piłkarza. Jeśli chce odejść, to trzeba pozwolić mu odejść. Futbol ma dziś dużo z nowoczesnego niewolnictwa”. O tym, co mają począć homoseksualiści podczas mundialu w Katarze, w którym homoseksualizm jest nielegalny: „Niech się powstrzymają od jakiejkolwiek aktywności seksualnej”. O aferze korupcyjnej w calcio: „Zrozumiałbym, gdyby to zdarzyło się w Afryce, ale nie we Włoszech”. O rasizmie na boiskach: „Nie ma rasizmu w futbolu, może jakiś niewłaściwy gest czy słowo jednego piłkarza w stronę drugiego. Ale jeśli ktoś został dotknięty, powinien powiedzieć: Gramy mecz, na koniec powinniśmy uścisnąć sobie dłonie”. GRZEGORZ LATO. Do dziennikarzy po mianowaniu Leo Beenhakkera selekcjonerem reprezentacji Polski: „Macie, czego chcieliście. Teraz my będziemy was j...” O „cywilizowanym” pożegnaniu ze zwolnionym przed kamerą TVN24 Beenhakkerem: „Podamy sobie na koniec ręce jak biali ludzie.” Z przemówienia do obcojęzycznych w Kijowie (spisane przez blog Supergigant): „Aj weri hepi if maj frend en mister Surkis tejk de for sity de sejm łi togewer de łord cap tu tauzent tłelf aj tink soł bikos best ajdija de uefa tunajt tudej if gif de sejm for tu for for ewrybady en polisz pipol polisz gowerment de sejm ukrain ukraina pipol end gowerment”. W komentarzu na wypowiedź mecenasa Andrzeja Wacha, który zapowiadał, że „jeśli ktoś bije żonę i z tego powodu prokuratura postawi mu zarzuty, to też będzie przez PZPN zawieszony”: „Jednak tylko cudzą żonę. Bo swoją można”. O prokuraturze tropiącej korupcję w naszym futbolu: „Jestem ciekaw, kiedy to w końcu zamkniemy. Wkrótce będziemy ścigać sędziego, który wziął kilogram kiełbasy. Albo pół litra wódki. Powoli dochodzimy do absurdu”. Tę małą antologię supercytatów sporządziłem także w szczytnym celu udowodnienia, że w pewnych konkurencjach nasz futbol nie odstaje od ścisłej światowej czołówki. Będę się upierał, że w ruszaniu jamą gębową prezes Grzegorz Lato to dla Seppa Blattera godny rywal. Jestem też ciekaw waszej opinii - wyrażonej i w poniższej sondzie, i w ewentualnych komentarzach na blogowym forum.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||