Wpisy z tagiem: arsenal

środa, 08 marca 2017

Arsenal, Arsene Wenger

„Nie bardzo się mam. Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał” – odparł Kłapouchy i pewnie nie przyszło mu do łebka, że długo po nim przyjdzie cały tłum Kłapouchych, że perfekcyjnie wyraził stan ducha fanów Arsenalu dręczonych przez Arsene’a Wengera w drugiej dekadzie XXI wieku.

Mówimy o fanach bez wątpienia nieszczęśliwych, ale nieprzesadnie, przecież nie spadła na nich żadna wielka tragedia. Nikt ich nie przypalał brakiem awansu do Ligi Mistrzów, nikt ich nie podtapiał klęską w fazie grupowej Ligi Mistrzów – co spotykało wszystkich innych okolicznych kibiców, nawet wspierających Manchester United czy Chelsea. Arsenal osiągał wyniki dotkliwie średnie, moment na pożegnanie się z rozgrywkami dobierając z morderczą konsekwencją:

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

1/8 finału

Dramatu nie ma, w dodatku można częściowo usprawiedliwić Arsenal klasą przeciwników, londyńczycy wpadali bowiem zazwyczaj na wielką Barcelonę lub wielki Bayern. Cierpisz tu raczej z nudów. Dlatego zresztą rozrzuciłem te najnowsze siedem sezonów po siedmiu akapitach – żeby czytelników zamulić, żeby nawet vbezstronni wpadli w stupor i poczuli klimat.

Im bardziej zatem Puchatek zaglądał do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, tym bardziej Arsenalu tam nie było. Choć były w przywołanym okresie m.in. Wolfsburg, Benfica (dwukrotnie), Monaco, FC Porto, Borussia Dortmund, Galatasaray, Malaga, Olympique Marsylia, Schalke, Szachtar Donieck, Tottenham, a nawet – uwaga, uwaga, słychać werble i brykającego Tygryska – cypryjski APOEL.

Znaczy każdemu się czasem trafia. Każdemu, tylko nie Arsenalowi. Arsenalowi, który śni o potędze, którego nie usatysfakcjonowałby w pełni nawet ćwierćfinał, który co sezon wysłuchuje trenerskich obietnic, że powalczy także o mistrzostwo kraju.

W lidze angielskiej też wiedzie mu się jednak przeraźliwie średnio. Nigdy beznadziejnie, ale i nigdy porywająco. Choć między 2005 a 2014 rokiem londyńczycy przeżyli najdłuższy okres bez zdobycia żadnego trofeum od lat 60. ubiegłego stulecia, to w żadnym sezonie nie stoczyli się na dno lub w jego pobliże.

Wróćmy jeszcze raz do bieżącej dekady – w najmarniejszym statystycznie sezonie tego okresu zdobyli w lidze ledwie 11 punktów mniej niż w najlepszym. W Manchesterze United ta rozpiętość wynosi 25 pkt. W Manchesterze City – 23 pkt. W Chelsea – 32 pkt. W Leicester nie sposób jej obliczyć, ponieważ Leicester zaczynało dekadę w drugiej lidze.

Wszyscy wymienieni zdobywali jednak mistrzostwo kraju. Czasem upadali bardzo nisko, czasem wzlatywali bardzo wysoko. W Champions League to samo – piłkarze United i Chelsea obcałowywali trofeum, a piłkarze City dofruwali do półfinału, w którym ulegli minimalnie (0:1 w dwumeczu) Realowi Madryt, późniejszemu triumfatorowi. Losów debiutujących w elicie bohaterów Leicester jeszcze nie znamy – niewykluczone, że wkradną się do ćwierćfinału, w Sewilli ulegli ledwie 1:2 – ale nawet oni zdążyli już nie tyle „nie przynieść wstydu”, ile zapisać się w sensie historycznym. Nikt przed nimi nie zdołał zachować czystego konta w czterech inauguracyjnych meczach tych rozgrywek.

Wygląda to zatem trochę tak, że otaczają was piłkarze, którzy bywają natchnieni i bywają skrajnie zdołowani, a wy, Arsenal, spokojnie sobie dłubiecie, żeby jakoś to było. Nikt nikogo nie popędza, nikt nie wymaga Bóg wie czego. Wasza mała stabilizacja.

A przecież poprzedził ją niesamowity odlot. Trener Arséne Wenger podpisał swoim nazwiskiem angielskie arcydzieło wszech czasów – legendarną drużynę „Niezwyciężonych”, która mistrzowski sezon przetrwała bez żadnej porażki, oszałamiając stylem gry, by w następnym sezonie, już tylko wicemistrzowskim, oszałamiać bodaj jeszcze bardziej.

To była ostatnia wielka drużyna, jaką Francuz stworzył. Tak wielka, że musiała zostawić niezmywalne piętno na świadomości kibiców. „Czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł” – rzekł pewnego dnia Kubuś Puchatek, choć nie kibicował Arsenalowi.

Teoretycznie ta wielotomowa baśń – najpierw cudowna, potem posępna – opowiada o Trenerze O Bardzo Dużym Rozumku, który stał się Trenerem O Bardzo Małym Rozumku.

Podstawowe fakty znamy. Kiedy Wenger przylatywał do ligi angielskiej w 1996 roku, miał gigantyczną przewagę nad lokalną konkurencją. Wylądował w ciemnogrodzie, więc wystarczyło mu zamienić w diecie piłkarzy panierkę i browar na brokuły i wodę mineralną (upraszczam, wiem, przepraszam), by zostać rewolucjonistą. Ciemnogród był odizolowany od świata, więc nie miał pojęcia, w przeciwieństwie do Francuza, że z transferowego rynku można za bezcen wyławiać przyszłe gwiazdy formatu Thierry’ego Henry’ego. Wyspiarskie kluby zatrudniały wtedy ledwie kilku zagranicznych trenerów, a od tamtej pory proporcje się odwróciły – zatrudniają ledwie kilku rodzimych, i to wyłącznie w klubach z dołów tabeli.

Wenger za nimi nie nadążył. Jak głosi raczej zgodna opinia ekspertów, nie ewoluował i nie umiał zareagować na nowe okoliczności (utratę tamtych naturalnych przewag). Od siebie dodałbym, że stracił wiarę w potęgę treningu. Plótł jak ekonomista z wykształcenia (ma dyplom), zanudzając nas udowadnianiem, że rywale są bogatsi, zamiast skupić się na mozolnym wykuwaniu drużyny, która przynajmniej raz na jakiś czas odpali. Bez końca oglądaliśmy więc te same sceny, np. szokujące odrętwienie obrońców, którzy w meczach najważniejszych, z potentatami, zastygali w najgorszych momentach, biernie przyglądając się przeciwnikom rozrabiającym w arsenalskim polu karnym.

Ten obraz widać jednak tylko z perspektywy sportowej. Gdy zamienimy ją na biznesową, Wenger rośnie na Trenera O Największym Rozumku.

Sportowa stabilność londyńczyków czyniła ich sprawnie funkcjonującym przedsiębiorstwem. Jak wiadomo dzięki wielu analitykom zajmującym się i futbolem, i ekonomią, idealny klub dla właścicieli biznesmenów wygląda tak: wyśrubowane ceny biletów, wystrzeganie się fetyszyzowania trofeów i zarazem przesadnego przegrywania, rosnące notowania na giełdzie.

Wypisz wymaluj Arsenal. Wejściówki sprzedaje najdroższe na świecie, a przegrywa w gruncie rzeczy, z ekonomicznego punktu widzenia, tylko trochę. Od 1997 roku, czyli od 19 sezonów, bez przerwy uczestniczy w lukratywnej Lidze Mistrzów, ustępując pod tym względem tylko Realowi Madryt.

Rozumiecie, misie o maluteńkich rozumkach? To drugi najrówniejszy klub po Realu Madryt. I oczywiście nigdy nie odpada w fazie grupowej. Panom pilnującym, żeby kasa się zgadzała, cały czas dostarczana jest pełna beczka miodu, w ich brzuszkach nigdy nie burczy. Wenger, idealny trener klubowych akcjonariuszy. Bratnia dusza, zawsze zasługująca na wsparcie. Bo różnica między krajowym tytułem mistrzowskim a wicemistrzowskim jest stosunkowo niewielka, co najwyżej prestiżowa – najwięcej dzieli awans od braku awansu do LM, czyli w przypadku Anglii czwarte od piątego miejsca. Reszta ta drobne.

Od lat podejrzewam (pewnie nie tylko ja), że niezależnie od deklaracji w Arsenalu nie ma specjalnego parcia na poważniejsze wygrywanie. I na samej górze, i prawie na samej górze, i jeszcze niżej, spływa ten stoicki spokój na sam dół, aż po doskonale opłacanych graczy. We wtorek, po ostatnim gwizdku dwumeczu przegranego z Bayernem 2:10, histeryzują też głównie kibice, wpatrujący się w rubryki z nie najważniejszymi cyframi. Awans do LM był, przetrwanie jesieni też, więc klub, jak zresztą podkreślił Wenger, znajduje się w doskonałej kondycji.

Choć tym razem może się okazać, że londyńczycy jednak przeholowali, że o uratowanie wymarzonej czwartej pozycji może być tej pluszowej drużynie trudniej niż kiedykolwiek. I niewykluczone, że pożegnanie z najbardziej utytułowanym trenerem w dziejach Arsenalu nastąpi jednak po porażce. Jedynej prawdziwej porażce w bieżącej dekadzie.

„– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę. – Co wtedy?

– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek. – Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika”.

wtorek, 01 grudnia 2015

Trochę wstyd, ale oświeciło mnie dopiero dzisiaj. Musiała wpaść mi w oko wypowiedź Arsene’a Wengera dla telewizji BeIN Sports, z której dowiedziałem się, że Arsenal prawie wyjął z Juventusu skrzydłowego Kingsleya Comana, bym pojął, jak niewiele, naprawdę ciut-ciut dzieliło Arsenal od wielkości. Ilu było fantastycznych piłkarzy, których Wenger prawie kupił, z którymi prawie podpisał kontrakt, których miał prawie na wyciągnięcie ręki, którzy prawie byli w ogródku, prawie witali się z gąską.

Nie przepuścił francuski trener prawie nikomu wybitnemu, a talent większości niedoszłych łupów odkrywał za młodu, gdy prawie nikt jeszcze nie wiedział, że podbiją świat. Transferowy szum informacyjny ogłusza nas okrągły rok, więc na harmider zobojętniałem i dopiero dzisiaj zacząłem ganiać po internetach, by sprawdzić, czy istnieje jakikolwiek klub porównywalnie aktywny na rynku. Nie wykryłem żadnego. Za to przy okazji odkryłem, że inni na niesłychaną skuteczność Arsenalu zwrócili uwagę dawno temu.

Jestem spóźniony, ale podzielić się znaleziskiem zwyczajnie muszę, bo Wenger nie tylko jest na rynku prawie najaktywniejszy, ja bym wręcz zaryzykował diagnozę, że jest prawie zakupoholikiem. Do wszystkich wielkich firm przypisuje się mnóstwo znanych nazwisk należących do prawie pozyskanych graczy, ale do żadnej innej wielkiej nie przypisuje się ich aż tylu, aż tak znanych. I wszelkie dyskusje, jaką drużyna należy obwołać najwspanialszą w całej historii wszech świata, można właściwie porzucić. Ona po prostu składa się ona z megagwiazd, które prawie kupił Arsenal. Na co są nawet, co widać na samiutkim dole tej imponującej listy, dowody zdjęciowe:

Arsenal, Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Zlatan Ibrahimovic

17:22, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
środa, 21 października 2015

Arsenal, Arsene Wenger, Liga Mistrzów, liga angielska

Przesadnej stałości poglądów nigdy nie uważałem za cnotę – u każdego, kto stale aktualizuje swoją wiedzę o świecie, muszą ewoluować – a u trenera piłkarskiego wydaje mi się już cechą wybitnie niebezpieczną. On powinien raczej pielęgnować w sobie zdolność do nieustającego kwestionowania wszystkiego, w co wierzy, modyfikowania preferowanego stylu, udoskonalania metod szkoleniowych, może wręcz zaprzeczania samemu sobie. I po to, by rywale go nie przejrzeli i nie nauczyli się przeciw niemu grać, i dlatego, że w futbolu często ten, kto porwie się na coś nowego, zyskuje przewagę tylko z tego powodu, że był pierwszy.

Arsene Wenger długimi latami ewoluować nie umiał lub nie chciał, wielokrotnie pomstowałem tu na jego ortodoksyjną wierność swemu przekonaniu, jak powinno się grać w piłkę, by zadowolić publikę. Inny długowieczny menedżer z ligi angielskiej, Alex Ferguson, notorycznie się przepoczwarzał, tymczasem francuski trener upierał się, że im bardziej rzeczywistość kompromituje jego pomysły, tym gorzej dla rzeczywistości. Zderzał się na przykład Arsenal z Bayernem, to szef wydawał rozkaz, by londyńczycy awanturowali się o dłuższe posiadania piłki z lepiej do tego przygotowanymi technicznie monachijczykami, zsyłając na nich pewną katastrofę. Albo przy każdej możliwej okazji dawał się wyrolować cynicznemu José Mourinho, podarowując jego podwładnym pełny komfort na boisku – nie potrzebowali podejmować żadnej inicjatywy, wystarczało im czekać, kiedy naiwny Arsenal pozwoli się skontratakować.

Być może był Wenger więźniem swego największego dokonania. Arcydzieła z sezonu 2003/04, nie poplamionego ani jedną porażką. Najbardziej porywającego stylu gry, jaki widziałem w lidze angielskiej. Stylu bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną. I kiedy tamta drużyna się rozpadła, pragnął stworzyć jej kopię.

Zrezygnował chyba w połowie ubiegłego sezonu. To wtedy zaczęliśmy gdzieniegdzie oglądać Arsenal przyczajony, cierpliwy, nawet zabijający grę. A kulminacja trendu nastąpiła we wtorek, gdy londyńczycy stanęli na swojej połowie i oddali piłkę Bayernu na 69 proc. czasu gry. Oni wciąż potrafią zachwycić wariacką wymianą podań w ofensywie – również dzięki zmianie polityki transferowej, brzydzący się kosztownymi transferami Wenger przestał fantazjować o jedenastce wychowanków, a zaczął płacić, przynajmniej niekiedy, po 50 czy 42 mln za wirtuozów z Realu Madryt czy Barcelony. Ale mają też alternatywę. Także „brzydką”, jak sposób przechytrzenia Bayernu, któremu pierwszego gola Olivier Giroud wepchnął ręką. Znów ujrzeliśmy klasyczny sposób na drużyny Pepa Guardioli, do których nie zniżają się trenerzy zbyt dumni, ewentualnie niewystarczająco pokorni, czyli skupienie się na kontrolowaniu przestrzeni. Tak z barcelończykami i monachijczykami wygrywały w Lidze Mistrzów Rubin Kazań, Chelsea czy nawet Real Madryt (w obu zwycięskich półfinałach półtora roku temu trzymał piłkę przez zaledwie 36 proc. czasu gry, a zwyciężył w dwumeczu 5:0).

Biorąc pod uwagę zwyczaje Wengera, w jego głowie odbyła się rewolucja. Trener o fanatycznej wręcz sztywności myślenia miesiącami się rozluźniał, aż stał się trenerem elastycznym. Wykonał umysłowy szpagat.

I zanim piłkarze Arsenalu pokonali Bayern – w chwili najwyższego napięcia, porażka praktycznie wyrzucałaby go z LM! – zaczęli być przeciwnikami bardzo przykrymi w odbiorze w hitach ligi angielskiej. Czyli tam, gdzie rozczarowywali zawsze, zyskując reputację mięczaków albo chłopców, w każdym razie atletów upośledzonych mentalnie.

Passy meczów bez zwycięstwa są stopniowo wypierane przez passy meczów bez porażki. Manchester United? Niedawne spektakularne 3:0 poprzedziły wyjazdowe 1:1 w maju oraz wyjazdowe 2:1 w marcu. Chelsea? Owszem, ostatnio Arsenal sąsiadom uległ, ale w sporej mierze przez błąd sędziego oszukanego przez Diego Costę, a w poprzednich tegorocznych meczach wygrywał 1:0 oraz remisował 0:0. Manchester City? W styczniu londyńczycy zwyciężyli na boisku rywala 2:0, w ubiegłym roku też dawali radę (2:2, 3:0, 1:1). Liverpool? 0:0 w sierpniu i 4:1 w kwietniu.

Wiele tych meczów to były nudy na pudy, ale kibice nie płaczą – Arsenal zawalił w bieżącym roku kalendarzowym ledwie jeden szlagier, lutowe derby z Tottenhamem. Wpadki miewa wyłącznie zaskakujące, z Olympiakosami czy Dinamami Zagrzeb (Wenger ewidentnie rywali zlekceważył), bo w ogóle przegrywa wyłącznie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy, zamiast jak dotychczas przegrywać zawsze, gdy się tego spodziewamy. Jest drużyną bardzo doświadczoną (najbliżej bramki stali we wtorek 33-letni Cech, 31-letni Mertesacker, 30-letni Koscielny), niemal zamkniętą na młodzież (kolejna wolta szkoleniowca!), najmocniejszą w Anglii w roku 2015, znów zdolną bić się o mistrzostwo kraju.

Pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu awans w hierarchii londyńczycy zawdzięczają ewolucji Wengera, a w jakim – zapaści czołowych angielskich klubów, wyglądających tym przeciętniej, im więcej wydają na transfery. Bo w czasie, gdy francuski trener, coraz częściej oskarżany o nieodwracalne stetryczenie, wyenergiczniał i wynalazł Arsenal na nowo, odrętwieli niektórzy jego główni konkurenci. Dzisiaj na pierwszego niereformowalnego, który stosuje wciąż te same chwyty – ostatnio pierwszy usłyszałem od kibica Chelsea, że „przynudza” – wygląda José Mourinho.

PS Przypominam, że trwa ósma edycja konkursu na Jasnowidz roku. Pytania są tutaj, odpowiadać można do godz. 23.59 w piątek (23 października, decyduje czas opublikowania komentarza).

środa, 22 lipca 2015

Na oficjalny komunikat wciąż czekamy, ale jest nieunikniony, Włosi rozpylają już detale umowy – AS Roma zapłaci 500 tys. euro za roczne wypożyczenie, po sezonie będzie mogła wziąć naszego bramkarza za 5 mln (tu chyba wciąż strony negocjują).

Dopiero teraz przekonujemy się, jak bardzo Wojciech Szczęsny nabroił. I jak bardzo naraził się trenerowi Arsene’owi Wengerowi.

Kiedy londyńczycy podpisywali kontrakt z Petrem Cechem, sądziliśmy, że podpisują zarazem wyrok na Davida Ospinę, z którym prędko się rozstaną. Wszak według przepisów Polak jest wychowankiem, a wychowanków angielskim klubom dramatycznie brakuje (muszą mieć ośmiu w 25-osobowej kadrze) – zwłaszcza tych godnych podstawowej jedenastki. Arsenalowi również brakuje, choć niegdyś pozował na nadzwyczajnie wydajną kuźnię talentów. Skoro zatem reprezentant Polski pomimo sprzyjających okoliczności stoczył się w hierarchii klubowych bramkarzy na trzecią pozycję, to mamy prawo podejrzewać, że Wenger ostatecznie stracił w niego wiarę. Nawet jeśli sam Szczęsny chciał szukać ocalenia tam, gdzie uwolnią go od udręki permanentnego go rezerwowego. Nie oszukujmy się – Cech, bramkarz wybitny i zaledwie 33-letni, nie wchodzi między słupki na kilka chwil, on będzie chciał poskakać tam przez ładnych parę sezonów.

Nie wiemy, w jakim stopniu o degradacji Szczęsnego przesądziły epizody pozaboiskowe, a w jakim – dyspozycja sportowa, w każdym razie polscy komentatorzy, odruchowo życzliwi rodakowi, chyba zanadto skupili się na tych pierwszych. Łudzili się, że na wspólnych treningach z czeskim konkurentem wręcz skorzysta, i bagatelizowali to wszystko, co właśnie przywołują rozmaite serwisy analityczne – od Whoscored.com przypominającego, że tylko czterej piłkarze Premier League w minionych czterech sezonach popełniali częściej od Polaka błędy prowadzące bezpośrednio do gola, po Squawka.com, które informuje, że Polak miał ostatnio bezdyskusyjnie najwięcej wpadek wśród wszystkich defensywnych graczy Arsenalu. O reputacji „najzdolniejszego bramkarza swojego pokolenia” nikt już nie pamięta, dziś Szczęsny niebezpiecznie zbliża się do kategorii piłkarzy „kontrowersyjnych”, kojarzonych nade wszystko z wyczynami pozaboiskowymi.

W Romie chcą mu ponoć powierzyć rolę pierwszego bramkarza, zresztą rodaka intensywnie rekomenduje Zbigniew Boniek. Na zmianie klimatu i piłkarskiej kultury reprezentant Polski może skorzystać pod wieloma względami, zwłaszcza że praca z bramkarzami w Arsenalu nie cieszy się dobrą opinią – Łukasz Fabiański potajemnie ćwiczył z trenerem rezerw, bo trenera seniorów nie cenił. Może też Szczęsny inspirować się Arturem Borucem, w którego przenosiny do Italii tchnęły nowe życie. Albo Gervinho, który z Arsenalu uciekał wyszydzany, by w Romie wyładnieć na skrzydłowego momentami więcej niż przyzwoitego. Nie leci Polak na wygwizdowo, lecz do uczestnika Ligi Mistrzów, do rozsądnie budowanej drużyny z perspektywami, do środowiska bardziej kompetentnego w kwestii wytrenowywania bramkarzy niż angielskie.

Dlaczego Szczęsny zmarniał? Możemy przerzucać się hipotezami, ale dopóki nie znamy szczegółów z życia klubu ani (ewentualnych) zawirowań w jego życiu prywatnym, to każda będzie mało wiarygodną spekulacją. Zdarzają się zresztą nagłe upadki, które na zawsze pozostają nierozwikłaną zagadką – skoro jesteśmy we Włoszech, to proponuję przypomnieć sobie losy Didy. Gdy bramkarzowi Milanu, przez część fachowców uważanemu wówczas za najznakomitszego na świecie, niemal z dnia na dzień zaczęły się trząść ręce – zaprawdę powiadam wam, zasnął mistrzem, a obudził się pajacem – to zdezorientowani wymyślaliśmy najdziwaczniejsze teorie. Sam pisałem, że brazylijski magik stracił moc po feralnym wieczorze w półfinale Ligi Mistrzów, podczas którego dostał w głowę rzuconą z trybun racą, i dziś nie jestem pewien, czy aby nie próbowałem przemycić sugestii, że ów zbieg okoliczności wcale nie był zbiegiem okoliczności...

Jedno jest pewne: Szczęsny tkwi w najpoważniejszym kryzysie w karierze. I nie wyląduje na lotnisku Fiumicino jako wymodlony zbawca, lecz syn marnotrawny, który musi udowodnić swoją wartość. 38-letni Morgan de Sanctis na pewno się nie podda. W minionym sezonie opuścił ledwie trzy ligowe mecze, a w Italii nie istnieje pojęcie piłkarza zbyt starego, by grać ­– bramki innego rzymskiego klubu, Lazio, chronił niedawno 44-letni Marco Ballotta. To będzie twardy, merytoryczny pojedynek o posadę. Z rezultatem nie do przewidzenia. Jak wtedy we Florencji, gdzie pojawienie się Boruca miało zaskakujący finał – Polak wypchnął spomiędzy słupków Sébastiena Freya, który wydawał się nie do wypchnięcia. Szczęsny też ma szansę. Nawet na powtórzenie wyczynu Thibauta Courtoisa, który z wypożyczenia do Atlético Madryt przyleciał do Londynu właśnie po to, by przepędzić z bramki Petra Cecha.

czwartek, 15 stycznia 2015

Najazd polskich piłkarzy na najbardziej ekskluzywne rynki pracy nie tyle trwa, ile stale się nasila. Mamy już swoich ludzi w Bayernie, Borussii Dortmund, Arsenalu, Ajaxie Amsterdam, Sevilli, Deportivo La Coruna, Romie, Torino, Benfice, Dynamie Kijów etc – jeszcze się nie zdarzyło, by tylu naraz reprezentowało renomowane firmy i by zatrudniano ich jednoczeście we wszystkich pięciu czołowych rozgrywkach europejskich. W najwyższych ligach Hiszpanii, Niemczech, Anglii, Włoszech oraz Francji pracuje ich blisko trzydziestu i to pomijając juniorów, którzy dopiero się przyuczają na miejscu (Hubert Adamczyk w Chelsea) czy na wypożyczeniu (Igor Łasicki z Napoli). Z premedytacją używam tu czasownika „pracują”, bo są wśród nich tacy, którzy na boisko nie zaglądają lub niemal nie zaglądają, ewentualnie zostali relegowani do rezerw – jak Dominik Furman w Toulouse czy Paweł Wszołek w Sampdorii. Sportowo biedują, ale życiowo już niekoniecznie, wszyscy osiągnęli finansowy sukces i wśród polskich emigrantów należą do ekonomicznej elity.

Właśnie dołączył do nich Krystian Bielik. 4 stycznia skończył 17 lat, młodość ma bajkową – poleci na renomowany futbolowy uniwersytet w Arsenalu, do najpopularniejszej ligi świata, na którą jego rówieśnicy patrzą jak na świat trochę nierzeczywisty – jeśli nie z pogranicza naładowanej efektami specjalnymi ekranizacji komiksu o superbohaterach, to na pewno niedostępny dla zwykłych śmiertelników. I jeszcze będą chłopakowi płacić za te przyjemności 2 tys. funtów tygodniowo, czyli przeszło 50 tys. zł miesięcznie. Fabryka marzeń.

Nie mam pojęcia, czy osiągnie również sukces sportowy. Nie sposób prorokować i dlatego, że z seniorami pokopał ledwie parę chwil, i dlatego, że wśród cudownych dzieci futbolu przeważają te, które wyrastają na przeciętniaków – szczególnie drastyczne przypadki to Freddy Adu czy Armand Ella Ken – i dlatego, że Bielik musi najpierw nie zwariować. Choć nie tylko prezes Bogusław Leśnodorski widzi w nim młodzieńca przytomnego, roztropnie planującego karierę, to o ludziach wiemy tyle, ile ich sprawdzono, a byłego legionisty nie sprawdzały jeszcze ani hipnotyzująca bezlikiem atrakcji metropolia o rozmiarach Londynu, ani samotne życie w obcej kulturze, ani gigantyczne dla nastolatka pieniądze. Można jedynie wierzyć, że w Arsenalu mu pomogą. Londyńczycy, którzy od lat werbują zdolnych chłopców ze wszystkich kontynentów, są znani z tego, że opiekują się także głowami piłkarzy – mentalni trenerzy w pewnym sensie uczą ich, jak żyć.

Wygrają tylko najbardziej pojętni. Arsenal długo budował reputację fantastycznego miejsca dla chłopców, który chcą prędko dojrzeć do futbolu dla dorosłych – i popierają to talentem, nabytym gdzie indziej wyszkoleniem etc – ale i tam przeważają ci, którym się nie udało. Wyjęty z Barcelony w wieku 17 lat Fran Merida skończy niebawem 25 i ponosi klęski wszędzie, gdzie próbuje (ostatnio w lidze brazylijskiej, teraz bezrobotny); 22-letni Ignasi Miquel nie gra w piłkę niemal wcale; 31-letni Jermaine Pennant (to ten, co kiedyś zapomniał, że ma Porsche) stoczył się do ligi indyjskiej – można wymieniać długo, także nazwiska, za które londyńczycy płacili kilkakrotnie więcej niż za Bielika. Dwa miliony euro, które wydali na Polaka, to dla nich prawie bilon. Nie ryzykują wcale.

Bielik pozna zarazem jednak trenera, który się nie zawaha, jeśli uzna, że młody rokuje. Jemu odwagi nie brakuje. Od defensywnych pomocników wymaga się zazwyczaj doświadczenia, więc na tej pozycji nieprzyzwoicie młodzi piłkarze grają rzadko, ale Wenger uczynił tu już spektakularny wyjątek. I to zakończony spektakularnym sukcesem – kiedy w 2004 roku kontuzje nękały dobiegających wówczas trzydziestki Patricka Vieirę i Gilberto Silvę, do środka pola posłał Cesca Fabregasa (piłkarza o innej charakterystyce niż Bielik, ale to tu drugorzędne), 17-letniego wówczas żółtodzioba bez ani jednego ligowego meczu w dorobku. Natychmiast wstawił Hiszpana do podstawowego składu, pozwolił mu w debiutanckim sezonie rozegrać – uwaga – 46 meczów.

Owszem, wychowanek katalońskiej La Masii przylatywał do Londynu z nieco lepszymi referencjami niż wychowanek Górnika Konin. Ale jego przypadek ilustruje mentalność Wengera, który jeśli patrzy w metrykę, to raczej po to, by wylansować młodego – i potrafi go lansować na dowolnej pozycji, niezależnie od zwyczajów innych trenerów. Odwrotnie niż np. José Mourinho – ten chce wyłącznie wytrenowanych, wielokrotnie sprawdzonych zawodowców, i nie będzie trzymał rezerwowego napastnika w osobie 20-letniego Romelu Lukaku, jeśli może ściągnąć 32-letniego Samuela Eto’o.

A należy jeszcze pamiętać, że Arsenal od wieczności cierpi na obezwładniającą słabość środka pomocy. Ostatnio zdarza się tam biegać Flaminiemu i Cocquelinowi – tak słabych duetów w tej newralgicznej strefie w czołowych klubach zwyczajnie się nie spotyka – lub przesuwanemu z obrony Chambersowi, zresztą ledwie 20-letniemu... Nie ma wątpliwości – jeśli Polak zrobi dobre wrażenie, dostanie szansę już jesienią, choć pewnie najpierw w Pucharze Ligi. I to szansę realną, a nie kilka kopnięć w doliczonym czasie gry.

wtorek, 06 stycznia 2015

Wojciech Szczęsny, Arsenal

Kiedy w 2005 roku przeprowadzałem w Belgradzie wywiad z Nikolą Grbiciem, rozgrywający siatkarskiej reprezentacji Serbii – wybitny, mistrz olimpijski i multimedalista innych imprez – wyjarał podczas rozmowy kilka papierosów. A nazajutrz wytruchtał na boisko i poprowadził drużynę do zwycięstwa nad Polską w turnieju finałowym Ligi Światowej. On w trakcie gry poruszał się stosunkowo niewiele, nie potrzebował też wybijać się pod sufit, by możliwie wysoko sięgnąć piłki w ataku, więc trochę substancji smolistych kariery mu nie złamało.

Do popalających futbolowych bramkarzy też przywykłem. Ich widok razi – razi mnie nawet sportowiec reklamujący śmieciowe żarcie albo gazowane słodopoje – ale zdaję sobie sprawę, że nie uprawiają dyscypliny wytrzymałościowej. I kiedy przeczytałem o papierosie w ustach Wojciecha Szczęsnego, właściwie rozumiałem logikę wydarzeń. Polski bramkarz odreagowywał po przegranym meczu z Southampton, w którym spartaczył wszystko, co mógł spartaczyć, po czołach kopali się również obrońcy, więc niemal każde wrzucenie piłki w pobliże pola bramkowego Arsenalu działało jak wrzucenie granatu. A w londyńskim klubie na paleniu nakrywano już – i to niejednokrotnie – nawet Jacka Wilshere’a, czyli piłkarza zasuwającego po całym boisku, zobowiązanego dbać o sterylną czystość płuc.

Nikotynowego incydentu Szczęsnego nie pozwalają zbagatelizować przede wszystkim szczególne okoliczności. Wilshere folgował sobie w pełni wakacyjnego leniuchowania – sfotografowano go w zatłoczonym basenie w Las Vegas – tymczasem Polak zapalił zaraz po meczu, pod prysznicem, pod nosem Arsène’a Wengera. Nosem wyczulonym, francuski trener słynie z nabożnego, wręcz obsesyjnego stosunku do sportowego trybu życia. Zionąć w twarz takiemu maniakowi?! Śmierdzi to świadomą prowokacją, naturalnie przy założeniu, że bramkarza nie znieprzytomniła jakaś odmiana pomroczności jasnej. I przy niechęci do sugerowania, że niektórym chłopcom Wengera jest u szefa zbyt cieplutko.

Nie zamierzam rozdmuchiwać pojedynczego epizodu do pożaru, chętnie potraktuję go natomiast jako pretekst, by zadać pytanie nękające mnie już od dłuższego czasu – czy mianowicie Szczęsny nie staje się naturalnym kandydatem na kolejnego frustrata, zmęczonego przewlekłą klęskowością Arsenalu. Było ich już wielu, wielu też uciekło w poszukiwaniu nowego życia.

Urok miejsca znamy, od lat zmienia się tam jedynie – nawet poprawia – kondycja finansowa klubu. Notorycznie rozczarowuje polityka transferowa Wengera, notorycznie rozbijają grę kolejne epidemie kontuzji, notorycznie irytuje nadmierna liczba goli traconych po stałych fragmentach gry, we wszechogarniające przygnębienie wpędzają tradycyjne porażki w Lidze Mistrzów i traumatyczne, często wielobramkowe klęski w hitach z ligi angielskiej. Minionej wiosny odtrąbiono niesłychany sukces, bowiem Arsenal wymordował jedyne trofeum w ostatniej dekadzie, ale nawet tamta opowieść dawała do myślenia – londyńczycy potrzebowali uniknąć Manchesteru City oraz Chelsea, by w półfinale po 120 minutach nerwówki i rzutach karnych przepchnąć drugoligowe Wigan, a w finale po 120 minutach przeżyć dramatyczną walkę z Hull, broniącym się przed spadkiem z Premier League... Europejskim firmom z ambicjami wiedzie się raz gorzej, a raz lepiej – niektóre pochłania nieprzezwyciężalny kryzys (patrz Milan czy Inter) – ale wśród tych, które wciąż marzą i otwarcie się do wielkich celów przyznają, nie ma innej tak permanentnie zdołowanej, jak wegetujący w swojej małej stabilizacji Arsenal. Co gorsza, nie widać nadziei. Znajdziemy raczej powody, by przypuszczać, że Wenger zaczyna coraz wyraźniej odstawać od czołówki trenerów. I zakładać, że inteligentni piłkarze pożądający czegoś więcej niż tłustego kontraktu, powinni przynajmniej podejrzewać, że tkwią w pułapce.

W tej beznadziei dusi się (?) Szczęsny. Niegdyś obwoływany najzdolniejszym bramkarzem swojego pokolenia w Europie, potem wysławiany jako czołowy specjalista przynajmniej w lidze angielskiej, ostatnio sprzeciętniały. Żeby uzmysłowić sobie, do jakiego stopnia przestał się rozwijać, wystarczy spojrzeć na Davida De Geę z Manchesteru United. Superbohaterski jesienią Hiszpan to jego rówieśnik. Ściślej – siedem miesięcy młodszy rówieśnik.

Polak to dziś jeden z nielicznych w podstawowym składzie wychowanków londyńskiego klubu (według definicji UEFA), z potencjałem na bycie symbolem drużyny  gdyby wytrwał w niej jeszcze pół wieczności, stałby się pewnie legendą i postacią kultową dla kibiców. Długi staż może też jednak sprawiać, że wyjątkowo dotkliwie odczuwa nieuchronność arsenalskiego losu. Ciężar corocznego wmawiania sobie, iż czwarte miejsce w lidze angielskiej daje satysfakcję, a na Chelsea lub Manchesterze weźmiemy srogi rewanż już w następnym meczu. Żeby było jeszcze smętniej, to Polak nie przyłożył ręki do zdobycia jedynego wspomnianego sukcesu – w Pucharze Anglii bronił Łukasz Fabiański.

Tak, Szczęsny w kwietniu skończy 25 lat, a nie zdobył jeszcze w seniorskiej karierze żadnego trofeum. Przyjemność czerpie ostatnio chyba głównie – to dopiero paradoks! – z występów w reprezentacji Polski.

Tagi: arsenal
17:17, rafal.stec
Link Komentarze (43) »
sobota, 22 marca 2014

Arsene Wenger, Arsenal, Premier League

Zachowuje się ten Francuzik wyjątkowo bezczelnie, przylazł z jakiejś ligi japońskiej – niewłaściwe pochodzenie z pogardą podkreślał zwłaszcza Alex Ferguson – i ośmiela się nas pouczać, co pić, co jeść, jak trenować i jak grać. Ani frytek, ani browara, brokuły zamiast batoników, i jeszcze gimnastykować się każe o ósmej rano w dniu meczu, to przed śniadaniem, przecież nie będziemy mieli potem siły nogi podnieść na boisku. A wszystko pod hasłem modernizacji oraz odkryć naukowych, brakuje tylko, żeby tarczę Big Bena polecił zastąpić wyświetlaczem ciekłokrystalicznym.

Tak, wylądował w 1996 roku w Londynie Arsène Wenger w nastroju rewolucyjnym, choć zlatywał do twierdzy konserwatyzmu – wyspiarze jako wynalazcy futbolu z urzędu wiedzieli lepiej, o zmienianiu zwyczajów do dziś myślą ze wstrętem, wtedy nie wyobrażali sobie nawet podbijającego ich ligę przybysza z kontynentu. (Powspominałbym dłużej, gdyby obszernie nie zrobił tego tutaj Michał Okoński). I wystarczyło francuskiemu trenerowi parę chwil, żeby z chuderlawego, wysokiego okularnika urosnąć do powszechnie szanowanego pana profesora – w drugim sezonie wziął mistrzostwo i Puchar Anglii. A po następnym kilku chwilach – wybić się na twórcę arcydzieła, jakiego Premier League nie podziwiała od 115 lat, czyli sezonu (2003/04) nie poplamionego ani jedną porażką.

Jako entuzjasta futbolu będę mu dozgonnie wdzięczny za tamten czas nie tyle ze względu na ów rekord, ile ze względu na wzruszenia estetyczne. Odkąd śledzę angielskie rozgrywki, nikt nigdy nie podarował nam niczego równie porywającego. Stylu gry bliskiego ideału, potoczystej symfonii ruchów w pełni harmonijnych, a zarazem wykonywanych w obłędnym tempie. Wenger dotarł tam, gdzie piłkarze już nie kopią, lecz płyną.

Korzystał wtedy z efektu nowości. Bycia pierwszym. Przewagę zyskiwał zarówno dzięki innnowacyjnemu, wszechstronnemu przygotowywaniu drużyny, jak i szeroko zakrojonemu wydobywaniu złóż młodego talentu z muraw kontynentu. I naturalnej znajomości rynku francuskiego. To nie przypadek, że najlepsze interesy ubijał, gdy wyciągał z rezerw innych klubów młodych rodaków, w których możliwościach doskonale się orientował – czy to interesy sportowe (Thierry Henry, Patrick Vieira), czy finansowe (wziętego za 0,5 mln funtów Nicolasa Anelkę spieniężył za 22,3 mln). Z czasem na przemyślane poszukiwania skarbów wyruszyli rywale i Wenger utracił aurę maga, który przyszłe gwiazdy futbolu wyczarowuje. Stał się zwykłym uczestnikiem gry transferowej, regularnie popełniającym grube błędy. Wszyscy je popełniają i będą popełniali, dopóki piłkarzy nie zastąpią androidy, które będą działały jak telewizory – wszędzie i zawsze tak samo, gdzie i kiedy ich nie uruchomisz.

I coraz częściej Wenger przegrywał. Dziś, kiedy poprowadził Arsenal w meczu nr 1000, po portalach krążą tabele porównujące jego statystyki ze statystykami pierwszego tysiąca Alexa Fergusona – dorobek obu okazuje się podobny, niemal identyczny. Zestawianie obu znakomitych trenerów to naturalny odruch, tylko ich łączy wieczność w jednym klubie. Czy jednak te dane nie są jałowe, skoro nie ilustrują dynamiki wydarzeń? Oto Ferguson rozpędzał się powolutku, im jednak dłużej pracował, tym więcej wygrywał – najpotężniejszy był u schyłku kariery, pomimo konkurencji silniejszej niż kiedykolwiek. Rozwijał się. Wenger odwrotnie, ruszył w szaleńczym tempie, by stopniowo zwalniać. Jego monumentalny dorobek się przepoławia – pierwszą pięćsetkę znaczą trofea, drugą rozmieniał na nieustające odkładanie wygrywania na lepsze jutro. I torturowanie kibiców meczami jak dzisiejszy. Poddanymi, zanim na dobre się zaczęły. Ilustrującymi skutki fanatycznej niezgody na rozpoczynanie wielkich gier niżej ustawioną defensywą. Sugerującymi, że piłkarze wyszli z szatni kompletnie nieprzygotowani mentalnie na skalę wyzwania. W tym sezonie było i 3:6, i 1:5, i 0:6. Rywale odkrywali uroki wyników hokejowych.

Nie chcę dziś tłumaczyć, dlaczego usprawiedliwianie niepowodzeń realiami ekonomicznymi zdaje mi się absurdalne i wymagające bezceremonialnej manipulacji liczbami. Odświętność jubileuszu i tak zatruł Wengerowi oraz jego kibicom największy wróg – José Mourinho – z którego przylotem do Londynu zbiegł się początek wieloletniej posuchy w Arsenalu. A Francuz po wystawieniu „Niezwyciężonych”, czyli zjawiskowego przedstawienia z sezonu 2003/04, w pewnym sensie zyskał dla mnie rangę artysty, który spełnił się już arcydziełem skończonym, sprawiającym, że niczego więcej od niego nie wymagam. Owszem, zafascynowany śledzę jego ewolucję, ale ewentualne kolejne sukcesy wielkości mu tylko dodadzą, a ewentualne porażki już jej nie odbiorą. Anglicy powinni to czuć jeszcze intensywniej – on otwierał oczy na świat nie tyle Arsenalowi, ile całej ich futbolowej kulturze.

– Inspiruje mnie idea uczynienia piłkarzy perfekcyjnymi. Rozegrania perfekcyjnego meczu – te słowa przepytywanego z okazji jubileuszu Wengera uświadamiają, co być może najsilniej odróżnia go od innych wielkich trenerów. Otóż Ferguson, Mourinho czy Benitez, by pozostać przy nazwiskach najbardziej na Wyspach oczywistych, wpajają podwładnym umiejętność zwyciężania w najważniejszych starciach pomimo gry przeciętnej albo wręcz marnej. Arsenal zwycięża w najważniejszych starciach, jeśli dotknie perfekcji, swego maksimum. Jak w „Niezwyciężonych”, którzy z zasady nie zniżali się do mówienia prozą, snuli wyłącznie baśnie z tysiąca i jednej nocy.

Wyróżnia Wengera również imponująca regularność. To jedyny trener świata, który przebywa w Lidze Mistrzów nieprzerwanie od 16 edycji. I jedyny trener świata, który od 14 edycji nie daje się wyprosić z czołowej „16” Ligi Mistrzów. I król krążenia wokół najniższego stopnia podium w lidze angielskiej – od 2006 roku przestępuje z trzeciego miejsca na czwarte, ze skłonnością do dłuższego zatrzymywania się na czwartym, teraz chyba znów tam przycupnie. Ba, on ogłosił, że czwarte miejsce należy traktować jak trofeum. A publiczność interpretację przyjęła, każdy skuteczny pościg za tym „trofeum” uznając za sukces.

Pytanie tylko, co wybraliby, gdyby mogli, fani. Ową małą stabilizację, równowagę (bezcenną w księgach, Wenger wie to doskonale jako ekonomista z wykształcenia), która daje bezpieczeństwo, ale pozbawia zarazem uniesień? Czy raczej przynależną światowi sportu karuzelę nastrojów, cudowne wzloty przeplatane bolesnymi upadkami, jakie przeżywają zwolennicy – by szukać na różnych poziomach – Liverpoolu lub Wigan, którzy raz się staczają, a raz wariują ze szczęścia po wzięciu pucharu?

środa, 19 lutego 2014

Wychodzę na chwilę z redagowania igrzysk w Soczi, bo zreflektowałem się, że za dwa tygodnie – przed rewanżami dzisiejszych meczów Ligi Mistrzów – może mi zabraknąć motywacji do dłuższego blogowania. Z tego prostego powodu, że emocje będą co najwyżej umiarkowane. Jeśli wczoraj Barcelona i Paris Saint Germain zdołały na wyjazdach niemal rozstrzygnąć rywalizację z Manchesterem City i Bayer Leverkusen, to tym bardziej stać na to Bayern Monachium oraz Atlético – ich przewaga nad Arsenalem oraz Milanem zdaje się znaczniejsza.

Chciałoby się napisać, że przeżyjemy dziś wieczór z kwartetem wielkich futbolowych potęg, niestety, jeden z jego bohaterów bardzo odstaje od reszty. W Bayernie, Atlético i Arsenalu ujrzymy odpowiednio zdecydowanego lidera, współlidera oraz prawie lidera (punkcik straty do Chelsea) czołowych lig w Europie, w Milanie natomiast wlokącego się w dolnej połowie tabeli marudera z ligi podupadłej, którego piłkarze w piątek wyglądali na wyzutych z idei nawet na tle broniącej się przed spadkiem Bologny. Od kolejnego obciachu ocalił ich dopiero fajerwerk odpalony w końcówce przez Mario Balotellego.

No to zaczynamy.

17.18. Włoski napastnik wygląda na cudowne dziecko coraz bardziej zagubione, nie umie wyjść z roli bohatera włoskiej opery mydlanej, który w jednym odcinku oburza, by w następnym się rozpłakać i wywołać współczucie. Czasem łajdak, czasem niewolnica Isaura. Atletico to dla niego przeciwnik teoretycznie szczególnie niebezpieczny – banda perfidnych prowokatorów spróbuje zaleźć za skórę piłkarzowi wyjątkowo podatnemu na prowokacje, łatwo tracącego kontrolę nad sobą. Madrycki napastnik Diego Costa to również boiskowy chuligan, ale on działa na zimno, w tym sensie pochodzi z zupełnie innego świata.

17.35. Fana Milanu najbardziej martwi jednak porównanie całych drużyn. Madrytczycy pod dowództwem Diego Simeone poruszają się jak zwarta kolumna, do tego nieludzko zdyscyplinowana – cofnięci napastnicy stoją niemal przy środkowych obrońcach, przez nabity środek pola trudno przecisnąć się nawet Barcelonie czy Realowi (choć królewscy w Copa del Rey przerwali seryjkę derbowych niepowodzeń). Mediolańczycy często wyglądają na grupę rozerwaną na pół, niektórzy krytycy debiutującego trenera Clarence’a Seedorfa wytykają mu wręcz naiwność Leonardo i przywołują jego osławione nieodpowiedzialne 4-2-4. Aż strach pomyśleć, co będzie, jeśli ślamazarni obrońcy znów staną daleko od swojego pola karnego i po stracie piłki pozwolą popisać się szybkością rywalom. A może Seedorf spróbuje zachęcić gości do ataku pozycyjnego? Gdyby przechytrzył dziką bandę Simeone, rozpocząłby trenerską karierę od wyczynu naprawdę imponującego.

17.58. W Londynie piłkarze wciągnięci w wir szaleńczej walki w każdej kolejce, wymordowani serią szlagierów z Liverpoolem i Manchesterem United i zmuszeni do ciułania każdego punktu zagrają z piłkarzami zrelaksowanymi, od tygodni tęskniących – jeśli wierzyć Philippowi Lahmowi – za grą o wielką stawkę. Z Arsenalu okoliczności wysysają energię psychiczną w potwornych ilościach – piłkarze muszą odzyskiwać przytomność z 1:5 na Anfield Road, trener wysłuchuje od rywala (dżentelmen Mourinho), że „jest specjalistą od porażek”, Özilowi skrupulatnie wyliczają malejącą średnią wykreowanych okazji strzeleckich. Bayern właściwie defiluje – piłkarze co najwyżej gniewają się, że nie dostali Złotej Piłki (Franck Ribery, nie zagra z powodu kontuzji), do Pepa Guardioli modlą się wyznawcy taktycznych niuansów, którzy czczą go jako największego innowatora wśród współczesnych trenerów. I jak tu nie uznawać monachijczyków za bezapelacyjnych faworytów?

18.29. Gdzie nie kliknąć, wdeptujemy w porównania Barcelony według św. Pepa do Bayernu według św. Pepa, wśród różnic wskazuje się m.in. większą fizyczną siłę monachijczyków. Zgoda, choć zwróciłbym uwagę na jeden drobiazg. Otóż w ojczyźnie Guardiola miniaturowymi pomocnikami obstawiał zawsze jednego drągala (Yaya Toré, Sergio Busquets), tymczasem na obczyźnie żaden Javi Martínez w centrum wcale nie wydaje mu się niezbędny, np. na Eintracht Frankfurt rzucił niedawno w środku Lahma (170 cm), a także operujących przed nim Shaqiriego (169), Thiago Alcântarę (170), Götzego (176) i Ribery’ego (170). Gabaryty wybitnie katalońskie, prawda? Ściągnięty z Barcelony Thiago Alcântara zdążył już zresztą ustanowić iście kataloński rekord Bundesligi – we wspomnianym meczu miał 185 kontaktów z piłką (dotychczasowy rekord Schweinsteigera poprawił o 30) i wykonał 159 podań, z czego 148 było celnych. A tydzień wcześniej wyczarował to.

18.31. Tutaj sugestie, jak Arsenal mógłby się przeciwstawić niezwyciężonemu Bayernowi - oparte na staraniach tych, którzy już w tym sezonie się na monachijczyków porywali.

19.02. Trener Arsene Wenger dał odpocząć w weekend kilku kluczowych graczom, ale Mesüta Ozila trzymał na boisku pełne 90 minut plus doliczony, jakby chciał wydrwić oskarżenia, że niemiecki rozgrywający niedomaga wydolnościowo (przez trzy sezony w Realu wytrzymał do końca tylko 25 meczów ligowych). Dlatego dziś nurtuje mnie, czy Özil znajdzie w londyńskim składzie jakiegoś szybkobiegacza – to oni, obsługiwani prostopadłymi podaniami, podnoszą wymierną (także statystycznie) jakość jego gry. Może skrzydłowy Oxlade-Chamberlain jednak utrzyma miejsce kosztem Rosicky’ego? A może Podolski – chyba mało realne, skoro Giroud w niedzielę był oszczędzany – na środku ataku?

19.26. Toni Kroos – moja utajona miłość, kiedyś się z niej tutaj zwierzę – wykonał w tej edycji Ligi Mistrzów najwięcej podań na połowie przeciwnika. 85. W Arsenalu bryluje pod tym względem Özil – 41. Statystyki by Squawka.

19.40. Arsenal i Real Madryt pokazują, co to znaczy zawsze oddawać w LM po dwa skoki równe, ale krótkie. Jako jedyne przetrwały w rozgrywkach do wiosny w każdej edycji od 2003/2004 (wtedy zaczęła obowiązywać obecna formuła). Ile z tego wycisnęli triumfów? Okrągłe zero. Ile udziałów w finale? Jeden, londyńczyków w 2006 r.

19.45. A jednak trochę ciężkiej jazdy Guardiola uznał za niezbędne. Jest Martinez, jest Mandzukic. I jego wycofany rozgrywający znów został sprowadzony na prawą obronę. Oficjalny skład Bayernu: Neuer – Lahm, Dante, Boateng, Alaba – Thiago, Martinez – Robben, Gotze, Kroos – Mandzukic.

19.47. Jest też mozaika Arsenalu, Mesut ma kogo obsługiwać: Szczęsny - Sagna, Mertesacker, Koscielny, Gibbs - Flamini, Wilshere - Oxlade-Chamberlain, Ozil, Cazorla - Sanogo.

19.59. Skład Milanu: Abbiati, De Sciglio, Rami, Bonera, Emanuelson, De Jong, Essien, Poli, Kaka, Taarabt, Balotelli. Znaczy Bonerą i przygarniętym drugoligowcem z Anglii w Ligę Mistrzów? Umarłbym ze śmiechu, gdyby mi nie było smutno.

W Atletico też bez niespodzianek: Courtois; Juanfran, Miranda, Godín, Insua; Gabi, M Suárez; Koke, Raul García, Arda Turan; Diego Costa.

20.11. Główny kibicowski lęk w kwestii Milanu: że Seedorf bardziej wierzy w swoją ideę („nie będziemy stać i czekać, my musimy kreować grę, co innego poniżej naszej godności”) niż zauważa kadrowe realia. Że wybitnie dojrzały gracz okaże się (przynajmniej na razie) trenerskim naiwniakiem. Kibicowska nadzieja, chyba jednak bujająca gdzieś w obłokach: sławne DNA czyniące ten zespół niebezpiecznym w Champions League nawet wtedy, gdy na włoskiej prowincji nie boi się go nikt.

20.16. Obecny trener Milanu strzelił kiedyś Atletico niczego sobie gola. Derbowego. A Diego Simeone, znany raczej z zabijania grę, strzelił Milanowi nawet dwa w jeden wieczór. Też derbowe.

20.30. Mieści się w tym dzisiejszym wieczorze także opowieść o najznaczniejszych futbolowych metropoliach w Europie. Mediolan przeżywał derby w półfinale Champions League przedwczoraj (2003), Londyn przeżywał je w ćwierćfinale wczoraj (2004), a Madryt może je przeżyć – w ćwierćfinale lub półfinale – jutro. Tylko w Monachium monokultura. Ale taka to monokultura, że przykryłaby chyba połączone siły madryckie albo połączone londyńskie... Ćwiczenie wyobraźni proponuję – czy gdyby Guardiola mógł dziś dobierać także z kadry Wengera, upchnąłby kogokolwiek z kadry Arsenalu w swojej jedenastce?

21.35. Tyle mówiło się o DNA Milanu, które pomaga mu zwyciężać w Lidze Mistrzów, a już po kilku chwilach na Emirates zdawało się, że zaczniemy mówić o DNA Arsenalu, które poważne wygrywanie uniemożliwa – nawet, kiedy wychodzi nam przepięknie, to spartaczymy, co się da (już drugi przestrzelony karny Özila w tej edycji), potem tylko czekać na nieuchronny epizod samobójczy, byle przypadkiem nam się nie powiodło, postaramy się zrobić w tym celu wszystko, np. zejdzie sobie precz do szatni Szczęsny, oczywiście z czerwoną kartką. Na szczęście dla gospodarzy trwa wieczór historyczny – pierwszy w dziejach pucharowej fazy Ligi Mistrzów z dwoma pudłami z jedenastek. I oni po pierwszej połowie mogą być więcej zbudowani, Bayern przesuwał płynnie piłkę zaledwie chwilami, monachijczycy już chyba nie pamiętają, kiedy operowali w takim bałaganie.

Ciekawe, co pozmienia Guardiola, on potrafi kompletnie przeprojektować drużynę w trakcie gry (patrz jesienne 3:0 w Dortmundzie).

21.43. San Siro mam na drugim ekranie, czeka mnie nocna powtórka. Tam szlacheckie geny znać po ruchach Kaki. Huknął w poprzeczkę, idealnie dośrodkował na głowę Polego, rolę kapitana pamiętającego czasy sprzed deklasacji potraktował z należytą powagą. Przywódca. I Milan zaskakuje jeszcze bardziej niż Arsenal, nawet te przechwałki Seedorfa, że „najchętniej wystawiłby 4-5 napastników”, wcale nie brzmią już aż tak śmiesznie. Pozostaje tylko pytanie, ile ofiar i po czyjej stronie pochłonie ta spodziewana bijatyka, od której padł De Sciglio.

22.46. Arsenal - Bayern 0:2. Do przerwy burza z piorunami, mogło to się rozwinąć na milion różnych sposobów, po przerwie już tylko kontemplowaliśmy symfonię monachijskich podań. Toni Kroos wykonał celnych 86 (na 89 prób), Philipp Lahm 85 (stuprocentowa celność!), wszyscy piłkarze Arsenalu razem wzięci – 38. Bardziej kontrolować sytuacji już się w futbolu chyba nie da. Ale powtórzę z poprzedniej notki – londyńczyków losowania traktują najbrutalniej, nikogo tak często nie skazują na tak potężnych przeciwników tak wcześnie na wiosnę w Champions League.

22.59. Madrycki wyręb Mediolanu przyniósł dwie ofiary w ludziach (ścięci De Sciglio i  Balotelli), arcyważnego wyjazdowego gola (1:0), a także konstatację, że Milan coraz częściej musimy już chwalić nawet po meczach przegranych – jak dzisiejszy, oni jednak w tej Europie zgrywają znacznie bardziej rozgarniętych piłkarzy niż w codziennej krajowej młócce. A przecież na razie jest nieźle, byczą się w Lidze Mistrzów, i to wiosną. Przyszły sezon będzie prawdopodobnie pierwszym od sezonu 1997/1998 bez ani jednego klubu z San Siro w tych rozgrywkach...

00.54. A gdyby się udało wychować tego Taarabta na dorosłego piłkarza? (Ślęczę nad powtórką, to sobie dopisuję.)

wtorek, 18 lutego 2014

Oblężony od lat, niemal sezon w sezon. Kiedy w Lidze Mistrzów przychodziła wiosna, napadali na londyńskich piłkarzy najpotężniejsi. Aż nadciągnął najpotężniejszy wśród nich – Bayern. Dziś.

Na dobrą sprawę Anglicy mogliby pomyśleć, że przed londyńczykami wyzwanie wybitnie na miarę ich możliwości. W 2013 roku piłkarze Bayernu wygrali w Lidze Mistrzów 11 z 13 meczów, ale obie wpadki przytrafiły im się akurat w meczach z przedstawicielami Premier League – Arsenalem (wiosną) oraz Manchesterem City (jesienią). Prosty wniosek „umiemy z nimi grać” odpowiadałby osławionej mentalności wyspiarzy: ciągle im się zdaje, że za kanałem La Manche grasują sami barbarzyńcy, a kiedy jednego wpuszczą, to patrzą osłupiali, że nie tylko nie wydłubał sobie widelcem oka, ale jeszcze nożem do polędwicy nie kroi ryby. I kombinują, że to pewnie wyjątek.

W futbolu intensywnie jednak z izolacjonizmu wychodzą. Zachłysnęli się bezkresnym bogactwem ligi hiszpańskiej, odkrywając – w importowanych Macie, Silvie, Cazorli czy nawet Michu – że piłkarze wyjęci z klubów poniżej poziomu Barcelony i Realu będą u nich wirtuozami. A potem uklękli przed Bundesligą – odkąd w ostatnim finale Ligi Mistrzów oddali londyńskie Wembley jako scenę dla Bayernu i Borussii, nieustannie sławią w niemieckim modelu niedościgniony wzór dla reszty świata. I dziś monachijczyków witają z atencją godną ich majestatu, onieśmieleni, niemal ulegle.

Nawet analizy pod hasłem „jak pokonać Bayern” nie składają się z konkretnych rad, lecz wątpliwości, czy londyńczycy powinni wypowiedzieć gościom wojnę na pressing daleko od własnej bramki, czy raczej cofnąć się i liczyć na szybkość skrzydłowych. To odróżnia obecną drużynę trenera Pepa Guardioli od prowadzonej przez niego również niezwyciężonej Barcelony sprzed kilku sezonów – wtedy rywale przynajmniej się orientowali, jak z nią grać (choć szanse na sukces nadal mieli niewielkie), teraz nikt taktycznego szablonu na faworyta nie wypracował. Monachijczycy czujnie reagują na przebieg wydarzeń, są zdolni do silnych modyfikacji swego sposobu gry, mają wiele równie groźnych twarzy.

W całej Europie jest tylko jeden klub z dłuższą passą ligowych zwycięstw (Celtic Glasgow, upadek Rangers zmienił szkocki duopol w monopol), ale wrażenie robi nade wszystko totalność bawarskiego panowania w każdym kolejnym meczu. Jeśli wierzyć danym z serwisu Whoscored.com opisującego statystycznie pięć czołowych lig na kontynencie, Bayern wyróżnia się w niemal każdej kategorii: oddaje najwięcej strzałów (średnio 19,2 w kolejce) i najwięcej strzałów celnych (8), naturalnie najdłużej trzyma piłkę (70,4 proc. czasu gry, aż cztery punkty procentowe przewagi nad Barceloną), dokładnością podań (88,5 proc.) ustępuje jedynie Paris Saint-Germain, liczbą udanych dryblingów (20,2) – Borussii Mönchengladbach, a wyrażaną kartkami (żadnej czerwonej) czystością gry – Cardiff City. Odzwyczaił też fanów od śledzenia gry z tętnem wyższym niż spoczynkowe, bowiem prowadzenie obejmuje po kilku minutach gry, w najgorszym razie ociąga się kwadrans z okładem. I potem już tańczy na pełnym luzie. Gdyby nie niedawny mecz w Stuttgarcie – jedyny od połowy grudnia skażony utratą bramki – wygrywaliby monachijczycy wprost bezszelestnie. A przecież nawet tam wieczór zakończyła erupcja emocji wyłącznie pozytywnych, zwycięskiego gola wbił bowiem w 90. minucie Thiago Alcântara po pięknej powietrznej akrobacji.

Im bardziej staje nam przed oczami, co wyprawiają futboliści obracający się wokół stóp cofniętego rozgrywającego Philippa Lahma – w razie ponownego triumfu w rozgrywkach będzie chyba promowany do Złotej Piłki – tym głośniej winniśmy mitygować wszystkich, którzy zbyt hałaśliwie wypominają Arsenalowi mierny dorobek w Champions League. Rok 2014 – wpada w 1/8 finału na rozszalały Bayern; 2013 – też wpada w 1/8 na Bayern; 2011 – ta sama runda, przeciwnikiem późniejsza triumfatorka Barcelona; 2010 – również Barcelona, tym razem „dopiero” w ćwierćfinale. Chyba nikogo w minionych latach losowanie nie traktowało brutalniej.

Inna sprawa, że londyńscy fani mają prawo grymasić. Klub z najdroższymi od dawna cenami biletów znów je podniósł, aż sprowokował Bayern do decyzji, by znacznie dofinansować swoim kibicom wyprawę na stadion Emirates. Tutaj też cała Bundesliga chce służyć za wzór – monachijczycy sprzedawali karnety na sezon (być może historyczny, niesplamiony porażką!) nawet za 140 euro, najtańszy na Arsenal kosztował 1182 euro. Co przypomina, że liga angielska jest wyspą także dlatego, iż jako jedyna najpierw podbijała świat komercyjnie – rozwijając międzykontynentalny marketing, wyciskając rekordowe zyski ze sprzedaży transmisji, wyprzedając kluby obcokrajowcom. Niemcy postanowili rozpocząć od kolonizacji sportowej.

wtorek, 11 lutego 2014

Arsenal, Manchester United

Gospodarze na reputację mięczaków pracowali długimi latami, gościom z Manchesteru wystarczyło kilka miesięcy, żeby zapracować na reputację jeszcze większych mięczaków. W Londynie zagrają jutro doskonali piłkarze, którzy walczą przede wszystkim sami ze sobą.

Dziś każde niepowodzenie znanych sportowców natychmiast olbrzymieje, zwielokrotniane przez bezlitosne cyfrowe nagłaśniacze – portale, memy, szyderstwa kibiców i komentatorów rozprzestrzeniające się w tempie wirusowym po Twitterach i Facebookach.

Kiedy zatem Dan Burn, środkowy obrońca leżącego na dnie tabeli ligi angielskiej Fulham, po wyjazdowym remisie z United rzucił, że tak często jak w niedzielę nie wybijał piłki głową od czasów piątoligowych, nieświadomie wpisał się w chóralne obśmiewanie taktyki faworytów. Nazajutrz próbował tłumaczyć, że nie chciał rywali poniżać, ale nikt go już nie usłyszał. Został prosty przekaz: już nawet piłkarze z ligowych nizin robią sobie z Manchesteru jaja.

Podania górą (zwłaszcza długie) w przeciwieństwie do podań dołem zawsze uchodziły za synonim futbolowego prymitywizmu, a wciąż aktualni mistrzowie Anglii ustanowili w ostatnim meczu szokujący rekord – wykonali 81 dośrodkowań. Liczbę niedostępną dla żadnej drużyny, odkąd w 2006 roku firma Opta prowadzi statystyki.

Trzymali się gospodarze swojego odruchu, choć tylko 18 razy wrzucali piłkę celnie, a byli pośród nich ludzie stworzeni do wyrafinowanej gry kombinacyjnej – na czele z Juanem Matą, zaciągniętym w styczniu na ratunek wirtuozem z Chelsea. Jakby uparli się grać w rachunek prawdopodobieństwa. Damy kwintylion dośrodkowań, to prędzej czy później coś wpadnie do bramki, choćby po rykoszecie.

I tyle nam wszystkim, zniewolonym oddziaływaniem wszechdostępnych statystyk, zostało w pamięci, choć taktyka właściwie się sprawdziła. Piłkarze MU najpierw wyrównali, potem objęli prowadzenie.

Oddali je dopiero w 94. minucie. Znów okazało się, że wystarczy tylko lekko przycisnąć, by ich skrzywdzić. Każdego na to stać. I Everton, który na Old Trafford nie wygrał od 1992 r. I West Bromwich, które nie wygrało tam od 1978. I Newcastle, które nie wygrało tam od 1972. I Stoke, które od 1984 nie pobiło MU ani na wyjeździe, ani u siebie.

Trener David Moyes kolekcjonuje wpadki. Media znęcają się nad nim, wciąż przywołując wydłużającą się listę hańby. Piłkarze usuwają z internetu wpisy, by uniknąć posądzeń o atak na swego trenera – jak wypożyczony do Cardiff skrzydłowy Wilfried Zaha, chwalący na Instagramie tymczasowego zwierzchnika Ole Gunnara Solskjaera. Albo gęsto się z nich tłumaczą – jak osadzony w rezerwie Javier Hernández, rzucający szyfrowane uwagi typu „wkrótce nadejdzie czas poważnych rozmów o wielu sprawach”.

Im bardziej piłkarze MU przegrywają, tym bardziej ich problem wychodzi poza czysto piłkarskie sprawy merytoryczne. Każde słowo może być użyte przeciwko nim, komentatorzy potęgują klimat dekadencji tezami o „konieczności wydania 200 mln funtów na transfery”, przypomina się psychologiczna reguła, że jeśli sto razy usłyszysz, że jesteś taki i owaki, to zaczynasz wierzyć i zachowywać się jak taki i owaki.

I nie dajesz rady nawet Fulham, mięczaku. Jak brutalnie nie zrecenzowalibyśmy schyłku niektórych gwiazd MU i kadrowych luk, nie wyjaśnimy tego, że nałogowi wygrywacze przerżnęli pięć z dziewięciu tegorocznych meczów, a z pucharów wykopały ich Swansea oraz Sunderland.

Znienacka, w wyższym stężeniu, spadło na nich to, z czym piłkarze Arsenalu żyją od lat. Różnica polega jedynie na tym, że londyńczycy uchodzili za mięczaków tylko w zderzeniach z przeciwnikami wagi superciężkiej.

Te demony właśnie znów ich nachodzą. Sobotnia klęska z Liverpoolem (1:5) mogła wyglądać na wyrwany z kontekstu wybryk. Niemal bezbłędni dotychczas Per Mertesacker i Laurent Koscielny pogubili się, jakby pierwszy raz w życiu stanęli na środku obrony, więc agresywnie usposobieni rywale zadali nokautujące ciosy, zanim mecz się na dobre rozpoczął. Zdarza się.

Ponieważ jednak londyńscy piłkarze nie tylko zaczęli roztargnieni, ale jeszcze prędko zaczęli sprawiać na pogodzonych z losem, jednomeczowy epizod ożywił wizerunek Arsenalu jako zgrai mięczaków niezdolnych udźwignąć presję prestiżowych gier. Przecież Manchesterowi City ulegli 3:6, przecież nie umieli wbić u siebie gola ostrożnie nastawionej Chelsea (a w Pucharze Ligi ulegli jej 0:2). Nie dali rady (0:1) nawet przywiędłemu Manchesterowi United...

Zjawisko ma ucieleśniać Mesut Özil. Jesienią wysłuchiwał serenad, że natchnął całą drużynę, teraz wypomina mu się, że znikał akurat w tamtych przegranych znaczniejszych meczach, że Liverpoolowi piłkę oddawał i nie bił się o jej odzyskanie (na swojej połowie dotknął jej ledwie czterokrotnie), że w trudnych chwilach zniechęca do walki mową ciała. Słowem, już nie tyle nadaje Arsenalowi mistrzowskiego sznytu, ile zaraził się niemistrzowską podatnością na ciosy. I znów – kto by słuchał wyjaśnień trenera Arsene’a Wengera, że drużynie przytrafił się w sobotę wypadek.

A przecież los skazał londyńczyków na próby, jakim nie musi sprostać nikt w Europie. Liverpool, jutro MU, w niedzielę znów Liverpool (w Pucharze Anglii), w środę najpotężniejszy dziś Bayern. Potem lżejsze dni i kolejna seria – Bayern, Tottenham, Chelsea (same wyjazdy!), Manchester City. Wejdziesz na Mount Everest, to cię posyłają na K2.

Gdyby zatem Arsenal nie wykonał zadania nawet teraz – gdy wieczór wciąż jest prestiżowy, ale rywale ćwiczą się w roli pierwszego pośmiewiska ligi – to odświeżą smętną kliszę. Świat ogłosi bieżący sezon kalką poprzednich, Wenger znów przyjmie przed kamerami pozycję na stałe defensywną, potwornie wymagające wyzwania zdadzą się jeszcze cięższe. Tego jeszcze londyńczycy nie przeżywali – zwycięstwo nad Manchesterem United tak się zdewaluowało, że jest dla nich minimum przyzwoitości.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi