Wpisy z tagiem: serie a

środa, 29 sierpnia 2018

Cristiano Ronaldo, Juventus

W koszulce Juventusu nie wyczarował jeszcze niczego szczególnego, ale i tak patrzę zafascynowany, trochę okiem prymatologa odkrywającego zupełnie nowy gatunek małp. Bo show trwa w najlepsze. Włosi mdleli, mdleją i chyba nie zamierzają przestać mdleć na widok idola, nie ocuciły ich nawet wstępne boiskowe podrygi Cristiano Ronaldo – przeciętne, ewentualnie ociupeńkę więcej niż przeciętne.

Najpierw witali go z pompą i uniżeniem, jakich w tamtejszym futbolu jeszcze nie doświadczyłem. Czerwony dywan, obcałowywanie stóp, wpatrywanie się w każdy gest idola i interpretowanie każdego gestu, nadawanie każdemu słowu nadmiernego znaczenia, wyolbrzymianie spraw, które owszem, zasługują na szacunek, ale znaj proporcje, mocium panie – gdy opowiadano, jak Portugalczyk nawet po powrocie z wyjazdowych meczów Ligi Mistrzów, o drugiej w nocy, zwykł poddawać się jeszcze krioterapii oraz innym zabiegom regeneracyjnym, jak robi się w siłowni na bóstwo, jak zasuwa zawsze i wszędzie, to miałem wrażenie, że w Italii codzienny wysiłek fizyczny nie jest dla piłkarza nawykiem.

Potem Ronaldo zagrał z Chievo oraz Lazio. Aktywnie, acz bez fundamentalnego wpływu na przebieg meczów – znać, że trzyma atletyczną formę i cholernie mu zależy, i znać też, że pozostaje na razie niekompatybilny z resztą drużyny, a trener Massimiliano Allegri nawytęża rozum, zanim znajdzie odpowiednią formułę. Przypisywanie Portugalczykowi asysty przy golu Mario Mandżukicia to niemal manipulacja (choć w sensie czysto statystycznym uzasadniona), ponieważ piłki w ogóle nie kontrolował, nie zdawał sobie sprawy, że odbija mu się od pięty. Recenzje zebrał jednak przyjazne, poszukiwano wszelkich drobiazgów świadczących na jego korzyść. Aż rozbawiony (zirytowany?) Fabrizio Bocca z „La Repubblica” zapytał, czy „to zabronione dać Ronaldo notę 5 (w dziesięciostopniowej skali)”, czy zawsze, niezależnie od okoliczności, należy wyciągać go do szóstki. I użył pojęcia „psychologiczna uległość” – zazwyczaj używanego w stosunku do niedoświadczonych sędziów, którzy podświadomie, onieśmieleni nazwą wielkiego klubu lub nazwiskiem wielkiego piłkarza, obawiają się faworytom zaszkodzić. Dlatego mniej chętnie odgwizdują rzut karny lub wlepiają żółtą kartkę.

Kilka zdań Bocca wręcz wyjął mi z ust, choć w żadnym razie nie uważam, by Ronaldo należało rugać za dwa średnie mecze – on wkomponowuje się w nowy klub po blisko dekadzie spędzonej tam, gdzie wszystko podporządkowano jego komfortowi. Nie sądzę również, by turyńczycy powinni się niepokoić, że megagwiazdor nagle przestanie strzelać gole. Przeciwnie, liga włoska wydaje się dla niego środowiskiem idealnym, zresztą w przeszłości paru snajperów kanonadę swojego życia urządzało sobie tam dopiero po trzydziestce.

Co innego jednak Ronaldo, a co innego reakcje na Ronaldo. Te eskalują, im bardziej szału na boisku nie ma, tym bardziej jest szał na wynajdywanie powodów, by szał trwał. Moja ulubiona „La Gazzetta dello Sport” opublikowała wczoraj artykuł pt. tytułem „Ronaldo na szczycie: nikt nie strzela więcej od niego”, w którym obwołuje go – znów cytat – „królem kończenia akcji w całej Europie”. Wszystko w oparciu o statystykę, która kiedy indziej mogłaby służyć za akt oskarżenia, turyński heros uderza mianowicie na bramkę częściej niż ktokolwiek w czołowych ligach na kontynencie. Próbował już 15 razy. A że ani razu nie osiągnął celu? Że obok dwóch strzałów, które zmusiły bramkarzy Stefano Sorrentino i Thomasa Strakoshę do najwyższego wysiłku, były również (jak to u Ronaldo) strzały zbędne, oddane w sytuacjach wymagających raczej podania do kolegi? Że inni kopali na bramkę rzadziej, lecz trafiali do siatki? Nieważne, teraz za wszelką cenę kombinujemy, by sportowiec ubóstwiany nie zdradzał żadnych ludzkich wad. Za bardzo pragniemy go wielbić, by przeszkodziła nam rzeczywistość.

Dzisiaj redaktorzy największego włoskiego dziennika odlecieli jeszcze wyżej. Okładkę (zdjęcie nad notką) oraz dwie następne kolumny poświęcili plebiscytowi UEFA na gola roku (!), ponieważ kibice uhonorowali niezapomnianą przewrotkę Ronaldo z wiosennego ćwierćfinału Ligi Mistrzów w Turynie. Wówczas bramka bolała, ponieważ rozbiła piłkarzy Juventusu, w następstwie dała awans Realowi Madryt. Obecnie wywołuje ekstazę – przypomina się, że turyńscy fani fetowali ją wówczas owacją na stojąco, ponoć zyskując przychylność piłkarza i wpływając na jego decyzję o transferze. W Italii wylądował gracz pozaziemski. Stąd okładkowy tytuł: „Ten gol przewrócił futbol do góry nogami”.

Ja bym raczej powiedział, że pewien transfer przewrócił im w głowach, i aż zazdroszczę, podejrzewam ich o niezwykłe stany psychiczne, boję się pomyśleć, co będzie, gdy Portugalczyk naprawdę zagra fantastycznie. Intrygujący robi się też scenariusz – choć ani go nikomu nie życzę, ani nie przewiduję – w którym Ronaldo nie odpala dłużej, kopie zaledwie przyzwoicie, proces adaptacji się przeciąga. Kiedy oprzytomnieją? Czy mechanizm wyparcia przestanie działać? Zdołają zaakceptować Ronaldo jako istotę z tego świata? Ilu ludzi poniesie mentalność tabloidowa, która czołobitność zastępuje ślepą furią, gdy celebryta nie sprosta oczekiwaniom?

sobota, 28 kwietnia 2018

liga włoska, Serie A, Juventus, Napoli

Opinii to ty u nas dobrej nie miałaś. Gadali ludzie, żeś brzydka i nudna – skażona odruchami ultradefensywnymi, skłonna do zerozeryzmu, uzależniona od taktycznej dłubaniny, zaludniona boiskowymi gangsterami, dla których nie istnieją chwyty zbyt brudne, żeby się do nich uciekać. Tylko faule, krętactwo i zimna kalkulacja.

Owszem, ­czasami padałaś ofiarą stereotypów bzdurnych, dawno nieaktualnych. W ubiegłym sezonie na twoich boiskach padało więcej niż goli niż we wszystkich innych czołowych ligach w Europie – angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej i niemieckiej – a przeciętny polski zjadacz transmisji piłkarskich nigdy by na to nie wpadł. Trudno, tak czy owak kojarzyłaś się paskudnie.

Aż nastał sezon 2017/18. I nagle zaczęło wydarzać się tyle, że tylko ktoś, kto nie ma bladego pojęcia, mógłby zarzucić, że przynudzasz. Ligo włoska, jak ty wypiękniałaś! Ile nam dajesz pasjonujących fabuł!

Wszędzie znają mistrza od wielu tygodni, ewentualnie od wielu miesięcy. Zniszczył wszystkich krajowych rywali Manchester City, odpstryknął wszystkich Bayern, zamęczyła Barcelona, zdemolował zespół Paris Saint-Germain. A u ciebie, najdroższa Serie A, szczyt tabeli rozżarzony. Juve czy Napoli? Napoli czy jednak Juve? Salwa za salwą, naparzają się jak opętani, być może potrwa to do ostatniej kolejki.

No i w Neapolu, ogarniętym deliryczną ekstazą od ubiegłotygodniowego triumfu w Turynie, kibicują ludzie, którym tytuł mistrzowski dałby radość bardziej malowniczą niż gdziekolwiek indziej.

Malowniczą jak malowniczy jest styl gry wpajany przez trenera Maurizio Sarriego – niewykluczone, że efektowniej wywijają ostatnio tylko podwładni Pepa Guardioli z Manchesteru City.

Zeskakujemy piętro niżej, a tam o awans do Ligi Mistrzów z porównywalną zaciętością walczą Roma, Inter i Lazio – i znów: być może powalczą do ostatniej kolejki.

Przeskakujemy do Ligi Mistrzów, a tam oba niewiarygodne zmartwychwstania wiosny 2018 zawdzięczamy tobie, Italio – udanie zmartwychwstała Roma (3:0 z Barceloną), prawie udanie zmartwychwstał Juventus (wyjazdowe 3:0 z Realem Madryt, unieważnione dopiero rzutem karnym ostatniej szansy). Co to były za emocje! Fajnie, że przez 2000 lat z okładem tyle się technologicznie zmieniło, że zmartwychwstania transmituje obecnie telewizja, że pokazuje je z wielu kamer i w zwolnionym tempie, prekursor zmartwychwstań jest tu w rankingu widowiskowości bez szans, on jednak działał bez obiektywów, a sami wiecie, jaka jest dzisiejsza młodzież, pics or it didn’t happen.

Zsuwamy się na dno tabeli, a tam dokazuje Benevento. Najpierw obśmiewane jako najgorsza piłkarska drużyna w całych dziejach galaktyki, następnie polubione za styl gry i nieustępliwość, potem fetowane za historyczny pierwszy punkt wydarty w marvelowskich okolicznościach (gol bramkarza w ostatniej sekundzie!), wreszcie wywołujące szok wyjazdowym zwycięstwem nad Milanem. Co za fabuła!

Wracamy na wyżyny, ligo włoska, a tam o mistrzostwo awanturują się Wojciech Szczęsny (spadkobierca Jego Bramkarskości Gianluigiego Buffona!), Arkadiusz Milik oraz Kandydat Na Pana Rozgrywającego Piotr Zieliński. Ależ gratka dla nadwiślańskiego kibica! Już wiadomo, że Polak będzie mistrzem krainy, którą Polak podbił tylko raz, w antycznym 1984 roku, gdy na chwałę Juventusu zasuwał Zbigniew Boniek!

Zakładamy okulary z mocnym filtrem narodowościowym i orientujemy się, że nasi rozpanoszyli się wszędzie. Patrzymy, jak zabawia się w Sampdorii cały polski tercet; jak całkiem sporo bramek wpada młodziutkiemu Dawidowi Kownackiemu; jak w defensywie SPAL fason trzyma adoptowany przez nas Thiago Cionek; jak Mariusz Stępiński, napastnik w kadrze Nawałki zaledwie trzeciorzędny, przywala golem i Interowi, i Milanowi, i Napoli. Dzieje się to w lidze, która nigdy naszym nie leżała! A kopie ich w Italii więcej niż wszystkich poprzedników razem wziętych!

Wyśliczniałaś, Italio, także z naszej, polskiej perspektywy. Zbyt u ciebie ciekawie, żeby w najgorszym razie przynajmniej nie sprawdzać, co u ciebie słychać, aż żałuję, że w niniejszej notce oszczędzałem na wykrzyknikach.

Aha, na marginesiku: w tym sezonie w lidze włoskiej gole również padają częściej niż w hiszpańskiej księżniczce La Liga.

sobota, 31 marca 2018

Juventus

Po niedawnym zdobyciu stadionu Wembley, które pozwoliło turyńczykom wyeliminować Tottenham i awansować do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, Gianluigi Buffon stanął na środku szatni i oznajmił: „Jutro pogrzeb Davide Astoriego. Znaleźliśmy prywatny samolot, która nas tam zabierze. Zbiórka o 4.30 w hotelowym lobby. Choć zrozumiem każdego, kto po takim meczu woli się wyspać”.

Rano zjawili się wszyscy. Okazało się jednak, że w samolocie jest 12 miejsc, z czego trzy musi zająć załoga. Polecieli zatem: Buffon (kapitan), Giorgio Chiellini (wicekapitan), Claudio Marchisio (trzeci kapitan), Andrea Barzagli, Mehdi Benatia, Miralem Pjanić, Daniele Rugani, trener Massimiliano Allegri i jego asystent Marco Landucci. Skład wybitnie nieprzypadkowy, pierwszy szkoleniowiec Juve lubi podkreślać, jak ogromny wpływ na morale drużyny i dynamikę zachowań w szatni mają czterej pierwsi wymienieni, odpowiednio: 40-, 33-, 32- oraz 36-latek.

Nie przywołuję tamtego epizodu, żeby powzruszać się szlachetnością Buffona, który lot zorganizował i opłacił, oraz reszty ferajny, która pomimo pomeczowego wycieńczenia postanowiła pożegnać kolegę z boiska. Wracam do niego, ponieważ on również wyjaśnia, dlaczego Juventus, miesiącami usiłujący nadążyć za Napoli, odzyskał pozycję lidera, właśnie uciekł rywalom na dystans czterech punktów, znów stał się murowanym faworytem wyścigu po mistrzostwo Włoch. I eksponuje ów epizod zalety, które odróżniają obrońców tytułu od wszystkich krajowych konkurentów.

Neapolitańczycy, jak wiadomo, żyją obsesją wygrania Serie A, którego nie zaznali od mitycznych czasów Diego Maradony. Podporządkowali celowi wszystko, zdawali się niemal ostentacyjnie poddawać kluczowe mecze w Lidze Mistrzów (nawet na Manchester City rzucili siły mocno rezerwowe, ulegli też Szachtarowi Donieck), Lidze Europy (przegrali z RB Lipsk) oraz Coppa Italia (1:2 z Atalantą na swoim San Paolo). Mimo to najbardziej prestiżowym wyzwaniom podołać nie umieją – w grudniu nie dali rady obronić się u siebie przed Juve, a niedawno uklękli przed Romą (cztery stracone gole!) i nie zdołali choćby naruszyć bunkra wzniesionego przez mediolański Inter (0:0). Zlecieli z pozycji lidera, by natychmiast zmięknąć – ledwie wymęczyć 1:0 z Genoą, a dzisiaj zgubić punkty w Sassuolo. Kiedy im się układa, fruwają, zachwycając wielopodaniowymi akcjami konstruowanymi przez całą jedenastkę. Kiedy im się nie układa, wyglądają na pozbawionych jakiegokolwiek planu B.

Tymczasem piłkarze Juve uważają za swój obowiązek wygrywanie wszędzie. I spełniają go z morderczą konsekwencją – czekają ich ćwierćfinał Ligi Mistrzów oraz finał Pucharu Włoch – choć często balansują na krawędzi przynajmniej remisu. Ich ulubionym wynikiem pozostaje zwycięstwo minimalne, jednobramkowe; jeśli uda im się dorzucić drugiego gola, to na ogół w samej końcówce; w rewanżu z Tottenhamem musieli podnieść się psychicznie przy stanie 0:1, grając ze świadomością, że do awansu nie wystarczy nawet 1:1. A potem jeszcze postanowili zarwać noc i pognać do Florencji, choć nerwowy mecz na Wembley musiał pochłonąć masę energii mentalnej i fizycznej. Piłkarze niezłomni.

Emblematycznym triumfem było wyjazdowe 1:0 z Lazio – 90 minut ciężkiej młócki rozstrzygnięte po wypadzie ostatniej szansy Paulo Dybali. Takie wydłubywanie punktów wymaga nadludzkiego skupienia w defensywie, najdrobniejsza wpadka grozi tu stratami w ostatecznym rozrachunku być może nieodwracalnymi. I piłkarzom Juve mentalnej mocy wystarcza – do dzisiejszego ciosu zadanego przez Leonardo Bonucciego wszyscy odliczali im przede wszystkim czas od ostatniego straconego gola w Serie A (upłynęło 959 minut!), a jeszcze bardziej imponowało to, że przez 1479 minut gry turyńskiego bramkarza (akurat Wojciecha Szczęsnego) pokonał tylko Martin Caceres z Verony. Poszczęściło mu się jeszcze przed Sylwestrem, u schyłku roku 2017.

Niemal idealna passa Juve ciągnęła już zatem przez 16 ligowych kolejek z okładem. Co oczywiście bywa odczytywane jako dowód słabości Serie A – wszystkie istniejące rozgrywki w kibicowskich dyskusjach okazują się być do niczego albo przynajmniej mieć fundamentalne wady – ale ja wolę dostrzegać tu potęgę turyńczyków. Ich siłę woli, konsekwencję, zawziętą nieustępliwość, niezgodę na jakiekolwiek momenty roztargnienia. Gdybym przeciw nim grał, zaraz po ostatnim gwizdku wzmógłbym czujność i sprawdzał, czy aby nie wbijają zwycięskiego gola. Bo wbijają niemal zawsze. Nawet wtedy, gdy cierpią, gdy zderzają się ze zdeterminowanymi twardzielami (jak dzisiejszy Milan, pobity 3:1), gdy za trzy dni czeka ich (znów: jak teraz) batalia z Realem Madryt. Ten kwiat wyrósłby nawet z betonu i bez wody.

Nie zawsze jest w Juve słodko – w ubiegłym sezonie turyńczycy chcieli się chwilami pozabijać, a wojna domowa znalazła puentę latem, w transferze skłóconego z trenerem Bonucciego do Milanu. Poczucie wspólnego celu i wzajemny szacunek przywiodły jednak parszywą dwunastkę Juve (zawodnicy plus Allegri) do szóstego z rzędu mistrzostwa Włoch, trzeciego z rzędu krajowego pucharu oraz drugiego w trzech ostatnich edycjach finału Ligi Mistrzów. Dorobek absolutnie unikalny. Unikalny jak ich sposób na wygrywanie, chwały nie odebrałoby turyńczykom nawet ewentualne niepowodzenie w Serie A – neapolitańczycy grają niekiedy fenomenalnie – które teoretycznie jest możliwe.

Ale przecież prawie nikt nie wierzy, że się wydarzy.

niedziela, 03 grudnia 2017

Benevento, AC Milan

Była sobie piłkarska drużyna z Benevento, która przed tym sezonem nigdy nie grała we włoskiej Serie A; w tym sezonie oddała wszystkie 14 meczów; ustanowiła negatywny rekord czołowych lig w Europie, przelicytowując wyczyn Manchesteru United z międzywojnia (oberwał 12 razy z rzędu); przegrała nawet w Cagliari, gdzie w 94. minucie wyrównała z rzutu karnego; dała sobie wcisnąć decydującego gola w ostatnich sekundach meczu u siebie z lekkopółśmiesznym Sassuolo; nie tyle osiadła na dnie tabeli, ile leżała tam rozsmarowana na zero punktów, rechotała z niej cała Europa, jej istnienie służyło tylko naszej wrednej uciesze, tylko naszemu okrutnemu upodobaniu do szydzenia z cudzego nieszczęścia. Aż trafił jej się Milan. Rywal wymarzony, by zaproponować mu przekazanie roli pośmiewiska.

Krakałem od tygodni, że Benevento wystarczy cierpliwie poczekać na właśnie ten mecz, by wreszcie sobie pofiglować. I wykrakałem – zresztą jak klapę Włochów w eliminacjach mundialu, niewidzianą od 60 lat, tej jesieni doskonale sprawdzam się jako Kasandra. Ale nigdy w życiu nie wyobraziłbym sobie, że nieuniknione nadciągnie akurat tak: w 95. minucie, przy prowadzeniu 2:1, Milan pozwoli, by wysadził go w powietrze – golem wbitym głową – bramkarz.

Jako kibic zniosłem to dzielnie, nawet poczułem coś w rodzaju masochistycznej przyjemności, wolę historyczne sceny nie do zapomnienia niż przeżuwanie meczów jak papier ścierny, o smaku 0:0 z Genoą albo 0:0 z Torino. Najpierw jednak zesztywniałem, w żyłach zabulgotało, szczęka wysunęła się z zawiasów.

– Zamknąłem oczy i rzuciłem się do piłki jak bramkarz, nie jak napastnik – opowiadał bohater popołudnia Alberto Brignoli, przynajmniej przez weekend najsławniejszy przedstawiciel swojej profesji na kontynencie. Żeby jeszcze dodać historii pikanterii: w Benevento przebywa wypożyczony z Juventusu. I jeszcze: pierwszego gola dla gospodarzy strzelił George Puscas wypożyczony z mediolańskiego sąsiada Interu, a piłkarze tegoż Interu kilka chwil później roztańczyli się na San Siro wielobramkowo, kopali pięknie, obskoczyli Chievo na notę 5:0.

I wystrzelili na pozycję ligowego lidera. Ależ oni zachwycają!

Nie sugeruję, że fani Milanu przeżyli traumę ponad traumy, w końcu mówimy tu o plemieniu doświadczonym finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku – sam patrzyłem wtedy z bliska, rzężąc na trybunach, jak podróżują od 3:0 do przerwy, przez 3:3 w drugiej połowie, do kataklizmu w rzutach karnych. Benevento to był raczej bezprecedensowy obciach. Milan od dawna nie jest tortem, którym kibic się delektuje, ale dopiero teraz stał się tortem, którym kibic dostaje w twarz, żeby publika zachichrała się na śmierć. Gdy rzuciłem na Twitterze propozycję tytułu książki do wydania 10 lat po ostatnim triumfie w Champions League – „Od widowiska do pośmiewiska. Krótka historia Milanu 2007-2017” – podświadomie wyrażałem nadzieję, że wybryk w Benevento zamyka pewną epokę, że to idealna puenta wysokobudżetowego kina katastroficznego, wieżowiec już spłonął, Atlandyda zatonęła, asteroida zaraz dotknie powierzchni Ziemi, czas na napisy końcowe, teraz rozpocznie zupełnie inna fabuła, koniecznie heroiczna.

Marzenie ściętej głowy, jeszcze naoglądamy się zniszczeń. Mam nawet pomysł, jeśli Benevento go zrealizuje, dzisiejszy popis dodatkowo zyska na spektakularności: niech mianowicie Benevento, które przed remisem z Milanem przerżnęło 14 razy z rzędu, przerżnie teraz kolejne 14 meczów z rzędu.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 18 listopada 2017

AC Milan, Yonghong Li

Nie łudźcie się, w tym tygodniu najczarniejsze wieści dla Milanu wcale nie spłynęły z Neapolu, gdzie gospodarze przydzwonili dzisiaj gościom dwoma golami. Najczarniejsze – niepokojące w perspektywie przyszłości – spłynęły z Nowego Jorku.

Na boisku działo się to, co zwykle, mediolańczycy są od miesięcy potwornie przewidywalni, chyba najbardziej we wszystkich czołowych ligach Europy. Kiedy stają naprzeciw rywali z dolnej połowy tabeli, dają radę właściwie zawsze – zremisowali tylko z Genoą (obecnie 18. miejsce), poza tym wygrali 2:0 z Sassuolo (17. miejsce), 3:0 z Crotone (15. miejsce), 2:1 z Cagliari (14. miejsce), 2:1 z Udinese (13. miejsce), 2:0 ze SPAL (16. miejsce) i 4:1 z Chievo (11. miejsce). Kiedy natomiast próbują zdobywać szczyty tabeli, nie ma czego zbierać – 1:4 z Lazio (teraz piąte miejsce), 0:2 z Sampdorią (szóste), 0:2 z Romą (trzecie), 2:3 z Interem (czwarte) i 0:2 z Juventusem (drugie), aż dopełzali do 1:2 z Napoli (pierwsze).

Podliczmy: ze słabymi nie przegrali żadnego z siedmiu meczów (15-3 w bramkach), z mocnymi przegrali wszystkie sześć (4-15). Wyraźniejsze granice w przyrodzie nie istnieją. Ta powstała z oczywistych względów – przyzwoici piłkarze tworzą w Milanie nieprzyzwoicie marną drużynę, gdy zatem wystarcza im polegać na indywidualnych umiejętnościach, nie zawodzą. Gdy jednak zderzają się z porównywalnymi lub lepszymi od siebie, ich szanse spadają do zera. Solowe popisy Suso to zbyt mało.

I niewykluczone, że mediolańczycy są tego wszystkiego świadomi. Patrzyłem dzisiaj, jak Napoli kontroluje sytuację, i przypomniały mi się słowa Cristiano Ronaldo, sfrustrowanego po remisie z Islandią podczas Euro 2016. Oskarżał on wówczas rywali, rozradowanych urwaniem Portugalii punktu, o „mentalność małego kraju”. Przypomniały mi się, bo obecny Milan zbyt często demonstruje właśnie „mentalność małej drużyny”, nawet jeśli długo utrzymuje się przy piłce. Dzisiaj przed przerwą goście ani razu (!) nie dotknęli jej we wrogim polu karnym.

Gdyby ktoś nie nadążał, jaki to obciach – dotychczas identycznego wyczynu dokonał tylko jeden uczestnik sezonu 2017/18 w lidze włoskiej. Benevento. Dla mniej obznajomionych z tamtymi boiskami: absolutny debiutant w Serie A, szorujący dno tabeli, klęczący tam z okrągłym zerem punktów, mknący ku legendzie zgrai największych patałachów, którzy kiedykolwiek wkradli się do rozgrywek. Tak nisko upadł Milan, dekadę temu gigant panujący w Lidze Mistrzów. I niech was nie zmyli wynik z Neapolu, honorowego gola goście zawdzięczają desperackiemu strzałowi z dystansu oddanemu przez Alessio Romagnolego w ostatnich sekundach gry. Niech was nie zmyli, że zwłaszcza po przerwie goście znów zdołali przejąć piłkę, co na stadionie San Paolo zdarza się rzadko.

Wiadomo już zatem, że w sensie sportowym sezon się skończył. Pozostaje tylko czekać, kiedy i na kogo szefowie klubu wymienią trenera Vincenzo Montellę. Strata do czwartej pozycji, dającej awans do Champions League, jest olbrzymia, a nie ma śladowego znaczenia, czy Milan doczołga się do mety rozgrywek na szóstym, ósmym czy dziesiątym miejscu.

I tu docieramy do wieści z Ameryki, dalece bardziej niepokojących, bo być może zwiastujących – oby nie – zagrożenie dla klubu egzystencjalne. Kiedy Silvio Berlusconi sprzedał Milan, kilkakrotnie pisałem, że wyprawił go w podróż w dzikie i nieznane. Że właściwie nie wiadomo, kto kupuje, skąd czerpie środki, ile ryzykuje zadłużeniem się na lichwiarski procent w agresywnym funduszu inwestycyjnym. Brutalnie mówiąc: czy Yonghong Li nie jest gołodupcem.

Prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”. I utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Kto chce szukać jądra ciemności, niech przeczyta cały artykuł, w każdym razie reporterzy ustalili, że Yonghong Li wcale nie dysponuje środkami, którymi wedle swoich deklaracji miał dysponować, i że do kogo innego należą udziały w kopalniach fosforu, którymi się reklamował. Aha, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo.

Chińczyk planował w trzy lata podwoić przychody klubu, zakładając, że piłkarze wproszą się do Ligi Mistrzów. Stąd letnie szaleństwa na rynku transferowym, które przelicytowały tylko Paris Saint-Germain i Manchester City.

Nie wiem, skąd Yonghong Li wytrzaśnie pieniądze, jeśli Milan nie awansuje do elity. A nie awansuje. Na myśl, że klub wpadnie w łapy macherów z amerykańskiego Elliott Management Corporation, łazi mi po łbie tylko jedno – stadion należy do miasta, stadionu nie zlicytują. I jakoś mnie to nie uspokaja.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 października 2017

Najdroższy piłkarz w historii klubu. Witany w przyklęku, jako obrońca numer jeden na świecie. Autorytet obdarzony takim zaufaniem, że jeszcze przed wejściem do szatni został pasowany na kapitana. Tarcza antyrakietowa i guru w jednym ciele.

Takie były marzenia, realia wyglądają ciut skromniej, Milan wciąż pozostaje bezbronny, ilekroć zderzy się z porządnym przeciwnikiem (1:4 z Lazio, 0:2 z Sampdorią, 0:2 z Romą, 2:3 z Interem).

Przy pierwszym golu straconym w niedzielnych derbach można znaleźć dla Leonardo Bonucciego okoliczności łagodzące – Antonio Candreva dośrodkował perfekcyjnie, piłka przeszywała powietrze jak strzała, trzeba było ratować sytuację w biegu, wślizgiem.

Przy drugim Leonardo Bonucci zawinił już ewidentnie. Wlepił wzrok w piłkę, gapił się w nią jak w najpiękniejszy przedmiot na świecie, ani nie zerknął za to na Mauro Icardiego, który w polu karnym oddychał pełną piersią, we własnym ogrodzie nie czułby się swobodniej:

Leonardo Bonucci, AC Milan

Wreszcie za trzeciego gola Interu nikt raczej Bonucciego nie obwini, ale również do tej straty – rozstrzygającej o wyniku meczu – kapitan drużyny się przyczynił. Na wcześniejszym etapie ataku rywali, gdy ruszył powstrzymywać pędzącego Matiasa Vecino i interweniował nieporadnie.

Nie, wcale nie uważam, że Milan przegrał przez swego najsłynniejszego obecnie gracza. Mnóstwu piłkarzy można postawić mnóstwo zarzutów, i to nie tylko za niedzielny wieczór. Strata siedmiu punktów do Lazio (trzecie w tabeli) i Juventusu (czwarty) zdaje się dzisiaj nie do zniwelowania, a jeśli nie zostanie zniwelowana, to rossoneri nie awansują do Ligi Mistrzów, a jeśli nie awansują, to się nie obłowią, a jeśli się nie obłowią, to będziemy z niepokojem obserwować, jak chiński właściciel Li Yonghong szuka sposobu na spłaty pożyczki – wziętej od amerykańskiego funduszu hedgingowego na lichwiarski procent.

Jeszcze raz: Milan nie przegrał przez swego kapitana. Od lidera, którym i sam się obwołuje, i jest chóralnie obwoływany, wymagałbym jednak, by czymkolwiek się zasłużył. Tymczasem Bonucci od tygodni należy do najsłabszych piłkarzy drużyny. Zanim pozwolił roztańczyć się Mauro Icardiemu, biernie patrzył, jak wiruje wokół niego Ciro Immobile z Lazio. Mimo że wszystko urządzono dla jego komfortu, stąd forsowanie przez trenera Vincenzo Montellę ustawienia 3-5-2, stąd powtarzanie zaklęć, że ambitny Leonardo najwyraźniej wziął na siebie zbyt wiele, musi oczyścić głowę, niechybnie odzyska spokój mistrza.

30-letni Włoch zatracił na boisku zdolność przewidywania, co będzie; nie przesuwa się z wyczuciem; cała defensywa, którą powinien dowodzić, to bezhołowie zostawiające przeciwnikom tyle wolnego miejsca, że tworzący ją piłkarze rzadko wchodzą w bezpośredni kontakt z wrogiem. Brutalnie recenzując: Bonucci gra z powodu nazwiska, przeszłości, może również 7,5-milionowej, rekordowej w Serie A pensji. Ktoś inny wyleciałby z jedenastki przynajmniej na chwilę – żeby ochłonąć – on nie opuścił ani sekundy gry w lidze.

Po transferze z Juventusu też kłaniałem mu się powitalnie z entuzjazmem: tutaj znajdziecie dowody na piśmie. A zarazem niepokoiłem się, czy król pozbawiony turyńskiej obstawy – wykidajłów Giorgio Chielliniego oraz Andrei Barzaglego – nie okaże się nagi. Nigdy nie jest łatwo zsynchronizować defensywnych ruchów z nieznajomymi, a od Bonucciego jeszcze oczekiwano, że samym władczym spojrzeniem unieruchomi rywali, dotknięciem uczyni partnerów bezbłędnymi, długimi podaniami do napastników zastąpi rozgrywającego.

Nie podołał, przynajmniej na razie. Na razie to jeden z najgorszych drogich transferów 2017 roku w Europie. I transfer paradoksalny: ucieczką do Mediolanu turyńskiej defensywie Bonucci zaszkodził, mediolańskiej nie ocalił. Coś zburzył, niczego nie zbudował. Ale podróż dopiero się zaczyna, a Milan wyruszał z punktu bardzo odległego od celu. Zresztą Leonardo sam wytatuował sobie przy bicepsie łacińskie: „Per aspera ad astra”.

wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 28 maja 2017

Francesco Totti, AS Roma. Fot. Alessandra Tarantino, AP

Stało się. Francesco Totti rozegrał właśnie ostatni mecz w koszulce Romy.

Jeśli akurat zapomnę, ile mam lat – a zapominam coraz częściej, osiągnąłem wiek, w którym chce się, by czas pędził wolniej – to stosuję dwie metody przypominania sobie przykrej prawdy.

Albo rachuję, ile razy w życiu okrążyłem Słońce. Metoda niezawodna, przecież każdy wie, że jedna tura tej podróży zajmuje rok.

Albo przypominam sobie, kiedy urodził się Totti. 27 września 1976 r., niektórych dat nie zapomina się nigdy.

Rzymianin stawał się dla mnie piłkarzem tym ważniejszym czy wręcz bliższym, im szybciej wykruszali się jego rówieśnicy. Wykruszali się, aż zeszli z boiska literalnie wszyscy spośród uczestniczących w wielkim futbolu – wszyscy poza Tottim, choć ten za młodu zastrzegał, że nie należy do zawodników, którzy będą się szwendać po boiskach do czterdziestki. Szanowałem go zawsze (zerknijcie tu, jak wymyślnie podawał!), ale wyjątkowym został dopiero wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni rówieśnik pośród gwiazd. Totti stał się wiekiem Tottiego, rozpaczliwym pragnieniem nieśmiertelności, synonimem przemijania.

W dzisiejszym, pożegnalnym dla Il Capitano meczu z Genoą, obejrzeliśmy zresztą ładny fabularny wywijas. Gola dla gości strzelił Pietro Pellegri, od grudnia najmłodszy debiutant w dziejach ligi włoskiej. Urodził się w marcu 2001 roku – Totti mknął wówczas po jedyny w karierze tytuł mistrza kraju.

Kibic odczuwa przemijanie – a może mi się tylko zdaje? – szczególnie dotkliwie. O metrykach piłkarzy gada się przecież na okrągło, w dodatku już trzydziestoparolatkowie uchodzą za tetryków. Najpierw większość kopiących jest starsza od siebie, potem większość ma mniej więcej tyle samo lat, następnie dynamicznie przybywa młodszych, aż się orientujesz, że osiągnąłeś wiek trenerski.

Ja ustaliłem sam ze sobą, że osiągnę go, gdy z murawy zejdzie Totti.

Na razie wiadomo jedynie, że opuszcza drużynę – w kontrowersyjnych okolicznościach, felieton na ten temat wkleję tu w poniedziałek. Nie wiadomo, czy nie będzie kontynuował kariery gdzie indziej. Mówi, że jego pasja nie wygasła, media donoszą, że ma propozycje z innych kontynentów.

Mnie jednak najbardziej podoba się pomysł – nie pamiętam, gdzie o nim przeczytałem – by wrócił do SMIT Trastevere. To czwartoligowy dzisiaj, amatorski klubik, oczywiście stołeczny, w którym Totti ćwiczył między ósmym a dziesiątym rokiem życia. Lubię harmonijne opowieści, szkoda byłoby mi wymazywać frazę „Piłkarz, który całą karierę spędził w Rzymie”. Tak, Trastevere – mielibyśmy kompozycję idealnie zamkniętą.

Tagi: serie a
20:44, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 21 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

Kto by przed dekadą wymyślił, że parę chwil po największej tragedii w dziejach klubu Juventus stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?

Stał się. Wiosną 2007 roku wygramolił się z Serie B, do której został karnie relegowany po aferze Calciopoli, a wiosną 2017 roku zdobył szóste z rzędu mistrzostwo kraju.

Szóste. Z. Rzędu.

W lidze włoskiej nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. W lidze hiszpańskiej też nie. Ani w niemieckiej. Ani w angielskiej. Majestat, jakiego wielki klubowy futbol nie widział.

Oczywiście istnieje pokusa, by umniejszyć turyński sukces utyskiwaniem na marność konkurencji – obaj rywale mediolańscy, tradycyjnie najgroźniejsi, stoczyli się na poziom skandalicznego przeciętniactwa. Ale nie wolno jej ulegać, to byłoby krzyczącą niesprawiedliwością wobec drużyny, która właśnie po raz drugi awansowała do finału Champions League, rozprawia się z ekipami klasy Napoli czy Romy, wiceliderów wyprzedza o kilka lub kilkanaście punktów, własny stadion pozwala zdobyć raz na kilkadziesiąt meczów. Juve to nie jednooki wśród ślepców, Juve to absolutna czołówka w Europie, zresztą od miesięcy prorokowałem turyńczykom zdobycie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Zamiast kwestionować ich przywództwo, proponowałbym namysł nad ewentualną odnowieniem przydomka – niech Starą Damę zastąpi Żelazna Dama, to by brzmiało adekwatniej.

Wiem, radykalna zmiana, ale przecież obecny Juventus to właśnie klub radykalnej zmiany. Nieustającej radykalnej zmiany. Mijają ledwie dwa lata od poprzedniego występu w finale Ligi Mistrzów, a z klubu lub podstawowego składu zniknął cały ówczesny atak (Carlos Tevez i Alvaro Morata wyjechali), cała ówczesna pomoc (Andrea Pirlo, Paul Pogba i Arturo Vidal też wyjechali, Claudio Marchisio pełni rolę drugoplanową), a także boki obrony (Patrice Evra wyjechał, Stephan Lichtsteiner pełni rolę drugoplanową). Ba, porozjeżdżali się nawet ci, którzy w meczu z Barceloną przycupnęli w rezerwie – Marco Storari, Angelo Ogbonna, Simone Padoin, Kingsley Coman, Roberto Pereyra i Fernando Llorente.

To teoretycznie nie powinno działać. Jedna z najbardziej żywotnych prawd o futbolu głosi, że niezbędna jest „stabilizacja”, że ewolucja zamiast rewolucji, że „nawet wybitni potrzebują czasu na zgranie” itd. Zanalizujcie zresztą składy Barcelony, Realu Madryt, Bayernu czy innych potęg, wszędzie tam skład podlega co najwyżej korekcie, wszędzie raczej się retuszuje niż przemalowuje. W Juventusie kombinują inaczej – wymazują, co im się zachce, ale zawsze powstaje pejzaż wart mistrzostwa. Niewykluczone, że zmiany nawet pomagają, redukując niebezpieczeństwo, iż wygrywanie się turyńczykom znuży i z tygodnia na tydzień będzie im trudniej o pełną mobilizację. Przecież Gonzalo Higuaín czy Miralem Pjanic bili się o swój pierwszy tytuł w życiu.

Rywali najbardziej powinno niepokoić to, że Juve nie wyglądało na drużynę, która musi dać z siebie wszystko, by utrzymać panowanie. Przeciwnie, zwłaszcza wiosną wyczuwało się, że maksymalną energię turyńczycy wkładają w Ligę Mistrzów, a mecze krajowe odfajkowują w przerwach między poważnymi europejskimi wyzwaniami. Dlatego tak trudno przypuszczać, że abdykują w najbliższej przyszłości. W normalnych okolicznościach powinniśmy zakładać, że wkrótce utracą władzę absolutną – każdy popełnia kiedyś poważny błąd transferowy, wybiera niewłaściwego trenera, słabnie u niego żądza zwyciężania, przerwaca się z powodu zwykłego pecha. I zderzy się z potężnym rywalem. A w Neapolu trener Maurizio Sarri pracuje nad jednym z najciekawszych projektów w całej europejskiej piłce.

Ja jednak nie umiem sobie nawet wyobrazić, że Juventus maleje. Stać go na plądrowanie szatni najgroźniejszych przeciwników (wspomnianych Higuaína i Pjanicia podprowadził Napoli i Romie); po włoskich trawach biega mnóstwo zdolnych młodzieńców, których albo wypożyczył, albo zarezerwował w inny sposób (nie łudźcie się, że np. Mattia Caldara, rewelacyjny stoper z Atalanty, należy do Atalanty); własny stadion, czyli rzadkość w Italii, daje mu gigantyczną przewagę biznesową nad konkurencją korzystającą z obiektów miejskich; oba kluby mediolańskie, teoretycznie najgroźniejsze, toczy chaos. Znikąd nadziei. Wielokrotnie pisałem tu, że epoki w piłce nożnej trwają krótko, że imperia padają niemal z dnia na dzień, że przewidywanie przyszłości na boisku nie ma sensu. Ale kiedy patrzę na Juve, to nie wierzę samemu sobie. Widzę nieśmiertelność. A przynajmniej – żywotność jak u Gianluigiego Buffona, który prawdopodobnie młodnieje, czasami nawet podejrzewam, że po czterdziestce znów nie będzie musiał się golić.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Archiwum
Tagi