Wpisy z tagiem: serie a

wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 28 maja 2017

Francesco Totti, AS Roma. Fot. Alessandra Tarantino, AP

Stało się. Francesco Totti rozegrał właśnie ostatni mecz w koszulce Romy.

Jeśli akurat zapomnę, ile mam lat – a zapominam coraz częściej, osiągnąłem wiek, w którym chce się, by czas pędził wolniej – to stosuję dwie metody przypominania sobie przykrej prawdy.

Albo rachuję, ile razy w życiu okrążyłem Słońce. Metoda niezawodna, przecież każdy wie, że jedna tura tej podróży zajmuje rok.

Albo przypominam sobie, kiedy urodził się Totti. 27 września 1976 r., niektórych dat nie zapomina się nigdy.

Rzymianin stawał się dla mnie piłkarzem tym ważniejszym czy wręcz bliższym, im szybciej wykruszali się jego rówieśnicy. Wykruszali się, aż zeszli z boiska literalnie wszyscy spośród uczestniczących w wielkim futbolu – wszyscy poza Tottim, choć ten za młodu zastrzegał, że nie należy do zawodników, którzy będą się szwendać po boiskach do czterdziestki. Szanowałem go zawsze (zerknijcie tu, jak wymyślnie podawał!), ale wyjątkowym został dopiero wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni rówieśnik pośród gwiazd. Totti stał się wiekiem Tottiego, rozpaczliwym pragnieniem nieśmiertelności, synonimem przemijania.

W dzisiejszym, pożegnalnym dla Il Capitano meczu z Genoą, obejrzeliśmy zresztą ładny fabularny wywijas. Gola dla gości strzelił Pietro Pellegri, od grudnia najmłodszy debiutant w dziejach ligi włoskiej. Urodził się w marcu 2001 roku – Totti mknął wówczas po jedyny w karierze tytuł mistrza kraju.

Kibic odczuwa przemijanie – a może mi się tylko zdaje? – szczególnie dotkliwie. O metrykach piłkarzy gada się przecież na okrągło, w dodatku już trzydziestoparolatkowie uchodzą za tetryków. Najpierw większość kopiących jest starsza od siebie, potem większość ma mniej więcej tyle samo lat, następnie dynamicznie przybywa młodszych, aż się orientujesz, że osiągnąłeś wiek trenerski.

Ja ustaliłem sam ze sobą, że osiągnę go, gdy z murawy zejdzie Totti.

Na razie wiadomo jedynie, że opuszcza drużynę – w kontrowersyjnych okolicznościach, felieton na ten temat wkleję tu w poniedziałek. Nie wiadomo, czy nie będzie kontynuował kariery gdzie indziej. Mówi, że jego pasja nie wygasła, media donoszą, że ma propozycje z innych kontynentów.

Mnie jednak najbardziej podoba się pomysł – nie pamiętam, gdzie o nim przeczytałem – by wrócił do SMIT Trastevere. To czwartoligowy dzisiaj, amatorski klubik, oczywiście stołeczny, w którym Totti ćwiczył między ósmym a dziesiątym rokiem życia. Lubię harmonijne opowieści, szkoda byłoby mi wymazywać frazę „Piłkarz, który całą karierę spędził w Rzymie”. Tak, Trastevere – mielibyśmy kompozycję idealnie zamkniętą.

Tagi: serie a
20:44, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 21 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

Kto by przed dekadą wymyślił, że parę chwil po największej tragedii w dziejach klubu Juventus stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?

Stał się. Wiosną 2007 roku wygramolił się z Serie B, do której został karnie relegowany po aferze Calciopoli, a wiosną 2017 roku zdobył szóste z rzędu mistrzostwo kraju.

Szóste. Z. Rzędu.

W lidze włoskiej nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. W lidze hiszpańskiej też nie. Ani w niemieckiej. Ani w angielskiej. Majestat, jakiego wielki klubowy futbol nie widział.

Oczywiście istnieje pokusa, by umniejszyć turyński sukces utyskiwaniem na marność konkurencji – obaj rywale mediolańscy, tradycyjnie najgroźniejsi, stoczyli się na poziom skandalicznego przeciętniactwa. Ale nie wolno jej ulegać, to byłoby krzyczącą niesprawiedliwością wobec drużyny, która właśnie po raz drugi awansowała do finału Champions League, rozprawia się z ekipami klasy Napoli czy Romy, wiceliderów wyprzedza o kilka lub kilkanaście punktów, własny stadion pozwala zdobyć raz na kilkadziesiąt meczów. Juve to nie jednooki wśród ślepców, Juve to absolutna czołówka w Europie, zresztą od miesięcy prorokowałem turyńczykom zdobycie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Zamiast kwestionować ich przywództwo, proponowałbym namysł nad ewentualną odnowieniem przydomka – niech Starą Damę zastąpi Żelazna Dama, to by brzmiało adekwatniej.

Wiem, radykalna zmiana, ale przecież obecny Juventus to właśnie klub radykalnej zmiany. Nieustającej radykalnej zmiany. Mijają ledwie dwa lata od poprzedniego występu w finale Ligi Mistrzów, a z klubu lub podstawowego składu zniknął cały ówczesny atak (Carlos Tevez i Alvaro Morata wyjechali), cała ówczesna pomoc (Andrea Pirlo, Paul Pogba i Arturo Vidal też wyjechali, Claudio Marchisio pełni rolę drugoplanową), a także boki obrony (Patrice Evra wyjechał, Stephan Lichtsteiner pełni rolę drugoplanową). Ba, porozjeżdżali się nawet ci, którzy w meczu z Barceloną przycupnęli w rezerwie – Marco Storari, Angelo Ogbonna, Simone Padoin, Kingsley Coman, Roberto Pereyra i Fernando Llorente.

To teoretycznie nie powinno działać. Jedna z najbardziej żywotnych prawd o futbolu głosi, że niezbędna jest „stabilizacja”, że ewolucja zamiast rewolucji, że „nawet wybitni potrzebują czasu na zgranie” itd. Zanalizujcie zresztą składy Barcelony, Realu Madryt, Bayernu czy innych potęg, wszędzie tam skład podlega co najwyżej korekcie, wszędzie raczej się retuszuje niż przemalowuje. W Juventusie kombinują inaczej – wymazują, co im się zachce, ale zawsze powstaje pejzaż wart mistrzostwa. Niewykluczone, że zmiany nawet pomagają, redukując niebezpieczeństwo, iż wygrywanie się turyńczykom znuży i z tygodnia na tydzień będzie im trudniej o pełną mobilizację. Przecież Gonzalo Higuaín czy Miralem Pjanic bili się o swój pierwszy tytuł w życiu.

Rywali najbardziej powinno niepokoić to, że Juve nie wyglądało na drużynę, która musi dać z siebie wszystko, by utrzymać panowanie. Przeciwnie, zwłaszcza wiosną wyczuwało się, że maksymalną energię turyńczycy wkładają w Ligę Mistrzów, a mecze krajowe odfajkowują w przerwach między poważnymi europejskimi wyzwaniami. Dlatego tak trudno przypuszczać, że abdykują w najbliższej przyszłości. W normalnych okolicznościach powinniśmy zakładać, że wkrótce utracą władzę absolutną – każdy popełnia kiedyś poważny błąd transferowy, wybiera niewłaściwego trenera, słabnie u niego żądza zwyciężania, przerwaca się z powodu zwykłego pecha. I zderzy się z potężnym rywalem. A w Neapolu trener Maurizio Sarri pracuje nad jednym z najciekawszych projektów w całej europejskiej piłce.

Ja jednak nie umiem sobie nawet wyobrazić, że Juventus maleje. Stać go na plądrowanie szatni najgroźniejszych przeciwników (wspomnianych Higuaína i Pjanicia podprowadził Napoli i Romie); po włoskich trawach biega mnóstwo zdolnych młodzieńców, których albo wypożyczył, albo zarezerwował w inny sposób (nie łudźcie się, że np. Mattia Caldara, rewelacyjny stoper z Atalanty, należy do Atalanty); własny stadion, czyli rzadkość w Italii, daje mu gigantyczną przewagę biznesową nad konkurencją korzystającą z obiektów miejskich; oba kluby mediolańskie, teoretycznie najgroźniejsze, toczy chaos. Znikąd nadziei. Wielokrotnie pisałem tu, że epoki w piłce nożnej trwają krótko, że imperia padają niemal z dnia na dzień, że przewidywanie przyszłości na boisku nie ma sensu. Ale kiedy patrzę na Juve, to nie wierzę samemu sobie. Widzę nieśmiertelność. A przynajmniej – żywotność jak u Gianluigiego Buffona, który prawdopodobnie młodnieje, czasami nawet podejrzewam, że po czterdziestce znów nie będzie musiał się golić.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 01 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

W podstawowym składzie gospodarzy (czy może raczej „gospodarzy”) niedzielnych derbów Rzymu wystąpili ledwie dwaj Włosi, blisko 34-letni Daniele De Rossi oraz 22-letni Stephan El Shaarawy. A z rezerwy wtruchtał jeszcze na murawę 40-letni Francesco Totti – resztę meczowej kadry stanowili obcokrajowcy.

Lazio też reprezentował pojedynczy tubylec, 32-letni Marco Parolo.

Wieczorem trener rozdzielającego w tabeli oba rzymskie zespoły Napoli postawił, a jakże, na jednego rodzimego gracza – 25-letniego Lorenzo Insigne.

Wreszcie na punkt dla Juventusu zapracowali w piątek weterani chroniący bramkę – 39-letni Gianluigi Buffon, 33-letni Giorgio Chiellini i 30-letni Leonardo Bonucci, do których w ostatnich minutach dołączył 36-letni Andrea Barzagli.

Nie wybrałem tych drużyn na chybił trafił, podaję dane z kwartetu najsilniejszych w Serie A. Rachunek jest prosty: mamy tu 1,75 włoskiego zawodnika na podstawowy skład. Zawodnika o wysokiej średniej wieku (30,7), która jeszcze by wzrosła (32,3) przy uwzględnieniu wspomnianych rezerwowych.

Powtórzę: ci, którzy biją się o tytuł lub awans do Champions League, wpuszczają pojedynczych Włochów, i to Włochów wiekowych.

I choć za nimi w tabeli czają się dwa kluby bardziej zitalianizowane – rewelacyjna w tym sezonie, słynąca z wychowawczych zapędów Atalanta, oraz Milan – to w całych rozgrywkach od lat przybywa miejsc, gdzie wpuszczają niemal wyłącznie cudzoziemców.

Udinese nie wystawiło dzisiaj ani jednego Włocha. Jak zwykle zresztą. Co więcej, wśród 11 rezerwowych upchnęło kolejnych dziewięciu (!) obcokrajowców.

Fiorentina? Jeden swojak w podstawowym składzie. 30-letni Davide Astori.

Sampdoria? Trzy wyjątki: 36-letni Christian Puggioni, 34-letni Fabio Quagliarella, 26-letni Vasco Regini.

W Genoi to samo, oszczędzę już nazwisk – trzech podstarzałych ligowców.

Obserwuję ten trend od lat, a on wciąż się nasila. Najpierw kosmopolityzował się jedynie mediolański Inter (nieprzypadkowo pełna nazwa brzmi „Internazionale”), który w całości obcą ekipę wystawił w zwycięskim finale Ligi Mistrzów, potem wielokolorowych wysp zaczęło przybywać. Owszem, frunie eskadra rodzimych młodych, którzy na przyszłą chwałę Italii dojrzewają w każdej części boiska – bramkarz Donnarumma, obrońcy Romagnoli czy Caldara, pomocnicy Locatelli i Gagliardini, napastnik Belotti. Rzucam nazwiska spontanicznie, te, które najpierw wypadają mi z głowy, ale wszystkich raczej nie wystarczy na prostą zastępowalność pokoleń. Włoskie potęgi są najmniej włoskie w historii i prędko się to nie zmieni. Bardziej realne wydaje się, że obejrzymy mecz na szczycie Serie A z udziałem 22 cudzoziemców.

To być może najbardziej miarodajny objaw kryzysu. Kadrową wątłość reprezentacji kraju można przysłonić wybitnym selekcjonerem, w Italii dokonał tego Antonio Conte podczas ubiegłorocznego Euro – nie zawsze się jednak uda, Włosi na ostatnich mundialach nie umieją przetrwać fazy grupowej, czasem obrywając od Kostaryki (2014), a czasem zlatując w tabeli pod Paragwaj, Słowację i Nową Zelandię (2010). Kluby też zdołają obronić się przed zapaścią, o ile przeprowadzą mądre lub kosztowne transfery zagraniczne. Kiedy jednak lokalne kluby zaczynają za wszelką cenę unikać lokalnych piłkarzy, to znaczy, że trzeba zabrać się do wytężonej pracy.

Niemcom, Hiszpanii czy Francji to się nie przytrafia, tam źródła nie tylko nie wysychają, lecz biją coraz mocniej. Spośród nacji, które uważają się w futbolu za „wielkie”, na dotykającą obecnie Włochów przypadłość zapadła jedynie Anglia. Tam jednak stanowi ona zaledwie jeden z objawów problemu szerszego – głębokiej ignoracji, obejmującej m.in. również trenerów. Bo może nawet angielscy trenerzy z klasą istnieli, ale istnieli tak dawno, że nie wiadomo, czy to wszystko nie legenda.

Tymczasem włoska myśl szkoleniowa jak zawsze kwitnie. Wyniki z trwającego weekendu sugerują, że jej przedstawiciele zdobędą zaraz mistrzostwa czterech z sześciu czołowych lig europejskich (za kryterium przyjmuję aktualny ranking UEFA) – niemieckiej (Carlo Ancelotti, Bayern, sprawa już załatwiona), angielskiej (Antonio Conte, Chelsea), włoskiej (Massimiliano Allegri, Juventus) oraz rosyjskiej (Massimo Carrera, Spartak właśnie wygrał derby Moskwy).

Serie A zresztą jest tak kosmopolityczna w kwestii piłkarzy, jak hermetyczna w kwestii trenerów. Dopuszcza albo swoich, albo tak udomowionych, że nawet nie zauważyli, kiedy stali się swoimi – posiadający obce paszporty Zdenek Zeman, Sinisza Mihajlović, Paulo Sousa oraz Ivan Jurić spędzili tam całe życie lub kawał życia.

Pod tym względem liga włoska też jest unikatowa, wszyscy inni obce idee tolerują, ewentualnie chłoną. Brakuje na tej demograficznej mapie już tylko jednego elementu – triumfu Juventusu według maestro Allegriego w Lidze Mistrzów.

00:12, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 24 listopada 2016

Napoli, Arkadiusz Milik

Kiedy rozbrzmiał gwizdek kończący bezbramkową mordęgę Napoli z Dynamem Kijów, publika na San Paolo – trybunach ognistych, potrafiących dać popalić rozczarowującym piłkarzom – skupiła się na komunikacie w pewnym sensie pozytywnym. Zaczęła skandować nazwisko Arkadiusza Milika. Na boisku w środowy wieczór nieobecnego, odbywającego rehabilitację po rekonstrukcji zerwanych więzadeł.

Latem witano polskiego napastnika z niepokojem, zawartym w pytaniu, czy podoła wyzwaniu zastąpienia w ataku Gonzalo Higuaina. Króla strzelców minionego sezonu włoskiej Serie A, pochłoniętą snajperską kanonadą o intensywności, jakiej w tych rozgrywkach nie widziano nigdy. A żegnano Polaka – na kilka miesięcy, kiedy padł z kontuzją – z jeszcze większym niepokojem. Bo Milik przybył, zobaczył, zwyciężył. Na stole chirurgicznym kładł się jako wicelider klasyfikacji strzelców i w lidze włoskiej, i w Lidze Mistrzów.

Od tamtej pory Napoli zmarniało wszędzie. W kraju z drużyny rzucającej wyzwanie panującemu Juventusowi zmalało do drużyny ledwie szóstej w tabeli, w Champions League – z drużyny mającej szansę awansować do 1/8 finału rekordowo szybko do drużyny zagrożonej odpadnięciem z rozgrywek.

A ludzie swój rozum mają i widzą, co się dzieje. Właśnie dotarli do momentu, w którym sezon można podzielić na pół – na dziewięć meczów z Polakiem i dziewięć meczów bez Polaka. Pierwsza połowa jesieni była pogodna, ozdobiło ją 20 goli wbitych przez Napoli. Druga była pochmurna, ba, zachmurzenie cały czas gęstnieje – dla Napoli padło tylko 12 goli.

Co i tak nie oddaje całej prawdy o doniosłości kopnięć Milika, który przecież, zanim zrobił sobie krzywdę, siadał niekiedy w rezerwie. Jeśli zmierzymy bowiem skuteczność drużyny w zależności od jego (nie)obecności, różnica jeszcze się powiększy. Oto Napoli z Polakiem na środku ataku zdobywało bramkę średnio co 30 minut. Bez niego zdobywa natomiast co 75 minut. Ile trzeba cię cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.

Rzucam podstawowe dane, one czasami fałszują rzeczywistość. Cała drużyna mogła zdechnąć i nie sposób sprawdzić, czy akurat obecność Milika zapobiegłaby kryzysowi. Tyle że neapolitańczycy, już w inauguracyjnym sezonie trenera Maurizio Sarriego natchnieni ofensywnie, wcale nie zwolnili w obleganiu wrogich pól karnych. Przeciwnie, jeszcze wzmogli kanonadę. W pierwszych dziewięciu meczach oddali 142 strzały, w drugich dziewięciu – 158. Plan gry wciąż działa.

Funkcjonalność odebrała mu tylko utrata jednego elementu. Niezbędnego, żeby zgrabny scenariusz podsumowała zgrabna puenta. Ofensywne akcje należącego do Aurelio De Laurentiisa – zajmującego się również produkcją filmową – Napoli przypominają porządne kino, któremu ktoś obciął nadające sens całości zakończenie. Przy uziemionym Miliku brakuje napastnika, który ucieka obrońcom pół metra dalej, mądrzej dobiera właściwy moment na oddanie strzału, zręczniej ustawia stopę, precyzyjniej trafia w piłkę głową. Reaguje z zimną krwią.

Neapolitańczycy rozglądają się za klasowym zmiennikiem, być może zimą znów wydadzą miliony. Ale zanim go pozyskają, muszą minimalizować straty. Na przykład – przetrwać w LM. Pytali już, co Milik może zrobić dla nich, teraz pada pytanie, co oni mogą zrobić dla niego. By już razem spróbować zabawić się w Champions League wiosną.

W każdym razie w wielkiej piłce nie znajdziemy chyba dzisiaj napastnika, za którym kibice, koledzy i trener tęsknią bardziej niż Neapol tęskni za Milikiem.

niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

niedziela, 30 października 2016

Gonzalo Higuain, wstyd

To się musiało tak skończyć, wykończyć Napoli musiał w sobotni wieczór właśnie Gonzalo Higuaín. Felieton do „Gazety Wyborczej” o najbardziej znienawidzonym piłkarzu świata przeczytacie tutaj.

Tagi: serie a
16:47, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 października 2016

AC Milan, młodzież

Manuel Locatelli najpierw chyba nie wiedział, jak się zachować, więc wystrzelił przed siebie i w niekontrolowanym sprincie szarpał się za włosy, a potem, już stojąc przed kamerą, ze szczęścia nie tyle popłakiwał, ile szlochał, pozdrawiał przyjaciół i znajomych, dziękował całemu światu, chaotycznie zwierzał się ze spełnienia szczenięcych marzeń... Wrażliwszy odbiorca mógł się tą erupcją wzruszenia zadławić. Ale nic dziwnego, że 18-latek stracił w niedzielny wieczór głowę. Kilka chwil wcześniej odpalił wszak z woleja rakietę, ta dała Milanowi remis, a ostatecznie Milan – który przegrywał już 1:3! – mecz wygrał.

Gola obejrzycie tutaj, ja od siebie dodam, jako kibic klubu z San Siro, że sprawił mi on więcej przyjemności niż jakikolwiek gol mediolańczyków w minionych latach.

Bo piękny. Bo arcyważny – takie nastały ponure czasy, że od Sassuolo moja drużyna regularnie obrywała. Bo wbił go nieprzyzwoicie młody wychowanek. Bo Locatelli rokuje, i to rokuje jako rozgrywający, który biega z podniesioną głową i rozgląda się po całym boisku, zamiast zgarbiony wlepiać wzrok w piłkę i modlić się, żeby mu złośliwie nie uciekła. Elegancki, rozważny, podający dokładnie i zadziwiająco jak na swój wiek stabilny. Pewnie włoscy komentarzy przesadzili, sławiąc go jako najlepszego gracza niedzielnego horroru, ale nie przesadzają, dostrzegając w nim nieprzeciętny talent.

Talent wśród wychowanków Milanu niejedyny. Inny dzieciak, Gianluigi Donnarumma, wciąż pozostaje niepełnoletni, a rozegrał już w lidze włoskiej 37 meczów. Zdążył też kilkakrotnie zostać bohaterem, np. w inauguracyjnej kolejce Serie A wybronił w ostatnich sekundach rzut karny, co miało wartość zwycięstwa nad Torino. Zdążył nawet Donnarumma zadebiutować w drużynie narodowej – jako najmłodszy bramkarz w historii reprezentacji Włoch.

Na prawej obronie objawił się wreszcie kolejny nastolatek. Davide Calabria, który należał do najlepszych na murawie podczas niedawnego meczu z Lazio.

Podziwiamy zatem w Milanie wychowanych tam 18-letniego Locatellego, 17-letniego Donnarummę oraz 19-letniego Calabrię – 23-letni Mattia De Sciglio rozwija się wolniej niż oczekiwaliśmy – a przecież obok biegają również piłkarze młodzi, choć dorastający gdzie indziej. Od 21-letniego, doskonale czytającego grę obrońcy Alessio Romagnolego, za którego burżuje z ligi angielskiej oferowali już dziesiątki milionów euro, przez 22-letniego Suso, po 21-letniego M’Baye Nianga, co do którego wciąż żywię nadzieję, że nie skończy jako kolejny Mario Balotelli.

Wszyscy wymienieni pełnią w drużynie rolę ważną lub coraz ważniejszą, w niedzielę obejrzeliśmy zresztą scenkę być może symboliczną: oto wspomniany dzieciak Locatelli zastąpił 31-letniego Riccardo Montolivo (mnie coraz bardziej irytującego, na stadionie przeraźliwie wygwizdanego). Entuzjazm zamiast wypalenia, wigor zamiast wymęczenia, przyszłość zamiast przeszłości.

Nie wiemy, ilu młodych wyjdzie na ludzi, ale pierwszy raz od dawna możemy w Milanie dostrzec cokolwiek innego niż chaos niedający żadnej nadziei, że jutro będzie ciut lepiej. Relacjonując tu zapaść klubu, który z notorycznego faworyta Ligi Mistrzów stoczył się na przeciętniaka nawet w wymiarze lokalnym, wielokrotnie rozpaczałem, że boli mnie nie tyle jego ekonomiczne ubóstwo, ile bezkształt drużyny pozbawiony jakiejkolwiek tożsamości. Przypadkowych graczy łączono w przypadkowe konfiguracje taktyczne, losowo zespoleni gracze znikali z San Siro w mgnieniu oka, podobnie jak zmuszeni do sprawdzania się w wyjątkowo trudnych okolicznościach trenerscy debiutanci.

Aż zaczęły nam rozbłyskiwać przed oczami pyłki, które mogą rozkwitnąć w dorodne kwiaty. Już we wrześniu okazało się, że w inauguracyjnych kolejkach Vincenzo Montella wystawiał w podstawowym składzie zawodników o średniej wieku 25 lat i 10 miesięcy. Czyli rekordowo młodych w całej erze Silvio Berlusconiego, młodszych kibice Milanu dopingowali ostatnio w 1985 roku. I oczywiście rekordowo młodych w trwającym sezonie ligi włoskiej, tradycyjnie już ceniącej doświadczenie oraz także pełnej zawodowców tak dbających o siebie, że znacząco wydłużających sobie kariery. Klub obśmiewany niedawno jako przytułek dla tetryków przeniósł się na drugi koniec tęczy i powolutku staje się rozpoznawalny jako dzieciarnia.

Tendencja się nasila, mecz z Sassuolo kończyli piłkarze, którzy przeżyli średnio 25 lat i 3 miesiące. A Locatelli – krew i kość rossonerich, ćwiczący w klubie od dziewiątego roku życia, w juniorach zawsze rywalizujący ze starszymi ­– jest najczęściej wywoływanym na boisko rezerwowym w drużynie. Czyżby w Milanie tliło się życie?

21:24, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 września 2016

DeLorean, Francesco Totti

Dzisiaj skończył 40 lat, ale wciąż truchta po włoskich trawach. Żeby uruchomić wyobraźnię: w tym samym wieku są m.in. Andrij Szewczenko, który 40. urodziny będzie obchodził w czwartek, oraz Ronaldo, który świętował je w ubiegłym tygodniu. A nowy trener Legii Jacek Magiera jest wręcz młodszy.

Oni dawno zeszli z boiska, Francesco Totti wbił w niedzielę Torino swojego 250. gola w lidze włoskiej, więc w strzeleckim rankingu wszech czasów ustępuje już jedynie Silvio Pioli, grasującemu po polach karnych przed i po wojnie.

249. ligową bramkę zdobył przed dwoma tygodniami. Sampdorii, zwycięskiego, w doliczonym czasie gry. „Pierwszy raz w życiu bałem się, że zmarnuję karnego. Ale nie mogłem tego zrobić pod tą trybuną” – mówił wtedy.

W lutym wydawał się skończony. Przesiadywał w rezerwie, sfrustrowany marginalną rólką w drużynie pokłócił się z trenerem Luciano Spallettim, którego oskarżył o brak szacunku, został za ten wybryk wyproszony z ośrodka treningowego, a także ukarany odsunięciem od kadry na mecz z Palermo. On, wychowanek, symbol, krew i kość Romy. Wrócił jednak w niezwykłym jak na jego wiek stylu. Ostatnie 10 ligowych spotkań ozdobił 6 golami i 4 asystami. A ponieważ gra niewiele, dla nogę do gola przykłada co 29 minut!

Wybacza mu się więcej. W styczniu ubiegłego roku, po wyrównującym golu w derbach Rzymu – pięknym, strzelonym w akrobatycznej pozie, drugim tego popołudnia – zrobił na boisku chyba najsłynniejsze piłkarskie selfie, z fanami na Curva Sud za plecami.

Debiutował jako 16-latek wiosną 1993 roku, biegał wtedy w drużynie obok Siniszy Mihajlovicia, dzisiaj trenera z całkiem okazałym już doświadczeniem (to on w niedzielę prowadził Torino). Od tamtej pory strzelił 17 procent z 1450 ligowych goli Romy. Jest też najstarszym zdobywcą bramki w historii Ligi Mistrzów, dokonał tego, gdy miał 38 lat i 59 dni. Trener Spalletti pytany, jaki prezent powinien otrzymać na urodziny kapitan drużyny, zaproponował wehikuł czasu. Konkretnie – kultowego DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”.

Kiedy przyszłego lata kontrakt Tottiego wygaśnie, Francesco będzie miał za sobą 25 sezonów w Romie. Czyli 28 proc. czasu istnienia stołecznego klubu. Jeśli Alex Ferguson, który jako trener spędził w Manchesterze United 26 i pół roku, panował tam ponoć całą wieczność, to jak nazwać wyczyn Tottiego, który jako piłkarz reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – już 27 lat?

Tagi: serie a
17:52, rafal.stec
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum
Tagi