Wpisy z tagiem: serie a

niedziela, 03 grudnia 2017

Benevento, AC Milan

Była sobie piłkarska drużyna z Benevento, która przed tym sezonem nigdy nie grała we włoskiej Serie A; w tym sezonie oddała wszystkie 14 meczów; ustanowiła negatywny rekord czołowych lig w Europie, przelicytowując wyczyn Manchesteru United z międzywojnia (oberwał 12 razy z rzędu); przegrała nawet w Cagliari, gdzie w 94. minucie wyrównała z rzutu karnego; dała sobie wcisnąć decydującego gola w ostatnich sekundach meczu u siebie z lekkopółśmiesznym Sassuolo; nie tyle osiadła na dnie tabeli, ile leżała tam rozsmarowana na zero punktów, rechotała z niej cała Europa, jej istnienie służyło tylko naszej wrednej uciesze, tylko naszemu okrutnemu upodobaniu do szydzenia z cudzego nieszczęścia. Aż trafił jej się Milan. Rywal wymarzony, by zaproponować mu przekazanie roli pośmiewiska.

Krakałem od tygodni, że Benevento wystarczy cierpliwie poczekać na właśnie ten mecz, by wreszcie sobie pofiglować. I wykrakałem – zresztą jak klapę Włochów w eliminacjach mundialu, niewidzianą od 60 lat, tej jesieni doskonale sprawdzam się jako Kasandra. Ale nigdy w życiu nie wyobraziłbym sobie, że nieuniknione nadciągnie akurat tak: w 95. minucie, przy prowadzeniu 2:1, Milan pozwoli, by wysadził go w powietrze – golem wbitym głową – bramkarz.

Jako kibic zniosłem to dzielnie, nawet poczułem coś w rodzaju masochistycznej przyjemności, wolę historyczne sceny nie do zapomnienia niż przeżuwanie meczów jak papier ścierny, o smaku 0:0 z Genoą albo 0:0 z Torino. Najpierw jednak zesztywniałem, w żyłach zabulgotało, szczęka wysunęła się z zawiasów.

– Zamknąłem oczy i rzuciłem się do piłki jak bramkarz, nie jak napastnik – opowiadał bohater popołudnia Alberto Brignoli, przynajmniej przez weekend najsławniejszy przedstawiciel swojej profesji na kontynencie. Żeby jeszcze dodać historii pikanterii: w Benevento przebywa wypożyczony z Juventusu. I jeszcze: pierwszego gola dla gospodarzy strzelił George Puscas wypożyczony z mediolańskiego sąsiada Interu, a piłkarze tegoż Interu kilka chwil później roztańczyli się na San Siro wielobramkowo, kopali pięknie, obskoczyli Chievo na notę 5:0.

I wystrzelili na pozycję ligowego lidera. Ależ oni zachwycają!

Nie sugeruję, że fani Milanu przeżyli traumę ponad traumy, w końcu mówimy tu o plemieniu doświadczonym finałem Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku – sam patrzyłem wtedy z bliska, rzężąc na trybunach, jak podróżują od 3:0 do przerwy, przez 3:3 w drugiej połowie, do kataklizmu w rzutach karnych. Benevento to był raczej bezprecedensowy obciach. Milan od dawna nie jest tortem, którym kibic się delektuje, ale dopiero teraz stał się tortem, którym kibic dostaje w twarz, żeby publika zachichrała się na śmierć. Gdy rzuciłem na Twitterze propozycję tytułu książki do wydania 10 lat po ostatnim triumfie w Champions League – „Od widowiska do pośmiewiska. Krótka historia Milanu 2007-2017” – podświadomie wyrażałem nadzieję, że wybryk w Benevento zamyka pewną epokę, że to idealna puenta wysokobudżetowego kina katastroficznego, wieżowiec już spłonął, Atlandyda zatonęła, asteroida zaraz dotknie powierzchni Ziemi, czas na napisy końcowe, teraz rozpocznie zupełnie inna fabuła, koniecznie heroiczna.

Marzenie ściętej głowy, jeszcze naoglądamy się zniszczeń. Mam nawet pomysł, jeśli Benevento go zrealizuje, dzisiejszy popis dodatkowo zyska na spektakularności: niech mianowicie Benevento, które przed remisem z Milanem przerżnęło 14 razy z rzędu, przerżnie teraz kolejne 14 meczów z rzędu.

21:16, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 20 listopada 2017

Piotr Zieliński, Napoli, MŚ 2018

Co ja poradzę, że wśród polskich piłkarzy wcale nie Lewandowski kręci mnie najbardziej? A przede wszystkim – co ja poradzę, że z jego powodu czuję nieustający niedosyt? Poniedziałkowy felieton do „Gazety” przeczytacie tutaj.

sobota, 18 listopada 2017

AC Milan, Yonghong Li

Nie łudźcie się, w tym tygodniu najczarniejsze wieści dla Milanu wcale nie spłynęły z Neapolu, gdzie gospodarze przydzwonili dzisiaj gościom dwoma golami. Najczarniejsze – niepokojące w perspektywie przyszłości – spłynęły z Nowego Jorku.

Na boisku działo się to, co zwykle, mediolańczycy są od miesięcy potwornie przewidywalni, chyba najbardziej we wszystkich czołowych ligach Europy. Kiedy stają naprzeciw rywali z dolnej połowy tabeli, dają radę właściwie zawsze – zremisowali tylko z Genoą (obecnie 18. miejsce), poza tym wygrali 2:0 z Sassuolo (17. miejsce), 3:0 z Crotone (15. miejsce), 2:1 z Cagliari (14. miejsce), 2:1 z Udinese (13. miejsce), 2:0 ze SPAL (16. miejsce) i 4:1 z Chievo (11. miejsce). Kiedy natomiast próbują zdobywać szczyty tabeli, nie ma czego zbierać – 1:4 z Lazio (teraz piąte miejsce), 0:2 z Sampdorią (szóste), 0:2 z Romą (trzecie), 2:3 z Interem (czwarte) i 0:2 z Juventusem (drugie), aż dopełzali do 1:2 z Napoli (pierwsze).

Podliczmy: ze słabymi nie przegrali żadnego z siedmiu meczów (15-3 w bramkach), z mocnymi przegrali wszystkie sześć (4-15). Wyraźniejsze granice w przyrodzie nie istnieją. Ta powstała z oczywistych względów – przyzwoici piłkarze tworzą w Milanie nieprzyzwoicie marną drużynę, gdy zatem wystarcza im polegać na indywidualnych umiejętnościach, nie zawodzą. Gdy jednak zderzają się z porównywalnymi lub lepszymi od siebie, ich szanse spadają do zera. Solowe popisy Suso to zbyt mało.

I niewykluczone, że mediolańczycy są tego wszystkiego świadomi. Patrzyłem dzisiaj, jak Napoli kontroluje sytuację, i przypomniały mi się słowa Cristiano Ronaldo, sfrustrowanego po remisie z Islandią podczas Euro 2016. Oskarżał on wówczas rywali, rozradowanych urwaniem Portugalii punktu, o „mentalność małego kraju”. Przypomniały mi się, bo obecny Milan zbyt często demonstruje właśnie „mentalność małej drużyny”, nawet jeśli długo utrzymuje się przy piłce. Dzisiaj przed przerwą goście ani razu (!) nie dotknęli jej we wrogim polu karnym.

Gdyby ktoś nie nadążał, jaki to obciach – dotychczas identycznego wyczynu dokonał tylko jeden uczestnik sezonu 2017/18 w lidze włoskiej. Benevento. Dla mniej obznajomionych z tamtymi boiskami: absolutny debiutant w Serie A, szorujący dno tabeli, klęczący tam z okrągłym zerem punktów, mknący ku legendzie zgrai największych patałachów, którzy kiedykolwiek wkradli się do rozgrywek. Tak nisko upadł Milan, dekadę temu gigant panujący w Lidze Mistrzów. I niech was nie zmyli wynik z Neapolu, honorowego gola goście zawdzięczają desperackiemu strzałowi z dystansu oddanemu przez Alessio Romagnolego w ostatnich sekundach gry. Niech was nie zmyli, że zwłaszcza po przerwie goście znów zdołali przejąć piłkę, co na stadionie San Paolo zdarza się rzadko.

Wiadomo już zatem, że w sensie sportowym sezon się skończył. Pozostaje tylko czekać, kiedy i na kogo szefowie klubu wymienią trenera Vincenzo Montellę. Strata do czwartej pozycji, dającej awans do Champions League, jest olbrzymia, a nie ma śladowego znaczenia, czy Milan doczołga się do mety rozgrywek na szóstym, ósmym czy dziesiątym miejscu.

I tu docieramy do wieści z Ameryki, dalece bardziej niepokojących, bo być może zwiastujących – oby nie – zagrożenie dla klubu egzystencjalne. Kiedy Silvio Berlusconi sprzedał Milan, kilkakrotnie pisałem, że wyprawił go w podróż w dzikie i nieznane. Że właściwie nie wiadomo, kto kupuje, skąd czerpie środki, ile ryzykuje zadłużeniem się na lichwiarski procent w agresywnym funduszu inwestycyjnym. Brutalnie mówiąc: czy Yonghong Li nie jest gołodupcem.

Prześwietlić biznesmena postanowili dziennikarze śledczy „New York Timesa”. I utonęli w nieprzeniknionej sieci chińskich transakcji – często przeprowadzanych bez jakichkolwiek przelewów, między osobami o podobnie brzmiących nazwiskach (popularny tam proceder), podejrzanej proweniencji i mających zatargi z prawem. Kto chce szukać jądra ciemności, niech przeczyta cały artykuł, w każdym razie reporterzy ustalili, że Yonghong Li wcale nie dysponuje środkami, którymi wedle swoich deklaracji miał dysponować, i że do kogo innego należą udziały w kopalniach fosforu, którymi się reklamował. Aha, jego brat i ojciec odsiedzieli wyrok za oszustwo.

Chińczyk planował w trzy lata podwoić przychody klubu, zakładając, że piłkarze wproszą się do Ligi Mistrzów. Stąd letnie szaleństwa na rynku transferowym, które przelicytowały tylko Paris Saint-Germain i Manchester City.

Nie wiem, skąd Yonghong Li wytrzaśnie pieniądze, jeśli Milan nie awansuje do elity. A nie awansuje. Na myśl, że klub wpadnie w łapy macherów z amerykańskiego Elliott Management Corporation, łazi mi po łbie tylko jedno – stadion należy do miasta, stadionu nie zlicytują. I jakoś mnie to nie uspokaja.

23:53, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 października 2017

Najdroższy piłkarz w historii klubu. Witany w przyklęku, jako obrońca numer jeden na świecie. Autorytet obdarzony takim zaufaniem, że jeszcze przed wejściem do szatni został pasowany na kapitana. Tarcza antyrakietowa i guru w jednym ciele.

Takie były marzenia, realia wyglądają ciut skromniej, Milan wciąż pozostaje bezbronny, ilekroć zderzy się z porządnym przeciwnikiem (1:4 z Lazio, 0:2 z Sampdorią, 0:2 z Romą, 2:3 z Interem).

Przy pierwszym golu straconym w niedzielnych derbach można znaleźć dla Leonardo Bonucciego okoliczności łagodzące – Antonio Candreva dośrodkował perfekcyjnie, piłka przeszywała powietrze jak strzała, trzeba było ratować sytuację w biegu, wślizgiem.

Przy drugim Leonardo Bonucci zawinił już ewidentnie. Wlepił wzrok w piłkę, gapił się w nią jak w najpiękniejszy przedmiot na świecie, ani nie zerknął za to na Mauro Icardiego, który w polu karnym oddychał pełną piersią, we własnym ogrodzie nie czułby się swobodniej:

Leonardo Bonucci, AC Milan

Wreszcie za trzeciego gola Interu nikt raczej Bonucciego nie obwini, ale również do tej straty – rozstrzygającej o wyniku meczu – kapitan drużyny się przyczynił. Na wcześniejszym etapie ataku rywali, gdy ruszył powstrzymywać pędzącego Matiasa Vecino i interweniował nieporadnie.

Nie, wcale nie uważam, że Milan przegrał przez swego najsłynniejszego obecnie gracza. Mnóstwu piłkarzy można postawić mnóstwo zarzutów, i to nie tylko za niedzielny wieczór. Strata siedmiu punktów do Lazio (trzecie w tabeli) i Juventusu (czwarty) zdaje się dzisiaj nie do zniwelowania, a jeśli nie zostanie zniwelowana, to rossoneri nie awansują do Ligi Mistrzów, a jeśli nie awansują, to się nie obłowią, a jeśli się nie obłowią, to będziemy z niepokojem obserwować, jak chiński właściciel Li Yonghong szuka sposobu na spłaty pożyczki – wziętej od amerykańskiego funduszu hedgingowego na lichwiarski procent.

Jeszcze raz: Milan nie przegrał przez swego kapitana. Od lidera, którym i sam się obwołuje, i jest chóralnie obwoływany, wymagałbym jednak, by czymkolwiek się zasłużył. Tymczasem Bonucci od tygodni należy do najsłabszych piłkarzy drużyny. Zanim pozwolił roztańczyć się Mauro Icardiemu, biernie patrzył, jak wiruje wokół niego Ciro Immobile z Lazio. Mimo że wszystko urządzono dla jego komfortu, stąd forsowanie przez trenera Vincenzo Montellę ustawienia 3-5-2, stąd powtarzanie zaklęć, że ambitny Leonardo najwyraźniej wziął na siebie zbyt wiele, musi oczyścić głowę, niechybnie odzyska spokój mistrza.

30-letni Włoch zatracił na boisku zdolność przewidywania, co będzie; nie przesuwa się z wyczuciem; cała defensywa, którą powinien dowodzić, to bezhołowie zostawiające przeciwnikom tyle wolnego miejsca, że tworzący ją piłkarze rzadko wchodzą w bezpośredni kontakt z wrogiem. Brutalnie recenzując: Bonucci gra z powodu nazwiska, przeszłości, może również 7,5-milionowej, rekordowej w Serie A pensji. Ktoś inny wyleciałby z jedenastki przynajmniej na chwilę – żeby ochłonąć – on nie opuścił ani sekundy gry w lidze.

Po transferze z Juventusu też kłaniałem mu się powitalnie z entuzjazmem: tutaj znajdziecie dowody na piśmie. A zarazem niepokoiłem się, czy król pozbawiony turyńskiej obstawy – wykidajłów Giorgio Chielliniego oraz Andrei Barzaglego – nie okaże się nagi. Nigdy nie jest łatwo zsynchronizować defensywnych ruchów z nieznajomymi, a od Bonucciego jeszcze oczekiwano, że samym władczym spojrzeniem unieruchomi rywali, dotknięciem uczyni partnerów bezbłędnymi, długimi podaniami do napastników zastąpi rozgrywającego.

Nie podołał, przynajmniej na razie. Na razie to jeden z najgorszych drogich transferów 2017 roku w Europie. I transfer paradoksalny: ucieczką do Mediolanu turyńskiej defensywie Bonucci zaszkodził, mediolańskiej nie ocalił. Coś zburzył, niczego nie zbudował. Ale podróż dopiero się zaczyna, a Milan wyruszał z punktu bardzo odległego od celu. Zresztą Leonardo sam wytatuował sobie przy bicepsie łacińskie: „Per aspera ad astra”.

wtorek, 13 czerwca 2017

Inter Mediolan, Juventus, transfery

W sezonie 2009/10 uwagę całej ligi włoskiej przyciągali środkowi obrońcy Bari, prowincjonalnego klubu będącego beniaminkiem – Andrea Ranocchia oraz rok starszy Leonardo Bonucci. Obaj zadebiutowali w reprezentacji kraju, obaj latem podpisali kontrakty z wielkimi firmami. Ucieleśniali przyszłość.

Ranocchia związał się z Interem Mediolan, przeżywającym wówczas, po triumfie w Lidze Mistrzów, okres chwały. I z czasem przestał uchodzić za talent, zmalał wręcz do pośmiewiska, tułał się po wypożyczeniach. Od tamtej pory zajrzał już do Genoi, Sampdorii, angielskiego Hull.

Bonucci związał się z Juventusem, tkwiącym wówczas w przeciętności, wciąż pamiętającym karną degradację do Serie B. I wydoroślał na czołowego obrońcę na świecie – eleganckiego, podającego jak rozgrywający, porównywanego do Franza Beckenbauera. Od tamtej pory wystąpił w 319 meczach turyńczyków, angielscy potentaci oferują za niego dziesiątki milionów.

Niewykluczone, że obaj dostali to, na co zasłużyli. Ranocchia był mniej zdolny i/lub pracowity, Bonucci okazał się bardziej zdolny i/lub pracowity. Ich losy idealnie oddają jednak to, co od lat dzieje się w Interze oraz Juventusie. W klubach o podobnych ambicjach, lecz drastycznie różniących się sposobem działania.

Od dawna z chorą fascynacją obserwuję, jak bałagani się w Interze, czasami czuję się perwersyjnie, jak podglądacz. I zarazem nie umiem wyjść z podziwu, gdy patrzę, jak to się robi w Juventusie.

Inter sprawia wrażenie – niezależnie od nazwiska aktualnego właściciela czy prezesa – instytucji, w której istnieje mnóstwo ośrodków władzy; w której piłkarz pozyskany jako kluczowy może znienacka, wskutek losowania, skarleć do zbędnego fajtłapy; w którym niezborne ruchy transferowe służą nie wiadomo czemu. Ministerstwo głupich kroków.

Kiedy czytam we włoskich mediach, kogo zaraz sprzedadzą – z woli własnej albo z woli piłkarzy – nawet nie rozmyślam, ile ci zawodnicy są warci w sensie sportowym. Upewniam się raczej, czy Inter zatrudniał ich wczoraj, czy przedwczoraj.

Ever Banega? Wzięty przed sezonem, w 2016 roku. Marcelo Brozović? W 2015. Ivan Perisić? 2015. Schorowany Stefan Jovetić? 2015, już zimą został wypożyczony do Sevilli. Niesubordynowany Geoffrey Kondogbia? 2015. Przeglądam listę i przypominam sobie tych wszystkich Ademów Ljajiciów, Felipe Melo czy Xherdanach Shaqirich – mógłbym długo ciągnąć, naprawdę – w których pokładano mniejsze lub większe (często większe) nadzieje, a oni wytrzymali w drużynie ledwie parę chwil. Słyszę, że zasadzają się albo zasadzali mediolańczycy na Grzegorza Krychowiaka i aż się wzdrygam. Wybierać się do nich w sezonie przedmundialowym byłoby skrajnym ryzykiem, tam co pół roku sprowadza się do środka pola jakiegoś Roberto Gagliardiniego, czyli gracza obowiązkowo perspektywicznego, tam piłkarzy często się nie szanuje, łatwo skreśla, szybko wymienia na lepszy model. Bajzel na kółkach.

Tak, wiem, władzę bierze w Interze trener Luciano Spalletti, a on nie pozwala sobie włazić na głowę (w Romie nie przestraszył się nawet św. Francesco Tottiego), myśli spójnie, działa strategicznie. Tyle że akurat w mediolańskim rozgardiaszu w piątek możesz być guru, a w poniedziałek – przybłędą. Wystarczy wspomnieć los Franka de Boera, którego ściągnięto niemal w przededniu sezonu, by stworzył własny świat, a potem wylano po niespełna trzech miesiącach.

W obecnej szatni Interze uchował się jeden piłkarz ze stażem dłuższym niż pięcioletni, pozyskany w 2011 roku Yuto Nagatomo. W Juventusie mają Gianluigiego Buffona (od 2001), Giorgio Chielliniego (2005), wspomnianego Bonucciego (2010), Andreę Barzaglego (2011), Claudio Marchisio (2006) i Stephana Lichsteinera (2011). Ostatnio u nich akurat też zagęściło się od nowych twarzy – trener Massimiliano Allegri radykalnie przeprojektowywał drużynę po przegranym finale LM przed dwoma laty – ale w ich posunięciach cały czas widać, że kombinują i krótkoterminowo, i długofalowo. Żeby biegać za Wojciechem Szczęsnym, trzeba nie tylko finansowej przewagi nad resztą ligi, lecz także pomyślunku, planowania tego, co będzie po Buffonie, czyli prawdopodobnie za rok. Dla Interu to przyszłość tak odległa, że jego zarządcy prawdopodobnie sądzą, iż nigdy nie nastanie.

Wspominałem już po zdobyciu przez Juve szóstego z rzędu mistrzostwa kraju, że turyńczycy stale przeczesują włoskie murawy, by wytropić i „zarezerwować” dla siebie najzdolniejszych młodzieńców. Wtedy przywoływałem Mattię Caldarę, rewelacyjnego 23-letniego obrońcę Atalanty (Bonucciego przechwycili w tym samym wieku), którego wzięli w styczniu i natychmiast pozostawili na obecnym klubie, żeby nie się rozwijał, zamiast leżeć w rezerwie. A mogłem też zwrócić uwagę na Rodrigo Bentancura, 20-letniego urugwajskiego pomocnika Boca Juniors, na którym położyli ręce już w 2015 roku. Ewentualnie na jego rówieśnika Riccardo Orsoliniego, również pozyskanego minionej ziemi.

Wtedy nie przypuszczałem jednak jeszcze, że skrzydłowy Ascoli zostanie królem strzelców mundialu dwudziestolatków. Został. A Juventus podpisał z nim umowę do 2022 roku, zawierającą ponoć opcje sięgające roku 2025.

Nie wiem, czy Orsolini osiągnie kiedykolwiek klasę Bonucciego, ale zdaje mi się urokliwą ironią losu, że Bonucci dorastał – między 18. a 22. rokiem życia – akurat w Interze Mediolan.

niedziela, 28 maja 2017

Francesco Totti, AS Roma. Fot. Alessandra Tarantino, AP

Stało się. Francesco Totti rozegrał właśnie ostatni mecz w koszulce Romy.

Jeśli akurat zapomnę, ile mam lat – a zapominam coraz częściej, osiągnąłem wiek, w którym chce się, by czas pędził wolniej – to stosuję dwie metody przypominania sobie przykrej prawdy.

Albo rachuję, ile razy w życiu okrążyłem Słońce. Metoda niezawodna, przecież każdy wie, że jedna tura tej podróży zajmuje rok.

Albo przypominam sobie, kiedy urodził się Totti. 27 września 1976 r., niektórych dat nie zapomina się nigdy.

Rzymianin stawał się dla mnie piłkarzem tym ważniejszym czy wręcz bliższym, im szybciej wykruszali się jego rówieśnicy. Wykruszali się, aż zeszli z boiska literalnie wszyscy spośród uczestniczących w wielkim futbolu – wszyscy poza Tottim, choć ten za młodu zastrzegał, że nie należy do zawodników, którzy będą się szwendać po boiskach do czterdziestki. Szanowałem go zawsze (zerknijcie tu, jak wymyślnie podawał!), ale wyjątkowym został dopiero wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że to mój ostatni rówieśnik pośród gwiazd. Totti stał się wiekiem Tottiego, rozpaczliwym pragnieniem nieśmiertelności, synonimem przemijania.

W dzisiejszym, pożegnalnym dla Il Capitano meczu z Genoą, obejrzeliśmy zresztą ładny fabularny wywijas. Gola dla gości strzelił Pietro Pellegri, od grudnia najmłodszy debiutant w dziejach ligi włoskiej. Urodził się w marcu 2001 roku – Totti mknął wówczas po jedyny w karierze tytuł mistrza kraju.

Kibic odczuwa przemijanie – a może mi się tylko zdaje? – szczególnie dotkliwie. O metrykach piłkarzy gada się przecież na okrągło, w dodatku już trzydziestoparolatkowie uchodzą za tetryków. Najpierw większość kopiących jest starsza od siebie, potem większość ma mniej więcej tyle samo lat, następnie dynamicznie przybywa młodszych, aż się orientujesz, że osiągnąłeś wiek trenerski.

Ja ustaliłem sam ze sobą, że osiągnę go, gdy z murawy zejdzie Totti.

Na razie wiadomo jedynie, że opuszcza drużynę – w kontrowersyjnych okolicznościach, felieton na ten temat wkleję tu w poniedziałek. Nie wiadomo, czy nie będzie kontynuował kariery gdzie indziej. Mówi, że jego pasja nie wygasła, media donoszą, że ma propozycje z innych kontynentów.

Mnie jednak najbardziej podoba się pomysł – nie pamiętam, gdzie o nim przeczytałem – by wrócił do SMIT Trastevere. To czwartoligowy dzisiaj, amatorski klubik, oczywiście stołeczny, w którym Totti ćwiczył między ósmym a dziesiątym rokiem życia. Lubię harmonijne opowieści, szkoda byłoby mi wymazywać frazę „Piłkarz, który całą karierę spędził w Rzymie”. Tak, Trastevere – mielibyśmy kompozycję idealnie zamkniętą.

Tagi: serie a
20:44, rafal.stec
Link Komentarze (5) »
niedziela, 21 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

Kto by przed dekadą wymyślił, że parę chwil po największej tragedii w dziejach klubu Juventus stanie się potężniejszy niż kiedykolwiek wcześniej?

Stał się. Wiosną 2007 roku wygramolił się z Serie B, do której został karnie relegowany po aferze Calciopoli, a wiosną 2017 roku zdobył szóste z rzędu mistrzostwo kraju.

Szóste. Z. Rzędu.

W lidze włoskiej nie zdarzyło się to jeszcze nigdy. W lidze hiszpańskiej też nie. Ani w niemieckiej. Ani w angielskiej. Majestat, jakiego wielki klubowy futbol nie widział.

Oczywiście istnieje pokusa, by umniejszyć turyński sukces utyskiwaniem na marność konkurencji – obaj rywale mediolańscy, tradycyjnie najgroźniejsi, stoczyli się na poziom skandalicznego przeciętniactwa. Ale nie wolno jej ulegać, to byłoby krzyczącą niesprawiedliwością wobec drużyny, która właśnie po raz drugi awansowała do finału Champions League, rozprawia się z ekipami klasy Napoli czy Romy, wiceliderów wyprzedza o kilka lub kilkanaście punktów, własny stadion pozwala zdobyć raz na kilkadziesiąt meczów. Juve to nie jednooki wśród ślepców, Juve to absolutna czołówka w Europie, zresztą od miesięcy prorokowałem turyńczykom zdobycie najcenniejszego trofeum na kontynencie. Zamiast kwestionować ich przywództwo, proponowałbym namysł nad ewentualną odnowieniem przydomka – niech Starą Damę zastąpi Żelazna Dama, to by brzmiało adekwatniej.

Wiem, radykalna zmiana, ale przecież obecny Juventus to właśnie klub radykalnej zmiany. Nieustającej radykalnej zmiany. Mijają ledwie dwa lata od poprzedniego występu w finale Ligi Mistrzów, a z klubu lub podstawowego składu zniknął cały ówczesny atak (Carlos Tevez i Alvaro Morata wyjechali), cała ówczesna pomoc (Andrea Pirlo, Paul Pogba i Arturo Vidal też wyjechali, Claudio Marchisio pełni rolę drugoplanową), a także boki obrony (Patrice Evra wyjechał, Stephan Lichtsteiner pełni rolę drugoplanową). Ba, porozjeżdżali się nawet ci, którzy w meczu z Barceloną przycupnęli w rezerwie – Marco Storari, Angelo Ogbonna, Simone Padoin, Kingsley Coman, Roberto Pereyra i Fernando Llorente.

To teoretycznie nie powinno działać. Jedna z najbardziej żywotnych prawd o futbolu głosi, że niezbędna jest „stabilizacja”, że ewolucja zamiast rewolucji, że „nawet wybitni potrzebują czasu na zgranie” itd. Zanalizujcie zresztą składy Barcelony, Realu Madryt, Bayernu czy innych potęg, wszędzie tam skład podlega co najwyżej korekcie, wszędzie raczej się retuszuje niż przemalowuje. W Juventusie kombinują inaczej – wymazują, co im się zachce, ale zawsze powstaje pejzaż wart mistrzostwa. Niewykluczone, że zmiany nawet pomagają, redukując niebezpieczeństwo, iż wygrywanie się turyńczykom znuży i z tygodnia na tydzień będzie im trudniej o pełną mobilizację. Przecież Gonzalo Higuaín czy Miralem Pjanic bili się o swój pierwszy tytuł w życiu.

Rywali najbardziej powinno niepokoić to, że Juve nie wyglądało na drużynę, która musi dać z siebie wszystko, by utrzymać panowanie. Przeciwnie, zwłaszcza wiosną wyczuwało się, że maksymalną energię turyńczycy wkładają w Ligę Mistrzów, a mecze krajowe odfajkowują w przerwach między poważnymi europejskimi wyzwaniami. Dlatego tak trudno przypuszczać, że abdykują w najbliższej przyszłości. W normalnych okolicznościach powinniśmy zakładać, że wkrótce utracą władzę absolutną – każdy popełnia kiedyś poważny błąd transferowy, wybiera niewłaściwego trenera, słabnie u niego żądza zwyciężania, przerwaca się z powodu zwykłego pecha. I zderzy się z potężnym rywalem. A w Neapolu trener Maurizio Sarri pracuje nad jednym z najciekawszych projektów w całej europejskiej piłce.

Ja jednak nie umiem sobie nawet wyobrazić, że Juventus maleje. Stać go na plądrowanie szatni najgroźniejszych przeciwników (wspomnianych Higuaína i Pjanicia podprowadził Napoli i Romie); po włoskich trawach biega mnóstwo zdolnych młodzieńców, których albo wypożyczył, albo zarezerwował w inny sposób (nie łudźcie się, że np. Mattia Caldara, rewelacyjny stoper z Atalanty, należy do Atalanty); własny stadion, czyli rzadkość w Italii, daje mu gigantyczną przewagę biznesową nad konkurencją korzystającą z obiektów miejskich; oba kluby mediolańskie, teoretycznie najgroźniejsze, toczy chaos. Znikąd nadziei. Wielokrotnie pisałem tu, że epoki w piłce nożnej trwają krótko, że imperia padają niemal z dnia na dzień, że przewidywanie przyszłości na boisku nie ma sensu. Ale kiedy patrzę na Juve, to nie wierzę samemu sobie. Widzę nieśmiertelność. A przynajmniej – żywotność jak u Gianluigiego Buffona, który prawdopodobnie młodnieje, czasami nawet podejrzewam, że po czterdziestce znów nie będzie musiał się golić.

20:23, rafal.stec
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 01 maja 2017

Liga włoska, Serie A, Juventus

W podstawowym składzie gospodarzy (czy może raczej „gospodarzy”) niedzielnych derbów Rzymu wystąpili ledwie dwaj Włosi, blisko 34-letni Daniele De Rossi oraz 22-letni Stephan El Shaarawy. A z rezerwy wtruchtał jeszcze na murawę 40-letni Francesco Totti – resztę meczowej kadry stanowili obcokrajowcy.

Lazio też reprezentował pojedynczy tubylec, 32-letni Marco Parolo.

Wieczorem trener rozdzielającego w tabeli oba rzymskie zespoły Napoli postawił, a jakże, na jednego rodzimego gracza – 25-letniego Lorenzo Insigne.

Wreszcie na punkt dla Juventusu zapracowali w piątek weterani chroniący bramkę – 39-letni Gianluigi Buffon, 33-letni Giorgio Chiellini i 30-letni Leonardo Bonucci, do których w ostatnich minutach dołączył 36-letni Andrea Barzagli.

Nie wybrałem tych drużyn na chybił trafił, podaję dane z kwartetu najsilniejszych w Serie A. Rachunek jest prosty: mamy tu 1,75 włoskiego zawodnika na podstawowy skład. Zawodnika o wysokiej średniej wieku (30,7), która jeszcze by wzrosła (32,3) przy uwzględnieniu wspomnianych rezerwowych.

Powtórzę: ci, którzy biją się o tytuł lub awans do Champions League, wpuszczają pojedynczych Włochów, i to Włochów wiekowych.

I choć za nimi w tabeli czają się dwa kluby bardziej zitalianizowane – rewelacyjna w tym sezonie, słynąca z wychowawczych zapędów Atalanta, oraz Milan – to w całych rozgrywkach od lat przybywa miejsc, gdzie wpuszczają niemal wyłącznie cudzoziemców.

Udinese nie wystawiło dzisiaj ani jednego Włocha. Jak zwykle zresztą. Co więcej, wśród 11 rezerwowych upchnęło kolejnych dziewięciu (!) obcokrajowców.

Fiorentina? Jeden swojak w podstawowym składzie. 30-letni Davide Astori.

Sampdoria? Trzy wyjątki: 36-letni Christian Puggioni, 34-letni Fabio Quagliarella, 26-letni Vasco Regini.

W Genoi to samo, oszczędzę już nazwisk – trzech podstarzałych ligowców.

Obserwuję ten trend od lat, a on wciąż się nasila. Najpierw kosmopolityzował się jedynie mediolański Inter (nieprzypadkowo pełna nazwa brzmi „Internazionale”), który w całości obcą ekipę wystawił w zwycięskim finale Ligi Mistrzów, potem wielokolorowych wysp zaczęło przybywać. Owszem, frunie eskadra rodzimych młodych, którzy na przyszłą chwałę Italii dojrzewają w każdej części boiska – bramkarz Donnarumma, obrońcy Romagnoli czy Caldara, pomocnicy Locatelli i Gagliardini, napastnik Belotti. Rzucam nazwiska spontanicznie, te, które najpierw wypadają mi z głowy, ale wszystkich raczej nie wystarczy na prostą zastępowalność pokoleń. Włoskie potęgi są najmniej włoskie w historii i prędko się to nie zmieni. Bardziej realne wydaje się, że obejrzymy mecz na szczycie Serie A z udziałem 22 cudzoziemców.

To być może najbardziej miarodajny objaw kryzysu. Kadrową wątłość reprezentacji kraju można przysłonić wybitnym selekcjonerem, w Italii dokonał tego Antonio Conte podczas ubiegłorocznego Euro – nie zawsze się jednak uda, Włosi na ostatnich mundialach nie umieją przetrwać fazy grupowej, czasem obrywając od Kostaryki (2014), a czasem zlatując w tabeli pod Paragwaj, Słowację i Nową Zelandię (2010). Kluby też zdołają obronić się przed zapaścią, o ile przeprowadzą mądre lub kosztowne transfery zagraniczne. Kiedy jednak lokalne kluby zaczynają za wszelką cenę unikać lokalnych piłkarzy, to znaczy, że trzeba zabrać się do wytężonej pracy.

Niemcom, Hiszpanii czy Francji to się nie przytrafia, tam źródła nie tylko nie wysychają, lecz biją coraz mocniej. Spośród nacji, które uważają się w futbolu za „wielkie”, na dotykającą obecnie Włochów przypadłość zapadła jedynie Anglia. Tam jednak stanowi ona zaledwie jeden z objawów problemu szerszego – głębokiej ignoracji, obejmującej m.in. również trenerów. Bo może nawet angielscy trenerzy z klasą istnieli, ale istnieli tak dawno, że nie wiadomo, czy to wszystko nie legenda.

Tymczasem włoska myśl szkoleniowa jak zawsze kwitnie. Wyniki z trwającego weekendu sugerują, że jej przedstawiciele zdobędą zaraz mistrzostwa czterech z sześciu czołowych lig europejskich (za kryterium przyjmuję aktualny ranking UEFA) – niemieckiej (Carlo Ancelotti, Bayern, sprawa już załatwiona), angielskiej (Antonio Conte, Chelsea), włoskiej (Massimiliano Allegri, Juventus) oraz rosyjskiej (Massimo Carrera, Spartak właśnie wygrał derby Moskwy).

Serie A zresztą jest tak kosmopolityczna w kwestii piłkarzy, jak hermetyczna w kwestii trenerów. Dopuszcza albo swoich, albo tak udomowionych, że nawet nie zauważyli, kiedy stali się swoimi – posiadający obce paszporty Zdenek Zeman, Sinisza Mihajlović, Paulo Sousa oraz Ivan Jurić spędzili tam całe życie lub kawał życia.

Pod tym względem liga włoska też jest unikatowa, wszyscy inni obce idee tolerują, ewentualnie chłoną. Brakuje na tej demograficznej mapie już tylko jednego elementu – triumfu Juventusu według maestro Allegriego w Lidze Mistrzów.

00:12, rafal.stec
Link Komentarze (16) »
niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 24 listopada 2016

Napoli, Arkadiusz Milik

Kiedy rozbrzmiał gwizdek kończący bezbramkową mordęgę Napoli z Dynamem Kijów, publika na San Paolo – trybunach ognistych, potrafiących dać popalić rozczarowującym piłkarzom – skupiła się na komunikacie w pewnym sensie pozytywnym. Zaczęła skandować nazwisko Arkadiusza Milika. Na boisku w środowy wieczór nieobecnego, odbywającego rehabilitację po rekonstrukcji zerwanych więzadeł.

Latem witano polskiego napastnika z niepokojem, zawartym w pytaniu, czy podoła wyzwaniu zastąpienia w ataku Gonzalo Higuaina. Króla strzelców minionego sezonu włoskiej Serie A, pochłoniętą snajperską kanonadą o intensywności, jakiej w tych rozgrywkach nie widziano nigdy. A żegnano Polaka – na kilka miesięcy, kiedy padł z kontuzją – z jeszcze większym niepokojem. Bo Milik przybył, zobaczył, zwyciężył. Na stole chirurgicznym kładł się jako wicelider klasyfikacji strzelców i w lidze włoskiej, i w Lidze Mistrzów.

Od tamtej pory Napoli zmarniało wszędzie. W kraju z drużyny rzucającej wyzwanie panującemu Juventusowi zmalało do drużyny ledwie szóstej w tabeli, w Champions League – z drużyny mającej szansę awansować do 1/8 finału rekordowo szybko do drużyny zagrożonej odpadnięciem z rozgrywek.

A ludzie swój rozum mają i widzą, co się dzieje. Właśnie dotarli do momentu, w którym sezon można podzielić na pół – na dziewięć meczów z Polakiem i dziewięć meczów bez Polaka. Pierwsza połowa jesieni była pogodna, ozdobiło ją 20 goli wbitych przez Napoli. Druga była pochmurna, ba, zachmurzenie cały czas gęstnieje – dla Napoli padło tylko 12 goli.

Co i tak nie oddaje całej prawdy o doniosłości kopnięć Milika, który przecież, zanim zrobił sobie krzywdę, siadał niekiedy w rezerwie. Jeśli zmierzymy bowiem skuteczność drużyny w zależności od jego (nie)obecności, różnica jeszcze się powiększy. Oto Napoli z Polakiem na środku ataku zdobywało bramkę średnio co 30 minut. Bez niego zdobywa natomiast co 75 minut. Ile trzeba cię cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.

Rzucam podstawowe dane, one czasami fałszują rzeczywistość. Cała drużyna mogła zdechnąć i nie sposób sprawdzić, czy akurat obecność Milika zapobiegłaby kryzysowi. Tyle że neapolitańczycy, już w inauguracyjnym sezonie trenera Maurizio Sarriego natchnieni ofensywnie, wcale nie zwolnili w obleganiu wrogich pól karnych. Przeciwnie, jeszcze wzmogli kanonadę. W pierwszych dziewięciu meczach oddali 142 strzały, w drugich dziewięciu – 158. Plan gry wciąż działa.

Funkcjonalność odebrała mu tylko utrata jednego elementu. Niezbędnego, żeby zgrabny scenariusz podsumowała zgrabna puenta. Ofensywne akcje należącego do Aurelio De Laurentiisa – zajmującego się również produkcją filmową – Napoli przypominają porządne kino, któremu ktoś obciął nadające sens całości zakończenie. Przy uziemionym Miliku brakuje napastnika, który ucieka obrońcom pół metra dalej, mądrzej dobiera właściwy moment na oddanie strzału, zręczniej ustawia stopę, precyzyjniej trafia w piłkę głową. Reaguje z zimną krwią.

Neapolitańczycy rozglądają się za klasowym zmiennikiem, być może zimą znów wydadzą miliony. Ale zanim go pozyskają, muszą minimalizować straty. Na przykład – przetrwać w LM. Pytali już, co Milik może zrobić dla nich, teraz pada pytanie, co oni mogą zrobić dla niego. By już razem spróbować zabawić się w Champions League wiosną.

W każdym razie w wielkiej piłce nie znajdziemy chyba dzisiaj napastnika, za którym kibice, koledzy i trener tęsknią bardziej niż Neapol tęskni za Milikiem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Archiwum
Tagi