Wpisy z tagiem: serie a

niedziela, 26 lutego 2017

Juventus Turyn jak wulkan, Massimiliano Allegri

W Turynie zadyma goni zadymę, a ja obserwuję ten serial z uciechą zoologa, który podgląda stado małp nowo odkrytego gatunku, ponieważ lubię, gdy upadają tzw. stare piłkarskie porzekadła, uchodzące za prawdy przenajświętsze, obowiązujące w każdych okolicznościach. A mit o „dobrej atmosferze w szatni” jako warunku koniecznym do wygrywania jest wiecznie żywy. Mój felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

czwartek, 24 listopada 2016

Napoli, Arkadiusz Milik

Kiedy rozbrzmiał gwizdek kończący bezbramkową mordęgę Napoli z Dynamem Kijów, publika na San Paolo – trybunach ognistych, potrafiących dać popalić rozczarowującym piłkarzom – skupiła się na komunikacie w pewnym sensie pozytywnym. Zaczęła skandować nazwisko Arkadiusza Milika. Na boisku w środowy wieczór nieobecnego, odbywającego rehabilitację po rekonstrukcji zerwanych więzadeł.

Latem witano polskiego napastnika z niepokojem, zawartym w pytaniu, czy podoła wyzwaniu zastąpienia w ataku Gonzalo Higuaina. Króla strzelców minionego sezonu włoskiej Serie A, pochłoniętą snajperską kanonadą o intensywności, jakiej w tych rozgrywkach nie widziano nigdy. A żegnano Polaka – na kilka miesięcy, kiedy padł z kontuzją – z jeszcze większym niepokojem. Bo Milik przybył, zobaczył, zwyciężył. Na stole chirurgicznym kładł się jako wicelider klasyfikacji strzelców i w lidze włoskiej, i w Lidze Mistrzów.

Od tamtej pory Napoli zmarniało wszędzie. W kraju z drużyny rzucającej wyzwanie panującemu Juventusowi zmalało do drużyny ledwie szóstej w tabeli, w Champions League – z drużyny mającej szansę awansować do 1/8 finału rekordowo szybko do drużyny zagrożonej odpadnięciem z rozgrywek.

A ludzie swój rozum mają i widzą, co się dzieje. Właśnie dotarli do momentu, w którym sezon można podzielić na pół – na dziewięć meczów z Polakiem i dziewięć meczów bez Polaka. Pierwsza połowa jesieni była pogodna, ozdobiło ją 20 goli wbitych przez Napoli. Druga była pochmurna, ba, zachmurzenie cały czas gęstnieje – dla Napoli padło tylko 12 goli.

Co i tak nie oddaje całej prawdy o doniosłości kopnięć Milika, który przecież, zanim zrobił sobie krzywdę, siadał niekiedy w rezerwie. Jeśli zmierzymy bowiem skuteczność drużyny w zależności od jego (nie)obecności, różnica jeszcze się powiększy. Oto Napoli z Polakiem na środku ataku zdobywało bramkę średnio co 30 minut. Bez niego zdobywa natomiast co 75 minut. Ile trzeba cię cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił.

Rzucam podstawowe dane, one czasami fałszują rzeczywistość. Cała drużyna mogła zdechnąć i nie sposób sprawdzić, czy akurat obecność Milika zapobiegłaby kryzysowi. Tyle że neapolitańczycy, już w inauguracyjnym sezonie trenera Maurizio Sarriego natchnieni ofensywnie, wcale nie zwolnili w obleganiu wrogich pól karnych. Przeciwnie, jeszcze wzmogli kanonadę. W pierwszych dziewięciu meczach oddali 142 strzały, w drugich dziewięciu – 158. Plan gry wciąż działa.

Funkcjonalność odebrała mu tylko utrata jednego elementu. Niezbędnego, żeby zgrabny scenariusz podsumowała zgrabna puenta. Ofensywne akcje należącego do Aurelio De Laurentiisa – zajmującego się również produkcją filmową – Napoli przypominają porządne kino, któremu ktoś obciął nadające sens całości zakończenie. Przy uziemionym Miliku brakuje napastnika, który ucieka obrońcom pół metra dalej, mądrzej dobiera właściwy moment na oddanie strzału, zręczniej ustawia stopę, precyzyjniej trafia w piłkę głową. Reaguje z zimną krwią.

Neapolitańczycy rozglądają się za klasowym zmiennikiem, być może zimą znów wydadzą miliony. Ale zanim go pozyskają, muszą minimalizować straty. Na przykład – przetrwać w LM. Pytali już, co Milik może zrobić dla nich, teraz pada pytanie, co oni mogą zrobić dla niego. By już razem spróbować zabawić się w Champions League wiosną.

W każdym razie w wielkiej piłce nie znajdziemy chyba dzisiaj napastnika, za którym kibice, koledzy i trener tęsknią bardziej niż Neapol tęskni za Milikiem.

niedziela, 20 listopada 2016

AC Milan - Inter Mediolan

Zarządziłem sobie przerwę w blogowaniu, ale wpadam chwilunię, szybciutkie cztery akapiciki, bo dzisiejsze derby Mediolanu, który były już wygrane, właśnie w ostatnich sekundach zostały zremisowane.

Jako kibic Milanu pozostanę oczywiście zdeprawowany do samego końca – mediolańskiego klubu lub mojego – i byle czym się nie zadowolę, nie spocznę w marudzeniu dopóty, dopóki Milan nie wróci tam, gdzie jego miejsce, czyli na europejski szczyt.

Dlatego grymasiłem dzisiaj, grymaszę też przez całą jesień. Dzisiaj dlatego, że gospodarze długo grali zbyt biernie, że długo ustępowali agresywniejszemu Interowi fizycznie, że w ogóle całym derbom brakowało jakości (choć nie brakowało intensywności). A generalnie grymaszę dlatego, że pozycja mediolańczyków w lidze – pozycja równa punktowo rzymskiemu wiceliderowi – podoba mi się znacznie bardziej niż ich popisy na boisku. Tęsknię za większą kreatywnością, umiejętnością dłuższego kontrolowania piłki, bogatszą niż wiara w kontrataki i uderzenia spoza pola karnego ofensywą, która pozwalałaby oddawać więcej strzałów – przed zakończonymi właśnie derbami piłkarze rossonerich zajmowali pod tym względem dopiero, nie mieści się w głowie, 33. miejsce w pięciu czołowych ligach europejskich. Tęsknię, ponieważ, jak zaznaczyłem na wstępie, wciąż nie przywykłem i ani myślę przywyknąć do dopingowania drużyny, która od kilku sezonów pałęta się między siódmym a dziesiątym miejscem w Serie A. Nawet na Carlosa Baccę, także w okresach, gdy Carlos Bacca ładuje gola za golem jak opętany, narzekam, bo chciałbym na środku ataku napastnika bardziej uniwersalnego, wszechstronnego. Zbyt prosta konstrukcja tej spluwy jak na moje wyrafinowane potrzeby.

Co powiedziawszy, przyznaję, że z każdym tygodniem bieżącego sezonu znajduję więcej frajdy w oglądaniu dzieła tworzonego – obym w przyszłości mógł napisać: „stworzonego” – przez Vincenzo Montellę. Drużyny uboższej w indywidualny talent niż Inter (trener jest tu niewinny), lecz mocniejszej mentalnie, wreszcie zdolnej wydostać się poważnych boiskowych tarapatów, nie ugiąć się przed faworytem pokroju mistrzów z Turynu, przetrwać pomimo słabej gry. Tego przez lata beznadziei nie widziałem wcale, zresztą przez minione lata nie widziałem niczego poza chaosem. A teraz jeszcze Milan znienacka zaczął oferować scenariusze do zapamiętania i przeżywania – jak powstanie z martwych w zwycięskim 4:3 z przeklętymi prześladowcami z Sassuolo czy dzisiejszy wieczór. Co więcej, Milan stawia się każdemu, kilkadziesiąt sekund dzieliło piłkarzy od pokonania w rundzie jesiennej obu najważniejszych rywali, czyli Juventusu oraz Interu.

Gdyby im się powiodło, dokonaliby czegoś niewidzianego od schyłku lat 80., czyli złotej ery Arrigo Sacchiego. Może zatem nawet w jakimś sensie dobrze się stało, że Inter ostatecznie wbił wyrównującego gola. Włosi by się rozcmokali, wysłuchiwalibyśmy historycznych porównań aż do mdłości, oni umiaru – jak wiadomo – nie znają. A na hołdy za wcześnie. Taki mamy czas – my, kibice Milanu – że optymizm budujemy w sobie powoli, okruch dokładając do okruchu. Nadal sądzę, że dzieje się nieźle.

niedziela, 30 października 2016

Gonzalo Higuain, wstyd

To się musiało tak skończyć, wykończyć Napoli musiał w sobotni wieczór właśnie Gonzalo Higuaín. Felieton do „Gazety Wyborczej” o najbardziej znienawidzonym piłkarzu świata przeczytacie tutaj.

Tagi: serie a
16:47, rafal.stec
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 października 2016

AC Milan, młodzież

Manuel Locatelli najpierw chyba nie wiedział, jak się zachować, więc wystrzelił przed siebie i w niekontrolowanym sprincie szarpał się za włosy, a potem, już stojąc przed kamerą, ze szczęścia nie tyle popłakiwał, ile szlochał, pozdrawiał przyjaciół i znajomych, dziękował całemu światu, chaotycznie zwierzał się ze spełnienia szczenięcych marzeń... Wrażliwszy odbiorca mógł się tą erupcją wzruszenia zadławić. Ale nic dziwnego, że 18-latek stracił w niedzielny wieczór głowę. Kilka chwil wcześniej odpalił wszak z woleja rakietę, ta dała Milanowi remis, a ostatecznie Milan – który przegrywał już 1:3! – mecz wygrał.

Gola obejrzycie tutaj, ja od siebie dodam, jako kibic klubu z San Siro, że sprawił mi on więcej przyjemności niż jakikolwiek gol mediolańczyków w minionych latach.

Bo piękny. Bo arcyważny – takie nastały ponure czasy, że od Sassuolo moja drużyna regularnie obrywała. Bo wbił go nieprzyzwoicie młody wychowanek. Bo Locatelli rokuje, i to rokuje jako rozgrywający, który biega z podniesioną głową i rozgląda się po całym boisku, zamiast zgarbiony wlepiać wzrok w piłkę i modlić się, żeby mu złośliwie nie uciekła. Elegancki, rozważny, podający dokładnie i zadziwiająco jak na swój wiek stabilny. Pewnie włoscy komentarzy przesadzili, sławiąc go jako najlepszego gracza niedzielnego horroru, ale nie przesadzają, dostrzegając w nim nieprzeciętny talent.

Talent wśród wychowanków Milanu niejedyny. Inny dzieciak, Gianluigi Donnarumma, wciąż pozostaje niepełnoletni, a rozegrał już w lidze włoskiej 37 meczów. Zdążył też kilkakrotnie zostać bohaterem, np. w inauguracyjnej kolejce Serie A wybronił w ostatnich sekundach rzut karny, co miało wartość zwycięstwa nad Torino. Zdążył nawet Donnarumma zadebiutować w drużynie narodowej – jako najmłodszy bramkarz w historii reprezentacji Włoch.

Na prawej obronie objawił się wreszcie kolejny nastolatek. Davide Calabria, który należał do najlepszych na murawie podczas niedawnego meczu z Lazio.

Podziwiamy zatem w Milanie wychowanych tam 18-letniego Locatellego, 17-letniego Donnarummę oraz 19-letniego Calabrię – 23-letni Mattia De Sciglio rozwija się wolniej niż oczekiwaliśmy – a przecież obok biegają również piłkarze młodzi, choć dorastający gdzie indziej. Od 21-letniego, doskonale czytającego grę obrońcy Alessio Romagnolego, za którego burżuje z ligi angielskiej oferowali już dziesiątki milionów euro, przez 22-letniego Suso, po 21-letniego M’Baye Nianga, co do którego wciąż żywię nadzieję, że nie skończy jako kolejny Mario Balotelli.

Wszyscy wymienieni pełnią w drużynie rolę ważną lub coraz ważniejszą, w niedzielę obejrzeliśmy zresztą scenkę być może symboliczną: oto wspomniany dzieciak Locatelli zastąpił 31-letniego Riccardo Montolivo (mnie coraz bardziej irytującego, na stadionie przeraźliwie wygwizdanego). Entuzjazm zamiast wypalenia, wigor zamiast wymęczenia, przyszłość zamiast przeszłości.

Nie wiemy, ilu młodych wyjdzie na ludzi, ale pierwszy raz od dawna możemy w Milanie dostrzec cokolwiek innego niż chaos niedający żadnej nadziei, że jutro będzie ciut lepiej. Relacjonując tu zapaść klubu, który z notorycznego faworyta Ligi Mistrzów stoczył się na przeciętniaka nawet w wymiarze lokalnym, wielokrotnie rozpaczałem, że boli mnie nie tyle jego ekonomiczne ubóstwo, ile bezkształt drużyny pozbawiony jakiejkolwiek tożsamości. Przypadkowych graczy łączono w przypadkowe konfiguracje taktyczne, losowo zespoleni gracze znikali z San Siro w mgnieniu oka, podobnie jak zmuszeni do sprawdzania się w wyjątkowo trudnych okolicznościach trenerscy debiutanci.

Aż zaczęły nam rozbłyskiwać przed oczami pyłki, które mogą rozkwitnąć w dorodne kwiaty. Już we wrześniu okazało się, że w inauguracyjnych kolejkach Vincenzo Montella wystawiał w podstawowym składzie zawodników o średniej wieku 25 lat i 10 miesięcy. Czyli rekordowo młodych w całej erze Silvio Berlusconiego, młodszych kibice Milanu dopingowali ostatnio w 1985 roku. I oczywiście rekordowo młodych w trwającym sezonie ligi włoskiej, tradycyjnie już ceniącej doświadczenie oraz także pełnej zawodowców tak dbających o siebie, że znacząco wydłużających sobie kariery. Klub obśmiewany niedawno jako przytułek dla tetryków przeniósł się na drugi koniec tęczy i powolutku staje się rozpoznawalny jako dzieciarnia.

Tendencja się nasila, mecz z Sassuolo kończyli piłkarze, którzy przeżyli średnio 25 lat i 3 miesiące. A Locatelli – krew i kość rossonerich, ćwiczący w klubie od dziewiątego roku życia, w juniorach zawsze rywalizujący ze starszymi ­– jest najczęściej wywoływanym na boisko rezerwowym w drużynie. Czyżby w Milanie tliło się życie?

21:24, rafal.stec
Link Komentarze (7) »
wtorek, 27 września 2016

DeLorean, Francesco Totti

Dzisiaj skończył 40 lat, ale wciąż truchta po włoskich trawach. Żeby uruchomić wyobraźnię: w tym samym wieku są m.in. Andrij Szewczenko, który 40. urodziny będzie obchodził w czwartek, oraz Ronaldo, który świętował je w ubiegłym tygodniu. A nowy trener Legii Jacek Magiera jest wręcz młodszy.

Oni dawno zeszli z boiska, Francesco Totti wbił w niedzielę Torino swojego 250. gola w lidze włoskiej, więc w strzeleckim rankingu wszech czasów ustępuje już jedynie Silvio Pioli, grasującemu po polach karnych przed i po wojnie.

249. ligową bramkę zdobył przed dwoma tygodniami. Sampdorii, zwycięskiego, w doliczonym czasie gry. „Pierwszy raz w życiu bałem się, że zmarnuję karnego. Ale nie mogłem tego zrobić pod tą trybuną” – mówił wtedy.

W lutym wydawał się skończony. Przesiadywał w rezerwie, sfrustrowany marginalną rólką w drużynie pokłócił się z trenerem Luciano Spallettim, którego oskarżył o brak szacunku, został za ten wybryk wyproszony z ośrodka treningowego, a także ukarany odsunięciem od kadry na mecz z Palermo. On, wychowanek, symbol, krew i kość Romy. Wrócił jednak w niezwykłym jak na jego wiek stylu. Ostatnie 10 ligowych spotkań ozdobił 6 golami i 4 asystami. A ponieważ gra niewiele, dla nogę do gola przykłada co 29 minut!

Wybacza mu się więcej. W styczniu ubiegłego roku, po wyrównującym golu w derbach Rzymu – pięknym, strzelonym w akrobatycznej pozie, drugim tego popołudnia – zrobił na boisku chyba najsłynniejsze piłkarskie selfie, z fanami na Curva Sud za plecami.

Debiutował jako 16-latek wiosną 1993 roku, biegał wtedy w drużynie obok Siniszy Mihajlovicia, dzisiaj trenera z całkiem okazałym już doświadczeniem (to on w niedzielę prowadził Torino). Od tamtej pory strzelił 17 procent z 1450 ligowych goli Romy. Jest też najstarszym zdobywcą bramki w historii Ligi Mistrzów, dokonał tego, gdy miał 38 lat i 59 dni. Trener Spalletti pytany, jaki prezent powinien otrzymać na urodziny kapitan drużyny, zaproponował wehikuł czasu. Konkretnie – kultowego DeLoreana z „Powrotu do przyszłości”.

Kiedy przyszłego lata kontrakt Tottiego wygaśnie, Francesco będzie miał za sobą 25 sezonów w Romie. Czyli 28 proc. czasu istnienia stołecznego klubu. Jeśli Alex Ferguson, który jako trener spędził w Manchesterze United 26 i pół roku, panował tam ponoć całą wieczność, to jak nazwać wyczyn Tottiego, który jako piłkarz reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – już 27 lat?

Tagi: serie a
17:52, rafal.stec
Link Komentarze (4) »

Karol Linetty, Sampdoria

To zdumiewające, że natychmiast, właściwie z dnia na dzień, wrósł w zawodowy zachodni futbol akurat on. A mamy prawo sądzić, że wrósł, i to nie tylko dlatego, że właśnie dobrze wypadł – i dał swoją pierwszą w lidze włoskiej asystę – w meczu Sampdorii z Cagliari.

W tle twitterowego profilu Karol Linetty jeszcze przed wylotem z Lecha Poznań wymalował sobie wielkimi kulfonami słowo „FEARLESS” („Nieustraszony”), ale zdawało się trochę nieadekwatne do jego reputacji. Uchodził za nadwrażliwego i wątłego, nie wiedzieliśmy tylko, czy bardziej dlatego, że zbyt często chorował, czy dlatego, że wyglądał na miękkiego psychicznie. Nawet w klubie wołali nań „Karolek”. Wyglądał na przypadek wręcz modelowy – dołująco modelowy – na idealnego kandydata na kolejnego polskiego ligowca, który w zderzeniu z bezwzględnością wyczynowego futbolu na emigracji poniesie druzgocącą klęskę.

Nasz niepokój wzrósł podczas przygotowań do sezonu, gdy publicznie skarżył się na byłego lechitę trener Sampdorii. – Linetty może jest lepszy niż ci, którzy odeszli, ale nie zna włoskiego. Tam, gdzie inni potrzebują 30 dni, żeby się poprawić, on będzie potrzebował 130 dni. W debiucie [sparingowym] bardzo mu się chciało, ale grał sam. Ja mówię, a on słyszy hałas – zżymał się Marco Giampaolo na początku sierpnia.

Po tamtej reprymendzie genueński trener natychmiast zainstalował Polaka w podstawowym składzie. Na stałe. Najpierw w sparingach z Malagą i Barceloną, co jeszcze o niczym nie świadczyło, potem w meczu Pucharu Włoch z trzecioligowym Bassano Virtus – to też o niczym nie świadczyło – a następnie w ligowych spotkaniach z Empoli, Atalantą, Romą, Milanem, Bologną i Cagliari. Linetty początkowo zachowywał się na boisku, jak to określili Włosi, „trochę nieśmiało”, czyli zdradzał nieprzeciętne możliwości, a zarazem unikał ryzyka, ograniczał się do najprostszych zagrań, grał na alibi. Szybko jednak nabrał odwagi. Bardzo szybko. Nie tylko gania jak opętany i walczy o piłkę, ale też próbuje sensownie ją rozdawać, przyspiesza akcję po przejściu Sampdorii z defensywy do ofensywy, pcha grę do przodu. Wbrew obawom trenera błyskawicznie wkomponował się w jego system, wyróżnia się dynamiką, zdecydowaniem, agresywnością. Zamiast tremy demonstruje pewność siebie wyczynowca, który ma w nogach setki meczów na tym poziomie. I atletycznością wielu rywali wręcz przewyższa, jakby pochodził z ligi o intensywności znacznie większej niż polska liga.

Tak, Linetty to złota nóżka, fachura, na którym można polegać. I na razie nie schodzi z boiska nigdy. Pełny mecz w pucharze, sześć pełnych meczów w lidze. Bite 630 minut gry. Jedyny pomocnik Sampdorii pewny gry, jedyny obok bramkarza Viviano oraz obrońców Reginiego i Silvestre obecny na boisku zawsze. I jedyny obok Lewandowskiego reprezentant Polski tak niezbędny w swojej drużynie klubowej, że trener wyciska z niego 100 procent. Karolek, który stał się Karolem.

Tagi: serie a
00:24, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
sobota, 17 września 2016

Dawniej nie ośmieliłbym się publicznie postawić tytułowego pytania, ba, nie nie zdołałbym go nawet pomyśleć, przywykliśmy wszak, że polskiego kopacza zagranicą głodzą i poniżają, a im bardziej wyjdzie mu początek, tym prędzej wyląduje na zmywaku. To już przeszłość, dzisiaj sugestia, że Arkadiusz Milik powinien ubiegać się o tytuł króla strzelców ligi włoskiej, brzmi naturalnie. Oczywisty cel dla napastnika Napoli. Napastnika, który wszedł na stadion San Paolo razem z bramą.

I nie piszę pod wpływem chwili, odurzony imponującym wieczorem Polaka, który zaczął dzisiejszy mecz z Bologną jako rezerwowy, by po wejściu na boisko już w pierwszym kontakcie z piłką strzelić gola dającego prowadzenie 2:1. A kilka chwil później perfekcyjnym ruchem lewej stopy podwyższył na 3:1. Przeciwnie, opieram się na analizie wszystkich okoliczności:

1) I w inaugurującym sezon meczu w Pescarze, i w następnym Milik wydawał się momentami poza drużyną, a jednak bezzwłocznie błysnął morderczą wydajnością, co pozwala sądzić, że najlepsze dopiero przed nim – kiedy zsynchronizuje ruchy z kolegami. Ale już jest rewelacyjnie. Nawet tydzień temu w Palermo Polak, choć nie zdobył bramki, zręcznie przesuwał się po boisku i pojawiał się wszędzie tam, gdzie była szansa na snajperski łup. To napastnik z krwi i kości, drapieżnik z urodzenia. Nie marnował czasu na aklimatyzowanie się, lecz natychmiast obalił obowiązującą podczas wakacyjnych sparingów hierarchię w ataku, spychając do rezerwy Manolo Gabbiadiniego, wcześniej głównego snajpera, który potrafił nawet strzelić cztery gole AS Monaco. Dlatego zaskoczeni włoscy komentatorzy obwołali naszego piłkarza „taranem”.

2) Jeśli Milik utrzyma swój status, to prawdopodobnie będzie grał niemal bez przerwy. Trener Maurizio Sarri nie lubi gmerać w podstawowej jedenastce, nade wszystko zależy mu bowiem na polerowaniu wyćwiczonych na treningach schematów gry. By nadać im maksymalną szybkość, płynność, dokładność. Wprawdzie teraz zrewidował swoją strategię po starcie Ligi Mistrzów (w poprzednim sezonie miał Ligę Europy, zwłaszcza jesienią opędzał ją głębokimi rezerwami), ale tu neapolitańczykom dość sprzyja szczęśliwe losowanie, które przydzieliło ich do grupy z Dynamem Kijów, Benficą i Besiktasem. A Gabbiadini na środku ataku wyglądał dzisiaj wręcz bezradnie.

3) Gdyby nawet okazało się, że Sarri inwestuje w Champions League kosztem rozgrywek krajowych, to wiadomo, że w Juventusie każdy dylemat zostanie rozstrzygnięty na korzyść Champions League. Turyńczycy, usatysfakcjonowani czteroletniem panowaniem w Serie A, otwarcie deklarują, że za cel ponad wszystkie obrali sobie zdobycie najcenniejszego europejskiego trofeum. I wypada się spodziewać, że w LM będą wytracać energię dłużej, może do bardzo późnej wiosny. A to tam występuje Gonzalo Higuain, teoretycznie główny faworyt snajperskiego wyścigu, który tytułu króla strzelców broni.

4) Higuain nacierał w minionym sezonie jak nawiedzony, 36 golami wyrównał ustanowiony jeszcze przed wojną ligowy rekord wszech czasów Gino Rossettiego. Trudno jednak przypuszczać, by utrzymał tempo. Nie dlatego, że potrzebuje się pozbyć zgromadzonego latem nadmiaru tkanki tłuszczowej i w ogóle odzyskać formę, ale dlatego, że snajperskim dorobkiem podzieli się z partnerami z zespołu. W Neapolu był jedynym napastnikiem operującym między duetem skrzydłowych (tę rolę odziedziczył Milik) i właściwie pozbawionym zmiennika, tymczasem w Turynie biega obok innego Argentyńczyka, wicekróla strzelców poprzedniego sezonu Paulo Dybali. No i sporo minut gry odda zapewne Mario Mandżukiciowi.

5) Neapolitańczycy wystartowali wolno, ale tak samo było przed rokiem, a kiedy się już rozpędzili, to mknęli przez sezon jako najbardziej skupiona na ofensywie, najbardziej bramkostrzelna drużyna w lidze. I wszystko wskazuje na to, że historia się powtórzy, znów zdobywają najwięcej bramek w Serie A.

6) Tłumu wybitnych łowców goli na włoskich boiskach nie widać. Rodzimi wyginęli – stąd naturalizowany brazylijski przeciętniak Eder w podstawowych składzie reprezentacji, stąd po raz pierwszy w historii atak Juve tworzą wyłącznie obcokrajowcy – a na zagranicznych nikogo w Italii nie stać. Z Milikiem konkurować powinni zresztą napastnicy, którzy grają albo dla klubów słabszych, albo pogrążonych w kryzysie, jak mediolańczycy Carlos Bacca i Mauro Icardi. A Polak na razie nokautuje ich wydajnością, gola dla Napoli wbija co 51 minut gry.

sobota, 21 maja 2016

AC Milan nic

Szczególnie żałosny był kwietniowy wieczór, gdy mecz na San Siro poprzedził popis aktorów wynajętych do odtańczenia na boisku bojowego haka, znanego w świecie przede wszystkim dzięki rugbystom Nowej Zelandii -  wyglądali jak Rysio z „Klanu” udający Batmana. A potem na murawę wtruchtali piłkarze Milanu i zrobiło się jeszcze nędzniej. 0:0 z Capri. Z tym samym biedniutkim Carpi, które po sezonie w pierwszej lidze właśnie stoczyło się z powrotem do drugiej.

Żałośnie było też kilka dni temu, gdy do internetu wyciekła relacja ze spotkania Silvio Berlusconiego z drużyną Milanu, podczas którego właściciel klubu groził piłkarzom, że przestanie im płacić. „Będziecie musieli podać mnie do sądu. A takie procesy trwają w naszym kraju osiem lat” - dworował sobie z podwładnych. Chyba żartował, ale kto go tam wie, znany jest z poczucia humoru ociężałego jak inteligencja Mario Balotellego.

Mieliśmy więc karykaturę aktorstwa, karykaturę mającego budzić u wrogów lęk rytuału, karykaturę (boiskową) wielkiej futbolowej firmy, a także karykaturę męża stanu - Berlusconi to były premier Włoch, polityk kształtujący rzeczywistość od dekad, jednak to nie przeszkadza mu robić sobie jaj ze sparaliżowanego wymiaru sprawiedliwości, czyli państwa, które nie działa.

„Karykatura” to w ogóle słowo dla obecnego Milanu kluczowe, oddające jego nędzę. Nędzę sportową, bo finansowo jest, owszem, źle, ale - wbrew obiegowej opinii - wcale nie beznadziejnie. A w każdym razie pieniędzmi nie wyjaśnimy tego, co piłkarze z San Siro wyprawiają na boisku.

Bo ich zbrodnia nie polega na tym, że nie umieją rzucić wyzwania Juventusowi, ekonomicznie bezkonkurencyjnemu. Ani nawet na tym, że nie nadążają za rozkwitającym Napoli czy Romą. Nie, oni nie umieją doczołgać się do marnej Ligi Europejskiej. 8. miejsce, 10. miejsce, 7. miejsce - to ich ostatnie sezony, składające się na passę, jakiej Milan Berlusconiego nie doświadczył nigdy. Teraz leżą w tabeli pod prowincjonalnym Sassuolo, niedawno nie umieli wydłubać zwycięstwa w meczach z rywalami zdegradowanymi do Serie B, pobiła ich nawet rozsmarowana na ligowym dnie Verona.

Nie blogowałem o swojej drużynie przez cały sezon, bo czułbym się jak chomik w kołowrotku - zasuwasz jak nawiedzony, a celu podróży nie widzisz, ba, nie wiesz nawet, czy istnieje. Na San Siro wciąż trwa opowieść o szokującym braku wizji i jakiejkolwiek strategii, a nad pojedynczymi meczami czy pojedynczymi decyzjami personalnymi nie warto się pochylać, bo wszystko, co się tam dzieje, to nieustająca gra pozorów.

Podobno Milan chcą od lat kupić Chińczycy - tyle że nikt ich nie widział. Podobno swój klub chce wreszcie sprzedać Berlusconi - tyle że najwyraźniej chce zarazem zachować nad nim kontrolę, na co nikt rozumny się nie zgodzi. Podobno istnieje tam jakaś polityka transferowa - ale to również złudzenie, niespójną „politykę” wyznaczają kolejne fanaberie właściciela, ostatnio uparł się na przykład, by szatnię obsadzić wyłącznie Włochami (co tym smutniejsze, że w przeszłości wyznaczał trendy, to on nie chciał w futbolu granic i promował poluzowywanie limitów na zatrudnianie obcokrajowców). Podobno szatnią rządzą w Milanie trenerzy - kolejna legenda, wpuszczani tam szkoleniowcy pracują zbyt krótko, by zdążyć objąć władzę, w dodatku trzej z ostatnich czterech to kompletne żółtodzioby (Clarence Seedorf, Filippo Inzaghi, Cristian Brocchi), co czyni klub osobliwością w skali europejskiej.

Jako kibic pogodziłbym się z nowymi realiami - dopingowaniem drużynie skromniejszej, koniecznością cieszenia się drobiazgami, życiem bez podziwiania wirtuozów czy oglądania Ligi Mistrzów. Pogodziłbym się, gdyby Milan dokądś zmierzał. Gdybym w zachowaniach jego szefów widział sens.

Nie widzę, więc nawet to, co dobre, wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Weźmy na przykład Gianluigiego Donnarummę - nastoletniego bramkarza, który znienacka wtargnął do podstawowego składu. Normalnie chciałbym zatrzymać go w klubie na zawsze - wychowanek, niech broni dopóty, dopóki się nie zestarzeję - ale w aktualnych okolicznościach sumienie nie pozwala życzyć mu aż tak źle. Niech się chłopak rozwija, niech chwyta każdą nadarzającą się okazję, zamiast tkwić tam, gdzie nie widać nadziei.

Skalę mediolańskiego zamętu najlepiej ilustruje chyba ponowne sięgnięcie po Kevina Boatenga - piłkarza tyleż postrzelonego, co schorowanego, już dobiegającego trzydziestki, uporczywie przypominającego, że do dużego futbolu się nie nadaje. Nie nadaje się do niego już zapewne również Berlusconi, który zdziwaczał. Pomysły kontrowersyjne lub wręcz żenujące miewał zawsze, ale niegdyś miewał także świetne, a jeśli nawet nie miewał, to zatrudniał miewających je współpracowników. Dzisiaj nie tylko w polityce przypomina karykaturę samego siebie. Wszechmogącego prezesa zastąpił zubożały wariatuńcio, żyjący urojeniami i fałszywym przeświadczeniem, że jeszcze nad czymkolwiek panuje. Nie spodziewam się po nim już niczego i nie spodziewam już niczego po Milanie, dopóki Berlusconi go nie sprzeda. Nie wiem, co będzie potem, niech to będzie skok w nieznane, może wręcz ryzykancki, nie chce mi się nawet kończyć tej notki z sensem.

Tagi: serie a
23:33, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
środa, 24 lutego 2016

Francesco Totti, mural

Uczucia religijne połowy miasta uraził trener Luciano Spalletti. Ośmielił się tknąć Francesco Tottiego. 40-latka, który nie umie pogodzić się z przemijaniem.

W niedzielę rano piłkarz usłyszał, że ma opuścić ośrodek treningowy i nie znajdzie się w kadrze na wieczorny mecz z Palermo, choć wcześniej trener zapowiadał, iż wystąpi w podstawowym składzie. Spalletti zareagował na sobotni wybuch Tottiego, który przed kamerą publicznej telewizji RAI oskarżył zwierzchnika, że ten nie okazuje mu szacunku. W domyśle: nie daje mu grać. Relacje obu panów mają się ograniczać – to już dokładny cytat – do suchych „dzień dobry” oraz „do widzenia”. Dlatego Totti zaszokował sugestią, że może zakończyć karierę gdzie indziej.

Bohatera dramatu moglibyśmy z niewielką przesadą tytułować rzymskim wcieleniem św. Franciszka. I nie sposób przedstawić go w jednym akapicie. Można rzucić konkretem: debiut w seniorach Romy w wieku 16 lat, 749 meczów, 300 strzelonych goli, opaska kapitana noszona od 1998 r. Można też przyrównać go do innej ikony: Alex Ferguson odszedł ze stanowiska trenera Manchesteru Utd. po 26 latach i sześciu miesiącach pracy, a Totti reprezentuje Romę – wliczając naukę w juniorach – od 26 lat i pięciu miesięcy.

Ale nagie fakty tu nie wystarczą. Nie wystarczy nawet profil sportowy, który byłby ucieleśnieniem wszechstronności – Totti to unikalny gracz ofensywny, snajper z kowadłem w stopie, a zarazem rozgrywający zdolny do podań subtelnych i wizjonerskich. Tu trzeba przewędrować Rzym, popodziwiać murale z jego wizerunkiem, docenić odrębność używanego przezeń lokalnego dialektu, posłuchać tubylców wspominających z przejęciem, jak ich idol odmawiał Realowi Madryt. Archetyp wrośniętego w klub, bezwarunkowo lojalnego wychowanka. Wywołującego tym większą wdzięczność fanów, że w przeciwieństwie do Paolo Maldiniego (cała kariera w Milanie) czy Javiera Zanettiego (prawie cała kariera w Interze) za wierność barwom słono płacił, zdobył ledwie jedno mistrzostwo kraju i nie miał szans na sukces w Lidze Mistrzów. Niektórzy zarzucali mu nawet brak ambicji.

Premier Włoch, pochodzący z Florencji Matteo Renzi, odmówił skomentowania afery, tłumacząc, że dla każdego, kto nie jest z krwi i kości rzymianinem, powinien to być temat tabu. A poprzedni szkoleniowiec stołecznej drużyny, Francuz Rudi García, twierdził, że Totti jest dla miasta większy niż papież. Spalletti również przyznaje, że na ścianach jego domu wisi „siedem lub osiem zdjęć kapitana”. I że po ukaraniu piłkarza odebrał telefon od własnego syna, który nie umiał pojąć, jak ojciec mógł pokłócić się z Tottim.

Odkąd trener wrócił do Rzymu, w siedmiu meczach wpuścił legendę na boisko tylko dwukrotnie, i to z rezerwy. Ostatni raz wyglądał już wręcz na symboliczną przysługę dla zawodnika w fazie schyłku – w 1/8 finału LM wtruchtał on na boisko na kilka minut, gdy triumf Realu był przesądzony. Nagabywany przez dziennikarzy Spalletti mówił też kilkakrotnie, że „nie trenuje Tottiego, lecz Romę”. Efekty ma zresztą znakomite, serię pięciu wygranych z rzędu podsumowało niedzielne 5:0 z Palermo.

Sytuacja jest tym bardziej pogmatwana, że podczas poprzedniego pobytu w Romie Spalletti zasłynął jako innowator – wystawiał skład z fałszywym napastnikiem (właśnie Tottim!), zanim w Barcelonie wpadł na to Pep Guardiola – ale potem, już jako szkoleniowiec Zenita St. Petersburg, żalił się, że przed opuszczeniem klubu nie dostał od rzymskiego kapitana należytego wsparcia. I choć kibice na stadionie wzięli teraz stronę piłkarza (zarzucają władzom klubu, że niszczą kolejny po zmodyfikowanym herbie symbol Romy), to mnóstwo ludzi futbolu wstawia się za trenerem.

Totti wielokrotnie obiecywał, że zestarzeje się z godnością. Nie będzie balastem dla klubu (budżetowo nie jest, zarabia 2,5 mln euro rocznie, czyli mniej od Wojciecha Szczęsnego), nie zamierza „robić z siebie na boisku głupca” jako gracz już niedołężny, pożegnanie wyobraża sobie jako doświadczenie nie tyle smutne, ile piękne. Zarazem jednak w tarapaty wpadali również poprzedni trenerzy, którzy nazbyt często osadzali go w rezerwie.

Nie oni pierwsi. Dopóki istnieją piłkarze, którzy mają prawo sami wybrać, kiedy skończą karierę lub przycupną w cieniu, dopóty kluby będą stawać się ich zakładnikami. Wystarczy przypomnieć sobie niedawne konanie Ikera Casillasa w Realu. Ostatnim sprawdzianem lojalności bywa gotowość do zaakceptowania upływu czasu – zwłaszcza dzisiaj, gdy futbol stoi dynamiką i szybkością. A Totti, który we wrześniu skończy 40 lat, rzucił niedawno, że pogra jeszcze dwa sezony. W feralnym wywiadzie dla RAI dodał, że na razie „w ogóle nie myślał o innej roli” (obecny kontrakt gwarantuje mu stanowisko w zarządzie klubu).

I raczej nie jest jeszcze skończony jako piłkarz. Gdy wrócił po długiej kontuzji w styczniowym meczu z Frosinone, natychmiast dał asystę przy golu Miralema Pjanicia, teraz znów uczestniczy w treningach. Pozostaje pytanie, jak zniesie nieuniknioną marginalizację w drużynie. I czy trener Spalletti będzie działał z adekwatną do powagi sytuacji delikatnością.

Tagi: serie a
20:07, rafal.stec
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum
Tagi