Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

środa, 18 kwietnia 2018

Manchester City

Tak mi się nieprzyjemnie w życiu splątało, że obu bohaterom moich najdawniejszych chyba fascynacji filmowych – reżyserom Romanowi Polańskiemu i Woody’emu Allenowi – zarzucono, iż są przestępcami seksualnymi. Oskarżano ich w najłagodniejszej wersji o molestowanie, w najgorszej o pedofilię. Musiałem się zatem mierzyć z dylematem, czy ze względów etycznych nieodwołalnie skreślić ich jako artystów, czy przeciwnie, oddzielić sztukę od życia i delektować się ich twórczością pomimo ponurego tła. Chyba każdy, komu nie jest wszystko jedno, miewał w życiu podobne rozterki.

Filmów obu mistrzów nigdy nie przestałem pochłaniać, ale równocześnie śledziłem i śledzę wszystko, co pozwala zbliżyć się do prawdy. Czytam świadectwa, zeznania, wspomnienia. Odkrywając przy okazji hipokryzję, może także dezorientację kulturalnych elit: oto Roman Polański, który kobiety krzywdził seryjnie i został skazany przez sąd, nadal cieszy się w środowisku powszechnym szacunkiem, sympatią i współczuciem (bo nie może kręcić w Hollywood), natomiast na Woody’ego Allena, który został przez sąd dwukrotnie uniewinniony (choć domniemana ofiara niekoniecznie kłamie, raczej nią zmanipulowano, tutaj opowieść jej brata), spada ostracyzm. Na fali kampanii #MeToo zrywają z nim kolejni artyści.

Nie chcę wnikać w szczegóły, gigantów kina przywołuję tylko dlatego, że przykry dysonans poznawczy, który towarzyszył mi podczas obcowania z ich dziełami, teraz coraz częściej prześladuje mnie, gdy oglądam piłkę nożną. Wspominałem w niedzielnej notce o niesmaku, jaki poczułem, gdy w odstępie kilku godzin tytuły mistrzowskie we Francji oraz Anglii zdobyły kluby rządowe, finansowane przez reżimy znad Zatoki Perskiej. Obiecywałem do tematu wrócić i wróciłem, malując w „Gazecie” przerażający krajobraz ukryty za triumfami Manchesteru City, sponsorowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Krajobraz mniej znany niż katarski, schowany za Paris Saint-Germain, lecz równie lub wręcz bardziej mroczny, odpalanie umieszczonego tam wideo zalecam wyłącznie czytelnikom o mocnych nerwach.

Nie zamierzam wyjękiwać z siebie naiwniutkich tez, jakoby futbol schodził na psy, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze stanowił wycinek rzeczywistości jak każdy inny, więc miewał jasne i ciemne strony – mundiale organizowali Mussolini i junta argentyńska, potęgę radzieckich klubów budował zbrodniarz Beria, dzięki stalinizmowi powstała mityczna węgierska złota jedenastka, futbolem bawili się kolumbijscy narkobaronowie, sam miałem trudną relację z Milanem Berlusconiego etc. Nie ma też powodu, by akurat dzisiaj sport miał być, w przeciwieństwie do innych dziedzin życia, nieskazitelny, i nie wiadomo, kto właściwie miałby zapobieć przejmowaniu PSG lub Manchesteru City przez ludzi podłej reputacji – skoro każdy może kupić dom towarowy w Paryżu lub osiedle luksusowych rezydencji w Londynie, skoro kapitał przelewa się globalnie, ponad granicami, to nie sposób ukryć też klubów sportowych. Sam zresztą irytowałem się na pomysły, by piłkarze ze względu na Putina zbojkowali tegoroczny mundial, ponieważ wymagalibyśmy wówczas od nich, żeby stworzyli elitę wyjątkowych wrażliwców, którzy dla szlachetnych celów poświęcają więcej niż reszta ludzkości. Wszak kraje zachodnie wciąż robią z Rosją interesy.

Zarazem czuję jednak, że szczyty futbolu wzbierają krwawym pieniądzem ponad miarę, zalewają nas zewsząd. Gdzieniegdzie ich właściciele biorą wszystko, jak w Paryżu, Manchesterze czy Londynie, a gdzieniegdzie zakradają się na koszulki lub inne eksponowane miejsca, jak w Barcelonie, Madrycie, Monachium oraz setkach innych klubów. Alternatywa powoli przestaje istnieć – o ile oczywiście mówimy o poziomie Ligi Mistrzów z przyległościami.

Robi się niedobrze, po głowie coraz częściej telepie się pytanie, jak na ten trend reagować. Jak oglądać brudną piłkę nożną.

Na razie nie umiem przestać. Męczy mnie to, ale nie umiem. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi minimalistycznie. Interesuj się. Sprawdzaj, co pod spodem. Pisz nie tylko o golach. Niech wszyscy poczytają. Nie udawaj, że pachnie fiołkami, lecz niuchaj za smrodem Ligi Mistrzów jak za występkami filmowców z oscarowych nocy i Cannes.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Roma - FC Barcelona

Jak zaćwierkałem na Twitterze: AS Roma i Barcelona jedynie potwierdziły, że Liga Mistrzów to jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości. Nigdy nie pojmowałem narzekań na nią, nigdy mnie nie nudziła, jęczeć może tylko ten, kto nie patrzy na boisko albo nie rozumie, co się tam dzieje. Ja wariuję na sam dźwięk hymnu, czasami się boję, że umrę w wieczór z Champions League od nadmiaru wrażeń.

Dzisiaj spoglądałem na murawę w Manchesterze, bo tylko tam miała prawo wydarzyć się sensacja, do Rzymu zajrzałem dopiero w końcówce. Dlatego podzielę się jedynie czterema niespójnymi refleksjami – nablogować muszę, inaczej nie umiem.

1) Dzisiejsze 3:0 dla Romy to najbardziej sensacyjne zmartwychwstwanie w Lidze Mistrzów od 2004 r. Kiedy w minionym roku Barcelona brała odwet na Paris Saint-Germain za czterobramkową klęskę, to jej wyczyn w całej swej niesamowitości wyglądał na logiczny – fantastyczni piłkarze dokonali fantastycznego. Dlatego w poszukiwaniu analogii należy się cofnąć do Deportivo La Coruna z czasów trenera Javiera Irurety, które po porażce z Milanem 1:4 odpowiedziało wynikiem 4:0. Aż wstyd się przyznać, ale i wówczas, i teraz wszystko tłumaczyłem sobie postawą faworytów, którzy rywali zwyczajnie zlekceważyli – a potem nie zdążyli się już ocknąć. Dlaczego „wstyd się przyznać”? Ano dlatego, że trochę to ujmuje zasług bohaterom.

2) Wiosna 2018 uczy nas, że nie ma żadnego sensu wymachiwać wynikami z Ligi Mistrzów, by udowodnić wyższość jednej ligi krajowej nad inną. Kibice wdają się w takie awantury notorycznie, więc po wyeliminowaniu przez Sevillę Manchesteru United, niósł się po internecie rechot, że piąta/szósta/siódma drużyna z Hiszpanii pobiła wicelidera z Anglii. Co zwolennicy tego miażdżącego argumentu powiedzą teraz o zwycięstwie Romy, która we Włoszech traci 21 punktów (!) do Juventusu, nad Barceloną, która bawi się w krajowej Primera Division jak chce?

3) Już dzisiaj prawie na pewno wiadomo, że jeśli za kryterium siły przyjmować dorobek z lig krajowych, to półfinały Champions League będą obsadzone marnie jak nigdy. Roma traci do lidera 21 punktów, Liverpool – 17 pkt., Real Madryt – 15 pkt. Choć może nie wypada przesądzać, że ci ostatni wyrzucili już z rozgrywek Juventus? A może i Bayern powinien uważać z Sevillą?

4) Odpadł sensacyjnie i bezdyskusyjnie Pep Guardiola, odpadła sensacyjnie Barcelona. Katalonia została dzisiaj zburzona.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Niniejszy portret najskuteczniejszego piłkarza ligi angielskiej wymalowywałem w nastroju pokutnika – dlaczego akurat w takim, wyjaśniam w felietonie. Przeczytacie go tutaj.

wtorek, 30 stycznia 2018

Matera, Basilicata

Przed dwoma tygodniami, tuż po moim wyjeździe na wakacje, kibice w całej Europie ujrzeli w telewizorach scenkę prawie surrealistyczną: sędzia meczu ligi francuskiej z ewidentną premedytacją podłożył nogę piłkarzowi Nantes, a następnie – kiedy ten już wstał – wlepił zaatakowanemu czerwoną kartkę. Na pewno też widzieliście, obrazek to niezapomniany.

Gdy dzisiaj zbadałem, kim jest autor wybryku, zdębiałem jeszcze bardziej. Tony Chapron, choć wcześniej nigdy nie porwał się na boisku na napaść fizyczną, ma bogaty dorobek awanturnika – przynajmniej według zawodników i trenerów, którzy oskarżali go w przeszłości o napaść werbalną. Zarzuty wysuwały sławy, jak mistrz świata i selekcjoner reprezentacji Francji Didier Deschamps, a niektóre pośród zarzutów brzmiały szokująco: graczom Valenciennes miał Chapron otwarcie grozić w przerwie meczu ligowego: „Wydymam was w drugiej połowie. Zlecicie z ligi”. A po wznowieniu gry dał im trzy czerwone kartki (jedną trenerowi). W ogóle w swojej karierze usuwał z boiska rekordowo często.

Nie mieści się w głowie, prawda? Jak on się w ogóle w elicie uchował? Dlatego na wszelki wypadek uznałem, że w wakacyjnym amoku coś mi się przywidziało. I we włoskim miasteczku Matera zacząłem maniacko fotografować drzwi:

Matera, Basilicata, drzwi

Kiedy je fotografowałem, na stadionie Paris Saint-Germain doszło do kolejnej chryi z udziałem Jaśnie Pana Neymara, który tym razem nie pozwolił Edinsonowi Cavaniemu, nominalnie koledze z drużyny, zostać najlepszym strzelcem w historii klubu. Choć sam wbił wcześniej trzy gole, a gospodarze prowadzili 7:0 z Dijon, w końcówce meczu nie oddał Urugwajczykowi uderzenia z rzutu karnego. Z trybun spłynęły gwizdy, a brazylijski supergwiazdor z trybunami się nawet nie pożegnał, lecz wściekły pognał do szatni. Najdroższy gracz świata gra znakomicie, a kibice go prześladują... Jeszcze niczego nie zdobył, a ludziska już gadają, że zaraz zbiegnie do Realu Madryt... Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście tego nie słuchałem ani nie oglądałem, lecz fotografowałem drzwi. Dopiero teraz sprawdzam, co i jak, bo przemknęło mi przez głowę, że w trakcie obzdjęciowywania drzwi musiał istnieć również jakiś inny świat:

Matera, Basilicata, Neymar

W tym samym okresie, jak się okazuje, zamykano też argentyńskie „El Grafico”, najsłynniejsze bodaj sportowe pismo w Ameryce Południowej. Do kryzysu prasy przywykliśmy, gazety padają jedna za drugą, ale taka legenda?! Alfredo di Stefano mawiał, że każdy młody piłkarz z Argentyny ma trzy marzenia: zagrać w klubie, w którym się wychował; założyć koszulkę reprezentacji kraju; wylądować na okładce „El Gráfico”. Niestety, ulubione w młodości pismo noblistów Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcii Marqueza malało, z tygodnika zmieniło się w miesięcznik, aż historia całkiem zdezaktualizowała przytoczony cytat. Doprawdy, dziwnie smutny bywa ten świat, no ale ja skupiałem uwagę na drzwiach, niekiedy dość dziwnych:

Matera, Basilicata, Cristiano Ronaldo

Łaziłem więc od drzwi do drzwi, a Real Madryt postanowił uciec od kryzysu strzelaniną masowego rażenia. Wystarczyło mu po 273 dniach i 43 meczach wrezcie odzyskać w komplecie tercet sławnych atakujących (Garetha Bale’a, Karima Benzemą i Cristiano Ronaldo), żeby rozłupać Deportivo La Coruna siedmioma bramkami. Wydawało się, że na stadionie Santiago Bernabeu ponownie nastaje jasność, tymczasem parę chwil później Real oberwał od niejakiego Leganes, odpadł z Pucharu Króla i jego – jak głosiły recenzje z jesieni – „najsilniejsza kadra w dziejach klubu” skarlała do – tym razem pożyczam z języka giełdowego – kadry niemal śmieciowej, w której rezerwowi są tak bardzo rezerwowi, iż wręcz poniżej godności królewskich barw. Przez 115 lat istnienia pucharowych rozgrywek nie zdarzyło się wszak, by Real odpadł po triumfie w zwycięstwie na wyjeździe. Dziwny jest świat, prawda? Tak dziwny, że kolejny awans madrytczyków przynajmniej do finału Ligi Mistrzów robi się niemal nieunikniony:

Matera, Basilicata, Real Madryt

Na osłodę Cristiano Ronaldo zafundował sobie Gulfstreama G650 (mieści 18 pasażerów), naturalnie ozdabiając go logiem CR7. Wydał 30 mln euro i stał się szczęśliwym posiadaczem najdroższego wśród piłkarzy prywatnego samolotu, „wyprzedzając” Leo Messiego (Embraer Legacy 650, wart 28 mln, na 14 pasażerów), Zlatana Ibrahimovicia (Cessna Citation Longitude, za 24 mln, na 12 osób), Paula Pogbę (Gulfstream G280, 20 mln, wyposażony w łóżko), Wayne’a Rooneya (Dassault Falcon 900LX, 16 mln), Neymara (Embraer Legacy 450, jak on znosi taniochę za 12 mln?!) i Garetha Bale’a (Cessna Citation XL Plus, 10 mln). Nie zostało ustalone, po jaką cholerę im odrzutowce, i jak to się stało, że znienacka zaczęli ich potrzebować masowo wszyscy najjaśniejsi gwiazdorzy futbolu, istnieją za to uzasadnione podejrzenia, że trwa tu swoisty wyścig, że portugalski heros Realu postanowił przebić argentyńskiego herosa Barcelony, prawdziwemu kibicowi powinno być trochę szkoda idoli, oni mają coraz więcej obowiązków pozaboiskowych, to nawał obowiązków wprost nieprawdopodobny, nowoczesny futbol wymaga doprawdy nadludzkiej odporności psychicznej, niewiarygodne, że oni umieją podołać. Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście kiedy on się jeszcze bardziej udziwniał, ja akurat zajmowałem się drzwiami w Materze:

Matera, Basilicata, Manchester City

Wydawały także ostatnio kluby, których zamaszyste rynkowe wygibasy powodują, że rankingi piłkarzy sporządzone według cen transferowych coraz słabiej odzwierciedlają hierarchię czysto sportową. Do jutrzejszego zakończenia zimowych zakupów kwintet najdroższych obrońców w historii stanowić będą Virgil van Dijk (właśnie wzięty przez Liverpool), Aymeric Laporte, Benjamin Mendy, John Stones i Kyle Walker (wszyscy wzięci przez Manchester City). W ilu jedenastkach marzeń – ekspertów czy kibiców – by się wymienieni znaleźli? Ile osiągnęli? Uderzające, że van Dijk kopał piłkę w strefie spadkowej wraz z Southampton, do Ligi Mistrzów zajrzał kiedyś tylko na momencik w Celticu Glasgow, wkrótce skończy 27 lat. Że Laporte nie dotknął Champions League nigdy, nie zadebiutował też jeszcze w reprezentacji kraju. Że... Może ta wyliczanka nie ma sensu, świat jest dziwny i tyle, właściwie coraz dziwniejszy, jakże się cieszę, że kiedy ostatnio znów go wykoślawiało, ja akurat kolekcjonowałem zdjęcia drzwi w Materze:

Matera, Basilicata, Roger Federer

Nic dziwnego nie było za to w kolejnym triumfie 36-letniego Jego Rakietowości Rogera Federera, który nie czuje się przygnieciony do kortu zaawansowanym wiekiem, przeciwnie, Jego Rakietowość nadal podfruwa powabnie, nadal nas zachwyca, nadal podrzuca kolejne nowiusieńkie argumenty do obwoływania go tenisistą wszech czasów. Zaskakuje raczej ogólny obraz: otóż żadnego wielkoszlemowego tytułu jeszcze nigdy nie wygrał zawodnik urodzony w latach 90. Nigdy, żadnego, ani w Australian Open, ani w Roland Garros, ani na Wimbledonie, ani w US Open, zresztą nawet do finału wpraszają się wyłącznie starsi. Zegary w tenisie chodzą inaczej, jak po drugiej stronie lustra, w ogóle dziwny jest ten świat, na szczęście mam komfort, że przez dwa tygodnie oddzielały mnie od niego drzwi, czasami drzwi również dziwne, to dzięki nim pomyślałem, że wszystko, co się ponoć ostatnio wydarzyło, być może wcale się nie wydarzyło.

Matera, Basilicata. Wybierz właściwe drzwi i podążaj za błękitnym królikiem

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Prędko nie doścignie, w okresie świątecznym piłkarze Manchesteru City chyba wreszcie powinni potracić punkty, ale temat wypada podjąć. W końcu w Anglii nikt już nie pyta, kto zdobędzie mistrzostwo, ewentualne wątpliwości wyparła debata, czy aktualny lider zawładnie ligą w stylu pozwalającym pasować go na drużynę wszech czasów. Felieton z poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

sobota, 09 grudnia 2017

Powiedzieć, że wszystko jesienią 2017 roku działo się inaczej niż zwykle, byłoby przesadą, ale odmieniło się sporo, cała faza grupowa Liga Mistrzów – ostatnimi czasy przewidywalna – przebiegała pod znakiem niszczenia naszych przyzwyczajeń. A skoro Europa zyskała nowe kontury... Niedawno zgrywałem kartografa mundialu, czyli najważniejszego turnieju w futbolu reprezentacyjnym, to teraz naszkicuję najważniejsze rozgrywki klubowe.

1) 100 proc. punktów kupionych za majątek znad Zatoki Perskiej. Zanim nadeszła jesień, zapowiadałem w „Gazecie” główny wątek: szturm obu klubów rządowych, o gigantycznym elektoracie negatywnym, należących do egzotycznych multimiliarderów. I szturm nastąpił.

Do ostatniej kolejki piłkarze Manchesteru City (prezesuje wicepremier rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich) oraz Paris Saint-Germain (prezesuje mu minister rządu katarskiego) mieli komplet możliwych do zdobycia punktów, choć mierzyli się z przeciwnikami mocnymi, Napoli i Bayernem. Ze stuprocentowej wydajności zeszli dopiero w tym tygodniu, gdy nie było niczego do przegrania. Zrelaksowane City rzuciło częściowo rezerwowy skład – dwóch nastolatków w obronie – na potwornie zmotywowany Szachtar, a wymowę porażki PSG w Monachium osłabia refleksja, że gwiazdorzy ze stolicy Francji ewidentnie potrzebują czuć pod stopami wysokie napięcie. W poprzedni weekend zgubili też punkty w lidze francuskiej, gdy musieli jechać do beniaminka ze Strasburga.

Zarówno oni, jak i wyspiarze liderują rozgrywkom krajowym z olbrzymią przewagą, co też świadczy o ich możliwościach. Manchester City zachwyca dodatkowo stylem gry, Pep Guardiola nadał mu w tym sezonie zupełnie nową jakość. Prognozować, co się stanie wiosną, nie zamierzam, w każdym razie ich jesień w Lidze Mistrzów była blisko statystycznych rekordów, a ponieważ ostatecznie lepszy bilans osiągnął jedynie Tottenham, to mamy niemal przewrót. Spójrzcie na tabelę z najlepszymi wynikami fazy grupowej, odkąd istnieje obecny system Ligi Mistrzów:

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

2) Hiszpańskie skurcze. Oni z kolei wyglądają jak sportowiec, który narzucił sobie tak opętańcze tempo (patrz tabela wyżej), że z wycieńczenia nie zwolnił, lecz przystanął. Tylko Barcelona na czele grupy?! Real Madryt obrywa od Tottenhamu, który w lidze angielskiej wyprzedza Burnley tylko dzięki korzystniejszemu stosunkowi bramkowemu?! Sevilla połyka 5 (słownie: pięć) goli w Moskwie i nie umie wytruchtać zwycięstwa w Mariborze?! Atlético Madryt nie umie przetrzepać skóry Karabachowi, pomimo dwóch prób, i pokornie przystaje na relegowanie do Ligi Europy?! Tak, słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, by czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, a jesienią nastąpiło istne trzęsienie muraw – z 53 punktów uzbieranych przed rokiem wszechpanujący od lat Hiszpanie zmaleli do 43, i to pomimo sprzyjającego losowania.

3) Angielskie przebudzenie. Oni odbyli lot w przeciwnym kierunku. W ostatniej Lidze Mistrzów reprezentanci Premier League zdobyli w fazie grupowej 60 proc. możliwych do zdobycia punktów. W przedostatniej – 58 proc. A tej jesieni – aż 77 proc. Tylko Chelsea zleciała na finiszu z pozycji lidera (dlatego ma ponadnormalnie wielkie szanse na wylosowanie w 1/8 finału Barcelony), wszyscy inni skakali sobie jak chcieli. Jeszcze raz: tak, już słyszę prychnięcia, pouczenia, rozkazy niemal, żeby czekać do wiosny, zamiast podniecać się grą wstępną. Ale na razie podliczamy jesień, jak udawać, że się nie widzi? Może jednak nadciąga schyłek ery, w której Messi detronizuje Ronaldo, a Ronaldo detronizuje Messiego, ewentualnie wtrącą się Atlético z Bayernem?

Nie wiem, nie znam się, podaję tylko fakty: jak Hiszpania była dotąd jedynym w historii krajem, która miał pięć klubów w Lidze Mistrzów, tak Anglia stała się jedynym w historii krajem, który wprowadził pięć klubów do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Dzieje się.

4) Kanonierzy. Też się dzieje. Na czele klasyfikacji strzelców widzimy wprawdzie Ronaldo, który w kalendarzowym roku 2017 kumulował chyba całą energię na Ligę Mistrzów – do 10 goli w 7 meczach wiosny dorzucił 9 wbitych w 6 meczach jesieni, bilans wprost niewiarygodny. Wokół niego krąży jednak tłum twarzy, do których te rozgrywki nie przywykły. Znów: w przeważającej mierze kopiących na chwałę klubów angielskich.

Gdybyśmy chcieli wyróżnić środkowego napastnika numer jeden fazy grupowej, to musielibyśmy poważnie rozważyć kandydaturę Harry’ego Kane’a, który trafiał co 69 minut (Ronaldo – co 60); z podobną łatwością uderza prawą stopą, lewą i głową; znacząco przyczynił się do zdobycia przez Tottenham nieoficjalnego tytułu mistrza jesieni w Champions League; zaczyna zagrażać marzeniom starszego o pięć wiosen Roberta Lewandowskiego o transferze do Realu Madryt. Gdybyśmy natomiast chcieli nagradzać zbiorowo, musielibyśmy wziąć pod uwagę niesamowity, jakże egzotyczny narodowościowo kwartet z Liverpoolu, tworzony przez Roberto Firmino, Coutinho, Sadio Mané (drżyj, ekipo Nawałki!) i Mohameda Salaha, a także eskadrę z Manchesteru City, której rozmiaru lepiej nie ustalać, bo nawet słowo o kwintecie czy sekstecie mogłoby się okazać określeniem niesprawiedliwie zawężającym, u Guardioli wszyscy zajmują się wszystkim. Ależ bym się pogapił, jak na ten arsenał – nie mylić z Arsenalem – odpowiadają potentaci hiszpańscy!

5) Jesień jak całe życie. Mile Svilar, mój ulubiony bohater. 18-latek najpierw przeszedł do historii Ligi Mistrzów jako jej najmłodszy bramkarz. Potem został antybohaterem. Następnie – bohaterem. Aż wreszcie – skrajnym pechowcem. Niezależnie od tego, jak potoczy się jego zawodowa kariera, początków w Europie nie zapomni do końca życia.

6) Wschód kontratakuje. Od kilku lat piszę o skutkach spisku Zachodu – zawiązanego jawnie – który podzielił Europę, spuszczając futbolową wersję żelaznej kurtyny. I odgrodził się nie tylko od obszaru byłych demoludów. W XXI wieku ani razu nie zdarzyło się ani razu, żeby do półfinału Champions League zajrzała drużyna z miasta położonego na wschód od Monachium. Ba, ostatnio i ćwierćfinał stał się osiągalny, a w poprzedniej edycji nawet w 1/8 finału znaleźli się wyłącznie przedstawiciele Hiszpanii, Anglii, Niemiec, Francji, Włoch i Portugalii – nikt inny nie przetrwał nawet fazy grupowej.

Aż nastała jesień 2017 i wschód, zamiast ostatecznie zniknąć, hałaśliwie przypomniał, że istnieje. Znienacka, jakby wbrew duchowi dziejów. Piłkarze Besiktasu Stambuł nie dość, że awansowali, to jeszcze byli praktycznie pewni sukcesu już po czterech kolejkach; zajęli pozycję lidera; pozostali niepokonani. Co więcej, wywołali sensację skrajnie niesensacyjną, bo tworzą przedsięwzięcie trochę jak hollywoodzki hit „Niezniszczalni”, w którym spotykają się herosi kina akcji – często już podstarzali, to hołd złożony kasowym przebojom z lat 80. i 90. – by wykonać jeszcze jedną misję. Rambo alias Stallone, Terminator alias Schwarzenegger, Punisher alias Dolph Lundgren czy John McClane alias Bruce Willis i jeszcze kilku innych tym razem działają wspólnie, na tym samym filmowym planie. Szerzej pisałem o stambulskim projekcie tutaj, realizują go prawie sami dobrzy znajomi.

Wygrywał Besiktas, wygrywał też Szachtar, który też stanowi przypadek niestandardowy. Potrafił awansować, choć jako jedyny rozegrał wszystkie mecze na wyjeździe – ze zbombardowanego stadionu w Doniecku uszedł dawno temu, teraz zżywa się z obiektem w Charkowie. I został, jak wynika z moich oględzin, pierwszym uczestnikiem 1/8 finału Ligi Mistrzów, którego zaciągnęły tam gole strzelane wyłącznie przez piłkarzy z Ameryki Południowej (Argentyńczyka Facundo Ferreyrę oraz Brazylijczyków Taisona, Bernarda, Ismaily’ego i Marlosa). Mnie osobiście smucą w tej historii jedynie losy zdyskwalifikowanego za doping Darijo Srny, wieloletniego kapitana w klubie oraz reprezentacji Chorwacji, którego uważałem za najznakomitszego prawego obrońcę wśród wszystkich, którego prawie nikt nie wymieniłby, gdyby go zapytać o najznakomitszego prawego obrońcę w Europie. Więcej blogowałem o nim tutaj.

Mistrzowie Turcji i Ukrainy mieli satysfakcję pełną, ale kibice ze wschodu zaznawali też przyjemności drobnych – Spartak wrzucił pięć goli Sevilli, CSKA do ostatniej kolejki biło się o awans (prowadziło na Old Trafford), Qarabag Agdam dwukrotnie zatrzymał Atlético. Ostatnie podrygi przed zatrzaśnięciem drzwi przez zachodnich oligarchów, konsekwentnie zmierzających ku Superlidze?

7) Polska na peryferiach, Polak zmarginalizowany. Powyższe pytanie wypada uzupełnić o pytanie, czy przedstawiciel tzw. ekstraklasy – to tam, gdzie piłka jest płaska – zdoła jeszcze kiedykolwiek rozegrać z Realem Madryt mecz inny niż pokazowy, stanowiący część wakacyjnych komercyjnych podróży słynnych firm. Eliminacyjny popis Legii Warszawa aż przykro wspominać, a na nadwiślańskich boiskach nie widać żadnych symptomów poprawy zwiastującej kolorowe jutro. Stołecznych obrońców tytułu czeka mozolne odmładzanie kadry niepięknych trzydziestolatków, których niełatwo, przepraszam za wulgaryzm, zmonetyzować na rynku transferowym, natomiast cała krajowa konkurencja to wszechogarniająca średniość. Zamiast lidera na szczycie tabeli oglądamy kolejnych p.o. lidera; przebywający tam akurat zabrzanie przebywają tam z najniższym odsetkiem punktów w skali całego kontynentu (nie gniewaj się, Górniku, też podoba mi się, jak grasz); ligowców właściwie nie sposób podzielić na lepszych i gorszych. Depresyjnie. Nawiasem mówiąc, gdyby piłkarze Lugano. nie wygrali w czwartek w Bukareszcie, ekstraklasa zleciałaby w rankingu UEFA pod ligę rumuńską. Z drugiej dziesiątki do trzeciej .

Ci polscy zawodnicy, których do Ligi Mistrzów 2017/18 wpuszczono (założyli zagraniczne barwy), też nie wpadali w ekstazę. Awansowali nieliczni, rozczarowania przeżyli liczni. Ponieważ Wojciech Szczęsny i Łukasz Skorupski są wiosną skazani na rólki rezerwowych bramkarzy Juventusu i Romy (o ile oczywiście nieszczęścia nie spadną na Gianluigiego Buffona i Alissona), to Robert Lewandowski (nawet on jesień miał bezbarwną) w 1/8 finału i ewentualnie później będzie osamotniony. Nieszczęście goniło nieszczęście, dlatego w środę ogłaszałem w „Gazecie” depolonizację Ligi Mistrzów.

Perspektywa mundialowa, po dolosowaniu nam grupowych rywali? Senegalski obrońca Koulibaly odpadł razem z Zielińskim (Napoli), ale skrzydłowy Sadio Mané zasuwa z Liverpoolem jak opętany; kolumbijski napastnik Radamel Falcao odpadł razem z Glikiem, ale w 1/8 finału będzie dopingować Davinsona Sancheza z Tottenhamu, Jamesa Rodrígueza z Bayernu, Juana Cuadrado z Juventusu czy Luisa Muriela z Sevilli. Mocarstwowe nastroje proponowałbym jednak w sobie zdusić.

Liga Mistrzów, losowanie

22:39, rafal.stec
Link Komentarze (11) »
środa, 22 listopada 2017

FC Barcelona, Real Madryt, Bayern Monachium, Arsenal, Tottenham

Podczas wakacji popełniłem felieton pod dudniącym tytułem „Symfonia Realu, kakofonia Barcelony”, w którym wykładałem, że nadciąga zamiana miejsc na dłużej – madrycki klub, przez lata zarządzany beznadziejnie, wypiękniał na projekt z wizją, natomiast kataloński klub, przez lata zarządzany wzorowo, zbrzydł wskutek chaotycznej galopady myśli szefów. Klawiaturowałem po dwumeczowym El Clásico, ale wcale nie wyciągałem generalnych wniosków z ówczesnego tu i teraz, zresztą dzisiaj sprawdziłem, co wówczas nawypisywałem, i stwierdziłem, że zasadniczo niczego bym nie zmienił – wywód sensownie uargumentowany, trzyma się kupy, zgrabnie ujęty.

Ma tylko jeden feler. Otóż piłkarze Barcelony, zamiast posłusznie staczać się czeluść, wystartowali w lidze hiszpańskiej z rozmachem dotąd niespotykanym, natłukli 34 z 36 możliwych punktów, ustanowili wszelkie nie tylko swoje rekordy. Przez fazę grupową Champions League też suną jak tornado, zdmuchnęli nawet Juventus, przez który zostali zdmuchnięci wiosną. A piłkarze Realu, zamiast przechadzać się po wszystkich rozgrywkach z arystokratycznym poczuciem wyższości, ledwie łażą. W kraju tysiące punktów dzielą ich nawet od wicelidera z Walencji (jak ona wyładniała! Można od radochy z oglądania dostać małpiego rozumu!), a w Europie uklękli przed Tottenhamem, do niedawna drużyną lekkopółśmieszną, wysyłanie jej nad podbój czegokolwiek było jak szczucie jamnikiem.

Kilka miesięcy później Michał Trela – jeden z moich dwóch ulubionych polskojęzycznych znawców Bundesligi, nieskłonny do stawiania radykalnych tez – ogłosił, że nadciąga kres absolutnej hegemonii Bayernu, panującego od rekordowych tam pięciu sezonów, i wreszcie należy oczekiwać twardej walki o tytuł. Znów: tekst wytrzymuje próbę czasu, czytany dzisiaj nadal brzmi rozsądnie, szefowie klubu istotnie kilka spraw zaniedbali, co powinno skazywać ich na popadanie w przynajmniej przejściowe tarapaty. Ponowna lektura ma tylko jeden feler. Monachijscy piłkarze od tamtej pory powygrywali wszystko, co się napatoczyło do wygrania, w tym szlagiery z najgroźniejszymi teoretycznie RB Lipsk i Borussią Dortmund. Co więcej, odkąd we wrześniu ponownie zajął się nimi trener Jupp Heynckes, pięciopunktową stratę do tej ostatniej, wówczas liderki, zamienili na dziewięciopunktową przewagę. Gwałtowny zwrot akcji, prawda? 14 punktów w dwa miesiące... I niewykluczone, że Bayern, ten prozaicznie nieguardiolowy i wypalony Bayern, zgodnie z tradycją trwającej dekady obroni tytuł szybciutko, bez konieczności szarpania się do ostatnich kolejek.

Jeszcze grubszy numer wyciął Jonathan Wilson, jeden z bardziej znanych publicystów anglojęzycznych i autor kanonicznej „Odwróconej piramidy”. Tuż przed sobotnimi derbami północnego Londynu przypomniał, że Tottenham nie tylko wyprzedził w hierachii Arsenal, ale cały czas powiększa przewagę – dzięki innowacyjności i strategii na przyszłość, które u sąsiadów ustąpiły kulturze stagnacji. A natychmiast po derbach, wygranych zdecydowanie przez podwładnych Arsene’a Wengera, Wilson zwrócił uwagę, że piłkarze Mauricio Pochettino są dziecinnie bezbronni na wyjazdach do dużych firm. Że wygrali ledwie cztery z ostatnich 87 meczów rozegranych na stadionach Manchesteru United, Arsenalu i Liverpoolu, że z taką postawą niewiele wskórają. Owszem, z niczego napisanego wcześniej się nie wycofał, ale w kilka godzin Tottenham jako drużyna przyszłości zmalał w jego oczach do drużyny z fundamentalnym problemem.

Opowiadam o perypetiach dziennikarzy, bo ładnie ilustrują jeden z moich ulubionych motywów: czas w futbolu pędzi zbyt szybko, żeby ktokolwiek za nim nadążył, a o wynikach decyduje zbyt wiele czynników, żeby wyłowić z nich wzorce pozwalające przewidywać, co będzie. Opowiadam o tym, bo czułem moralny nakaz złożenia publicznej samokrytyki – w tłumaczeniu na współczesną polszczyznę: zaorania siebie – a wycieram sobie gębę również cudzymi nazwiskami, bo jestem wredny. Niech inni też wyjdą na głupków.

Nie namawiam kibiców, by całkiem przestali czytać mnie i kolegów po fachu – choć to warte rozważenia: powstało zbyt wiele mądrych i pięknych zdań o sprawach istotniejszych, by truć się codziennym ględzeniem o ganianiu za piłką. Nie umieszczam nawet dziennikarzy sportowych na szczycie prywatnej hierarchii osób publicznych paplających, co im ślina naniesie, przeciwnie, do czołówki nam daleko, pozycję lidera przyznałbym chyba politologom, którzy z nadludzką sprawnością w ułamku sekundy zapominają o przedstawionych właśnie diagnozach, by nazajutrz postawić przeciwstawne. Nie namawiam więc do niczego, wystarczy mi, że dziennikarzy od fikołków (terminologia wspaniałego Zdzisława Ambroziaka) nie traktuje się zbyt poważnie.

I że mogę się pochichrać z wybitnego trenera Diego Simeone, który przed sezonem ocenił, że właśnie zbudował kadrę Atlético silniejszą niż kiedykolwiek, wystarczy tylko poczekać do zimy, aż wzmocnią ją napastnik Diego Costa i skrzydłowy Vitolo. Niestety, madrytczycy od dwóch miesięcy czekają w rytmie 0,7 gola strzelanego na mecz, w skandalicznym stylu odpadając z Ligi Mistrzów (chyba się nie łudzicie?), przynudzając remisami z Qarabag Agdam, Elche, Realem i Leganes. Ja oczywiście od początku wiedziałem, że tak się to skończy: Simeone zostanie zdemaskowany, pewnie nawet sam udowodni, jak blade ma pojęcie o piłce.

21:36, rafal.stec
Link Komentarze (45) »
czwartek, 02 listopada 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, FC Barcelona

Real Madryt jest jak śnięty. Anemicznie wyglądają tam niemal wszyscy, od Cristiano Ronaldo, który strzela skandalicznie rzadko, po Toniego Kroosa, któremu zdarza się podawać piłkę ze skandaliczną kilkunastometrową (!) niecelnością. Widzimy uwiąd w grze, widzimy zniechęcenie w mowie ciała zawodników. Są wyzuci i z błyskotliwości, którą mieli w szczytowych momentach – jak fenomenalna druga połowa finału Ligi Mistrzów czy początek bieżącego sezonu – i z zaciekłej, ofiarnej niezgody na porażkę z czasów, gdy ratowali punkty w ostatnich sekundach. Dlatego obrywają od Girony, urywają ledwie punkcik w dwumeczu z Tottenhamem.

Nic dziwnego, już za PRL-owskiego dzieciństwa dzieciństwa Anna Jantar śpiewała mi z radia, że nic nie może wiecznie trwać. A piłkarze Realu wiosną wyrządzili Lidze Mistrzów krzywdę. Ośmielili się, szubrawcy, wygrać ją dwa razy z rzędu.

Jakże wyjątkowymi czyniła te rozgrywki niemożność – ciągnąca się od blisko trzech dekad – obronienia trofeum! W lidze hiszpańskiej, niemieckiej czy angielskiej, w ogóle we wszystkich krajowych, notorycznie ktoś potrafi utrzymać panowanie. Ligą Europy piłkarze Sevilli rządzili trzy sezony z rzędu. Reprezentacja Hiszpanii obroniła złoto mistrzostw kontynentu ledwie pięć lat temu. Ba, rozejrzyjmy się po innych sportach. Koszykarskiej NBA, hokejowej NHL, turniejach siatkarskich, a niech tam, przerzućmy się nawet na sporty indywidualne – tenisowe Szlemy, igrzyska lekkoatletyczne, wyścigi kolarskie. Wszędzie w tym okresie faworyci umieli sprostać roli faworytów na tyle, by wygrywać seryjnie. Tylko nie w Lidze Mistrzów, najbardziej nieprzewidywalnych – z perspektywy finałowej – rozgrywkach w wielkim sporcie.

Przez ćwierć wieku z okładem nikt nie umiał, aż zjawił się Real Madryt. Cristiano Ronaldo, snajper bardzo wyborowy. Szatnia bogatsza w talent niż kiedykolwiek wcześniej w królewskim klubie – jak głosi legenda. Zinedine Zidane, mój ulubiony piłkarz XXI wieku obok Juana Romana Riquelme, w roli trenerskiego superdebiutanta. Podeptali tradycję, odebrali Champions League jej wyjątkowość.

A dzisiaj wygląda na to, że uruchomili lawinę. Lawinę zdarzeń nowych. Bo Liga Mistrzów nieobliczalna była tylko tym jedynym względem – wyłaniała zawsze innego triumfatora. Poza tym żyliśmy w dniu świstaka. Wiadomo było, że wszystkich porozstawiają po kątach Hiszpanie, którzy w fazie grupowej nazdobywają miliony punktów i bramek; że pochichramy się z Anglików, którzy wypadają tym żałośniej, im więcej inwestują w transfery; że Arsenal wyleci z hukiem w 1/8 finału; że za tytułem króla strzelców uganiają się tylko Messi i Ronaldo, ewentualnie próbuje podokazywać Lewandowski; że kluby położone na wschód od Monachium już jesienią co najwyżej statystują.

Aż tu nagle, naprawdę znienacka, obudziliśmy się gdzie indziej. Pętla czasu się zamknęła. Dzień świstaka się skończył.

Real ledwie łazi, manto spuszcza mu nawet Tottenham, czyli drużyna znana jako jamniki schowane pod szafą.

Atlético daje kanonadę, jakiej świat nie widział (35 strzałów w meczu, najwięcej od sezonu 2003/04!), jednak nie umie ani razu złamać oporu mistrzów Azerbejdżanu.

Barcelona ucieka reszcie stawki w lidze hiszpańskiej, ale od wiosny – rozpoczętej odpadnięciem już w ćwierćfinale z Champions League, zakończonej niezdobyciem tytułu w kraju – nie uciekła od nastroju schyłkowego, zresztą bezbramkowe remisowanie w Pireusie to wybryk wybitnie nie w jej stylu.

Hiszpańscy giganci nie tylko gubią punkty, oni atakują ze słomianym zapałem, duet największych strzela liche 1,88 gola na mecz, przy średniej z minionych edycji obracającej się wokół trzech bramek na kolejkę.

Niemieckie kluby też zachowują się niepoważnie, do wiosny ostanie się niemal na pewno jedynie Bayern, który nawet nie awansuje z pozycji lidera.

Gromadnie rozrabiają za to piłkarze klubów angielskich, którzy w ostatnim sezonie zdobyli w fazie grupowej 60 proc. punktów, a w przedostatniej – 58 proc., by tej jesieni uzbierać 82 proc.

Na szczycie rankingu snajperów pręży się Ronaldo, ale za nim czai się Harry Kane (żaden Anglik nie strzelił w tych rozgrywkach pięciu goli od sezonu 2009/10, gdy Anglia wciąż wierzyła w Wayne’a Rooneya!), Mohammed Salah, Wissam Ben Yedder czy Cenk Tosun. Żeby dojrzeć na liście nazwisko Messiego, trzeba się głęboko schylić, a poszukiwanie Lewandowskiego grozi połamaniem kręgosłupa – wyturlał jedną bramkę, z rzutu karnego.

Wreszcie jak banda Schwarzeneggerów i Stallone’ów szaleją – porównanie popkulturowo uzasadnione, o czym napisałem tutaj – niezniszczalni zawodowcy Besiktasu Stambuł, który nigdy dotąd nie wychynął z grupy, a teraz zamierzają ją wygrać.

Trochę się dzieje, prawda? Coś dziwnego się dzieje, prawda? Ktoś narwany krzyczyłby już wniebogłosy, że stara hierarchia się chwieje, wkrótce zastąpi ją nowa, oto idzie przyszłość zupełnie inna niż przeszłość. Ja byłbym tu ostrożny, mam wrażenie, że nastała chwila – nie wiadomo, czy dłuższa, czy krótsza – bezkrólewia. Niby wiadomo, kto prowadzi w jakiej tabeli, ale w ścisłej czołówce trudno wskazać kogokolwiek zasypywanego za poziom gry bajecznymi komplementami, a dziennikarze sportowi, jak wiadomo, potrafią rozrzucać je bez umiaru. Po prostu nikt nie gra dobrze, nawet zwycięzcy. W kryzysie tkwi Bayern, z zapaści jeszcze głębszej muszą się wygramolić Atlético i Real, Barcelona to już w ogóle ma się bezpowrotnie zawalić, Juventus musi sobie radzić ze zdemontowaną defensywą, rozchwiana Chelsea pewnie wkrótce wykopie trenera, Manchester United męczy minimalizmem. A chwalone Napoli – słusznie, pięknie przygrywają! – zaraz z Ligi Mistrzów wypadnie, więc nie ma znaczenia, że chwalone.

Na szarym tle wyróżniają się Paris Saint-Germain, które pomimo wojny domowej imponuje wydajnością i mknie po najlepszy dorobek fazy grupowej w dziejach rozgrywek, oraz Manchester City, który zachwyca stylem. Wielu doda: „o zgrozo”, ponieważ mówimy o klubach rządowych, ich szefowie Nasser al-Khelaifi i szejk Mansour – są zarazem ministrami rządów Kataru oraz Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przed sezonem zastanawiałem się, czy wreszcie rzucą wyzwanie starej oligarchii, a teraz sobie myślę, że finał z przynajmniej jednym z nowobogackich harmonijnie rymowałby się z przyszłorocznym mundialem u Putina, którego gospodarcza broń, Gazprom, sponsoruje Ligę Mistrzów. Zwłaszcza że finał rozegrany zostanie nieopodal rosyjskich włości, na stadionie olimpijskim w Kijowie...

10:46, rafal.stec
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

środa, 02 sierpnia 2017

Latami ciągnąłem łacha z popisów polskich drużyn w europejskich pucharach – jak my wszyscy, to jeden z nadwiślańskich sportów narodowych – w których nasi obrywali od każdego, nawet najbardziej niewydarzonych kopaczy z Trapezfiku czy Krainy Deszczowców. Aż mi przeszło. Przeszło mi, gdy piłkarze większości klubów zostali zmuszeni do rozpoczynania rozgrywek w końcu czerwca lub na początku lipca. (Tu szerzej pisałem, jak powolutku UEFA oszukiwała).

Rozumiem, że silniejsi są uprzywilejowani. Tak było, jest i będzie. Ale znaj proporcje, mocium panie. Pozostaje jeszcze kwestia skali. Jeśli jedni wychodzą na boisko na początku lipca, a inni w połowie września, to mamy już skandalicznie nierówne traktowanie. Po lewicemu rzecz ujmując – dyskryminację. W okresie wakacyjnym, zwłaszcza wczesnym okresie wakacyjnym, nikt nie zdoła grać dobrze. Nikt. Nawet gwiazdorzy Bayernu, który właśnie dają ciała w sparingach, i nawet Barcelona, która właśnie zachorowała na ucieczkę Neymara do Paris Saint-Germain. Tylko że bogaci kopią sobie teraz pokazowo, a innym zdarzają się takie przykrości, jak ta z 30 czerwca 2016 roku, gdy UEFA kazała o tej samej porze grać w organizowanych przez siebie rozgrywkach obu drużynom Bartosza Kapustki – reprezentacji Polski oraz Cracovii. Absurd.

Dlatego wstępnych podrygów piłkarzy polskich klubów nie mam ochoty w ogóle recenzować. Bo kiedy nastaje lato i oni wracają z urlopów, następuje zwolnienie blokady maszyny losującej. I czasem się uda wygrać, a czasem się nie uda. Rządzi przypadek. W zeszłym roku dał warszawiakom, w tym roku odebrał warszawiakom.

Czy prawdą o Legii z minionego sezonu jest wakacyjna człapanina w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, czy raczej ostatnie sceny fazy grupowej, w których Legia najpierw zremisowała z Realem Madryt, a potem w batalii o Ligę Europy pobiła lizboński Sporting? I jeszcze wiosną stawiała się Ajaxowi Amsterdam, finaliście tych ostatnich rozgrywek?

Tak, wiem, już słyszę marudzenie, że „nasi są sami sobie winni, nikt im nie każe leżeć nisko w rankingu UEFA, gdyby fruwali wyżej, startowaliby później”. Racja, nikt im nie każe. Ale system zawsze może być bardziej lub mniej sprawiedliwy. W futbolu reprezentacyjnym jest bardziej sprawiedliwy – trener Adam Nawałka nie wydźwignąłby reprezentacji Polski do czołówki tak szybko, gdyby musiał zaczynać od 17 rund przedwstępnych, zanim pozwolono mu zmierzyć się z wypoczętymi Niemcami. Nie musiał, tam piłkarzy 200. w globalnym rankingu San Marino dzieli od mistrzostwa Europy tyle samo meczów, ile dzieli Hiszpanów, Włochów czy Francuzów.

Legia pewnie mogłaby działać mądrzej. Np. postępować bardziej bezwzględnie ze swoimi pracownikami i nie pozwalać na to, żeby w przededniu europejskich gier, w środku sezonu, rzucał ją lider Miroslav Radović. Albo w identycznych okolicznościach rozstawać się naraz z oboma snajperami, fundamentalnymi dla jej siły Nemanją Nikoliciem i Aleksandarem Prijoviciem. Albo wypuszczać Vadisa Odjidję-Ofoe, któremu być może ocaliła karierę, przy pierwszej jego ochocie, by zbiec. Reagować jak poważna firma z ambicjami, która sama szanuje podpisywane kontrakty, więc oczekuje, że uszanują je również piłkarze. Zaryzykować, że się zbuntują, obrażą, zniechęcą (oni też ryzykowaliby, świadomie odpuszczając sezon). I sprawić, że do europejskich pucharów przystąpi – i latem, i zimą – nie w trakcie budowania nowej drużyny, lecz wystawiając drużynę już zbudowaną.

Tak czy owak sezon, który rozpoczyna się od porażek naszych klubów z Azerami i Kazachami, wywołuje grozę. Moja pierwsza refleksja po dzisiejszym meczu Legii z Astaną brzmiała: biorąc pod uwagę, jak ewoluują zasady kwalifikacji (zawsze dla komfortu bogatych!), nie wykluczałbym, że polski klub już nigdy nie zagra w Lidze Mistrzów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Archiwum
Tagi