Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Jedną z korespondencji wysyłanych z Kijowa przed finałem Ligi Mistrzów spuentowałem refleksją, że Real Madryt zamienił w swój prywatny plac zabaw rozgrywki, w których o utworzenie dynastii było trudniej niż w jakimkolwiek sporcie drużynowym. Skrupulatnie poprzeglądałem kiedyś mnóstwo tabel dotyczących rozmaitych dyscyplin i nigdzie nie natknąłem się na przypadek, żeby przez 25 edycji nikt nie zdołał obronić trofeum. Zresztą w konkurencjach indywidualnych też nie.

Co przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w trakcie dekoracji i po niej, przez kilkadziesiąt minut, w polu karnym na Stadionie Olimpijskim dokazywało sześcioro brzdąców (bodaj, pisałem wtedy tekst pomeczowy). To były dzieci piłkarzy Realu Madryt, rej wodził oczywiście popularny w internecie synek Marcelo. Niektóre z nich już pewnie przyzwyczaiły się, że finał Champions League to taki wieczór, że na samym końcu tata skacze z kolegami na dużej łące tam, a my sobie hasamy tutaj. Szkraby kopały piłkę, kopały plastikową butelkę, goniły się, wszystko jak należy. Skoro dzisiaj ostatnia majowa sobota, to powtarzamy tę samą fajną zabawę, co w majową sobotę poprzedniego roku.

Wciąż mnie madrycka drużyna nie powala na kolana, wciąż przeżywam poznawczy dysonans – dlaczego wyczynu epokowego, niespotykanego od dekad, dokonali akurat piłkarze stosunkowo niespektakularni, tworzący orkiestrę mniej wirtuozerską jak poprzednicy, w rodzaju poprzedniego heynckesowego Bayernu i wiadomej Barcelony?

Zarazem jednak kompletnie nie pojmuję pojękiwań, że Realowi znów sprzyjały ciemne moce, że ich osiągnięcie umniejszają nieszczęścia Salaha, nieszczęścia Kariusa i w ogóle wszystkim rządzi przypadek – tajemna siła jak zwykle biorąca stronę Madrytu.

Nie, bramkarz Liverpoolu nie od dzisiaj uchodzi za słabsze ogniwo, Real dysponuje golkiperem znacznie lepszym. (Nawiasem mówiąc, paradoks ery przesady polega na tym, że jak Karius zbiera potworne cięgi zwane hejtem, tak otrzymuje również dysproporcjonalne wyrazy solidarności, dzięki beznadziejnemu popisowi i jako kozioł ofiarny zyskuje dla wielu kibiców na sympatyczności).

Salahowi współczuję, ale zarazem nie umiem wskazać w Madrycie żadnego zawodnika, którego utrata kardynalnie ujmowałaby drużynie jakości. Z pojedynczego talizmanu się nie wyżyje – gdyby Real miał grać bez Ronaldo, również skrzydłowego ciążącego ku środkowi ataku, to jego ofensywna moc nie rozpłynęłaby się w powietrzu, zresztą portugalski supergwiazdor w półfinałach i finale nie poszalał.

Współczuję również Svenowi Ulreichowi, który zawalił półfinał Bayernowi, ale znów: pilnujący królewskiej bramki Keylor Navas porównywalnych wpadek w rozstrzygających meczach Ligi Mistrzów unika. Po prostu nie popełnia skandalicznych błędów technicznych, to niezbędne do sukcesu w sporcie.

Współczułem Gianluigiemu Buffonowi, który pożegnał się z Champions League w barwach Juve wyrzucony z boiska, ale znów: nie miał racji, rzut karny dla Realu był ewidentny.

Pamiętam też, że w Turynie wykończył gospodarzy Cristiano Ronaldo, który strzelił przewrotką gola fantastycznie akrobatycznego, wymagającego niebotycznej atletyczności – piłkarze Juve autentycznie zgaśli, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zniknęli mentalnie z własnego boiska, to są komandosi, twardziele i zakapiory.

I wiem, że tylko Real trzymał w szatni aż dwóch gwiazdorów, który stać było wiosną w Lidze Mistrzów na gole wbite po przewrotce w arcyważnym momentach – dzisiaj do Ronaldo dołączył Gareth Bale, rezerwowy za 100 mln euro. Wiecie, to się nie zdarza nawet w burżujskiej lidze angielskiej. Żeby wyciągać z bagażnika koło zapasowe za 100 mln euro.

Zmierzam do tego, że niemal wszystkie epizody o kapitalnym wpływie na wynik mają swoje źródło w nieprzyzwoicie szerokiej kadrze utrzymywanej w Realu. Kadrze kosztownej, ale i mądrze skonstruowanej, stabilnej, w obecnych okolicznościach rynkowych złożonej również z piłkarzy o znakomitym stosunku jakości do ceny. Tam brak nie tyle słabego punktu, ile punktu choćby średniomocnego. W desperackim poszukiwaniu jakichkolwiek madryckich wad zwraca się uwagę, że Marcelo niespecjalnie broni – choć można by raczej zauważyć, że baraszkuje w Madrycie lewy obrońca, którego w 99,999 proc. drużyn świata błagaliby o łaskawe przyjęcie roli rozgrywającego. Przy okazji: to jedyny uczestnik LM, który strzelał gola lub asystował w każdej wiosennej rundzie, aż po finał.

Jeszcze raz: to nie kaskada przypadków, po prostu dzieci z bardzo bogatych, luksusowo umeblowanych rezydencji mają fajniejsze place zabaw niż dzieci z domów mniej bogatych, nie aż tak luksusowo urządzonych.

sobota, 26 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Nadciąga wielki mecz, do Kijowa napływają kolejni fani, z niewyobrażalną przewagą liverpoolskich. UEFA szacuje, że na Stadion Olimpijski wejdzie ich nawet 30 tysięcy, przy ledwie 13 tys. hiszpańskich. Co więcej, wraz z koczującymi w pubach i skaczącymi w strefie kibica tych pierwszych ma być w stolicy Ukrainy nawet 50 tys. – takiej przewagi w finale rozgrywanym na neutralnym terenie jeszcze nie widziałem.

To wszystko pomimo potwornych problemów logistycznych, co chwilę słychać tu horrendalne historie – nawet ci Anglicy, którzy dawno kupili bilety, są zawracani niemal sprzed pasów startowych, ponieważ wokółkijowskim lotniskom brakuje miejsca, żeby przyjmować kolejne samoloty. Pomyślcie, co muszą przeżywać właściciele biletów na finał, wydarzenie być może niepowtarzalne w całym ich życiu.

Ale ja, jak już wspominałem z bezwstydnym egoizmem we wczorajszej notce, w Kijowie zachwycam się dosłownie wszystkim, to chyba mój ulubiony z przyczyn pozasportowych finał Ligi Mistrzów, bardziej ulubiony nawet od ubiegłorocznego w Cardiff, choć stamtąd wyjeżdżałem przekonany, że bardziej ulubionego nie będzie. Tak czy owak – precz z Madrytami, Londynami czy nawet Mediolanami, to nudna proza zachodnioeuropejskiej metropolii, ach, jak wiele bym dał, żeby UEFA rozstawiała scenę decydującego starcia właśnie w miastach bardziej kameralnych, jak Cardiff, albo położonych bardziej na wschodzie, jak Kijów. Ale będzie wprost przeciwnie, prezes Aleksander Ceferin już obiecał.

Jego okrutne słowa cytuję tutaj, we wczorajszej korespondencji z ulic ukraińskiej stolicy.

Tutaj przeczytacie o finałowym tercecie egzotycznym. Czy kilka miesięcy temu ktokolwiek wyfantazjowałby, że snajperskie rekordy ligi mistrzów należące do triad madryckiej (Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo) oraz barcelońskiej (Leo Messi, Luis Suárez, Neymar) pobije akurat liverpoolska (Mohamed Salah, Roberto Firmino, Sadio Mané)?! Przecież ich odyseja wygląda jak długo wyczekiwany dowód, że nie tylko fortepian można zasłonić, ale także słonia można zafortepianić.

Tutaj napisało mi się o tym, ile waży Cristiano Ronaldo (kilogram mniej niż na poprzednim finale), a ile Marcelo, czyli po Sergio Ramosie najdłuższy stażem zawodnik obecnego Realu. I niewykluczone, że akurat tej wiosny Brazylijczyk wpływa na madryckie wyniki silniej niż Portugalczyk.

Najwięcej znaków w swoich korespondencjach poświęciłem ogólnej teorii kijowskiego finału – należy kliknąć tutaj – którego atrakcyjność polega m.in. na tym, że każde rozstrzygnięcie wyrwie nas z butów. Podnoszący trofeum piłkarze Liverpoolu zostaliby bohaterami najbardziej sensacyjnej dekoracji od 2005 r., w którym wzięli je ich poprzednicy w tych samych czerwonych koszulkach. A podnoszący trofeum piłkarze Realu? Jako przedstawiciel rocznika 1976 doskonale pojmowałbym doniosłość chwili – to wtedy, zanim się urodziłem, po raz ostatni zdarzyło się, dzięki Bayernowi, by ktoś zdobywał Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Miłych wrażeń, wracam do szwendania się wśród rozsłonecznionego tłumu w Kijowie.

piątek, 25 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Przyleciałem na swój dwunasty finał Ligi Mistrzów w życiu, na poprzednich nafaszerowałem się wszelkimi możliwymi i niemożliwymi w futbolu scenariuszami, z bliska patrzyłem m.in. na tamto surrealistyczne przedstawienie w Stambule, więc dojrzałem do ustalenia z samym sobą, żeby nigdy nie przewidywać, co się stanie na boisku, a jeszcze bardziej nigdy, naprawdę przenigdy, nie ośmielić się prognozować czegokolwiek związanego z Liverpoolem. To klub osobny, wywołujący wrażenie dziwności jak spływające zegary na płótnach Salvadora Dalego, po prostu klub z krainy czarów - już o tym blogowałem.

Co powiedziawszy, z typową dla siebie beztroską przyznam, że na Real Madryt patrzę jak na więcej nic faworyta, bo jak na drużynę niepokonaną w sensie ścisłym, z powodu ograniczeń technicznych w grze – wykluczających inne rozwiązanie niż jego zwycięstwo. Aż mi się przypominają czasy, gdy jako trener Podbeskidzia w Football Managerze oszukiwałem na potęgę, czyli rozgrywałem zapisany mecz dopóty, dopóki Podbeskidzie nie zwyciężyło, a potem jeszcze raz, i jeszcze, z rundy na rundę, ponieważ uparłem się, że nie spocznę, dopóki Podbeskidzie nie zatriumfuje w Champions League. Ujawniam – ostatecznie zatriumfowało, kosztowało mnie to tytaniczny wysiłek.

Wyluzujcie madridiści, nie zamierzam nikogo obrażać, nie porównuję piłkarzy Realu do klubiku z mojego miasta, przeciwnie, szanuję ich klasę aż za bardzo, zgadzam się wręcz z Vicente del Bosque, który obwieścił, że żaden gracz Liverpoolu przeniesiony do madryckiej drużyny nie uczyniłby jej silniejszą (acz podwładni Jürgena Kloppa podobają mi się bardziej jako jeden wielonożny organizm). Przyzwyczaiłem się po prostu, że oni w Lidze Mistrzów zawsze, niezależnie od demonstrowanego danego wieczoru poziomu gry, dopną swego. Jakoś. Bokiem, tyłem, przewrotką Ronaldo albo głową Ramosa, zawsze coś wynajdą, jakby ukryty poza tą zbiorową inteligencją algorytm potrafił przemielić wszystkie warianty najbliższej przyszłości i podsunąć ten, który pozwolić im przeżyć. Nie silą się na wymyślne dzieła sztuki, lecz wykańczają przeciwnika lodowatym pragmatyzmem, sięgając po jeden z bimbaliarda środków działania, którymi dysponują.

Zwłaszcza przy wprowadzaniu rezerwowych uświadamiamy sobie, czym dysponują. Co wam będę gadał, porównajcie sobie, kim będzie mógł zasilić zmęczoną podstawową jedenastkę Zinedine Zidane, a kim Jürgen Klopp. Ja nie zamierzam, wszelkie porównania, które przypływają mi do łba, uważam za niehumanitarne.

Łażę więc po Kijowie, rozmyślając, jak tym razem Real załatwi sprawę. (Nawiasem mówiąc, łażę rozanielony bardziej niż podczas innych finałów właśnie z tego powodu, że łażę akurat po Kijowie, podoba mi się tu wszystko – niestety, UEFA oraz wielu kibiców Realu i Liverpoolu sądzi inaczej, o przyczynach piszę szerzej w tej korespondencji). I równocześnie wspominam, że madrytczycy nie przekonali mnie do końca ani w 1/8 finału, ani w ćwierćfinale, ani w półfinale, zawsze zostawiali wątpliwości, stąd tyle publikowanych we wszelakich językach rozważań, czy aby na pewno są aż tak wielcy, podpisanych również znamienitymi nazwiskami, aż po Jonathana Wilsona. A Liverpool? Przecież oni są zdolni wyciąć każdy numer, dranie zaprzedali duszę diabłu.

Tak, błąka się też po moich podczaszkowych zwojach radośnie irracjonalne przekonanie, że w zderzeniu z Liverpoolem mógłbym nie dać rady nawet jako tamten trener Podbeskidzia, próbujący grać do skutku. Już oni by wymyślili, jak wskoczyć między linijki kodu, pogmerać, oszukać moje oszustwo. Jako człowiek z mózgiem wypranym 25 maja w Stambule wiem, że choć Real wygrywa wszystkie finały, to „The Reds” wygrali finał najbardziej niesamowicie w finale. Toż to jasne jak królewska biel: jeśli ktoś ma wykopać w kosmos Madryt, to tylko oni.

czwartek, 03 maja 2018

Liverpool FC w krainie czarów

Wspominałem już tu i ówdzie, że Liverpool zdaje mi się bodaj najfajniejszą drużyną piłkarską do kibicowania. Przemykało mi to w łepetynie w poprzedniej dekadzie i notorycznie wraca, a ostatnio gania po zwojach mózgowych już bez ustanku.

Niełatwo „najfajniejszość” zdefiniować, jeszcze trudniej zmierzyć. Nie chodzi o nadmierną skłonność do wygrywania – na nią chorują gdzie indziej, choćby w Realu Madryt, który również zabawi wkrótce w finale Ligi Mistrzów. Zresztą seryjne zwyciężanie skutkuje erupcjami apokaliptycznej histerii, ilekroć piłkarze cokolwiek przegrają. Też mamy świeżutko w pamięci adekwatny przykład – Barcelona bierze w świetnym stylu oba tytuły krajowe, ale nastroje zatruwa wspomnienie feralnego 0:3 z Romą. „Najfajniejszość” dostrzegam więc tam, gdzie futbol dostarcza kibicom najwięcej intensywnych doznań – z mnóstwa powodów, liczy się i styl drużyny, i przyjemność z wyczynów rekordowo krańcowych, i wielość epizodów nie z tej ziemi, i kolorowość trybun lub związanych z klubem osobowości, i rozszarpujące nagłe zwroty akcji, i ekstremalne okoliczności wygrywania lub przegrywania.

Tak, również przegrywania. Jako fan Milanu i ofiara zaklęć liverpoolskich, która w maju 2005 roku skamieniała na trybunach w Stambule (od 3:0 do przerwy do 3:3 i klęski w karnych zatańczonych przez Jerzego Dudka), wyznam wam, że zdecydowanie wolę doświadczyć niepowodzenia po finałowym wieczorze wszech czasów niż znosić szare 0:2.

A pamiętam jeszcze, że tamten dreszczowiec poprzedził półfinał z Chelsea rozstrzygnięty dzięki golowi, który - co wykazała dopiero analiza przy użyciu izraelskiej technologii rakietowej - w ogóle nie padł.

Pamiętam, że kilka lat później, choć liverpoolczyków wciąż prowadził słusznie uchodzący za nudziarza trener Rafa Benitez, to właśnie w ich meczach fazy pucharowej padało najwięcej goli. Że to właśnie oni odnieśli wówczas bezprecedensowo wysokie zwycięstwo w Champions League (8:0 z Besiktasem) i nikt do tej pory ich rekordu nie wymazał.

Pamiętam, że to oni współposiadają również rekord wyjazdowy, bo rozbili 7:0 słoweński Maribor.

Pamiętam, że to oni uczestniczyli także w najobfitszym remisie Ligi Mistrzów – 4:4 z Chelsea. Że to oni jako jedyni dożyli wiosny w rozgrywkach, gdy zaczynali je w środku lata, od najgłębszej rundy kwalifikacji. Że to im zawdzięczamy kosmiczne 5:4 z Alaves w finale Pucharu UEFA.

To ich nade wszystko kojarzę z porywającymi horrorami w rozgrywkach angielskich, jak niezapomniane ligowe 4:4 z Arsenalem czy podróż od 0:2 do 3:3 z West Hamem po strzale ostatniej szansy w doliczonym czasie Stevena Gerrarda w finale krajowego pucharu, po którym nastąpiła dogrywka i zwycięskie rzuty karne. A skoro przyfrunęliśmy do byłego kapitana: stanęło mi przed oczami, jak w 86. minucie przywalił Olympiakosowi na miarę wyjścia z grupy w LM. Albo jak pośliznął się na miarę utraty tytułu w Premier League, a w następny weekend Liverpool już ostatecznie zaprzepaścił szanse, remisując z Crystal Palace mecz, w którym prowadził 3:0. I wszystko to w sezonie wyładowanym goleadami, jak 5:1 z Arsenalem, 6:3 z Cardiff City, 5:0 i 4:0 z Tottenhamem, 3:0 z Manchesterem United czy 4:0 w derbach! Uff, czerwony kibic niekoniecznie świętuje, ale co przeżyje, to jego.

Jeszcze raz: rozrzucam przykłady spontanicznie, nie dysponuję precyzyjnymi pomiarami, z których wynika, iż wokół Liverpoolu dzieje się najwięcej, ale z własnoocznych oględzin piłki nożnej XXI wieku wnoszę, że owszem. Ile razy widzieliście, by ktoś przegrał wskutek rykoszetu od leżącej na murawie piłki plażowej, jak zdarzyło się to „The Reds” z Sunderlandem?!

Ostatnio metafizyczne poczucie dziwności liverpoolskiego istnienia, a zarazem przeświadczenie o nadnaturalnej atrakcyjności drużyny z Anfield Road jeszcze się wzmaga. Śledzimy na bieżąco: rekordowa liczba goli w jednej edycji Ligi Mistrzów (45, poprawione osiągnięcie Barcelony); podziwianie w Salahu, Firmino i Mané najskuteczniejszego tercetu w historii (z 29 bramkami przelicytowali słynne tria barcelońskie i madryckie); aż trzykrotne rozbicie rozstawiającego wszystkich po kątach Manchesteru City; wreszcie udział w półfinale obfitszym w gole niż jakikolwiek dotychczasowy (7:6 z Romą).

Słowem, to Liverpool jest na razie królem chaosu rządzącego najnowszą Champions League, o którym szerzej piszę tutaj. Nie muszę już więc dodatkowo przypominać, że akurat jego mecze poprzedza najsłynniejszy futbolowy hymn. I że akurat jego piłkarzy inspiruje wybitnie popularny trener Jürgen Klopp – trochę hipis, a trochę rewolucjonista, który na miarę sensacyjnego finału dawał po garach już w Dortmundzie.

Któż inny miałby wyciąć numer nieśmiertelnemu Realowi Madryt, do którego pokonania nie wystarczy, jak wiadomo, po prostu lepsza gra?

środa, 18 kwietnia 2018

Manchester City

Tak mi się nieprzyjemnie w życiu splątało, że obu bohaterom moich najdawniejszych chyba fascynacji filmowych – reżyserom Romanowi Polańskiemu i Woody’emu Allenowi – zarzucono, iż są przestępcami seksualnymi. Oskarżano ich w najłagodniejszej wersji o molestowanie, w najgorszej o pedofilię. Musiałem się zatem mierzyć z dylematem, czy ze względów etycznych nieodwołalnie skreślić ich jako artystów, czy przeciwnie, oddzielić sztukę od życia i delektować się ich twórczością pomimo ponurego tła. Chyba każdy, komu nie jest wszystko jedno, miewał w życiu podobne rozterki.

Filmów obu mistrzów nigdy nie przestałem pochłaniać, ale równocześnie śledziłem i śledzę wszystko, co pozwala zbliżyć się do prawdy. Czytam świadectwa, zeznania, wspomnienia. Odkrywając przy okazji hipokryzję, może także dezorientację kulturalnych elit: oto Roman Polański, który kobiety krzywdził seryjnie i został skazany przez sąd, nadal cieszy się w środowisku powszechnym szacunkiem, sympatią i współczuciem (bo nie może kręcić w Hollywood), natomiast na Woody’ego Allena, który został przez sąd dwukrotnie uniewinniony (choć domniemana ofiara niekoniecznie kłamie, raczej nią zmanipulowano, tutaj opowieść jej brata), spada ostracyzm. Na fali kampanii #MeToo zrywają z nim kolejni artyści.

Nie chcę wnikać w szczegóły, gigantów kina przywołuję tylko dlatego, że przykry dysonans poznawczy, który towarzyszył mi podczas obcowania z ich dziełami, teraz coraz częściej prześladuje mnie, gdy oglądam piłkę nożną. Wspominałem w niedzielnej notce o niesmaku, jaki poczułem, gdy w odstępie kilku godzin tytuły mistrzowskie we Francji oraz Anglii zdobyły kluby rządowe, finansowane przez reżimy znad Zatoki Perskiej. Obiecywałem do tematu wrócić i wróciłem, malując w „Gazecie” przerażający krajobraz ukryty za triumfami Manchesteru City, sponsorowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Krajobraz mniej znany niż katarski, schowany za Paris Saint-Germain, lecz równie lub wręcz bardziej mroczny, odpalanie umieszczonego tam wideo zalecam wyłącznie czytelnikom o mocnych nerwach.

Nie zamierzam wyjękiwać z siebie naiwniutkich tez, jakoby futbol schodził na psy, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze stanowił wycinek rzeczywistości jak każdy inny, więc miewał jasne i ciemne strony – mundiale organizowali Mussolini i junta argentyńska, potęgę radzieckich klubów budował zbrodniarz Beria, dzięki stalinizmowi powstała mityczna węgierska złota jedenastka, futbolem bawili się kolumbijscy narkobaronowie, sam miałem trudną relację z Milanem Berlusconiego etc. Nie ma też powodu, by akurat dzisiaj sport miał być, w przeciwieństwie do innych dziedzin życia, nieskazitelny, i nie wiadomo, kto właściwie miałby zapobieć przejmowaniu PSG lub Manchesteru City przez ludzi podłej reputacji – skoro każdy może kupić dom towarowy w Paryżu lub osiedle luksusowych rezydencji w Londynie, skoro kapitał przelewa się globalnie, ponad granicami, to nie sposób ukryć też klubów sportowych. Sam zresztą irytowałem się na pomysły, by piłkarze ze względu na Putina zbojkowali tegoroczny mundial, ponieważ wymagalibyśmy wówczas od nich, żeby stworzyli elitę wyjątkowych wrażliwców, którzy dla szlachetnych celów poświęcają więcej niż reszta ludzkości. Wszak kraje zachodnie wciąż robią z Rosją interesy.

Zarazem czuję jednak, że szczyty futbolu wzbierają krwawym pieniądzem ponad miarę, zalewają nas zewsząd. Gdzieniegdzie ich właściciele biorą wszystko, jak w Paryżu, Manchesterze czy Londynie, a gdzieniegdzie zakradają się na koszulki lub inne eksponowane miejsca, jak w Barcelonie, Madrycie, Monachium oraz setkach innych klubów. Alternatywa powoli przestaje istnieć – o ile oczywiście mówimy o poziomie Ligi Mistrzów z przyległościami.

Robi się niedobrze, po głowie coraz częściej telepie się pytanie, jak na ten trend reagować. Jak oglądać brudną piłkę nożną.

Na razie nie umiem przestać. Męczy mnie to, ale nie umiem. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi minimalistycznie. Interesuj się. Sprawdzaj, co pod spodem. Pisz nie tylko o golach. Niech wszyscy poczytają. Nie udawaj, że pachnie fiołkami, lecz niuchaj za smrodem Ligi Mistrzów jak za występkami filmowców z oscarowych nocy i Cannes.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Roma - FC Barcelona

Jak zaćwierkałem na Twitterze: AS Roma i Barcelona jedynie potwierdziły, że Liga Mistrzów to jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości. Nigdy nie pojmowałem narzekań na nią, nigdy mnie nie nudziła, jęczeć może tylko ten, kto nie patrzy na boisko albo nie rozumie, co się tam dzieje. Ja wariuję na sam dźwięk hymnu, czasami się boję, że umrę w wieczór z Champions League od nadmiaru wrażeń.

Dzisiaj spoglądałem na murawę w Manchesterze, bo tylko tam miała prawo wydarzyć się sensacja, do Rzymu zajrzałem dopiero w końcówce. Dlatego podzielę się jedynie czterema niespójnymi refleksjami – nablogować muszę, inaczej nie umiem.

1) Dzisiejsze 3:0 dla Romy to najbardziej sensacyjne zmartwychwstwanie w Lidze Mistrzów od 2004 r. Kiedy w minionym roku Barcelona brała odwet na Paris Saint-Germain za czterobramkową klęskę, to jej wyczyn w całej swej niesamowitości wyglądał na logiczny – fantastyczni piłkarze dokonali fantastycznego. Dlatego w poszukiwaniu analogii należy się cofnąć do Deportivo La Coruna z czasów trenera Javiera Irurety, które po porażce z Milanem 1:4 odpowiedziało wynikiem 4:0. Aż wstyd się przyznać, ale i wówczas, i teraz wszystko tłumaczyłem sobie postawą faworytów, którzy rywali zwyczajnie zlekceważyli – a potem nie zdążyli się już ocknąć. Dlaczego „wstyd się przyznać”? Ano dlatego, że trochę to ujmuje zasług bohaterom.

2) Wiosna 2018 uczy nas, że nie ma żadnego sensu wymachiwać wynikami z Ligi Mistrzów, by udowodnić wyższość jednej ligi krajowej nad inną. Kibice wdają się w takie awantury notorycznie, więc po wyeliminowaniu przez Sevillę Manchesteru United, niósł się po internecie rechot, że piąta/szósta/siódma drużyna z Hiszpanii pobiła wicelidera z Anglii. Co zwolennicy tego miażdżącego argumentu powiedzą teraz o zwycięstwie Romy, która we Włoszech traci 21 punktów (!) do Juventusu, nad Barceloną, która bawi się w krajowej Primera Division jak chce?

3) Już dzisiaj prawie na pewno wiadomo, że jeśli za kryterium siły przyjmować dorobek z lig krajowych, to półfinały Champions League będą obsadzone marnie jak nigdy. Roma traci do lidera 21 punktów, Liverpool – 17 pkt., Real Madryt – 15 pkt. Choć może nie wypada przesądzać, że ci ostatni wyrzucili już z rozgrywek Juventus? A może i Bayern powinien uważać z Sevillą?

4) Odpadł sensacyjnie i bezdyskusyjnie Pep Guardiola, odpadła sensacyjnie Barcelona. Katalonia została dzisiaj zburzona.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Niniejszy portret najskuteczniejszego piłkarza ligi angielskiej wymalowywałem w nastroju pokutnika – dlaczego akurat w takim, wyjaśniam w felietonie. Przeczytacie go tutaj.

wtorek, 30 stycznia 2018

Matera, Basilicata

Przed dwoma tygodniami, tuż po moim wyjeździe na wakacje, kibice w całej Europie ujrzeli w telewizorach scenkę prawie surrealistyczną: sędzia meczu ligi francuskiej z ewidentną premedytacją podłożył nogę piłkarzowi Nantes, a następnie – kiedy ten już wstał – wlepił zaatakowanemu czerwoną kartkę. Na pewno też widzieliście, obrazek to niezapomniany.

Gdy dzisiaj zbadałem, kim jest autor wybryku, zdębiałem jeszcze bardziej. Tony Chapron, choć wcześniej nigdy nie porwał się na boisku na napaść fizyczną, ma bogaty dorobek awanturnika – przynajmniej według zawodników i trenerów, którzy oskarżali go w przeszłości o napaść werbalną. Zarzuty wysuwały sławy, jak mistrz świata i selekcjoner reprezentacji Francji Didier Deschamps, a niektóre pośród zarzutów brzmiały szokująco: graczom Valenciennes miał Chapron otwarcie grozić w przerwie meczu ligowego: „Wydymam was w drugiej połowie. Zlecicie z ligi”. A po wznowieniu gry dał im trzy czerwone kartki (jedną trenerowi). W ogóle w swojej karierze usuwał z boiska rekordowo często.

Nie mieści się w głowie, prawda? Jak on się w ogóle w elicie uchował? Dlatego na wszelki wypadek uznałem, że w wakacyjnym amoku coś mi się przywidziało. I we włoskim miasteczku Matera zacząłem maniacko fotografować drzwi:

Matera, Basilicata, drzwi

Kiedy je fotografowałem, na stadionie Paris Saint-Germain doszło do kolejnej chryi z udziałem Jaśnie Pana Neymara, który tym razem nie pozwolił Edinsonowi Cavaniemu, nominalnie koledze z drużyny, zostać najlepszym strzelcem w historii klubu. Choć sam wbił wcześniej trzy gole, a gospodarze prowadzili 7:0 z Dijon, w końcówce meczu nie oddał Urugwajczykowi uderzenia z rzutu karnego. Z trybun spłynęły gwizdy, a brazylijski supergwiazdor z trybunami się nawet nie pożegnał, lecz wściekły pognał do szatni. Najdroższy gracz świata gra znakomicie, a kibice go prześladują... Jeszcze niczego nie zdobył, a ludziska już gadają, że zaraz zbiegnie do Realu Madryt... Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście tego nie słuchałem ani nie oglądałem, lecz fotografowałem drzwi. Dopiero teraz sprawdzam, co i jak, bo przemknęło mi przez głowę, że w trakcie obzdjęciowywania drzwi musiał istnieć również jakiś inny świat:

Matera, Basilicata, Neymar

W tym samym okresie, jak się okazuje, zamykano też argentyńskie „El Grafico”, najsłynniejsze bodaj sportowe pismo w Ameryce Południowej. Do kryzysu prasy przywykliśmy, gazety padają jedna za drugą, ale taka legenda?! Alfredo di Stefano mawiał, że każdy młody piłkarz z Argentyny ma trzy marzenia: zagrać w klubie, w którym się wychował; założyć koszulkę reprezentacji kraju; wylądować na okładce „El Gráfico”. Niestety, ulubione w młodości pismo noblistów Maria Vargasa Llosy i Gabriela Garcii Marqueza malało, z tygodnika zmieniło się w miesięcznik, aż historia całkiem zdezaktualizowała przytoczony cytat. Doprawdy, dziwnie smutny bywa ten świat, no ale ja skupiałem uwagę na drzwiach, niekiedy dość dziwnych:

Matera, Basilicata, Cristiano Ronaldo

Łaziłem więc od drzwi do drzwi, a Real Madryt postanowił uciec od kryzysu strzelaniną masowego rażenia. Wystarczyło mu po 273 dniach i 43 meczach wrezcie odzyskać w komplecie tercet sławnych atakujących (Garetha Bale’a, Karima Benzemą i Cristiano Ronaldo), żeby rozłupać Deportivo La Coruna siedmioma bramkami. Wydawało się, że na stadionie Santiago Bernabeu ponownie nastaje jasność, tymczasem parę chwil później Real oberwał od niejakiego Leganes, odpadł z Pucharu Króla i jego – jak głosiły recenzje z jesieni – „najsilniejsza kadra w dziejach klubu” skarlała do – tym razem pożyczam z języka giełdowego – kadry niemal śmieciowej, w której rezerwowi są tak bardzo rezerwowi, iż wręcz poniżej godności królewskich barw. Przez 115 lat istnienia pucharowych rozgrywek nie zdarzyło się wszak, by Real odpadł po triumfie w zwycięstwie na wyjeździe. Dziwny jest świat, prawda? Tak dziwny, że kolejny awans madrytczyków przynajmniej do finału Ligi Mistrzów robi się niemal nieunikniony:

Matera, Basilicata, Real Madryt

Na osłodę Cristiano Ronaldo zafundował sobie Gulfstreama G650 (mieści 18 pasażerów), naturalnie ozdabiając go logiem CR7. Wydał 30 mln euro i stał się szczęśliwym posiadaczem najdroższego wśród piłkarzy prywatnego samolotu, „wyprzedzając” Leo Messiego (Embraer Legacy 650, wart 28 mln, na 14 pasażerów), Zlatana Ibrahimovicia (Cessna Citation Longitude, za 24 mln, na 12 osób), Paula Pogbę (Gulfstream G280, 20 mln, wyposażony w łóżko), Wayne’a Rooneya (Dassault Falcon 900LX, 16 mln), Neymara (Embraer Legacy 450, jak on znosi taniochę za 12 mln?!) i Garetha Bale’a (Cessna Citation XL Plus, 10 mln). Nie zostało ustalone, po jaką cholerę im odrzutowce, i jak to się stało, że znienacka zaczęli ich potrzebować masowo wszyscy najjaśniejsi gwiazdorzy futbolu, istnieją za to uzasadnione podejrzenia, że trwa tu swoisty wyścig, że portugalski heros Realu postanowił przebić argentyńskiego herosa Barcelony, prawdziwemu kibicowi powinno być trochę szkoda idoli, oni mają coraz więcej obowiązków pozaboiskowych, to nawał obowiązków wprost nieprawdopodobny, nowoczesny futbol wymaga doprawdy nadludzkiej odporności psychicznej, niewiarygodne, że oni umieją podołać. Dziwny jest świat, prawda? Na szczęście kiedy on się jeszcze bardziej udziwniał, ja akurat zajmowałem się drzwiami w Materze:

Matera, Basilicata, Manchester City

Wydawały także ostatnio kluby, których zamaszyste rynkowe wygibasy powodują, że rankingi piłkarzy sporządzone według cen transferowych coraz słabiej odzwierciedlają hierarchię czysto sportową. Do jutrzejszego zakończenia zimowych zakupów kwintet najdroższych obrońców w historii stanowić będą Virgil van Dijk (właśnie wzięty przez Liverpool), Aymeric Laporte, Benjamin Mendy, John Stones i Kyle Walker (wszyscy wzięci przez Manchester City). W ilu jedenastkach marzeń – ekspertów czy kibiców – by się wymienieni znaleźli? Ile osiągnęli? Uderzające, że van Dijk kopał piłkę w strefie spadkowej wraz z Southampton, do Ligi Mistrzów zajrzał kiedyś tylko na momencik w Celticu Glasgow, wkrótce skończy 27 lat. Że Laporte nie dotknął Champions League nigdy, nie zadebiutował też jeszcze w reprezentacji kraju. Że... Może ta wyliczanka nie ma sensu, świat jest dziwny i tyle, właściwie coraz dziwniejszy, jakże się cieszę, że kiedy ostatnio znów go wykoślawiało, ja akurat kolekcjonowałem zdjęcia drzwi w Materze:

Matera, Basilicata, Roger Federer

Nic dziwnego nie było za to w kolejnym triumfie 36-letniego Jego Rakietowości Rogera Federera, który nie czuje się przygnieciony do kortu zaawansowanym wiekiem, przeciwnie, Jego Rakietowość nadal podfruwa powabnie, nadal nas zachwyca, nadal podrzuca kolejne nowiusieńkie argumenty do obwoływania go tenisistą wszech czasów. Zaskakuje raczej ogólny obraz: otóż żadnego wielkoszlemowego tytułu jeszcze nigdy nie wygrał zawodnik urodzony w latach 90. Nigdy, żadnego, ani w Australian Open, ani w Roland Garros, ani na Wimbledonie, ani w US Open, zresztą nawet do finału wpraszają się wyłącznie starsi. Zegary w tenisie chodzą inaczej, jak po drugiej stronie lustra, w ogóle dziwny jest ten świat, na szczęście mam komfort, że przez dwa tygodnie oddzielały mnie od niego drzwi, czasami drzwi również dziwne, to dzięki nim pomyślałem, że wszystko, co się ponoć ostatnio wydarzyło, być może wcale się nie wydarzyło.

Matera, Basilicata. Wybierz właściwe drzwi i podążaj za błękitnym królikiem

20:37, rafal.stec
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 18 grudnia 2017

Prędko nie doścignie, w okresie świątecznym piłkarze Manchesteru City chyba wreszcie powinni potracić punkty, ale temat wypada podjąć. W końcu w Anglii nikt już nie pyta, kto zdobędzie mistrzostwo, ewentualne wątpliwości wyparła debata, czy aktualny lider zawładnie ligą w stylu pozwalającym pasować go na drużynę wszech czasów. Felieton z poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
Archiwum
Tagi