Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

wtorek, 18 września 2018

Liga Mistrzów, Champions League, Real Madryt, FC Barcelona

Grono faworytów jak zwykle jest liczne, a stworzyć je powinniśmy według oczywistego, niepodlegającego dyskusji wzoru. Zapraszamy tercet przedstawicieli z wieloletniej liderki rankingu UEFA, a zatem uprzywilejowanej hiszpańskiej La Liga – broniący trofeum Real Madryt, jego sąsiadów z Atlético, FC Barcelonę – by następnie dostawić do niego kwartet przedstawicieli Bundesligi, Premier League, Serie A oraz Ligue 1, czyli wszechpanujących krajowo Bayern Monachium, Manchester City, Juventus, Paris Saint-Germain. Klasyczne 3+4. Siedmioro wspaniałych.

Wakacje minęły w ciszy i spokoju. Piękni i bogaci zachowywali się niestandardowo, znienacka zaniechali mianowicie przelicytowywania się na transferowe rekordy – gdyby nie hałaśliwa ucieczka Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, panowałby między nimi niemal bezruch. Real oraz Bayern kadrowo wręcz traciły (monachijczycy zakończyli handel na plusie przekraczającym 80 mln euro!), a pozostała piątka dokonywała co najwyżej drobnych korekt, uzupełniała podstawowy skład pojedynczym nazwiskiem, nikt nie ściągnął kandydata na gwiazdę numer jeden albo nawet dwa lub trzy. Owszem, Manchester City rzucił fortunę na Riyada Mahreza, ale to drużyny szczególnie nie odmienia, mistrzowska eskadra po prostu przypięła sobie kolejne bardzo mocne skrzydło. W PSG działo się podobnie, wyjęci z Bundesligi obrońcy Thilo Kehrer i Juan Bernat to w najlepszym razie retusz. Nawet w stosunkowo najbardziej rozrzutnym Atlético trener nie musi radykalnie rekonstruować zespołu.

Słowem, na szczytach zapanowała stabilizacja. Niespotykana od wieczności, wręcz zdumiewająca. Huragan rozszalał się natomiast wśród wyższej klasy średniej (w Anglii także jeszcze niżej, oni żyją w enklawie luksusu rządzącej się odrębnymi prawami, w alternatywnej rzeczywistości ekonomicznej), do której zaliczam Liverpool – niby finalista ostatniej edycji Ligi Mistrzów, ale wcześniej jej uczestnik tylko okazjonalny, do wiosennych rund przetrwał poprzednio w sezonie 2008/09. Drużynę Jürgena Kloppa również wypada przykleić do grona faworytów, które rozszerza się w ten sposób do ośmiorga wspaniałych i zachęca mnie, by przynajmniej na obecnym etapie sezonu, przed startem rozgrywek, szanse na zdobycie trofeum rozdzielić między nich po równo. Znaczy każdemu przyznać po 12,5 proc. – nikogo innego wśród triumfatorów nie umiem sobie wyobrazić.

Sylwetka Kloppa uświadamia, że o prymat w Champions League będą się ubiegać głównie ludzie niespełnieni. W sporej mierze z winy Realu Madryt, który zakłócił naturalny porządek rzeczy – nikt nigdy nie broni tytułu, kultywowaliśmy tę tradycję przez ćwierć wieku z okładem – i powygrywał aż cztery z pięciu najnowszych edycji. Biorąc pod uwagę długość kariery piłkarza, zagarnął dla siebie całą epokę zwyciężania. Dlatego siedmioro z ośmiorga wspaniałych to ludzie mniej lub bardziej niespełnieni.

Real Madryt, czyli jedyni nasyceni. Cztery razy w pięć lat. Najwspanialsza seria od prapoczątku rozgrywek, kiedy pięć razy w pięć lat triumfował również królewski klub ze stolicy Hiszpanii. Niewykluczone, że to właśnie stąd bierze się wstrzemięźliwość Florentino Pereza. Owszem, może szykować on spektakularny skok po Kyliana Mbappé czy Neymara w przyszłości i uznać, że chwilowo nie warto tracić energii na pomniejsze cele. Owszem, hiszpański biznesmen jako szef Realu wyewoluował, patologicznego zakupoholika zastąpił w nim jeden z najbardziej stonowanych graczy na rynku transferowym. Czy jednak jako prezes przegrany tak spokojnie – bez praktycznie żadnej reakcji, niczego sobie na osłodę nie sprezentował – zniósłby utratę obu gigantów, Cristiano Ronaldo oraz trenera Zinedine’a Zidane’a?

Pod poprzednim przywództwem madrytczycy nie tyle grali według stałego systemu, ile modyfikowali swoje zachowania w zależności od potrzeb, przystosowywali się do rywala, twórczo wykorzystywali niezmierzony arsenał techniczny jednostek. W obcojęzycznym piśmiennictwie przeczytałem i polubiłem to porównanie, że przypominali krążące wokół piłki neurony, które łączą się w dowolne sieci – ciągle inne, maksymalnie wydajne w zastanych okolicznościach. Można powiedzieć, że nie oni, lecz przeciwnik decydował o ich stylu, choć to oni kontrolowali sytuację.

Dokąd zmierza Julen Lopetegui, dopiero się przekonamy. Na razie widzimy, że nieobecność Ronaldo ponownie wyeksponowała klasę Karima Benzemy. Na początku kariery dostrzegałem w nim znacznie więcej niż świetnego środkowego napastnika, niemal godnego następcę Zidane’a, jednak Francuz od lat pokornie poświęcał się dla portugalskiego supergwiazdora, czasami wysłuchując całkiem serio wygłaszanych zarzutów, że zaniża poziom, odstaje od standardów Realu. Uwolniony od roli giermka Benzema na razie szaleje, a cała drużyna nie wygląda na słabszą, niewykluczone nawet, że wymiana 185 centymetrów świetnego bramkarza w Keylorze Navasie na 199 centymetrów świetnego bramkarza w Thibaucie Courtoisie ją wzmocni – i na przykład zapobiegnie golom traconym po lobie, na jaki porwał się Mario Mandzukić w finale Ligi Mistrzów 2017. Kto wie, czy ta drobna poprawka na tyłach nie będzie miała większego wpływu na siłę zespołu niż ubytek w ataku.

Pozostaje tylko pytanie, ilu bohaterów Santiago Bernabeu służba w królewskiej bieli inspiruje jak dotąd, ile jest prawdy w pogłoskach, że nowych wyzwań chętnie poszukałby zarówno Luka Modrić, jak i Marcelo. To postaci fundamentalne, a pewne znużenie mogli odczuć nie tylko oni, w końcu ich klub rozkwitł na unikalną w kontynentalnej czołówce oazę stabilności. Wyjąwszy nowego bramkarza, podstawowy skład tworzą wyłącznie piłkarze o stażu długim, bardzo długim lub obłędnie długim: Sergio Ramos – w klubie od 13 lat; Marcelo – od 11 lat; Benzema – od 9 lat; Varane – od 7 lat; Bale, Casemiro, Carvajal, Isco – od 5 lat; Asensio, Kroos – od 4 lat. Jeszcze raz: absolutny wyjątek w szeroko rozumianej czołówce.

Manchester City i Paris Saint-Germain, czyli niespełnieni intruzi. Intruzi, bo zanim spłynęła na nich mamona znad Zatoki Perskiej, z kontynentalną czołówką – nawet bardzo szeroko pojętą – nie łączyło ich kompletnie nic. Gdy jednak stały się klubami rządowymi, do prywatnych właścicieli należącymi tylko formalnie (szejk Mansour oraz Nasser al-Khelaifi są zarazem ministrami rządów Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Kataru), wleźli między starą elitę bezceremonialnie, rozsiadając się jak u siebie i kładąc buciory na stół. Bo jak inaczej potraktować zuchwałość, z jaką paryski prezes sprzątnął Florentino Perezowi sprzed nosa i Neymara, i Kyliana Mbappé?

Bukmacherzy wyżej cenią Manchester City, uważają go za głównego faworyta całych rozgrywek. To zwrot akcji niemal sensacyjny – Ligą Mistrzów od lat rządzą kluby hiszpańskie, żaden poważny ekspert ich hegemonii nie kwestionował, a jeśli już, to za zdolnego rzucić wyzwanie madrytczykom i barcelończykom uchodził Bayern. To również zwrot akcji uzmysławiający, że szejk Mansour, choć wciąż nie osiągnął pełnej satysfakcji, zdołał swój klub wykatapultować wyżej niż ktokolwiek gdziekolwiek na najwyższym poziomie rywalizacji w XXI wieku.

Właśnie mija dekada, odkąd zjawił się w Manchesterze. Przejął drużynę z dziewiątego miejsca ligi angielskiej, od sąsiadów z miasta oddaloną o 32 punkty, znoszącą klęski jak 1:8 z Middlesborough, w Pucharze UEFA grającą z rywalami z Wysp Owczych (dostała się tam przez klasyfikację fair play). A dzisiaj dogląda zniewalającej futbolowej orkiestry, która pod Pepem Guardiolą zaczęła grywać koncerty tak nowatorskie i dla wyspiarzy odmienne, że sprawia wrażenie sprowadzonej z innej planety. I jeśli latem mistrzowie Anglii nie zabiegali desperacko o więcej transferów niż wspomniany Mahrez, to nie tylko z powodu finansowego fair play – mają wszystko, czego trzeba, pozostaje tylko urzekające koncertowanie w kraju przenieść na scenę międzynarodową. Inaczej będzie niedosyt, inaczej niektórzy zaczną kwestionować nawet klasę Guardioli, który przecież już w Bayernie zatrzymywał się na półfinale. Zdobywanie Pucharu Europy zyskało rangę warunku koniecznego, by w ogóle kogokolwiek umieszczać w gronie najwybitniejszych trenerów. Choć rozstrzygającą rolę często pełni w tych rozgrywkach przypadek (inni nazywają ów czynnik „szczęściem”), to dotarliśmy do momentu, w którym nawet 10 półfinałów z rzędu byłoby prawdopodobnie oskarżeniem – niby wielki fachowiec, a impotentny, tuż przy celu cała jego moc znika, normalnie hochsztapler, piłkarski doktor Zięba.

Jeszcze bardziej finansowe fair play skrępowało PSG, które pomimo wyprzedaży zawodników odrzuconych (patrz nasz Grzegorz Krychowiak) musiało się na rynku hamować i ligę francuską przynajmniej na razie opędza w sporej mierze nastolatkami o minimalnym lub żadnym doświadczeniu w seniorach, niekiedy nawet spoza opublikowanego na oficjalnej stronie internetowej składu pierwszej drużyny. Grają więc Christopher Nkunku, Moussa Diaby, Antoine Bernède, Timothy Weah (oczywiście syn George’a), Colin Dagba, Stanley N’Soki... Nie wiem, czy już ktoś sławił Thomasa Tuchela za „odwagę lansowania młodzieży” – rzadko sprawdza się w takich przypadkach, czy trenera aby nie zmuszają okoliczności – w każdym razie efekt wygląda budująco, w kraju paryżanie wciąż swobodnie rozprawiają się z kolejnymi rywalami. Niekoniecznie tylko z powodu ich słabości, bo tak się składa, że potentat sięga po talenty z okolic stołecznej francuskiej metropolii, a te słyną z przebogatych zasobów ludzkich. Nie tylko dlatego, że stamtąd wywodzi się Kylian Mbappé. Czy jednak młokosy podołają również w godzinie próby w Champions League? Albo – czy będą musiały podołać? Defensywę mistrzowie Francji zabezpieczyli, lecz w ubogiej drugiej linii pojedyncze kontuzje dorosłych zmuszą Tuchela do grania dziećmi, w napadzie też nie widać zatrzęsienia alternatyw dla zabójczego tercetu złożonego z Mbappé, Neymara i Edinsona Cavaniego. PSG to największa zagadka wśród ośmiorga wspaniałych. Zwłaszcza że losowanie skazało ją na rywalizację z Liverpoolem, gdzie dają po garach heavymetalowcy Jürgena Kloppa.

Juventus i Atlético, czyli niespełnieni totalnie. I pokrzywdzeni bodaj najbardziej, przynajmniej w swoim subiektywnym odczuciu. W niesamowitej królewskiej erze przybywali do czterech z pięciu finałów, zawsze z marnym skutkiem – różni ich tyle, że w decydujących starciach turyńczycy zdrowo obrywali od Barcelony oraz Realu, a madrytczycy w obu przypadkach ostro stawiali się sąsiadom z hiszpańskiej stolicy i zwyczajnie brakowało im łutu szczęścia. Stabilność tych klubów polega przede wszystkim na tym, że zżyły się z trenerami i trzymają ich najdłużej w szeroko pojętej czołówce, choć zarówno Massimiliano Allegriego (w Juve od 2014 roku), jak i Diego Simeone (Atlético, 2011) od dawna pożądają bogatsze firmy angielskie. To prawdopodobnie właściciele najznakomitszych obok Jürgena Kloppa nazwisk w fachu, przy których wciąż nie rozbłyskuje zdobyty Puchar Europy – pod wieloma względami podobni, obaj mianowicie zarządzają zespołami nadzwyczaj zdyscyplinowanymi taktycznie, uprawiającymi futbol pragmatyczny łamane przez cyniczny, w razie potrzeby zdolnymi do zademonstrowania kunsztu defensywnego na poziomie niedostępnym chyba nikomu na kontynencie. Obaj przypominają też niekiedy trochę hersztów gangu, biorąc pod uwagę buzujący w szatni testosteron oraz agresję ucieleśnianą przez kapitanów Giorgio Chielliniego i Diego Godina.

Teraz znów przeprojektowują drużyny. Allegri kombinuje, jak maksymalnie wykorzystać umiejętności podrzuconego mu przez departament marketingu – tak, przesadzam, ale tylko trochę – Cristiano Ronaldo i pomieścić go na boisku obok Paulo Dybali, nie wycinając wartościowych skrzydłowych Federico Bernardeschiego i Douglasa Costy, zaharowanego wojownika Mario Mandzukicia etc. W jego sztabie trwa burza mózgów, a wkoło obłęd biznesowy. Co rusz otrzymujemy aktualizację danych o szaleńczo rosnącej cenie akcji Juve (od wiadomego transferu spuchła o około 60 proc. i osiągnęła historyczny szczyt, choć cała giełda raczej dołuje) i nowych sponsorskich kontraktach, o świetlanej niesportowej przyszłości klubu dziennikowi „Financial Times” opowiada prezes Agnelli, on i współpracownicy snują marzenia o turyńskiej wersji galacticos, obiecując globalną ekspansję komercyjną. A do tego niezbędny jest triumf w Lidze Mistrzów – i oto mamy kolejnych delikwentów, którzy w pucharze z wielkimi uszami widzą sprawę życia i śmierci.

Podobnie jak zakapiory z Atlético, choć oni w rubrykach finansowych nie królują, tam żyją czystym sportem. Simeone usiłuje wpoić podwładnym styl gry nieco zmodyfikowany, wymagający dłuższego utrzymywania się przy piłce i jeszcze bardziej agresywny na połowie przeciwnika. Skutki na razie osiąga skrajnie odmienne niż Allegri, ale dopiero zaczyna, jego podwładni leczyli się lub usiłują wrócić do siebie po mundialu, a w Lidze Mistrzów i tak wszystko rozstrzygnie się wiosną. Trzeba się spieszyć, bo dynamicznie rośnie prawdopodobieństwo, że po sezonie z Madrytu ucieknie zarówno podupadły ostatnio lider defensywy Diego Godin (wygasa mu kontrakt, czy to nie idealny cel dla szukających okazji szefów Juve?), jak i lider ofensywy Antoine Griezmann (czy powabowi klubów w typie Barcelony można opierać się bez końca?). No i finał odbędzie się na lśniąco nowiusieńkim Wanda Metropolitano! Atlético odbierające berło sąsiadom z Realu na własnym stadionie – to jedna z atrakcyjniejszych fabularnie puent, których może dostarczyć Liga Mistrzów 2018/19. Właściwie to chyba hitowa ponad wszystkie. Niech wreszcie rozszczekają się wściekłe psy, niech zatriumfują Tarantino i maczeta Danny’ego Trejo, niech przeniosą transmisję finału na po 23.

Barcelona i Bayern, czyli niespełnieni inaczej. Inaczej, bo w obu drużynach roi się od ludzi, którzy najcenniejsze klubowe trofeum już obcałowywali. Tyle że obie lśnią blaskiem wyjątkowych megagwiazd. Leo Messi to kolekcjoner łupów nienasycony, więc cztery triumfy co najwyżej wzmagają apetyt – zwłaszcza teraz, gdy wielki antagonista Cristiano Ronaldo od trzech lat siedzi na Złotej Piłce. Robert Lewandowski zestarzał się natomiast na jednego z najwybitniejszych aktywnych futbolistów, którzy nie dotknęli Pucharu Europy (Gianluigi Buffon go rozumie), i może wręcz najwybitniejszego wśród wciąż aktywnych, których ponadto nigdy nie udekorowano medalem wielkiego turnieju reprezentacji narodowych, jak mistrzostwa świata czy kontynentu (Zlatan Ibrahimovic?) – wygrywa wyłącznie na poziomie lokalnym, krajowym. Dlatego obaj muszą czuć niesamowite parcie na Ligę Mistrzów.

Oba zespoły dzieli skala przeżywanych zmian. Barcelonie niedawno wycięło wieloletni centralny układ nerwowy, bo opuścili ją Xavi Hernandez i Andrés Iniesta, a ostatnio trener Ernesto Valverde uporczywie testuje ryzykowną konfigurację z Philippe Coutinho wycofanym do środka pola – co pozwala pomieścić na boisku wszystkich hakerów od włamywania się do wrogich linii defensywnych, a zarazem grozi zburzeniem równowagi (i przywołanego Brazylijczyka, i Ousmane Dembélé ciągnie do przodu, Jordiego Albę właściwie też, kto będzie bronił lewej flanki?). W zderzeniu z mocnym przeciwnikiem może się to okazać strategią co najmniej karkołomną.

Bayern też niby od pewnego czasu ewoluuje, jednak ostatecznie zawsze odwołuje się do weteranów Arjena Robbena (w styczniu dodrybluje do 35. urodzin) i Francka Ribery’ego (35. urodziny minął w kwietniu) jako głównych pomysłodawców w ataku. Im bardziej obaj skrzydłowi słyszą, że stetryczeli i niech przepadną, tym mocniej nie schodzą z boiska, ba, złośliwe zrządzenie losu (czytaj: agresja rywala) ścina akurat o dwa stulecia młodszego Kingsleya Comana (znów operowana kostka w lewej nodze, jak w lutym, słabo to wygląda), więc dziadki muszą trzymać fason. Oto kolejny pociągający fabularnie finał: odsyłani do przytułku ramole wołają, że niech znów poniesie nas wiatr, dofruwają do finału, porywają trofeum, tańcom nie ma końca. A wkoło hulają inni piękni trzydziestoletni, od Manuela Neuera, Jerome’a Boatenga (już był na rogatkach Paryża!) i Matsa Hummelsa, przez Javiego Martineza, po Thomasa Mülera i Roberta Lewandowskiego. Niczego sobie obrazek.

Liverpool, czyli niespełniony trener z ludzką twarzą. Z ludzką twarzą, bo piłkarzami nie manipuluje jak technokrata, tylko przytula, kibiców nie pozdrawia zza płotu, tylko idzie z nimi na browar, a drużyny nie wybiera jak firmy, tylko szuka idei – jeśli wolno mi zacytować własnego blurba do ukazującej się właśnie u nas biografii. (Nawiasem mówiąc, szczerze i zupełnie niekomercyjnie zachęcam do lektury, może być początkiem pięknej przyjaźni z panem trenerem). On kieruje już zupełnie inną drużyną niż ta, którą objął:

Liverpool FC, Jurgen Klopp

Minionego lata wydał Jürgen Klopp na transfery więcej i przeobraził zespół bardziej niż wszyscy wyżej wymienieni. Blogowałem przed sezonem, że w Alissonie – wzmocnienie najsłabiej obsadzonej pozycji w podstawowym składzie – widzę pozyskanie najlepszego moim zdaniem golkipera poprzedniej edycji Champions League i najważniejszy transfer w czołówce ligi angielskiej. Jak dotąd przewidywania się potwierdzają, Liverpool właściwie nie traci goli, choć Brazylijczyk raz poważnie się wygłupił. Doniosły wymiar ma także wzięcie Naby’ego Keity (lubię jego zwierzenia o ostatnim sezonie w RB Leipzig, gdy po każdym rozegranym meczu Bundesligi analizował do upadłego mecz swojej przyszłej drużyny), Fabinho (wciąż czekamy!) czy nawet rezerwowego Xherdana Shaqiriego. Ekipa, która wiosną umiała m.in. dwukrotnie przeczołgać Manchester City i dotrzeć do finału, jeszcze spotężniała. Średnio sobie wyobrażam, by znów stanęła wiosną 2019 roku do decydującego starcia, ale wizerunek Kloppa jako notorycznego przegrywacza decydujących starć nie może istnieć wiecznie – wypada go wreszcie zamazać Kloppem zwycięskim.

Podsumowanie niekonkluzywne, czyli nie wierzcie ekspertom. Jeśli oczekiwaliście wyraźnej hierarchii faworytów, to serdecznie przepraszam, szukajcie gdzie indziej. Jeśli zaufacie czyjejkolwiek hierarchii faworytów, to wam szczerze współczuję.

Ale jeśli uważacie, że moje rozdanie po 12,5 proc. szans na końcowy triumf każdemu z ośmiorga potentatów za efekciarską przesadę, poniekąd przyznaję wam rację. Roboczo tak rzuciłem, beztrosko i mniej więcej. Być może przy użyciu mikroskopu oraz innych narzędzi dokładniej pomiarowych troszkę bym typy zróżnicował, komuś dał 16 proc., a kogoś bym zostawił z 11 proc. Niestety, wiarygodne metody sprawdzania, który z faworytów waży ciut więcej, nie istnieją, możemy tylko mieszać w czarodziejskim kotle i zgadywać. Nie wiadomo, kto kogo wiosną wylosuje, komu w kluczowym momencie zetnie kluczowego piłkarza lub piłkarzy, kogo skrzywdzi sędziowski błąd (nie wiadomo nawet, czy UEFA zainstaluje na fazę pucharową VAR), komu szlagierowe starcie w Lidze Mistrzów wypadnie po wycieńczającym szlagierowym starciu w rozgrywkach krajowych, kogo ocali rykoszet w doliczonym czasie gry, kogo napędzi, a kogo zablokuje promieniowanie kosmiczne lub układ planet. Potentatów dzielą różnice minimalne, w tym sezonie – po przenosinach Cristiano Ronaldo z Madrytu do Turynu, wzmocnieniach Liverpoolu etc. – chyba jeszcze bardziej minimalne niż dotychczas. Na szczytach zrobiło się płasko.

20:43, rafal.stec
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 17 września 2018

My ją uwielbiamy i będziemy uwielbiać, inaczej się nie da, a ona robi nas w trąbę. Z każdym sezonem bardziej nas robi. Już jutro startuje Liga Mistrzów, zabawa dla równych i równiejszych, do której Crvena Zvezda Belgrad przekopywała się przez 8 meczów eliminacyjnych i do końca fazy grupowej rozegra aż 14 spotkań - więcej niż Real Madryt dzieliło w poprzednim sezonie od podniesienia trofeum. Felieton o rozgrywkach, których nienawidzę kochać, przeczytacie tutaj.

13:03, rafal.stec
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Jedną z korespondencji wysyłanych z Kijowa przed finałem Ligi Mistrzów spuentowałem refleksją, że Real Madryt zamienił w swój prywatny plac zabaw rozgrywki, w których o utworzenie dynastii było trudniej niż w jakimkolwiek sporcie drużynowym. Skrupulatnie poprzeglądałem kiedyś mnóstwo tabel dotyczących rozmaitych dyscyplin i nigdzie nie natknąłem się na przypadek, żeby przez 25 edycji nikt nie zdołał obronić trofeum. Zresztą w konkurencjach indywidualnych też nie.

Co przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w trakcie dekoracji i po niej, przez kilkadziesiąt minut, w polu karnym na Stadionie Olimpijskim dokazywało sześcioro brzdąców (bodaj, pisałem wtedy tekst pomeczowy). To były dzieci piłkarzy Realu Madryt, rej wodził oczywiście popularny w internecie synek Marcelo. Niektóre z nich już pewnie przyzwyczaiły się, że finał Champions League to taki wieczór, że na samym końcu tata skacze z kolegami na dużej łące tam, a my sobie hasamy tutaj. Szkraby kopały piłkę, kopały plastikową butelkę, goniły się, wszystko jak należy. Skoro dzisiaj ostatnia majowa sobota, to powtarzamy tę samą fajną zabawę, co w majową sobotę poprzedniego roku.

Wciąż mnie madrycka drużyna nie powala na kolana, wciąż przeżywam poznawczy dysonans – dlaczego wyczynu epokowego, niespotykanego od dekad, dokonali akurat piłkarze stosunkowo niespektakularni, tworzący orkiestrę mniej wirtuozerską jak poprzednicy, w rodzaju poprzedniego heynckesowego Bayernu i wiadomej Barcelony?

Zarazem jednak kompletnie nie pojmuję pojękiwań, że Realowi znów sprzyjały ciemne moce, że ich osiągnięcie umniejszają nieszczęścia Salaha, nieszczęścia Kariusa i w ogóle wszystkim rządzi przypadek – tajemna siła jak zwykle biorąca stronę Madrytu.

Nie, bramkarz Liverpoolu nie od dzisiaj uchodzi za słabsze ogniwo, Real dysponuje golkiperem znacznie lepszym. (Nawiasem mówiąc, paradoks ery przesady polega na tym, że jak Karius zbiera potworne cięgi zwane hejtem, tak otrzymuje również dysproporcjonalne wyrazy solidarności, dzięki beznadziejnemu popisowi i jako kozioł ofiarny zyskuje dla wielu kibiców na sympatyczności).

Salahowi współczuję, ale zarazem nie umiem wskazać w Madrycie żadnego zawodnika, którego utrata kardynalnie ujmowałaby drużynie jakości. Z pojedynczego talizmanu się nie wyżyje – gdyby Real miał grać bez Ronaldo, również skrzydłowego ciążącego ku środkowi ataku, to jego ofensywna moc nie rozpłynęłaby się w powietrzu, zresztą portugalski supergwiazdor w półfinałach i finale nie poszalał.

Współczuję również Svenowi Ulreichowi, który zawalił półfinał Bayernowi, ale znów: pilnujący królewskiej bramki Keylor Navas porównywalnych wpadek w rozstrzygających meczach Ligi Mistrzów unika. Po prostu nie popełnia skandalicznych błędów technicznych, to niezbędne do sukcesu w sporcie.

Współczułem Gianluigiemu Buffonowi, który pożegnał się z Champions League w barwach Juve wyrzucony z boiska, ale znów: nie miał racji, rzut karny dla Realu był ewidentny.

Pamiętam też, że w Turynie wykończył gospodarzy Cristiano Ronaldo, który strzelił przewrotką gola fantastycznie akrobatycznego, wymagającego niebotycznej atletyczności – piłkarze Juve autentycznie zgaśli, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zniknęli mentalnie z własnego boiska, to są komandosi, twardziele i zakapiory.

I wiem, że tylko Real trzymał w szatni aż dwóch gwiazdorów, który stać było wiosną w Lidze Mistrzów na gole wbite po przewrotce w arcyważnym momentach – dzisiaj do Ronaldo dołączył Gareth Bale, rezerwowy za 100 mln euro. Wiecie, to się nie zdarza nawet w burżujskiej lidze angielskiej. Żeby wyciągać z bagażnika koło zapasowe za 100 mln euro.

Zmierzam do tego, że niemal wszystkie epizody o kapitalnym wpływie na wynik mają swoje źródło w nieprzyzwoicie szerokiej kadrze utrzymywanej w Realu. Kadrze kosztownej, ale i mądrze skonstruowanej, stabilnej, w obecnych okolicznościach rynkowych złożonej również z piłkarzy o znakomitym stosunku jakości do ceny. Tam brak nie tyle słabego punktu, ile punktu choćby średniomocnego. W desperackim poszukiwaniu jakichkolwiek madryckich wad zwraca się uwagę, że Marcelo niespecjalnie broni – choć można by raczej zauważyć, że baraszkuje w Madrycie lewy obrońca, którego w 99,999 proc. drużyn świata błagaliby o łaskawe przyjęcie roli rozgrywającego. Przy okazji: to jedyny uczestnik LM, który strzelał gola lub asystował w każdej wiosennej rundzie, aż po finał.

Jeszcze raz: to nie kaskada przypadków, po prostu dzieci z bardzo bogatych, luksusowo umeblowanych rezydencji mają fajniejsze place zabaw niż dzieci z domów mniej bogatych, nie aż tak luksusowo urządzonych.

sobota, 26 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Nadciąga wielki mecz, do Kijowa napływają kolejni fani, z niewyobrażalną przewagą liverpoolskich. UEFA szacuje, że na Stadion Olimpijski wejdzie ich nawet 30 tysięcy, przy ledwie 13 tys. hiszpańskich. Co więcej, wraz z koczującymi w pubach i skaczącymi w strefie kibica tych pierwszych ma być w stolicy Ukrainy nawet 50 tys. – takiej przewagi w finale rozgrywanym na neutralnym terenie jeszcze nie widziałem.

To wszystko pomimo potwornych problemów logistycznych, co chwilę słychać tu horrendalne historie – nawet ci Anglicy, którzy dawno kupili bilety, są zawracani niemal sprzed pasów startowych, ponieważ wokółkijowskim lotniskom brakuje miejsca, żeby przyjmować kolejne samoloty. Pomyślcie, co muszą przeżywać właściciele biletów na finał, wydarzenie być może niepowtarzalne w całym ich życiu.

Ale ja, jak już wspominałem z bezwstydnym egoizmem we wczorajszej notce, w Kijowie zachwycam się dosłownie wszystkim, to chyba mój ulubiony z przyczyn pozasportowych finał Ligi Mistrzów, bardziej ulubiony nawet od ubiegłorocznego w Cardiff, choć stamtąd wyjeżdżałem przekonany, że bardziej ulubionego nie będzie. Tak czy owak – precz z Madrytami, Londynami czy nawet Mediolanami, to nudna proza zachodnioeuropejskiej metropolii, ach, jak wiele bym dał, żeby UEFA rozstawiała scenę decydującego starcia właśnie w miastach bardziej kameralnych, jak Cardiff, albo położonych bardziej na wschodzie, jak Kijów. Ale będzie wprost przeciwnie, prezes Aleksander Ceferin już obiecał.

Jego okrutne słowa cytuję tutaj, we wczorajszej korespondencji z ulic ukraińskiej stolicy.

Tutaj przeczytacie o finałowym tercecie egzotycznym. Czy kilka miesięcy temu ktokolwiek wyfantazjowałby, że snajperskie rekordy ligi mistrzów należące do triad madryckiej (Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo) oraz barcelońskiej (Leo Messi, Luis Suárez, Neymar) pobije akurat liverpoolska (Mohamed Salah, Roberto Firmino, Sadio Mané)?! Przecież ich odyseja wygląda jak długo wyczekiwany dowód, że nie tylko fortepian można zasłonić, ale także słonia można zafortepianić.

Tutaj napisało mi się o tym, ile waży Cristiano Ronaldo (kilogram mniej niż na poprzednim finale), a ile Marcelo, czyli po Sergio Ramosie najdłuższy stażem zawodnik obecnego Realu. I niewykluczone, że akurat tej wiosny Brazylijczyk wpływa na madryckie wyniki silniej niż Portugalczyk.

Najwięcej znaków w swoich korespondencjach poświęciłem ogólnej teorii kijowskiego finału – należy kliknąć tutaj – którego atrakcyjność polega m.in. na tym, że każde rozstrzygnięcie wyrwie nas z butów. Podnoszący trofeum piłkarze Liverpoolu zostaliby bohaterami najbardziej sensacyjnej dekoracji od 2005 r., w którym wzięli je ich poprzednicy w tych samych czerwonych koszulkach. A podnoszący trofeum piłkarze Realu? Jako przedstawiciel rocznika 1976 doskonale pojmowałbym doniosłość chwili – to wtedy, zanim się urodziłem, po raz ostatni zdarzyło się, dzięki Bayernowi, by ktoś zdobywał Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Miłych wrażeń, wracam do szwendania się wśród rozsłonecznionego tłumu w Kijowie.

piątek, 25 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Przyleciałem na swój dwunasty finał Ligi Mistrzów w życiu, na poprzednich nafaszerowałem się wszelkimi możliwymi i niemożliwymi w futbolu scenariuszami, z bliska patrzyłem m.in. na tamto surrealistyczne przedstawienie w Stambule, więc dojrzałem do ustalenia z samym sobą, żeby nigdy nie przewidywać, co się stanie na boisku, a jeszcze bardziej nigdy, naprawdę przenigdy, nie ośmielić się prognozować czegokolwiek związanego z Liverpoolem. To klub osobny, wywołujący wrażenie dziwności jak spływające zegary na płótnach Salvadora Dalego, po prostu klub z krainy czarów - już o tym blogowałem.

Co powiedziawszy, z typową dla siebie beztroską przyznam, że na Real Madryt patrzę jak na więcej nic faworyta, bo jak na drużynę niepokonaną w sensie ścisłym, z powodu ograniczeń technicznych w grze – wykluczających inne rozwiązanie niż jego zwycięstwo. Aż mi się przypominają czasy, gdy jako trener Podbeskidzia w Football Managerze oszukiwałem na potęgę, czyli rozgrywałem zapisany mecz dopóty, dopóki Podbeskidzie nie zwyciężyło, a potem jeszcze raz, i jeszcze, z rundy na rundę, ponieważ uparłem się, że nie spocznę, dopóki Podbeskidzie nie zatriumfuje w Champions League. Ujawniam – ostatecznie zatriumfowało, kosztowało mnie to tytaniczny wysiłek.

Wyluzujcie madridiści, nie zamierzam nikogo obrażać, nie porównuję piłkarzy Realu do klubiku z mojego miasta, przeciwnie, szanuję ich klasę aż za bardzo, zgadzam się wręcz z Vicente del Bosque, który obwieścił, że żaden gracz Liverpoolu przeniesiony do madryckiej drużyny nie uczyniłby jej silniejszą (acz podwładni Jürgena Kloppa podobają mi się bardziej jako jeden wielonożny organizm). Przyzwyczaiłem się po prostu, że oni w Lidze Mistrzów zawsze, niezależnie od demonstrowanego danego wieczoru poziomu gry, dopną swego. Jakoś. Bokiem, tyłem, przewrotką Ronaldo albo głową Ramosa, zawsze coś wynajdą, jakby ukryty poza tą zbiorową inteligencją algorytm potrafił przemielić wszystkie warianty najbliższej przyszłości i podsunąć ten, który pozwolić im przeżyć. Nie silą się na wymyślne dzieła sztuki, lecz wykańczają przeciwnika lodowatym pragmatyzmem, sięgając po jeden z bimbaliarda środków działania, którymi dysponują.

Zwłaszcza przy wprowadzaniu rezerwowych uświadamiamy sobie, czym dysponują. Co wam będę gadał, porównajcie sobie, kim będzie mógł zasilić zmęczoną podstawową jedenastkę Zinedine Zidane, a kim Jürgen Klopp. Ja nie zamierzam, wszelkie porównania, które przypływają mi do łba, uważam za niehumanitarne.

Łażę więc po Kijowie, rozmyślając, jak tym razem Real załatwi sprawę. (Nawiasem mówiąc, łażę rozanielony bardziej niż podczas innych finałów właśnie z tego powodu, że łażę akurat po Kijowie, podoba mi się tu wszystko – niestety, UEFA oraz wielu kibiców Realu i Liverpoolu sądzi inaczej, o przyczynach piszę szerzej w tej korespondencji). I równocześnie wspominam, że madrytczycy nie przekonali mnie do końca ani w 1/8 finału, ani w ćwierćfinale, ani w półfinale, zawsze zostawiali wątpliwości, stąd tyle publikowanych we wszelakich językach rozważań, czy aby na pewno są aż tak wielcy, podpisanych również znamienitymi nazwiskami, aż po Jonathana Wilsona. A Liverpool? Przecież oni są zdolni wyciąć każdy numer, dranie zaprzedali duszę diabłu.

Tak, błąka się też po moich podczaszkowych zwojach radośnie irracjonalne przekonanie, że w zderzeniu z Liverpoolem mógłbym nie dać rady nawet jako tamten trener Podbeskidzia, próbujący grać do skutku. Już oni by wymyślili, jak wskoczyć między linijki kodu, pogmerać, oszukać moje oszustwo. Jako człowiek z mózgiem wypranym 25 maja w Stambule wiem, że choć Real wygrywa wszystkie finały, to „The Reds” wygrali finał najbardziej niesamowicie w finale. Toż to jasne jak królewska biel: jeśli ktoś ma wykopać w kosmos Madryt, to tylko oni.

czwartek, 03 maja 2018

Liverpool FC w krainie czarów

Wspominałem już tu i ówdzie, że Liverpool zdaje mi się bodaj najfajniejszą drużyną piłkarską do kibicowania. Przemykało mi to w łepetynie w poprzedniej dekadzie i notorycznie wraca, a ostatnio gania po zwojach mózgowych już bez ustanku.

Niełatwo „najfajniejszość” zdefiniować, jeszcze trudniej zmierzyć. Nie chodzi o nadmierną skłonność do wygrywania – na nią chorują gdzie indziej, choćby w Realu Madryt, który również zabawi wkrótce w finale Ligi Mistrzów. Zresztą seryjne zwyciężanie skutkuje erupcjami apokaliptycznej histerii, ilekroć piłkarze cokolwiek przegrają. Też mamy świeżutko w pamięci adekwatny przykład – Barcelona bierze w świetnym stylu oba tytuły krajowe, ale nastroje zatruwa wspomnienie feralnego 0:3 z Romą. „Najfajniejszość” dostrzegam więc tam, gdzie futbol dostarcza kibicom najwięcej intensywnych doznań – z mnóstwa powodów, liczy się i styl drużyny, i przyjemność z wyczynów rekordowo krańcowych, i wielość epizodów nie z tej ziemi, i kolorowość trybun lub związanych z klubem osobowości, i rozszarpujące nagłe zwroty akcji, i ekstremalne okoliczności wygrywania lub przegrywania.

Tak, również przegrywania. Jako fan Milanu i ofiara zaklęć liverpoolskich, która w maju 2005 roku skamieniała na trybunach w Stambule (od 3:0 do przerwy do 3:3 i klęski w karnych zatańczonych przez Jerzego Dudka), wyznam wam, że zdecydowanie wolę doświadczyć niepowodzenia po finałowym wieczorze wszech czasów niż znosić szare 0:2.

A pamiętam jeszcze, że tamten dreszczowiec poprzedził półfinał z Chelsea rozstrzygnięty dzięki golowi, który - co wykazała dopiero analiza przy użyciu izraelskiej technologii rakietowej - w ogóle nie padł.

Pamiętam, że kilka lat później, choć liverpoolczyków wciąż prowadził słusznie uchodzący za nudziarza trener Rafa Benitez, to właśnie w ich meczach fazy pucharowej padało najwięcej goli. Że to właśnie oni odnieśli wówczas bezprecedensowo wysokie zwycięstwo w Champions League (8:0 z Besiktasem) i nikt do tej pory ich rekordu nie wymazał.

Pamiętam, że to oni współposiadają również rekord wyjazdowy, bo rozbili 7:0 słoweński Maribor.

Pamiętam, że to oni uczestniczyli także w najobfitszym remisie Ligi Mistrzów – 4:4 z Chelsea. Że to oni jako jedyni dożyli wiosny w rozgrywkach, gdy zaczynali je w środku lata, od najgłębszej rundy kwalifikacji. Że to im zawdzięczamy kosmiczne 5:4 z Alaves w finale Pucharu UEFA.

To ich nade wszystko kojarzę z porywającymi horrorami w rozgrywkach angielskich, jak niezapomniane ligowe 4:4 z Arsenalem czy podróż od 0:2 do 3:3 z West Hamem po strzale ostatniej szansy w doliczonym czasie Stevena Gerrarda w finale krajowego pucharu, po którym nastąpiła dogrywka i zwycięskie rzuty karne. A skoro przyfrunęliśmy do byłego kapitana: stanęło mi przed oczami, jak w 86. minucie przywalił Olympiakosowi na miarę wyjścia z grupy w LM. Albo jak pośliznął się na miarę utraty tytułu w Premier League, a w następny weekend Liverpool już ostatecznie zaprzepaścił szanse, remisując z Crystal Palace mecz, w którym prowadził 3:0. I wszystko to w sezonie wyładowanym goleadami, jak 5:1 z Arsenalem, 6:3 z Cardiff City, 5:0 i 4:0 z Tottenhamem, 3:0 z Manchesterem United czy 4:0 w derbach! Uff, czerwony kibic niekoniecznie świętuje, ale co przeżyje, to jego.

Jeszcze raz: rozrzucam przykłady spontanicznie, nie dysponuję precyzyjnymi pomiarami, z których wynika, iż wokół Liverpoolu dzieje się najwięcej, ale z własnoocznych oględzin piłki nożnej XXI wieku wnoszę, że owszem. Ile razy widzieliście, by ktoś przegrał wskutek rykoszetu od leżącej na murawie piłki plażowej, jak zdarzyło się to „The Reds” z Sunderlandem?!

Ostatnio metafizyczne poczucie dziwności liverpoolskiego istnienia, a zarazem przeświadczenie o nadnaturalnej atrakcyjności drużyny z Anfield Road jeszcze się wzmaga. Śledzimy na bieżąco: rekordowa liczba goli w jednej edycji Ligi Mistrzów (45, poprawione osiągnięcie Barcelony); podziwianie w Salahu, Firmino i Mané najskuteczniejszego tercetu w historii (z 29 bramkami przelicytowali słynne tria barcelońskie i madryckie); aż trzykrotne rozbicie rozstawiającego wszystkich po kątach Manchesteru City; wreszcie udział w półfinale obfitszym w gole niż jakikolwiek dotychczasowy (7:6 z Romą).

Słowem, to Liverpool jest na razie królem chaosu rządzącego najnowszą Champions League, o którym szerzej piszę tutaj. Nie muszę już więc dodatkowo przypominać, że akurat jego mecze poprzedza najsłynniejszy futbolowy hymn. I że akurat jego piłkarzy inspiruje wybitnie popularny trener Jürgen Klopp – trochę hipis, a trochę rewolucjonista, który na miarę sensacyjnego finału dawał po garach już w Dortmundzie.

Któż inny miałby wyciąć numer nieśmiertelnemu Realowi Madryt, do którego pokonania nie wystarczy, jak wiadomo, po prostu lepsza gra?

środa, 18 kwietnia 2018

Manchester City

Tak mi się nieprzyjemnie w życiu splątało, że obu bohaterom moich najdawniejszych chyba fascynacji filmowych – reżyserom Romanowi Polańskiemu i Woody’emu Allenowi – zarzucono, iż są przestępcami seksualnymi. Oskarżano ich w najłagodniejszej wersji o molestowanie, w najgorszej o pedofilię. Musiałem się zatem mierzyć z dylematem, czy ze względów etycznych nieodwołalnie skreślić ich jako artystów, czy przeciwnie, oddzielić sztukę od życia i delektować się ich twórczością pomimo ponurego tła. Chyba każdy, komu nie jest wszystko jedno, miewał w życiu podobne rozterki.

Filmów obu mistrzów nigdy nie przestałem pochłaniać, ale równocześnie śledziłem i śledzę wszystko, co pozwala zbliżyć się do prawdy. Czytam świadectwa, zeznania, wspomnienia. Odkrywając przy okazji hipokryzję, może także dezorientację kulturalnych elit: oto Roman Polański, który kobiety krzywdził seryjnie i został skazany przez sąd, nadal cieszy się w środowisku powszechnym szacunkiem, sympatią i współczuciem (bo nie może kręcić w Hollywood), natomiast na Woody’ego Allena, który został przez sąd dwukrotnie uniewinniony (choć domniemana ofiara niekoniecznie kłamie, raczej nią zmanipulowano, tutaj opowieść jej brata), spada ostracyzm. Na fali kampanii #MeToo zrywają z nim kolejni artyści.

Nie chcę wnikać w szczegóły, gigantów kina przywołuję tylko dlatego, że przykry dysonans poznawczy, który towarzyszył mi podczas obcowania z ich dziełami, teraz coraz częściej prześladuje mnie, gdy oglądam piłkę nożną. Wspominałem w niedzielnej notce o niesmaku, jaki poczułem, gdy w odstępie kilku godzin tytuły mistrzowskie we Francji oraz Anglii zdobyły kluby rządowe, finansowane przez reżimy znad Zatoki Perskiej. Obiecywałem do tematu wrócić i wróciłem, malując w „Gazecie” przerażający krajobraz ukryty za triumfami Manchesteru City, sponsorowanego przez Zjednoczone Emiraty Arabskie. Krajobraz mniej znany niż katarski, schowany za Paris Saint-Germain, lecz równie lub wręcz bardziej mroczny, odpalanie umieszczonego tam wideo zalecam wyłącznie czytelnikom o mocnych nerwach.

Nie zamierzam wyjękiwać z siebie naiwniutkich tez, jakoby futbol schodził na psy, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że zawsze stanowił wycinek rzeczywistości jak każdy inny, więc miewał jasne i ciemne strony – mundiale organizowali Mussolini i junta argentyńska, potęgę radzieckich klubów budował zbrodniarz Beria, dzięki stalinizmowi powstała mityczna węgierska złota jedenastka, futbolem bawili się kolumbijscy narkobaronowie, sam miałem trudną relację z Milanem Berlusconiego etc. Nie ma też powodu, by akurat dzisiaj sport miał być, w przeciwieństwie do innych dziedzin życia, nieskazitelny, i nie wiadomo, kto właściwie miałby zapobieć przejmowaniu PSG lub Manchesteru City przez ludzi podłej reputacji – skoro każdy może kupić dom towarowy w Paryżu lub osiedle luksusowych rezydencji w Londynie, skoro kapitał przelewa się globalnie, ponad granicami, to nie sposób ukryć też klubów sportowych. Sam zresztą irytowałem się na pomysły, by piłkarze ze względu na Putina zbojkowali tegoroczny mundial, ponieważ wymagalibyśmy wówczas od nich, żeby stworzyli elitę wyjątkowych wrażliwców, którzy dla szlachetnych celów poświęcają więcej niż reszta ludzkości. Wszak kraje zachodnie wciąż robią z Rosją interesy.

Zarazem czuję jednak, że szczyty futbolu wzbierają krwawym pieniądzem ponad miarę, zalewają nas zewsząd. Gdzieniegdzie ich właściciele biorą wszystko, jak w Paryżu, Manchesterze czy Londynie, a gdzieniegdzie zakradają się na koszulki lub inne eksponowane miejsca, jak w Barcelonie, Madrycie, Monachium oraz setkach innych klubów. Alternatywa powoli przestaje istnieć – o ile oczywiście mówimy o poziomie Ligi Mistrzów z przyległościami.

Robi się niedobrze, po głowie coraz częściej telepie się pytanie, jak na ten trend reagować. Jak oglądać brudną piłkę nożną.

Na razie nie umiem przestać. Męczy mnie to, ale nie umiem. Jedyna odpowiedź, jaka przychodzi mi do głowy, brzmi minimalistycznie. Interesuj się. Sprawdzaj, co pod spodem. Pisz nie tylko o golach. Niech wszyscy poczytają. Nie udawaj, że pachnie fiołkami, lecz niuchaj za smrodem Ligi Mistrzów jak za występkami filmowców z oscarowych nocy i Cannes.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Roma - FC Barcelona

Jak zaćwierkałem na Twitterze: AS Roma i Barcelona jedynie potwierdziły, że Liga Mistrzów to jeden z najgenialniejszych wynalazków ludzkości. Nigdy nie pojmowałem narzekań na nią, nigdy mnie nie nudziła, jęczeć może tylko ten, kto nie patrzy na boisko albo nie rozumie, co się tam dzieje. Ja wariuję na sam dźwięk hymnu, czasami się boję, że umrę w wieczór z Champions League od nadmiaru wrażeń.

Dzisiaj spoglądałem na murawę w Manchesterze, bo tylko tam miała prawo wydarzyć się sensacja, do Rzymu zajrzałem dopiero w końcówce. Dlatego podzielę się jedynie czterema niespójnymi refleksjami – nablogować muszę, inaczej nie umiem.

1) Dzisiejsze 3:0 dla Romy to najbardziej sensacyjne zmartwychwstwanie w Lidze Mistrzów od 2004 r. Kiedy w minionym roku Barcelona brała odwet na Paris Saint-Germain za czterobramkową klęskę, to jej wyczyn w całej swej niesamowitości wyglądał na logiczny – fantastyczni piłkarze dokonali fantastycznego. Dlatego w poszukiwaniu analogii należy się cofnąć do Deportivo La Coruna z czasów trenera Javiera Irurety, które po porażce z Milanem 1:4 odpowiedziało wynikiem 4:0. Aż wstyd się przyznać, ale i wówczas, i teraz wszystko tłumaczyłem sobie postawą faworytów, którzy rywali zwyczajnie zlekceważyli – a potem nie zdążyli się już ocknąć. Dlaczego „wstyd się przyznać”? Ano dlatego, że trochę to ujmuje zasług bohaterom.

2) Wiosna 2018 uczy nas, że nie ma żadnego sensu wymachiwać wynikami z Ligi Mistrzów, by udowodnić wyższość jednej ligi krajowej nad inną. Kibice wdają się w takie awantury notorycznie, więc po wyeliminowaniu przez Sevillę Manchesteru United, niósł się po internecie rechot, że piąta/szósta/siódma drużyna z Hiszpanii pobiła wicelidera z Anglii. Co zwolennicy tego miażdżącego argumentu powiedzą teraz o zwycięstwie Romy, która we Włoszech traci 21 punktów (!) do Juventusu, nad Barceloną, która bawi się w krajowej Primera Division jak chce?

3) Już dzisiaj prawie na pewno wiadomo, że jeśli za kryterium siły przyjmować dorobek z lig krajowych, to półfinały Champions League będą obsadzone marnie jak nigdy. Roma traci do lidera 21 punktów, Liverpool – 17 pkt., Real Madryt – 15 pkt. Choć może nie wypada przesądzać, że ci ostatni wyrzucili już z rozgrywek Juventus? A może i Bayern powinien uważać z Sevillą?

4) Odpadł sensacyjnie i bezdyskusyjnie Pep Guardiola, odpadła sensacyjnie Barcelona. Katalonia została dzisiaj zburzona.

23:35, rafal.stec
Link Komentarze (86) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Niniejszy portret najskuteczniejszego piłkarza ligi angielskiej wymalowywałem w nastroju pokutnika – dlaczego akurat w takim, wyjaśniam w felietonie. Przeczytacie go tutaj.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
Archiwum
Tagi