Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Chyba najgorętszy temat ostatnich dni – tygodni? – w Lidze Mistrzów. Że wirtuozom gwiżdżą patałachy, a z wprowadzeniem powtórek wideo nie wolno zwlekać do jutra, należy wprowadzić jutro. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

10:13, rafal.stec
Link Komentarze (71) »
środa, 19 kwietnia 2017

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

2013: finał Ligi Mistrzów. 2014: ćwierćfinał. 2015: półfinał. 2016: półfinał. 2017: ćwierćfinał. Robert Lewandowski krąży wokół trofeum, ale wciąż go nie dotknął, ostatnio nawet nieco się od łupu oddalił. A czas płynie – dla wyczynowego sportowca szybciej niż dla nas – i w przyszłym roku nasz supernapastnik dobiegnie do trzydziestki.

Niebawem awansuje też do kategorii „najwybitniejsi aktywni piłkarze, którzy nie zdobyli Pucharu Europy”. Grona ekskluzywnego, tam, gdzie przebywają 39-letni Gianluigi Buffon czy 35-letni Zlatan Ibrahimovic. Bardziej będzie przypominał tego drugiego, i to nie dlatego, że również jest napastnikiem – po prostu Włoch wziął już złoto na mundialu, natomiast Szwed, choć słusznie cieszy się sławą wirtuoza, szaleje jedynie w aspekcie krajowym. W Lidze Mistrzów wiecznie przegrywał, aż zleciał do Ligi Europy.

Lewandowski również kolekcjonuje zaszczyty – drużynowe oraz indywidualne – wyłącznie na poziomie lokalnym. Był mistrzem Polski i królem strzelców tzw. ekstraklasy, wkrótce zostanie po raz piąty mistrzem Bundesligi i, być może, po raz trzeci królem strzelców Bundesligi. A z reprezentacją narodową, podobnie jak Ibrahimoviciowi, trudno mu będzie pogonić wszystkich na mundialu.

Dlatego nadciągają poważne dylematy. Trwać w Bayernie, który zresztą raczej nie będzie chciał rozstania, czy jednak wyrywać gdzie indziej? Monachium pozostanie potężny, ani mi w głowie wrzeszczeć, że potrzebuje totalnej rewolucji, bo nie wytrzymał zderzenia z Realem Madryt. Istnieją jednak dostrzegalne gołym okiem powody, by sądzić, że wymaga sporej rekonstrukcji. Gdy na Santiago Bernabéu trener Carlo Ancelotti rzucił wszystko, co ma najlepszego, to oglądaliśmy bardzo dojrzałych skrzydłowych (34-letni Franck Ribery i 33-letni Arjen Robben) oraz zmierzających ku schyłkowi karier Philippa Lahma i Xabiego Alonso, a jedynakiem przed 25. urodzinami był David Alaba. Czy odświeżanie drużyny przebiegnie łagodnie? A nawet jeśli przebiegnie łagodnie, to czy Bayern nie odczuje przykrych skutków ubocznych okresu przejściowego w Lidze Mistrzów?

Najcenniejsze klubowe trofeum będzie lub już jest obsesją Lewandowskiego, dla najwybitniejszych futbolistów to prawdopodobnie odruch bezwarunkowy. Gigant o jego gabarytach musi też mierzyć w Złotą Piłkę. Do tego trzeba jednak idealnych wyborów i niezbędnego w sporcie łutu szczęścia, samodzielnie można co najwyżej tłuc statystyczne rekordy. Ja już w grudniu 2015 roku przekonywałem, że pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy monachijski napastnik zagra w Realu, i nadal się tamtego proroctwa trzymam. Strategia madryckiego króla Florentino Pereza polega bowiem na tym, że co pewien czas prezentuje on sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo) – tymczasem napastnik Bayernu wciąż nie ma tu konkurencji.

I liczę, jeśli wolno mi zboczyć na chwilę w myślenie magiczne, że nieubłagana logika dziejów połączy kandydata na polskiego piłkarza wszech czasów z najbardziej utytułowanym klubem wszech czasów. Gdyby jednak życie miało się potoczyć inaczej, to też może być pięknie, ja jako kibic życzę mu tylko jednego – Robert, nigdy nie bądź Zlatanem.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

AC Milan, Silvio Berlusconi

O sprzedaży Milanu – ciągnęła się ta opera mydlana półtora roku – pisałem tutaj w czwartek, gdy negocjacje wreszcie sfinalizowano, a jesienią spisałem obszerną sylwetkę ustępującego właściciela klubu. Postanowiłem jednak dopisać jeszcze post scriptum, bo dotarło do mnie, że to on stworzył System, że nikt nie wpłynął bardziej na model nowoczesnego futbolu. Cotygodniowy felieton przeczytacie tutaj.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Liga Mistrzów, Borussia Dortmund, zamach

Thomas Tuchel oskarża europejskie władze futbolowe, że jego piłkarze zostali zmuszeni do gry w Lidze Mistrzów ledwie 24 godziny po ataku bombowym na klubowy autokar, w którym ranny został jeden z nich, obrońca Marc Bartra. „Nikt nas o nic nie spytał”, „czuliśmy się bezsilni i potraktowani, jakby ktoś w nas rzucił puszką piwa”, „chcieliśmy mieć więcej czasu na poradzenie sobie z sytuacją, ale go nie dostaliśmy”. Co istotne, trener Borussii Dortmund protestował jeszcze przed meczem z AS Monaco, nie wolno posądzać go o szukanie usprawiedliwień po porażce.

UEFA w oficjalnym oświadczeniu przysięga, że porę rozpoczęcia odwołanego spotkania konsultowała z oboma klubami i od żadnej ze stron nie usłyszała sugestii, jakoby piłkarze którejkolwiek ze stron nie chcieli grać.

Słowo przeciw słowu, ustalenie prawdy będzie być może niemożliwe. Jak zazwyczaj, gdy negocjacji nikt ani oficjalnie nie protokołuje, ani nawet nie podsłuchuje. Trudno posądzać o konfabulowanie piłkarzy, mających oczywiste prawo do bycia nie w nastroju na mecz – Sokratisa Papastathopoulosa („czułem się traktowany jak zwierzę”, „UEFA musi zrozumieć, że jesteśmy ludźmi, mamy w domach dzieci”), Nuriego Sahina („do wejścia na boisko w drugiej połowie w ogóle nie myślałem o futbolu”), Matthiasa Gintera („nikt z nas nie chciał dzisiaj grać”) czy Marcela Schmelzera („bardzo szkoda, że nie wyznaczono innej daty”). Nawet jeśli oni wyrażali żal już po porażce. Niełatwo też uwierzyć w tępe okrucieństwo europejskich oficjeli. I dlatego, że po zamachach przywykliśmy do powszechnych gestów solidarności oraz głębokiego zrozumienia, i dlatego, że zmuszanie zszokowanych sportowców do gry byłoby wizerunkowym samobójstwem. Także ze względów czysto biznesowych z trudem wyobrażam sobie, jak Borussia głośno prosi o dłuższą zwłokę, a władze UEFA rzucają twarde „nie”.

A jeśli – pohipotetyzuję – to dortmundzcy działacze podjęli decyzję niejako w imieniu drużyny? Jeśli zgrzeszyli zaniedbaniem, zbyt lekkomyślnie i prędko, bez długiego sondowania piłkarzy, przystając na 18.45 w środę? UEFA i inne władze sportowe zasadniczo nigdy nie rozmawiają o sprawach organizacyjnych bezpośrednio z zawodnikami, lecz z reprezentującymi ich instytucjami. A szefowie Borussii również zdają sobie sprawę, iż terminarz rozgrywek jest napięty.

Po zamachach często słyszymy mający dodać nam otuchy refren, wedle którego „terroryści nie wygrali”, bo „nie zmienimy naszego stylu życia”, „będziemy wierni swoim wartościom” etc. Pocieszające, acz nie całkiem prawdziwe – zbrodniarze jednak przekształcają rzeczywistość. Wpływają na stanowione prawo, skłaniając nas do ograniczenia wolności dla zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, choćby urojonego; wywołują lęk, zresztą często niewspółmierny do zagrożenia, skoro ryzyko śmierci w wypadku samochodowym czy innych prozaicznych okolicznościach pozostaje wielokrotnie wyższe niż śmierci w ataku bombowym; często wzmagają niechęć lub nienawiść do Bogu ducha winnych obcych, choć ci też są ofiarami, a nie wspólnikami morderców. Terroryści przegrywają co najwyżej wtedy, gdy nie uda im się zabić. Jak w Dortmundzie.

I wówczas – ale również po ataku udanym – życie pomimo żałoby istotnie toczy się dalej. Co w sporcie polega na tym, że kontynuujemy rozgrywki. Albo natychmiast, albo trochę je odwlekając, albo odkładając powrót do walki na następny sezon. Każdy przypadek jest inny, każdy analizujemy osobno. A podjąć decyzję rozsądną, odpowiadającą wszystkim i trafiającą we wszystkie wrażliwości, jest raczej trudno niż łatwo.

Jeśli piłkarze Borussii nie czuli się na siłach, by grać, to nie mamy prawa z nimi dyskutować. Nie nam eksplodowało przy uszach, nie wiemy, co przeżyli. We wtorek wszyscy działali jednak w sytuacji nadzwyczajnej, krytycznej. W świecie piłki nożnej nie istnieją precyzyjne procedury reagowania na zamachy, bo procedury zwykle powstają dopiero wtedy, gdy pojawia się praktyczna potrzeba. Nawet przy maksimum dobrej woli przedstawiciele UEFA, Borussii i Monaco, jeśli starali się postępować pragmatycznie, mieli zatem aż nazbyt dużą szansę na popełnienie błędu. Zwłaszcza że obie drużyny wciąż rywalizują w trzech rozgrywkach. I szefowie obu mogli czuć presję czasu.

Jak istnieje refren o terrorystach, którzy „z nami nie wygrali”, tak istnieje klisza o działaczach sportowych jako typach obowiązkowo bezdusznych, cynicznych, gotowych sprzedać sumienie za jednego dolara więcej. Nie powstała z niczego, więc umiem sobie wyobrazić, że i tu zadziałała inspirowana chciwością bezwzględność (choć podejrzenie obejmuje ludzi i UEFA, i obu klubów). Trudniej mi uwierzyć, że europejskie władze rozkazałyby grać, gdyby prezes Borussii oficjalnie ogłosił, iż rozbita psychicznie drużyna nie jest w stanie wyjść na boisko. Nie ze względu na nieprzebrane pokłady empatii, lecz z dbałości o interes.

W każdym razie terroryści, którzy początkowo wydawali się w Dortmundzie przegrać, coraz bardziej wygrywają. Z każdą kolejną chwilą awantury. Wywołali chaos w Lidze Mistrzów, sprowokowali wojnę domową w europejskiej piłce nożnej, obudzili demony w jaźniach kibiców, którzy albo zarzucają najgorsze intencje UEFA, albo – w skrajnych przypadkach, niepojęte – widzą w piłkarzach Borussii rozhisteryzowanych mięczaków.

środa, 12 kwietnia 2017

Juventus

Jak stali czytelnicy wiedzą, w kibicowaniu piłce nożnej zboczyłem nieco od mainstreamu – nie jestem plemienny, notorycznie bywam za to sezonowcem. Względem Milanu pozostaję stały w uczuciach, jednak skokom w bok oprzeć się nie umiem, ba, ulegam nawet drużynom, których teoretycznie powinienem serdecznie nie znosić. Na przykład zimą 2009/10 uwiódł mnie Inter pod rządami José Mourinho, wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że mediolańczycy są skazani na klęskę, w 1/8 finału Ligi Mistrzów przepowiadałem wręcz, że zdobędą trofeum.

Teraz też zostałem wzięty przez wrogów. Tym razem tych z Juventusu. I karierę w Champions League wieszczyłem im nawet wcześniej, podobnie jak Leonardo Bonucci życzyłem im prędkiego wylosowania Barcelony.

Wtorkowy wieczór w Turynie śledziłem więc z niejakim spokojem, wyczekując na nieuniknione i zanurzając się w szczegóły. Było właśnie tak, jak miało być.

Przyznawałem się już felietonowo, że intryguje mnie klimat szatni Juventusu. Stale tam bulgocze, zadyma goni zadymę, zamiast wyjadać sobie z dzióbków piłkarze i trener Massimiliano Allegri dają sobie raczej po mordach. Ale w godzinach próby wszystkich łączy wspólny cel.

Lubię też architekturę tej drużyny, zwłaszcza w kształcie przedstawionym w meczu z Barceloną. Architekturę, w której wyodrębniłbym trzy elementy.

Włoski był tylko mur osłaniający bramkę. Wiekowy, lecz niezniszczalny. 39-letni Gianluigi Buffon, 30-letni Leonardo Bonucci oraz 32-letni Giorgio Chiellini to ludzie nie do złamania (czasami dołącza do nich lub wyręcza jednego z obrońców 35-letni Andrea Barzagli).

Na flankach wspierali go Brazylijczycy. Dani Alves, który przed chwilą był najznakomitszym ofensywnym prawym obrońcą na świecie, oraz Alex Sandro, który zaraz może być najznakomitszym ofensywnym lewym obrońcą na świecie.

Wreszcie atak, wedle osławionych włoskich wzorców wprost nieprzyzwoicie rozbudowany, tworzyli napastnicy Gonzalo Higuaín, Paulo Dybala i Mario Mandżukić oraz skrzydłowy Juan Cuadrado. Lekka przesada, prawda? Tylko pozornie, harujący na skrzydłach Chorwat i Kolumbijczyk wzbijali się bowiem na szczyty wielofunkcyjności – aż mnie korciło, żeby wam przywalić „multitaskingiem”, ale odpuszczę. Wsparli Dybalę asystami przy obu golach, a zarazem niezmordowanie odwalali brudną robotę po bokach boiska, czyli tam, gdzie chcieliby grasować Leo Messi i Neymar. (Nawiasem mówiąc, w tamtym Interze dzisiejszą rolę Mandżukicia odgrywał Samuel Eto’o).

Wszechstronność skrzydłowych w turyńskiej kompozycji – z estetycznego punktu widzenia – doceniam szczególnie, ponieważ ilustruje naczelną cechę całego Juve. Uniwersalność. Być może znajdziemy w Lidze Mistrzów drużyny silniejsze, Real Madryt i Bayern Monachium na pewno górują bogactwem kadrowym (Mario Lemina i Tomás Rincon dali we wtorek słabe zmiany). Jednak nigdzie piłkarze nie czują identycznego komfortu zarówno w ataku, jak i obronie. Także w obronie głębokiej, którą niewprawne oko mogłoby uznać za przejaw słabości, ulegania wpływowi przeciwnika.

Nie, jeśli turyńczycy cofają się całą falangą na własną połowę lub wręcz pod własne pole karne, to wyłącznie dlatego, że tak sobie wymyślili. Poruszają się w zwartym szyku zawsze („elementy” przywołuję wyżej umownie), także w ataku i oddalonym od swojej  bramki pressingu. Taki futbol się ogląda!

A poza tym roi się tam od weteranów, średnia wieku regularnie przekracza 30 lat. To wyciska łzę w oku fana Milanu, który pamięta, że Milan po najcenniejsze zaszczyty wysyłał niedawno najstarszą drużynę w dziejach kosmosu.

Lubię, gdy za poważne piłkarskie misje zabierają się dorośli.

niedziela, 19 marca 2017

AS Monaco, Liga Mistrzów

AS Monaco pozostaje osobliwością na skalę europejską, przypadkiem w Lidze Mistrzów ekstremalnym. Tak tam bogato, że aż biednie. Cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

20:42, rafal.stec
Link Komentarze (21) »
czwartek, 16 marca 2017

Liga Mistrzów

Czysta piłka nożna, jak wiadomo, kibicowi nie wystarcza. Nie wystarcza nam oglądanie porywającego meczu, nie wystarcza śledzenie najbardziej fascynującej opowieści o budowaniu lub ewoluowaniu drużyny, nie wystarcza przyglądanie się, jak rozwijają się zawodnicy, choćby wirtuozerscy. Kibice pożądają jeszcze szczególnego motywu fabularnego. Motywu będącego kombinacją pojedynku Dawida z Goliatem oraz opowieści o jeźdźcu znikąd, który pojawia się znienacka i zostaje bohaterem.

Szukamy go zawsze i wszędzie, nawet jeśli dla osiągnięcia celu musimy nagiąć rzeczywistość.

Tej wiosny w Lidze Mistrzów urzekły nas historie Leicester i AS Monaco. Biedniejszych, słabszych, skazanych na zagładę, bezbronnych jak niemowlęta. No, może z tymi bobasami nieco przesadziłem, chroniący tam pola karnego Wes Morgan, Robert Huth czy nasz Kamil Glik mogliby dokonać wyrębu lasu gołymi rękami.

O Leicester jako ściemie pisałem już poprzedniej wiosny, gdy drużyna Claudio Ranieriego pruła po mistrzostwo Anglii. Owszem, sensacyjne. Ale nie zdobyli go, wbrew potocznemu przeświadczeniu – lub powszechnej intuicji – gołodupcy. Tam nędza nie występuje, tam bardzo bogaci tłuką się z obrzydliwie bogatymi. I jeśli kryterium ma być kondycja finansowa klubu, to w Lidze Mistrzów piłkarze Leicester po prostu robią, co do nich należy. Jako przedstawiciele futbolowej firmy o 20. najwyższych przychodach na świecie, pokonali wyłącznie uboższych – FC Porto, Copenhagen, Club Brugge oraz Sevillę. Tę ostatnią przepchnęli zresztą dość szczęśliwie, m.in. dzięki rzutom karnym obronionym przez Kaspera Schmeichela w obu meczach.

Wprawdzie obecnie Leicester ledwie wystaje ponad strefę spadkową, ale to punkt odniesienia mylący, skoro piłkarze właśnie uwolnili się od Ranieriego, z którym ewidentnie się poróżnili. Odkąd władzę nad nimi przejął trener Craig Shakespeare, wyłącznie wygrywają, a we wtorek wygrali z Sevillą w składzie identycznym, jak ten z ubiegłego sezonu, poza jednym wyjątkiem –N’Golo Kanté zastąpił Wilfred Ndidi, pozyskany zimą za, bagatela, 17 mln funtów. Czy zatem ekipa, która w ubiegłym sezonie pogoniła wszystkich w lidze angielskiej, a przed chwilą rozbiła Liverpool, miała położyć się przed Sevillą?

Młodzieńców reprezentujących księstwo Monako, choć z ich twarzami dopiero się w bieżącym sezonie zaznajamiamy, też nie sposób uznać za jeźdźców znikąd. Czołowa drużyna z czołowej ligi europejskiej, która czerpie z fantastycznie wydajnych fabryk francuskiej (Kylian Mbappé został przećwiczony w słynnym Clairefontaine) czy portugalskiej (Bernard Silva znany w szatni jako „guma do żucia”), w każdej chwili może wyskoczyć na poziom ćwierćfinałów LM. Nawet jeśli zderzy się z Manchesterem City – to ostatecznie przedstawiciele angielskiej Premier League, czyli rozgrywek, który w minionych trzech sezonach miały na tym poziomie ledwie dwa kluby, przy dziewięciu hiszpańskich, pięciu niemieckich oraz czterech francuskich.

Słowem, Liga Mistrzów 2016/17 to edycja rozgrywek pozbawiona jakichkolwiek sensacji, do ćwierćfinałów przetrwał kwartet najsilniejszych w minionych latach – Atlético, Barcelona, Bayern, Real – a otaczają go inni potentaci. Z czego nie czynię zresztą zarzutu. Przeciwnie, kibicom, którzy stękają, że „wygrywają ciągle ci sami”, pomieszało języki, w ten sposób można zdezawuować wszystkie turnieje świata, od Bundesligi, w której rządzi Bayern, Hiszpanię z tasiemcem El Clásico, przez ekstraklasę z Legią i podskakującym jej od czasu do czasu Lechem, po mundiale, na których panuje kilka potęg z Ameryki Płd. i Europy. Futbol i tak pozostaje grą zespołową najbardziej nieprzewidywalną, to rzecz zbadana przez statystyków.

Bez niespodzianek też jednak dzieje się pasjonująco, tej wiosny Liga Mistrzów, że się tak poetycko wyrażę, urywa jaja. A jeśli koniecznie chcecie urokliwych historyjek, to proponuję życiorys dwóch obrońców, którzy wiosną 2011 roku spuścili do drugiej ligi włoskiej Bari. Jeden był wtedy w 24. roku życia, drugi zbliżał się do 27. urodzin, obaj wylądowali w prowincjonalnym klubiku na wypożyczenie, wykopani z drużyn też raczej średnich – Palermo oraz Bologny. Wydawało się, że owszem, może trochę na sporcie zarobią, ale wielu ekscytujących doświadczeń nie zbiorą. Szaraczki.

Nazywali się Kamil Glik i Andrea Raggi. Od środy dumni ćwierćfinaliści Ligi Mistrzów. Wraz z całym cesarstwem Monaco.

15:59, rafal.stec
Link Komentarze (10) »
czwartek, 09 marca 2017

Wiem, po niewiarygodnym środowym dreszczowcu (tutaj mój tekst pisany na gorąco) wszyscy się żołądkują, że probarceloński spisek, że paryżan obrabował sędzia, że Liga Mistrzów w obliczu tak bezczelnego przekrętu nie ma sensu. Rozumiem i może się jeszcze do tematu odniosę, o ile mnie wystarczająco wnerwi spiskologiczny harmider. Na razie chcę złożyć mały hołd, taki na możliwości niszowego bloga, cichemu bohaterowi środowego szlagieru 1/8 finału. Imię jego Marc-André, nazwisko Ter Stegen.

Poniższy epizod zapisuję zresztą także dla siebie. Wspominałem już, że blog traktuję również jako prywatne archiwum, a te sekundy zasługują na oprawienie w ramkę. Ostatecznie rozstrzygnęły o ekstazie Barcelony i rozpaczy Paris Saint-Germain, a ja wyraźnie zobaczyłem ich szczegóły dopiero nocą, przy powtórnym oglądaniu.

Jesteśmy zatem w doliczonym czasie gry, sędzia już nabiera powietrza, by gwizdnąć na pohybel Barcelonie. Goście modlą się o przetrwanie, gdy wybitą piłkę przejmuje w pobliżu środka boiska Arda Turan:

Barcelona - PSG

Marco Verratti atakuje wślizgiem, jeśli mu się powiedzie, to będzie miał przed sobą pustą bramkę – kataloński golkiper Marco Ter Stegen pognał wcześniej w paryskie pole karne, dopiero wraca. I Włoch trafia w piłkę! To jest ruch na 2:5, ostatecznie przesądzający o awansie PSG:

Barcelona - PSG

Verrattiego od sukcesu dzielą centymetry, jednak z odsieczą partnerowi z drużyny nadciąga Ter Stegen. Sunie sprintem, odkrywa w sobie wewnętrznego N’Golo Kante, przejmuje piłkę:

Barcelona - PSG

Ter Stegen przejmuje piłkę i, atakowany przez Verrattiego, podejmuje kluczową decyzję. Nie kopie jej na oślep, lecz drybluje. Odruch wybitnie barceloński. Verratti nie daje za wygraną, fauluje. Fauluje bramkarza rywali na własnej połowie:

Barcelona - PSG

I za chwilę Barcelona wykona rzut wolny. Rzut wolny o nieodwracalnych skutkach... Wklejam zdjęcia zamiast wideo, żeby sześć historycznych sekund rozciągnąć, podelektować się, wdrukować sobie te kadry w łeb. I sporządzić mozaikę hołd.

Oto bramkarz, który na chwilę przeobraził się w defensywnego pomocnika, mgnienie oka później staje się zawodnikiem ofensywnym. Mija rywala, pada po faulu, dzięki odgwizdanemu rzutowi wolnemu Barcelona rozpoczyna ostateczną, zwycięską akcję. A Ter Stegen kilka chwil wcześniej zatrzymał w pojedynku oko w oko Edinsona Cavaniego!

Ilekroć w przyszłości o Niemcu pomyślę, staną mi przed oczami te kadry i poniższy diagram. Z bramkarzem faulowanym tylko raz podczas całego meczu, na połowie przeciwnika. Diagram ikoniczny:

Marc-Andre Ter Stegen. Barcelona - PSG

wtorek, 14 lutego 2017

Stękają ci, że Liga Mistrzów nudna jak flaki z olejem, że zawsze kopią ci sami, że komerchą aż cuchnie, sport z multipleksu, nieautentyczny, i jeszcze ten szmal, zawsze brudny, ufajdany ropą, gazem albo innym Abramowiczem. I nawet zaczynasz się zastanawiać. Może mają rację, przecież tylu wytrawnych znawców musi wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Wątpisz.

Ale potem zaczyna się mecz. Wjeżdża na boisko drużyna bolid, przykładowo z Paryża – ufundowanego na mamonie szczególnie obrzydliwej, bo katarskiej. I rozjeżdża ów bolid tę wielką, cudowną Barcelonę. Patrzysz w zbaranieniu, jak tka grę Marco Verratti, gapisz się na opętanego demona prędkości Draxlera, zadajesz sobie pytanie, kiedy PSG padnie trupem od wściekłego pressingu. Nie, temu nie sposób nie ulec. Oni, piłkarze, też czują, że Champions League jest ponad wszystko, widać to w każdym ich geście. Dostajesz mecz petardę, oglądasz ogłuszony, słyszysz wyłącznie własne myśli – Liga Mistrzów jest najpiękniejszym prezentem, jakim obdarowano kibica,  Liga Mistrzów to najlepszy futbol, jaki się wydarzył, niech Liga Mistrzów trwa wiecznie.

Spisałem te akapity w przerwie, nie wiem, co będzie dalej. Ale wiem, że już odzyskałem wiarę, ciut nadwątloną przez tamto marudzenie. Wystarczył kwadrans patrzenia na boisko. Tam nie widać pieniędzy ani bonzów, do których należą kluby. Tam jest tylko czysty, wielki sport.

21:43, rafal.stec
Link Komentarze (24) »
czwartek, 08 grudnia 2016

Legia Warszawa wiosną w Europie

Jeśli spojrzeć na całą współczesną geografię – i hierarchię – Ligi Mistrzów, wyczyn warszawskich piłkarzy jest nawet bardziej wyjątkowy niż się zdaje.

Gdyby te rozgrywki były sceną polityczną, nazywalibyśmy je „zabetonowanymi”. Zamiast członków kilku stale panujących partii, mamy tu kluby kilku stale panujących krajów.

O ile dzieląca świat liberalnej demokracji od świata demokracji ludowej Żelazna Kurtyna zniknęła z mapy u schyłku lat 90. i już nie wróciła, o tyle w Champions League pojawiła się u schyłku XX wieku. Po 1999 roku, w którym po boiskach szalało Dynamo Kijów legendarnego trenerskiego rewolucjonisty Walerego Łobanowskiego, piłkarze żadnego klubu z terytorium dawnego bloku socjalistycznego nie zdołali już awansować do półfinału. O finale nawet nie wspominając.

Co gorsza – patrząc z naszej perspektywy – trend się nasila, ponieważ w trwającej dekadzie nieosiągalny dla byłych demoludów stał się nawet ćwierćfinał. Udało się tylko Szachtarowi Donieck, i to ledwie raz, w sezonie 2010/11, choć łącznie na tym etapie rozgrywek było w tym okresie do obsadzenia 48 miejsc. Ile by nie inwestowali oligarchowie ukraińscy czy rosyjscy, w zderzeniu z Zachodem pozostają bez szans. A kogo by nie wystawiał Zachód, wychodzi na swoje. Tej jesieni nawet absolutni debiutanci z Leicester znokautowali grupowych rywali. Co zresztą uświadamia, że jęki, jakoby kibice Ligi Mistrzów byli skazani na śmierć z nudów – ponoć „zawsze grają ci sami” – nie mają pokrycia w faktach. Skład rozgrywek jednak intensywnie się zmienia.

Sam Zachód też rozpadł się na Zachód dwóch prędkości. Władzę trzymają w istocie przedstawiciele sześciu państw - Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii, Portugalii, Włoch - i również systematycznie ją wzmacniają. Z 64 półfinałowych miejsc w XXI wieku oddali zaledwie jedno (!), zajęte w wiosną 2005 r. przez holenderskie PSV Eindhoven.

Dopiero bieżącej jesieni przedstawiciele panującego sekstetu – pięć najsilniejszych gospodarek unijnych plus niesamowicie wydajna futbolowa Portugalia – ustanowili jednak wszelkie rekordy. Wśród wszystkich klubów, które przetrwały fazę grupową i awansowały do 1/8 finału, nie znajdziemy mianowicie żadnego spoza elity elit. Wiosną w Champions League poczwórnie reprezentowana będzie Hiszpania, potrójnie – Anglia i Niemcy, a podwójnie – Francja, Włochy i Portugalia.

To przypadek absolutnie bezprecedensowy, dotąd w obecnej formule rozgrywek do drugiej rundy zawsze przekradał się klub z Rosji, Ukrainy, Szwajcarii, Grecji, Holandii, Szkocji czy Turcji. A zazwyczaj przeżywało do wiosny kilka takich klubów. Teraz z olbrzymim wysiłkiem wygrywają z oligarchią choćby nieliczne, pojedyncze mecze.

A dla klubów z byłych krajów socjalistycznych takie pojedyncze wygrane stają się już właściwie niemożliwe. W bieżącej edycji LM próbowały się one z przedstawicielami sekstetu 30 razy, zwycięstwo odnosząc dwukrotnie. Powiodło się piłkarzom z Rostowa (3:2 z Bayernem) oraz Legii (1:0 ze Sportingiem).

Tylko mistrzowie Polski zdołali jednak urwać w tych starciach aż cztery punkty. Zdołali pomimo niesprzyjającego losowania, w końcu wcześniej musieli zatrzymywać – w Warszawie skutecznie – broniący tytułu Real Madryt. Ich popisy do minionej środy wywoływały uczucia, delikatnie mówiąc, ambiwalentne, nie wiedzieliśmy, czy martwić się wyrównanym rekordem największej liczby straconych w fazie grupowej goli, czy raczej cieszyć się, że ledwie 10 uczestników LM zdobyło w tej edycji więcej bramek.

Teraz już żadnych wątpliwości nie ma. Biorąc pod uwagę brutalne okoliczności, Legia osiągnęła wynik rewelacyjny. Wycisnęła maksimum dostępne dzisiaj dla klubów z naszego – szeroko pojętego „naszego” – regionu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
Archiwum
Tagi