Wpisy z tagiem: Liga Mistrzów

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

W ostatnich dniach prawie nie zerkałem do internetów, ale dzisiaj zerknąłem i natychmiast zalało mi uszy gromadnym, podawanym w wielu językach rechotem z naiwności Barcelony, która wyrzuciła w błoto 40 mln euro. Zapłaciła tyle za kopacza z ligi chińskiej, znaczy wpuściła do szatni urągającego jej godności patałacha, znaczy rządzą nią skończeni idioci, znaczy ubiła w najgorszy w dziejach futbolu.

Od razu przyznaję: nie mam wyrobionej mocnej opinii o minionych kilkunastu czy choćby kilku miesiącach w karierze Paulinho. Na chińskie boiska nie patrzę wcale, widuję go tylko w reprezentacji Brazylii. Skrajnie krytycznie oceniam zarazem działania szefów katalońskiego klubu, którzy od dawna zachowują się jak sabotażyści, pogrążając Camp Nou w chaosie. W gwałtownej reakcji na transfer brazylijskiego pomocnika wyczuwam jednak klasyczną stadną panikę – a może histerię? Działa tu też frustracja po utracie Neymara – w której kwestie merytoryczne nikogo nie interesują. Albo przypomną ci odpowiednio dobranym wideo, jak straszliwie zawiódł Paulinho w Tottenhamie, albo chlapną, że Real Madryt przechwycił przed dwoma laty zjawiskowo zdolnego Marco Asensio za 3,9 mln, kwotę dziesięć razy mniejszą. Jeden gigantyczny mem i kręcenie beki, w Barcelonie pogłupieli, w Barcelonie rozdają miliony za okręgówkę.

Nie wiem, czy spowodował to odwyk od wokółtransferowego jazgotu w nowych mediach, w każdym razie poczułem się walnięty siekierą w łeb.

Paulinho to absolutnie podstawowy piłkarz odnowionej reprezentacji Brazylii, która szaleje w eliminacjach mundialu jak, nie przymierzając, drużyna Adama Nawałki – tyle że „Canarinhos” brykają w morderczej strefie południowoamerykańskiej. Paulinho w tych rozgrywkach nie opuścił boiska od 450 minut, zresztą biega w kadrze obok Casemiro, jednego z bardzo chwalonych ostatnio bohaterów Realu Madryt. Paulinho uchodził za niezbędnego w swoim dotychczasowym klubie Guanghzou Evergrande (4461 z 4700 minut w dwóch najnowszych sezonach ligi chińskiej), który jak zwykle mierzy w triumf w azjatyckiej Champions League, więc nie miał powodu się go tanio pozbywać. Ile zatem powinna w tym wypadku wynosić „rozsądna” cena, skoro Neymar kosztował 222 mln, skoro cały świat wie, ile Barcelona zainkasowała i tym samym ma do wydania, skoro nikogo nie wzruszy, jeśli Barcelona jutro rzuci za Coutinho, innego członka brazylijskiej kadry, okrągłe 100 mln?

Sporządzenie wszelkich rankingów wszech czasów – w typie: „Paulinho to czwarty najdroższy gracz w historii katalońskiego klubu” – straciło ostatnio sens. X kosztuje znacznie więcej tylko dlatego, że kupuje się go dzisiaj, a nie wczoraj. Można kwestionować sportową zasadność ściągania Brazylijczyka (tłok w środku pola, los Sergiego Roberto etc.), można przy dużej fantazji uważać trenera Ernesto Valverde za ofiarę losu, wręcz należy wściekać się na głęboką niespójność transferową katalońskich menedżerów, która daje drużynie przeciętniaków, a odbiera Thiago Alcantarów i Bellerinów. Paulinho to jednak posunięcie dopiero do zweryfikowania, enty reprezentant „Canarinhos” na Camp Nou, z oczywistych względów dość kosztowny. I absurdem jest posądzanie kogokolwiek przy minimalnych władzach umysłowych, że sprowadził tego gracza „zamiast” Marco Verrattiego, czyli wymarzonego spadkobiercy Xaviego, którego ponoć „nie potrafiono” podebrać Paris Saint-Germain.

To o tyle nieuczciwe, że paryżanie są przeciwnikiem, jakiego nie było, najpotężniejszym z możliwych, przy którym przerażający kiedyś Roman Abramowicz – też obcy wpraszający się do europejskiej czołówki – karleje do gołodupca. Jeśli katarscy właściciele PSG wykładają 222 mln na Neymara, przygotowują się do porównywalnego skoku na Kyliana Mbappé i jawnie szydzą z Finansowego Fair Play, to znaczy, że znajdą wystarczająco dużo determinacji, by skutecznie przytrzymać również Verrattiego. Sama Barcelona, zasadzając się na niego, zasugerowała, że to potencjalnie najlepszy rozgrywający na świecie.

środa, 02 sierpnia 2017

Latami ciągnąłem łacha z popisów polskich drużyn w europejskich pucharach – jak my wszyscy, to jeden z nadwiślańskich sportów narodowych – w których nasi obrywali od każdego, nawet najbardziej niewydarzonych kopaczy z Trapezfiku czy Krainy Deszczowców. Aż mi przeszło. Przeszło mi, gdy piłkarze większości klubów zostali zmuszeni do rozpoczynania rozgrywek w końcu czerwca lub na początku lipca. (Tu szerzej pisałem, jak powolutku UEFA oszukiwała).

Rozumiem, że silniejsi są uprzywilejowani. Tak było, jest i będzie. Ale znaj proporcje, mocium panie. Pozostaje jeszcze kwestia skali. Jeśli jedni wychodzą na boisko na początku lipca, a inni w połowie września, to mamy już skandalicznie nierówne traktowanie. Po lewicemu rzecz ujmując – dyskryminację. W okresie wakacyjnym, zwłaszcza wczesnym okresie wakacyjnym, nikt nie zdoła grać dobrze. Nikt. Nawet gwiazdorzy Bayernu, który właśnie dają ciała w sparingach, i nawet Barcelona, która właśnie zachorowała na ucieczkę Neymara do Paris Saint-Germain. Tylko że bogaci kopią sobie teraz pokazowo, a innym zdarzają się takie przykrości, jak ta z 30 czerwca 2016 roku, gdy UEFA kazała o tej samej porze grać w organizowanych przez siebie rozgrywkach obu drużynom Bartosza Kapustki – reprezentacji Polski oraz Cracovii. Absurd.

Dlatego wstępnych podrygów piłkarzy polskich klubów nie mam ochoty w ogóle recenzować. Bo kiedy nastaje lato i oni wracają z urlopów, następuje zwolnienie blokady maszyny losującej. I czasem się uda wygrać, a czasem się nie uda. Rządzi przypadek. W zeszłym roku dał warszawiakom, w tym roku odebrał warszawiakom.

Czy prawdą o Legii z minionego sezonu jest wakacyjna człapanina w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, czy raczej ostatnie sceny fazy grupowej, w których Legia najpierw zremisowała z Realem Madryt, a potem w batalii o Ligę Europy pobiła lizboński Sporting? I jeszcze wiosną stawiała się Ajaxowi Amsterdam, finaliście tych ostatnich rozgrywek?

Tak, wiem, już słyszę marudzenie, że „nasi są sami sobie winni, nikt im nie każe leżeć nisko w rankingu UEFA, gdyby fruwali wyżej, startowaliby później”. Racja, nikt im nie każe. Ale system zawsze może być bardziej lub mniej sprawiedliwy. W futbolu reprezentacyjnym jest bardziej sprawiedliwy – trener Adam Nawałka nie wydźwignąłby reprezentacji Polski do czołówki tak szybko, gdyby musiał zaczynać od 17 rund przedwstępnych, zanim pozwolono mu zmierzyć się z wypoczętymi Niemcami. Nie musiał, tam piłkarzy 200. w globalnym rankingu San Marino dzieli od mistrzostwa Europy tyle samo meczów, ile dzieli Hiszpanów, Włochów czy Francuzów.

Legia pewnie mogłaby działać mądrzej. Np. postępować bardziej bezwzględnie ze swoimi pracownikami i nie pozwalać na to, żeby w przededniu europejskich gier, w środku sezonu, rzucał ją lider Miroslav Radović. Albo w identycznych okolicznościach rozstawać się naraz z oboma snajperami, fundamentalnymi dla jej siły Nemanją Nikoliciem i Aleksandarem Prijoviciem. Albo wypuszczać Vadisa Odjidję-Ofoe, któremu być może ocaliła karierę, przy pierwszej jego ochocie, by zbiec. Reagować jak poważna firma z ambicjami, która sama szanuje podpisywane kontrakty, więc oczekuje, że uszanują je również piłkarze. Zaryzykować, że się zbuntują, obrażą, zniechęcą (oni też ryzykowaliby, świadomie odpuszczając sezon). I sprawić, że do europejskich pucharów przystąpi – i latem, i zimą – nie w trakcie budowania nowej drużyny, lecz wystawiając drużynę już zbudowaną.

Tak czy owak sezon, który rozpoczyna się od porażek naszych klubów z Azerami i Kazachami, wywołuje grozę. Moja pierwsza refleksja po dzisiejszym meczu Legii z Astaną brzmiała: biorąc pod uwagę, jak ewoluują zasady kwalifikacji (zawsze dla komfortu bogatych!), nie wykluczałbym, że polski klub już nigdy nie zagra w Lidze Mistrzów.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

sobota, 03 czerwca 2017

W Cardiff przeżyłem z bliska swój jedenasty finał LM. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu przybyłych gości - łatwo było uwierzyć szacunkom gospodarzy, którzy spodziewali się nawet 200 tys. fanów Juve i Realu. Nigdy nie widziałem też całego śródmieścia całkiem zamkniętego, wyłączonego z ruchu, by pomieścić wszystkich celebrujących święto piłki. Wszędzie w centrum czułem ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, w knajpach patrzyłem, jak kelnerzy wykreślają kolejne wyjedzone dania, na ulicach wysłuchiwałem jazgotu kibicowskich przyśpiewek w promieniu wielu kilometrów od stadionu. Nie doświadczyłem też tylu kontroli, nie widziałem tylu mundurowych, nie mijałem tylu barierkowych szańców, złączonych w kolejne okalające scenę finału pierścienie bezpieczeństwa.

Było w tym smutne świadectwo epoki przepojonej lękiem przed terroryzmem, ale też radosny dowód namiętności do futbolu, którą odczuwałem nawet bardziej niż podczas poprzednich finałów, też monumentalnych.

Działo się w nich na wszelkie możliwe sposoby. Od bezbramkowych klinczów zakończonych rzutami karnymi (2003); przez dreszczowce wyjęte z fantazji zbyt wybujałej, by mogła istnieć (2005); po wieczory aż do przesady zdominowane przez triumfatora (2011). Nigdy jednak nie uderzyła we mnie moc, jaką Real Madryt zademonstrował dzisiaj w drugiej połowie.

Przychodzi mi do głowy jedynie inauguracyjne 45 minut spektaklu ze Stambułu - pamiętam, jak w przerwie upewniałem się, czy najwyższym finałowym rezultatem w dziejach rozgrywek było 7:3 - ale sami wiecie, że Milan został potem za karę wysadzony w powietrze. Nawet Barcelona według Pepa Guardioli, gdy zabawiała się na Wembley z Manchesterem United, nie pozbawiła mnie złudzeń aż do tego stopnia. Być może dlatego, że nigdy nie wierzyłem, by akurat żołnierzy Alexa Fergusona, dopóki dychają, dało się wziąć do niewoli. A może po prostu zawodzi mnie pamięć?

O finale w Cardiff na gorąco napisałem tutaj (przestrzegam przed ewentualnym bałaganem w tekście, dopadły mnie kłopoty techniczne), na blogu wyznam jedynie, że w Cardiff autentycznie zbaraniałem (choć jako oglądacz futbolu głupieję bardzo rzadko). Nie umiałem sobie wyobrazić, że obecne Juve można zrównać z murawą. Prorokowałem wprawdzie, że im dłużej będzie trwał mecz, tym większą przewagę zyska Real, ale przez „dłużej” rozumiałem dogrywkę, nie drugą połowę.

Czasami odnoszę wrażenie, że madrycki klub kadrę utrzymuje nie 20-, 30- czy 50-osobową, lecz zmierzającą ku nieskończoności. Dzisiaj znów o tym pomyślałem - gdy podali składy, gdy przeczytałem, że James Rodriguez nie zasłużył nawet na fotel rezerwowego. Być może tego właśnie było trzeba, by obronić panowanie w Lidze Mistrzów. Klubu tak bogatego w talent i pieniądze, że nawet w 18-osobowej kadrze na mecz nie mieści piłkarza za 80 mln euro, który gdzie indziej, nawet w firmach ze światowego szczytu, mógłby mieć status megagwiazdy.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Wy, współczesne dzieciaki - młodociane paniska zdeprawowane Orlikami i innymi kompletnie umeblowanymi boiskami - pewnie nie uwierzycie, ale kiedy ja byłem mały, za słupki służyły często tornistry. I jeśli strzelona piłka szybowała w ich pobliżu, wybuchała awantura. Gol czy jednak słupek?

Na osiedlu używaliśmy też rosnących w sprzyjającej konfiguracji drzewek. Wtedy awantura wybuchała, jeśli piłka leciała wysoko. Gol czy jednak poprzeczka?

Każdy miał własną wersję, każdy wrzeszczał ze szczerym przekonaniem, że wie najlepiej, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna wyimaginowana bramka. Gdy jednak ktoś przesadzał i awanturę zastępowała dzika awantura, padało mające przymknąć nieumiarkowanego delikwenta „przecież nie gramy o złote gacie”. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęliśmy to sformułowanie, ale wygłaszaliśmy je non stop. Chodziło o to, że nasz podwórkowy mecz nie jest aż tak ważny, by robić zadymę na 14 fajerek. „Nie gramy o złote gacie”, „daj spokój, to nie mecz o złote gacie”, „nikt tu nie gra o złote gacie” - mówiliśmy.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, podglądając piłkarzy Realu Madryt, którzy rozgrzewali się przed treningiem na Millennium Stadium grą „w dziadka”. Cristiano Ronaldo wyglądał na totalnie wkręconego w zabawę. Tak zaangażowanego - choć nie awanturował się - że miałem ochotę krzyknąć: „Hej, wyluzuj, nie gracie o złote gacie”.

A przecież pewnie tak trzeba. Żyć futbolem z patologiczną przesadą, chcieć być górą w nawet błahej rozgrywce, mieć pasję do każdego kopnięcia - tylko wtedy zdobywasz trofea, także indywidualne, w ilościach hurtowych.

Odmierzam czas do finału rozanielony, jaram się jak Ronaldo „dziadkiem”, niniejszą notkę sporządzam i dla pchnięcia zegara, i żeby usypać na jedną kupkę poświęcone Realowi i Juventusowi teksty, które napisałem w Walii.

Tutaj znajdziecie reportażyk o Cardiff jako mieścinie zbyt małej na finał Ligi Mistrzów. Tutaj rzecz o Danim Alvesie, Marcelo i w ogóle wybitnych ofensywnych bocznych obrońcach, których Brazylia od dekad wypuszcza seryjnie. Tutaj przeczytacie o finale jako misji niemożliwej. Tutaj o trenerze Massimiliano Allegrim, który mecze w Champions League kontroluje zawsze, oraz o trenerze Zinedinie Zidanie, który nie kontroluje ich prawie nigdy. A tutaj krótko przedstawiam Garetha Bale’a, ukochanego syna Cardiff, jedynego finalistę, który zagra u siebie w domu.

Następne teksty już po. Kiedy będzie wiadomo, kto wygrał finał. Mecz o najbardziej złote gacie, jakie istnieją.

czwartek, 01 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Od kilku lat przyzwyczajamy się, głównie za sprawą Roberta Lewandowskiego, że należymy - my jako naród, jeśli wolno mi przeszyć powietrze tym niepokojącym słowem - do futbolowej elity elit. Znaczy nasi grają o najambitniejsze cele, po porażkach w półfinałach czy ćwierćfinałach Ligi Mistrzów odczuwają rozczarowanie. Pewnie wielu kibiców zaryzykowałoby nawet tezę, że spotężnieliśmy na czołowe mocarstwo w regionie - czy sklasyfikujemy go jako Słowiańszczyznę, czy jako byłe demoludy, czy, naśladując Ziemowita Szczerka, jako rozmaite Republiki Molwanii i Rzeczpospolite Krakozji. Przeświadczenie o własnej wielkości wzmaga zwłaszcza rzut oka na ranking FIFA, w którym właśnie zdobyliśmy dziesiątą pozycję i prężymy się tam ex aequo z imperialną Hiszpanią.

Dlatego warto czasami, dla psychicznej higieny, pochylić się nad Chorwacją.

Że tamtejsi kibice lewitują mentalnie w innej galaktyce, dla nas wciąż niewyobrażalnie odległej, uzmysłowiłem sobie jakiś czas temu przy okazji El Clásico. Umiecie sobie wyfantazjować, że opowiadamy o nim przez pojedynek Polaka z Polakami? Chorwaci przeżywają to, odkąd Barcelonę reprezentuje 29-letni Ivan Rakitić, a dla Realu Madryt kopią 23-letni Mateo Kovačić oraz 31-letni Luka Modrić, który zdążył już założyć królewskie barwy w 214 meczach.

Migawki z Ligi Mistrzów też mogą porządnie zdzielić po każdym polskim łbie, który rozsadza zadowolenie, jacy my wspaniali i w ogóle najlepsi. Oto Chorwaci już wiedzą, że jeden z nich w sobotę Champions League wygra. Modrić jako elegancki rozgrywający Realu zobaczy wszak w koszulce Juventusu umorusanego, walecznego zakapiora 31-letniego Mario Mandżukicia. A mógłby jeszcze ujrzeć Marko Pjacę, gdyby 22-letniego skrzydłowego, jednego z wielu gwarantujących zastępowalność pokoleń, nie powaliła kontuzja.

Ba, Chorwaci wiedzieli, że trofeum jest pewne, jeszcze przed półfinałami. Wraz z Atlético Madryt odpadał wszak z rozgrywek Šime Vrsaljko, 25-letni prawy obrońca, a wraz z AS Monaco - Danijel Subašić, bramkarz tuż po trzydziestce. Byli zatem jedyną obok Brazylii nacją reprezentowaną na tym etapie rywalizacji we wszystkich klubach. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

A ponieważ w Bayernie pogrywał jeszcze niedawno niejaki Ivica Olić, obecnie napastnik już 37-letni, to w trwającej dekadzie ledwie raz (!) zdarzył się finał Ligi Mistrzów bez żadnego Chorwata na murawie. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

Hołdy bałkańskim piłkarzom, pochodzącym z państw zszytych niegdyś w Jugosławię, składaliśmy wielokrotnie. Gdyby umieszczać ich w rankingach jako wspólne terytorium, byliby globalnymi liderami futbolowego eksportu, konkurującymi ze znacznie ludniejszymi przecież Argentyną oraz Brazylią. Dlaczego im się udaje, właściwie nie wiadomo, choć znawcy sportu zgłębić zagadkę próbują, przerzucając się bezlikiem hipotez. Od wskazywania warunków fizycznych (ludzie urodzeni na terenie dawnej Jugosławii są obok Skandynawów najwyżsi na świecie) po przywoływanie tragicznej historii regionu, dotkniętego wciąż doskonale pamiętaną wojną domową, która także sportowców miała uczynić niezłomnymi, nieustraszonymi, odpornymi na przeciwności losu, a także pełnymi powagi, dzięki której nie tracą w życiu czasu na duperele.

Sam w tę logikę powątpiewam, okolica, w której łatwiej o lej po bombie niż boisko, nie wydaje mi się sprzyjającą dla rozwoju piłki nożnej. Choć np. Modrić, najznakomitszy wśród wyżej wymienionych, to także dziecko wojny - dojrzewał w huku pocisków, na zaminowanej ziemi, słuchając rozmów dorosłych o czystkach etnicznych. Bardzo bliskiego mu dziadka zamordowali Serbowie, śmierć groziła również rodzicom.

I chorwacki rozgrywający rzeczywiście nie przypomina poza boiskiem kumpli z madryckiej szatni. Wysługiwać się innymi nie lubi tak bardzo, że w trakcie przeprowadzki do Madrytu własnoręcznie przenosił sprzęty z samochodu do domu. Potrzebuje tak niewiele, że kiedy wybudował willę w rodzinnych stronach, musiał tłumaczyć zdumionym rodakom, iż nie potrzebuje pięciopokojowej rezydencji, skoro mieszka tylko z żoną, synem i córką. Ktoś niezorientowany nigdy nie podejrzewałby Modricia, że zarabia miliony euro.

Nie wszyscy chorwaccy piłkarze żyją jednak skromnie i po cichu, a podbijają każdą ligę, do której się wybiorą, wspaniała generacja goni tam wspaniałą generację, taśma nigdy się nie zatrzymuje. O czym może wkrótce przekonać się także nasz Piotr Zieliński, z którym o podstawowy skład Napoli będzie konkurował Marko Rog. Rok młodszy, porównywalnie wyszkolony technicznie, niezmordowany, chętniejszy i lepiej predysponowany do wytężonej pracy defensywnej. A Chorwacja nigdy nie odpuszcza.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

środa, 10 maja 2017

Real Madryt - Juventus, finał, Liga Mistrzów

Obaj finaliści są eleganccy, choć Real zakłada nonszalancko rozchełstaną koszulę człowieka, któremu wolno wszystko, a Juventus nosi galowo ułożony garnitur człowieka, który wie, że musi wypaść perfekcyjnie.

Być może dlatego madrytczycy tej wiosny w Lidze Mistrzów wpadali w tarapaty, i to w tarapaty głębokie, więc potrzebowali mieć kilka żyć, by przetrwać. Być może dlatego turyńczycy zadawali szyku w idealnym spokoju – przez 1/8 finału, ćwierćfinały oraz półfinały właściwie przedefilowali, nikt z nimi nawet przez sekundę nie prowadził. Ale pewien nie jestem. Niewykluczone, że Real cierpiał, bo zwyczajnie zderzył się z najsilniejszymi dostępnymi przeciwnikami – Bayernem Monachium oraz sąsiedzkim Atlético.

Tak czy owak mamy obsadę finału, której nikt nie podważy. Jak mawiają kibice, obaj rywale „zasłużyli”.

Różni ich nade wszystko rozmiar garderoby. Jeśli obaj trenerzy mogą wystroić drużynę, jak zechcą, to nie umiem zdecydować, kto wygrywa – porównanie Realu i Juve w podstawowych składach daje remis.

Im bardziej jednak Zinedine Zidane i Massimiliano Allegri muszą sięgać do rezerw, tym bardziej widać, czyja szafa jest obszerniejsza. Pierwszy dysponuje „rezerwowymi”, drugi – rezerwowymi. Realowi po sięgnięciu do „zapasów” nie ubywa, nawet mu przybywa. Juve z każdym takim ruchem ubywa.

Dlatego gdyby obie strony wystawiły na finał wszystko, co najlepsze, to prognozowałbym, że turyńczycy potrzebują rozstrzygnąć sprawę do 90. minuty. W dogrywce i w ogóle z każdą wymianą stroju na świeższy zacznie rosnąć przewaga madrytczyków.

Bo karne, to wiadomo, że Buffon, dziejowej sprawiedliwości musi stać się zadość, tego huraganu historii nie zatrzymałby nikt, każdy futbolowe dziecko wie, dlaczego czeka, aż Gigi odbierze nagrodę za całokształt twórczości.

Taką mam galopadę myśli teraz, gdy muszę czymś zająć czas, bo do samolotu do Cardiff wsiądę dopiero za kilka tygodni.

Jeden z moich ulubionych graczy reprezentacji Polski w półfinale Ligi Mistrzów brutalnie potraktował Gonzalo Higuaína. Nie wiem, czy z pełną świadomością i premedytacją – mógł zatracić się w boju, stracić na moment przytomność umysłu – ale nie ma wątpliwości, że nie walczył o piłkę. To była czysta, nieuzasadniona sportowo agresja. Faul i na czerwoną kartkę, i na wielomeczową dyskwalifikację.

Gdyby Kamil Glik został odesłany do szatni, doznałby tej przykrości w meczu z Juve po raz trzeci w karierze. Dwuznaczność słynnej miłości kibiców Torino do polskiego obrońcy – tam grał przed transferem do AS Monaco – polega na tym, że rozkochał ich sobie dzięki czerwonych kartkom obejrzanym w obu turyńskich derbach sezonu 2012/13 (najpierw również za brutalny faul, w rewanżu za sumę żółtych kartek). Co oczywiście nie było jego jedyną „zasługą”, fanów uwiódł stylem gry ucieleśniającym etos klubu. Tłumaczył Willie Peyote, turyński raper, autor utworu „Glik”, który oprowadzał mnie kiedyś po Turynie: Kamil reprezentuje ducha Torino. Ducha wywodzącego się z lat 60., kiedy największym twardzielem był Giorgio Ferrini. Rywale bali się wchodzić mu w drogę, a dla opisania stylu całej drużyny, który on jej nadał, wymyślono słowo „tremendismo” [w istocie pożyczone z hiszpańskiego – przyp. R.S]. Nas nie obchodzi, czy piłka klei mu się do nogi, my oczekujemy, że włoży w mecz całą swoją pasję, serce, wysiłek. Glik taki jest. Twardy, ale nie brutalny, ostre zagrania wynikają z totalnego zaangażowania, nie ze złego charakteru. Nawet gdy gra źle, gdy ewidentnie mu nie idzie, rzuca się w oczy, że chce. Bardzo chce.

Turyński raper mówi, jak jest, dlatego nigdy nie strzeliłoby mi do głowy, by podejrzewać, że Glik chciał Higuaínowi rozorać mięsień czy rozłupać kolano i uziemić go na kilka miesięcy. Ale też nie wypada udawać, że Polak nie zachował się po chamsku – na miarę czerwonej kartki czerwieńszej niż wszystkie poprzednie zebrane w karierze – tylko dlatego, że jest Polakiem. Zwłaszcza że taki przesycony hipokryzją i moralnością Kalego klimat mamy właśnie w kraju, nie tylko w sporcie. Zwłaszcza że Tomasz Hajto, były piłkarz i telewizyjny komentator będący autorytetem dla kibiców, zdążył już podać na Twitterze:

Tomasz Hajto, Kamil Glik

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, kiedy obrońcy Juve „zachowali się identycznie” (choć nie wykluczam, że się zachowali, każdego meczu każdego z nich na dysku pod czaszką nie zakodowałem). Ale to sprawa drugorzędna. Gdyby ktoś podobnie potraktował Roberta Lewandowskiego, nikt rozumny nie będzie wszak usprawiedliwiał agresora przywołaniem niechlubnych wybryków kolegów sfaulowanego Polaka z reprezentacji kraju, np. Glika.

W każdym razie jako kibic naszego obrońcy odetchnąłem z ulgą. I dlatego, że udo/kolano Higuaína ocalało, i dlatego, że nie życzyłbym – nikomu, nie tylko rodakowi – nie musiał radzić sobie z wyrzutami sumienia, którego zapewne gnębiły Axela Witsela po złamaniu nogi Marcinowi Wasilewskiemu.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Chyba najgorętszy temat ostatnich dni – tygodni? – w Lidze Mistrzów. Że wirtuozom gwiżdżą patałachy, a z wprowadzeniem powtórek wideo nie wolno zwlekać do jutra, należy wprowadzić jutro. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

10:13, rafal.stec
Link Komentarze (71) »
środa, 19 kwietnia 2017

Robert Lewandowski, Liga Mistrzów

2013: finał Ligi Mistrzów. 2014: ćwierćfinał. 2015: półfinał. 2016: półfinał. 2017: ćwierćfinał. Robert Lewandowski krąży wokół trofeum, ale wciąż go nie dotknął, ostatnio nawet nieco się od łupu oddalił. A czas płynie – dla wyczynowego sportowca szybciej niż dla nas – i w przyszłym roku nasz supernapastnik dobiegnie do trzydziestki.

Niebawem awansuje też do kategorii „najwybitniejsi aktywni piłkarze, którzy nie zdobyli Pucharu Europy”. Grona ekskluzywnego, tam, gdzie przebywają 39-letni Gianluigi Buffon czy 35-letni Zlatan Ibrahimovic. Bardziej będzie przypominał tego drugiego, i to nie dlatego, że również jest napastnikiem – po prostu Włoch wziął już złoto na mundialu, natomiast Szwed, choć słusznie cieszy się sławą wirtuoza, szaleje jedynie w aspekcie krajowym. W Lidze Mistrzów wiecznie przegrywał, aż zleciał do Ligi Europy.

Lewandowski również kolekcjonuje zaszczyty – drużynowe oraz indywidualne – wyłącznie na poziomie lokalnym. Był mistrzem Polski i królem strzelców tzw. ekstraklasy, wkrótce zostanie po raz piąty mistrzem Bundesligi i, być może, po raz trzeci królem strzelców Bundesligi. A z reprezentacją narodową, podobnie jak Ibrahimoviciowi, trudno mu będzie pogonić wszystkich na mundialu.

Dlatego nadciągają poważne dylematy. Trwać w Bayernie, który zresztą raczej nie będzie chciał rozstania, czy jednak wyrywać gdzie indziej? Monachium pozostanie potężny, ani mi w głowie wrzeszczeć, że potrzebuje totalnej rewolucji, bo nie wytrzymał zderzenia z Realem Madryt. Istnieją jednak dostrzegalne gołym okiem powody, by sądzić, że wymaga sporej rekonstrukcji. Gdy na Santiago Bernabéu trener Carlo Ancelotti rzucił wszystko, co ma najlepszego, to oglądaliśmy bardzo dojrzałych skrzydłowych (34-letni Franck Ribery i 33-letni Arjen Robben) oraz zmierzających ku schyłkowi karier Philippa Lahma i Xabiego Alonso, a jedynakiem przed 25. urodzinami był David Alaba. Czy odświeżanie drużyny przebiegnie łagodnie? A nawet jeśli przebiegnie łagodnie, to czy Bayern nie odczuje przykrych skutków ubocznych okresu przejściowego w Lidze Mistrzów?

Najcenniejsze klubowe trofeum będzie lub już jest obsesją Lewandowskiego, dla najwybitniejszych futbolistów to prawdopodobnie odruch bezwarunkowy. Gigant o jego gabarytach musi też mierzyć w Złotą Piłkę. Do tego trzeba jednak idealnych wyborów i niezbędnego w sporcie łutu szczęścia, samodzielnie można co najwyżej tłuc statystyczne rekordy. Ja już w grudniu 2015 roku przekonywałem, że pozostaje jedynie kwestią czasu, kiedy monachijski napastnik zagra w Realu, i nadal się tamtego proroctwa trzymam. Strategia madryckiego króla Florentino Pereza polega bowiem na tym, że co pewien czas prezentuje on sobie i fanom (czytaj: wyborcom) najpopularniejszego globalnie gracza spośród wszystkich, którzy nie grają w Barcelonie (stamtąd udało mu się wyciągnąć tylko Luisa Figo) – tymczasem napastnik Bayernu wciąż nie ma tu konkurencji.

I liczę, jeśli wolno mi zboczyć na chwilę w myślenie magiczne, że nieubłagana logika dziejów połączy kandydata na polskiego piłkarza wszech czasów z najbardziej utytułowanym klubem wszech czasów. Gdyby jednak życie miało się potoczyć inaczej, to też może być pięknie, ja jako kibic życzę mu tylko jednego – Robert, nigdy nie bądź Zlatanem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19
Archiwum
Tagi