Wpisy z tagiem: Waldemar Fornalik

czwartek, 10 października 2013

Pijany mistrz, Ukraina - Polska

Gdybyśmy wymazali z pamięci wszystko, co działo się dotąd w mundialowych eliminacjach, i przyjrzeli się ludziom, którzy polecieli na podbój Ukrainy, meczu w Charkowie musielibyśmy wyczekiwać z optymizmem. Niemałym.

Latami przyzwyczajaliśmy się, że w drużynie narodowej nie obowiązuje minimalny standard umiejętności, że zrozpaczeni płytkością kadr selekcjonerzy wpuszczają do szatni każdego, kto się nawinie. Kiedy po raz ostatni nasi szli po awans do imprezy mistrzowskiej – Euro 2008 – mecze musieliśmy poprzedzać w „Gazecie” smętnymi opowieściami o kopaczach, którzy w byle jakich zagranicznych klubidłach gnuśnieją w fotelach rezerwowych lub skopani gdzieś za fotele, więc reprezentacja daje im jedyne okazje, by w ogóle sobie pograć. Takie były realia, już nieaktualne. Dziś na obu krańcach drużyny staną wyczynowcy demonstrujący ostatnio najwyższą klasę światową (Boruc, R. Lewandowski), a pomiędzy nimi mogą biegać piłkarze „na chodzie”, grający regularnie w mocnych ligach lub przyzwoitych firmach, czasem wręcz, jak Mierzejewski, znajdujący się w nadzwyczajnej formie. Ich nie trzeba sportowo reanimować, im wystarczy sensownie zorganizować boiskowe życie. Choć u nas minusy tradycyjnie przesłaniają plusy i chętniej wytykamy braki, to tylu umiejętności w reprezentacyjnej szatni nie było co najmniej od 2002 r.

Dlatego tabelę grupy eliminacyjnej czytam przede wszystkim jako tabelę straconych szans. Wystarczyło wymęczyć wiosną wygraną w Mołdawii, ewentualnie przepchnąć u siebie Czarnogórę – sumą indywidualnych kompetencji na pewno naszym kadrowiczom ustępującą – by czaić się za liderem, Anglią, z ledwie punkcikiem straty. I niekoniecznie musielibyśmy teraz dwukrotnie zwyciężać wyjazdowo, by wkraść się przynajmniej do baraży. Taka już się trafiła konkurencja. Z groźnymi szyldami, w istocie rozmemłana, bez naprawdę mocnych, którzy mogliby cokolwiek osiągnąć w brazylijskich MŚ.

Wieczoru w Charkowie z niemałym optymizmem nikt jednak nie wyczekuje, bo wspomnień nie wymażemy. Drużyna nie biegła przez eliminacje po linii w miarę prostej, lecz się zataczała. Niezła jesień – beznadziejna wiosna – rozstanie z odtrącanym rozgrywającym Obraniakiem i eksperymentowanie z nierozgrywającym Majewskim – nagłe odwołanie się do zaginionego w akcji Klicha, młodego Zielińskiego i Szukały – rezygnacja z jednego defensywnego pomocnika – poprawa gry w ataku, a zarazem utrzymanie rozgardiaszu w grze obronnej. Tak wyglądało to dotychczas, teraz trener Fornalik znów zboczył, odkurzając graczy, których albo pozbył się w trakcie kwalifikacji, albo nie interesował się nimi wcale. Gdyby mu się powiodło, mielibyśmy awans wywalczony w stylu pijanego mistrza.

Zwłaszcza za wygrzebanie z Sewastopola Mariusza Lewandowskiego selekcjoner nasłuchał się epitetów – na eliminacyjne finały znienacka wziął (i zamierza wystawić!) przecież 34-latka, którego wcześniej nie zaszczycił choćby sparingową wprawką. Czy to jednak wybór nielogiczny? Zaciągający już wschodnim akcentem, od 13 lat grający na Ukrainie Lewandowski świetnie zna rywali, ale przede wszystkim w tamtejszej lidze mieści się, jak zauważył Andrzej Gomołysek z serwisu Taktycznie.net, w ścisłej czołówce najczęściej przechwytujących i odzyskujących piłkę. Czyli skutecznie działa tam, gdzie w reprezentacji Polski skutecznie nie działa nikt od wielu lat. To powołanie było ruchem selekcjonera, nie trenera. Wezwaniem człowieka, by wykonał konkretne zadanie, tu i teraz.

Jest też Lewandowski graczem z charakterem. Fornalik chyba wyczuł, że w szatni brakuje ognia, stąd powrót do Marcina Wasilewskiego. I jeśli mamy się łudzić, że reprezentacja przynajmniej zakończy eliminacje z godnością – na razie pokonała tylko Mołdawię i San Marino – to resztek nadziei szukałbym właśnie w tym, że na Ukrainę napadną piłkarze wreszcie rozzłoszczeni notorycznym dawaniem ciała.

By zwyciężyć, Polacy musieliby prawdopodobnie wydusić z siebie mecz, jakiego pod Fornalikiem nie wydusili. Musieliby stać się grupą diametralnie inną niż dotąd, zwłaszcza że i przeciwnik spotężniał – jest rozpędzony, świadomy stawki, zbudowany bezdyskusyjnym 3:1 w Warszawie. A przecież taktycznej rewolucji nie będzie, przecież selekcjoner znów miał osławione pół jednostki treningowej, by rzeźbić organizację defensywną całej drużyny, przecież nikt z kadry nigdy nie wspomniał, by Fornalik go porwał. Można wierzyć chyba tylko w piłkarzy. W ich zryw. W ich wyobraźnię – gdyby tuż przed 40. rocznicą wiadomo czego znów mieli lecieć na Wembley po awans, Polskę znów, przynajmniej na kilka dni, ogarnęłoby futbolowe szaleństwo.

środa, 15 sierpnia 2012

„Na zgrupowaniach będziemy pracować głównie nad taktyką i stałymi fragmentami, które są jej elementem” - ogłosił Waldemar Fornalik w wywiadzie dla „Gazety”. Zabrzmiało jak zapowiedź cywilizacyjnego skoku do innej, odległej epoki. Jeśli selekcjoner dotrzyma słowa, kadrowicze będą musieli uporać się z szokiem kulturowym - poprzedni szef do ścibolenia taktyki nie miał serca, a wykuwanie rzutów wolnych i rożnych wiecznie odkładał na później.

Zapowiedział zarazem Fornalik testowanie ustawienia 4-4-2, niemodnego już, lecz stosunkowo łatwego do zaszczepienia nowo poznanym piłkarzom - co ważne, gdy trzeba działać szybko. Właśnie tak poukładał Anglików trener Hodgson, który objął władzę tuż przed Euro i czasu na wymyślanie - nie mówiąc o polerowaniu - własnej konstrukcji nie miał wcale.

Nasi piłkarze dzisiaj szybko dali wyraźnie do zrozumienia, że w nowym taktycznym stroju czują się swobodnie jak w kaftanie bezpieczeństwa. Jeśli nawet Artur Sobiech - postać dla rewolucji kluczowa, dodatkowy napastnik mający wyręczyć ofensywnego rozgrywającego - dotknął piłki, to nawet najwytrawniejszy kibic tego doniosłego incydentu nie zapamiętał.

Fornalik zareagował natychmiast.

Jego wizja kompletnie mi się nie podobała - również dlatego, że nie pojmuję sensu wpychania dwóch napastników do reprezentacji kraju dysponującego napastnikiem całym jednym. Spodobało mi się za to, że nowy selekcjoner ze zmianami nie zwleka - trenerzy lubią odróżnić się od poprzednika i odcisnąć piętno na drużynie, a Fornalik schował ego, wypchnął na murawę Adriana Mierzejewskiego, zarządził powrót do konceptu Franciszka Smudy.

Nie powiodło mu się, Estonia dzięki pojedynczemu kopnięciu odniosła historyczny, bezprecedensowy triumf nad Polską. Żaden z naszych selekcjonerów po Januszu Wójciku nie debiutował zwycięsko, ale też trzeba zanurkować bardzo głęboko - ryzykując utonięcie - w przeszłość, by wyłowić inauguracyjną porażkę równie przykrą, poniesioną z porównywalnie miałkim przeciwnikiem. Gdyby ten sparing wywoływał jakiekolwiek emocje, byłby wyciskaczem łez - kiepskim formalnie, podanym w odpychająco nieudolnych kadrach.

Ani myślę wyrzucać cokolwiek Fornalikowi, przebieg wieczoru wyjaśniam raczej słabiutką fizyczną dyspozycją piłkarzy, którzy dopiero zaczną na poważnie bić się w ligach zagranicznych. Przypuszczam też, że w otwierającym mundialowe eliminacje meczu w Czarnogórze też najwięcej będzie zależało od nich - osobistej motywacji, zapału do reprezentowania kraju, chęci zrehabilitowania się za mistrzostwa kontynentu (i dzisiejszego gniota). Nowy selekcjoner niczego swojego wytrenować nie zdąży, a jako charyzmatyczny, zdolny porwać pojedynczą przemową przywódca poznać się nie dał.

Na trzy tygodnie przed kampanią MŚ 2014 zrobiło się jeszcze markotniej niż po Euro 2012.

Archiwum
Tagi