Wpisy z tagiem: Real Madryt

niedziela, 26 sierpnia 2018

Piłkarski nistrz Polski w ruinie, a ja z pogodną beztroską – i gotowością na drwiny – przyrównuję jego sytuację do sytuacji Realu Madryt sprzed ponad dekady. Felieton do poniedziałkowej „Wyborczej” przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 28 maja 2018

Real Madryt, liga Mistrzów

Zaraz ustalimy odpowiedź na tytułowe pytanie, ale przedtem potrzebuję przypomnieć legendę o niezwyciężonym Bayernie. Znacie? To posłuchajcie.

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce monachijczycy wznieśli imperium. Zebrali w szatni piłkarską supergrupę, która w połowie lat 70. trzy razy z rzędu podnosiła Puchar Europy – i przeobraziła się w mit, jeden z największych klubowych zespołów w dziejach kosmosu. To tamten heroiczny wyczyn powtórzył w sobotę Real Madryt.

Imperium Bayernu było przepotężne. Ojej, jakie przepotężne.

Edycję 1973/74 monachijscy wojownicy rozpoczęli od zapoznania się ze szwedzkim Atvidabergs FF, czyli „klubem, o którym nikt nigdy nie słyszał” (cytuję książkę Ulego Hessego) – i po 3:1 u siebie na kwadrans przed końcem rewanżu przegrywali 0:3, ledwie wyszarpali dogrywkę, ocaleli dzięki skuteczniej bitym rzutom karnym.

W pierwszym meczu kolejnej rundy przegrywali do przerwy 2:3 z enerdowskim Dynamem, ostatecznie wymordowali 4:3, w rewanżu zremisowali 3:3. Zacięty bój, w Monachium kibice przeraźliwie gwizdali.

Ćwierćfinały z CSKA Sofia i półfinały z Újpest Dozsa przebiegły względnie spokojnie, ale finał z Atlético Madryt był dreszczowcem: rywale wyglądali lepiej, Bayern dość szczęśliwie wydłużył rywalizację o dogrywkę, tam stracił gola na 0:1, wyrównał 15 sekund (!) przed końcem. Słownie: piętnaście. Przepisy nakazywały wówczas mecz powtórzyć, dwa dni później monachijczycy wygrali już pewnie. Generalnie jednak droga do sukcesu wiodła przez potworną udrękę.

W edycji 1974/75 Bayern najpierw dostał wolny los, a następnie chwilę postresował fanów w meczu z Magdeburgiem, zaczął od przegrywania u siebie 0:2. W ćwierćfinale po 2:0 z radzieckim Araratem nastąpiło 0:1 w Erywaniu, znów działo się nerwowo do ostatniego gwizdka. Finał wspomina się w Anglii jako wieczór, w którym okradziono Leeds – nie otrzymali ewidentnego karnego, anulowano im prawidłowo zdobytą bramkę, no i głównie oni atakowali (i to nie jest wyspiarska wersja, znów wyjmuję opinie z niemieckiego źródła). Bayern wreszcie się ocknął i huknął dwa gole, ale znów: triumf poprzedziły pot, krew i łzy, nie ma mowy o maszerowaniu do celu krokiem defiladowym.

Stosunkowo najpewniej monachijczycy płynęli po Puchar Europy w edycji 1975/76, m.in. dwukrotnie pokonali Real Madryt. Ale w finale znów potwornie cierpieli. Piłkarze St. Etienne wturlali faworytowi gola z minimalnego spalonego i z taką pasją obijali poprzeczki na Hampden Park, że weszły one francuskiego słownika jako „kwadratowe słupki” („les poteaux carres”), czyli symbol niezasłużonej porażki dzielnej drużyny, którą wszyscy skazywali na zrównanie równo z trawą. Bayern wydłubał 1:0, po uderzeniu z rzutu wolnego.

To ma być supermocarstwo?! Gdyby monachijczycy wykopywali swoje trofea w epoce internetowych nagłaśniaczy, miliony ludzi kwestionowałoby ich prymat, wrzeszczało o farcie, ubliżało posądzanym o oszustwa sędziom, snuło teorie o spisku sprzyjającej im UEFA. Zwłaszcza środkowy ze zwycięskich sezonów byłby idealnym celem: w Europie piłkarze Bayernu ciułali wówczas średnio 1,57 gola na mecz, a w krajowych rozgrywkach spisywali się beznadziejnie – Bundesligę skończyli na dziesiątym miejscu (wygrywali w ledwie 14 z 34 kolejek), z pucharu wylecieli w III rundzie, gdy ulegli MSV Duisburg. Niewydarzeni kopacze, więcej szczęścia niż rozumu. Zimą zarząd wylał nawet z roboty trenera Udo Lattka, bo stoczyli się na 14. miejsce w ligowej tabeli.

Zaplanowałem spisanie tej notki przed kilkoma tygodniami, gdy pomyślałem, że Real Madryt ponownie zatriumfuje w Lidze Mistrzów i sprowokuje międzynarodowe rozstrząsanie, czy zasługuje na przyjęcie do panteonu największych drużyn klubowych. Przypomniał mi się wtedy akurat znój Bayernu, bo to poprzedni właściciel łańcucha złożonego z trzech Pucharów Europy – właściciel, którego losy, katorżnicze wykuwanie epokowego sukcesu, uzmysławiają, że seryjne wygrywanie niemal zawsze wymaga kombinacji sportowej klasy, sprzyjających okoliczności, przypadku, sędziowskich błędów. Imperia bywają przepotężne w ogóle, ale niekoniecznie w szczególe. W futbolu nikomu nie zdarzają się całe lata gry o wielką stawkę bez skazy, perfekcją w niemal każdym szczególe lśnią co najwyżej pojedyncze sezony (najwspanialsze: Ajax Amsterdam 1971/72, Bayern 2012/13, FC Barcelona 2008/09). Dopiero po wielu latach – w tabelach, oczach ludzi nie wnikających w każdy ustęp kronik – z drużyny niedoskonałej zostaje tylko migoczące doskonałością hasło o „ostatnim klubie, który przez trzy lata panował w Europie”. Obecny Real, który przy monachijczykach sprzed czterech dekad wygląda imponująco, też w przyszłości to czeka, zwłaszcza że ludzie pamięć mają coraz krótszą.

Madryt według Zinedine’a Zidane’a skłania do zgłaszania wątpliwości, ponieważ wygrywa raczej prozą niż poezją (oczywiście w sensie kolektywnym, co innego przewrotki Ronaldo i Bale’a), i mnie nękały rozterki. Jeśli jednak nie zgodzimy się, że stanowi drużynę jedną z największych, to trzeba również wymazać z galerii chwały również tamten Bayern – z Seppem Maierem, Franzem Beckenbauerem, Gerdem Müllerem etc. A jeśli wygumkujemy monachijczyków, to okaże się, że futbolowe imperia nie istnieją.

niedziela, 27 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Jedną z korespondencji wysyłanych z Kijowa przed finałem Ligi Mistrzów spuentowałem refleksją, że Real Madryt zamienił w swój prywatny plac zabaw rozgrywki, w których o utworzenie dynastii było trudniej niż w jakimkolwiek sporcie drużynowym. Skrupulatnie poprzeglądałem kiedyś mnóstwo tabel dotyczących rozmaitych dyscyplin i nigdzie nie natknąłem się na przypadek, żeby przez 25 edycji nikt nie zdołał obronić trofeum. Zresztą w konkurencjach indywidualnych też nie.

Co przypomniałem sobie dzisiaj, gdy w trakcie dekoracji i po niej, przez kilkadziesiąt minut, w polu karnym na Stadionie Olimpijskim dokazywało sześcioro brzdąców (bodaj, pisałem wtedy tekst pomeczowy). To były dzieci piłkarzy Realu Madryt, rej wodził oczywiście popularny w internecie synek Marcelo. Niektóre z nich już pewnie przyzwyczaiły się, że finał Champions League to taki wieczór, że na samym końcu tata skacze z kolegami na dużej łące tam, a my sobie hasamy tutaj. Szkraby kopały piłkę, kopały plastikową butelkę, goniły się, wszystko jak należy. Skoro dzisiaj ostatnia majowa sobota, to powtarzamy tę samą fajną zabawę, co w majową sobotę poprzedniego roku.

Wciąż mnie madrycka drużyna nie powala na kolana, wciąż przeżywam poznawczy dysonans – dlaczego wyczynu epokowego, niespotykanego od dekad, dokonali akurat piłkarze stosunkowo niespektakularni, tworzący orkiestrę mniej wirtuozerską jak poprzednicy, w rodzaju poprzedniego heynckesowego Bayernu i wiadomej Barcelony?

Zarazem jednak kompletnie nie pojmuję pojękiwań, że Realowi znów sprzyjały ciemne moce, że ich osiągnięcie umniejszają nieszczęścia Salaha, nieszczęścia Kariusa i w ogóle wszystkim rządzi przypadek – tajemna siła jak zwykle biorąca stronę Madrytu.

Nie, bramkarz Liverpoolu nie od dzisiaj uchodzi za słabsze ogniwo, Real dysponuje golkiperem znacznie lepszym. (Nawiasem mówiąc, paradoks ery przesady polega na tym, że jak Karius zbiera potworne cięgi zwane hejtem, tak otrzymuje również dysproporcjonalne wyrazy solidarności, dzięki beznadziejnemu popisowi i jako kozioł ofiarny zyskuje dla wielu kibiców na sympatyczności).

Salahowi współczuję, ale zarazem nie umiem wskazać w Madrycie żadnego zawodnika, którego utrata kardynalnie ujmowałaby drużynie jakości. Z pojedynczego talizmanu się nie wyżyje – gdyby Real miał grać bez Ronaldo, również skrzydłowego ciążącego ku środkowi ataku, to jego ofensywna moc nie rozpłynęłaby się w powietrzu, zresztą portugalski supergwiazdor w półfinałach i finale nie poszalał.

Współczuję również Svenowi Ulreichowi, który zawalił półfinał Bayernowi, ale znów: pilnujący królewskiej bramki Keylor Navas porównywalnych wpadek w rozstrzygających meczach Ligi Mistrzów unika. Po prostu nie popełnia skandalicznych błędów technicznych, to niezbędne do sukcesu w sporcie.

Współczułem Gianluigiemu Buffonowi, który pożegnał się z Champions League w barwach Juve wyrzucony z boiska, ale znów: nie miał racji, rzut karny dla Realu był ewidentny.

Pamiętam też, że w Turynie wykończył gospodarzy Cristiano Ronaldo, który strzelił przewrotką gola fantastycznie akrobatycznego, wymagającego niebotycznej atletyczności – piłkarze Juve autentycznie zgaśli, nigdy wcześniej nie widziałem, żeby zniknęli mentalnie z własnego boiska, to są komandosi, twardziele i zakapiory.

I wiem, że tylko Real trzymał w szatni aż dwóch gwiazdorów, który stać było wiosną w Lidze Mistrzów na gole wbite po przewrotce w arcyważnym momentach – dzisiaj do Ronaldo dołączył Gareth Bale, rezerwowy za 100 mln euro. Wiecie, to się nie zdarza nawet w burżujskiej lidze angielskiej. Żeby wyciągać z bagażnika koło zapasowe za 100 mln euro.

Zmierzam do tego, że niemal wszystkie epizody o kapitalnym wpływie na wynik mają swoje źródło w nieprzyzwoicie szerokiej kadrze utrzymywanej w Realu. Kadrze kosztownej, ale i mądrze skonstruowanej, stabilnej, w obecnych okolicznościach rynkowych złożonej również z piłkarzy o znakomitym stosunku jakości do ceny. Tam brak nie tyle słabego punktu, ile punktu choćby średniomocnego. W desperackim poszukiwaniu jakichkolwiek madryckich wad zwraca się uwagę, że Marcelo niespecjalnie broni – choć można by raczej zauważyć, że baraszkuje w Madrycie lewy obrońca, którego w 99,999 proc. drużyn świata błagaliby o łaskawe przyjęcie roli rozgrywającego. Przy okazji: to jedyny uczestnik LM, który strzelał gola lub asystował w każdej wiosennej rundzie, aż po finał.

Jeszcze raz: to nie kaskada przypadków, po prostu dzieci z bardzo bogatych, luksusowo umeblowanych rezydencji mają fajniejsze place zabaw niż dzieci z domów mniej bogatych, nie aż tak luksusowo urządzonych.

sobota, 26 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Nadciąga wielki mecz, do Kijowa napływają kolejni fani, z niewyobrażalną przewagą liverpoolskich. UEFA szacuje, że na Stadion Olimpijski wejdzie ich nawet 30 tysięcy, przy ledwie 13 tys. hiszpańskich. Co więcej, wraz z koczującymi w pubach i skaczącymi w strefie kibica tych pierwszych ma być w stolicy Ukrainy nawet 50 tys. – takiej przewagi w finale rozgrywanym na neutralnym terenie jeszcze nie widziałem.

To wszystko pomimo potwornych problemów logistycznych, co chwilę słychać tu horrendalne historie – nawet ci Anglicy, którzy dawno kupili bilety, są zawracani niemal sprzed pasów startowych, ponieważ wokółkijowskim lotniskom brakuje miejsca, żeby przyjmować kolejne samoloty. Pomyślcie, co muszą przeżywać właściciele biletów na finał, wydarzenie być może niepowtarzalne w całym ich życiu.

Ale ja, jak już wspominałem z bezwstydnym egoizmem we wczorajszej notce, w Kijowie zachwycam się dosłownie wszystkim, to chyba mój ulubiony z przyczyn pozasportowych finał Ligi Mistrzów, bardziej ulubiony nawet od ubiegłorocznego w Cardiff, choć stamtąd wyjeżdżałem przekonany, że bardziej ulubionego nie będzie. Tak czy owak – precz z Madrytami, Londynami czy nawet Mediolanami, to nudna proza zachodnioeuropejskiej metropolii, ach, jak wiele bym dał, żeby UEFA rozstawiała scenę decydującego starcia właśnie w miastach bardziej kameralnych, jak Cardiff, albo położonych bardziej na wschodzie, jak Kijów. Ale będzie wprost przeciwnie, prezes Aleksander Ceferin już obiecał.

Jego okrutne słowa cytuję tutaj, we wczorajszej korespondencji z ulic ukraińskiej stolicy.

Tutaj przeczytacie o finałowym tercecie egzotycznym. Czy kilka miesięcy temu ktokolwiek wyfantazjowałby, że snajperskie rekordy ligi mistrzów należące do triad madryckiej (Gareth Bale, Karim Benzema, Cristiano Ronaldo) oraz barcelońskiej (Leo Messi, Luis Suárez, Neymar) pobije akurat liverpoolska (Mohamed Salah, Roberto Firmino, Sadio Mané)?! Przecież ich odyseja wygląda jak długo wyczekiwany dowód, że nie tylko fortepian można zasłonić, ale także słonia można zafortepianić.

Tutaj napisało mi się o tym, ile waży Cristiano Ronaldo (kilogram mniej niż na poprzednim finale), a ile Marcelo, czyli po Sergio Ramosie najdłuższy stażem zawodnik obecnego Realu. I niewykluczone, że akurat tej wiosny Brazylijczyk wpływa na madryckie wyniki silniej niż Portugalczyk.

Najwięcej znaków w swoich korespondencjach poświęciłem ogólnej teorii kijowskiego finału – należy kliknąć tutaj – którego atrakcyjność polega m.in. na tym, że każde rozstrzygnięcie wyrwie nas z butów. Podnoszący trofeum piłkarze Liverpoolu zostaliby bohaterami najbardziej sensacyjnej dekoracji od 2005 r., w którym wzięli je ich poprzednicy w tych samych czerwonych koszulkach. A podnoszący trofeum piłkarze Realu? Jako przedstawiciel rocznika 1976 doskonale pojmowałbym doniosłość chwili – to wtedy, zanim się urodziłem, po raz ostatni zdarzyło się, dzięki Bayernowi, by ktoś zdobywał Puchar Europy trzy razy z rzędu.

Miłych wrażeń, wracam do szwendania się wśród rozsłonecznionego tłumu w Kijowie.

piątek, 25 maja 2018

Real Madryt - FC Liverpool. Liga Mistrzów

Przyleciałem na swój dwunasty finał Ligi Mistrzów w życiu, na poprzednich nafaszerowałem się wszelkimi możliwymi i niemożliwymi w futbolu scenariuszami, z bliska patrzyłem m.in. na tamto surrealistyczne przedstawienie w Stambule, więc dojrzałem do ustalenia z samym sobą, żeby nigdy nie przewidywać, co się stanie na boisku, a jeszcze bardziej nigdy, naprawdę przenigdy, nie ośmielić się prognozować czegokolwiek związanego z Liverpoolem. To klub osobny, wywołujący wrażenie dziwności jak spływające zegary na płótnach Salvadora Dalego, po prostu klub z krainy czarów - już o tym blogowałem.

Co powiedziawszy, z typową dla siebie beztroską przyznam, że na Real Madryt patrzę jak na więcej nic faworyta, bo jak na drużynę niepokonaną w sensie ścisłym, z powodu ograniczeń technicznych w grze – wykluczających inne rozwiązanie niż jego zwycięstwo. Aż mi się przypominają czasy, gdy jako trener Podbeskidzia w Football Managerze oszukiwałem na potęgę, czyli rozgrywałem zapisany mecz dopóty, dopóki Podbeskidzie nie zwyciężyło, a potem jeszcze raz, i jeszcze, z rundy na rundę, ponieważ uparłem się, że nie spocznę, dopóki Podbeskidzie nie zatriumfuje w Champions League. Ujawniam – ostatecznie zatriumfowało, kosztowało mnie to tytaniczny wysiłek.

Wyluzujcie madridiści, nie zamierzam nikogo obrażać, nie porównuję piłkarzy Realu do klubiku z mojego miasta, przeciwnie, szanuję ich klasę aż za bardzo, zgadzam się wręcz z Vicente del Bosque, który obwieścił, że żaden gracz Liverpoolu przeniesiony do madryckiej drużyny nie uczyniłby jej silniejszą (acz podwładni Jürgena Kloppa podobają mi się bardziej jako jeden wielonożny organizm). Przyzwyczaiłem się po prostu, że oni w Lidze Mistrzów zawsze, niezależnie od demonstrowanego danego wieczoru poziomu gry, dopną swego. Jakoś. Bokiem, tyłem, przewrotką Ronaldo albo głową Ramosa, zawsze coś wynajdą, jakby ukryty poza tą zbiorową inteligencją algorytm potrafił przemielić wszystkie warianty najbliższej przyszłości i podsunąć ten, który pozwolić im przeżyć. Nie silą się na wymyślne dzieła sztuki, lecz wykańczają przeciwnika lodowatym pragmatyzmem, sięgając po jeden z bimbaliarda środków działania, którymi dysponują.

Zwłaszcza przy wprowadzaniu rezerwowych uświadamiamy sobie, czym dysponują. Co wam będę gadał, porównajcie sobie, kim będzie mógł zasilić zmęczoną podstawową jedenastkę Zinedine Zidane, a kim Jürgen Klopp. Ja nie zamierzam, wszelkie porównania, które przypływają mi do łba, uważam za niehumanitarne.

Łażę więc po Kijowie, rozmyślając, jak tym razem Real załatwi sprawę. (Nawiasem mówiąc, łażę rozanielony bardziej niż podczas innych finałów właśnie z tego powodu, że łażę akurat po Kijowie, podoba mi się tu wszystko – niestety, UEFA oraz wielu kibiców Realu i Liverpoolu sądzi inaczej, o przyczynach piszę szerzej w tej korespondencji). I równocześnie wspominam, że madrytczycy nie przekonali mnie do końca ani w 1/8 finału, ani w ćwierćfinale, ani w półfinale, zawsze zostawiali wątpliwości, stąd tyle publikowanych we wszelakich językach rozważań, czy aby na pewno są aż tak wielcy, podpisanych również znamienitymi nazwiskami, aż po Jonathana Wilsona. A Liverpool? Przecież oni są zdolni wyciąć każdy numer, dranie zaprzedali duszę diabłu.

Tak, błąka się też po moich podczaszkowych zwojach radośnie irracjonalne przekonanie, że w zderzeniu z Liverpoolem mógłbym nie dać rady nawet jako tamten trener Podbeskidzia, próbujący grać do skutku. Już oni by wymyślili, jak wskoczyć między linijki kodu, pogmerać, oszukać moje oszustwo. Jako człowiek z mózgiem wypranym 25 maja w Stambule wiem, że choć Real wygrywa wszystkie finały, to „The Reds” wygrali finał najbardziej niesamowicie w finale. Toż to jasne jak królewska biel: jeśli ktoś ma wykopać w kosmos Madryt, to tylko oni.

poniedziałek, 02 października 2017

FC Barcelona, Katalonia, niepodległość, referendum. El Clasico

Od razu zastrzegam, że nie zamierzam wymądrzać się w kwestii (nie)legalności niedzielnego referendum, ani wyrokować, czy Katalonia „ma prawo” lub „powinna” oderwać się od Hiszpanii. Choć żywo mnie to wszystko interesuje, uważam, że jest zbyt złożone jak na wyporność niszowego bloga poświęconego zasadniczo sprawom sportowym.

Temat jednak podejmuję, ponieważ od pięciu lat nie zastanawiam się, czy Katalonia się usamodzielni, lecz – kiedy Katalonia się usamodzielni. W październiku 2012 roku zaproponowałem nawet sobotniemu magazynowi „Gazety” felieton z tezą, że secesja jest nieunikniona. Natchnęło mnie El Clásico, podczas którego, dokładnie po 17 minutach i 14 sekundach gry, blisko 100 tysięcy fanów na stadionie Camp Nou zaczęło ryczeć: „Independencia!”. Oglądały ich na wszystkich kontynentach miliony wyznawców Barcelony i Realu Madryt, którzy jeszcze przed meczem mogli przyjrzeć się, jak wyglądają narodowe barwy regionu. Zazwyczaj na trybunach królowały blaugrana, czyli granatowo-bordowe kolory klubu, tamtego wieczoru rozświetliły je czerwone pręgi na złotym tle, czyli senyera, katalońska flaga.

I naprawdę cały świat usłyszał, że Katalonia chce się oderwać od Hiszpanii. Temat bywał obecny na stadionie wcześniej, ale wtedy stał się obecny bardziej, na tyle hałaśliwie, że nikogo nigdzie nie mógł komunikat ominąć.

Kibice rozkrzyczeli się akurat po 17 minutach i 14 sekundach hitowego meczu na wspomnienie 1714 roku, w którym Katalończycy ostatecznie utracili samodzielność i stali się poddanymi hiszpańskiego króla Filipa V. A skoro oni się rozkrzyczeli, to sprawa zrobiła się poważna śmiertelnie. Dlatego zachciało mi się felietonowo wrzasnąć, że secesja staje się nieunikniona.

Moje przekonanie nie brało się wówczas z sondaży – wybaczcie, że trochę pocytuję samego siebie – wedle których 55 proc. autochtonów (po raz pierwszy zyskali większość) domagało się rozstania z Madrytem. Ani z sugestywności wzmacnianych dodatkowo przez kryzys wskaźników ekonomicznych, z których wynikało, że jeden z najbogatszych regionów Hiszpanii oddaje stolicy ponaddwukrotnie więcej, niż odzyskuje w inwestycjach publicznych. Tym bardziej nie przekonywały mnie okrzyki nacjonalistycznie zorientowanych polityków. Nie, działała wyłącznie magia Camp Nou, jedynego w świecie stadionu będącego sanktuarium narodowej tożsamości. I magia Barcelony, klubu będącego owej tożsamości symbolem, wehikułem, największą dumą.

Muzea sławnych futbolowych firm wyglądają niemal identycznie, umeblowane są trofeami, wielkoformatowymi zdjęciami meczów i drużyn, a także koszulkami, spodenkami, korkami i innymi relikwiami zdjętymi ze sławnych graczy. Barcelońskie radykalnie różni się klimatem – ze ścian możesz tam godzinami sczytywać kronikę uciśnionej nacji, którą spod buta hiszpańskich oprawców, ze specjalnym uwzględnieniem generała Franco, umieli wykopywać jedynie bohaterowie boiska. Historia klubu jest z historią regionu zrośnięta, w obu dominuje martyrologia, z przełomowym rokiem 1936 - datą zamordowania przez Falangę Josepa Sunyola, uważanego dziś za męczennika prezesa Barcelony, ale też polityka proniepodległościowej partii. Tuż po wojnie domowej klub został zmuszony do usunięcia z herbu katalońskiej flagi i zmiany nazwy na hiszpańskobrzmiącą, a wcześniej faszyści zrzucili na jego siedzibę bomby. Ale w czasach dyktatury stadion – przez dekady największy w Europie – był jedynym miejscem, gdzie Katalończykom zdarzało się poczuć wolnymi lub wręcz zwycięskimi. Przemycali na trybuny flagi, skandowali antymadryckie hasła, pokonywali Real. Barcelona stała się „Més que un club”, czyli „Więcej niż klubem”, pisarz Manuel Vázquez Montalbán obwołał ją „nieuzbrojoną armią Katalonii”. Po śmierci Franco pierwszy wybrany w wolnych wyborach prezydent regionu krzyczał na stadionie do 100 tys. ludzi: – Nasz klub jest wielki, bo zawsze był wierny Katalonii. Niech żyje Barca! Niech żyje Katalonia!

Kiedy Woody Allen – nieświadomy europejskiego bzika futbolowego – nakręcił „Vicky Cristina Barcelona”, grubo się pomylił, bo sfilmował Sagrada Familia, Park Güell, arcydzieła Gaudiego i inne oczywiste symbole okolicy, jednak zapomniał pokazać na ekranie tego, co najważniejsze – stadionu. To na Camp Nou bije puls katalońskości, to tam w erze futbolowego kosmopolityzmu, zdominowanego przez szatnie rozbrzmiewające wszystkimi językami świata, nie tylko pielęgnuje się tradycje, ale też z lokalnego patriotyzmu czyni fundament strategii.

Kiedy 11 września tamtego roku – święto narodowe, data zdobycia miasta przez wojska Burbonów we wspomnianym 1714 roku – na ulicach miasta ponad 1,5 mln ludzi demonstrowało pod hasłem „Katalonia: nowe państwo w Europie”, najdonioślej wybrzmiało przesłanie Josepa Guardioli. Były trener Barcelony pomieszkiwał wtedy chwilowo w Nowym Jorku (wziął sobie urlop od futbolu) i stamtąd krzyknął (na telebimie), że jego rodacy mają jeden głos więcej, że czuje się jednym z nich ­– żądających niepodległości. Na stronach politycznych gazet jego nazwisko niemal nie padało, tymczasem Guardiola siłą oddziaływania na masową katalońską wyobraźnię po wielekroć przebijał i przebija wielu tamtejszych polityków. To żywy pomnik, być może bardziej zasłużony dla rozbudzania separatystycznych nastrojów, niż sam podejrzewa.

Teraz też się odzywał. Przed niedzielnym referendum, w którym oddał głos za pośrednictwem poczty, oraz w trakcie feralnego dnia, gdy potępił centralną władzę, na której polecenie policja pacyfikowała, często brutalnie, manifestujących i usiłujących dotrzeć do urn. Wtórował mu m.in. Gerard Pique – też polityczne uświadomiony, od zawsze demonstrujący katalońskość, wyróżniający się osobowością do tego stopnia, że wszyscy wiedzą, iż w przyszłości zostanie prezesem FC Barcelony. A jeśli jej obecni szefowie wypowiadali się stosunkowo wstrzemięźliwie, to tylko dlatego, że klub z regionalnego urósł do globalnego, ze względów marketingowych zależy mu na kibicach z innych części Hiszpanii i z zagranicy (w mediach społecznościowych „śledzi” go absolutnie rekordowe 145 mln osób ze wszystkich kontynentów!) – jak każda maksymalizująca zasięg korporacja stara się nikogo nie urazić. Co może być trudniejsze do osiągnięcia niż się zdaje. Czy np. Chińczycy, rynek w przemyśle futbolowym coraz istotniejszy, z entuzjazmem przyjmą niepodległościowe zapędy regionu, skoro zasadniczo sprzeciwiają im się, kiedy tylko mogą, bo sami borykają się z separatystycznymi ciągotami Tybetańczyków i Ujgurów?

Niewykluczone, że sukces sportowy wpłynął na nastroje w Katalonii. Dzieje FC Barcelony były zawsze przede wszystkim opowieścią o udręce. Cierpiał naród, cierpieli kibice i piłkarze, niesprawiedliwie traktowani w rywalizacji ze wspieranym przez frankistowski reżim Realem Madryt (historia nieco zmitologizowana, o czym blogowałem tutaj). Aż tu nagle, w ubiegłej dekadzie, uwielbiana drużyna nie tylko zaczęła zdobywać najcenniejsze puchary seryjnie, nie tylko została najlepszą na planecie, ale jeszcze obwołano ją futbolowym arcydziełem wszech czasów. Katalończycy już wraz z nastaniem ery Messiego i spółki w pewnym sensie wybili się na niepodległość – poczuli się najlepsi w świecie w czymś, co dla nich najważniejsze lub bardzo ważne, zyskali światową rozpoznawalność o bezprecedensowej skali, dostali mnóstwo powodów do pęknięcia z narodowej dumy. To nie przypadek, że akurat wtedy, gdy trwa belle époque, klub zaczął częściej wystrajać piłkarzy w koszulki w barwach senyery.

Nie przeceniam znaczenia piłki nożnej, raczej doceniam znaczenie Camp Nou dla regionu, w którym od zawsze tliła się potrzeba walki o odrębność. I o ile gospodarcza zapaść mogła zadziałać jak iskra, która gaśnie jutro albo pojutrze, o tyle sportowa potęga Barcy, plemienny charakter otaczających ją emocji, a także sprzyjająca podtrzymywaniu nastrojów nieustająca ciągłość rozgrywek mogły długo dostarczać paliwa. „Pozwólcie nam głosować” – skandował od tygodni tłum na stadionie.

Na stadionie, który w niedzielę był pusty. Piłkarze pokonali Las Palmas w głuchej ciszy, bez wsparcia kibiców, co miało wyrażać protest klubu przeciw zachowaniu mundurowych uniemożliwiających z rozkazu władz centralnych przeprowadzenie referendum. Jego szefowie chcieli mecz odwołać, ale zarządzający rozgrywkami Javier Tebas, zresztą zaprzysięgły fan Realu Madryt, groził im walkowerem i karnym odbieraniem punktów.

Napięcie jeszcze wzrosło, poruszony Pique ogłosił potem, że jest gotów nawet zrezygnować z występów w reprezentancji Hiszpanii. Reprezentacji, która niedawno uchodziła za arcysilny czynnik jednoczący kraj. Kiedy przez dekady musiała znosić niemal wyłącznie klęski, to przyczyn szukano m.in. w zatruwającym szatnię podziale na Kastylijczyków, Katalończyków, Basków, Galisyjczyków - zjawiskowo utalentowani gwiazdorzy gotowi bić się do upadłego na chwałę Realu lub Barcelony pod wspólnym sztandarem tracili ponoć pęd do zwycięstw. Ale w latach 2008, 2010 i 2012 piłkarze pozdobywali złoto najbardziej prestiżowych imprez mistrzowskich, a kibice ze wszystkich regionów świętowali wspólnie, wybuchła nawet dyskusja, czy aby nie wypada wreszcie napisać słów do hiszpańskiego hymnu.

To już przeszłość, użycie przeciw Katalończykom siły – niezależnie od tego, czy uzasadnione, czy nie – zapewnie rozmnoży zwolenników rozwodu z Madrytem. Dla mnie nieuniknionego, dzisiaj czuję to jeszcze mocniej niż przed pięcioma laty.

Jeśli rozstanie nastąpi, poskutkuje niebłahymi dylematami oraz problemami praktycznymi. Także dla nas, kibiców piłki nożnej. Ekonomiści dostrzegą w ustanowieniu nowego państwa nową silną gospodarkę, napędzaną przez 7,5 milionów ludzi, społeczeństwo liczniejsze niż Dania, Irlandia, Finlandia i jeszcze dziewięć innych członków Unii. My zastanawiamy się nad sprawami donioślejszymi – czy mianowicie ewentualne stworzenie osobnej ligi krajowej zakończy futbolową wojnę katalońsko-madrycką, czym groził przywoływany wyżej Tebas.

Ja w to zupełnie nie wierzę, akurat ten rozwód nie opłacałby się nikomu. Mecze Barcelony z Realem to najsłynniejsza, marketingowo bezcenna rywalizacja w piłce nożnej – tym bardziej dochodowa, że udało się ją wyeksportować, widzimy to nawet w Polsce, w której wyznawcy obu klubów naparzają się, jakby byli związani z nimi z dziada pradziada, emanując szowinizmem, nienawiścią, pogardą dla wroga. Madryccy szefowie całym sercem będą sprzyjać katalońskim, wszak zaciekła wrogość między oboma rywalami to w istocie symbioza, każda ze stron w samotności, pozbawiona punktu odniesienia zwątpiłaby w sens swojego istnienia. A względy formalne to drobiazg, w razie potrzeby można pożyczyć wariant stosowany w księstwie Monako (tamtejsi piłkarze rywalizują w lidze francuskiej) czy Andorze (tamtejsze kluby należą do lig hiszpańskich).

Co więcej, El Clásico po secesji zostałoby rozciągnięte na rywalizację drużyn narodowych – pomyślcie, jakie emocje wywołałyby mecze Hiszpanii z Katalonią, która przecież nazajutrz po wejściu do UEFA wtargnęłaby do grona reprezentacji bardzo silnych. Niepokojące z naszej, polskiej perspektywy byłoby tylko to, że przybyłby poważny konkurent w eliminacjach do mistrzostw Europy i świata. Wicie, rozumicie – dla nas każdy jest poważny.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

 El Clasico, Real Madryt, FC Barcelona

1:5 w superpucharowym dwumeczu El Clásico, 0:3 z Juventusem, 0:4 z Paris Saint-Germain. A wszystko na dystansie kilku miesięcy. To się zdarza Barcelonie stanowczo zbyt często, zwłaszcza że zdarza się w okresie rewelacyjnych osiągnięć Realu Madryt. Felieton do „Gazety” o nieoczekiwanej zamianie miejsc – nieoczekiwanej i szokująco radykalnej – przeczytacie tutaj.

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

sobota, 03 czerwca 2017

W Cardiff przeżyłem z bliska swój jedenasty finał LM. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu przybyłych gości - łatwo było uwierzyć szacunkom gospodarzy, którzy spodziewali się nawet 200 tys. fanów Juve i Realu. Nigdy nie widziałem też całego śródmieścia całkiem zamkniętego, wyłączonego z ruchu, by pomieścić wszystkich celebrujących święto piłki. Wszędzie w centrum czułem ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, w knajpach patrzyłem, jak kelnerzy wykreślają kolejne wyjedzone dania, na ulicach wysłuchiwałem jazgotu kibicowskich przyśpiewek w promieniu wielu kilometrów od stadionu. Nie doświadczyłem też tylu kontroli, nie widziałem tylu mundurowych, nie mijałem tylu barierkowych szańców, złączonych w kolejne okalające scenę finału pierścienie bezpieczeństwa.

Było w tym smutne świadectwo epoki przepojonej lękiem przed terroryzmem, ale też radosny dowód namiętności do futbolu, którą odczuwałem nawet bardziej niż podczas poprzednich finałów, też monumentalnych.

Działo się w nich na wszelkie możliwe sposoby. Od bezbramkowych klinczów zakończonych rzutami karnymi (2003); przez dreszczowce wyjęte z fantazji zbyt wybujałej, by mogła istnieć (2005); po wieczory aż do przesady zdominowane przez triumfatora (2011). Nigdy jednak nie uderzyła we mnie moc, jaką Real Madryt zademonstrował dzisiaj w drugiej połowie.

Przychodzi mi do głowy jedynie inauguracyjne 45 minut spektaklu ze Stambułu - pamiętam, jak w przerwie upewniałem się, czy najwyższym finałowym rezultatem w dziejach rozgrywek było 7:3 - ale sami wiecie, że Milan został potem za karę wysadzony w powietrze. Nawet Barcelona według Pepa Guardioli, gdy zabawiała się na Wembley z Manchesterem United, nie pozbawiła mnie złudzeń aż do tego stopnia. Być może dlatego, że nigdy nie wierzyłem, by akurat żołnierzy Alexa Fergusona, dopóki dychają, dało się wziąć do niewoli. A może po prostu zawodzi mnie pamięć?

O finale w Cardiff na gorąco napisałem tutaj (przestrzegam przed ewentualnym bałaganem w tekście, dopadły mnie kłopoty techniczne), na blogu wyznam jedynie, że w Cardiff autentycznie zbaraniałem (choć jako oglądacz futbolu głupieję bardzo rzadko). Nie umiałem sobie wyobrazić, że obecne Juve można zrównać z murawą. Prorokowałem wprawdzie, że im dłużej będzie trwał mecz, tym większą przewagę zyska Real, ale przez „dłużej” rozumiałem dogrywkę, nie drugą połowę.

Czasami odnoszę wrażenie, że madrycki klub kadrę utrzymuje nie 20-, 30- czy 50-osobową, lecz zmierzającą ku nieskończoności. Dzisiaj znów o tym pomyślałem - gdy podali składy, gdy przeczytałem, że James Rodriguez nie zasłużył nawet na fotel rezerwowego. Być może tego właśnie było trzeba, by obronić panowanie w Lidze Mistrzów. Klubu tak bogatego w talent i pieniądze, że nawet w 18-osobowej kadrze na mecz nie mieści piłkarza za 80 mln euro, który gdzie indziej, nawet w firmach ze światowego szczytu, mógłby mieć status megagwiazdy.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Wy, współczesne dzieciaki - młodociane paniska zdeprawowane Orlikami i innymi kompletnie umeblowanymi boiskami - pewnie nie uwierzycie, ale kiedy ja byłem mały, za słupki służyły często tornistry. I jeśli strzelona piłka szybowała w ich pobliżu, wybuchała awantura. Gol czy jednak słupek?

Na osiedlu używaliśmy też rosnących w sprzyjającej konfiguracji drzewek. Wtedy awantura wybuchała, jeśli piłka leciała wysoko. Gol czy jednak poprzeczka?

Każdy miał własną wersję, każdy wrzeszczał ze szczerym przekonaniem, że wie najlepiej, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna wyimaginowana bramka. Gdy jednak ktoś przesadzał i awanturę zastępowała dzika awantura, padało mające przymknąć nieumiarkowanego delikwenta „przecież nie gramy o złote gacie”. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęliśmy to sformułowanie, ale wygłaszaliśmy je non stop. Chodziło o to, że nasz podwórkowy mecz nie jest aż tak ważny, by robić zadymę na 14 fajerek. „Nie gramy o złote gacie”, „daj spokój, to nie mecz o złote gacie”, „nikt tu nie gra o złote gacie” - mówiliśmy.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, podglądając piłkarzy Realu Madryt, którzy rozgrzewali się przed treningiem na Millennium Stadium grą „w dziadka”. Cristiano Ronaldo wyglądał na totalnie wkręconego w zabawę. Tak zaangażowanego - choć nie awanturował się - że miałem ochotę krzyknąć: „Hej, wyluzuj, nie gracie o złote gacie”.

A przecież pewnie tak trzeba. Żyć futbolem z patologiczną przesadą, chcieć być górą w nawet błahej rozgrywce, mieć pasję do każdego kopnięcia - tylko wtedy zdobywasz trofea, także indywidualne, w ilościach hurtowych.

Odmierzam czas do finału rozanielony, jaram się jak Ronaldo „dziadkiem”, niniejszą notkę sporządzam i dla pchnięcia zegara, i żeby usypać na jedną kupkę poświęcone Realowi i Juventusowi teksty, które napisałem w Walii.

Tutaj znajdziecie reportażyk o Cardiff jako mieścinie zbyt małej na finał Ligi Mistrzów. Tutaj rzecz o Danim Alvesie, Marcelo i w ogóle wybitnych ofensywnych bocznych obrońcach, których Brazylia od dekad wypuszcza seryjnie. Tutaj przeczytacie o finale jako misji niemożliwej. Tutaj o trenerze Massimiliano Allegrim, który mecze w Champions League kontroluje zawsze, oraz o trenerze Zinedinie Zidanie, który nie kontroluje ich prawie nigdy. A tutaj krótko przedstawiam Garetha Bale’a, ukochanego syna Cardiff, jedynego finalistę, który zagra u siebie w domu.

Następne teksty już po. Kiedy będzie wiadomo, kto wygrał finał. Mecz o najbardziej złote gacie, jakie istnieją.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Archiwum
Tagi