Wpisy z tagiem: Real Madryt
niedziela, 12 lutego 2012
Wreszcie. Barcelończycy zaczęli reagować jak homo sapiens, nawet Leo Messi stał się trochę bardziej ludzki. I obrona tytułu mistrza Hiszpanii stała się - bądźmy poważni, proszę - właściwie nierealna. Wielokrotnie w minionych latach zdumiewałem się, na papierowych łamach i blogu, że wirtuozi z Camp Nou wytrzymują notoryczne zwyciężanie aż tak długo. Wytrzymują mentalnie, nie fizycznie. Dowodów, że współczesny futbol na najwyższym poziomie wycieńcza i wypala dość szybko, naoglądaliśmy się mnóstwo, to także stąd bierze się niezdolność wielkich drużyn do obrony Pucharu Europy. Jak zmotywować do tyrania na ligowym hiszpańskim wygwizdowie multimedalistów, którzy zapytani znienacka pewnie sami nie potrafiliby powiedzieć, ile uzbierali trofeów? Dziesięciu punktów straty do lidera ligi hiszpańskiej nie wytłumaczymy jednak tylko człapaniną Katalończyków. Kiedy sławiłem tutaj niedawno dzieło Jose Mourinho w Madrycie, ogłaszając je najdoskonalszym obok barcelońskiego, wyrzucaliście mi na forum, że macham pustą statystyką - z braku innych argumentów, wszak żadne United czy City Realu nie sprawdziło. Że niby liczby to w futbolu nie wszystko. Może i nie wszystko, ale bardzo wiele. Statystyki nie są abstrakcją jak noty za wrażenia artystyczne, one odzwierciedlają to, co dzieje się na murawie. Jeśli piłkarze Realu mają statystyki fenomenalne, to dlatego, że fenomenalnie grają. Wiem, piszę w niewłaściwym momencie, bo dziś przepchnąć dzielne Levante pomógł im poniekąd ów dziwaczny incydent z zagraniem ręką Iborry, odesłanie go do szatni z czerwoną kartką, rzut karny. Ale nawet ów incydent nie unieważnia oszałamiającej passy piłkarzy Mourinho - jeśli wyjąć nieszczęsne zderzenia z Barceloną (1:3, 1:2, 2:2), po 21 września zwyciężali we WSZYSTKICH meczach. We WSZYSTKICH rozgrywkach. A punktów nie ciułają, wolą kolejnych rywali wdeptywać w murawę. Osasunie przyłożyli siedmioma golami, Dinamu Zagrzeb i Sevilli (na wyjeździe!) - sześcioma, Granadzie i Ponferradinie - pięcioma, Lyonowi, Atletico, Bilbao, Espanyolowi, Betisowi, Maladze i przed chwilą Levante - czterema, Ajaksowi (u siebie i na wyjeździe), Valencii, Villarrealowi, Gijon, Maladzie i Saragossie - trzema. To nie są „puste” statystyki, to arytmetyczny dowód - najogólniejszy, prawda - szokującej, nieludzkiej wprost regularności, którą wymusił na swojej drużynie Mourinho. Jeszcze raz: jeśli zapomnieć na chwilę o barcelońskich porażkach, Real odniósł 26 zwycięstw z rzędu. A gdybyśmy pożyczyli terminologię od bokserów, musielibyśmy dodać, że w ponad połowie pojedynków słał rywali na deski przed czasem. Grubo przed czasem. Królewscy unicestwiają wszystkich, którzy staną im na drodze, z bezlitosną bezbłędnością Ronaldo, który w 33 meczach sezonu strzelił już 34 gole. Zarzuty, że zbyt wiele spośród nich zawdzięcza jedenastkom, są absurdalne. On nie pomylił się od 23 z rzutów karnych! Maszyna, nie człowiek. Na tym właśnie polega wielkość Mourinho - choć szatnie, którymi zarządza, płoną od emocji, z piłkarzy konstruuje niezniszczalne, pracujące doba w dobę na pełnych obrotach machiny. Upieram się, rozliczycie mnie w nieodległej przyszłości - jeśli ta machina nie zderzy się z Barceloną, zatrzyma się dopiero po dotknięciu Pucharu Europy.
sobota, 04 lutego 2012
Na niedawno zakończony, chwilami dość męczący w odbiorze mecz z Getafe trener Jose Mourinho między słupki wstawił wychowanka Ikera Casillasa, a w pole wygonił dziewięciu z dziesięciu najdroższych piłkarzy Realu Madryt: Cristiano Ronaldo (kosztował 94 mln euro), Kakę (65 mln), Benzemę (35 mln), Pepe (30 mln), Xabiego Alonso (30 mln), Coentrao (30 mln), Ramosa (28 mln), Lassa (20 mln) i Ozila (15 mln). Z elity najdroższych brakuje tylko kontuzjowanego Di Marii, pozyskanego za 25 mln. Ale nawet z taniutkim (4,5 mln) Arbeloą zamiast luksusowego argentyńskiego skrzydłowego pod madryckim godłem gra dziś drużyna za 351,5 mln. To absolutny rekord. Gdyby trener Manchesteru City, którego właściciele uchodzą za najrozrzutniejszych we współczesnym futbolu, postarał się złożyć podstawową jedenastkę możliwie najdroższą - z minimalnym poszanowaniem podziału na pozycje, czyli bez wkładania napastników do defensywy - od biedy uciułałby grupę za ćwierć miliarda euro. Trener Manchester United też zmieściłby w drużynie góra ćwierć miliarda euro. Trenerowi Chelsea może by się udało rozłożyć na murawie więcej, ale tylko ciut więcej - londyńczycy nawet w szczytowym okresie szału transferowego Romana Abramowicza nie zdołaliby uskładać jedenastki tak kosztownej, jak obecna madrycka. To może dzisiejszy Real znajdzie konkurencję we własnej przeszłości, i to niezbyt odległej, rozświetlanej przez galacticos? Nic z tego, nawet wtedy, gdy po Santiago Bernabeu stąpali Zidane (73 mln), Figo (60 mln), Ronaldo (45 mln) i Beckham (37 mln), to wokół nich tyrali wychowankowie albo gracze wzięci za drobne (nawet Roberto Carlos Inter Mediolan wypuścił niemal za darmo). Obowiązywała wszak osławiona strategia „Zidanes y Pavones”, czyli „ekskluzywne zakupy i rodzime wyroby”. Ówczesny i aktualny szef klubu Florentino Perez ewidentnie się zreflektował, teraz wciela w życie strategię odważniejszą - „Zidanes y Zidanes”. Sprawił sobie najdroższą w historii defensywę (dzisiejsza kosztowała blisko 100 mln) i najdroższy w historii tercet ofensywny (CR, Kaka i Benzema kosztowali blisko 200 mln), całość oddał w ręce najdroższego w historii trenera (nie dość, że Mourinho bierze pensję ponad wszystkie, to jeszcze samo wyjęcie go z Interu kosztowało bezprecedensowe 8 mln). Słowem, w Realu wszystko ma być wysadzane kamieniami szlachetnymi, ceny umiarkowane uderzają w naszą arystokratyczną reputację, jeśli dziś wepchnął się między lepszych od siebie ten szary Arbeloa, to chyba wyłącznie dlatego, że rodzina królewska potrzebuje lokaja, michy i kielichy na razie na skinienie do niej nie przyfruwają. Florentino Perez pragnął zostać wizjonerem zabierającym fanów w cudowną podróż do przeszłości - zafundować im drużynę godną porównań z drużyną, która w latach 50. pięciokrotnie zdobywała Puchar Europy. Jeśli nie zrealizuje planów choćby szczątkowo, czyli madrycka drużyna nie zatriumfuje na kontynencie przynajmniej raz, przejdzie do historii jako najsłynniejsza w futbolu ofiara przeświadczenia, że kupić można naprawdę wszystko. Nawet chwałę. PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.
środa, 25 stycznia 2012
Jeśli już decyduję się blogować o futbolowym szlagierze, to zazwyczaj na długim dystansie - przez kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin. Tym razem jednak dopiero przed chwilą strzeliło mi do głowy, że postukać w klawiaturę, więc postukam godzin zaledwie kilka. Postukam przy okazji meczu, od którego murawa powinna zapłonąć od emocji, a dziś grozi nam, że na Camp Nou będzie raczej letnio. Skoro w pierwszym ćwierćfinale Copa del Rey Barcelona pokonała Real w Madrycie (2:1), skoro Realowi pod dowództwem Mourinho w 90 minutach nie uległa nigdy, to trudno uwierzyć, że za chwilę roztrwoni przewagę. Trudno też uwierzyć, że jej rywale wierzą. Ale poczekajmy. I poblogujmy. 20.15. Przypomnijmy: to będzie dziewiąte El Clasico w ostatnich dziewięciu miesiącach. A ponieważ wiosną czeka nas kolejny odcinek (w Primera Division), kolejne dwa odcinki (jeśli Barcelona z Realem zmierzą się także w finale Champions League) lub kolejne trzy odcinki (jeśli zderzą się w Champions League wcześniej), to może przeżyć trudny do pobicia rekord - serial 12 hitów rozegranych w 12 miesięcy. Marketingowcy z ekstazy oderwaliby się chyba od ziemi i prędko nie wrócili. 20.22. O humorze Jose Mourinho, zazwyczaj wielkogębnego i rozkoszującego się własną elokwencją, najlepiej świadczy przebieg wczorajszej konferencji prasowej. Dziennikarze zadali 20 pytań, na 11 z nich trener odpowiedział monosylabami: „tak”, „nie”, „nie wiem”, „nie komentuję”, „nie odpowiem”. Poza tym wykręcał się - „zapytaj swojego kolegi” (na pytanie, czy prawdziwe są prasowe doniesienia, że planuje w czerwcu odejść z klubu), „zapytaj piłkarzy” (na pytanie o kompleks Barcelony), „zapytaj kibiców” (na pytanie o wymierzone w niego gwizdy na Santiago Bernabeu). Myślicie, że walczył ze sobą, by wytrzymać i nie wywalić sforze pismaków wszystkiego, co o nich myśli? 20.31. W Barcelonie też dzieje się nietypowo. Trener Josep Guardiola, dla którego generalnie największym wyzwaniem jest dostarczanie swoim niezwyciężonym podwładnych motywacji i utrzymywanie ich w stanie pełnej koncentracji, po raz pierwszy nie pozwolił im spędzić nocy przed meczem w Copa del Rey w domach. Spali w hotelu, na minizgrupowaniu - to standard w Lidze Mistrzów. Trzeba uważać, Real to wciąż drapieżnik arcyniebezpieczny, jak nie byłby pogryziony, sam też wydaje się zdolny rozszarpać każdego wroga. A Barca może kiedyś stracić czujność - jeśli z Madrytu przylatują piłkarze co prawda agresywni, ale sportowo groźni jak kiciuś, co to mu jeszcze pazury nie wylazły... 20.38. Poszukałem, kiedy Real ostatni raz uzyskał na Camp Nou wynik, który dziś dałby mu awans. Stało się to wiosną 2002 roku - w półfinale Ligi Mistrzów wygrał 2:0. Ale żeby odnaleźć kolejny taki wynik, trzeba już cofnąć się do lutego 1980 roku - wtedy „Królewscy” też zwyciężyli 2:0, ale w Primera Division. 21.01. Po dzisiejszym wieczorze na szczycie znów zrobi się ekstremalnie. Jeśli Barcelona jak zwykle rozjedzie wroga, rozjuszony Madryt już Mourinho nie popuści - czy Real będzie wygrywał w lidze pięcioma, czy dziesięcioma golami, czy utrzyma, czy wręcz zwiększy przewagę nad Katalończykami w tabeli Primera Division, portugalski trener nasłucha się wyzwisk, słusznej i niesłusznej krytyki, mrożących krew opowieści o konflikcie w szatni prawdziwych i wyssanych z palca. A jeśli zdarzy się cud (znaczy goście awansują), medialni ujadacze zapadną zbiorowo na amnezję i nad Mourinho znów rozbłyśnie aureola. Real stałby się wówczas bardzo poważnym pretendentem do przejęcia podwójnej korony - przyznawanej za ligę i przyznawanej za puchar. Ależ byłby niesamowity zwrot w hitowym serialu, co? Dzieli nas od niego tyci-tyci, jeden marny mecz... Żartowałem, dzieli nas od niego nieskończoność - trzeba pobić Barcę na Camp Nou. 21.08. Jeśli natomiast - to trzeci wariant, pośredni - Barcelona awansuje, ale Real wreszcie ją postraszy, zmusi do krańcowego wysiłku, zaaplikuje fanom gospodarzy rozstrój nerwowy (np. doprowadzając do dogrywki), to już sam nie wiem, co będzie. Przeczuwam tylko, że przez hiszpańskie powietrze zacznie płynąć prąd. O bardzo wysokim natężeniu. 21.12. Przeczytajcie też dwa ostatnie poświęcone interesującemu nas teraz tematowi teksty z „Gazety”. Michał Szadkowski tutaj napisał o wielkiej drace w Realu, a tutaj... też o wielkiej drace w Realu;-) 21.15. Chciałem się dzisiaj w redakcji zakładać (wymieniony wyżej Misza świadkiem;-)), że Mourinho na złość wszystkim wystawi Pepe. Miałem rację. Skład Realu już znamy: Casillas - Arbeloa, Pepe, Sergio Ramos, Coentrao - Lass, Xabi Alonso - Kaká, Ozil, Ronaldo - Higuaín. 21.17. Skład Barcelony bez niespodzianek: Pinto - Alves, Piqué, Puyol, Abidal - Xavi, Busquets, Iniesta - Cesc, Messi, Alexis Sanchez. Jeśli pominąć bramkę, to najsilniejsza moim zdaniem dostępna jedenastka Katalończyków, rozpędzający się Alexis Sanchez już się Villi dogonić nie da. 21.32. Barcelona w pełnym rynsztunku, Real bez jednej z najgroźniejszych broni - dopóki Angel di Maria wytrzymywał w zdrowiu, był obok C. Ronaldo, Xabiego Alonso i Casillasa wystawiany w El Clasico zawsze. I zazwyczaj wypadał stosunkowo nieźle. Tydzień temu nie zagrał po raz pierwszy. Argentyńczyk to specjalista od asyst - w czołowych pięciu ligach europejskich ma ich najwięcej (13). Wyprzedza Davida Silvę (12), Matthieu Valbuenę (10), Mesuta Ozila (po 9), Leo Messiego i Antonio Valencię (8). 21.41. Ciekawostka z Twittera: od 17 El Clasico Real Madryt wystawia młodszą jedenastkę niż Barcelona. 21.55. Byłem przeświadczony, że Pepe zagra, bo po latach spędzonych na obserwowaniu Mourinho intuicja podpowiadała mi, że on kombinuje tak: „Im bardziej mówią mi, że mam go nie wystawić, tym bardziej go wystawię. Wystawię, choćby miał urwaną nogę. Ja tu jestem szefem!” 22.00. Zaczynamy. El Clasico z Mourinho, odcinek dziewiąty. Po doświadczeniach z minionych ośmiu oczekiwania mam skromne: niech nie będzie krwawo, niech nie będzie żenująco, niech wreszcie nie będzie do jednej bramki. Niech wreszcie będą emocje czysto sportowe, podnoszące włosy do wyprostu, sprawiające, że ten serial się nam nie znudzi, lecz każe ze zniecierpliwieniem wypatrywać następnego razu. Zaraz grają! 22.30. Na razie wygląda na to, że moje prośby zostały wysłuchane - to się ogląda. Real w stałym kontrnatarciu, mój faworyt Mesut Ozil wreszcie czaruje jak spadkobierca Zidane’a, on i jego kompani mogli już ładnych parę goli załadować. Aż się Carles Puyol (jego postawa w wielkich meczach zawsze specjalnie mi imponuje) zezłościł i próbował udawać Messiego. That’s football! 22.54. Niewiarygodne. Jeśli ktoś o sercu barcelońskim widział już drużynę z Madrytu martwym, do 42. minuty musiał się czuć jak nocą bardzo żywych trupów. Goście przekłuwali defensywę gospodarzy regularnie, gospodarze defensywę gości co najwyżej nakłuwali. Real w żadnym ruchu - zazwyczaj oszałamiająco dynamicznym ruchu - nie wyglądał na grupę rozbitą, zniechęconą, zakompleksioną wobec rywala. Rozgrywał najlepszą połówę El Clasico pod Mourinho, sugerował, że jednak jest w stanie pokonać Barcelonę. Aż Messi przypomniał, że jest możliwe przeciwstawić się Barcelonie, ale nie jest możliwe przeciwstawić się Messiemu. A potem petardę wypuścił Dani Alves... Niewiarygodne. 23.00. Ja wiem, że Jose Mourinho wielkim oratorem jest, ale po takich 45 minutach w szatni Realu nawet chór z Cyceronem, Demostenesem i Abrahamem Lincolnem mógłby co najwyżej pomilczeć... Już kiedyś o tym blogowałem - aż mnie skręca, żeby w takich chwilach mieć tam ukrytą kamerę. Druga połowa będzie tylko formalnością? Oby nie była krwawą jatką... 23.28. Cristiano Ronaldo znów trafia w El Clasico, 2:1. Ja generalnie - jakkolwiek ryzykownie to w tych okolicznościach nie zabrzmi - jestem pełen uznania dla gości. Piłkarzom Realu świat wmawiał, że są złamani i skłóceni, a oni na Barcelonę się rzucili i umieli ją poddusić. Piłkarze Realu zeszli na przerwę po dwóch nokautujących ciosach, ze świadomością, że znów polegli, ale po przerwie wciąż zasuwają nawet na połowie katalońskiej. I zdołali się odgryźć. Upieram się - to wielka drużyna. 23.35. Niewiarygodne. Niewiarygodne. 2:2, oni nadal żyją! Bezdyskusyjnie - najbardziej fascynujące z dziesięciu El Clasico za czasów Jose Mourinho. OK, to już nie będę wam wkładał do głów tej frazy o wielkiej drużynie z Madrytu;-) W przerwie ćwierknąłem na Twitterze, przyznaję się bez awantur: „Kiedyś kpiło się tak z piłkarzy reprezentacji Hiszpanii, teraz ładnie leży na Realu: gramy jak nigdy, przegrywamy jak zawsze”. 23.55. Z proponowanych przeze mnie scenariuszy ziścił się trzeci. Faworyt ocalał, Real zostawił lepsze wrażenie. Choć znów zszedł z boiska pokonany, to przebieg wydarzeń na pewno piłkarzy z Madrytu nie zdołował - raczej bym typował, że dostali dziś energetycznego kopa. Udowodnili sobie, że Barceloną można ostro potargać, i to na jej trawach. Wspaniały wieczór z El Clasico. Wreszcie. 23.58. Aha, pobloguję jeszcze długo, tylko potrzebuję kilka chwil na zredagowanie relacji z meczu Michała Szadkowskiego i wysłanie ostatniego wydania „Gazety”;-) 00.19. Tekst zredagowany, zanim wyjdzie z korekty i pozwoli, by go wlać na stronę, refleksja natury ogólnej. Otóż mecze Barcelony z Realem Madryt pozwalają zrozumieć fundamentalną różnicę między piłkarzem amatorem, a piłkarzem zawodowcem. Zawodowiec to ten, który do perfekcji wytrenował odruch przewracania się, łapania za twarz lub zwijania z bólu po dowolnym zetknięciu z przeciwnikiem. My, amatorzy, padać po każdym kontakcie nie umiemy. Ten odruch musi być naprawdę trudno wypracować. 00.23. Z pomeczowych pogaduch. Casillas do sędziego: „Powinieneś balować razem z nimi”. Czyli rutyna. Szkoda, że piłkarzom najwyższej klasy gwiżdżą sędziowie miernej klasy. 00.40. Czarne wieści z szatni barcelońskiej. Alexis Sanchez i Andres Iniesta nie zagrają ponoć przez kilka tygodni. A przecież leczy się też David Villa... 00.45. Xabi Alonso: „Nie jesteśmy zadowoleni, ale jesteśmy dumni”. Piłkarz Realu czuje dumę. choć właśnie wyeliminowała go Barcelona? Oj, oni naprawdę świetnie zdają sobie sprawę, jak na razie wygląda kolejność dziobania... 00.48. „As” wyliczył, że po meczu piłkarze Barcelony wytykali sędziemu, że nie dał im dwóch rzutów karnych, a piłkarze Realu - że nie dał im trzech. 00.51. Iker Casillas już ochłonął. Przeprosił arbitra za to, że go w tunelu obraził. (A ja przypominam/informuję, że bazgram też na Facebooku). 01.03. Alvaro Arbeloa obwieścił, że on i jego kumple właśnie pozbyli się mentalnej blokady, która przeszkadzała im w El Clasico. Może się nie myli, ale wypada też przywołać wakacyjny dwumecz o Superpuchar Hiszpanii. Działo się jak minionego wieczoru - nawet wtedy, gdy Real sprawiał lepsze wrażenie i podpierał je atakami, Barcelony nie pokonał. Czyli na razie nihil novi. Jak Real gra dobrze, przegrywa. Jak Real gra źle, ponosi klęskę. 01.16. Najpierw uspokajam kibiców Blaugrana, że Alexis będzie pauzował maksimam dwa tygodnie (uraz barku). A teraz przejdźmy do wydarzenia wieczoru - w drugiej połowie Real Madryt trzymał piłkę przez 51 proc. czasu gry! Jak Mourinho zobaczy te dane, urządzi taktyczną połajankę, wyśledzi klejących się do piłki najdłużej, każe im w trakcie połajanki klęczeć, a wszystkim rozkaże, by następnym razem aż tak się nie napalali;-)
wtorek, 24 stycznia 2012
Kiedy nasłuchuję, jak na publicystycznym ogniu Hiszpanie przypalają niezłego skądinąd trenera José Mourinho, odruchowo sprawdzam, czy jego historia w Madrycie nie przebiegała tak: przejmuje Real w świetnej kondycji, drużynę niemal doskonałą stopniowo demontuje, wygląda na to, że zaraz zostawi po sobie porozrzucane bez ładu i składu cząstki elementarne. A przecież działo się i dzieje trochę inaczej. Za kadencji Mourinho jego piłkarze uzyskali w Lidze Mistrzów następujące wyniki: 3:0, 6:2, 2:0, 4:0, 3:0, 1:0, 1:0, 4:0, 3:0, 1:1, 4:0, 4:0, 2:2, 2:0, 1:0, 2:0. 14 zwycięstw, 2 remisy, 43-5 w bramkach. Kosmos. Przegrali tylko - nie wymieniłem tego półfinałowego dwumeczu - z Barceloną. Jesienią wypracowali w tych rozgrywkach najlepszy dorobek grupowy w ich historii. Okazalszy nawet od barcelońskiego. W poprzednim sezonie zostali wicemistrzami Hiszpanii, z gigantyczną 21-punktową przewagą nad trzecią w lidze hiszpańskiej Valencią. Ulegli tylko Barcelonie. W bieżącym sezonie w krajowej lidze prowadzą. Wyprzedzają - wyraźnie - nawet Barcelonę, mają ogromną szansę na tytuł. Bukmacherzy widzą w nich faworytów. Faworytów ligi należącej do ścisłej europejskiej czołówki. Poprzednią edycję krajowego pucharu wygrali. Po 18 latach posuchy. W finale pobili Barcelonę. Żeby uświadomić sobie, jaką moc ma Real Madryt, możemy jeszcze wspomnieć, że notorycznie okłada przeciwników festiwalem goli. Strzela je częściej niż jakakolwiek pierwszoligowa drużyna w Europie, wyjąwszy amatorskie UE Santa Coloma z Andorry. Strzela je oczywiście częściej niż Barcelona. I częściej niż strzelał kiedykolwiek wcześniej w całej historii klubu. Z dostępnych nam danych musimy wyciągnąć wniosek, że Mourinho zbudował na Santiago Bernabeu drużynę na miarę klubowego wicemistrza świata. Jego machina rozgniata wszystko, co stanie jej na drodze i nie wiruje w kolorach katalońskich. Nie zwalnia Real nawet po dołujących klęskach w El Clasico. W minionym sezonie pozycję drugiego po bogu miał prawo przypisywać sobie zespół Aleksa Fergusona, któremu udało się wyminąć Barcelonę przed finałem Champions League, więc rozegrał w elicie jeden mecz więcej. Ale teraz, po sensacyjnych międzynarodowych klęskach obu klubów z Manchesteru, madryccy piłkarze godnych przeciwników - godnych i, niestety, niezwyciężonych - znajdują tylko w Katalonii. A teraz przypomnijmy sobie, co Mourinho na Santiago Bernabeu zastał. Zastał drużynę, która pomimo obfitych inwestycji w transfery - obfitych i przed, i po jego przybyciu - przez sześć sezonów nie potrafiła dotoczyć się do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, choć dotaczało się do niej nawet Fenerbahce Stambuł czy Bordeaux. Drużynę, która w 1/8 finału dostawała od Lyonu, Liverpoolu (0:1 i 0:4!), Romy (1:2 i 1:2), Bayernu Monachium, Arsenalu i Juventusu. Drużynę wykopywaną z Copa del Rey przez prowincjonalne Alcorcon i Real Union, przez Mallorcę, Betis Sewilla, Real Saragossa albo Valladolid. Tamto przeciętniactwo zastąpili ludzie, którzy przegrywają tylko z supergrupą Josepa Guardioli. Owszem, zbierają zazwyczaj ciężkie razy. Ale na tle katalońskim z boiska znika nawet Manchester United w wersji najwydajniejszej w całej erze Fergusona. Jeśli znika rzadziej, to dlatego, że los rzadziej skazuje go na najtrudniejsze wyzwanie we współczesnym futbolu - poszukiwanie ucieczki, zazwyczaj rozpaczliwe, z labiryntu mikropodań Barcelony. W pułapkę bez wyjścia szczęściarz wpadł tylko dwukrotnie, i to dopiero w finale Ligi Mistrzów. Choć Real nadal nie zbliża się od Katalończyków, to będę się upierał, że niezmiennie staje się coraz lepszą drużyną. Niestety, rywale pędzą ku perfekcji jeszcze szybciej. I tak El Clasico - serial z akcją wciąż się zagęszczającą, jutro obejrzymy dziewiąty odcinek w niespełna dziewięciu miesiącach - zafałszowuje wszystko, czego Mourinho dokonał. Medialne palenie go żywcem nie byłoby właściwie zaskakujące - zastępy wrogów narobił sobie wszędzie, gdzie pracował, zazwyczaj zresztą zrażał do siebie świadomie, dla niego mecz toczy się także przed kamerami. Nie byłoby zaskakujące, gdyby nie doniesienia, że żarzy się także w drużynie, że autorytet trenera kąsają także piłkarze. Mourinho zdarzało się już przegrywać, zdarzało mu się znosić ognistą krytykę, wielokrotnie wysłuchiwał, jak to morduje futbol i ucieka się do brudnych chwytów. Ale w szatni - każdej szatni - był guru. Bossem nie tyle wymuszającym ślepe posłuszeństwo, ile uwodzicielskim, sprawiającym, że podwładni publicznie ogłaszali - jak Wesley Sneijder - że są gotowi dla niego umrzeć. Gdyby szatnia Realu się podzieliła, nadwątliła jego autorytet albo straciła doń zaufanie, poniósłby Mourinho klęskę w karierze bezprecedensową, być może boleśniejszą niż niezapomniane 0:5 z El Clasico - runąłby mit trenera, którego piłkarze tylko wielbią. A kiedy się z nim rozstają, wpadają w szloch. Ale może też Mourinho przegrać typowo, z unikalną specyfiką Santiago Bernabeu. To tam Fabio Capello dwukrotnie tracił posadę tuż po triumfie w lidze hiszpańskiej. To tam można sobie wyobrazić sobie, że Florentino Perez wyleje trenera, choć wówczas cały pobyt Portugalczyka w klubie - od ceny wykupu z Interu, przez pensje i premie, po odprawę - kosztowałby go 100 mln euro. Można sobie wyobrazić paradoks: Mourinho odchodzi tuż po zdobyciu mistrzostwa w czwartym kraju w Europie i wyrównaniu rekordu Ernsta Happela. Najtrudniej wyobrazić sobie, kto byłby w stanie go zastąpić i zacząć wygrywać z Barceloną już, zanim jej fenomenalne pokolenie wyginie.
czwartek, 19 stycznia 2012
José Mourinho i jego Real znów polegli z Barceloną. 1:2. W kiepskim stylu, na swoim stadionie, co redukuje szanse na odwet w rewanżu do iluzorycznych. Do półfinału Copa del Rey raczej nie awansują. To najdłuższa futbolowa wojna nowoczesnej Europy - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby armia katalońskich mikrusów nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała... Mourinho i tak nawygrywał sporo. Wystarczyła mu dekada, żeby uzbierać 18 trofeów, i wciąż jest blisko pobicia rekordów Boba Paisleya (trzykrotny zdobywca Pucharu Europy) oraz Ernsta Happela (był mistrzem czterech krajów - Holandii, Belgii, Niemiec i Austrii). Na jego fenomenalny bilans składają się niezwykłe passy, np. dziewięć lat bez ligowej porażki na własnym stadionie, a także rozmach, z jakim dzisiejszy Real nokautuje wszystkich krajowych i zagranicznych przeciwników. Wszystkich poza Barceloną. W Mediolanie założył gang, który ją wykończył. Tamten zwycięski dwumecz Interu z Katalończykami w półfinale Ligi Mistrzów to chyba największe pojedyncze arcydzieło Mourinho. W Madrycie zastał więcej pieniędzy i znakomitszych piłkarzy - wśród nich Cristiano Ronaldo, jedynego zdolnego rzucić wyzwanie Leo Messiemu - ale na widok Barcelony maleje, staje się mocny tylko w gębie, taktycznie bezradny. Zwyciężył w ledwie jednej, stosunkowo mało prestiżowej bitwie (dopiero po dogrywce, w poprzednim finale Pucharu Hiszpanii), w wojnie ponosi druzgocącą klęskę. Czy to nie niezwykły paradoks, że akurat w erze trenera takiego formatu Katalończycy zostali pierwszą w historii drużyną, która na madryckim Santiago Bernabeu nie przegrała siedmiu kolejnych meczów? Mourinho nad strategią intensywnie myśli. Na każdy z dziewięciu meczów wystawiał inną jedenastkę. Tak podwładnych nakręcał, że wbiegali na murawę z żądzą mordu. Próbował i otwartej walki, i wojen podjazdowych. Wszystko na próżno. Okres, w którym wydawało się, że Real powoli znajduje sposób na Barcelonę, minął. Ostatnio wydaje się raczej, że nie umie się do niej choćby zbliżyć. Ba, trudno wyobrazić sobie transfery, które by to umożliwiły. Tutaj trzeba raczej wynalezienia systemu gry będącego odpowiedzią na katalońską perfekcję. Skoro nawet Manchester United był w zetknięciu z nią - w obu finałach LM - bezbronny... Madryckim graczom nie pomogło nawet to, że dzięki wpadkom bramkarzy Valdesa i Pinto prowadzili zarówno w grudniowym meczu ligowym, jak i środowym meczu pucharowym. To wymarzony scenariusz zwłaszcza dla Mourinho, który rywalom kontrolującym piłkę lubi odpowiadać kontrolą nad przestrzenią. Lubi, ale w starciach z Katalończykami nie umie. Gdyby goście zdołali w środę zachować we wrogim polu karnym ciut więcej precyzji, znów mogliby Real zbić do nieprzytomności. Gospodarze tym razem wymęczyli wynik nie tak zawstydzający jak słynne już 0:5 sprzed półtora roku, lecz wrażenie zostawili fatalne. Zapamiętamy ich prymitywny plan gry, po przejęciu piłki polegający na odruchowym przerzuceniu jej pod nogi Ronaldo, zapamiętamy tępą brutalność i tanie aktorstwo Pepe, który nadepnął na dłoń Messiemu, ale sam zwijał się z bólu po mocniejszych podmuchach wiatru. Uciekaniem się do brudnych chwytów „Królewscy” zdradzają szlachetną przeszłość klubu. Już nie niwelują dystansu do głównych rywali, lecz go tracą. Coraz trudniej uwierzyć, że jeszcze wierzą. Raczej czują, iż trofeów będą dopadać, jeśli Katalończyków wyminą. Porażki w El Clásico jeszcze potęgują ich nadnaturalną koncentrację i pasję do gry w innych meczach ligowych, bo wiedzą, że Barcelona niekiedy gubi punkty. W Lidze Mistrzów też może się zdarzyć, że z kimś przegra. Batalie z Madrytem wyzwalają w niej zbyt dużą determinację. Piłkarze Guardioli pewnie również woleliby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas ich zeszłoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu - dokonaliby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70. i uciszyli nieufnych, którzy odmawiają im tytułu największej drużyny w historii. To działa w obie strony - Mourinho z powodu Barcy nie może (na razie?) zostać klubowym trenerem wszech czasów, Barca z powodu Mourinho nie zdołała (jeszcze?) zostać klubową drużyną wszech czasów. W środę stało się chyba jasne, kto jest bliżej celu. PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A tu klikam natrętnie
Ferajna z sąsiedztwa
Niezbędnik inteligenta
Serwisy Sport.pl
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||