Wpisy z tagiem: Real Madryt

poniedziałek, 05 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus, Zinedine Zidane

Zinedine Zidane, mój ulubiony rozgrywający przełomu XX i XXI wieku – tylko Juan Roman Riquelme głaskał piłkę ładniej – został pierwszym trenerem, który obronił trofeum w Lidze Mistrzów, zanim zdążyłem się przyzwyczaić, że jest trenerem. Geniusz czy inni szatani byli tam czynni? Coponiedziałkowy felieton przeczytacie tutaj. A tutaj jeszcze o finale i poprutej pamięci Gianluigiego Buffona. 

sobota, 03 czerwca 2017

W Cardiff przeżyłem z bliska swój jedenasty finał LM. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu przybyłych gości - łatwo było uwierzyć szacunkom gospodarzy, którzy spodziewali się nawet 200 tys. fanów Juve i Realu. Nigdy nie widziałem też całego śródmieścia całkiem zamkniętego, wyłączonego z ruchu, by pomieścić wszystkich celebrujących święto piłki. Wszędzie w centrum czułem ścisk jak w tramwaju w godzinach szczytu, w knajpach patrzyłem, jak kelnerzy wykreślają kolejne wyjedzone dania, na ulicach wysłuchiwałem jazgotu kibicowskich przyśpiewek w promieniu wielu kilometrów od stadionu. Nie doświadczyłem też tylu kontroli, nie widziałem tylu mundurowych, nie mijałem tylu barierkowych szańców, złączonych w kolejne okalające scenę finału pierścienie bezpieczeństwa.

Było w tym smutne świadectwo epoki przepojonej lękiem przed terroryzmem, ale też radosny dowód namiętności do futbolu, którą odczuwałem nawet bardziej niż podczas poprzednich finałów, też monumentalnych.

Działo się w nich na wszelkie możliwe sposoby. Od bezbramkowych klinczów zakończonych rzutami karnymi (2003); przez dreszczowce wyjęte z fantazji zbyt wybujałej, by mogła istnieć (2005); po wieczory aż do przesady zdominowane przez triumfatora (2011). Nigdy jednak nie uderzyła we mnie moc, jaką Real Madryt zademonstrował dzisiaj w drugiej połowie.

Przychodzi mi do głowy jedynie inauguracyjne 45 minut spektaklu ze Stambułu - pamiętam, jak w przerwie upewniałem się, czy najwyższym finałowym rezultatem w dziejach rozgrywek było 7:3 - ale sami wiecie, że Milan został potem za karę wysadzony w powietrze. Nawet Barcelona według Pepa Guardioli, gdy zabawiała się na Wembley z Manchesterem United, nie pozbawiła mnie złudzeń aż do tego stopnia. Być może dlatego, że nigdy nie wierzyłem, by akurat żołnierzy Alexa Fergusona, dopóki dychają, dało się wziąć do niewoli. A może po prostu zawodzi mnie pamięć?

O finale w Cardiff na gorąco napisałem tutaj (przestrzegam przed ewentualnym bałaganem w tekście, dopadły mnie kłopoty techniczne), na blogu wyznam jedynie, że w Cardiff autentycznie zbaraniałem (choć jako oglądacz futbolu głupieję bardzo rzadko). Nie umiałem sobie wyobrazić, że obecne Juve można zrównać z murawą. Prorokowałem wprawdzie, że im dłużej będzie trwał mecz, tym większą przewagę zyska Real, ale przez „dłużej” rozumiałem dogrywkę, nie drugą połowę.

Czasami odnoszę wrażenie, że madrycki klub kadrę utrzymuje nie 20-, 30- czy 50-osobową, lecz zmierzającą ku nieskończoności. Dzisiaj znów o tym pomyślałem - gdy podali składy, gdy przeczytałem, że James Rodriguez nie zasłużył nawet na fotel rezerwowego. Być może tego właśnie było trzeba, by obronić panowanie w Lidze Mistrzów. Klubu tak bogatego w talent i pieniądze, że nawet w 18-osobowej kadrze na mecz nie mieści piłkarza za 80 mln euro, który gdzie indziej, nawet w firmach ze światowego szczytu, mógłby mieć status megagwiazdy.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Wy, współczesne dzieciaki - młodociane paniska zdeprawowane Orlikami i innymi kompletnie umeblowanymi boiskami - pewnie nie uwierzycie, ale kiedy ja byłem mały, za słupki służyły często tornistry. I jeśli strzelona piłka szybowała w ich pobliżu, wybuchała awantura. Gol czy jednak słupek?

Na osiedlu używaliśmy też rosnących w sprzyjającej konfiguracji drzewek. Wtedy awantura wybuchała, jeśli piłka leciała wysoko. Gol czy jednak poprzeczka?

Każdy miał własną wersję, każdy wrzeszczał ze szczerym przekonaniem, że wie najlepiej, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna wyimaginowana bramka. Gdy jednak ktoś przesadzał i awanturę zastępowała dzika awantura, padało mające przymknąć nieumiarkowanego delikwenta „przecież nie gramy o złote gacie”. Nie mam pojęcia, skąd wytrzasnęliśmy to sformułowanie, ale wygłaszaliśmy je non stop. Chodziło o to, że nasz podwórkowy mecz nie jest aż tak ważny, by robić zadymę na 14 fajerek. „Nie gramy o złote gacie”, „daj spokój, to nie mecz o złote gacie”, „nikt tu nie gra o złote gacie” - mówiliśmy.

O czym przypomniałem sobie wczoraj, podglądając piłkarzy Realu Madryt, którzy rozgrzewali się przed treningiem na Millennium Stadium grą „w dziadka”. Cristiano Ronaldo wyglądał na totalnie wkręconego w zabawę. Tak zaangażowanego - choć nie awanturował się - że miałem ochotę krzyknąć: „Hej, wyluzuj, nie gracie o złote gacie”.

A przecież pewnie tak trzeba. Żyć futbolem z patologiczną przesadą, chcieć być górą w nawet błahej rozgrywce, mieć pasję do każdego kopnięcia - tylko wtedy zdobywasz trofea, także indywidualne, w ilościach hurtowych.

Odmierzam czas do finału rozanielony, jaram się jak Ronaldo „dziadkiem”, niniejszą notkę sporządzam i dla pchnięcia zegara, i żeby usypać na jedną kupkę poświęcone Realowi i Juventusowi teksty, które napisałem w Walii.

Tutaj znajdziecie reportażyk o Cardiff jako mieścinie zbyt małej na finał Ligi Mistrzów. Tutaj rzecz o Danim Alvesie, Marcelo i w ogóle wybitnych ofensywnych bocznych obrońcach, których Brazylia od dekad wypuszcza seryjnie. Tutaj przeczytacie o finale jako misji niemożliwej. Tutaj o trenerze Massimiliano Allegrim, który mecze w Champions League kontroluje zawsze, oraz o trenerze Zinedinie Zidanie, który nie kontroluje ich prawie nigdy. A tutaj krótko przedstawiam Garetha Bale’a, ukochanego syna Cardiff, jedynego finalistę, który zagra u siebie w domu.

Następne teksty już po. Kiedy będzie wiadomo, kto wygrał finał. Mecz o najbardziej złote gacie, jakie istnieją.

czwartek, 01 czerwca 2017

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

Od kilku lat przyzwyczajamy się, głównie za sprawą Roberta Lewandowskiego, że należymy - my jako naród, jeśli wolno mi przeszyć powietrze tym niepokojącym słowem - do futbolowej elity elit. Znaczy nasi grają o najambitniejsze cele, po porażkach w półfinałach czy ćwierćfinałach Ligi Mistrzów odczuwają rozczarowanie. Pewnie wielu kibiców zaryzykowałoby nawet tezę, że spotężnieliśmy na czołowe mocarstwo w regionie - czy sklasyfikujemy go jako Słowiańszczyznę, czy jako byłe demoludy, czy, naśladując Ziemowita Szczerka, jako rozmaite Republiki Molwanii i Rzeczpospolite Krakozji. Przeświadczenie o własnej wielkości wzmaga zwłaszcza rzut oka na ranking FIFA, w którym właśnie zdobyliśmy dziesiątą pozycję i prężymy się tam ex aequo z imperialną Hiszpanią.

Dlatego warto czasami, dla psychicznej higieny, pochylić się nad Chorwacją.

Że tamtejsi kibice lewitują mentalnie w innej galaktyce, dla nas wciąż niewyobrażalnie odległej, uzmysłowiłem sobie jakiś czas temu przy okazji El Clásico. Umiecie sobie wyfantazjować, że opowiadamy o nim przez pojedynek Polaka z Polakami? Chorwaci przeżywają to, odkąd Barcelonę reprezentuje 29-letni Ivan Rakitić, a dla Realu Madryt kopią 23-letni Mateo Kovačić oraz 31-letni Luka Modrić, który zdążył już założyć królewskie barwy w 214 meczach.

Migawki z Ligi Mistrzów też mogą porządnie zdzielić po każdym polskim łbie, który rozsadza zadowolenie, jacy my wspaniali i w ogóle najlepsi. Oto Chorwaci już wiedzą, że jeden z nich w sobotę Champions League wygra. Modrić jako elegancki rozgrywający Realu zobaczy wszak w koszulce Juventusu umorusanego, walecznego zakapiora 31-letniego Mario Mandżukicia. A mógłby jeszcze ujrzeć Marko Pjacę, gdyby 22-letniego skrzydłowego, jednego z wielu gwarantujących zastępowalność pokoleń, nie powaliła kontuzja.

Ba, Chorwaci wiedzieli, że trofeum jest pewne, jeszcze przed półfinałami. Wraz z Atlético Madryt odpadał wszak z rozgrywek Šime Vrsaljko, 25-letni prawy obrońca, a wraz z AS Monaco - Danijel Subašić, bramkarz tuż po trzydziestce. Byli zatem jedyną obok Brazylii nacją reprezentowaną na tym etapie rywalizacji we wszystkich klubach. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

A ponieważ w Bayernie pogrywał jeszcze niedawno niejaki Ivica Olić, obecnie napastnik już 37-letni, to w trwającej dekadzie ledwie raz (!) zdarzył się finał Ligi Mistrzów bez żadnego Chorwata na murawie. Imponujące jak na czteromilionową populację, prawda?

Hołdy bałkańskim piłkarzom, pochodzącym z państw zszytych niegdyś w Jugosławię, składaliśmy wielokrotnie. Gdyby umieszczać ich w rankingach jako wspólne terytorium, byliby globalnymi liderami futbolowego eksportu, konkurującymi ze znacznie ludniejszymi przecież Argentyną oraz Brazylią. Dlaczego im się udaje, właściwie nie wiadomo, choć znawcy sportu zgłębić zagadkę próbują, przerzucając się bezlikiem hipotez. Od wskazywania warunków fizycznych (ludzie urodzeni na terenie dawnej Jugosławii są obok Skandynawów najwyżsi na świecie) po przywoływanie tragicznej historii regionu, dotkniętego wciąż doskonale pamiętaną wojną domową, która także sportowców miała uczynić niezłomnymi, nieustraszonymi, odpornymi na przeciwności losu, a także pełnymi powagi, dzięki której nie tracą w życiu czasu na duperele.

Sam w tę logikę powątpiewam, okolica, w której łatwiej o lej po bombie niż boisko, nie wydaje mi się sprzyjającą dla rozwoju piłki nożnej. Choć np. Modrić, najznakomitszy wśród wyżej wymienionych, to także dziecko wojny - dojrzewał w huku pocisków, na zaminowanej ziemi, słuchając rozmów dorosłych o czystkach etnicznych. Bardzo bliskiego mu dziadka zamordowali Serbowie, śmierć groziła również rodzicom.

I chorwacki rozgrywający rzeczywiście nie przypomina poza boiskiem kumpli z madryckiej szatni. Wysługiwać się innymi nie lubi tak bardzo, że w trakcie przeprowadzki do Madrytu własnoręcznie przenosił sprzęty z samochodu do domu. Potrzebuje tak niewiele, że kiedy wybudował willę w rodzinnych stronach, musiał tłumaczyć zdumionym rodakom, iż nie potrzebuje pięciopokojowej rezydencji, skoro mieszka tylko z żoną, synem i córką. Ktoś niezorientowany nigdy nie podejrzewałby Modricia, że zarabia miliony euro.

Nie wszyscy chorwaccy piłkarze żyją jednak skromnie i po cichu, a podbijają każdą ligę, do której się wybiorą, wspaniała generacja goni tam wspaniałą generację, taśma nigdy się nie zatrzymuje. O czym może wkrótce przekonać się także nasz Piotr Zieliński, z którym o podstawowy skład Napoli będzie konkurował Marko Rog. Rok młodszy, porównywalnie wyszkolony technicznie, niezmordowany, chętniejszy i lepiej predysponowany do wytężonej pracy defensywnej. A Chorwacja nigdy nie odpuszcza.

Liga Mistrzów, Real Madryt, Juventus

środa, 10 maja 2017

Real Madryt - Juventus, finał, Liga Mistrzów

Obaj finaliści są eleganccy, choć Real zakłada nonszalancko rozchełstaną koszulę człowieka, któremu wolno wszystko, a Juventus nosi galowo ułożony garnitur człowieka, który wie, że musi wypaść perfekcyjnie.

Być może dlatego madrytczycy tej wiosny w Lidze Mistrzów wpadali w tarapaty, i to w tarapaty głębokie, więc potrzebowali mieć kilka żyć, by przetrwać. Być może dlatego turyńczycy zadawali szyku w idealnym spokoju – przez 1/8 finału, ćwierćfinały oraz półfinały właściwie przedefilowali, nikt z nimi nawet przez sekundę nie prowadził. Ale pewien nie jestem. Niewykluczone, że Real cierpiał, bo zwyczajnie zderzył się z najsilniejszymi dostępnymi przeciwnikami – Bayernem Monachium oraz sąsiedzkim Atlético.

Tak czy owak mamy obsadę finału, której nikt nie podważy. Jak mawiają kibice, obaj rywale „zasłużyli”.

Różni ich nade wszystko rozmiar garderoby. Jeśli obaj trenerzy mogą wystroić drużynę, jak zechcą, to nie umiem zdecydować, kto wygrywa – porównanie Realu i Juve w podstawowych składach daje remis.

Im bardziej jednak Zinedine Zidane i Massimiliano Allegri muszą sięgać do rezerw, tym bardziej widać, czyja szafa jest obszerniejsza. Pierwszy dysponuje „rezerwowymi”, drugi – rezerwowymi. Realowi po sięgnięciu do „zapasów” nie ubywa, nawet mu przybywa. Juve z każdym takim ruchem ubywa.

Dlatego gdyby obie strony wystawiły na finał wszystko, co najlepsze, to prognozowałbym, że turyńczycy potrzebują rozstrzygnąć sprawę do 90. minuty. W dogrywce i w ogóle z każdą wymianą stroju na świeższy zacznie rosnąć przewaga madrytczyków.

Bo karne, to wiadomo, że Buffon, dziejowej sprawiedliwości musi stać się zadość, tego huraganu historii nie zatrzymałby nikt, każdy futbolowe dziecko wie, dlaczego czeka, aż Gigi odbierze nagrodę za całokształt twórczości.

Taką mam galopadę myśli teraz, gdy muszę czymś zająć czas, bo do samolotu do Cardiff wsiądę dopiero za kilka tygodni.

czwartek, 04 maja 2017

 Cristiano Ronaldo, Real Madryt. Fot. Francisco Seco, AP

W półfinałach Ligi Mistrzów roztańczyli się atleci dojrzali, niekiedy nawet uważani za stetryczałych lub niezdolnych do wielkiej gry o wielką stawkę. Na chwałę Juventusu najlepiej pracowali 34-letni Dani Alves (o piłkarską demencję zbyt szybko posądzony przez Barcelonę), 39-letni Gianluigi Buffon oraz 29-letni Gonzalo Higuaín (strzelił prawie 300 goli w karierze, ale pamiętają mu głównie niestrzelone w finale mundialu, poza tym jest gruby), natomiast bohaterem Realu Madryt został 32-letni Cristiano Ronaldo (fot. Francisco Seco, AP), który ponoć niedołężnieje od wielu miesięcy. No i – to też znana kibicowska śpiewka – znęca się snajpersko jedynie nad słabymi. (Jego rówieśnik Luka Modrić wpływa na grę fundamentalnie, ale działa ciszej).

Stale przybywa i wiedzy o ludzkim organizmie, i wysiłku sztabu specjalistów doglądających ciał piłkarzy, co znacząco wydłuża ich sportowe życie, ale kto chce naprawdę skutecznie spowolnić upływ czasu, potrzebuje jeszcze własnego pomyślunku. Zdolności do ewoluowania. Wymyślania siebie na nowo. Inteligencji rozumianej jako umiejętność słuchania rad odpowiednich ludzi i wsłuchiwania się w swój organizm.

Ronaldo najwyraźniej ma wszystko. Od dawna obserwujemy – i opisujemy – jak ze skrzydła przesuwa się na pole karne, symptomatyczne zresztą, że w końcówce derbów Madrytu środkowego napastnika Karima Benzemę, spełniającego się w pełnieniu na boisku roli służebnej dla portugalskiego supergwiazdora, nie zastąpił środkowy napastnik Álvaro Morata (sam chciałby strzelać), lecz biegający bliżej flanki Lucas Vázquez. I parę chwil później asystował liderowi Realu przy ostatnim golu.

Równie istotne jednak, że Ronaldo poprzestawiał sobie w głowie. Pojął, że mniej może dać więcej. Częściej omija mecze i częściej przystaje na opuszczenie boiska przed ostatnim gwizdkiem, więc zamiast podpierać się nosem w rozstrzygające wieczory, jak zdarzało się minionej wiosny, w najważniejszych chwilach wybija się na swój atletyczny szczyt – to widać, słychać i czuć, w każdym geście emanuje energią. Dawny Ronaldo nigdy nie zrezygnowałby z podróży do La Corunii, gdzie można natłuc wór goli (Real wyjechał z sześcioma). Nie zrezygnowałby zwłaszcza po porażce w El Clásico, szukałby raczej każdej dostępnej okazji, by zaleczyć frustrację. A nowy Ronaldo zostawia bolid w garażu, żeby podrasować go i wypolerować na wyścigi, które ogląda cały świat.

Zarzucanie mu, że bije głównie słabych, zawsze brzmiało absurdalnie. Owszem, znakomici napastnicy zazwyczaj śrubują snajperskie statystyki w meczach z pomniejszymi rywalami (tacy w ogóle istnieją w Hiszpanii?!) – ale śrubują wszyscy znakomici napastnicy, Portugalczyk nie stanowi żadnego wyjątku, to elementarnie logiczne. Nawiasem mówiąc, w pucharowych rundach LM nazbierał już 52 gole i trzyma absolutny rekord, Leo Messi ma ich tylko 37. Przykra dla krytykantów ironia losu polega na tym, że Ronaldo po liftingu zaczyna być skrajnym przeciwieństwem piłkarza, który znika w chwilach stanowiących największe wyzwanie. Zwłaszcza jako goleador.

W bieżącym sezonie strzela rzadziej, prawdopodobnie zakończy go z najniższą średnią bramek na mecz, odkąd w 2009 roku podpisał kontrakt z Realem. Legii Warszawa nie trafił w dwumeczu ani razu. Wstaje jednak właśnie wtedy, gdy patrzy na niego cały świat. Gdy decydują się losy Złotej Piłki.

W ćwierćfinałach i półfinałach Champions League załadował już osiem goli – a półfinały nadal trwają. Załadował je w szlagierach nad szlagierami, z Bayernem oraz Atlético. Derby Madrytu uświetnił hat-trickiem dwukrotnie, jesienią i wiosną. Trzy ciosy zadał również Kashimie Antlers, który wprawdzie nie robi na nikim w Europie wrażenia, ale znów – ocknął się we właściwym momencie, gdy trwała dogrywka w finale klubowych mistrzostw świata. I jeśli utrzyma poziom z prestiżowych wieczorów, to być może i obroni tytuł króla strzelców w LM (zdobywając piąty z rzędu i szósty w ogóle, byłby absolutnym rekordzistą), i zatriumfuje w klasyfikacji asyst. W obu rankingach zajmuje pozycję wicelidera, minimalnie ustępując – odpowiednio – Messiemu oraz Neymarowi.

Można oczywiście wytknąć Ronaldo, że np. nie ugodził ostatnio Barcelony, bo generalnie każdemu piłkarzowi można coś wytknąć, wszystko zależy od stopnia determinacji wytykającego. Dzisiaj brzmiałoby to już jednak jak upierdliwość, która więcej mówi o podważającym wybitność Portugalczyka nienawistniku, niż o klasie Portugalczyka.

Wyścig o tytuł największego futbolisty XXI wieku trwa. Był już moment, w którym wyglądał na rozstrzygnięty, i wydawało się, że Ronaldo pozostanie „zaledwie” zjawiskowym snajperem, że nie zdoła konkurować z wszechstronniej wirtuozerskim Messim – w „meczu” na Złote Piłki przegrywał 1:4, urodził się dwa lata wcześniej od rywala, jego Real nie umiał dorównać Barcelonie. Tymczasem Ronaldo jako kolekcjoner zaszczytów rozszalał się dopiero po trzydziestce. Już ubiegły rok okazał się najbardziej obfitym w karierze – złoto mistrzostw Europy plus triumf w LM – a w obecnym jakże niewiele dzieli go od równie niezwykłego. Ozdobionego zdetronizowaniem Barcelony w lidze hiszpańskiej oraz wyczynem niewidzianym od ćwierć wieku z okładem, czyli obroną najcenniejszego trofeum w Europie.

Tak blisko, a zarazem tak daleko, w wysoce prawdopodobnym finale Champions League madrycki napastnik wraz z całym Realem potrzebują zdobyć twierdzę nietkniętą od 621 minut. Pomyślcie jednak o ewentualnych nagrodach! To rok, w którym Ronaldo może wyjść na podwójny remis – 5:5 w Złotych Piłkach, 4:4 w Pucharach Europy.

Kibicowski świat pozostanie podzielony jak nigdy, zantagonizowane strony wciąż będziemy łączyć tylko my, entuzjaści monumentalnych sportowych opowieści, którzy nikomu nie sprzyjają bardziej, zanadto są bowiem rozemocjonowani samym pojedynkiem. Nie mam nic przeciwko temu, by potrwał on dłużej niż myślałem, a zarazem jara mnie, że Buffon, Alves i reszta turyńskiej ferajny mają zupełnie inną opinię.

wtorek, 02 maja 2017

Nie wiem, czy mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, raczej myślę, że w kieszonkową psychologię wątpię, ale podczas pisania o najpotężniejszej futbolowej metropolii odkryłem, że Atlético jest z Europy, a Real z Ameryki. Mój cotygodniowy felieton do „Gazety Wyborczej” przeczytacie tutaj.

09:14, rafal.stec
Link Komentarze (69) »
środa, 26 kwietnia 2017

Wassily Kandinsky, wiadomo

W niedzielnym El Clásico piłkarzy poniosło. Ujmujące, że to wciąż się zdarza, trochę uczłowieczając ten wysokobudżetowy biznes – herosi się zapominają, przestają działać według planu i tłuką się na pełnej spontaniczności, bo zwyczajnie chcą dokopać tym drugim. Realu Madryt nie zadowalał remis, choć grał w osłabieniu, a Barcelony nie zadowalał remis, choć grała na wyjeździe, więc obejrzeliśmy trochę futbolu w najprzyjemniejszym tego słowa znaczeniu podwórkowego. Uciechy było co nie miara, aż zacząłem się rozglądać za trzepakiem, jęcząc, że pofikałbym, pofikał, pofikał.

Gospodarze się zapędzili, w ostatnich sekundach zezwalając gościom na kontratak, którego być nie powinno – przy grze ostrożniejszej, zdroworozsądkowej.

A ponieważ także wcześniej obie strony ulegały porywom serca – znów: jak na podwórku, czyżby także przez mentalne wycieńczenie po hitach Ligi Mistrzów? – to nic dziwnego, że mecz wygrał Leo Messi. Bo najlepiej na świecie kiwa (pierwszy gol), bo demonstruje najwyższą przeciętną precyzję strzału nawet w stanie wycieńczenia (drugi gol).

Wieczór logicznie wynikał z przebiegu całego sezonu. Sezonu, w którym rzężącą jako drużyna Barcelonę wielokrotnie ocalił solista nad solistami i w którym perfekcyjnie funkcjonujący jako drużyna Real nie potrzebował jednego przesądzającego o wynikach supermana. Oto poeta Messi, wspierany ostatnio przez partnerów najmarniej od lat, znów się zawziął i postanowił wziąć sprawy w swoje stopy. Oto madrytczycy, za kadencji Zinedine’a Zidane’a uprawiający prozę najwyższej próby, zapomnieli, że defilowali od zwycięstwa do zwycięstwa dzięki futbolowi pragmatycznemu.

Ten jeden mecz, na emocje działający jak ładunek trotylu, mógł zmienić dynamikę walki o mistrzostwo Hiszpanii. Jednak ogólna sytuacja w obu klubach nie drgnęła.

Barcelona wciąż musi wierzyć w zrywy Messiego, ponieważ innych albo nie ma (zdyskwalifikowany Neymar), albo zbyt często ledwie łażą (Andrés Iniesta), albo działają bez koordynacji, prawie chaotycznie (gra defensywna). Dzisiejsze 7:1 z praktycznie zdegradowaną, zdziesiątkowaną Osasuną pomijam, odfajkowuję go jako odprężającą przebieżkę.

Real natomiast wciąż stawia na nieskończenie rozległe zasoby kadrowe. Na wyprawę do La Corunii w ogóle nie zabrał ani Cristiano Ronaldo (znać, że polerują ten bolid na wybrane, najważniejsze wyścigi), ani Toniego Kroosa (kluczowego dla stałych fragmentów gry, czyli arsenału w Madrycie o największej bodaj sile rażenia). Nie zabrał, choć w lidze hiszpańskiej na wyjeździe nie wolno lekceważyć nikogo, a Deportivo pobiło u siebie m.in. Barcelonę. I te „rezerwy” rozniosły rywali na strzępy, nie macie pojęcia, jak bym chciał, żeby trener Zinedine Zidane dał arcydzieło trollingu i wystawił je na derby w półfinale Champions League. (No dobrze, nie rozniosły, tylko mogły roznieść, ale nadmierne pocenie się byłoby poniżej królewskiej godności).

Innymi słowy, w lidze hiszpańskiej trwa wojna króla z królestwem.

I dzieje się pasjonująco. Dzieje się pasjonująco dlatego, że w niedzielę nastąpiła nieoczekiwana zmiana nastrojów – wszechklęskowa Barcelona dołożyła wszechzwyciężającemu Realowi – ale też dlatego, że obu wielkim rywalom, tak samo blisko do fantastycznego sukcesu, jak i do kataklizmu.

Jeśli Real zatriumfuje i w kraju, i w Lidze Mistrzów, to jego wyczyn będzie dla kibiców tym rozkoszniejszy, że Barcelona w najlepszym razie poprzestanie w tym sezonie na zabawnie skromniutkim zdobyciu Pucharu Króla, w którym potrzebuje tylko zdmuchnąć w finale Alaves. A nie oszukujmy się, w tej awanturze obie strony żywią się tyleż swoimi osiągnięciami, co krzywdą przeciwnika.

Jeśli natomiast Real nie dałby rady ani tu, ani tu, to trwająca druga era prezesa Florentina Pereza stałaby się w jeszcze boleśniejszym wymiarze erą totalnej dominacji Barcelony. Wzięłaby ona siódmy tytuł w minionych dziewięciu latach, przy ledwie jednym mistrzostwie Realu (i jednym Atlético).

W perspektywie krajowej to władza, jakiej Barcelona nie trzymała jeszcze nigdy. Naprawdę nigdy, przeskanujcie archiwa.

I jeszcze ten pikantny, wcale nieepizodyczny udział w batalii Atlético...

Powtórzę, przesylabizuję, bo się jaram, o to chodzi tym komiksie: Realowi bliziuteńko do sezonu cudownego, bo zwieńczonego niespotykaną od 1989 roku obroną trofeum w Lidze Mistrzów, a zarazem bliziuteńko do sezonu koszmarnego, bo nie dość, że zwieńczonego fiestą Barcelony, to jeszcze bezprecedensowo złotego dla nędzarzy z sąsiedniego Atlético.

sobota, 15 kwietnia 2017

Real Madryt, Zinedine Zidane

Trener Zinedine Zidane wypuścił przed chwilą na mecz w Gijón głębokie rezerwy. Z jedenastki, która pobiła w środę Bayern Monachium, ostali się tylko środkowi obrońcy Sergio Ramos i Nacho. Real Madryt jednak triumfował, i to triumfował na boisku drużyny grającej bardzo dobrze, z determinacją broniącej się przed spadkiem. Triumfował w swoim stylu – przegrywał 0:1 i 1:2, wyrównywał, rozstrzygającego gola załadował w doliczonym czasie. Aż człowiek głupieje i zaczyna tropić spiski, podejrzewać, że oni to robią specjalnie. Od razu zabierają na murawę trotyl, ale odpalają go dopiero prawie po meczu.

Bohaterem popołudnia był Isco, grający wręcz bajecznie. Nie mieści się we łbie, że wirtuoz o tej skali talentu – wirtuoz w doskonałej formie – przesiaduje gdziekolwiek w rezerwie. Ale Isco przesiaduje. Madryckie luksusy.

Wiadomo, że Zidane zarządza przebogatą kadrą, obwołuje się ją nawet najszerszą w dziejach klubu. Tym razem szalał Isco, ale ja szczególnie źle znoszę uziemienie Jamesa Rodrígueza – skandalicznie marnotrawstwo, gdybym miał władzę, przeniósłbym go gdziekolwiek, żebym mógł oglądać go zadowolonego z życia, w szczytowej formie, magicznego.

Patrzyłem na Real z absolutnym przekonaniem, że ostatecznie wtłucze swojego gola. A patrząc, rachowałem, ile te „rezerwy” madrytczyków kosztowały.

Otóż za rezerwowego Isco lider ligi hiszpańskiej zapłacił – kwoty ściągam z serwisu Transfermarkt.de, bo najwygodniej – 30 mln euro. Za wspomnianego Jamesa – 75 mln. Za biegającego między nimi Mateo Kovacicia – 31 mln euro. Rachunek jest prosty, Real Madryt to taki klub, który stać na permanentne trzymanie w rezerwie trzyosobowej linii pomocy za 136 mln.

Za rezerwowego robi tam też Alvaro Morata, napastnik za 30 mln. Real stać też, by wywalić – odpowiednio – 31,5 oraz 30 mln za rezerwowych bocznych obrońców, Danilo oraz kompletnie zbędnego Fabio Coentrao.

Co ja gadam, że zbędnego. Przecież przydał się, żeby w przerwie starcia z Bayernem odfajkować meczyk ze Sportingiem.

Podliczyłem – dzisiejsze „rezerwy” Realu pochłonęły 265 mln euro. Nie mam pewności, czy najdroższe w dziejach futbolu, ale zapewne tak, żyjemy przecież w erze szalejącej inflacji. Pododawałem też pozostałe kwoty transferowe, która dały aktualną kadrę seniorów, i dotarłem do 625 mln.

Chichotaliśmy się niekiedy z wygibasów Florentino Pereza, który kupował kompulsywnie, jak bulimik. Mieliśmy zresztą dobre powody, bo zdarzało się wykonywać madryckiemu prezesowi ruchy chaotyczne i niespójne, nazbyt łatwo wylewał hektolitry szmalu za piłkarzy skazanych w szatni Realu na drugorzędność. Wygląda jednak na to, że zrodziła ta awanturnicza polityka personalna – zrodziła być może nieco przypadkiem – wielonogie monstrum, które potrafi skopać niemal każdego rywala dowolnie wybranym odnóżem. Zidane na pewno popełnia, jak każdy trener, błędy w selekcji, ale myli się co najwyżej troszeczkę, ponieważ inaczej się nie da. Głęboki rezerwowy jest rezerwowym ledwie teoretycznie, wskutek zawirowania, które przywiodło go do Madrytu, gdzie indziej nie byłby rezerwowym, lecz gwiazdą, ewentualnie megagwiazdą, ewentualnie jednoosobowym gwiazdozbiorem, ja zupełnie serio podejrzewam o tę umiejętność piłkarza Isco.

wtorek, 21 lutego 2017

Mgnienie oka

Przewidywanie przyszłości jest, jak powszechnie wiadomo, błędem poznawczym wybitnie pociesznym – tym bardziej pociesznym, im bardziej serio się ją przewiduje. Prof. Jerzy Vetulani twierdził wręcz, że futurologię wymyślono po to, by ludzie mieli się z czegoś śmiać za 50 lat.

Nasz sławny neurobiolog prawdopodobnie nie interesuje się piłką nożną. Gdyby się interesował, 50 lat musiałby bowiem zredukować do pięciu, maksimum siedmiu. My, kibice, mamy patologiczną wprost skłonność do wyrysowywania rozpoczynającej się właśnie „nowej ery”, która potrwa całą wieczność, ewentualnie pół wieczności, w najgorszym razie – ćwierć wieczności. Powali nas na przykład na kolana tiki-taka, to nabieramy pewności, że wszyscy zaczną ją uprawiać, że tiki-taka zapanuje jako styl gry najwydajniejszy i zarazem najbardziej efektowny, że nastąpi ostateczny koniec rozwoju ideologicznego futbolu. Wywodzimy kształt jutra wyłącznie z tego, co dzieje się dzisiaj, zapomniawszy, jak króciutko trwało wczoraj. Żeby było jasne – sam też grzeszę śmiertelnie, choć za każdym razem wyciskam z siebie mocne postanowienie poprawy.

Te uniwersalne prawdy kołatają mi się po łbie właśnie teraz, gdy nadciąga dwumecz Manchesteru City z AS Monaco. No bo prześledźmy najnowszą historię tego ostatniego klubu.

W 2004 r. jego piłkarze zabawiali się w finale Ligi Mistrzów. Odlot, wspanialej być nie może.

W 2011 r. zlecieli z pierwszej ligi francuskiej. Deprecha.

Na początku 2012 r. leżeli na dnie tabeli drugiej ligi francuskiej, poważnie zagrożeni bankructwem. Rzężenie, gorzej być nie może.

Teraz, wiosną 2017 r. – znów szaleją w Lidze Mistrzów, zasadzając się na Manchester City.

A żeby rzeczywistość jeszcze pokiełbasić, zwróćmy uwagę, że kiedy przed kilkoma laty Monaco wyrzucało gigantyczne pieniądze na transfery (zakupy finansował Dmitrij Rybołowlew), nie było w stanie rzucić wyzwania wyrzucającemu pieniądze gargantuiczne Paris Saint-Germain (zakupy finansuje katarski rząd). Dopiero gdy przeszło na tryb oszczędnościowy, prześcignęło PSG o kilka długości. I wystrzeliło na pozycję lidera ligi francuskiej. To się dzieje właśnie teraz.

Monaco wystarczyło kilka lat, by z samego szczytu stoczyć się na samo dno. A potem – kilka lat, by z samego dna wzbić się na szczyt. I jeszcze za tym wzlotem nie kryje się długofalowa, skrupulatnie zaplanowana i realizowana strategia, lecz nagła wolta. Zataczają się tam od ściany do ściany.

Zdumiewających zwrotów akcji obserwujemy ostatnio mnóstwo. RB Leipzig potrzebowało ledwie siedmiu lat na podróż z nieistnienia do walki o mistrzostwo Niemiec. Nasza Nieciecza – dekady na wybicie się z wiejskiej okręgówki do tzw. ekstraklasy. Leicester kilkanaście miesięcy temu wyruszyło z dołów Premier League, żeby ją podbić, a następnie zawrócić i znów mknąć ku czarnej rozpaczy.

Jakżeż kruchy jest piłkarski sukces! I zarazem jakżeż łatwy do osiągnięcia. Jak niewiele trzeba czasu, by wszystko przeputać. I jak niewiele – by, zaczynając od zera, pobujać trochę wyżej niż w obłokach, czyli na podium. Wszystko rodzi się i ginie w mgnieniu oka.

Tzw. filozofia klubu to też raczej nowelka niż opasłe tomisko, lektura trwa z jeden wieczór. Minęły ledwie cztery lata z niewielkim nakładem, odkąd Barcelona przez godzinę ligowego meczu w Levante grała w składzie złożonym wyłącznie z wychowanków:

FC Barcelona, La Masia

Jej fantastyczny futbolowy system kształcenia – od przedszkola i podstawówki, po liceum i uniwersytet, wszystko tam działało perfekcyjnie – miał już nigdy nie odebrać drużynie seniorów katalońskiej tożsamości. I co?

W niedzielę wystawiła na Leganés tylko jednego Hiszpana/Katalończyka. Pierwszy raz w historii, po 118 latach i 4250 meczach w lidze hiszpańskiej. Jedynakiem był Sergi Roberto, wraz z nim biegali po boisku trzej wychowankowie – Leo Messi i Rafinha. I to by było na tyle. Ludzie wyedukowani w La Masii rozpierzchli się po Europie, w Barcelonie namnożyło się pościąganych ze wszystkich stron świata najemników po kilkadziesiąt milionów za egzemplarz.

Tymczasem Real Madryt, który w epoce panowania dzieci Katalonii, wpuszczał do składu tylko pojedynczego autochtona (przepędzonego już Ikera Casillasa), w tej samej ostatniej kolejce upchnął w podstawowym składzie aż sześciu Hiszpanów, głównie wychowanków – Kiko Casillę, Nacho, Daniego Carvajala, Isco, Álvaro Moratę i Lucasa Vázqueza. Mija parę chwil i galaktyka El Clásico staje na głowie. Tutaj nawet futurolog wszech czasów Stanisław Lem mógłby się pogubić.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum
Tagi