Wpisy z tagiem: Cristiano Ronaldo

czwartek, 04 maja 2017

 Cristiano Ronaldo, Real Madryt. Fot. Francisco Seco, AP

W półfinałach Ligi Mistrzów roztańczyli się atleci dojrzali, niekiedy nawet uważani za stetryczałych lub niezdolnych do wielkiej gry o wielką stawkę. Na chwałę Juventusu najlepiej pracowali 34-letni Dani Alves (o piłkarską demencję zbyt szybko posądzony przez Barcelonę), 39-letni Gianluigi Buffon oraz 29-letni Gonzalo Higuaín (strzelił prawie 300 goli w karierze, ale pamiętają mu głównie niestrzelone w finale mundialu, poza tym jest gruby), natomiast bohaterem Realu Madryt został 32-letni Cristiano Ronaldo (fot. Francisco Seco, AP), który ponoć niedołężnieje od wielu miesięcy. No i – to też znana kibicowska śpiewka – znęca się snajpersko jedynie nad słabymi. (Jego rówieśnik Luka Modrić wpływa na grę fundamentalnie, ale działa ciszej).

Stale przybywa i wiedzy o ludzkim organizmie, i wysiłku sztabu specjalistów doglądających ciał piłkarzy, co znacząco wydłuża ich sportowe życie, ale kto chce naprawdę skutecznie spowolnić upływ czasu, potrzebuje jeszcze własnego pomyślunku. Zdolności do ewoluowania. Wymyślania siebie na nowo. Inteligencji rozumianej jako umiejętność słuchania rad odpowiednich ludzi i wsłuchiwania się w swój organizm.

Ronaldo najwyraźniej ma wszystko. Od dawna obserwujemy – i opisujemy – jak ze skrzydła przesuwa się na pole karne, symptomatyczne zresztą, że w końcówce derbów Madrytu środkowego napastnika Karima Benzemę, spełniającego się w pełnieniu na boisku roli służebnej dla portugalskiego supergwiazdora, nie zastąpił środkowy napastnik Álvaro Morata (sam chciałby strzelać), lecz biegający bliżej flanki Lucas Vázquez. I parę chwil później asystował liderowi Realu przy ostatnim golu.

Równie istotne jednak, że Ronaldo poprzestawiał sobie w głowie. Pojął, że mniej może dać więcej. Częściej omija mecze i częściej przystaje na opuszczenie boiska przed ostatnim gwizdkiem, więc zamiast podpierać się nosem w rozstrzygające wieczory, jak zdarzało się minionej wiosny, w najważniejszych chwilach wybija się na swój atletyczny szczyt – to widać, słychać i czuć, w każdym geście emanuje energią. Dawny Ronaldo nigdy nie zrezygnowałby z podróży do La Corunii, gdzie można natłuc wór goli (Real wyjechał z sześcioma). Nie zrezygnowałby zwłaszcza po porażce w El Clásico, szukałby raczej każdej dostępnej okazji, by zaleczyć frustrację. A nowy Ronaldo zostawia bolid w garażu, żeby podrasować go i wypolerować na wyścigi, które ogląda cały świat.

Zarzucanie mu, że bije głównie słabych, zawsze brzmiało absurdalnie. Owszem, znakomici napastnicy zazwyczaj śrubują snajperskie statystyki w meczach z pomniejszymi rywalami (tacy w ogóle istnieją w Hiszpanii?!) – ale śrubują wszyscy znakomici napastnicy, Portugalczyk nie stanowi żadnego wyjątku, to elementarnie logiczne. Nawiasem mówiąc, w pucharowych rundach LM nazbierał już 52 gole i trzyma absolutny rekord, Leo Messi ma ich tylko 37. Przykra dla krytykantów ironia losu polega na tym, że Ronaldo po liftingu zaczyna być skrajnym przeciwieństwem piłkarza, który znika w chwilach stanowiących największe wyzwanie. Zwłaszcza jako goleador.

W bieżącym sezonie strzela rzadziej, prawdopodobnie zakończy go z najniższą średnią bramek na mecz, odkąd w 2009 roku podpisał kontrakt z Realem. Legii Warszawa nie trafił w dwumeczu ani razu. Wstaje jednak właśnie wtedy, gdy patrzy na niego cały świat. Gdy decydują się losy Złotej Piłki.

W ćwierćfinałach i półfinałach Champions League załadował już osiem goli – a półfinały nadal trwają. Załadował je w szlagierach nad szlagierami, z Bayernem oraz Atlético. Derby Madrytu uświetnił hat-trickiem dwukrotnie, jesienią i wiosną. Trzy ciosy zadał również Kashimie Antlers, który wprawdzie nie robi na nikim w Europie wrażenia, ale znów – ocknął się we właściwym momencie, gdy trwała dogrywka w finale klubowych mistrzostw świata. I jeśli utrzyma poziom z prestiżowych wieczorów, to być może i obroni tytuł króla strzelców w LM (zdobywając piąty z rzędu i szósty w ogóle, byłby absolutnym rekordzistą), i zatriumfuje w klasyfikacji asyst. W obu rankingach zajmuje pozycję wicelidera, minimalnie ustępując – odpowiednio – Messiemu oraz Neymarowi.

Można oczywiście wytknąć Ronaldo, że np. nie ugodził ostatnio Barcelony, bo generalnie każdemu piłkarzowi można coś wytknąć, wszystko zależy od stopnia determinacji wytykającego. Dzisiaj brzmiałoby to już jednak jak upierdliwość, która więcej mówi o podważającym wybitność Portugalczyka nienawistniku, niż o klasie Portugalczyka.

Wyścig o tytuł największego futbolisty XXI wieku trwa. Był już moment, w którym wyglądał na rozstrzygnięty, i wydawało się, że Ronaldo pozostanie „zaledwie” zjawiskowym snajperem, że nie zdoła konkurować z wszechstronniej wirtuozerskim Messim – w „meczu” na Złote Piłki przegrywał 1:4, urodził się dwa lata wcześniej od rywala, jego Real nie umiał dorównać Barcelonie. Tymczasem Ronaldo jako kolekcjoner zaszczytów rozszalał się dopiero po trzydziestce. Już ubiegły rok okazał się najbardziej obfitym w karierze – złoto mistrzostw Europy plus triumf w LM – a w obecnym jakże niewiele dzieli go od równie niezwykłego. Ozdobionego zdetronizowaniem Barcelony w lidze hiszpańskiej oraz wyczynem niewidzianym od ćwierć wieku z okładem, czyli obroną najcenniejszego trofeum w Europie.

Tak blisko, a zarazem tak daleko, w wysoce prawdopodobnym finale Champions League madrycki napastnik wraz z całym Realem potrzebują zdobyć twierdzę nietkniętą od 621 minut. Pomyślcie jednak o ewentualnych nagrodach! To rok, w którym Ronaldo może wyjść na podwójny remis – 5:5 w Złotych Piłkach, 4:4 w Pucharach Europy.

Kibicowski świat pozostanie podzielony jak nigdy, zantagonizowane strony wciąż będziemy łączyć tylko my, entuzjaści monumentalnych sportowych opowieści, którzy nikomu nie sprzyjają bardziej, zanadto są bowiem rozemocjonowani samym pojedynkiem. Nie mam nic przeciwko temu, by potrwał on dłużej niż myślałem, a zarazem jara mnie, że Buffon, Alves i reszta turyńskiej ferajny mają zupełnie inną opinię.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Jak wiele znaczy dla niego Złota Piłka, wiemy z dokumentu pod przytłaczającym tytułem „Ronaldo. The Movie”, którego bohater  wyznaje, że właśnie nagrody dla najlepszego gracza świata pożąda bardziej niż jakiejkolwiek innej. Pragnie nade wszystko tytułu indywidualnego, choć uprawia sport drużynowy, nawet łup zdobywany w Lidze Mistrzów szarzeje mu do rupiecia, skoro trzeba się nim dzielić. Wspomniany film pozostaje wszak świadectwem przytłaczającego narcyzmu – opowieścią o jednostce tak wybitnej, że otaczanej wyłącznie przez żywe pionki pełniące rolę służebną lub ozdobną.

Ronaldo właśnie znów otrzymał Złotą Piłkę (po raz czwarty, już tylko o jedną statuetkę ustępuje Leo Messiemu), więc zaraz rozbrzmieje dyskusja mająca ustalić, czy zasłużył. Dyskusja nieśmiertelna, nierozstrzygalna, a zarazem przeraźliwie jałowa, zredukowana do niedającego nadziei na konkluzję pytania, czy jurorzy rozmaitych futbolowych konkursów piękności powinni oceniać liczbę zdobytych przez pretendentów tytułów, czy jednak oceniać jakość ich gry. Wariant pierwszy budzi wątpliwości dlatego, że trofea piłkarze zawdzięczają wysiłkowi zbiorowemu, poza tym same w sobie są już nagrodami, zatem przyznawalibyśmy nagrodę za to, że już wcześniej otrzymało się nagrodę. Wariant drugi natomiast wymaga nieistniejących kryteriów, by wiarygodnie oszacować wartość każdego indywidualnego popisu, a także skonsumowania niemożliwej do skonsumowania ilości futbolu. Nawet ograniczenie się do sześciu czołowych lig krajowych w Europie (2132 mecze), Ligi Mistrzów i Ligi Europy (349, bez eliminacji), mistrzostw Europy i Copa America (83), Copa Libertadores i Copa Sudamericana (228) – co uważałbym za minimum przyzwoitości – skazywałoby na 2792 transmisje lub wizyty na stadionie, a do tego potrzeba, nie licząc dogrywek, karnych i czasu doliczonego, 4188 godzin, czyli spędzania nad boiskiem blisko 12 godzin dziennie, wliczając niedziele, święta, urodziny kochanek i kochanków, nawet chwile lekkiego przesytu piłką nożną. Nierealne. Realia są takie, że miażdżąca większość głosujących, a także miażdżąca większość krytykujących ich wybory kibiców, co najwyżej omiata wzrokiem skróty miażdżącej większości występów miażdżącej większości czołowych zawodników na planecie.

Dlatego sam nigdy nie wypracowałem sobie stałej, nienaruszalnej metody na ustalenie, kto był najlepszy, albo kto wykopał sobie miejsca we wszelakich jedenastkach roku. Rozglądam się tu i teraz, prześlizguję się po wiośnie i jesieni, sprawdzam fakty i usypuję na kupkę wrażenia, a potem sprawdzam wynik. W pełni akceptowałem na przykład werdykt z 2012 r., gdy wszystkich w plebiscycie zakasował Messi, choć najważniejszego turnieju klubowego (Liga Mistrzów) wówczas nie wygrał, a w najważniejszym reprezentacyjnym (mistrzostwa Europy) z oczywistych względów nie wystąpił. Był na boiskach najlepszy i tyle, jego prymat rzucał się wówczas w oczy nawet bardziej niż w latach również dla niego zwycięskich, acz mniej obfitych w trofea.

Dzisiejszy triumf Ronaldo – nie tyle akceptowalny, ile bezdyskusyjny – jest rewersem tamtej historii. Portugalczyk obie przywołane wyżej imprezy wygrał, ale lud i tak pomarudzi. Ktoś przedkładający zadymę nad rozsądną rozmowę rzuci, że wygrał je również Pepe (co tym bardziej krzywdzące, że obrońca Realu w trwającym i poprzednim sezonie wystąpił w ledwie 53 proc. meczów klubu, przy 86-procentowej obecności swego sławniejszego rodaka), inny przypomni, że w finale LM błyszczeli raczej Gareth Bale i Sergio Ramos, jeszcze inny burknie, że w finale Euro laureata powaliła kontuzja. Na prawie każdym sezonie każdego fenomenalnego piłkarza znajdziesz mnóstwo rys, wystarczy tylko chcieć.

W przypadku Ronaldo w wersji 2016 nie trzeba nawet wielkiej determinacji, ponieważ komentatorzy coraz częściej dostrzegają u niego symptomy starzenia się. Atleta niegdyś niezniszczalny leczy więcej urazów, rozgrywa więcej meczów przeciętnych, nie zawsze przytłacza fizycznie rywali. Można mu nawet wypomnieć, że w fazie grupowej Champions League uciułał ledwie dwa gole, najbardziej mizerny dorobek, odkąd podpisał kontrakt z Realem. Ba, z perspektywy hipotetycznego kibica nadwiślańskiego, który ogląda jedynie swojskie drużyny, futbolowy superbohater wygląda jeszcze zwyczajniej – przez 300 minut gry z reprezentacją Polski i Legią Warszawą nie zdobył nawet bramki.

Im dłużej będziemy jednak wypatrywać u niego słabości, tym większy się staje. Oto piłkarz przegrywający z upływem czasu potrafi w pojedynkę rozbić Wolfsburg, nokautując go hattrickiem, gdy w wiosennym ćwierćfinale LM madrytczycy nieoczekiwanie przegrywają dwumecz 0:2 i balansują na krawędzi. Oto takim samym hattrickiem Ronaldo niszczy na wrogim stadionie Atlético, gdy jesienią przychodzi mecz teoretycznie najtrudniejszy. Potrafi wreszcie rozstrzygnąć półfinał mistrzostw Europy, zanim padnie w finale i pozostanie mu błagalnie krzyczeć do kumpli, żeby dokończyli robotę bez niego.

Tak, namysł nad okolicznościami zdobycia Złotej Piłki powinien doprowadzić Ronaldo do konstatacji, że w tym sporcie drużyna jest wszystkim, że ulubionej statuetki nie dopadłby bez niezłomności madryckich i portugalskich kolegów, którzy przetrwali 120-minutowe, rozciągnięte po karne i dogrywkę finały Ligi Mistrzów oraz Euro. A nasza refleksja nad jego klasą może się zacząć od uzmysłowienia sobie paradoksu, że ten zabójczy snajper akurat teraz, gdy wchodzi w smugę cienia – może jednak tylko „rzekomo” wchodzi? – przeżył najwspanialszy rok karierze. Bo złoty potrójnie. Klubowo, reprezentacyjnie, indywidualnie.

czwartek, 07 lipca 2016

Im bardziej sądzimy, że muszą wreszcie zgasnąć, tym bardziej współczesna piłka nożna staje się ich prywatną rozgrywką.

Najpierw zauważamy, że Cristiano Ronaldo nie jest na Euro 2016 sobą. Wyrzucony poza swoje naturalne terytorium łowieckie; otrzymuje piłkę tam, gdzie musi się z nią odwrócić, by w ogóle zobaczyć bramkę, zamiast rozpędzony nacierać na rywala; nie umie od pierwszego gwizdka po swojemu zdominować meczu.

A potem uświadamiamy sobie, ile zdołał dokonać. Kiedy w fazie grupowej Portugalia modliła się o przetrwanie, strzelił Węgrom dwa gole, a przed trzecim podawał - i drużynę ocalił. Kiedy w 1/8 finału nadciągały nieuniknione rzuty karne, znów dał asystę - w 117. minucie. Kiedy w półfinale Walia wyglądała na rywala zdolnego przeciągać linę w nieskończoność, skutecznie zaatakował ją z powietrza. (O ćwierćfinałowym strzale z jedenastu metrów, którym rozpoczął zwycięski konkurs z Polską, aż nie wypada wspominać, to jednak drobnostka). Oto nadpiłkarz w kryzysie - zaciąga reprezentację kraju do boju o złoto.

Teoretycznie zaprzecza duchowi dziejów. Wszak na Euro furorę robiły drużyny złożone nie tyle z jednostek ponadprzeciętnych, ile działających w zsynchronizowany sposób. Wszak podobnie przebiegał sezon klubowy, rozświetlony zdumiewającymi zbiorowymi popisami Leicester czy Atlético Madryt. Wszak całym nowoczesnym futbolem rządzi wyrafinowana inżynieria taktyczna - zdezorganizowane hałastry utalentowanych solistów przegrywają ze zwartymi grupami dowodzonymi przez wybitnych trenerów, którzy na listach płac doścignęli graczy. To nie jest epoka indywidualności.

Inaczej - to nie byłaby epoka indywidualności, gdyby systemu nie niszczyli Ronaldo oraz Leo Messi. Jeśli ludzie znużeni ich rywalizacją myśleli, że bez Realu i Barcelony giganci pozwolą od siebie odetchnąć, srodze się zawiedli. Futbol znów wiruje wokół portugalsko-argentyńskiego duetu, i to nie dlatego, że jeden z nich właśnie okazał się oszustem podatkowym. Oto Ronaldo po 12 latach znów jest z rodakami w finale Euro, oto Messiego też ponownie oglądaliśmy na mistrzostwach kontynentu aż do finału.

Przywykliśmy, że obaj spełniają się w klubach, by następnie „rozczarowywać” w reprezentacjach. Wierzymy w to, bo patrzymy na sport pobieżnie, w kruszcu mniej lśniącym od złota upatrujemy druzgocącą klęskę. Tymczasem jedyni futbolowi superbohaterowie nawet tu wzbijają się wyżej i wyżej. Messi zdobył srebro mundialu 2014, srebro Copa América 2015, srebro Copa América 2016. Najpierw przegrywając finał minimalnie, bo jednobramkowo, a potem wręcz je remisując, bo wyroki skazujące zapadały dopiero w rzutach karnych. Ronaldo też znów stał się przynajmniej srebrny.

Złotą Piłkę wyszarpują sobie od 2008 roku. Kiedy ostatnio odebrał ją ktoś inny, my byliśmy jeszcze we wczesnym stadium zauroczenia Leo Beenhakkerem. Antyk. I nie wiadomo, czy nie utrzymają duopolu przez wiele kolejnych lat - nie zwalniają, lecz wciąż się rozpędzają! - tak jak nie wiadomo, kto wyścig wygra. Faworytem zdawał się młodszy Argentyńczyk (rocznik 1987), tymczasem Portugalczyk (1985) wkrótce poprawi wynik na 4-5. Obaj ewoluują, obaj są wystarczająco inteligentni piłkarsko, żeby wydłużyć sobie karierę. Dlaczego cofnięty, wykorzystujący zmysł rozgrywającego Messi ma prędko skończyć, skoro Ryan Giggs dotruchtał w lidze angielskiej do czterdziestki? Dlaczego dysponujący potężnym kopem i panujący w powietrzu ma zgasnąć, skoro Francesco Totti w lidze włoskiej czterdziestkę przekroczy jesienią, a Zlatan Ibrahimović jako 35-latek podpisuje kontrakt z Manchesterem Utd? Dlaczego do piłkarzy, do których należą ciągnące się już dekadę przeszłość i teraźniejszość, ma nie należeć także wykraczająca poza horyzont przyszłość?

poniedziałek, 04 lipca 2016

Świat zredukuje środowy półfinał Euro 2016, w którym Walia zagra z Portugalią, do pojedynku dwóch rewolwerowców z Realu Madryt. I w sporej mierze będzie miał rację.

Banał o futbolu jako zabawie wybitnie zespołowej nadal zachowuje aktualność, żaden ze sławnych liderów samotnie tego meczu nie wygra. Ba, niekoniecznie Gareth Bale czy Cristiano Ronaldo najbardziej wpłyną na wynik. To jednak bez znaczenia - równolegle z wojną o finał mistrzostw Europy będzie się toczyć strzelanina o Złotą Piłkę, nagrodę dla najlepszego gracza na planecie.

Na francuskim turnieju ostało się czterech majowych triumfatorów Ligi Mistrzów, którzy zachowują szansę na złoto Euro. Czyli na zdobycie obu najcenniejszych trofeów - klubowego i reprezentacyjnego - w 2016 roku. To wyczyn rzadki, w XXI wieku po taki dublet sięgali tylko Brazylijczyk Roberto Carlos, Hiszpanie Juan Mata i Fernando Torres oraz Niemiec Sami Khedira (raczej nie odgrywali głównych ról w swoich drużynach).

Dzisiejsi kandydaci to: Niemiec Toni Kroos, Portugalczycy Pepe i Ronaldo, Walijczyk Bale. Co nie oznacza, że wszyscy stali się pretendentami do Złotej Piłki. Kroos gra w stylu zbyt nieefektownym, czasami wręcz niewidzialnie - to specjalista od podań w środku pola, rozdawanych z laserową precyzją. Obrońca Pepe nabroił już tyle, że reputacji tępego brutala nie zrzuci nigdy, nawet gdyby do końca kariery żadnemu rywali nie pogroził nawet palcem. Realnie o indywidualny tytuł walczą jedynie skrzydłowi Realu.

I słowo „strzelanina” precyzyjnie oddaje charakter ich pojedynku. Obaj uderzają na bramkę bez wytchnienia, 36 prób Ronaldo daje mu pozycję lidera na Euro, a 21 prób Bale’a daje Walijczykowi pozycję wicelidera. Obu też kojarzymy nade wszystko ze scenami jak z westernu - rozstawione nogi, najwyższe skupienie, znieruchomienie poprzedzające wystrzał - ponieważ pasjami podchodzą do rzutów wolnych.

Kiedy już jednak dobiegną do leżącej piłki, wszystko zaczyna ich różnić. Bale imponuje zabójczą skutecznością, jako dopiero trzeci zawodnik potrafił na Euro zdobyć dwie bramki z wolnych. Ronaldo przypomina natomiast strzelającego na oślep, statystycy stale aktualizują porażające dane - na mistrzowskich turniejach, w których uczestniczy od 2004 r., uderzał już 42-krotnie, ale do siatki nie trafił nigdy.

Ten ostatni, który przegrywa 3-5 prywatny mecz na Złote Piłki z Leo Messim, mógł się poczuć (prawie) zdobywcą czwartej po finale LM - jako wykonawca decydującego rzutu karnego i jako król strzelców całych rozgrywek. Mógł też poczuć się nim niemal na pewno w ubiegłym tygodniu, gdy argentyński wirtuoz spudłował z jedenastu metrów w przegranym finale Copa America. Aż znienacka na poważne zagrożenie wyrósł Bale, biegający po przeciwległym skrzydle Realu.

Walijczyk należy do nielicznych gwiazdorów piłki klubowej, którzy biegają jak nakręceni na Euro 2016. Być może dlatego, że wiosną odetchnął - przynajmniej mentalnie - gdy tygodniami leczył kontuzje. Już we wspomnianym finale LM rozsadzała go energia, dał asystę przy golu Sergio Ramosa, był najlepszy na boisku. A teraz daje twarz reprezentacji uwodzącej miliony bezstronnych kibiców, którzy pożądają obalania hierarchii - Walia to najmniejszy półfinalista w historii mistrzostw Europy (trzy miliony ludzi) i jej awans do meczu o złoto, nie wspominając o czymś więcej, byłby zjawiskiem wybitnie medialnym i zapadającym w pamięć. Co w konkursie piękności, jakim jest Złota Piłka, bywa absolutnie kluczowe.

Tymczasem Portugalia do półfinału nie wbiegła, lecz się do niego dotoczyła. Niespójna w ataku, cyniczna, wszystkie pięć meczów w 90 minutach zremisowała (Chorwację przepchnęła w końcówce dogrywki, Polskę po rzutach karnych). Ronaldo nie zachwyca, jak zresztą w ostatnich tygodniach sezonu klubowego, gdy nękały go urazy. Gole strzelił tylko Węgrom, kiedy obie strony postawiły na spontaniczną wymianę ciosów, zostawiając atakującym mnóstwo wolnego miejsca. I nagle okazało się, że będącą na wyciągnięcie ręki Złotą Piłkę - odbiera ją spłakany, otwarcie przyznaje, ile dla niego znaczy - może mu podprowadzić nie doskonale rozpoznany rywal z Barcelony, tylko przyczajony kolega z Madrytu.

niedziela, 19 czerwca 2016

Jak atletycznie są bliźniakami, tak mentalnie przebywają na dwóch krańcach galaktyki. Ale na nasze szczęście to Polak walczy po jasnej stronie mocy. Mój felieton do poniedziałkowej „Gazety Sport.pl Ekstra” przeczytacie tutaj.

środa, 11 listopada 2015

Cristiano Ronaldo, film

Zabrakło mi we wchodzącym także na polskie ekrany filmie „dokumentalnym” deklaracji, że supergwiazdor Realu Madryt jest źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna. Poza tym było w nim wszystko.

Wszystko, czyli sam Cristiano Ronaldo, który chętnie mówi o sobie w trzeciej osobie i którego otaczają ludzie rekwizyty pełniący funkcje o tyle arcyważne, że dzięki nim życie idola jest idealnie umeblowane.

O reprezentującym biznesowe interesy piłkarza Jorge Mendesie dowiadujemy się, że to „Cristiano Ronaldo wśród agentów”. O przegranej na ostatnim mundialu reprezentacji Portugalii – że Cristiano Ronaldo czułby się w niej bardziej komfortowo, gdyby miała „jeszcze dwóch-trzech Cristiano Ronaldo”. O niewyraźnym występie na MŚ samego Cristiano Ronaldo, zmagającego się wówczas z urazem – że „żaden inny piłkarz na świecie nie zagrałby tam w jego stanie”, że Cristiano Ronaldo „ryzykował dla kraju karierę”. Kiedy Cristiano Ronaldo przedstawia nam matkę, w istocie nie opowiada o niej samej, lecz o jej stosunku do Cristiano Ronaldo: „Ona żyje moim życiem, żyje moją radością, żyje moim smutkiem”. Syna Cristiano Ronaldo spłodził, ponieważ „zawsze chciał mieć następcę” – na imię dał mu Cristiano junior, a rola matki, której nie poznajemy, ograniczyła się do donoszenia ciąży, Cristiano Ronaldo autorytatywnie wyjaśnia widzom, że junior drugiego rodzica nie potrzebuje i że w przyszłości zrozumie, dlaczego tata postąpił tak, jak postąpił. Jeśli zresztą wierzyć twórcom filmu, to wbrew krążącym po mediach dowodom zdjęciowym w życiu Cristiano Ronaldo kobiet nie ma wcale, na ekranie żadna nie pojawia się ani na chwilę.

Brata Hugo przedstawia Cristiano Ronaldo jako „swoją prawą rękę”, ale poświęca mu jedynie epizodzik, dzięki któremu wiemy, że brat jest, podobnie jak nieżyjący ojciec, alkoholikiem i ma zadanie sprawować opiekę nad Muzeum Cristiano Ronaldo, otwartym w ubiegłym roku w rodzinnym Funchal. Na wnikliwsze zgłębianie braterskich relacji nie ma czasu, potrzebujemy go na uważne oględziny towarzyszących Cristiano Ronaldo gadżetów – żywych i martwych, od niejakiego Ricardo Refuge, czyli „osobistego menedżera” Cristiano Ronaldo, po pieszczone przez kamerę zbliżeniami Ferrari, Porsche i inne Rolls Royce’y. Gdy Cristiano junior wraca ze szkoły, Cristiano senior pyta: „Zgadniesz, którego samochodu taty brakuje w garażu?” Wszystko na ekranie ma być wzniosłe, wystylizowane, wypolerowane. Cristiano Ronaldo rzuca wyłącznie maksymami, pod którymi mógłby podpisać się Paulo Coelho („liczy się tylko tu i teraz”), a kiedy Cristiano Ronaldo wchodzi pod prysznic, to podziwiamy jego wchodzenie w zwolnionym tempie.

Aż następuje swoista kulminacja, jedna z kilku w filmie – oto Cristiano Ronaldo przytula po treningu kobietę, która wbiegła na murawę, by go dotknąć, a ta spłakana powtarza potem reporterom: „On już wie, że istnieję. On wie, że istnieję”. Doprawdy, tamta patetyczno-hagiograficzna fabuła o FIFA, którą sfinansowała FIFA, wygląda przy dziele o Cristiano Ronaldo jak Jezusek z bożonarodzeniowej szopki przy Jezusie ze Świebodzina. Jedynie tytuł wydaje się ciut nieadekwatny. Zamiast „Ronaldo. The Movie”, sensowniej brzmiałoby prostsze „The Ronaldo”.

Portugalski nadpiłkarz jawi się nam tu jako człowiek fenomenalnie pozbawiony dystansu do siebie, acz świadomy tryskającej zeń próżności, którą uważa za niezbędny skutek uboczny wielkiego sukcesu. Jest swoistym anty-Zlatanem Ibrahimoviciem, bo kiedy Zlatan mówi reporterowi „Rozmawiasz z Bogiem”, to przynajmniej wiadomo, że robi sobie jaja, igra ze swoim wizerunkiem superbohatera, jego chełpliwe bon moty przypominają dowcipy o Chucku Norrisie. Cristiano Ronaldo jest superbohaterem na serio, a ponieważ swoją ekranową biografię „autoryzował”, to mamy pewność, że twórcy filmu – skądinąd uznani dokumentaliści – wcale nie próbowali go ośmieszyć, przeciwnie, oglądamy Cristiano Ronaldo takim, jakim chciałby widzieć siebie Cristiano Ronaldo. Cristiano Ronaldo, który nie musi odpowiadać na żadne niewygodne pytanie.

I dostajemy półtoragodzinny materiał dowodowy dla wszystkich oskarżających go o patologiczny narcyzm i podejrzewających, że niekoniecznie przedkłada interes drużyny nad własny, że w swojej głowie uprawia sport indywidualny. W tym nużącym klipie dla tabloidowej widowni kochającej podglądać, jak żyją milionerzy, wątek futbolowy jest bowiem poznawczo wartościowy – otóż właściwie nie widzimy, by Cristiano Ronaldo był częścią jakiejkolwiek drużyny (po boisku biega sam), natomiast wielokrotnie słyszymy, że cel nad celami stanowi dla niego Złota Piłka. Nie zdobywana wspólnie Liga Mistrzów, lecz odbierana indywidualnie Złota Piłka. Tytułów wygranych z Realem Madryt nie wspomina, o przyjmowaniu nagrody dla gracza roku na świecie opowiada jako „jednym z najpiękniejszych momentów w życiu”. Nie zwierza się, ile wysiłku kosztuje wygrywanie najcenniejszego trofeum w klubowym futbolu, lecz ile kosztuje go rozstrzygnięcie plebiscytu: „Pocisz się wtedy bardziej niż zwykle, ten dzień jest bardziej niż inne wymagający i psychicznie, i fizycznie”.

środa, 04 listopada 2015

Real Madryt, Cristiano Ronaldo, Rafa Benitez

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Choć jest pokiereszowany kontuzjami, to dzielnie opiera się roziskrzonemu gwiazdami Paris Saint Germain, a kibice przez cały wieczór z furią wygwizdują piłkarzy, ilekroć ci niedokładnie podadzą lub wycofają się do defensywy.

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Choć w hicie Ligi Mistrzów drużyna wygląda marnie, a chwilami wręcz beznadziejnie, to przez 180 minut przepychanki ze zdeterminowanymi paryżanami zachowuje czyste konto i mecz kończy w glorii jedynego już uczestnika rozgrywek, który nie stracił dotąd ani jednego gola.

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Wpuszcza do szatni nieuleczalnego pragmatyka-technokratę Rafaela Beniteza, który obiecuje wszystko poza czystą radością z futbolu, a pięć minut później biała część miasta jest zszokowana, że z szatni uleciała wszelka spontaniczność i skłonność do improwizacji.

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Jego przedsezonowa klęska polega na tym, że nie zdołał ściągnąć między słupki wymarzonego Davida De Gei, a jesienią okazuje się, że najjaśniejszą gwiazdę ma w bramkarzu Keylorze Navasie, przecież wypychanym już do Manchesteru United. I w czasach dwumetrowych dryblasów reprezentującym coraz rzadszy gatunek golkiperów – niższych, lecz nadnaturalnie gibkich i sprężystych, w ruchach przypominających mutację pantery i Spidermana.

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Sławny tercet opisywany akronimem BBC przebywał na boisku przez 11 z ostatnich 900 minut gry, a czarującego za ich plecami Jamesa Rodrígueza nie widzieliśmy od sierpnia, więc ofensywa została całkowicie zdemontowana, tymczasem drużyna pozostaje jedyną obok FC Porto niepokonaną – znaczy nie przegrała nigdzie, ani w kraju, ani w Europie – pośród uczestników czołowych lig na kontynencie.

Niezwykły klub, ten Real Madryt. Jak zwykle jest permanentnie poddawany gwałtownej krytyce – i przez wrogów, i przez przyjaciół – a jako lider ligi hiszpańskiej, lider grupy w LM i właściciel najszczelniejszej defensywy nie pozostawia nam wyboru, musimy obwołać go najwydajniejszą na razie drużyną świata jesienią 2015 roku.

Niezwykły piłkarz, ten Cristiano Ronaldo. Wszyscy widzimy, że przygasł (we wtorek wyglądał chyba najmizerniej na boisku), a wciąż utrzymuje fantastyczne snajperskie tempo, w 14 meczach obecnego sezonu wbił 13 goli.

Niezwykły piłkarz, ten Cristiano Ronaldo. Przez osiem sezonów zasuwał jak opętany, więc nie ośmielamy się krzyczeć, że król coraz częściej bywa nagi, choć nawet wspomniany strzelecki bilans można niepokojąco zdekonstruować. Otóż aż 8 z 13 bramek nadnapastnik zawdzięcza króciutkiej eksplozji z połowy września, trwającej dwa mecze i cztery dni.

Niezwykły piłkarz, ten Cristiano Ronaldo. Wiadomo, że z rzutów wolnych uderza przeciętnie i że otacza go tłum zręczniejszych specjalistów od takich kopnięć, ale nawet Benitez nie odważy się zasugerować, że dla wspólnego dobra mógłby czasami ustąpić koledze. I Portugalczyk śrubuje horrendalną statystykę – ostatnie 91 prób przyniosło ledwie dwa gole.

Niezwykły piłkarz, ten Cristiano Ronaldo. W wywiadzie dla „Kickera” przyznaje, że bez przerwy odczuwa skutki ubiegłosezonowej kontuzji kolana, a my widzimy, że rzadziej niż kiedyś zrywa się do sprintu, ale z boiska nie schodzi nigdy, nawet przy wielobramkowym prowadzeniu z byle rywalem. I jako jedyny w drużynie nie opuścił żadnej z 900 minut w lidze hiszpańskiej i żadnej z 360 minut w Lidze Mistrzów.

Niezwykła para, ten Real Madryt i ten Cristiano Ronaldo. Niemal wszystkie mecze wyglądają źle, a niemal wszystkie tabele i twarde fakty wyglądają znakomicie. I kiedy próbuję odgadnąć, co będzie jutro i pojutrze, czuję kompletną dezorientację. Zwłaszcza że nad wszystkim czuwa niezwykły trener, Rafael Benitez. Właściwie wszędzie albo go nie lubią, albo za nim nie przepadają, a przecież to fachowiec wybitnie kompetentny w odnajdywaniu się w różnych kulturach i na różnych poziomach sportowych – dwa kluby wyniósł z drugiej do pierwszej ligi hiszpańskiej (Extremadura, Tenerife), w trzech krajach zdobywał trofea (Hiszpania, Anglia, Włochy, znów Anglia), z aż trzema drużynami wygrywał europejskie puchary (Valencia, Liverpool, Chelsea), do półfinału LE dociągnął nawet Napoli, z którego go przepędzali.

Dlatego niewykluczone, że zakończenie madryckiej historii też będzie niezwykłe. On odniesie sukces, a oni sprzedadzą mu na pożegnanie kopniaka i odetchną, że wreszcie poszedł sobie precz.

sobota, 29 listopada 2014

Cristiano Ronaldo, Manuel Neuer, King Kong. Godzilla

Zwierzałem się parę chwil temu na Twitterze, że od tygodni hamletyzuję, nie umiem sam ze sobą ustalić, czy najlepszy był w roku 2014 portugalski superbohater z Madrytu, czy jednak niemiecki superbohater z Monachium. Ilekroć oglądam Real, życzę Złotej Piłki Cristiano Ronaldo. A ilekroć wpadnie mi w oko Bayern, zaczynam mimowolnie sprzyjać Manuelowi Neuerowi. Znane zjawisko – czytasz Lema, to myślisz, że najfajniej po polsku pisał Lem, zajrzysz do Gombrowicza, to nie masz wątpliwości, że Gombrowicz.

Dzisiaj obaj giganci futbolu bawili się jak zwykle. Portugalski atakujący wprawdzie wyjątkowo nie wbił gola, ale przy obu strzelonych Maladze asystował (i doścignął pod tym względem ligowego lidera Koke). A niemiecki bramkarz wykonał więcej podań niż jakikolwiek piłkarz Herthy, tradycyjnie też brykał sobie poza polem karnym, czasami seryjnie główkując.

Za oboma przemawiają arcymocne argumenty. Kto uważa, że naczelnym kryterium przy wybieraniu najlepszych jednostek powinny być zdobywane grupowo najcenniejsze trofea, ten ma triumf w Lidze Mistrzów Ronaldo kontra złoto mundialu Neuera. A kto lubi analizować „indywidualne” statystyki, ten ma 20 goli strzelonych w 12 meczach ligi hiszpańskiej kontra 1 gol puszczony w ostatnich 1018 minutach (blisko 17 godzin!) gry w Bundeslidze. To oczywiście liczby najświeższe, mógłbym rozsypać mnóstwo innych – ale mi się nie chce, właściwie to mnie już nużą, marzę o tygodniu w piłce nożnej, podczas którego nikt nie pobije żadnego rekordu.

I niestety, są te liczby również nieporównywalne. Wyczyny obu opisują dane wprost absurdalnie imponujące, ale nie istnieje – a może coś przegapiłem? – metoda pozwalająca zmierzyć, które są imponują absurdalniej. Nie ustalimy, czy bardziej potęgą są Himalaje, czy Ocean Spokojny. Czy genialniejszy był Mozart, czy Michał Anioł. Czy więcej nieba w gębie daje chianti, czy kaczka po pekińsku.

Nawet w bezpośrednich starciach idealny remis. W Lidze Mistrzów upokarzający wieczór przeżył Neuer, gdy Bayern obrywał od Ronaldo i całego Realu 0:4. Na mundialu bezradnie szamotał się Ronaldo, gdy Portugalia obrywała 0:4 od Neuera i całych Niemiec. No nie da się, do cholery. Obaj reprezentują zbyt odmienne żywioły, by jakoś zapanować nad nimi naszymi nędznymi móżdżkami i je zhierarchizować.

Dlatego jedyne rozwiązanie widziałbym w rozdzieleniu plebiscytu FIFA na dwie kategorie – najlepszemu piłkarzowi wręczalibyśmy Złotą Piłkę, a najlepszemu bramkarzowi Złotą Rękawicę. Nie musielibyśmy wreszcie ślęczeć nad kwadraturą koła i badać, czy marniej w bieżącym roku grał Iker maślane ręce Casillas, czy Andrés Iniesta (tak, obu jacyś myśliciele nominowali). Uhonorowalibyśmy i superbramkarza, i supersnajpera. A także wylansowali na jaśniejsze gwiazdy bramkarzy, od zawsze dyskryminowanych – nagrodę „France Football” dostał jeden Lew Jaszyn, i to w czasach, gdy nad boiskami prawdopodobnie łopotały jeszcze pterodaktyle.

Aż podejrzane, że nikt na to nie wpadł, niucham antybramkarski spisek. W każdym razie dobrze, że nie muszę głosować. Zwycięzcę pojedynku Neuer – Ronaldo wyłoniłbym chyba w losowaniu.

poniedziałek, 20 października 2014

Cristiano Ronaldo, Leo Messi

Tak, trwa epoka wyjątkowa, pełna komiksowej przesady – rekord rekordem rekord pogania, kto nie ustanowi żadnego, ten gapa i skończony patałach. Ale nie zawsze je zauważamy, bo wszystkich zasłaniają Messi i Ronaldo. W lidze hiszpańskiej panują snajpersko od sezonu 2009/10, a w Lidze Mistrzów – od sezonu 2007/08. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdziecie tutaj.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Owszem, Leo Messi wypadł na mundialu przeciętnie. Przeciętnie jak na nieosiągalne dla nikogo innego standardy, do których przyzwyczaił nas w szczycie kariery. Przesądził o zwycięstwach Argentyny w czterech meczach; dał jej cztery gole i asystę; najczęściej na turnieju z powodzeniem dryblował; był w czołówce wykonujących tzw. podania kluczowe, czyli stwarzające partnerom okazję strzelecką. Wpływał wreszcie na postawę przeciwników, których odwagę tłumił respekt dla jego klasy. Każdy piłkarz zostałby za to doceniony, i to bez wywoływania kontrowersji.

Nie Messi. To być może największy hołd dla jego wyjątkowości. Oceniamy go wedle osobnych kryteriów – jeśli nie oderwie się od murawy i nie wyczaruje bimbaliona bramek, to zawsze usłyszy stękanie, że nie jest aż tak groźny, jak go malują. Przypomnijmy sobie ostatni sezon klubowy – wszyscy czujemy, że studziennie rozczarował, a przecież w 46 meczach Barcelony natłukł 41 goli. Mnóstwo wybitnych snajperów w najlepszym okresie kariery nie zdołało dokonać tego, czego on dokonał w okresie słabszym. Pooranym kontuzjami, znaczonym tajemniczymi przypadkami wymiotowania podczas gry i treningów, znamionującym jego ewidentny niedowład atletyczny. Messi coraz częściej po boisku spaceruje lub wręcz staje, by zmagazynować energię na pojedyncze zrywy. Małego robocopa nienawidzącego najdrobniejszych przerw w grze – pod Pepem Guardiolą na Camp Nou nie chciał opuszczać nawet mniej ważnych meczów – zastąpił cherlak wyglądający każdej okazji, by zrobić sobie przerwę w grze.

Nie wiadomo, czy jeszcze wróci na swój maksymalny poziom, ale jeśli wróci i jeśli porwie Barcelonę do kolejnych wzlotów w Lidze Mistrzów, to nie widzę żadnego sensu odmawiania mu chwały największego w historii, ustawianego obok Maradony i Pelego, tylko z powodu niespełnienia mundialowego.

Kiedy podziwiam jego grę, to widzę, że w moim prywatnym, mocno subiektywnym rankingu raczej nie doścignie swego fenomenalnego rodaka – Diego każdym dotknięciem piłki wprawiał w uniesienie, Leo to żywa taśma produkcyjna wypuszczająca nieskończoność perfekcyjnych mikrozagrań. Nie ta skala wzruszeń estetycznych, dla mnie w piłce niezbędnych. Im bardziej jednak słyszę wątpliwości, czy zasługuje na porównania z największymi wśród największych, skoro nie zdobył mistrzostwa świata, tym bardziej mam ochotę zapytać, czy Pele i Maradona zasługują, skoro nie wygrali Ligi Mistrzów.

Dlaczego niby czterotygodniowy turniej, rozgrywany raz na cztery lata przez drużyny wytrenowujące spójny styl gry tylko na incydentalnych króciutkich zgrupowaniach, ma dostarczać dowody wielkości twardsze niż turniej wielomiesięczny, rozgrywany sezon w sezon, skupiający drużyny wyćwiczone do granic możliwości, bezdyskusyjnie mocniejsze niż reprezentacje narodowe? Czy np. – hipotetyzuję teraz – pięć triumfów w Champions League ozdobionych pięcioma tytułami króla strzelców wciąż byłoby warte więcej niż mundialowe złoto i srebro Maradony? A siedem triumfów w Champions League?

Ofiarą fetyszyzowania mundialu padł już Alfredo di Stéfano. Autor dzieła nie do powtórzenia – z Realem pięć razy z rzędu brał Puchar Europy, w każdym finale wbijał gola – bez którego madrycki klub nie zostałby największą futbolową marką XX wieku. Maradonie i Pelemu sławą ustępuje tylko dlatego, że nie wystąpił na mistrzostwach świata... A przecież dziś Liga Mistrzów jest potężniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, to ona daje scenę dla futbolu na najważniejszym poziomie. Ma przewagę – nie krępują ją kwestie paszportowe, więc nie pozwala, by atrakcyjność zabawy obniżyła nieobecność gwiazd formatu Ibrahimovicia, Bale’a czy Lewandowskiego.

Nie mam pojęcia, czy Messi zasłuży, by obwoływać go graczem wszech czasów. W tym wywodzie zabiegam nie o niego, lecz o generalną zasadę – jeśli triumf na mundialu uznamy za warunek konieczny, by kogokolwiek uhonorować tytułem największego w historii, to z góry wykluczamy z rywalizacji wszystkich kandydatów niewłaściwego pochodzenia, czyli urodzonych w rozmaitych Luksemburgach, Szwajcariach czy nawet Kolumbiach. Nie rozumiem też, dlaczego na co dzień emocjonujemy się supernowoczesnym spektaklem Ligi Mistrzów, a najlepszego mielibyśmy wybierać kierowani odruchami archaicznymi, obojętni na kontekst. Nawiasem mówiąc, Cristiano Ronaldo przeżywa w swoim kraju to samo – Portugalczycy twierdzą, że wyrośnie ponad Eusebio, dopiero gdy również wyniesie reprezentację na podium mundialu. A na następnych MŚ będzie miał już 33 lata...

Czyli ponad Eusebio być może nigdy nie wyrośnie. Nawet jeśli w Realu Madryt pewnego dnia ogłoszą, że przyćmił legendę wszech czasów – Alfredo di Stefano. A Ronaldo na mundialach właściwie nie istniał. Teraz wydłubał jednego gola, podobnie jak cztery lata temu (wcisnął go wtedy Korei Północnej), natomiast przed ośmioma laty, choć dotarł do półfinału, zapamiętaliśmy go głównie ze sprowokowania Wayne’a Rooneya.

Tak, mistrzostwa świata widziały setki lepszych od Ronaldo. Czy z tego błahego powodu mamy mu odbierać miejsce pośród gigantów?

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi