Wpisy z tagiem: Jurgen Klopp

środa, 15 kwietnia 2015

Nie zapomną Jürgena Kloppa kibice polscy. W końcu to najważniejszy obok Leo Beenhakkera zagraniczny trener dla naszego futbolu – nie wiemy, czy u kogoś innego Robert Lewandowski rozkwitnąłby aż tak pięknie, wiemy, że to m.in. on ocalił karierę Łukasza Piszczka, i wiemy, że poniekąd jemu zawdzięczamy jedyny w historii finał Ligi Mistrzów z trzema Polakami na scenie.

Nie zapomną Kloppa kibice dortmundzcy. To w jego wyobraźni powstała – a następnie się urzeczywistniła – baśniowa fabuła o drużynie martwej, która nie tylko wróciła między żywych, lecz urosła do niemal najpotężniejszej. W kraju ośmieliła się skopać wszechpanujący Bayern, w Lidze Mistrzów zatrzymała się dopiero w finale. I nie trwało to wszystko miesiąc, pół roku ani rok, ciągnęło się całymi sezonami, może zresztą dlatego Borussia, gdy już upadła, to upadła na samo dno tabeli.

Nie zapomną Kloppa kibice z całej Europy. Dzięki osobowościom – chciałoby się też powiedzieć: myślicielom – jego formatu planeta futbol nie składa się z niemal identycznych jedenastoosobowych państewek, lecz również drużyn o oryginalnej, wyrazistej tożsamości, które angażują emocjonalnie nawet fanów z drugiego końca kontynentu. Zapamiętamy dortmundzki „kontrpressing”, zapamiętamy frenetyczny dortmundzki styl gry porównany przez jego twórcę heavy-metalem, zapamiętamy jego wyznanie, że marzy mu się, by piłkarze schodzili do szatni umorusani po czubki głów i niezdolni do powrotu na boisko przez cztery tygodnie. Ta Borussia – już nieistniejąca, od miesięcy kona na naszych oczach – ma w sporej mierze twarz trenera. Wirującego przy linii bocznej, wściekle rozgestykulowanego i straszącego rozszalałą mimiką, wkładającego w mecze nie mniej energii niż podwładni.

Piszę o niemieckim trenerze w czasie przeszłym, bo skoro opuszcza Borussię, to właśnie kończy się pewien rozdział w historii futbolu. Rozdział osobny, jeden z najbardziej porywających pośród spisanych w XXI wieku. Wspominać go powinienem zresztą nie ja, lecz artysta o talencie zmarłego we wtorek Eduardo Galeano, który kongenialnie przekłada magię futbolu na słowa.

Klopp nie rejteruje, nie ucieka, nie poddaje się. Wszystko, co o nim wiemy, nakazuje nam sądzić, że postępuje lojalnie wobec klubu. Zdaje sobie sprawę, że nie wpływa już na szatnię jak dawniej, więc poczucie odpowiedzialności zmusza go do oddania władzy. Bolesnym, a zarazem rozstrzygającym doświadczeniem mogła być dla niego klęska w Lidze Mistrzów z Juventusem. Borussia jeszcze raz spróbowała być wówczas dawną, rzucającą się rywalowi do gardła Borussią, ale nie zdołała. Po raz pierwszy w europejskich rozgrywkach. A kilka dni temu zdarzył się kolejny epizod bezprecedensowy – piłkarzy publicznie zrugał dyrektor sportowy Michael Zorc, dotąd przyjmujący spadające na klub nieszczęścia w milczeniu. Oznajmiał, że nic nie wie, by ktokolwiek rozdawał im tabletki nasenne, tymczasem Borussia ustanowiła w tym sezonie nieoficjalny rekord roztargnienia na początku meczów – Mönchengladbach wbiło jej gola po 28 sekundach, Bayer Leverkusen po 9 sekundach, Mainz po 52 sekundach. A wspomniany Juventus – po niespełna trzech minutach.

Mój Twitter był dziś rozmodlony. Wszyscy błagali Kloppa, żeby to ich drużynę wybrał, zaszczycił, zbawił. Sam z entuzjazmem przywitałbym go w Milanie, czyli klubie zasłużonym, lecz upadłym – jak Borussia, którą przejął w przeszłości. Ale nie mam złudzeń, niemiecki trener podejmie zapewne zupełnie inne wyzwanie – wyniesienia na sam szczyt firmy, którą stać na wszystko. Mówił zresztą, że chce znać język kraju, w którym będzie pracował. Znaczy – kierunek Anglia.

Jednak reakcje na Twitterze ponownie uzmysłowiły mi, że wielcy trenerzy coraz częściej szarpią za kibicowskie emocje jeszcze silniej niż wielkie gwiazdy boiska, że coraz więcej fanów podpisuje sukcesy najpierw nazwiskami szkoleniowców, a dopiero potem – ich podwładnych. Kloppa lud zwyczajnie kocha. Na zabój. Ciekawe, czy to uczucie przetrwa, jeśli weźmie klub obrzydliwie bogaty, być może należący do egzotycznych właścicieli – reprezentujący wartości, z którymi jako boss dortmundzki walczył.

środa, 09 kwietnia 2014

Miniony wieczór w Lidze Mistrzów znów przypomniał mi, że jeśli predator w typie Garetha Bale’a chodzi po sto baniek, to wielkie kluby powinny płacić grube miliony również za zwierzęta trenerskie.

Powiecie, że oni jednak nie grają? Zbigniew Boniek na pewno by tak powiedział... Widzieliśmy jednak przed kilkoma chwilami, że najbardziej niebezpieczny na boisku w Dortmundzie był bohater zbiorowy, znany pod urokliwym niemieckim nazwiskiem „Gegenpressing”. Kiedy on zadziała, to Borussia może sobie rzucić do boju Kirchów, Jojiciów, Friedrichów i innych nowicjuszy, którzy Ligę Mistrzów znali niedawno tylko z telewizora, a Real Madryt – ta ciężkozbrojna superprodukcja z budżetem „Avatara” – i tak zblednie, ocaleje w sporej mierze dzięki źle ułożonej stopie Henricha Mchitarjana, będzie drżał o wynik po ostatnią sekundę dwumeczu. Dortmundzki system gry według projektu Jurgena Kloppa funkcjonował perfekcyjnie, zaciął się tylko jeden trybik – właśnie kompletnie rozregulowany celownik ormiańskiego atakującego. I jeśli wziąć pod uwagę wszystkie okoliczności, to tegoroczne 2:0, które oznaczało rozstanie z LM, nie było wcale mniej imponujące niż ubiegłoroczne 4:1, które dało awans do finału.

A José Mourinho? O nim aż strach pisać, bo hejterzy w każdym, nawet najbardziej na zimno podanym zdaniu wywęszą poddańczy hołd, a fanatyczni wyznawcy – czołobitność skandalicznie niewystarczającą, zakrawającą na afront. Pierwsi będą stękać o „wielkich transferowych wydatkach” (to już prawie oskarżenie o nieetyczność) albo szczęśliwych losowaniach, na których cwaniacko korzysta, drudzy będą wrzeszczeć, że nawygrywałby jeszcze więcej, gdyby nie spisek sędziów i w ogóle wszystkich tajnych sił tego świata. Ale podstawowe fakty  przemawiają do wyobraźni – on właśnie wprosił się do piątego z rzędu półfinału Champions League. W trzecim kolejnym klubie. Wiosna 2010 – wprowadza tam Inter Mediolan, z którym jego poprzednicy seryjnie odpadali mniej więcej na pułapie w 1/8 finału. Wiosny 2011, 2012, 2013 – wprowadza tam Real Madryt, który przed jego przyjściem obrywa w 1/8 finału w sześciu kolejnych edycjach, i to obrywa od średniaków jak Lyon albo obrywa boleśnie, na miarę 0:5 z Liverpoolem. Wreszcie wiosna 2014 – wprowadza tam Chelsea – owszem, dobrze pamiętającą jeszcze triumf w tych rozgrywkach, ale w poprzednim sezonie wykopaną już w fazie grupowej.

W każdym z tych miejsc pracował w kompletnie odmiennych okolicznościach. Najpierw miał firmę pośmiewisko (w Europie, w kraju rządziła), którą reorganizował totalnie, ale nikt od niej cudów nie oczekiwał, porażki stały się mediolańczyków drugą naturą, jak to bywa z przyzwyczajeniami. Potem uczestniczył w wojnie domowej (sam też bywał prowodyrem) w klubie, który stać na wszystko. Teraz znów zarządza szatnią umeblowaną na bogato, ale pełną młodzieńców dopiero aspirujących, z ewidentnymi kadrowymi brakami (środek ataku). Bywa lepiej, bywa gorzej, ale poziom Mourinho trzyma. Poziom półfinału.

W Champions League rywalizuje po raz 10. w karierze. W półfinale jest po raz 8. Takiego trenera jeszcze futbol nie widział.

Czy to sensowne kryterium oceny jego kompetencji? Oszacujcie sami, w każdym razie piłkarz, który kluby – wyłącznie cholernie bogate! – zmienia jeszcze częściej niż Mourinho i jest najdroższym w historii – zsumowując wszystkie kwoty transferowe – nie może o takiej regularności nawet pomarzyć. Zlatan Ibrahimovic w Lidze Mistrzów wystartował po raz 14. Półfinału posmakował raz.

Posmakował go zresztą pod butem szefa, którego serdecznie nie znosił – Pepa Guardioli. Katalończyk też idzie po rekord. Jeśli piłkarze Bayernu wyeliminują dziś Manchester United, to w piątym sezonie trenerskiej kariery w półfinale Champions League wystąpi po raz piąty.

piątek, 30 listopada 2012

Jurgen Klopp, Borussia Dortmund

Polakom z mistrzowskiego Dortmundu, który zmierzy się dziś w Monachium z Bayernem, niesłychanie się w życiu poszczęściło. Spadł im z nieba i dostrzegł ich talent Jürgen Klopp, być może najjaśniejsza ze wschodzących trenerskich gwiazd ostatnich lat.

W grę wkłada nie mniej energii niż piłkarze, przy linii bocznej wiruje rozszalały od pierwszego do ostatniego gwizdka.

Gola Ivana Persicia fetował w tak gwałtownym sprincie, że naderwał mięsień. Po zwycięstwie nad Köln odniesionym w doliczonym czasie roztańczył się na krzesełkach tak nieprzytomnie, że zapłacił grzywnę. Sędziego technicznego we Frankfurcie przekonywał do swoich racji tak sugestywnie, że główny wyrzucił go na trybuny. Klopp przyznał mu potem rację, ale czuł się ukarany za nieświadomie agresywną mimikę. - Nie obraziłem arbitra, poinformowałem tylko o przeoczonym faulu. Jeśli można przeprosić za swój wyraz twarzy, to przepraszam - tłumaczył. Innego arbitra próbował zaatakować głową. Zreflektował się w ostatniej chwili, uderzył go jedynie brzegiem bejsbolowej czapeczki. - Jestem idiotą - zrecenzował samego siebie na konferencji.

Nie wiadomo, czy wszystkie eksplozje ekspresji wynikają z jego naturalnej spontaniczności i pasji, bo niemiecki trener spełnia się też jako showman. Kiedy wydobył Mainz z drugiej ligi, by natychmiast po awansie wypchnąć je jeszcze wyżej, do europejskich pucharów, na eksperta wzięły go telewizje. Najpierw publiczna ZDF, potem komercyjny RTL. Komentował MŚ w 2006 r., Euro 2008, MŚ 2010, za swoje popisy był nagradzany. Kompetencja, elokwencja, chłopięcy urok - miał Klopp wszystko, by zostać gwiazdą ekranu.

Zwłaszcza że wygłaszane opinie uwiarygadniał własną karierą. W przeciwieństwie do wielu wygadanych trenerów - zjawisko powszechne i w Polsce - którzy krążą od stacji do stacji, by oceniać pracę kolegów, ale sami umieją mniej niż oceniani.

Klopp może sobie pozwolić na wiele i nie zabrzmi śmiesznie, wspiął się bowiem na szczyt w sposób w najbogatszych ligach już niemal niespotykany. Dziś panują albo renomowane firmy, w których drużynę zasila wydajny moloch marketingowy, albo kluby dorobkiewicze, którym spadli z nieba rozrzutni do obłędu właściciele zagraniczni. I jeden przypadek osobny, czyli fantastycznie edukująca piłkarzy Barcelona. Dortmundzka drużyna nie przystaje do żadnej z podanych kategorii, jest nade wszystko dziełem wyrzeźbionym własnymi rękami przez trenera, i to wyrzeźbionym w skandalicznie tanim na tym poziomie materiale.

Całkiem autorskie projekty w nowoczesnym futbolu - przynajmniej w czołówce - nie istnieją, ale jeśli komuś udało się zbliżyć do ideału, to właśnie Borussii. Nawet Josep Guardiola, choć rozpoczął karierę trenerską fenomenalnie, polegał również na wieloletniej strategii i filozofii klubu z Camp Nou. Klopp zastał latem 2008 roku w Dortmundzie pustkę - piłkarze zajęli właśnie 13. miejsce w Bundeslidze, stracili najwięcej goli w stawce, sezon wcześniej poczuli wręcz zagrożenie degradacją.

Ożywiał potęgę transferami z okolic co najmniej podejrzanych. Jak boiska polskie, z których niemieckie kluby całkiem przestały importować, choć przez dekady importowały w ilościach hurtowych.

Napastnika przyzwoitej europejskiej klasy nie wychowaliśmy od czasów Krzysztofa Warzychy, ale Klopp wziął Roberta Lewandowskiego. Łukasza Piszczka wyciągnął z beznadziei upadłej do drugiej ligi Herthy. Shinjiego Kagawę wyłowił z drugiej ligi japońskiej. Odzyskiwał wypędzonych pochopnie wychowanków - jak np. Kevina Großkreutza kopiącego w prowincjonalnym Rot Weiss Ahlen.

Gdyby potraktować piłkarzy jak papiery wartościowe i odpalać Kloppowi prowizję od ich rosnącej wartości, urósłby do fenomenalnie efektywnego inwestora. Kagawę kupił za 350 tys. euro, by sprzedać Manchesterowi Utd za 20 mln. Lewandowski kosztował 4 mln, dziś klub żąda za niego - i nie przesadza - co najmniej 25 mln. Wychowanego w klubie Maria Götze wycenia się na co najmniej 30 mln. Jeśli ktokolwiek zdoła wyrwać z Dortmundu Matsa Hummelsa, podebranego z akademii Bayernu za skromne 4 mln, uczyni go niemal na pewno jednym z najdroższych stoperów w historii.

Wszyscy spotężnieli już do gwiazd, ale kiedy patrzymy na Borussię, najpierw nie rzuca się nam w oczy detal, czyli pojedynczy piłkarze, lecz plan ogólny, czyli grupa. Zsynchronizowana, rozwijająca akcje w wariackim tempie, podporządkowana mottu: „Wiem, co zrobię z piłką, zanim ją przyjmę”. Do Barcelony porównywana - to dziś szczytowy i dyżurny zarazem komplement - niesłusznie, skoro natarć nie wydłuża, woli strzelić gola wcześniej niż później. Nasz Piszczek doskonale spełnia oczekiwania szefa, ponieważ nigdy nie traci tchu. Umie wytrzymać tempo gry i nacisk na rywala wymagane przez trenera, który wielonogą maszynerię napędza osobliwymi wynalazkami - a to poprawiającymi koordynację zajęciami „Life-Kinetik” (Klopp: „Pozornie niemające nic wspólnego z futbolem, w istocie poprawiające komunikację między mózgiem a ciałem”), a to ćwiczeniami w klatce zwanej Footbonaut (wystrzeliwuje piłki z różnych stron, gracz ma możliwie prędko kopać je w jeden z 72 paneli wyróżniony sygnałem świetlnym). Im szybciej dortmundczycy nauczą się reagować, tym trudniej będzie zapanować nad ich manewrami rywalom.

Manewrami w możliwie najpełniejszym tego słowa znaczeniu zbiorowymi. Mistrzowie Bundesligi przystają każdego lata na odejście maksymalnie jednego gracza nie z obawy o utratę jego indywidualnej klasy, ale awarię systemu. Gdy spoglądamy na Lewandowskiego, również bardziej niż snajpera podziwiamy w nim atletę stanowiącego punkt ciężkości całej gry ofensywnej Borussii. I korzystającego, podobnie jak jego partnerzy, z bezcennego w futbolu efektu synergii - kiedy działają razem, produkują moc większą, niż wskazywałaby na to prosta suma ich umiejętności.

Szef składa ich w schemat, ale nie odczłowiecza. Często demonstruje emocje, wpada podwładnym w ramiona, z każdym stara się wejść w osobistą relację. - Możesz mu powiedzieć o wszystkim, umie słuchać. Inaczej rozmawia z nastolatkiem, a inaczej ze mną - mówił magazynowi „Stern” 32-letni bramkarz Roman Weidenfeller. I dodał, że jego trener nie znosi zbyt dużego wpływu na piłkarza jego agenta i innych doradców przeszkadzających mu w budowie intymnego kontaktu.

Ponieważ Klopp silnie oddziałuje charyzmą i skupia się wyłącznie na pozytywach - szuka ich w każdym zdarzeniu, także niepomyślnym - długo uchodził głównie za nieprzeciętnego motywatora. Dopiero z czasem dostrzeżono ów efekt synergii, którego jest źródłem (dyrektor sportowy Michael Zorc nazywa pozyskanie trenera „transferem życia”). I który może mieć znaczenie dla karier piłkarzy Borussii po ewentualnej zmianie barw. Nuri Şahin uciekał z Dortmundu w glorii najlepszego piłkarza Bundesligi. W Realu Madryt zginął w rezerwie, teraz próbuje wrócić między żywych na wypożyczeniu w Liverpoolu. Na transferze zyskała tylko Borussia, która sprzedała wychowanka za 10 mln euro.

Archiwum
Tagi