Wpisy z tagiem: trendy

poniedziałek, 20 października 2014

Cristiano Ronaldo, Leo Messi

Tak, trwa epoka wyjątkowa, pełna komiksowej przesady – rekord rekordem rekord pogania, kto nie ustanowi żadnego, ten gapa i skończony patałach. Ale nie zawsze je zauważamy, bo wszystkich zasłaniają Messi i Ronaldo. W lidze hiszpańskiej panują snajpersko od sezonu 2009/10, a w Lidze Mistrzów – od sezonu 2007/08. Mój felieton do dzisiejszej „Gazety Sport.pl Ekstra” znajdziecie tutaj.

czwartek, 28 lutego 2013

Lapidarnie: we wtorek w Copa del Rey patrzyliśmy na zderzenie potęg, które panowały nad światem futbolu wczoraj, w środę w DFB-Pokal na zderzenie potęg, które ponoć mają zapanować jutro.

Żadnej wyraźnej granicy między epokami, rzecz jasna, nie wytyczymy, nie wiemy nawet, czy w ogóle nadejdą, chodzi mi raczej o powszechne wyczucie zmieniających się trendów. Barcelona i Real Madryt reprezentują tutaj nie tylko siebie, lecz także przewodzącą rankingowi UEFA ligę hiszpańską. Bayern Monachium i Borussia Dortmund też nie reprezentują wyłącznie siebie, lecz jeszcze wspinającą się na szczyt rankingu Bundesligę, rozgrywki z najokazalszymi perspektywami.

Powtórzę: niewykluczone, że giganci hiszpańscy zaraz znów rykną i przerażona reszta świata zastygnie, odnoszę się wyłącznie dynamiki wydarzeń, która skłania nas do dostrzeżenia w obu drużynach wad. Katalończycy już nie obijają wielobramkowo zagranicznych przeciwników, a Real nie musi nawet barykadować przedpola, by Barcę złamać. Madrycką wrażliwość na ciosy widzieliśmy natomiast w starciach z Niemcami – w poprzedniej  edycji Ligi Mistrzów piłkarze José Mourinho przegrali półfinałowy dwumecz z Bayernem, w obecnej przegrali grupowy dwumecz z Borussią.

W moc dortmundczyków nadal wątpię. Ich podstawową jedenastkę od rezerw dzieli zbyt wiele, wczorajsza nieobecność Matsa Hummelsa nie tyle nadwątliła defensywę, ile okaleczyła ofensywę – niemiecki stoper, wymarzony łup transferowy dla Barcelony, wyprowadza piłkę z bezcenną precyzją i wizją, operujący na monachijskim stadionie w jego rewirze Neven Subotić i Felipe Santana ryzykowali przy każdym podaniu do przodu, skandalicznie często niecelnym. Nie widać też alternatywy dla Roberta Lewandowskiego, który tym razem Bayernu ani nie drasnął. Nie zdołał zaangażować się w grę, znikał na długie minuty, nie wytłumaczymy go wyłącznie nadmiernie ostrożnym stylem gry i w ogóle brakiem werwy całej drużyny. A jednak trener Jürgen Klopp nie miał ruchu.

Borussia nie obroni ani mistrzostwa Bundesligi, ani Pucharu Niemiec. Czeka ją ciężka przeprawa z Szachtarem Donieck w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów. Trzymanie się wąskiej grupy ludzi jej nie służy, o znużenie – tak fizyczne, jak mentalne – mamy powody podejrzewać nie tylko naszego eksploatowanego ponad miarę Łukasza Piszczka (też nie stoi za nim choćby ćwierćzmiennik), zwycięstwa, punkty i gole wydziera z coraz większym wysiłkiem. Przy dortmundzkich ograniczeniach finansowych trudno stale rozbudowywać kadrę – nie każdy wychowanek wydorośleje na niezawodnego wyczynowca, nie każdy tani transfer przyniesie niewspółmierne do inwestycji zyski jak Hummels, Kagawa czy Lewandowski.

Bayern odzyska mistrzostwo Bundesligi, mknie ku Pucharowi Niemiec, zasadza się na triumf w Champions League. Jest doskonale wyposażony wszędzie, po ostatni fotelik dla rezerwowych. W czołówce międzynarodowej wyróżnia się brakiem solisty ponad wszystkich, którego nagła utrata powodowałaby drastyczną utratę jakości. Nie polega na odpowiedniku Leo Messiego, Cristiano Ronaldo czy Robina van Persiego – łatwo wyobrazić sobie, że bez nich Barcelona, Real Madryt i Manchester United ucierpiałaby już przed meczem, psychologicznie. Bawarczycy w środę nie odczuli nieobecności Francka Ribery’ego, mnie dopiero po ostatnim gwizdku oświeciło i zorientowałem się, kogo szlagier z Borussią ominął.

U lidera Bundesligi golami dzieli się wielu graczy, a strzelają je na wiele sposobów. Barcelonę klasyfikujemy jako specjalistkę od ataku pozycyjnego, a Real jako specjalistę od ataku szybkiego, tymczasem monachijczycy umieją wszystko. Piłkę trzymają najdłużej po Katalończykach, tylko im ustępują dokładnością podań; wibrujący na skrzydłach Ribery czy Robben są w stanie wystrzelić z piekielnie szybkim kontrnatarciem; nad wszystkimi formacjami górują ludzie świetni w walce powietrznej (van Buyten, Dante, Javi Martinez, Mandzukic, Gomez), co wykorzystują przy rzutach rożnych i wolnych (własnych i wrogich); po stracie agresywnie naciskają rywala; nie sposób ocenić, czy groźniej nacierają bokami, czy środkiem. Wielogłowym potworem powozi Jupp Heynckes, któremu nie brakuje osobowości, by utrzymywać rygor (sławne grzywny nałożone na Schweinsteigera i Kroosa za założenie na trening białych skarpetek), zdolności do reagowania na przebieg gry, doświadczenia - mistrzostwo świata i kontynentu zdobywał jeszcze jako zawodnik, a trenerem z Pucharem Europy zostawał, gdy Mourinho robił za tłumacza i krzyczał z balkonu na placu Sant Jaume, że Barcelonę będzie miał w sercu zawsze.

Czytam tu i ówdzie, że Pep Guardiola przyjdzie latem na gotowe. Myślę inaczej – podejmie cholernie trudne wyzwanie, zwłaszcza w przypadku ewentualnego zdobycia przez monachijczyków trzech trofeów. Teraz pożera przeciwników Bayern dyszący wściekłością (po sezonie drugich miejsc), po wywarciu zemsty wróciłby Bayern absolutnie usatysfakcjonowany. Znaczy ten najbardziej niebezpieczny. Dla samego siebie.

czwartek, 14 lutego 2013

Osobliwość Oscarowej kategorii „najlepszy film obcojęzyczny” pewnie rozpoznajecie. Amerykanie wpychają tam dzieła, które zrozumieją bez dubbingu (lub wyczerpującego czytania napisów), i te rywalizują o statuetkę mniej prestiżową niż przyznawany „najlepszemu filmowi” w ogóle, choć niekoniecznie ustępują jakością produkcjom głównego nurtu. Wystarczy wspomnieć zeszłoroczną edycję, w której irańskie, brzmiące po persku „Rozstanie” górowało nad tytułami nominowanymi w najważniejszej w kategorii - także nagrodzonym „Artystą”, niby francuskim, ale na swoje szczęście niemym.

Pojmowanie, czym są kandydaci na „najlepszy film obcojęzyczny” przydaje się dla zrozumienia sytuacji Darijo Srny, który wczoraj znów rozegrał świetny mecz. Nie dość, że strzelił Borussii Dortmund gola, to jeszcze przyskrzynił rozpędzonego dotąd w Lidze Mistrzów Marco Reusa.

Nic nowego pod jupiterami, chorwacki prawy obrońca od dawna dokazuje lokalnie i międzynarodowo. Zdobył Puchar UEFA (w pożegnalnym sezonie, tuż przed przemianowaniem go na Ligę Europejską), trafił do jedenastki sezonu w Champions League, siedmiokrotnie był mistrzem kraju, sześciokrotnie podnosił krajowy puchar. Podnosił jako pierwszy, bo w Szachtarze Donieck dochrapał się - lata temu - kapitańskich szlifów.

Jako kapitan wyprowadza też na boisko reprezentację Chorwacji, której służył już w 100 meczach. Wystąpił na Euro 2004, niemieckim mundialu, Euro 2008 (strzelił gola, gdy jego drużyna sensacyjnie wygrywała z Niemcami) i Euro 2012, na których współtworzył najlepszą drużynę wśród wyeliminowanych w rundzie grupowej (miała pecha zderzyć się z późniejszymi mistrzami i wicemistrzami).

Jego atuty musiał dostrzec, choćby mimochodem, każdy, kto w miarę regularnie spogląda na futbol. Nienaganny technicznie, wytrzymały, oddany w walce, sprawdza się również wyrzucony na skrzydło. Znakomicie bije rzuty wolne i znakomicie dośrodkowuje, dzięki czemu zbiera mnóstwo asyst - do jedenastki gwiazd Ligi Mistrzów został wtedy zaproszony ze względu na statystyki, jego podania poprzedziły pięć donieckich bramek. Klasyczny przedstawiciel gatunku nowoczesnego, wielofunkcyjnego bocznego obrońcy, który i zasuwa na tyłach, i grasuje pod polem karnym wroga.

Skaza? Odkąd w 2003 roku opuścił Hajduka Split, pozostaje wierny Szachtarowi, choć może wymachiwanie „wiernością” jest nie całkiem na miejscu - Rinat Achmetów na pewno ją hojnie opłaca. Chorwat, który całą karierę spędził na Ukrainie. W megahitach pojawia się na ekranie tylko gościnnie, na co dzień występuje w produkcjach niszowych. Ot, idealny kandydat na Oscara dla najlepszego piłkarza obcojęzycznego.

Byłby Srna w ostatnich latach najznakomitszym graczem, który nawet na chwilę nie dał się wynająć żadnej mocnej lidze zachodniej? Czy kogoś, kto się nie zmierzył z jej wyzwaniami, wolno podejrzewać o najwyższą klasę światową? Czy na nominację do Złotej Piłki nie zasługiwał bardziej niż polegający w zeszłym roku głównie na barcelońskiej reputacji Dani Alves? Czy odkąd zmarnieli wspomniany Brazylijczyk i jego rodak Maicon, nie mamy powodów, by obwołać Srnę najlepszym prawym obrońcą na planecie?

niedziela, 27 stycznia 2013

Jezus (z Belo Horizonte) jako Ronaldinho. Fot. Leo Fontes, AP

Gdyby firma Deloitte, co sezon hierarchizująca piłkarskie przedsiębiorstwa według kryteriów biznesowych, rozszerzyła badania na wszystkie kontynenty, Europa mogłaby się poczuć jeszcze bardziej zagrożona. Do elity najbogatszych – reklamowanej jako Football Money League – wtargnęłoby brazylijskie Corinthians, które z 118 mln euro rocznego przychodu zajmowałoby 18. miejsce, tuż nad Valencią oraz Napoli, a nieco niżej zmieściłyby się w raporcie jeszcze Săo Paulo oraz Santos. Oszałamiający, 62-procentowy wzrost deklarują zwłaszcza ci ostatni, których od lat stać na zatrzymywanie Neymara, pożądanego przez najpotężniejsze firmy, z Barceloną i Realem Madryt na czele.

Choć brazylijska gospodarka zwolniła, brazylijski futbol nadal się ekonomicznie rozpędza, wykorzystując sprzyjającą koniunkturę związaną z organizacją przyszłorocznych mistrzostw świata. Sponsorzy lgną do rodzimych boisk jak nigdy, modernizowane lub budowane od gołej ziemi stadiony ładnieją, cała liga osiągnęła w 2011 roku miliard dolarów przychodu. A ponieważ gospodarka generalnie potężnieje (wyprzedziła brytyjską), ponieważ współtworzy jej sukces 200-milionowa populacja, dynamiczny rozrost klasy średniej i ogólnonarodowa futbolowa szajba, to kanarkowe piłkokopanie powinno wchodzić w złoty wiek. Znaczy – jeszcze bardziej złoty niż minione.

Niestety, sielankowo mają się wyłącznie księgowi. Z czego mógł zdać sobie sprawę każdy, kto zarywał noce, by rzucić okiem na mistrzostwa Ameryki Płd. dwudziestolatków. Z fazy grupowej nie wygramolili się tam ani Argentyńczycy, ani Brazylijczycy, przez co niebawem odbędzie się pierwszy w historii futbolu mundial – na razie młodzieżowy – bez obu tradycyjnych supermocarstw. Trzęsienie muraw z wyżyn skali Richtera, jeśli Andy nadal stoją, to ani chybi zaraz się zapadną.

***

Klapę argentyńską zniosłem spokojniej, im już sama wszechobecność Leo Messiego powinna wystarczyć, by uznać, że żyją w całkiem przyjemnych czasach. Inaczej Brazylijczycy, którzy na kontynentalnych mistrzostwach chłopiąt do lat 20 bronili tytułu, tytuł brali tam notorycznie, z podium nie schodzili od przeszło trzech dekad. Oni nie mają już gdzie spojrzeć, by poczuć sportową satysfakcję.

Z dwóch ostatnich mundiali dali się wykopać w ćwierćfinale, nie zmusili nawet rywali do wzlotu na wyjątkowy poziom – w RPA potentaci przegrali, gdy Felipe Melo władował pierwszego w historii mundiali brazylijskiego samobója, a potem przyjął czerwoną kartkę za tępą brutalność. Z Copa América „Canarinhos” też wylecieli w ćwierćfinale, też w podłych okolicznościach – w grupie wybiedzili jedno zwycięstwo, potem przez 120 minut mordowali się bezbramkowo z Paragwajem, by następnie spudłować ze wszystkich (!) rzutów karnych i zakończyć turniej na pozycji ósmej, najniższej w dziejach. Nie umieli wygrać nawet marnego turnieju olimpijskiego, choć się zawzięli, choć zaciągnęli do Londynu dorosłe gwiazdy – Thiago Silvę, Marcelo, Hulka. Wreszcie w rankingu FIFA uklękli Brazylijczycy na historycznym dnie – niech sobie stojący za nim algorytm zniekształca boiskową prawdę, 18. miejsce i tak pozostanie zawstydzające dla drużyny, która nigdy wcześniej nie wypadła z czołowej dziesiątki.

Ostatnio ta drużyna coraz częściej robi jednak przede wszystkim za dojną krowę wysyłaną na tłustopłatne sparingi. Piłkarze czasem uczczą reżim Roberta Mugabe, okładając workiem goli Zimbabwe, czasem pospacerują sobie towarzysko z Tanzanią, czasem na neutralnym, zazwyczaj egzotycznym terenie poznęcają się nad Irakiem lub Chinami. Działacze liczą szmal, a reprezentację toczy permanentny chaos. Właśnie okazało się, że czas po spartaczonym mundialu został przeputany, federacja wylała selekcjonera Mano Menezesa, który sytuacji nie opanował w żadnym rewirze – między słupki wepchnął do testów dwunastu bramkarzy, nie zdołał ukształtować stabilnego, kreatywnego środka pola, nie znalazł zabójczego goleadora.

***

O tamtejszej kadrze moglibyśmy opowiadać wielotomowo, to byłby fascynujący thriller pełen absurdalnych zwrotów akcji z bogatym tłem politycznym, o Seleçăo dbają przecież najszacowniejsze osobistości w państwie, aktywnie udzielał się były pan prezydent Lula, aktywnie udziela się obecna pani Dilma Rousseff. I jeszcze panuje pełna wspólnota poglądów, każdy, bez względu na przynależność partyjną, głosuje za odzyskaniem przez Brazylię w 2014 roku mistrzostwa świata.

Ale kryzys widać nie tylko w niepowodzeniach zbiorowych, czyli reprezentacyjnych, kryzys chyba jeszcze wyraźniej widać w ruchach jednostek. Niemrawych. Coraz rzadziej wykonywanych na najważniejszych stadionach. Coraz rzadziej międzynarodowo oklaskiwanych. W najnowszym plebiscycie na najlepszego gracza globu zaistniał jeden Neymar, i to zaistniał drugoplanowo, na miarę zaledwie 13. pozycji – a mówimy tutaj o głosowaniu, w którym brazylijski futbol dotąd zawsze wdzięczył się w czołowej dziesiątce, zwyczajowo tańcząc na szczytach, raz proponując Ronaldo, innym razem Rivaldo, a jeszcze innym Ronaldinho, ewentualnie podsuwając Kakę. Złota Piłka goniła Złotą Piłkę, odkąd zaczęliśmy rozdawać ją nie tylko Europejczykom, władzę nad nią przejęli kanarkowi.

Dziś nawet nie aspirują. Owszem, graczy obronnych – lub z założenia obronnych, acz z niepohamowanymi skłonnościami do ataku – nadal mają wspaniałych. Thiago Silva uchodzi za specjalistę od przyskrzyniania napastników najskuteczniejszego na planecie, wielkie kluby polegają też na Marcelo, Rafaelu, Dantem, Davidzie Luizie, być może zdoła jeszcze odzyskać moc Dani Alves. Kiedy przeniesiemy się jednak na drugi kraniec boiska, kolor kanarkowy blaknie. Albo wręcz znika.

***

W żadnej z najbardziej renomowanych lig europejskiej Brazylijczyk nie zabiega o tytuł króla strzelców. Najskuteczniejszy w hiszpańskiej Léo Baptistăo uciułał sześć goli dla Rayo Vallecano, od czołówki dzieli go otchłań. Najskuteczniejszego w niemieckiej – Diego z Wolfsburga – wyszukamy dopiero w trzeciej dziesiątce listy snajperów. Najskuteczniejszego w angielskiej – Ramiresa z Chelsea – w ósmej dziesiątce. Nieco wyżej plasuje się we włoskiej Hernanes z Lazio, lecz i on nie ma śladowych szans, by podejść pod podium. Liga francuska? Też trzeba kopać głęboko, aż dotrzemy do pięciu bramek Michela Bastosa z Lyonu. Zapomnijmy na chwilę o karczowaniu amazońskiej dżungli, karczują też brazylijskie murawy. Z talentu.

W klasyfikacjach asyst nie wypadają Brazylijczycy okazalej, sami ich porywających, nieopisywanych w statystykach ofensywnych figur też nie pamiętamy – wyjąwszy może epizody Ligi Mistrzów, z kopnięciami Oscara z Chelsea i kanarkową wyspą z Doniecku – bowiem największe firmy się od nich odwróciły. Puchnące finanse brazylijskich klubów wszystkiego nie wyjaśniają, skoro powrotom wielu bohaterów do ojczyzny towarzyszy westchnienie ulgi europejskich pracodawców. Nie wytrwali w profesjonalnej wstrzemięźliwości do końca karier Ronaldinho czy Adriano, nie zdołali podbić naszego kontynentu Fred, Elano czy Jo, madrycki Real chętnie pozbyłby się balastu w osobie Kaki, włoski Milan przepędził kruchego Pato. I przepędziłby również wiecznie rozchwianego – emocjonalnie i sportowo – Robinho, gdyby ten efekciarski drybler nie przykleił się do wysokiej pensji.

Kiedy agencje badawcze donosiły, że Argentyna zdystansowała sąsiada z północy jako największy eksporter piłkarzy, odruchowo tłumaczyłem to jej nową taktyką sprzedaży (coraz młodszymi młodymi zaczęły handlować prywatne szkółki, bez pośrednictwa klubów i menedżerów) oraz rosnącą wartością brazylijskiej waluty. Aż ponownie nastał czas selekcjonera Felipe Scolariego, który postanowił ocalić reprezentację „Canarinhos” powołaniem 33-letniego Ronaldinho. W Atletico Mineiro ostatnio fruwającego, ale niedającego żadnej pewności, że w poważnej grze w ogóle oderwie się od ziemi.

środa, 23 stycznia 2013

Premier League, La Liga, Serie A, Bundesliga

Stali czytelnicy mogą pamiętać, że niemożebnie wnerwia mnie wszechobecne u nas kolportowanie dawno już nieaktualnych stereotypów futbolowych (jak nieśmiertelne utożsamianie włoskiego stylu z ucieleśniającym defensywną monotonię catenaccio), a ja pamiętam, że czytelnicy lubią bezkresne polemiki o wyższości jednej zagranicznej ligi nad drugą, które nigdy do niczego nie prowadzą, ale im bardziej nie prowadzą, tym burzliwsze awantury wywołują. Dlatego pomyślałem sobie, że znalazłem pretekst do notki idealnie godzącej szajbę moją z waszą.

Nadrabiałem dziś zaległości prasowe z ubiegłego tygodnia i natknąłem się na przywołane przez „La Gazzettę dello Sport” statystyki firmy Opta - analizującej rywalizację w najważniejszych rozgrywkach - z których wynika, że w bieżącym sezonie najwięcej podań wykonują, uwaga, piłkarze angielskiej Premier League - średnio 857 na mecz. Fred Pentland (jeszcze zanim wyszliśmy z pieczar, nauczał tiki-taki na Półwyspie Iberyjskim;-)) byłby dumny.

Wiceliderami klasyfikacji są bohaterowie niemieckiej Bundesligi - średnio 840 podań mecz.

Dopiero trzecie miejsce zajmują ligowcy z hiszpańskiej Primera Division (819), których odruchowo i powszechnie kojarzy się właśnie z płynnymi akcjami utkanymi z wielu drobnych zagrań, czyli stylem uchodzącym za najładniejszy, czyli ponoć szczególnie atrakcyjnym dla kibica. Niżej plasują się Włosi z Serie A (815) oraz Francuzi z Ligue (790).

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zerkniemy do rankingu drużyn. W nim bezapelacyjnie panuje oczywiście Barcelona. By jednak znaleźć następnego przedstawiciela ligi hiszpańskiej, trzeba zsunąć wzrok aż na 20. pozycję - zajmujący ją Real Madryt wykonuje tyle podań, ile Fulham, ustępując (!) wszakże londyńczykom precyzją. Co więcej, wspomniani katalońscy liderzy mają tak ogromną przewagę nad resztą stawki, że gdyby potraktować ich zupełnie osobno i usunąć z obliczeń, to Hiszpanię wyprzedzałyby nie tylko Anglia oraz Niemcy, ale również Włochy oraz Francja.

Wyspiarze już dawno temu porzucili osławiony „kick and rush” i niewykluczone, że obecny trend w futbolu rozgrywanym na ich murawach będzie się nasilał. Przybywa tam graczy prowieniencji latynoskiej, przybywa trenerskich zwolenników przesuwania piłki po ziemi wedle wymyślnych geometrii (Francuz Arsene Wenger, północny Irlandczyk Brendan Rodgers, Duńczyk Michael Laudrup, Portugalczyk Andre Villas-Boas etc), od lat kosmopolityzują się tamte okolice szybciej niż jakakolwiek liga w świecie. „Kopnij i biegnij” nie wróci. Ani w Anglii, ani chyba nigdzie indziej.

Archiwum
Tagi