Wpisy z tagiem: komercjalizacja

niedziela, 19 lutego 2012

Guus Hiddink, Anży Machaczkała

Chyba najsławniejszy w gęstym futbolowym tłumie holenderskich obywateli świata Guus Hiddink przyjmował już posady w siedmiu krajach, i to skakał po kulturach kompletnie odmiennych. Po opuszczeniu państwa, w którym się urodził, zaglądał do Australii, Korei Płd., Rosji, Hiszpanii, Anglii i Turcji. Teraz zaakceptował ofertę Anży Machaczkała, co uczyni go najhojniej po Jose Mourinho opłacanym trenerem na planecie. Będzie pobierał 10 mln euro za sezon.

Hiddink zostanie jednak kimś więcej niż bogiem w szatni. Wyląduje u nowego pracodawcy w postaci Trójcy Świętej, między treningami wcielając się również w odpowiedzialnego za transfery dyrektora sportowego oraz odpowiedzialnego za cały - z rozmachem planowany - rozwój klubu wiceprezesa. Jako kosmopolita i globtroter poczuje się prawdopodobnie jak w niebie, bowiem gracze Anży mieszkają i ćwiczą w podmoskiewskiej wiosce Kratowo, do stolicy Dagestanu latając tylko na mecze. Od własnego stadionu dzieli ich dwa tysiące kilometrów. Dłużej latali do Tomska, ale już tam podróżować nie będą musieli, bo ta syberyjska drużyna zaraz spadnie z ligi. Teraz najdalej mają na mecze „u siebie”. Natomiast wśród zobowiązanych dochować mu wierności piłkarzy znajdzie Holender i rosyjskich tubylców, i obcokrajowców pochodzących niemal wyłącznie spoza Europy - Kameruńczyka Samuela Eto’o, Marokańczyków Mbarka Boussofę i Mehdiego Carcelę-Gonzaleza (spłodzonego przez Hiszpana byłego reprezentanta Belgii;-)), Senegalczyka Benoita Angbwę, Uzbeka Odila Ahmedowa, a także Brazylijczyków Roberto Carlosa, Joao Carlosa i Jucileia. Niewykluczone, że najbardziej obco czuje się tam młody Czech Jan Holenda, który dla zagranicznego pracodawcy kopie po raz pierwszy.

Klubów, którym spadli ostatnio z nieba nieskończenie majętni właściciele, systematycznie przybywa, harmider wywołują przede wszystkim szejkowie, ale projekt najbardziej spektakularny i osobliwy zarazem rozwija Sulejman Kerimow - rosyjski parlamentarzysta, biznesmen, filantrop, posiadacz 7,8 mld dol. prywatnego majątku, dzięki czemu dzieli z Silvio Berlusconim 118. pozycję na liście najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”. Choć Anży istnieje ledwie dwie dekady, do europejskich pucharów zajrzało tylko na jednorundowy momencik, z drugoligowego zesłania wpierwsząligęwstąpiło dopiero w 2009 roku i pochodzi z niebezpiecznego regionu, to zdołało porywa się na transfery na miarę elity, a Eto’o przyciągnęło pensją nie tylko najwyższą w futbolu, lecz w ogóle w sportach zespołowych, wyjąwszy baseballistę Aleksa Rodrigueza. Kameruńczyk zarabia 20 mln euro rocznie.

Jeszcze więcej - 25 mln euro - zarabiałby Mourinho, gdyby przyjął zeszłoroczną ofertę Kerimowa, który ma taki gest, że tamci wszyscy bliskowschodni bonzowie - w powszechnej opinii psujący rynek, bo wywołujący inflację transferowych cen - bledną przy nim do dusigroszy. Oni w Paryżu (jedna z największych metropolii w Europie), Manchesterze (korzystającym z zawrotnej popularności całej Premier League) czy nawet Maladze (żadnej finansowej konkurencji poza Barceloną i Realem) mogą liczyć na dynamiczny rozwój marketingowy swoich klubów, Rosjanin działa w szokującym oderwaniu od ekonomicznych realiów. Machaczkała leży w regionie, eufemizując, niestabilnym, jest półmilionową dziurą zabitą dechami, nie daje żadnych szans na spełnienie wymogów UEFA, która chce zmusić świat futbolu do biznesowej wstrzemięźliwości wprowadzeniem finansowego fair play, pozwalającego klubom wydawać tylko tyle, ile zarobią.

Anży będzie dla niej poważnym wyzwaniem. Jeśli kiedyś awansuje do europejskich pucharów, według nowych przepisów nie powinno zostać do nich wpuszczone.

sobota, 04 lutego 2012

Real Madryt, Jose Mourinho, Liga Mistrzów

Na niedawno zakończony, chwilami dość męczący w odbiorze mecz z Getafe trener Jose Mourinho między słupki wstawił wychowanka Ikera Casillasa, a w pole wygonił dziewięciu z dziesięciu najdroższych piłkarzy Realu Madryt: Cristiano Ronaldo (kosztował 94 mln euro), Kakę (65 mln), Benzemę (35 mln), Pepe (30 mln), Xabiego Alonso (30 mln), Coentrao (30 mln), Ramosa (28 mln), Lassa (20 mln) i Ozila (15 mln). Z elity najdroższych brakuje tylko kontuzjowanego Di Marii, pozyskanego za 25 mln.

Ale nawet z taniutkim (4,5 mln) Arbeloą zamiast luksusowego argentyńskiego skrzydłowego pod madryckim godłem gra dziś drużyna za 351,5 mln.

To absolutny rekord. Gdyby trener Manchesteru City, którego właściciele uchodzą za najrozrzutniejszych we współczesnym futbolu, postarał się złożyć podstawową jedenastkę możliwie najdroższą - z minimalnym poszanowaniem podziału na pozycje, czyli bez wkładania napastników do defensywy - od biedy uciułałby grupę za ćwierć miliarda euro.

Trener Manchester United też zmieściłby w drużynie góra ćwierć miliarda euro. Trenerowi Chelsea może by się udało rozłożyć na murawie więcej, ale tylko ciut więcej - londyńczycy nawet w szczytowym okresie szału transferowego Romana Abramowicza nie zdołaliby uskładać jedenastki tak kosztownej, jak obecna madrycka.

To może dzisiejszy Real znajdzie konkurencję we własnej przeszłości, i to niezbyt odległej, rozświetlanej przez galacticos? Nic z tego, nawet wtedy, gdy po Santiago Bernabeu stąpali Zidane (73 mln), Figo (60 mln), Ronaldo (45 mln) i Beckham (37 mln), to wokół nich tyrali wychowankowie albo gracze wzięci za drobne (nawet Roberto Carlos Inter Mediolan wypuścił niemal za darmo). Obowiązywała wszak osławiona strategia „Zidanes y Pavones”, czyli „ekskluzywne zakupy i rodzime wyroby”.

Ówczesny i aktualny szef klubu Florentino Perez ewidentnie się zreflektował, teraz wciela w życie strategię odważniejszą - „Zidanes y Zidanes”. Sprawił sobie najdroższą w historii defensywę (dzisiejsza kosztowała blisko 100 mln) i najdroższy w historii tercet ofensywny (CR, Kaka i Benzema kosztowali blisko 200 mln), całość oddał w ręce najdroższego w historii trenera (nie dość, że Mourinho bierze pensję ponad wszystkie, to jeszcze samo wyjęcie go z Interu kosztowało bezprecedensowe 8 mln). Słowem, w Realu wszystko ma być wysadzane kamieniami szlachetnymi, ceny umiarkowane uderzają w naszą arystokratyczną reputację, jeśli dziś wepchnął się między lepszych od siebie ten szary Arbeloa, to chyba wyłącznie dlatego, że rodzina królewska potrzebuje lokaja, michy i kielichy na razie na skinienie do niej nie przyfruwają.

Florentino Perez pragnął zostać wizjonerem zabierającym fanów w cudowną podróż do przeszłości - zafundować im drużynę godną porównań z drużyną, która w latach 50. pięciokrotnie zdobywała Puchar Europy. Jeśli nie zrealizuje planów choćby szczątkowo, czyli madrycka drużyna nie zatriumfuje na kontynencie przynajmniej raz, przejdzie do historii jako najsłynniejsza w futbolu ofiara przeświadczenia, że kupić można naprawdę wszystko. Nawet chwałę.

PS Informuję/przypominam, że bazgram również na Facebooku.

czwartek, 29 grudnia 2011

Paris Saint Germain, Manchester City, Malaga, Carlo Ancelotti, Alexandre Pato

Wywodzą się przede wszystkim z katarskiej rodziny królewskiej (60 mld dol. prywatnego majątku) i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (9 proc. światowych rezerw naftowych, majątek niemal bez dna), ale także Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Przejęli Manchester City, który mknie po tytuł w angielskiej Premier League. Przejęli Paris Saint Germain, które celuje w mistrzostwo Francji. Przejęli Malagę i Getafe, pragnące rzucić wyzwanie wiadomym kolosom hiszpańskim. Z liniami lotniczymi Emirates weszli na barwy Milanu, który broni mistrzostwa Włoch. Uratowali od bankructwa TSV Monachium. W Portugalii spekuluje się, że wykupią ledwie dyszącą finansowo Vitorię Guimaraes. Z logo Qatar Foundation wtargnęli na nieubrudzone dotąd komercyjną prostytucją barwy Barcelony, która mierzy w mistrzostwo wszystkiego - ją też połknęliby zapewne w całości, gdyby nie oryginalna struktura własnościowa, czyniąca posiadaczami klubu kibiców.

Linie lotnicze Emirates wepchnęli też do nazwy stadionu Arsenalu i powiązali je komercyjnie z Realem Madryt oraz FIFA. Zwyciężyli w konkursie na organizację mundialu w 2022 roku, katarską kandydaturę promowali Franz Beckenbauer, Josep Guardiola, Michel Platini oraz Zinedine Zidane. Ich Al Dżazira od przyszłego roku będzie pokazywała Francuzom Ligę Mistrzów, a prawdopodobnie także Euro 2012. Ich Al Saad wygrał Ligę Mistrzów azjatycką - po trupach, dzięki niesłychanemu splotowi okoliczności, jako pierwszy katarski klub od 1989 roku. W Afryce rozwijają akcję Football Dream - przetestowali już ponad milion chłopców, najlepszych szkolą, a w przyszłości być może obdarują kontraktami w należących do nich czołowych europejskich klubach lub paszportem Kataru, bowiem jako gospodarze MŚ chcieliby wystawić w miarę przyzwoitą reprezentację. Obecna, choć również zasilaną obcą siłą roboczą, nie umie pokonać Omanu, Wietnamu ani Uzbekistanu. A na mundial przylecą drużyny cokolwiek silniejsze.

Słowem, coraz trudniej znaleźć skrawek murawy, na który nie wleźli.

Teraz próbują futbolowo rozhuśtać stolicę Francji. Z powodzeniem. W Paris Saint Germain wznoszą mały Milan.

Nowy trener Carlo Ancelotti, który z aktualnymi mistrzami Włoch dwukrotnie zwyciężał w Lidze Mistrzów i uchodzi za jednego z najwybitniejszych współczesnych fachowców, będzie zarabiał tam 7 mln euro rocznie, co uczyni go trzecim najwyżej opłacanych w zawodzie - po rządzącym w reprezentacji Anglii Fabio Capello i rządzącym w Realu Madryt Jose Mourinho. Przedstawiony zostanie jutro o godz. 15.

Zatrudnia go dyrektor sportowy Leonardo, który w Milanie pełnił identyczną funkcję. Niebawem zaproponuje kontrakt Davidowi Beckhamowi - dobiegającemu do 37. urodzin, lecz gwarantującemu turbodoładowanie dla ofensywy marketingowej klubu pragnącego stać się marką globalną. Najsłynniejszy futbolowy celebryta ma dostawać blisko 10 mln rocznie, dzięki czemu stanie się bezdyskusyjnie najhojniej wynagradzanym oldbojem w całej historii piłki nożnej.

Leonardo, renomowanemu znawcy rynku brazylijskiego, marzy się jeszcze ściągnięcie do Paryża rodaków, których również wyłowił niegdyś dla Milanu. Cel ambitniejszy stanowi 22-letni Alexandre Pato. Fantastycznie utalentowanemu napastnikowi wróżono karierę na miarę Złotej Piłki, a on prognozy uwiarygadniał 51 golami w 110 meczach ligi włoskiej. Niestety, jest wiecznie chory. Był już nawet wysyłany do lekarzy w USA, żeby zbadali, dlaczego na zdrowiu znienacka podupadł atleta, który przez inauguracyjne dwa sezony w Serie A nie musiał się leczyć wcale. Amerykanie opracowali dla niego nowy system treningu, ale na nogi Pato nigdy nie stanął. W latach 2010 i 2011 urazy kładły go 11-krotnie. Najczęściej nie wytrzymywały mięśnie, co Brazylijczyk - sprowadzony na San Siro jako nastolatek - próbuje tłumaczyć nagłym skokiem wagi i wzrostu.

Jeśli mediolańczycy mieliby go oddać, to właśnie ze względu na kruchość członków. I za gigantyczną kwotę - 50 mln euro lub więcej - która oczywiście zasobów właścicieli PSG znacząco nie uszczupli.

Jego starszy kolega Kaka kosztowałby wyraźnie mniej, ponieważ w Realu nigdy nie ożył i transfer byłby dla madryckiego klubu zrzuceniem balastu. Obaj Brazylijczycy mieliby stworzyć śmiercionośne ofensywne trio wraz z Argentyńczykiem Javierem Pastore (kupionym za, bagatela, 43 mln euro), a za nimi biegaliby inni piłkarze pozaeuropejscy - Sissoko z Mali, kolejni Brazylijczycy Nene i Ceara, reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej Tiene, a także Urugwajczyk Lugano. Multietniczny kocioł, odzwierciedlający wielobarwność społeczeństwa katarskiego, w którym mniejszość autochtonów obsługuje miażdżąca większość potulnych imigrantów.

Kaprys egzotycznych, zdemoralizowanych łatwą mamoną ekscentryków, którzy znudzili się budowaniem drapaczy chmur dotykających sąsiednich galaktyk i sztucznych wysp w kształcie palmy? Uznany znawca spraw bliskowschodnich James Dorsey nazywa inwazję szejków „futbolową dyplomacją”. Zwłaszcza bonzów z Kataru. - Rodzina Al Thanich to chyba jedyni arabscy liderzy z naprawdę strategiczną wizją na przyszłość - twierdzi. - Wiedzą, że muszą umocować się zagranicą, żeby zagwarantować bezpieczeństwo tak małemu państewku. Używają trzech wehikułów: telewizji Al Jazeera, linii lotniczych Qatar Airways i piłki nożnej - tłumaczy Dorsey plany katarczyków, którzy ponoć dywersyfikują źródła dochodów, żeby utrzymać najdynamiczniejszy w świecie wzrost gospodarczy.

Ale najazd na futbol nie tylko europejski ma już kolor panarabski. Założony w Dubaju Royal Football Fund lokuje kapitał m.in. w piłkarzy, argumentując, że pula gwiazd formatu Falcao, Deco, Pepe, Lisandro Lopesa, Lucho Gonzaleza i Raula Meirelesa dała stopę zwrotu zbliżającą się do 70 proc. na głowę. W przyszłości planuje inwestować przede wszystkim w rozwój młodych graczy, ze szczególnym uwzględnieniem chłopców dorastających w krajach słynących ze skutecznego szkolenia, jak Portugalia czy Holandia.

Biznes się rozkręca, pół miliona dolarów wpisowego wpłacili już m.in. właściciele Manchesteru City i Malagi. Pochodzą z różnych krajów, ale są dalekimi kuzynami. To naprawdę jest rodzinny interes.

sobota, 19 listopada 2011

Silvio Berlusconi

Największy sukces Silvio Berlusconi - wykopany z funkcji premiera Włoch, rozważający powrót do prezesury w mediolańskim klubie - odniósł nie w polityce ani biznesie, lecz w sporcie. Był wizjonerem, który wymyślił nowoczesny futbol.

Choć w 1986 roku kierował całym imperium przedsiębiorstw, w przejętym Milanie osobiście nadzorował najdrobniejsze detale. Odcięty od świata ośrodek treningowy Milanello to jego autorski projekt - decydował o wystroju wnętrz, urządzał salę bilardową, dobierał kwiaty do ogrodów, nie zapomniał o nawilżaczach powietrza w pokojach piłkarzy. Zajmował się wszystkim, by gwiazdy boiska nie musiały zajmować się niczym. Im - oraz ich żonom - 24 godziny na dobę usługuje grupa „asystentów”, którzy rezerwują restauracyjne stoliki, oddają do pralni garderobę, robią za szoferów, załatwiają zakupy. Spełnią każdą zachciankę, byle gracze Milanu skupili się wyłącznie na futbolu.

Skupili się i zwyciężali. Berlusconi zastał AC Milan w otchłannym kryzysie, a zostawił - gdy jako premier formalnie ustępował z funkcji prezesa - w oszałamiającym luksusie. Odkąd go kupił, piłkarze pięciokrotnie zdobywali najcenniejszy tytuł - Puchar Europy. Częściej niż Barcelona, Real Madryt, Manchester United. Częściej niż jakakolwiek drużyna.

Wygrali też gablotę innych trofeów, czyniąc Berlusconiego najskuteczniejszym menedżerem klubu piłkarskiego na planecie. A klub z San Siro w dniu właścicielskiej zmiany nie rządził nawet w Mediolanie. Królował tam sąsiedni Inter.

Milan zstępuje z nieba

Wszyscy natychmiast poczuli, że nadchodzi nowa era. 80 tys. fanów wyczekujących prezentacji drużyny usłyszało dźwięki wagnerowskiej „Walkirii”, a zaraz potem zobaczyło nadlatujące wojskowe helikoptery. Jak w „Czasie apokalipsy”, tylko bez bombardowania napalmem. Ze śmigłowców wysiedli piłkarze, trenerzy, na końcu Berlusconi. Medialny magnat powtarzał, że futbol jak telewizja jest sztuką uwodzenia - kibiców, dziennikarzy, sponsorów. I biznesem o globalnym potencjale rażenia.

Fanom zaoferował porywający show za niespotykane w piłce pieniądze. Bił transferowe rekordy świata - na Ruuda Gullita wydał odpowiednik dzisiejszych 12 mln euro, na Jean-Pierre'a Papina 15 mln, na Gianluigiego Lentiniego 19 mln. Watykańskich komentatorów prowokował rozrzutnością do ostrej krytyki na łamach L'Osservatore Romano", konkurencję zdusił tak przytłaczającą finansową przewagą, że następców znalazł dopiero w Romanie Abramowiczu i naftowych bonzach znad Zatoki Perskiej, inwestujących w kluby od niedawna. A zarazem wpadał na pomysły nieoczywiste, brawurowe. Orkiestrę wirtuozów oddał w ręce Arrigo Sacchiego - byłego sprzedawcę butów, nie mającego za sobą kariery zawodniczej, wśród trenerów niemal żółtodzioba, który odwdzięczył się stworzeniem drużyny typowanej na najwspanialszą w dziejach futbolu. W 1990 r. obroniła Puchar Europy, co od tamtej pory nie udało się nikomu. Zachwycała futbolem ocenianym jako perfekcyjny - opartym na pełnej synchronizacji ruchów drużyny i agresywnym pressingu, niezniszczalnym w defensywie, maksymalnie wykorzystującym wirtuozerię atakujących.

Kariera na szczycie Sacchiego, obwoływanego największym trenerskim rewolucjonistą od czasów Rinusa Michelsa, trwała krótko, jego następca Fabio Capello należy do ścisłej światowej czołówki po dziś dzień. On też wiele zawdzięcza Berlusconiemu, który przed powierzeniem mu drużyny seniorów latami wysyłał go na menedżerskie szkolenia (komunikacja interpersonalna, zarządzanie ludźmi, team-building, kontrolowanie stresu, ocena ryzyka, negocjacje, księgowość etc), aż mianował generalnym zarządcą skupiającej drużyny siatkarską, hokejową, rugby i baseballową grupy Polisportiva Mediolanum”. Capello zajmował się tam o wszystkim, od akceptowania budżetów i umów sponsorskich po marketing i politykę personalną. W futbol wszedł z wszechstronnym doświadczeniem biznesowym i minimalnym trenerskim, by po trzech lat znokautować w finale Barcelonę (4:0) i wygrać Ligę Mistrzów.

Z dziennikarzami Milan się zaprzyjaźnił. Inne kluby widziały w nich wrogów, on gwarantował im regularny kontakt z piłkarzami, których równocześnie szkolił na wytrawnych specjalistów od PR. Mieli szczerzyć zęby od ucha do ucha; mówić chętnie, lecz niekontrowersyjnie; zadbać, by konflikty pozostawały sekretem szatni, wzruszać familijną atmosferą w Milanello. Do mediolańskich barmanów Berlusconi apelował, by nigdy nie podali jego piłkarzom alkoholu. Opowiadał, że wyciągnięcie z długów klubu było „aktem miłości”, i wspominał, jak w dzieciństwie ojciec przemycał go bez biletu na stadion. Uwodził. Uwodził najprostszymi metodami, jak w swoich telewizjach, zatłoczonych cycatymi, na wpół albo całkiem roznegliżowanymi kobietami, i faszerujących widza najprymitywniejszą rozrywką.

Sponsorów przyciągnął wszechstronną ofensywą biznesową. Po sprzedaniu bezprecedensowej liczby sezonowych karnetów 60-tysięczną bazę danych osobowych wykorzystał do celów marketingowych. Sklep z klubowymi pamiątkami - nikt jeszcze wtedy nie zarabiał na nich fortuny - wcisnął między wystawne butiki Armaniego i Versace. Zatrudnił psychologa, który urządził pracownikom pranie mózgów - rewolucjonizował ich myślenie o zarabianiu na piłce, zarażał korporacyjną mentalnością. Najzdolniejszych przećwiczył na stażach we wszystkich możliwych częściach swoich firm, by poszerzyć ich horyzonty. Wysyłał graczy na promocyjne eskapady po Azji - dziś podbijają tak nowe rynki wszystkie potęgi, wtedy był prekursorem. Stworzył pierwszą globalną markę w futbolu. - Milan to drużyna, ale i produkt na sprzedaż - wyjaśniał. Genialne pokolenia graczy dostawały efektowne metki - Puchary Europy zdobywali Immortali (Nieśmiertelni), Invincibili (Niepokonani) i Meravigliosi (Cudowni).

Berlusconi wprowadził futbol w nowoczesność. Chciał obalać wszelkie granice, walczył z limitami na zatrudnianie obcokrajowców. Skutecznie. Zwerbował słynny holenderski tercet: van Basten, Gullit, Rijkaard, potem Milan zdobył mistrzostwo Włoch z legią cudzoziemską powiększoną o Francuza Papina, Chorwata Bobana i Czarnogórca Savicevicia, aż kluby, wcześniej tylko ozdabiane pojedynczymi zagranicznymi gwiazdami, przeobraziły się w kosmopolityczne mozaiki, w których z importu pochodzą czasem wszystkie elementy. Przed Unią Europejską granice zniosła Liga Mistrzów.

Za jej utworzeniem - te ekskluzywne, agresywne marketingowo rozgrywki zastąpiły poczciwy, przyjmujący nawet prowincjuszy Puchar Europy - też intensywnie lobbował Berlusconi. Triumfów międzynarodowych pożądał tak bardzo, że czasem otwarcie deklarował pogardliwy stosunek do ligi włoskiej. Protestującym fanom tłumaczył, że Milan jest uniwersalny jak papież, należy do całego świata. I do dziś Berlusconi nie ustaje w wysiłkach, by komercjalizację i elitaryzację futbolu wystrzelić na jeszcze wyższy poziom - zorganizować ponadnarodową Superligę, zapraszać do niej stałe grono najbogatszych. To on zainicjował spotkania piłkarskich krezusów, które przerodziły się w skupiającą finansową elitę elit G-14, dziś coraz śmielej rzucającą wyzwanie UEFA i mającą większy wpływ na ewolucję rozgrywek pucharowych niż zwykłemu kibicowi się zdaje.

Jako pierwszy uznał też, że znakomitość można posadzić w rezerwie. Żądał dwóch klasowych graczy na każdą pozycję, by trener dysponował dwoma odrębnymi, równie mocnymi jedenastkami - jedną wysyłaną do walki w europejskich pucharach, drugą rzucaną do boju w Serie A. Znów - dziś szeroka kadra to w czołowych klubach norma, wtedy Berlusconi zdumiewał jako wyznaczający trendy innowator.

Tajemniczy bunkier

W 2002 r. otworzył laboratorium MilanLab, które przesunęło emerytalny wiek piłkarza daleko poza trzydziestkę. Pierwszy trening sezonu poprzedza wnikliwa kontrola u dentysty, kinezjologa (bada ruch mięśni), podologa (stopy), testy na alergię, elastyczność stawów kolanowych. Potem co dwa tygodnie: test na odporność psychiczną, błędnika, ruchu gałki ocznej (czas reakcji, wyczucie przestrzeni, rozpoznawanie kolorów), reakcja mięśnia na stymulację nerwową. I co cztery tygodnie: testy na zwinność, skoczność, mięśnie brzucha, podnoszenie ciężarów, podciąganie na drążku, 12- oraz 30-metrowy sprint.

Dokładniej bada się chyba tylko kosmonautów. MilanLab prześwietla każde włókno mięśniowe i ścięgno, psychikę, analizuje przebyte urazy, informuje, co jeść i jak ćwiczyć, by redukować ryzyko kontuzji i spadku formy. Piłkarze noszą elektroniczne klucze zawierające całą prawdę o ich organizmach. Na siłowni wkładają je do urządzeń, po zajęciach do komputera. Mięsień rozbłyskujący na ekranie na zielono informuje, że jego właściciel spełnił wszystkie wytyczne. Potem klucz trafia do podziemnego bunkra - z czytnikiem linii papilarnych w drzwiach, które otwierają się przed ledwie kilkoma osobami. Davidowi Beckhamowi wystarczyło spędzić tam kilka miesięcy, by publicznie zachwycać się, że ilość tkanki tłuszczowej w organizmie zmniejszył - on, przez całą karierę uczciwie harujący, stuprocentowy zawodowiec - z 13,7 do 8,5 procent. A inni importowani przez Milan cudzoziemcy zwierzali się, że nigdzie indziej nie zetknęli się z poziomem opieki medycznej sięgającej precyzyjnych zaleceń, ile plasterków szynki mają sobie nałożyć na śniadaniową kanapkę.

MilanLab powstał, kiedy klub wydał 20 mln euro na Fernando Redondo, a ten na pierwszych zajęciach zerwał więzadła w kolanie. Nie grał dwa sezony. Dobrze nie grał już nigdy. Dziś komputer alarmuje trenera, kiedy wzrasta ryzyko kontuzji. I Milan podbił Ligę Mistrzów najstarszą drużyną w historii. Jajogłowi z laboratorium traktują ludzkie ciało jak bolid, który wymaga nieustannego tuningu, by z dnia na dzień i miesiąca na miesiąc poprawiał osiągi. „To idealna kombinacja technologii, IT, cybernetyki i psychologii” - chwali się Milan na swojej stronie internetowej.

Najmniej piłkarze lubią właśnie sesje z psychologiem badającym poziom motywacji, samokontroli, agresji. - Wiem, kiedy kłamią. Mogą zapanować nad wyrazem twarzy, ale nie biomechaniką - mówi lekarz Bruno Demichelis. Wie o graczach więcej niż oni sami. Np. kiedy wysłać ich do tajemniczego „pokoju umysłu”, w którym odzyskują mentalną świeżość. Wnętrze wypełnia ponoć głównie szkło i ekrany, na których wyświetlane są rozluźniające obrazy - mieści osiem osób naraz, piłkarze zachodzą tam na 20-minutowe sesje po każdym treningu.

Tam w trakcie intensywnych kampanii wyborczych relaksuje się też 75-letni Berlusconi. Milanello odwiedza regularnie. Albo żeby się odmładzać albo w dniach kryzysu drużyny wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedyś usadził ją na kanapach w sali kominkowej (sam rozwalił się w białym fotelu), po czym rozkazał największemu gwiazdorowi - tyjącemu miłośnikowi nocnych klubów - wgramolić się na stół i powtarzać stamtąd podawane przez premiera słowa przysięgi. Ronaldinho ślubował kolegom, że „przez cały sezon będzie zachowywał się jak profesjonalista”.

122 mld na czarno

W życie drużyny Berlusconi ingeruje notorycznie. W sprawach taktyki uchodzi za naiwnego dyletanta, ale dzwoni w przerwie meczu do trenera, by doradzić zmiany. Ewentualnie publicznie ogłasza, ilu napastników jako pracodawca życzy sobie na boisku. Co rusz przypomina, kto jest w klubie alfą i omegą. - Pokazali mi gazety: czytam o trenerach Sacchim, Zaccheronim, Ancelottim i ani słowa o Milanie Berlusconiego. A to ja ustalam taktykę, zasady, kupuję piłkarzy - żachnął się po triumfie w Lidze Mistrzów. Kiedy wybitny fachowiec Ancelotti nie wykonywał poleceń taktycznych i osadził w rezerwie ulubieńca premiera - Ronaldinho, stracił posadę.

Gdy Berlusconi uprawia autoreklamę, ignoruje fakty i jest tym samym oskarżanym o łamanie prawa bufonem, którego zna świat polityki. - Powinni nazwać stadion moim imieniem. Wygrałem z Milanem więcej tytułów niż Santiago Bernabeu z Realem Madryt, a on dedykowany mu obiekt ma - mówił, choć to nieprawda. Kłamał też po założeniu partii Forza Italia, przedstawiając się w reklamach jako człowiek, który wyciągnął drużynę z Serie B do Serie A (najwyższa liga). A Gianfrancesco Turano w książce „Tutto il calcio miliardo per miliardo” twierdzi, że w pionierskich latach 80. płacił importowanym bożyszczom kibiców na czarno. Poza włoskim systemem podatkowym miało trafić do nich 122 mld lirów.

Milan był wreszcie jednym z klubów ukaranych w korupcyjnej aferze wszech czasów „Calciopoli”, a kibice musieli znosić szczegóły brudnych zakulisowych realiów, gdy w stenogramach z podsłuchów czytali, jak działacz Leonardo Meoni za pewną - nieuściśloną - usługę oferuje arbitrowi darmowy przeszczep włosów. Na szczęście wykonany nie w MilanLabie, lecz klinice szwajcarskiej.

Prezesi drużyn z południa Włoch już wcześniej żyli w przeświadczeniu, że prezesi z północy spiskują i wykorzystują swoje biznesowo-polityczne wpływy, by nie dzielić się sportową chwałą z biedniejszymi konkurentami, ale Berlusconiemu szefowanie partii niekiedy przeszkadza. Latem musiał zrezygnować z pozyskania Marka Hamsika, bo na wieść o możliwym transferze w zakochanym w słowackim rozgrywającym Neapolu wybuchły niemal zamieszki - tuż przed wyborami samorządowymi, na których wyniki mogły wpłynąć.

Berlusconi działa dla dobra klubu na jeszcze wyższym, międzynarodowym poziomie. Kiedy rosyjscy oligarchowie chcieli kupić AS Romę, przestraszył się, że ich bogactwo zagrozi dominacji klubów z Mediolanu i Turynu (od dziesięciu lat mistrzostwa kraju nie zdobył nikt z innego miasta). Dlatego poprosił wpływowego przyjaciela, by jego rodacy nie naruszali delikatnej układu sił we włoskim futbolu. Władimir Putin się zgodził.

AC Milan logo

*Wpis jest znacznie poszerzoną wersją artykułu do Magazynu Świątecznego w „Gazecie Wyborczej”.

czwartek, 10 listopada 2011

Manchester United logo
Powyższa cyfra przypomina, że już notkę pod tym tytułem dawałem - wtedy jednak nie przypuszczałem, że metafora tak prędko zbliży się do rzeczywistości.

Pisałem wówczas o agresywnej strategii marketingowej klubu z Old Trafford, który ostro działał w biznesie jeszcze przed przypłynięciem rodziny amerykańskich rekinów finansjery, a z Glazerami jeszcze przyspieszył. Dziś związany jest kontraktami reklamowymi z 20 wielkimi korporacjami i kilkudziesięcioma mniejszymi firmami. Prekursorskim majstersztykiem menedżerowie błysnęli w sierpniu, gdy sprzedali DHL-owi miejsce na koszulkach... treningowych. Nikt wcześniej na to nie wpadł, oni wynegocjowali 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I według raportu agencji Brand Finance Manchester United stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na planecie - wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook.

Teraz czytam, że mistrzowie Anglii naprawdę rzucają wyzwanie Facebookowi. Właśnie wynajęli agencję, która w dwa lata ma stworzyć ich własny portal społecznościowy - według brytyjskiego „Marketing Magazine” stawiają sobie za cel przyciągnięcie pół miliarda (!) fanów, bo z badań wynika, że ich potencjalna widownia sięga 660 mln osób (mecze MU dają ponad połowę globalnej oglądalności Premier League). Nie potrzebują za pośrednika Facebooka, chcą na tłumie zarabiać sami - kibiców mają nęcić ekskluzywnymi materiałami wideo z udziałem gwiazd boiska, można też się spodziewać, że zlecą piłkarzom, by przenieśli tam swoje konta z konkurencyjnych portali (zajrzyjcie, jak intensywnie udziela się na Twitterze Rio Ferdinand).

Marketingowcy Manchesteru są nienasyceni, pewnie wielu z moich czytelników widziało reklamówkę Casillero del Diablo, wina od chilijskiego producenta będącego jednym z 20 „oficjalnych partnerów” klubu. Kiedy Wilkinson Sword umieścił diabelskie logo na jednej ze swoich maszynek do golenia, w dwa tygodnie sprzedał ich w Japonii 1,6 miliona. Za MU nadążają tylko korporacje hiszpańskie - Real Madryt oraz Barcelona, która przygotowuje właśnie inwazję na miliardowy rynek indyjski, na urok piłki nożnej wciąż nieczuły.

Wymienione kluby w ogóle zyskują powoli w futbolowym biznesie pozycję zbliżoną do zajmowanej przez koncerny Coca-Cola i PepsiCo na rynku napojów gazowanych. Tworzą triumwirat rywalizujący w osobnej, wyższej lidze, co widać także na Facebooku. I Barcelona, i Real, i Manchester Utd mają tam ponad 20 mln fanów, podczas gdy konkurenci - od Arsenalu, Chelsea i Liverpoolu, przez monachijski Bayern, po Inter, Juventus czy Milan - nie są w stanie dobić nawet do 10 mln.

sobota, 29 października 2011

Do publicystycznej paplaniny o nowym aspekcie komercjalizacji futbolu - jej wpływie na język prezesów i trenerów - skłoniła mnie reakcja szefa Borussii Dortmund na niepowodzenia w Lidze Mistrzów. I napisałem. Przeczytacie po kliknięciu tutaj.

Money, money, money

wtorek, 27 września 2011

Kiedy przed sześcioma laty na Old Trafford wpłynęła rodzina amerykańskich rekinów finansjery, fani witali ją, delikatnie mówiąc, nieprzychylnie. Buntowali się i wobec gwałtownie rosnących cen biletów, i wobec rosnącego zadłużenia klubu, i wobec rosnącej komercjalizacji klubu. Najbardziej radykalni odwrócili się od Manchesteru United i założyli konkurencyjny FC United of Manchester (nawiasem pytając, śledzicie ich losy?).

Glazerowie tymczasem korzystali ze swoich doświadczeń z NFL i konsekwentnie rozwijali marketingową nadbudowę, bo byli przekonani, że poprzednicy - choć uchodzili za światowych liderów w futbolowym biznesie - nie zdawali sobie sprawy, jak gigantyczny potencjał marnują. Liczba marketingowców pracujących poza siedzibą klubu wzrosła od chwili ich przybycia z 2 do 45, w przyszłym roku otwarte zostanie biuro w Hongkongu.

Dziś MU związany jest kontraktami reklamowymi z 20 wielkimi korporacjami i kilkudziesięcioma mniejszymi firmami. Prekursorskim majstersztykiem menedżerowie błysnęli w sierpniu, gdy sprzedali DHL-owi miejsce na koszulkach... treningowych. Nikt wcześniej na to nie wpadł, oni wynegocjowali 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I w czasach globalnej recesji dynamicznie zwiększają przychody. Są tak skuteczni, że kupujący prawa do Premier League medialni magnaci już powinni się bać, gdy Alex Ferguson grzmi w wywiadzie dla BBC, że angielski futbol zaprzedał duszę telewizyjnemu diabłu - oddając im np. władzę nad terminarzem rozgrywek - a skoro zaprzedał, to belzebuby płacą klubom haniebnie mało. (Tylko brytyjski Sky za lata 2010-2013 dał całej lidze 1,6 mld funtów).

Najbardziej zdumiewająco wygląda jednak przytaczany przez „Timesa” raport agencji Brand Finance, według której Manchester United stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na świecie. Wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook. Innych angielskich klubów piłkarskich trzeba szukać niziutko - Chelsea leży na 54. miejscu w rankingu, Arsenal na 160., a Liverpool na 171. Gdzie plasują się Barcelona i Real Madryt, wyspiarze nie podali (pełen raport jest niedostępny), wiemy tylko, że obaj potentaci MU ustępują, choć to dla nich grają Messi, C. Ronaldo i tabun hiszpańskich mistrzów świata. I to oni czerpią wizerunkowe zyski z najsłynniejszego klubowego meczu, czyli El Clasico.

W sezonie 2006/2007 Manchester United zlecił TNS Sport, by zbadała, ilu kibiców - choć to nieprecyzyjne tłumaczenie rzeczownika „followers”, chodzi generalnie śledzących mecze i losy klubu - ma w skali całej planety. Firma przepytała 28 tysięcy osób z 21 krajów rozrzuconych po sześciu kontynentach. I oszacowała, że „Czerwonym Diabłom” kibicuje 333 mln osób (192 mln w Azji). Obecnie ponawia gigantyczną sondę, wyniki dostarczy za kilka miesięcy.

Inna firma - Futures Sports and Entertainment - wyliczyła, że w ubiegłym sezonie transmisje meczów MU przyciągnęły 4,2-miliardową widownię. Większą niż wszystkie wyścigi Formuły 1 razem wzięte.

Kiedy patrzę na te wielkie liczby, staje się dla mnie jasne, że dla właścicieli MU pojedynczy kibic na Old Trafford traci znaczenie. W perspektywie globalnej jest przecież niewidoczny.

A komercjalizowanie i globalizowanie futbolu wcale nie osiągnęło masy krytycznej. Malcolm Glazer powiedziałby raczej, że dopiero się rozpoczęło. Potwór już kłapnął, ale jeszcze nie rozdziawił paszczy.

czwartek, 08 września 2011

Duże włoskie stadiony piłkarskie, wyjąwszy osobny przypadek mediolańskiego San Siro, wyglądają albo nijako, albo paskudnie. Szare, ponure, pozbawione efektownych klubowych muzeów i sklepów z gadżetami w barwach drużyny, z trybunami oddalonymi i odgrodzonymi od boiska. Najokropniejsze straszydło stoi na północy Rzymu - kiedy swego czasu siedziałem tam za bramką, nie widziałem kompletnie nic, i prędko zrozumiałem, dlaczego 72-tysięczny gigant regularnie nie zapełnia się nawet w jednej trzeciej. A na meczach Lazio niekiedy wręcz w jednej piątej.

Otwierana dziś Juventus Arena ma spełniać wszystkie standardy najnowocześniejszych obiektów. Nie będzie bieżni, nie będzie bariery oddzielającej trybunę od boiska, fani z pierwszych rzędów poczują przyspieszony oddech piłkarzy, pojawią się sektory dziecięce do szkrabów w wieku 3-6 lat i luksusowe loże dla bogatych.

Ale nie dlatego turyńczycy mają zainicjować przełom w całym calcio. Najważniejsze w nowym stadionie jest to, że należy on do nich w sensie ścisłym.

Włoskie kluby wynajmują bowiem obiekty od miast (dotąd własny posiadała tylko maleńka Reggiana) i nie mogą rozwinąć się komercyjnie. To dlatego prezesi lamentują, że zarabiają na meczach znacznie mniej niż zagraniczna konkurencja. Pamiętacie, jak Adriano Galliani z Milanu wzdychał, że na pojedynku z Arsenalem w Lidze Mistrzów wypracował dwukrotnie niższy przychód niż rywale w Londynie, choć San Siro przyjęło 80 tys. ludzi, a Emirates ledwie 60 tys?

Turyńczycy jako pierwsi przeszli od słów do czynów. Spod ich stadionu zapewne znikną tradycyjne w Serie A obskurne, należące do prywatnych handlarzy budy z kanapkami, bo klub otworzy własne restauracje, bary, muzeum oraz centrum handlowe o powierzchni 34 tys. metrów kwadratowych. Stadion ma żyć siedem dni w tygodniu i przynosić trzykrotnie większe zyski niż jego poprzednik, choć pomieści mniej kibiców - tylko 41 tys. Prezes Agnelli przekonuje, że zapewni też piłkarzom 10 dodatkowych punktów w sezonie. Prasa pisze o rewolucji kulturalnej, a eksperci od biznesu sportowego prognozują, że jeśli turyńczykom się uda, znajdą następców, a cała Serie A rozpocznie wychodzenie z ekonomicznej zapaści. Na dzisiejszą premierę - sparingu z Notts County, od którego Juventus 108 lat temu przejął koszulki w czarno-białe pasy - przyjadą chyba wszystkie najważniejsze osobistości włoskiego futbolu i w ogóle sportu. Nową epokę zwiastuje zresztą promocyjny slogan: „Lo stadio che cambia il calcio”, czyli „Stadion, który zmienia futbol”.

Zresztą pal licho kwestie biznesowe, skoro także w Polsce przekonaliśmy się, że działa sama magia stadionowych cudów architektury - piłkarze znienacka, jakby zauroczeni, zaczynają grać lepiej. Lech na nowiutkim obiekcie w Poznaniu poszalał z Juventusami i Manchesterami, Legia i Wisła na nowiutkich obiektach w Warszawie i Krakowie we dwójkę dopchały się do Ligi Europejskiej, wreszcie na nowiutkiej arenie w Gdańsku reprezentacji Polski zabrakło sekund, by odnieść historyczny triumf nad Niemcami.

czwartek, 11 sierpnia 2011

I oto nastały czasy, gdy Roman Abramowicz wydaje się gołodupcem, właścicielem zachodnioeuropejskiego klubu piłkarskiego wcale nie egzotycznym, możemy już chyba wręcz nazwać go swojskim. Spoczciwiał, bo teraz rozpanoszyło się u nas - na razie na rynku transferowym - jaśniepaństwo o majątku zmierzającym ku nieskończoności, które nawet w kolekcjonowaniu imion, nazwisk i tytułów nie zna umiaru, więc nasze proste europejskie mózgi nie są w stanie spamiętać, gdzie urzęduje Nasser Ghanim Al Khelaifi, gdzie Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan, a gdzie Abdullah bin Nasser bin Abdullah Al Ahmed Al Thani, nie mamy też i długo mieć nie będziemy pewności, ilu wśród nich jest szejków, ilu emirów, a ilu królewiczów. Przeczuwamy tylko, że obcy raczej nie planują prędko wrócić na swoje planety, skoro nikt na kontynencie nie wydaje więcej na wyposażenie wnętrz niż przejęte przez nich firmy.

Paris Saint Germain zaciągnął tego lata do swojej szatni piłkarzy za 86 mln euro, Manchester City - piłkarzy za 62,5 mln, Malaga - piłkarzy za 58 mln. Objęci arabskim protektoratem nuworysze przebili w wydatkach wszystkich potentatów, podpisując kontrakty z gwiazdami skazywanymi na grę właśnie u aktualnych potentatów - Javierem Pastore, Sergio Aguero oraz Santim Cazorlą, znanym m.in. z odrzucenia swego czasu zalotów samego Realu Madryt. Ich szefowie zgodnie twierdzą, że zamierzają przypuścić atak na sam szczyt, czyli po zaszczyty w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że będą gwizdać sobie na hucznie anonsowane przez UEFA Finansowe Fair Play - zezwalające chcącemu grać w europejskich pucharach klubowi inwestować tyle, ile sam zarabia (na biletach, reklamach, prawach telewizyjnych, gadżetach etc), a nie tyle, ile podaruje rozrzutny właściciel. By spełnić te warunki, PSG, City i Malaga musiałyby z anielską cierpliwością wzmacniać swoje marki i rosnąć marketingowo, budować drużyny powoli, stopniowo zwiększać przychody i dopiero w odleglejszej przyszłości rozsypywać dziesiątki milionów na transferowe hity. Czyli czekać do świętego nigdy, zapewne co najmniej dekadę z okładem. Niemożliwe, takiego poniżenia nie zniósłby prawdopodobnie żaden utuczony na ropie biznesmen, który postanawia zabawić się piłką nożną.

A gdyby popadł w obłęd i zechciał poniżenia znosić, nie miałby szans, Barcelona z Manchesterem United i kilkoma innymi globalnymi korporacjami panowałyby na boiskach aż do zgaśnięcia Słońca, ewentualnie jeszcze dłużej - do końca istnienia futbolu. Kto chce wtargnąć dziś do czołówki na stałe, musi wymodlić zniebazstąpienie mesjasza gotowego płacić milion za każdego gola. Jak wspomniany Abramowicz, który w Chelsea sflaczałego bankruta niemal z dnia na dzień nadmuchał do supermocarstwa - regularnie uczestniczącego w półfinale Ligi Mistrzów, zdolnego przyciągać najwybitniejszych graczy, wymienianego w wąskiej elicie elit, choć nadal niewystarczająco silnego, by zdobyć Puchar Europy.

Jego następcy ze wschodu poczekają dłużej. W Manchesterze City, przejętym przez bliskowschodnich bonzów trzy lata temu, nadal króluje bałagan - styl gry nie przekonuje i wydaje się pozbawiony głównego wątku albo wręcz scenariusza, trener Roberto Mancini się miota, ofensywę destabilizują nadmiar transferów i zachowanie nadpobudliwych awanturników Balotellego oraz Teveza. Przejęta przed rokiem Malaga rywalizuje w lidze opanowanej przez gigantów - Barcelonę oraz Real - których w przewidywalnej przyszłości doścignąć się nie da. Wreszcie Paris Saint Germain wpadł w arabskie ręce dopiero przed chwilą i kadrową rewolucję ledwie rozpoczął.

Żaden z wymienionych klubów nigdy nie zajrzał nawet do finału najważniejszych europejskich rozgrywek, obecni właściciele dalekosiężnie myślą wręcz o finałowym triumfie. Chcą obalić oligopol czołowych futbolowych korporacji, których szefowie poczuli się poważnie zagrożeni.

I poprosili o ratunek Michela Platiniego. Szef FIFA przyznał ostatnio, że Finansowe Fair Play powstało m.in. wskutek apeli Romana Abramowicza (właściciel Chelsea), Silvio Berlusconiego (Milan) i Massimo Morattiego (Inter), zmęczonych przyspieszającym bez ustanku wyścigiem transferowych zbrojeń. Najpierw sami wyścig z zapałem napędzali, a kiedy stracili ochotę na dalsze inwestycje lub/i przestraszyli się potężniejszej, egzotycznej konkurencji, usiłują nakazać hamować wszystkim. Najnowsze trendy źle wróżą zwłaszcza stale ubożejącym Włochom - Milan od kilku lat kupuje głównie po cenach okazyjnych, Inter jest chyba gotowy na wyprzedaż najcenniejszych sreber, skoro nie wyklucza wyeksportowania obu najjaśniejszych gwiazd, Samuela Eto’o i Wesleya Sneijdera. Co groziłoby sportową katastrofą.

Choć Finansowe Fair Play, jeśli zadziała, może ocalić wiele rządzonych nieodpowiedzialnie, żyjących na kredyt klubów, to jest w tej historii jeszcze jeden interesujący paradoks - pozujący na adwokata futbolowej biedoty Michel Platini ratuje obrzydliwie bogatych, którzy poczuli się bezbronni, bo do rezydencji w sąsiedztwie wprowadzili się jeszcze obrzydliwiej bogaci.

wtorek, 14 czerwca 2011

Całoroczny kalendarz gier napięty, w wakacje wypadałoby odetchnąć, ale heros angielskich muraw nie odpoczywa nigdy. A przede wszystkim nie odpoczywa wtedy, gdy może polecieć z uroczystą wizytą tam, gdzie go potrzebują. Gdzie może nieść kaganek oświaty.

Tym razem, jak donosi agencja Reuters, wyspiarscy bohaterowie zaszczycą m.in. Malezję. 11 lipca ambitna reprezentacja tego kraju podejmie Arsenal, 16 lipca podejmie Liverpool, 19 lipca podejmie Chelsea. Za każdym razem na mieszczącym 80 tys. ludzi narodowym stadionie w Kuala Lumpur. I oczywiście za każdym razem towarzysko, w przyjacielskiej atmosferze, o żadnych brudnych futbolowych wojnach nie ma mowy.

Trybuny wypełnią się na pewno. I rozpiszczą się z ekstazy. - Wszyscy w Malezji jesteśmy podekscytowani - opowiada wiceprezes tamtejszego związku piłkarskiego (FAM) Subahan Kamal. - Podekscytowani są nie tylko fani Arsenalu, Liverpoolu i Chelsea, ale także cały nasz zarząd, nasz selekcjoner, nasi piłkarze. Myślę, że jesteśmy pierwszym krajem świata, który w tydzień zagra z trzema gigantami Premier League. Nawet Brazylia tego nie dokonała - zauważa przytomnie, pomimo i jemu udzielającej się ekscytacji, wiceprezes Kamal.

Na wszelki wypadek sprawdziłem w archiwach. Rzeczywiście, nawet Brazylia tego nie dokonała.

A to wcale nie koniec oszałamiających sukcesów. Współpraca malezyjskiej federacji z klubami Premier League się zacieśnia, więc tamtejsi piłkarze zostaną zaproszeni do Anglii, by popodpatrywać lepszych od siebie lub wręcz z nimi - lub nieopodal - potrenować. - Chelsea już się zgodziła, byśmy wysłali tam naszych piłkarzy i trenerów, być może na cały miesiąc - relacjonuje wiceprezes Kamal. - Liverpool pomoże nam uruchomić program szkolenia młodzieży, a negocjacje z Arsenalem, do którego też chcemy posłać piłkarzy, właśnie trwają. Tutaj chodzi o pobyt dwu- albo trzytygodniowy. Sądzę, że nasi gracze będą mieli możliwość nauczenia się jakiejś sztuczki albo dwóch.

Szlagierowe mecze z potentatami Premier League zorganizowała osadzona w Hongkongu marketingowa agencja ProEvents, która wybrała Malezję, by nagrodzić ją za sukces w kibicowaniu angielskim klubom podróżującym po Azji w każde wakacje. Jeszcze raz oddajmy głos cytowanemu przez Reutersa wiceprezesowi Kamalowi: - Dwa lata temu sprowadzili tutaj piłkarzy Manchesteru Utd. Ci rozegrali sparing i mieli lecieć do Dżakarty, ale z powodu zamachu bombowego odwołali wylot. Zagrali zatem po raz drugi u nas, na co fani zareagowali wspaniale.

Wiceprezes Kamal wyraził też nadzieję, że pomimo miłości rodaków do Premier League tym razem sporo fanów założy barwy narodowe, czyli czarno-złote. Przed dwoma laty około 30 tys. osób oglądało mecz w koszulkach Manchesteru. Malezyjskie ubrało niespełna 10 tys. kibiców.

Archiwum
Tagi