Wpisy z tagiem: śląsk wrocław

sobota, 07 kwietnia 2012

Legia Warszawa, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Polonia Warszawa

Gdyby Ruch dopłynął do mistrzostwa, wywołałby największą ligową sensację w XXI wieku, przecież nawet Zagłębie Lubin 06/07 napędzały lokalne gwiazdki w typie Iwańskiego czy Arboledy (obaj wówczas w swojej szczytowej formie) oraz Łukasz Piszczek (11 goli), tymczasem chorzowianie  ważnych chwilach polegają na pięknych trzydziestoparoletnich Zieńczuku, Malinowskim, Grzybie, Szyndrowskim, Niedzielanie, Strace czy Abbocie. Urocza byłaby to fabułka, chyba większość kibiców lubi małe biedne łódeczki wywracające wielkie bogate okręty.

Dziś na Łazienkowskiej goście przegrali jednak m.in. wskutek grzechu typowego dla piłkarzy, którzy zdołali dopłynąć nadspodziewanie daleko, wezbrali przesadną odwagą w starciu drużyną dysponującą wyraźnie okazalszym potencjałem, połakomili się na zbyt wiele. Po przerwie ośmielili się zaatakować, zostawili za sobą wolną przestrzeń, zaprosili faworyta do kontrataku.

Mecz został rozstrzygnięty, ja po ostatnim gwizdku mimo wszystko odetchnąłem z ulgą, bowiem wobec obezwładniającej przewagi legionistów w indywidualnych umiejętnościach dotarło do mnie, że w eliminacjach Ligi Mistrzów drużyna tak ograniczona jak Ruch - jej sukces polegał na umiejętnym tych ograniczeń ukrywaniu, za co należy się trenerowi Fornalikowi najwyższe uznanie - byłaby niemal skazana na klęskę. I to skazana na klęskę poniesioną w obcym mieście, jej stadionu UEFA by nie zaakceptowała.

A Legia zdaje się skazana na tytuł również dlatego, że usiłują się jej opierać wyłącznie przeciwnicy ograniczeni - jak Ruch czy Korona Kielce. Rywale wielkomiejscy, z bogatymi właścicielami i/albo efektownymi stadionami, zgodnie z tradycją trwalszą już chyba niż zanikający gdzieniegdzie śmigus-dyngus, uprzejmie wrzucają granaty do własnych szatni.

Polonia Warszawa przeobraziła się w klub piłkarzy zrelaksowanych, bo świadomych, że dzierżą władzę absolutną, jak tylko nie spodobają im się kąpielówki trenera, to wystarczy przegrać półtora meczu, a Józef Wojciechowski czym prędzej irytująco odzianego szefa wyleje.

W Śląsku Wrocław, czyli mistrzu jesieni, wszyscy już wiedzą, że Zygmunt Solorz, którego piłka nożna interesuje mniej niż telewizja międzypodwórkowa w Niecieczy, bez zmrużenia oka odetnie im dopływ finansowego powietrza i pozwoli pójść na dno.

W Wiśle Kraków, czyli aktualnym mistrzu kraju, nie tylko wysechł inwestycyjny zapał Bogusława Cupiała, ale jeszcze na pokład wskoczył wiceprezes Jacek Bednarz, by natychmiast ogłosić przez megafony, że aktualnie zatrudnianych obcokrajowców błyskawicznie się pozbędzie (ależ musiał ich zmotywować do gry!), że w przyszłości będzie na zakupach preferował wyroby polskie (ależ musiał zmotywować sprzedawców do windowania cen!), że w następnym sezonie nie ma sensu marzyć o pływaniu powyżej środka tabeli (ależ musiał zmotywować fanów do wykosztowywania się na karnety!). Doprawdy, sabotażysta pierwszej wody, do zatopienia Titanica wystarczyłaby mu jedna konferencja prasowa.

Nie myślcie sobie, że Legię ciągnie do mistrzostwa Michael Phelps - ją też podtapiają, w połowie sezonu (w przededniu rundy wiosennej!) zabrali jej Komorowskiego, Borysiuka i Rybusa, czyli trzech ludzi z podstawowego składu, a ja wciąż nie mogę się doczekać informacji, czy gdziekolwiek w Europie szefostwo w podobnym momencie tak poharatało własną łajbę. Jeśli warszawska utrzymuje się na powierzchni sprawniej niż inni, to głównie dlatego, że sterują nią sabotażyści bardziej wstrzemięźliwi. Nic nowego pod słońcem, zżymałem się już tutaj wielokrotnie, że nasi potentaci nie są w stanie wypłynąć na szerokie europejskie wody, bowiem co sezon albo pół sezonu rozpoczynają naukę pływania od nowa, o żadnej konsekwencji, kontynuacji, długofalowości nie ma wśród nich mowy.

Patrzę, co wyprawiają zarządcy - zarządcy, nie piłkarze albo trenerzy! - polskich tzw. potentantów i przypomina mi się Eric Moussambani. Olimpijczyk z Gwinei Równikowej, który osiem miesięcy przed igrzyskami nauczył się pływać, w Sydney pierwszy raz w życiu zobaczył 50-metrowy basen, oczywiście zajął tam ostatnie miejsce, miał czas nieco słabszy niż beznadziejny. Ale osiągnął sukces. Nie utopił się.

Archiwum
Tagi