Wpisy z tagiem: derby Mediolanu

niedziela, 07 października 2012

Tutaj opisik: Comets Kick up Dust in Helix Nebula

Niedzielna noc. O godzinie 20.45 derby metropolii, która panowała w europejskim futbolu wczoraj. O 19.50 Barcelona kontra Madryt, czyli zderzenie metropolii, które panują dziś. O 21 Marsylia kontra Paryż, czyli metropolia, które chce panować jutro.

Więcej wybitnych graczy naraz wybiega na boiska tylko na dźwięk hymnu Ligi Mistrzów, ale nawet tam rzadko zdarza się, by jednego wieczoru nagromadziło się tyle starć wagi superciężkiej. Jutro emocje osiągną stężenie z granic kibicowskiej wytrzymałości - każdy z wymienionych meczów to w swoim kraju szlagier nad szlagierami. Bezdyskusyjnie i z bezliku powodów.

Na mediolańskim San Siro zetrą się potęgi podupadłe. Jeszcze niespełna dekadę biły się w półfinale Champions League, a potem ją wygrywały - Milan dwa razy, Inter raz. W obu drużynach lśniły megagwiazdy, których zazdrościł im świat, a jeśli kwestie finansowe prowokowały problemy, to te z gatunku najprzyjemniejszych. Sprowadzone do pytania, jak gigantyczne pieniądze sensownie wydać.

To już zamierzchła przeszłość. Firmy Silvia Berlusconiego i Massimo Morattiego, właścicieli obu klubów, zubożały, więc zubożeli także Milan z Interem. San Siro przygasło,

megagwiazd nie ma tam

już właściwie wcale. W najściślejszej światowej czołówce możemy od biedy umieścić Wesleya Sneijdera, rozgrywającego nominalnych gości derbów, czyli Interu. Holender jednak nie zagra, leczy naciągnięte mięśnie uda. Znów. Odkąd drużynę opuścił przed dwoma laty Jose Mourinho (piłkarz wzdychał, że „mógłby za niego umrzeć”), Sneijder notorycznie niedomaga i co rusz wracają sugestie, by sprzedać go, zanim wejdzie w smugę cienia i drastycznie spadnie jego rynkowa wartość.

Przez obie mediolańskie szatnie przeszło ostatnio tornado. Za europejskie triumfy odpowiadały najstarsze jedenastki w Europie, o średniej wieku przekraczającej trzydziestkę, teraz i Milan, i Inter uczyniły z odmładzania kadr fetysz nowej ery. Fetysz, dodajmy, mający wywołać wrażenie, że prezesi realizują strategię, o której marzyli, a nie działają przygnieceni brutalnością realiów ekonomicznych.

Na superbohatera gospodarzy rozbłysnął Stephan El Shaarawy, reprezentujący Włochy syn emigranta z Egiptu, który sam siebie każe nazywać „Małym Faraonem”. We wtorek po zachwycającej solowej akcji strzelił w LM gola Zenitowi (do St. Petersburga poleciała za nim cała rodzina), a ponieważ był już jego szóstym w sezonie, to stał się najskuteczniejszym nastolatkiem na całym kontynencie, oczywiście biorąc pod uwagę poważną piłkę. Rodaków zauroczył. Widzą w nim najzdolniejszego ofensywnego młodzieńca w Milanie od dekad, przypominają, że w dziecięcych rozgrywkach miał sezon ozdobiony 132 bramkami, podkreślają dojrzałość, która każe mu poświęcać się na boisku dla kolegów.

U rywali od przedwczoraj przeciwstawia mu się Coutinho, rówieśnika z Brazylii, który wrócił po półrocznym wygnaniu z ligi hiszpańskiej i również właśnie zachwycił - golem strzelonym piętą - w europejskich pucharach. To jednak poryw chwili, perłą w koronie Interu jest wyjęty od sąsiadów z San Siro Antonio Cassano. Napastnik z urzekającą fantazją i techniką, który megagwiazdą o globalnym zasięgu nie został tylko z powodu lenistwa, notorycznej niesubordynacji, chronicznej niedojrzałości. Ustatkował się dopiero teraz, po dobiciu do trzydziestki.

Jeśli szukać fajerwerków, to właśnie w stopach El Shaarawy'ego i Cassano, inni zdolni do uwodzicielskich sztuczek (nieliczni!) albo się leczą, albo ledwie się wyleczyli. Faworyta wskazać nie sposób, obie drużyny - choć ożywiły się po fatalnym początku sezonu - demonstrują chwiejną formę, byle jak przede wszystkim broniąc. I o ile Inter umie utrzymać się w czubie tabeli Serie A (traci cztery punkty do Juventusu i Napoli), o tyle Milan tkwi w jej dolnej połowie, a w St. Petersburgu przed utratą punktów ocalił go fenomenalnie dysponowany bramkarz Christian Abbiati.

Kiedy Mediolan przestał być stolicą europejskiej piłki, wojna Barcelony z Madrytem

zaczęła przysłaniać wszystkie inne boiskowe wojny,

nawet Włosi obwołują El Clasico „matką wszystkich meczów”. Słowo „wojna” brzmi tutaj najadekwatniej, bo starcia hiszpańskich gigantów zapadają w pamięć nie tylko przez wrażenia sportowe. Odkąd władzę w Realu wziął Jose Mourinho, murawa staje w ogniu jeszcze wyższym niż kiedyś - piłkarze nie tylko grają, ale i na siebie napadają, a Portugalczyk chętnie się przyłącza, np. wtykając palec w oko Tito Vilanovy, do niedawna asystenta Pepa Guardioli, od maja już samodzielnego trenera. Charyzmatyczny szkoleniowiec sporo ryzykuje, podnosząc napięcie, bowiem kieruje jednostkami nadzwyczajnie skłonnymi do popadania w ślepą furię - ze szczególnym uwzględnieniem Pepe (dyskwalifikowanym już za brutalność wielomeczowo) oraz Sergio Ramosa (najczęściej karany czerwonymi kartkami w całej historii klubu).

Teraz napięcie rozlewa się poza futbol. Katalończycy coraz gromadniej i hałaśliwiej domagają się oderwania od regionu, ideę niepodległości oficjalnie poparł nawet wspomniany Guardiola, prezes Sandro Rosell wyjaśniał nawet, że jej ziszczenie nie odbierze kibiców El Clasico - rzucił, iż Barcelona mogłaby pozostać w lidze hiszpańskiej wzorem AS Monaco rywalizującego w lidze francuskiej. To wszystko epizody tym bardziej znaczące, że Camp Nou to chyba główny symbol regionalnej tożsamości, to na stadionie bije puls katalońskości.

Na boisku zmieniło się ostatnio tyle, że Real wreszcie oparł się Barcelonie. Najpierw nauczył się wygrywać pojedyncze mecze, potem odebrał jej mistrzostwo kraju i pobił statystyczne rekordy wszech czasów, aż zdołał wyraźnie zdominować ją na boisku. Po serii wpadek w ligowej tabeli co prawda jej ustępuje, jednak w sierpniowym Superpucharze triumfował i to on wziął na razie jedyne trofeum. Katalończycy natomiast muszą żyć z wyrwą na środku obrony. Nie zagrają Carles Puyol i (prawdopodobnie) Gerard Pique, zastąpią ich defensywni pomocnicy. Barcelona nagminnie przesuwa ich do tyłu, co czyni ją wyjątkową w skali całej światowej czołówki - grywa tam Sergio Busquets, na stałe utkwił z tyłu Javier Mascherano, teraz przyucza się do nowej roli Alexandre Song. Piłkarz, co nie bez znaczenia, sprowadzony na Camp Nou dopiero w sierpniu...

Real też broni nieporadnie (jego pola karne staje w płomieniach zwłaszcza po rzutach wolnych i rożnych), dlatego mamy prawo spodziewać się strzeleckiej orgii. Leo Messi po spektakularnym początku sezonu trochę przycichł snajpersko, ale podarowuje kolegom zatrzęsienie asyst. Za to Cristiano Ronaldo - po obwieszczeniu urbi et orbi,  że mu smutno - znów się rozszalał. W tym tygodniu przywalił dwoma hat trickami.

Z podobnym zapałem po francuskich polach karnych buszuje Zlatan Ibrahimovic, najbardziej błyskotliwy gladiator w

PSG, które chce wskoczyć na poziom Barcy i Realu.

Jak sytuację gospodarczą odzwierciedlają kłopoty Interu i Milanu, a także odżywające separatystyczne nastroje w Katalonii, tak skutki makroekonomicznych ruchów tektonicznych widać we wschodzącej potędze ze stolicy Francji. Biznesmeni ze Wschodu coraz agresywniej podbijają futbolowy Zachód, Nasser El-Khelaifi na transfery do PSG w zaledwie rok wydał ćwierć miliarda euro, wznosi tam luksusowy pałac w szybszym tempie niż wszyscy jego poprzednicy, czyli inwestorzy w typie Romana Abramowicza (Chelsea) czy szejka Mansoura (Manchester City). Kiedy jego pytano, dlaczego postanowił ozłocić akurat Paryż - okolicę o stosunkowo wątłych piłkarskich tradycjach - wyjaśniał, że wybrał największą obok Londynu aglomerację na zachodzie Europy. Że drzemie w niej ogromny marketingowy potencjał także dlatego, iż nie została jeszcze zagospodarowana tak, jak na to zasługuje.

Dziś grają już dla niej postaci monumentalne - od Ibrahimovicia po Thiago Silvę, być może najlepszego obrońcę świata. Grają też młodzi arcyzdolni - jak Marco Verratti, rozgrywający wydobyty z drugiej ligi włoskiej, o gabarytach jeszcze skromniejszych niż wirtuozi barcelońscy, okrzyczany następcą swego rodaka Andrei Pirlo. Tam też mają wszystko, by dać oszałamiające show. W niedzielę specjalna okazja - w Marsylii zmierzą się piłkarze z dwóch największych miast Francji, w przeboju zwanym „Le Classique”.

Brzmi znajomo. I cholernie kusząco. Im trudno będzie wygrać, nam wybrać. Na wielogodzinną blogową relację zapraszam już od niedzielnego południa.

Archiwum
Tagi