Wpisy z tagiem: Łukasz Piszczek

sobota, 15 września 2012

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Borussia coraz bardziej biało-czerwona. Mieliśmy powody zastanawiać się, czy trend się utrzyma, czy raczej się nie odwróci - my, mentalnie skażeni wiecznością podglądania naszych kopaczy na wygnaniu, którzy rozbłyskują na tydzień, miesiąc, w najlepszym razem sezon, by potem bezpowrotnie zgasnąć, bo albo postanowili w nagrodę za wysiłek zażyć trochę słodkiego życia, albo nie wytrwali fizycznie, albo padli pod wrednymi praktykami dyskryminacyjnymi, wszak zwłaszcza Niemcy antypolską działalność uprawiają wręcz odruchowo.

Nasi dortmundczycy nie tylko nie bledną, bije od nich coraz silniejszy blask. W bieżącym sezonie nie dołożyli nogi do ledwie jednego z 10 goli Borussii - wszystkie pozostałe sami strzelali (5), albo przy nich asystowali (6), albo wykuwali je wyłącznie polskimi kopnięciami. Jak dzisiaj, w akcji dającej prowadzenie 2:0 z Bayerem Leverkusen - na skrzydło przeniósł piłkę Robert Lewandowski, stamtąd dośrodkował ją sprinter Łukasz Piszczek, w polu karnym zwieńczył zabawę Kuba Błaszczykowski (choć wypada oddać Goetzemu, że też zasługi miał spore). W każdy weekend rozsławiają markę „polskiej” Borussii, bo odpowiadają za zadania najbardziej spektakularne - defensywną tarczę tworzu kwartet Hummels, Subotić, Kehl i Gundogan, ofensywę już niemal w całości zagarnia nasz tercet.

Lewandowski, zanim dziś wreszcie ożył snajpersko, znów powygrywał mnóstwo pojedynków powietrznych, dał w kość kryjącym go obrońcom, miał sporo przechwytów, już na początku znakomicie wyłożył piłkę Błaszczykowskiego, który spudłował, choć przed nim stał tylko bramkarz. Jak na napastnika w nieco słabszej formie, dokazuje nasz rodak niczego sobie.

Błaszczykowski przeobraził się w drapieżcę pola karnego, czającego się na nim zawsze, gdy na prawej flance zabawia Piszczek. Czyli notorycznie. W ostatnich siedmiu meczach Borussii o stawkę zebrał kapitan naszej reprezentacji 5 goli i 3 asysty. Jeszcze spektakularniej wygląda cały bieżący rok w kadrze oraz klubie - 32 mecze, 13 goli, 13 asyst, bezlik kluczowych podań.

Piszczek raz po raz najeżdżał dziś pole karne Leverkusen. Jurgen Klopp wspaniale wykorzystuje jego zalety i maskuje przywary, więc można go na dobrą sprawę traktować nade wszystko jako gracza atakującego. Cholernie niebezpiecznego atakującego.

Od całej reszty polskich piłkarzy dzieli bohaterów Bundesligi kilka pięter, gdyby ich znienacka wymazać z futbolowej mapy, nasz futbol, wyjąwszy oczywiście fenomen bramkarzy, właściwie by z niej zniknął. Gdybym miał dla nich znaleźć wspólny mianowanik, zwróciłbym uwagę na imponujące przygotowanie atletyczno-motoryczne. Wszyscy zasuwają jak opętani - bez wytchnienia, po ostatnie kopnięcie. Potężniejący Lewandowski rozdaje rywalom siniaki, Błaszczykowski przefruwa między nimi dzięki fantastycznemu startowi do piłki i przyspieszeniu, Piszczek też wpada w pole karne wyłącznie na najwyższym biegu. I o ile pierwszemu wolno wytknąć nieskuteczność, która wciąż dzieli go od czołowych snajperów w Europie, o tyle obaj pozostali mieszczą się, nie mam wątpliwości, w dziesiątce najlepszych graczy na swoich pozycjach na kontynencie. Przynajmniej w klasyfikacji za rok 2012.

Trójkąt dortmundzki straszy coraz ostrzejszymi wierzchołkami. I jeśli nie stępi ich onieśmielenie Ligą Mistrzów, a Wayne Rooney nie wyleczy się do październikowego tygodnia w eliminacjach mundialu, do meczu z Anglią przystąpimy w niezwykłych okolicznościach - to my, a nie generalnie bogatsi w potencjał rywale, wystawimy ofensywne gwiazdy jaśniejsze.

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

sobota, 12 maja 2012

Robert Lewandowski, Borussia Dortmund

Odkąd Borussia przeobraziła się w Polonię, wygrała z Bayernem wszystkie cztery mecze w Bundeslidze (1:0, 2:0, 3:1, 1:0), by dziś rozszarpać monachijczyków na strzępy (5:2). Z doskonale nam już znanym stadkiem szczególnie bezwzględnych drapieżników w rolach głównych - najpierw były dwie asysty Błaszczykowskiego, potem dwa gole Lewandowskiego, wreszcie jego trzeci gol dzięki asyście Piszczka. Kolejna polska orgia, z każdym ich show przybywa powodów, by dortmundzkie żółto-czarne barwy złamać przynajmniej drobnym akcentem biało-czerwonym.

Jak zwykle możemy pożonglować oszałamiającymi statystykami i ulokować je na tle historii.

Przypomnieć, że Bayern pięciu goli nie stracił od 2009 roku, w którym kanonadę na jego bramkę urządziła sobie Barcelona. Że Borussia do triumfu w Bundeslidze krajowego pucharu w tym samym sezonie nie dołożyła nigdy. Że gdyby nie Lewandowski, jesienią minęłoby dziesięć lat, odkąd poprzednio ktoś władował monachijczykom hat-tricka. Że w finale jakichkolwiek rozgrywek nie wbił im go dotąd nikt. Że finał DFB Pokal trzema bramkami zdołali dotąd ozdobić tylko dwaj ludzie - Uwe Seeler w 1963 roku i Wohlfahrt w 1986. Że 30 goli w sezonie Lewandowskiego to wyczyn wśród naszych graczy hałasujących na cudzych trawach absolutnie unikalny - głośniej bywało tylko o napastnikach strzelających w słabszych ligach, jak legenda Panathinaikosu Krzysztof Warzycha czy idol Cypryjczyków Łukasz Sosin. Że łączny dorobek naszego trio w bieżącym sezonie klubowym - 41 bramek i 34 asysty - to zjawisko z Archiwum X, które powinno sprowokować selekcjonera Smudę do zastanowienia się, czy ten fenomen nie jest aby cudem potężniejszego kalibru niż pamiętne trzy gole Widzewa na stadionie Legii, które dały mu sensacyjne mistrzostwo kraju .

No i można westchnąć, że cały wspomniany tercet w jedenastce gwiazd „Kickera” to również wyczyn bez precedensu, nakazujący już dziś obwołać Borussię 2011/2012 najbardziej polską zagraniczną drużyną w historii.

Ale przyjemniejsze od zachłystywania się cyferkami jest gapienie się na to, co wyprawia Lewandowski na boisku. Widzieliście frustrację na twarzy Badstubera, który po kolejnym fizycznym starciu z Polakiem napadł na niego werbalnie? Widzieliście wściekłość Schweinsteigera, który umiał, owszem, zabrać piłkę naszemu napastnikowi, ale tylko za cenę żółtej kartki? Podejrzewaliście momentami, że Lewandowskiemu osłaniającemu piłkę już niemal nie sposób jej wygarnąć bez popełnienia faulu?

To nie tyle napastnik - a jeszcze może poprawić skuteczność! nauczyć się strzelać karne! popróbować kopów z rzutów wolnych! - co wielofunkcyjna machina proponująca rywalom wyniszczającą walkę na technikę, mięśnie, odporność na ból. Monstrum.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Borussia Dortmund, stadion

Jeszcze nigdy tak wielu Polaków nie miało odegrać tak wielkich ról w zagranicznym spektaklu futbolowym tak prestiżowym, wywołującym tak wielkie zainteresowanie. 450 tys. fanów z Dortmundu chciało biletów na szlagierowy mecz z Bayernem Monachium.

Gospodarze bronią mistrzostwa Bundesligi, najdynamiczniej rozwijających się rozgrywek na kontynencie. Jeśli podołają, dokonają wyczynu niespotykanego od połowy lat 90. Nie dlatego, że wtedy utrzymali mistrzostwo po raz ostatni. Dlatego, że od tamtej pory ich środowi rywale nigdy nie musieli znieść dwóch kolejnych sezonów bez tytułu.

Rywale bezspornie należący dziś do elity elit. Przed chwilą dochrapali się finału Ligi Mistrzów, zaraz porwą się na półfinałowy dwumecz z Realem Madryt, zatrudniają tłumek medalistów ostatniego mundialu. Kto wie, czy Kuba Błaszczykowski, Robert Lewandowski i Łukasz Piszczek nie pobiegną w środę po najbardziej spektakularny - czytaj: najgromadniej międzynarodowo podziwiany - futbolowy sukces Polaków od niezapomnianych pląsów Jerzego Dudka przed podniesieniem Pucharu Europy w 2005 roku.

Istnieją potężne kluby, które stawiają - z konieczności lub wyboru - przede wszystkim na projekt i szukają lub wychowują odpowiednich dla niego piłkarzy. W Hiszpanii byłyby nimi Barcelona czy Athletic Bilbao, w Anglii Manchester United lub Arsenal. Istnieją też firmy, które przede wszystkim kolekcjonują najjaśniejsze gwiazdy, a notorycznie wymieniani trenerzy mają głowić się, jak złożyć je w sensowną całość. W Hiszpanii na import luksusowych zasobów ludzkich stawia Real Madryt, w Anglii parweniusze z Chelsea czy Manchesteru City.

Ten sam gatunek reprezentuje Bayern, ale w przeciwieństwie do wskazanych drużyn panuje w swoim kraju absolutnie. W innych czołowych ligach zaciekłą walkę toczy dwóch lub więcej gigantów, w Niemczech monachijczycy konkurencji praktycznie nie mają - zdobyli 22 tytuły mistrzowskie, przy zaledwie dziewięciu norymberskiego wicelidera klasyfikacji medalowej wszech czasów. Kogo chcą, tego biorą, z powodu miażdżącej przewagi finansowej wzbudzając powszechną zazdrość - jak, nie przymierzając, w czasach PRL-u warszawska Legia, która werbowała piłkarzy zobowiązanych do odbycia służby wojskowej. Kiedy Niemcy obwoływali bawarską supergrupę FC Hollywoodem, pili głównie do demoralizacji jej rozkapryszonych liderów, ale równie dobrze mogliby ją skojarzyć z superprodukcją pełną gwiazd tyleż arcyzdolnych, co po sułtańsku wynagradzanych i kosztownych.

To z nimi zmierzą się nasi ludzie.

Napalony ofensywnie prawy obrońca Piszczek porówna się z napalonym ofensywnie lewym/prawym obrońcą Philippem Lahmem (kapitanem i w klubie, i w niemieckiej kadrze), który jest najlepiej zarabiającym defensorem świata - jeśli zsumować jego pensję z kontraktami reklamowymi, to w 2012 roku przyjmie 14,3 mln euro. I od lat uchodzi za czołowego bocznego obrońcę świata.

Wibrujący prawoskrzydłowy  Błaszczykowski zderzy się z Arjenem Robbenem, czyli piłkarzem wichurą, w swojej specjalności również wirtuozem, oraz zaglądającym na tę flankę Franckiem Riberym - też graczem wyjątkowym, z samego szczytu, kupionym za rekordowe wówczas dla Bayernu 25 mln euro. W ogóle tamtymi okolicami, okupowanymi przez podanych pędziwiatrów, powinno potargać istne tornado.

Rekord Ribery’ego został unieważniony, kiedy Bayern wykładał ponad 30 mln za Marco Gomeza. To na tle tego zjawiskowego snajpera - w ostatnich 88 meczach Bayernu strzelił 78 goli, wydajniejszego nie było w Monachium od dekad - spróbuje błysnąć Lewandowski, błyskawicznie wyrastający na naszego najwybitniejszego napastnika po upadku komunizmu. Będzie usiłował pokonać Manuela Neuera, zrabowanego Schalke bramkarza pretendującego do numeru jeden nie tylko w Niemczech, ale i na świecie. Polski snajper Bayernu jeszcze golem nie skrzywdził, nawet asysty w meczach z nim nie miał.

Polacy przybyli do Borussii za grosze, to dzisiaj firma oszczędna - niegdyś było inaczej - i wierząca w ideę wcielaną w życie przez zatrudnianego od czterech lat Jurgena Kloppa. Jeśli znów zwyciężą, zapewne jeszcze bardziej zbliżą się do przyjemnego wyboru - pojechać do Hollywood, czyli jednej z firm importującej gwiazdy oraz wschodzące gwiazdy (będą oferty, a jakże, muszą być), czy zostać w Dortmundzie i budować tam Hollywood od podstaw, wraz z Kloppem? Fantastyczna alternatywa. A gdyby nasi rodacy mieli się z nią zmierzyć, to wcześniej dowiedzielibyśmy się, że na Euro 2012 nie staną oko w oko z niczym, z czym wcześniej się już nie zetknęli.

To będzie Mecz, już czuję na skórze. Jutro z okazji tego święta ogłoszę na blogu mały konkurs, którego zwycięzcom wyślę otrzymane od transmitującego hiciora Eurosportu 2 dwie małe nagrody. Oczywiście podpisane przez aktualne oraz - miejmy nadzieję - przyszłe megagwiazdy. Stay tuned.

sobota, 31 marca 2012

Ponaddźwiękowy Łukasz Piszczek

Wreszcie. Wreszcie plotkują o jego transferze do innego, również renomowanego klubu. Ani myślę wmawiać, że wysłannicy Interu Mediolan już zaczaili się pod dortmundzkim stadionem, by Łukasza Piszczka czym prędzej porwać i wystawić w następnym meczu ligowym, przeciwnie, na wszelki wypadek nie dowierzam, wątpię i w ogóle precz z medialnym gaworzeniem opartym na przypuszczeniach, nie faktach. Wyznaję jednak, że nie rozumiałem dotąd, dlaczego obu jego rodaków z Borussii mniej lub bardziej poważna prasa już eksportowała z Bundesligi - głównie do Anglii - a o Piszczku konsekwentnie milczała. Żadnych spekulacji, plotek, przypuszczeń. Nic.

Jego przywary w grze obronnej doskonale znamy, bez zabezpieczenia w partnerach z dortmundzkiej drużyny bezkarnie pod polem karnym rywali na pewno by sobie na hasał. Ale też ofensywnym rozmachem nadrabia przywary na tyle, że wśród prawych obrońców w europejskiej hierarchii plasuje się zapewne - o czym już blogowałem - wyżej niż Kuba Błaszczykowski wśród prawoskrzydłowych oraz Robert Lewandowski wśród napastników. Przynajmniej na razie.

Zerknąłem do doskonałego serwisu Whoscored.com, by sprawdzić, czy wrażenie wyniesione z oglądania meczów potwierdzają podstawowe statystyki. Potwierdzają, i to jak! Dorobek okazalszy niż 3 gole i 7 asyst Piszczka uzbierał w pięciu czołowych ligach jeden Dani Alves (2+10), od dawna niedościgniony lider wśród ponaddźwiękowych, żądnych przygód, nienasyconych w ataku prawych obrońców. Inni wyglądają przy polskim awanturniku mizernie. Wszyscy. I również wyróżniający się w Bundeslidze Khalid Boulahrouz (2+4), i przywiędły od kilkunastu miesięcy Maicon (1+4), i brykający we Francji Matthieu Debuchy (5+1) oraz Christopahe Jallet (3+2), i przesuwany często na środek Micah Richards (1+5), o którym trener Manchesteru City mawia, że zbyt rzadko zabiera na boisko rozum.

Ba, również na lewej stronie defensywy nie znajdziemy w najsilniejszych ligach nikogo, kto nacierałby na przeciwników skuteczniej od Piszczka. A jeśli dodamy jeszcze, że jedyny niebezpieczniejszy w tym gatunku Dani Alves pochodzi z Brazylii, to okaże się, że podczas Euro 2012 będziemy mieli na prawej obronie żądło, jakiego mogą zazdrościć nam wszyscy uczestnicy turnieju.

niedziela, 26 lutego 2012

Borussia Dortmund, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek

Wcale nie piszę nabuzowany kolejnym dortmundzkim show, wpadłem na to jeszcze przed dzisiejszym meczem Borussii, następnie przemyślałem, skonsultowałem, aż wreszcie przejrzałem recenzje w cenionych przeze mnie pismach i portalach futbolowych - z wrodzoną beztroską chciałbym odważnie postawić tezę, że w roku pańskim 2012 nasz Kuba Błaszczykowski należy do najściślejszej czołówki najbardziej niebezpiecznych prawoskrzydłowych na kontynencie. W sześciu kolejkach Bundesligi strzelił dwa gole, miał pięć asyst, wielokrotnie więcej sensownych podań, zazwyczaj najczęściej w drużynie skutecznie drybluje, swoim entuzjazmem drużynę zaraża, ba, to dzięki jego wibrującej dynamice lider Bundesligi wrzuca swój najwyższy bieg.

Popisów Łukasza Piszczka nie chce mi się omawiać, niech mnie wyręczą analitycy „Kickera”, dla których Polak - pomimo kilku niedawnych wpadek - pozostaje, podobnie jak w sezonie minionym, najlepszym bocznym obrońcą niemieckich boisk.

Został jeszcze w Dortmundzie Robert Lewandowski. Ostatnio przez chwilę umilkł jako snajper, ale generalnie jego wyczyny zwłaszcza nam, wyposzczonym kibicom polskim, odbierają mowę. Obrońcom zawsze wydaje ciężką fizyczną wojnę, odwrócony od bramki piłki nie traci, a kiedy ma bramkę w polu widzenia, to bramkarz błaga o litość.

A wyczyny całego polskiego tria powodują, że głos tracą fani Borussii. Od dziękczynnych ryków. Już niemal nie padają dortmundzkie gole, dla których nasi się nie zasłużyli, po raz ostatni nie uczestniczyli w żadnej skutecznej akcji 11 grudnia, w zremisowanym 1:1 meczu z Kaiserslautern.

Rozglądam się po uczestnikach Euro 2012 i szukam takich, którzy w reprezentacji polegają w ofensywie na tercecie ćwiczących współpracę przez cały sezon, w drużynie klubowej - i to tercecie porównywalnie drapieżnym.

Wiadomo, Hiszpanie. Ich selekcjoner ma jeszcze wygodniej, niemal wszyscy jego najważniejsi ludzie wypracowują grę złożoną z odruchów w Barcelonie. Niemcy też w sporej mierze czerpią z obecnych lub byłych graczy Bayernu. Ale inni? Główni atakujący Holendrów są rozrzuceni po Arsenalach, Interach, Liverpoolach, Tottenhamach etc; porozbiegali się po różnych klubach bohaterowie napadu włoscy; jeszcze dalej od siebie bawią się piłką odpowiedzialni za organizowanie natarć Francuzi, Czesi, Portugalczycy, Szwedzi, Duńczycy czy Chorwaci; naczelny goleador Irlandczyków wyemigrował za ocean; gwiazdy rosyjskie wcale ostatnio nie grały, aż zostały przepędzone z zachodu z powrotem na wschód. U siebie czołowych atakujących trzymają Ukraińcy i Grecy, jednak ich kanonierzy ani nie rażą dortmundzką siłą ognia, ani nie rywalizują w równie mocnej lidze (przecież nasi zaraz obronią mistrzostwo Niemiec!). Zostają Anglicy, którzy mogliby użyć manchesterskiej trójcy Rooney - Young - Welbeck, tyle że na razie nawet nie wiedzą, kto będzie kadrą na Euro 2012 dowodził.

Nie zamierzam nikomu wmawiać, że dysponujemy w ofensywą o kalibrze nigdzie indziej niespotykanym, zresztą porównywanie klubowych partnerów Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka do partnerów reprezentacyjnych mogłoby tym ostatnim wyrządzić krzywdę. Zauważam tylko, że szczęściarz Franciszek Smuda złapał za nogi chyba nie tylko Boga chrześcijańskiego, ale chwycił jeszcze Allaha, Buddę i Świętowita. Znienacka spadli mu z nieba trzej - jak na nasze standardy - wirtuozi, którzy ewidentnie lubią ze sobą kopać, wytrenowują automatyzm zachowań przez okrągły rok, zderzają się z przeciwnikami klasowymi. Razem dają wartość wyższą niż suma ich indywidualnych umiejętności.

W bieżącym sezonie Bundesligi polscy bohaterowie Borussii strzelili wspólnie 20 goli, do czego dorzucili 20 asyst. A jeśli doliczymy dorobek z Champions League i Pucharu Niemiec, ich bilans rośnie do 26 goli i 23 asyst. Istny Trójkąt Bermudzki, kto weń wpadnie, ten ginie.

wtorek, 21 lutego 2012

Łukasz Piszczek, reprezentacja Polski

Sporządzam tę notkę inspirowany lekturą forum pod notką poprzednią - przepraszam, że odpowiadam zbiorowo, ale tak będzie łatwiej zachować spójność wypowiedzi.

Czytając niektóre uwagi, odnoszę wrażenie, że wyczytaliście w zapisie moich wątpliwości apel, by skazanego za korupcję Łukasza Piszczka spalić na stosie albo ukrzyżować, gdzieniegdzie znajduję nawet zbliżone metafory. To sprowadzanie dyskusji do absurdu, nikt mu nie chce łamać kariery i nikt mu już jej nie złamie. Zdobył uznanie jako sportowiec (mistrzostwo Bundesligi, indywidualne nagrody etc), zdobył wielomilionowy majątek, ma powody czuć się spełniony. Ja tylko się zastanawiam (nawet nie wyrażam wprost takiego oczekiwania), czy Piszczek zasługuje na jeszcze jeden zaszczyt - prestiżowy, nie materialny, przecież w porównaniu z jego klubową pensją w reprezentacji zarabia symbolicznie. Co więcej, piłkarz Borussii Dortmund jest już całkowicie bezpieczny. Ani ja nie uczestniczę w chórze ujadających (inne media tematu nie podjęły, czym zresztą nie jestem zaskoczony), ani Franciszek Smuda z Grzegorzem Latą nie zamierzają zrobić mu krzywdy.

Dla mnie wartością jest, że w ogóle się o problemie rozmawia, choćby na niszowym blogu, bo bezmiar korupcyjnej zarazy wywołał znieczulicę. Zastanawiam się, za co powinniśmy z kadry narodowej wykluczać, jeśli nie będziemy wykluczać za łapówkarstwo. Czy istnieje w ogóle sportowe przestępstwo, które czyni zawodnika niegodnym kadry narodowej? Czytelnik grzespelc pyta: „Naprawdę wierzysz w to, że ze wszystkich kadrowiczów tylko Piszczek brał udział w ustawianiu meczów?” Mógłbym odpowiedzieć: „Tak, wierzę, że Lewandowski i Błaszczykowski nie brali udziału w ustawianiu”. A mógłbym brutalniej, też rzucając pytania: „Jakie mamy powody wierzyć, że Piszczek brał w ustawianiu tylko jednego meczu? Dlaczego na planowanie przekrętu do mieszkania kolegi z szatni został zaproszony akurat on? Skoro w wywiadach utrzymywał, że nie wie, na co pójdą pieniądze, to może generalnie przyznaje się tylko do tego, co i tak zostało wykryte?”

Za najpoważniejsze zbrodnie w sporcie uważam: świadome, popełnione z pełną premedytacją okaleczenie przeciwnika oraz fałszowanie wyniku zawodów, czyli oszukiwanie kibiców. (Nawet dopingu nie absolutyzuję jako grzechu śmiertelnego bez względu na okoliczności, bo zdaję sobie sprawę z przerażających dylematów kolarzy, którzy są przekonani, że w peletonie szprycują się bezwyjątkowo wszyscy. W ustawianiu meczu Zagłębie - Cracovia nie brali udziału wszyscy. Pięciu graczy odmówiło).

Ponieważ jednak Piszczek dotąd utrzymywał, że nie wiedział, kogo korumpuje, w dobrej wierze - bardzo go lubię jako piłkarza - sądziłem, że kiedy znienacka padła propozycja, by kupić mecz, on zaskoczony i przestraszony nie protestował, lecz spontanicznie się zgodził. Dopiero teraz dotarło do mnie, że 1) uczestniczył w specjalnie zorganizowanej naradzie, na której planowano oszustwo; 2) zgodził się na „wtajemniczenie” innego zawodnika, przy czym słowo „wtajemniczenie” jest tutaj eufemizmem, bowiem on temu zawodnikowi miał nie tyle opowiedzieć, co się zdarzy, lecz wciągnąć go (lub „przekazać”, jakby pewnie chcieli zwolennicy eufemizmów) do uczestnictwa w zrzutce; 3) po naradzie miał czas, by sprawę przemyśleć i np. swój współudział w zbrodni ograniczyć („dam kasę, ale nie każcie mi wciągać do tego innych”), lecz zadanie wykonał; 4) w wyjaśnieniach składanych prokuraturom wspomina tylko, iż „miał mieszane uczucia”, co rażąco odbiega od postawy „brzydziłem się tamtym czynem, ale przegrałem z lękiem, że moja kariera będzie skończona; 5) jeszcze więcej czasu na refleksję miał, kiedy zajął się nim wymiar sprawiedliwości, lecz w publicznych wypowiedziach, że pozwolę sobie zacytować stałego komentatora dziaama, „kłamliwie się wybielał [w mediach]”.

Generalnie nigdy nie wyczułem w jego słowach autentycznej skruchy, pamiętam za to, że przestępstwa dopuścił się już po wstrząsającej spowiedzi Piotra Dziurowicza, który ujawnił skalę korupcji toczącej nasz futbol. Słyszę też, że wykołowani przez Piszczka czują się członkowie wydziału dyscypliny PZPN. Zadaję sobie wreszcie pytanie, czy odsunięcie go od reprezentacji kraju nie wywarłoby pozytywnego wpływu na młodego piłkarza, który dziś rozważa wręczenie łapówki. Czy gdyby marzył o kadrze, w podjęciu decyzji nie pomogłoby zagrożenie reprezentacyjnym szlabanu? Teraz wie, że wystarczy mu świetnie grać, np. na miarę mistrzostwa Bundesligi, żeby czuć się bezpiecznym...

Jeszcze raz: nasza decyzja jest czysto akademicka, żadnej mocy sprawczej nie ma, nic nie wiadomo, by szefów PZPN albo selekcjonera kadry gryzły sumienia. Mnie osobiście cieszą wyniki zamieszczonej w poprzedniej notce sondy, której wyniki wyraźnie odbiegają od wyników sond zamieszczanych gdzie indziej - często pochlebiałem sobie, że udało mi się zbudować tutaj minispołeczność fanów znacznie dojrzalszą niż średnia internetowa. Znów mam wrażenie, że się nie myliłem;-)

środa, 14 grudnia 2011

Łukasz Piszczek, autostrada do gwiazd

Rozmyślałem nad alternatywną superdrużyną roku 2011 - w zeszłym roku ulepiłem ją z ludzi, którzy moim zdaniem zdolni byliby przeciwstawić się Barcelonie, teraz rozciągnąłem formułę na zdolnych przeciwstawić się Barcelonie oraz Realowi Madryt. Powodowała mną desperacja. Hiszpańscy giganci zdominowali futbol, więc wybierając jedenastkę najlepszych klasyczną, musiałbym tasować znów tymi samymi nazwiskami. Nuda.

Odrzuciłem zatem nazwiska katalońskie i madryckie, a potem przytkało mnie przy dumaniu o prawej obronie. Naturalnej kandydatury z lat minionych - Maicona - nie mogłem brać pod uwagę wcale, odkąd bowiem Inter Mediolan został porzucony przez Jose Mourinho, Brazylijczykowi wyraźnie mniej się chce, a ostatnio głównie się leczył. Wykluczyłem też Philippa Lahma, bo on zasuwa w Bayernie na flance lewej.

I tak oto podczas myślowego spaceru od nazwiska do nazwiska dotarło do mnie, że całkiem poważnym pretendentem do plebiscytowych nominacji stał się Łukasz Piszczek.

Nie twierdzę, że był najlepszym po Danim Alvesie i Sergio Ramosie (też ostatnio przesuniętym do centrum defensywy) prawym obrońcą roku 2011, ale zarazem nie mam wątpliwości, iż nie wygląda na obce ciało ustawiony obok tercetu Gregory van der Wiel (Ajax Amsterdam), Maxi Pereira (FC Porto, urugwajski złoty medalista Copa America) i Branislav Ivanović (Chelsea). By zresztą upewnić się, czy perspektywy nie wykrzywia mi mimowolny polonocentryzm, zajrzałem do rankingu „Kickera”. Okazało się, że niemiecki magazyn uważał Polaka za najlepszego prawego obrońcę Bundesligi w sezonie poprzednim i uważa go za najlepszego w sezonie bieżącym. Oczywiście Piszczek przyciąga uwagę głównie w ofensywie (2 gole i 9 asyst w 48 ligowych meczach Borussii, mnóstwo kluczowych podań, precyzyjne dośrodkowania, odwaga w grze jeden na jeden, stałe zaangażowanie w ataki drużyny etc), w obronie wygląda już przeciętniej, ale to przywara drugorzędna i zjawisko dość powszechne, dotykające wielu wysoko cenionych graczy z tej pozycji.

W tym stuleciu tylko jednego polskiego piłkarza brali pod uwagę autorzy zestawień klasyfikujących czołowych piłkarzy w Europie - Artura Boruca, wyeksponowanego kiedyś na podium przez „La Gazzettę dello Sport”. Piszczek raczej mu nie dorówna, ale wśród rodaków pozostaje przypadkiem wybitnie niezwyczajnym. Choć jaśniej świecą u nas gwiazdy Lewandowskiego czy Szczęsnego, to właśnie on w kontynentalnej hierarchii wspiął się najwyżej. Młodzieniec z Arsenalu w czołowej dziesiątce bramkarzy w Europie się na razie nie mieści, snajper Borussii wśród napastników nie mieści się nawet w czołowej dwudziestce. Piszczek do ścisłej czołówki prawych obrońców dobiegł - nawet gdybyśmy za lepszych uznali wszystkich wyżej wymienionych (Alves, Ramos, Lahm, van der Wiel, Pereira, Ivanović) i jeszcze dołożyli do nich - rzucam na szybko, z pamięci - Micaha Richardsa (choć trener Mancini wzdycha, że zbyt często zapomina zabrać na mecz rozum), Valona Behramiego (choć będziemy musieli go cofnąć z pomocy) albo Kyle’a Walkera (choć dopiero zaczął się popisywać).

Może to właśnie Łukasz Piszczek zasługuje na tytuł polskiego piłkarza roku 2011?

Archiwum
Tagi