Wpisy z tagiem: Liga Europejska

środa, 13 lipca 2016

Kiedy Cracovia musiała grać w kwalifikacjach Ligi Europejskiej z macedońską Szkendiją w porze ćwierćfinału Euro 2016, w którym nasza reprezentacja biła się z Portugalią, najpierw pomyślałem o niewrażliwości i bezwzględności działaczy. Oto polski piłkarz ma wychodzić na boisko dokładnie o tej godzinie, o której gdzie indziej toczy się najważniejszy dla Polski mecz od 30 lat. To nie tylko wbrew duchowi sportu, to gwałt na przyzwoitości.

I na logice rozgrywek, które przecież układa się tak, by futbol reprezentacyjny pogodzić z klubowym. Jeśli ożywa ten pierwszy, to zamiera drugi, a piłkarz pragnący służyć kadrze narodowej nie musi prosić o łaskę pracodawcy, bo zwolnić go na zgrupowanie nakazują przepisy. Tu jednak UEFA – organizator i Euro 2016, i LE – wymyśliła sobie, że obie drużyny Bartosza Kapustki – Cracovia i Polska – zagrają o tej samej porze. Znaczy klub debiutujący w pucharach ma celebrować historyczny moment bez swojej najjaśniejszej gwiazdy.

To przypadek ekstremalny, ale ilustrujący nasilający się od lat proceder, który dzieli świat piłki na równych i równiejszych, fałszuje wyniki europejskich pucharów, jest zwyczajnie niesprawiedliwy. Bogaci, reprezentujący kraje uprzywilejowane, rozpoczynają rywalizację bardzo późno. Niebogaci rozpoczynają nie tyle wcześnie, ile coraz wcześniej. Różnica rośnie z sezonu na sezon, choć korekt dokonuje się powoli, niemal niezauważalnie. Legia rozpoczęła w tym sezonie grę o Ligę Mistrzów 12 lipca, Lech w 2015 r. – 14 lipca, Legia w 2014 r. – 16 lipca, Legia w 2013 r. – 17 lipca, Śląsk w 2012 r. – 18 lipca. I mówimy cały czas o tym samym etapie rywalizacji, drugiej rundzie kwalifikacji. Przed dekadą mistrz Polski startował dopiero pod koniec lipca, wcześniej wręcz w sierpniu. I obecnie nie cierpi za miejsce w rankingu UEFA – nasza liga zajmuje podobne – lecz z powodu decyzji politycznych. Nie wierzcie w reformy Platiniego, które rzekomo uprzykrzają życie bogatym. To tylko propagandowe opakowanie, w które zawinięta jest skrajna pogarda dla interesu wszystkich nienależących do oligarchii. Takie manipulowanie systemem rozgrywek, żeby jedni mieli wakacje możliwie długie, a inni nie mieli ich wcale. Żeby jedni przedzierali się przez mnóstwo kolejnych rund, a innym rund do pokonania stale ubywało.

Rytualnie natrząsamy się z letnich popisów polskich klubów, które regularnie obrywają od rywali z kompletnego wygwizdowa, czasem wręcz amatorów. Ale Celticowi Glasgow też zdarzyło się właśnie przegrać z przedstawicielem ligi gibraltarskiej. Bo w pierwszej połowie lipca nikt nie jest w stanie być porządnie przygotowanym do walki, nie sądźcie, że herosi Bayernu czy Barcelony unosiliby się o tej porze nad murawą. Zwłaszcza zaraz po Euro. Dinamo Zagrzeb puściło na francuski turniej aż sześciu piłkarzy, a grało o LM już trzy dni po finale w Paryżu – nazajutrz po Legii, która w normalnych okolicznościach pewnie pozwoliłaby dłużej odpocząć nie tylko Pazdanowi, ale i Jodłowcowi, Dudzie, Nikoliciowi.

Wyrwanie się z kręgu drużyn skazanych na grę w LE czy LM, zanim potentaci w ogóle rozpoczną przygotowania do sezonu, leży w żywotnym interesie całej polskiej piłki. Inaczej o przyzwoite wyniki będzie trudno, o tej porze roku rządzi nimi przypadek. Trzeba tu jednak walczyć nie tylko ze swoją słabością i rywalami, ale też z coraz pazerniejszym układem na górze. Mistrzowie Polski nie dość, że startują dwa miesiące przed Realem Madryt, to jeszcze startują 35 dni przed czwartymi drużynami ligi hiszpańskiej i niemieckiej czy trzecią drużyną portugalskiej (dysponującymi znacznie szerszymi kadrami). A rekord wszech czasów biją właśnie uczestnicy LE, którzy słyszą inauguracyjny gwizdek w czerwcu. I to wcale nie są uczestnicy najsłabsi, gehennę przechodzą nawet Austriacy, sklasyfikowani na 16. miejscu wśród 54 krajów UEFA. Szykany obejmują trzy czwarte kontynentu.

piątek, 28 sierpnia 2015

Nie wylosowali wicemistrzowie Polski szczęśliwie, ale wylosowali intrygująco. W Napoli i FC Midtjylland znajdą przeciwników reprezentujących wyższą piłkarską inżynierię. W sensie ścisłym.

Kiedy Henning Berg wypuszcza Legię na europejskie sceny, zachowuje się, jakby chciał potwierdzić wszystkie istniejące stereotypy o Skandynawach – chłodnych, rozważnych, analizujących, metodycznych. Oglądaliśmy w XXI wieku już kilka polskich klubów, które potrafiły utrzymać się w pucharach miesiącami, jednak żaden z nich próbował osiągać celu środkami stosowanymi przez drużynę norweskiego trenera.

Legia uprawia futbol powściągliwy, nikomu nie pozwala wciągnąć się w wariacką wymianę ciosów, lubi rozgrywać mecze ubogie w podbramkowe spięcia. To wymaga od piłkarzy samoświadomości, samokontroli, a także nadzwyczajnego skupienia – na tyłach, ale także w ataku, by nie marnować nielicznych okazji do strzelenia gola. Dlatego w aż dziewięciu z 20 europejskich meczów Berga padł tylko jeden. Dlatego aż 12 z nich legioniści przetrwali z czystym kontem. Dlatego przez 900 minut gry na wyjazdach, gdzie ich ostrożność graniczy już z minimalizmem, pozwolili się trafić tylko trzykrotnie. Dlatego ponieśli ledwie jedną porażkę wyższą niż jednobramkowa (z Ajaxem Amsterdam).

Sami natomiast mnóstwo goli zawdzięczają nie tyle zawiłym kombinacjom ofensywnym, ile rzutom rożnym lub wolnym. Tak pokonali Zorię Ługańsk na jej stadionie, tak zadali jej pierwszy cios w Warszawie. Zresztą przed tygodniem w Kijowie zagrażali rywalom właściwie zawsze, gdy kopali piłkę ze stałego fragmentu gry. Znać, że są bogaci w warianty ich wykonywania, a te warianty są przemyślane i wyćwiczone, co także czyni Legię przypadkiem w naszym futbolu unikalnym. Z namiętności do dłubania w drobiazgach to my raczej nie słyniemy.

Efekty osiąga Berg znakomite. On nie tylko wygrał z Legią 16 z 20 meczów w europejskich pucharach, on także żadnego, wyjąwszy nieszczęsny rewanż z Ajaxem, spektakularnie nie przerżnął. A przed nim cztery – z wylosowanymi właśnie Napoli i FC Midtjylland – wybitnie intrygujące dlatego, że Legia zmierzy z przeciwnikami, u których główka również intensywnie pracuje. Chcącymi reprezentować wyższą piłkarską inżynierię.

O Maurizio Sarrim, zarządzającym szatnią Napoli, pisałem niedawno w przewodniku po lidze włoskiej. To kolejny przedstawiciel coraz popularniejszego gatunku trenerów, którzy nigdy nie uprawiali profesjonalnie futbolu. Jajogłowy pracoholik przekonany, że mecz wygrywa ten, kto przeanalizuje każdy ułamek sekundy gry przeciwnika i precyzyjnie zaplanuje każdy gest każdego ze swoich piłkarzy. Uważaliście Rafę Beniteza, dotychczasowego szkoleniowca neapolitańczyków, za nawiedzonego taktyka? To wiedzcie, że zastąpił go oszołom, który w szóstoligowym Sansvino wpoił podwładnym 33 sposoby rozegrania rzutu wolnego. I jeszcze narzekał, że w meczu udawało się skorzystać jedynie z kilku...

Kiedy Sarri debiutował jako trener w tamtym amatorskim toskańskim klubiku, studiował ekonomię i pracował w banku. Powiedział sobie wówczas: „Jeśli nie wygram ligi, na zawsze rzucam futbol”. Wygrał i potem najmował się w kolejnych niskoligowych klubach, aż awansował do Serie B – z Arezzo z niej spadł, ale Empoli wyniósł jeszcze wyżej. I w minionym sezonie w Serie A się utrzymał, a jego piłkarze jeszcze przykuwali uwagę stylem gry. Teraz dostał szansę w klubie wielkim, gdzie zabrał nawet kluczowego w poprzednim zespole gracza – 29-letniego Mirko Valdifioriego, krążącego w centrum boiska cofniętego rozgrywającego, którego można nazwać wariacją na temat Andrei Pirlo. Obok niego biegać mają Allan (wzięty z Udinese, dla mnie od dawna jeden z najbardziej utalentowanych defensywnych pomocników w Europie) oraz głęboko cofnięty Marek Hamsik. Ten tercet, a także wąsko ustawieni przed nim Insigne, Mertens i Higuain, uzmysławiają skalę zmian w Napoli, dotąd drużynie silnie rozskrzydlonej. I utrudniają oszacowanie jej aktualnej siły – na inaugurację Serie A rozczarowała, przegrywając w Sassuolo.

FC Midtjylland to przypadek jeszcze bardziej niezwykły. Można go nazwać klubem, a można – laboratorium, w którym trwają permanentne badania naukowe. Należy do niejakiego Matthew Benhama, byłego zarządcy funduszu hedgingowego i zawodowego hazardzisty, który zarobił fortunę na wykorzystywaniu modeli matematycznych do przewidywania wyników piłkarskich. I jest ten klub jedną wielką burzą mózgów. Mózgów oczywiście zasilanych algorytmami, w Midtjylland pracują wyłącznie ludzie pochyleni nad monitorami – jedni analizują gigantyczną bazę danych, by dokonywać właściwych wyborów transferowych; inni śledzą statystyki w trakcie gry, by trener reagował na bieżąco i wiedział, jak przemówić w przerwie; nawet piłkarze dostają po treningu USB z zadaniem domowym do wykonania. Kto zna legendę o „Moneyball”, ten wie, o co chodzi.

Szefowie klubu mówią, że chcą uczynić go najbardziej innowacyjnym w Europie, zatrudniają nawet specjalistę – zresztą Polaka – od kopania nieruchomej piłki, którego zadania sprowadzają się nauki techniki strzału. Obsesyjna drobiazgowość daje wspaniałe skutki, w ubiegłym sezonie niemal połowę goli FC Midtjylland zawdzięcza stałym fragmentom gry. I pomimo ledwie czwartego budżetu w kraju, zdobył mistrzostwo Danii. A do Ligi Europejskiej – też tam lubi niskie wyniki, jak Legia – wszedł po trupie angielskiego Southampton.

środa, 27 maja 2015

Finał Ligi Europejskiej odbywał się na pięknej scenie – choć oglądałem z trybun Stadionu Narodowego już 15. mecz, obiekt nadal mi nie spowszedniał i nadal mnie rozaniela. A urok dzisiejszego meczu polegał również na tym, że każde jego rozstrzygnięcie byłoby zakończeniem ujmującej opowieści. Dnipro, wiadomo – tragedia wojny w tle, nieczynny z jej powodu stadion, konieczność rozgrywania wszystkich meczów na wyjeździe, status drużyny, w której moc nikt nie wierzy. Sevilla, też wiadomo – w jej sercu nasz Grzegorz Krychowiak, jeden z bohaterów minionego sezonu najsilniejszej ligi świata, kandydat na ledwie dziesiątego Polaka, który zdobył europejskie trofeum.

Już nie jest kandydatem, już awansował do jeszcze bardziej elitarnego grona, bo dotychczas tylko dwaj jego rodacy strzelali gole w europejskich finałach. I to w średniowieczu. Krychowiak dołączył do Zbigniewa Bońka, który w latach 80. trafiał dla Juventusu Turyn, oraz Stanisława Oślizły, który w 1970 roku trafiał dla Górnika Zabrze. I zagrał piłkarz Sevilli jedną z głównych ról we wspaniałym spektaklu, spektaklu przepełnionym i wysoką jakością gry, i dramaturgią, w meczu, podczas którego zwłaszcza przed przerwą czułem, że się go celebruje, a nie rozgrywa, w każdym razie ja delektowałem się z nieprzyzwoitą zachłannością. Nawet kompletnie bezstronni widzowi musieli być wniebowzięci, dla ich frajdy padła nawet rekordowa w krótkich dziejach Narodowego liczba goli – wcześniej oglądaliśmy ich pięć jedynie podczas wizyty w Warszawie hobbystów z San Marino.

Triumf Sevilli był logiczny i jedynie słuszny, wszak od bieżącego sezonu UEFA wynagradza go zaproszeniem do Ligi Mistrzów, a wydaje się logiczne i jedynie słuszne, by pięć miejsc zagarnęli tam właśnie reprezentanci ligi hiszpańskiej, bezapelacyjnie najsilniejszej na kontynencie. Do elity wśliznął się zresztą klub wyjątkowy, wybitnie zasłużony dla rozgrywek pucharowych. Bo sewilczykom gratulujemy nie tylko efektownego wyswobodzenia się z czasów zapaści (przed dekadą byli bliscy bankructwa) i fantastycznie skutecznego dyrektora sportowego, dzięki któremu lansują na gwiazdy piłkarzy klasy Daniego Alvesa, Sergio Ramosa, Jesúsa Navasa, Frederica Kanoute czy Luisa Fabiano. Nie, oni nade wszystko przysłaniają właśnie wszystkich popisujących się w Europie.

Jako jedyni w XXI wieku obronili europejskie trofeum, w dodatku zdołali obronić je dwukrotnie, dzięki czemu w dekadę uzbierali aż cztery – to najbogatsza kolekcja na kontynencie, dorównać może im zaraz tylko Barcelona, przymierzająca się do kolejnego skoku na Ligę Mistrzów. To kolekcja najbogatsza i uświadamiająca, że przyjemność z bycia potęgą można czerpać także na nieco niższym szczeblu rywalizacji. Sevilla jest pierwszorzędną drużyna drugorzędną, nieobecną w skupiających najbogatsze kluby rankingach Football Money League. Obsypuje swoich zwolenników mnóstwem nieoczekiwanych upominków, a zwróćcie uwagę, że ci obok opiewania sukcesów własnych mogą świętować też klęski sąsiadów z Betisu, który dopiero wybudza się z drugoligowego koszmaru. Słowo „średniak” nie brzmi już pogardliwie.

Kto wie, czy gdybyśmy zmierzyli subiektywne poczucie satysfakcji, fani Sevilli – aspiracje mają skromniejsze niż barcelońscy czy madryccy – nie okazaliby się w minionej dekadzie najszczęśliwszą kibicowską społecznością na świecie.

czwartek, 19 lutego 2015

Co tu dużo gadać, Chińczycy wrzucili do legijnej szatni granat. Klub nie mógł przewidzieć, że Miroslavowi Radoviciowi spadnie z nieba życiowa szansa, nie mógł też – jeśli chce pielęgnować deklarowany wizerunek firmy przyjaznej piłkarzom – tej szansy blokować. A trener nie mógł mieć pewności, że Serb w rozstrzygającym momencie nie cofnie nogi (choćby podświadomie) albo nie będzie biegał po boisku nieco roztargniony. Trochę jak w antycznym konflikcie tragicznym – dobre wyjście nie istniało. Henning Berg postanowił z najważniejszego gracza zrezygnować, więc nic dziwnego, że tuż przed meczem wyglądał jak zbity pies.

Mecz się jeszcze na dobre nie zaczął, a już widzieliśmy, że Legia spogląda na rywala zupełnie inaczej niż na rywali jesiennych. Możemy sobie powtarzać, że Ajax wygląda najmarniej od lat i że krztusił się ostatnio w lidze holenderskiej, ale nie wypada się żołądkować, że Legia – wciąż przedstawicielka kraju w europucharach wieloletnio zakompleksionego – przyjęła go z nadmiernym respektem i długo nawet nie próbowała wybijać z rytmicznego ataku pozycyjnego. Zwłaszcza że w swojej przemyślanej, głębokiej defensywie – pamiętacie polski klub o tak wyrazistym rysunku taktycznym?! – sprawiała wrażenie co najmniej satysfakcjonujące. Zwłaszcza że po utracie gola umiała gwałtownie zareagować, po przerwie chwilami wręcz przygniatała do pola karnego. A pamiętajmy, że do zaszczytu gry w Amsterdamie nie dobrnęła po mozolnym, rozciągniętym w czasie wspinaniu się w międzynarodowej hierarchii, znaczonym wieloma pouczającymi wpadkami. Nie, piłkarze pod dowództwem Berga rozkwitnęli znienacka. W minionym sezonie byli w fazie grupowej Ligi Europejskiej najsłabsi, w bieżącym należeli do najsilniejszych.

Teraz porwali się na skok jeszcze ambitniejszy – na poziom regularnego uczestnika Ligi Mistrzów. By takiemu się oprzeć, potrzebują na aktualnym etapie rozwoju idealnych okoliczności i szczytowej formy. Tymczasem Legia broniła się przed Ajaxem ledwie tydzień po wznowieniu rozgrywek, kompletnie odzwyczajona od walki o niebagatelną stawkę – to nasze realia logistyczno-klimatyczne, to również dlatego od 1991 roku czekamy, aż polski klub wygra po przerwie zimowej dwumecz w europejskich pucharach. I to nieszczęście z transferem Radovicia... Pracę Berga powinniśmy docenić specjalnie, gdy pomyślimy, że on chwilami może odnieść wrażenie, iż przyjął posadę w Trzecim Świecie. Czasem wysiłek jego i piłkarzy zrujnuje błąd administracyjny (walkower z Celtikiem), czasem trybuny pustoszeją przez kibolskich półgłówków, czasem arcyważny gracz czmychnie do Azji akurat w przededniu arcyważnego meczu. Horrendum. Każdy z tych wypadków może się zdarzyć nawet w dużym klubie, ale wszystkie naraz?!

Jeszcze raz porachujmy – przerwa zimowa, kontuzja błyskotliwego Dudy, kazus Radovicia, konieczność odwołania się do debiutanta Michała Masłowskiego, który jeszcze przed chwilą bronił się przed spadkiem z ekstraklasy i z Legią nie zdążył nawet przepracować całej zimy. Jeśli zsumować wszystkie okoliczności, imponujący popis w europejskich pucharach warszawiacy podsumowują właśnie imponującą próbą sił z Ajaxem. I po 0:1 wcale jej na razie nie przegrali.

piątek, 08 listopada 2013

W kwalifikacjach Ligi Mistrzów warszawscy piłkarze tuptali od remisu do remisu, a publika wzdychała, jak niewiele im zabrakło, w Lidze Europejskiej zrobiło się już całkiem bezstresowo – tupta sobie Legia od nieznacznej porażki do nieznacznej porażki, a komentatorzy co pewien czas – najpierw w Rzymie, potem w Trabzonie – konstatują, że właśnie obejrzeli jej najlepszy mecz w sezonie. Mogą konstatować, bo przeciwnicy drużyny Jana Urbana wkładają w te rozgrywki energię w ilościach homeopatycznych. Nawet gdy się jednak napraszają, żeby im strzelić, to nie tracą, a gdy tylko wyciągną nogę, to sami strzelają. I mamy 0:1 albo 0:2, nie przeżywamy pozytywnych uniesień, ale nie trzeba też znosić traumatycznych klęsk – nikomu w grupie nie chciało się schylić, by lidera tzw. ekstraklasy ostro wychłostać. Legia to w Europie takie ni to, ni owo.

Taktyczną naiwność wybełtaj z pustką na pozycji środkowego napastnika, dosyp chaos Koseckiego... Właściwie aż mi się nie chce wymieniać składników tego zakalca. Wyglądali już rozmaici mistrzowie Polski w pucharach lepiej albo wyglądali gorzej, chyba żaden tak mnie nie wynudził. Im dłużej tę nijakość oglądałem, tym głębiej wzdychałem do piłkarza, o którym można powiedzieć wiele, ale nikomu nie przeszłoby przez gardło „ni to, ni owo”. Szkoda, że Bogusław Leśnodorski – chyba najdynamiczniejszy prezes w naszej lidze, jakiego pamiętam – postanowił wykopać z klubu Danijela Ljuboję. Piłkarza z jego błyskotliwością nie widziałem ani w Trabzonsporze, ani w Apollonie, a prześladuje mnie podejrzenie, że z nim w składzie Legia wcale by z Turkami i Cypryjczykami nie zagrała. Po prostu wcześniej awansowałaby do Ligi Mistrzów. A nawet jeśli nie, to nie umiem sobie wyobrazić, by dzisiaj statystowała w Lidze Europejskiej jako jedyny jej uczestnik bez punktu ani gola.

Trwa najintensywniejszy rok nowożytnej Legii. Gęsty od wydarzeń i na boisku, i w szatni, i wokół szatni. Wiosną piłkarze wzięli mistrzostwo oraz puchar kraju, czego klub nie przeżył od połowy lat 90., latem i jesienią rozegrali już 26 meczów. Poza bułgarskim Ludogorecem Razgrad bardziej zapracowanej drużyny nie znajdziemy ani w Lidze Mistrzów, ani w Lidze Europejskiej. A Bogusław Leśnodorski bez wytchnienia wymienia ludzi – piłkarzy, dyrektorów, nawet lekarzy. To wszystko okoliczności dla warszawiaków łagodzące. I rozumiem, że musiały zaistnieć – prezes wbrew pozorom jest zarobiony nie tylko dlatego, że lansuje się w mediach, on podejmuje mnóstwo istotnych decyzji, zmiany o tej skali klub musi odczuć. Jego pomysł, by zgasić najjaśniejszą gwiazdę klubu od wielu lat, uważam jednak za okoliczność mocno obciążającą. Obciążającą właśnie z perspektywy europejskich pucharów. Nie sądzę, by na zaoszczędzonych pieniądzach Legia zyskała tyle, ile straciła na pozbyciu się Ljuboi.

Sezon pucharowy się skończył. Pobić Legia zdołała tylko półamatorów z Walii, Ligę Europejską zakończy bez gola – teraz, gdy nic już nie zostało do wygrania, może co najwyżej ustrzelić statystyczny fakt bez znaczenia. Zwłaszcza że rywale, jak przypuszczam, są zdolni obrazić ją wystawieniem w następnych kolejkach najbardziej ofermowatych rezerwowych.

Im bliżej było do nieuchronnego, czyli utraty przez warszawiaków resztek szans, tym bardziej stawała mi przed oczami reprezentacja Polski, ta spod ręki Waldemara Fornalika. Obie nasze drużyny eksportowe to dla mnie ostatnio siostry bliźniaczki w tym sensie, że „rozwijają się” w podobnym tempie i że przy obu nie potrafiłem się zmusić, by udawać przed samym sobą, że wierzę w cokolwiek. Dziwi mnie jedno – skoro kadra i Legia wyglądają na tle Europy tak samo niewyraźnie, to dlaczego za przypadek beznadziejny uchodzi tylko były już trener tej pierwszej?

czwartek, 20 września 2012

Liga Europejska, a w niej czarna magia

Uwaga, uwaga, fundamentalistycznych racjonalistów kategorycznie odmawiających wiary w dżudżu, jasnowidzenie i inne gusła uprasza się o wyłączenie odbiorników, uroczyście ogłaszam, że napatoczył mi się przed oczy niepokojąco wiarygodny iluzjonista.

Sądzicie, że umie bronić rzuty karne Diego Alves, sławny z tego powodu na trawach hiszpańskich? Sądzicie, że umie je bronić Samir Handanović, popularny na trawach włoskich? To spójrzcie na Jego Nietykalność Matiasa Omara Degrę, 29-letniego argentyńskiego bramkarza AEL-u Limassol, który od roku z niewielkim okładem traktuje strzelających mu z 11 metrów na dwa sposoby, oba okrutne - albo wyciąga rękawice tam, gdzie frunie piłka, albo zmusza ją, żeby pofrunęła poza bramkę. Od tamtej pory do dzisiejszego wieczoru rozmaici śmiałkowie zasadzali się na niego siedmiokrotnie. I wszyscy kończyli tak samo marnie, chyba pole siłowe wytwarza najemnik przeklętych Cypryjczyków czy inną cholerę. Polecam zwrócić uwagę, że Jego Nietykalność Matias Omar Degra nie zawahał się używać czarnej magii również w ostatnich minutach grania, gdy przeciwnik nie miał już szans wrócić do życia:



Zakładam, że już się domyśliliście, dlaczego wrzucam ten wstrząsający film. Otóż parę chwil temu lewy obrońca Borussii Mönchengladbach Oscar Wendt - zimny Szwed, wszystko jak trzeba - też miał czelność zamachnąć się na bramkę chronioną przez Jego Nietykalność. Był mecz Ligi Europejskiej, samobójca wziął zamach w 96. minucie, choć w minutach wcześniejszych naoglądał się mnóstwa heroicznych parad Jego Nietykalności. Oczywiście przywalił w poprzeczkę, Cypryjczycy urwali rywalom cenny punkt.

To już, psiakrew, osiem KOLEJNYCH rzutów karnych, z których Jego Nietykalność wyszedł cały i zdrowy. Między słupkami Limassol nie puścił jeszcze ANI JEDNEGO.

Stara refleksja Diego Maradony - mawiał, że jedenastki marnują tylko ci, którzy odważą się je wykonywać - nabiera nowego wymiaru.

środa, 09 maja 2012

Atheltic Bilbao, Marcelo Bielsa

Niemal wszędzie w mocnych ligach rządzą w tym sezonie drużyny, które albo wcześnie odpadały z europejskich pucharów, albo w ogóle nie musiały rozpraszać sobie nimi uwagi. Oba Manchestery (mistrz i wicemistrz Anglii) i Borussia Dortmund (mistrz Niemiec) nie wygramoliły się z rundy grupowej Champions League, Juventus (mistrz Włoch) i Montpellier (lider we Francji) w ogóle w międzynarodowych rozgrywkach nie uczestniczyły, Paris Saint Germain (wicelider we Francji) nie przetrwało jesieni w Lidze Europejskiej, FC Porto (mistrz Portugalii) i Ajax Amsterdam (mistrz Holandii) zostały z niej wyproszone w lutym, Zenit Sankt Petersburg (mistrz Rosji) już jesienią padł ofiarą sensacyjnych piłkarzy APOEL-u Nikozja. Dlatego wyjątkowo trudno wytypować drużynę zasługującą na miano najlepszej w ogóle - jak np. porównać osiągnięcia Bayernu, który znów nie triumfował w Bundeslidze, z Realem Madryt, który uległ monachijczykom w półfinale LM, lecz w kraju zdetronizował tę niesamowitą Barcelonę i w ogóle miał w Primera Division sezon fenomenalny?

Nie wiem, komu i w jakim stopniu wolne od europucharów pomogło, ale dzisiaj miałem nieodparte wrażenie, że wiem, kto sezonu kondycyjnie nie zniósł. Na cierpienie Athletiku Bilbao patrzyłem z przykrością, bo dla to mnie drużyna sezonu. Jak w poprzednim najbardziej lubiłem Udinese (po odejściu Jose Mourinho z Mediolanu jedyna we Włoszech, która mi się naprawdę podobała), tak teraz uwiedli mnie Baskowie - za niezapomniany dwumecz z Manchesterem United (najbardziej pasjonujący spektakl sezonu w pucharach), za remis 2:2 z Barceloną (najbardziej pasjonujący spektakl sezonu w ligach krajowych), za oryginalny i chwilami porywający styl gry.

Porywający tylko chwilami, bowiem uprawiana przez nich kombinacja agresywnego pressingu i rozbrajająego (nas i rywali) tempa rozgrywania ataku działa na organizmy piłkarzy wyniszczająco. Dlatego Athletic Bilbao był niestabilny, za uniesienia w Lidze Europejskiej płacił wpadkami w kraju. Kiedy np. rozprawiał się z Manchesterem, tracił szansę na podium hiszpańskiej Primera Division lub choćby czwarte miejsce, pozwalające zabawić się co najmniej w kwalifikacjach LM (przegrał kolejno z Osasuną, Valencią i Atletico).

Baskom pod dowództwem Marcelo Bielsy musiało być ciężko. Rotacji w składzie unika, więc swoich ludzi wyżął po ostatnią kroplę potu - gdyby nie istniał Leo Messi, to Susaeta, Iraizoz czy Muniain byliby najbardziej eksploatowanymi piłkarzami na kontynencie. Nie unikał za to Argentyńczyk wielogodzinnych sesji treningowych, zdominowanych przez żmudną dłubaninę przy jego taktycznych ideach. Dłubaninę, dodajmy, uprawianą i na trawie, i przed monitorami, Bielsa zamęcza graczy także wykładami teoretycznymi. A nie jest charyzmatyczną mówcą. Raczej oschłym belfrem.

To związany z nim paradoks - za widzianą na boisku poezją jego wizji futbolu kryje się niewidziana proza codziennej pracy, której Argentyńczyk jest fanatykiem. Z jednej strony zaraża piłkarzy upodobaniem do zawodu trenera (zostało nim aż 11 z 14 graczy Newell’s Old Boys, którzy 20 lat temu pod jego rządami rywalizowali w finale Copa Libertadores) i czyni bardzo świadomymi taktycznie, z drugiej - zmusza do tytanicznego wysiłku nie tylko fizycznego, ale również umysłowego. - Mieliśmy po 20 lat, a on rozdawał nam relacje z czterech różnych gazet i kazał sporządzać charakterystyki przeciwników - opowiada Mauricio Pochettino, dziś szkoleniowiec Espanyolu Barcelona. - Byłem obrońcą, więc pewnego razu musiałem przeprowadzić gruntowną analizę pressingu stosowanego przez Milan - to z kolei wspomnienie Eduarda Berizza, dziś robiącego karierę jako szkoleniowiec w lidze chilijskiej.

Na mój nos piłkarze Bilbao zwyczajnie nie wytrzymali. W finale Ligi Europejskiej, przegranym z Atletico Madryt aż 0:3, brakowało im inspiracji, błyskotliwości, precyzji w konstruowaniu ataków. Został tylko duch walki. I łzy. Piłkarze wręcz szlochali, oni jeszcze bardziej niż barcelończycy zdają sobie sprawę, że tworzą więcej niż klub.

A ja jestem ciekawy, co się stanie, jeśli argentyński ekscentryk - wiem, dziś na notkę bardziej zasługuje jego inny uczeń, czyli Diego Pablo Simeone - wreszcie spróbuje wzniecić swoją rewolucję w naprawdę wielkiej firmie, w której presję czuje się w każdym meczu, wygrywać trzeba zawsze i wszędzie, nie ma mowy o odpuszczaniu jednych rozgrywek, by walczyć do upadłego w innych. Tam nie będzie miał ograniczeń naturalnych dla zatrudniającego wyłącznie Basków Athletiku Bilbao, kadrę dostanie znacznie bogatszą w warianty alternatywne. Tyle że on za wariantami alternatywnymi nie przepada, awanturę potrafi wszcząć z powodu braku DVD z nagranymi meczami niskoligowego sparingpartnera, a jak widzą go podwładni, przypomina sławny cytat z Ikera Muniaina. Na pytanie, czy jego trener jest aż tak szalony, jak się mówi, piłkarz odpowiedział: „Nie. Bardziej”.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Bundesliga

Wpadam tylko na momencik, bo mnie olśniło, że nadszedł dobry moment na podanie tutaj drobiażdżku historycznego, uświadamiającego młodszym kibicom, że jeśli Hiszpanie wprowadzą dwóch z trzech swoich półfinalistów do ostatecznego starcia w Lidze Europejskiej, to rekordu ani nie ustanowią, ani nie wyrównają. Tak jak rekordy nie padały w innych niedawnych sezonach zdominowanych przez jeden kraj - w sezonie 2010/2011 (portugalski finał LE, trzeci klub z Portugalii w półfinale), 2007/2008 (angielski finał LM, trzeci klub z Anglii w półfinale), 2002/2003 (włoski finał LM, trzeci klub z Włoch w półfinale), 2000/2001 (hiszpański finał LM, trzeci klub z Hiszpanii w półfinale).

Nie, wbrew przypuszczeniom wielu fanów hegemonii pojedynczej ligi nie wynaleźliśmy współcześnie, a rekord nie do pobicia - można go co najwyżej wyrównać - padł na długo przed wymuszonymi komercjalizacją reformami.

Wiosną 1980 roku Puchar UEFA zdobył Eintracht Frankfurt, a w półfinale znalazł się wraz z Borussią Moenchengladbach, Bayernem Monachium oraz VfB Stuttgart. Co więcej, piąty przedstawiciel Bundesligi (Kaiserslautern) odpadł dopiero w ćwierćfinale! To był popis zachodnich Niemców idealny, wycisnęli z imprezy absolutne maksimum. A trzeba dodać, że nikt wówczas tymi rozgrywkami nie gardził, przeciwnie, chętnie podkreślano, że przedzierać się przez nie niekiedy trudniej niż przez Puchar Europy - to one były bliższe dzisiejszej Champions League, bowiem zapraszały po kilka najsilniejszych, wyjąwszy mistrzów, drużyn z najsilniejszych futbolowo państw. No i obowiązywał system pucharowy. Okrutny, nie wybaczał żadnych wpadek. Zanim niemieckie kluby - swoje szatnie doprawiające zaledwie szczyptą zagranicznego talentu - zaczęły bić się między sobą, musiały stoczyć 18 zwycięskich dwumeczów.

To w ogóle były złote czasy Bundesligi. W finale Pucharu Europy Hamburger SV został zatrzymany dopiero przez Nottingham Forest. A sezon wcześniej zdobywcy Pucharu UEFA - Borussii Moenchegladbach - w czołowym kwartecie towarzyszyły MSV Duisburg oraz Hertha Berlin. Tak, to się raczej już nie zdarzy nigdy, ani w Lidze Mistrzów, ani w Lidze Europejskiej - na dystansie roku zagarnąć siedem z ośmiu miejsc w półfinałach...

wtorek, 13 marca 2012

Pichichi, Emilio Arteta

Dziś o świcie rozpocząłem kilkudniową pielgrzymkę do Bilbao, którego najważniejszą budowlą wcale nie jest Muzeum Guggenheima, lecz San Mames, stadion drużyny Athletic zwany także Katedrą. Popracuję tutaj nad obszerniejszym tekstem - opublikujemy go, mam nadzieję, w najbliższej „Gazecie Sport.pl” - o jednym z najbardziej niezwykłych futbolowych klubów w Europie. O klubie, który w erze absolutnego zniesienia granic i wznoszenia w szatniach Wież Babel, o jakich autorom Biblii się nie śniło, nadal trzyma się świętej zasady zatrudniania wyłącznie piłkarzy ściśle związanych z regionem. Świadomie nie piszę, że szefowie Athletiku przyjmują wyłącznie Basków, bo uprawiają politykę mniej restrykcyjną niż przeciętnemu kibicowi się wydaje. Tak czy owak jednak ich konsekwencja zasługuje na podziw - nawet Barcelona, również dumna z pielęgnowania związków klubu z regionem, nie odważyła się samoograniczyć do tego stopnia, by wypuszczać na boisko wyłącznie Katalończyków lub prawie Katalończyków.

W Bilbao samoograniczają się od zawsze, a jednak nigdy nie spadli z Primera Division i w ogóle napisali kilka rozdziałów historii hiszpańskiej piłki najsławniejszych. Zdobyli najwięcej trofeów po Realu Madryt i Barcelonie. To tutaj eksperymentował - z powodzeniem - trener będący prekursorem tiki-taki, stylu gry kojarzonego dziś głównie z Katalonią (o Fredzie Pentlandzie już blogowałem). To tutaj nad bramkarzami znęcał się legendarny Rafael Moreno Aranzadi, zabójczy snajper znany także jako Pichichi, od którego przydomka pochodzi nazwa nagrody dla króla strzelców ligi hiszpańskiej (zmarł przed trzydziestką na tyfus, żadne ruchome obrazki z jego wyczynami nie przetrwały, uwiecznił go za to na płótnie Emilio Arteta, zerknijcie nad notkę). To stąd wywodziło się najwięcej reprezentantów Hiszpanii, a Lezama - tam ćwiczą młodzi i starzy piłkarze Athletiku, jutro się wybieram - zajmuje na mapie iberyjskiej piłki miejsce niemal tak poczesne, jak barcelońska La Masia.

Wyprawę zaplanowałem jeszcze w zeszłym roku, nie przypuszczając, że wyląduję w Bilbao w tak fascynującym momencie. Choć drużynę rzeźbił już wtedy Marcelo Bielsa - zjawiskowy trener oryginał, nazywany powszechnie Szaleńcem („El Loco”) - nie mogłem przewidzieć, iż marzec jego gracze rozpoczną od sensacyjnego triumfu na Old Trafford, więc przylecę do nich na rewanż, w którym mogą wyeliminować z Ligi Europejskiej Manchester United.

Jeśli wyeliminują, jeszcze wyraźniej dostrzeżemy kierunek zmian futbolowej geografii. Maniacko zwracam uwagę na latynizację angielskiej Premier League i w ogóle czołowych klubów na naszym kontynencie, teraz wreszcie wypada zauważyć, że pomimo upływu krwi kluby Primera Division nie zwalniają - w XXI wieku to one miały wśród triumfatorów międzynarodowych rozgrywek najwięcej przedstawicieli (Real Madryt i Barcelona w Lidze Mistrzów, Atletico Madryt, Sevilla i Valencia w Lidze Europejskiej/Pucharze UEFA), chwaliły się też przegranymi finalistami (Alaves, Espanyol), a teraz ewidentnie mają ochotę uwieść nas wszystkich baskijskim etapem twórczości Marcelo Bielsy. Jeszcze spektakularniej wyglądają jednak dokonania całego Półwyspu Iberyjskiego, czyli europejskiej części świata latynoskiego. W minionym sezonie dwa miejsca w półfinale Champions League obsadziły Barcelona i Real Madryt, a wszystkie miejsca w półfinale Ligi Europejskiej zajęły FC Porto, Braga, Benfica Lizbona oraz Villarreal.

Tej wiosny powtórka wydaje się całkiem realna. Latynosi zabawiają się do upadłego, również - jak w mniejszej skali Baskowie - opierając się na własnych siłach i rzadko stawiając na piłkarzy spoza regionów hiszpańsko- i portugalskojęzycznych. Jeśli nie wyhamują, jeszcze wzmocnią swoją pozycję w „medalowej” klasyfikacji pucharów trwającego stulecia, którą sporządziłem sumując wyniki LM, PUEFA i LE od sezonu 2000/2001:

Hiszpania               8 trofeów     3 finałowe porażki

Anglia                      3                   8

Portugalia              3                   2

Włochy                    3                2

Rosja                       2               0

Niemcy                    1                 4

piątek, 24 lutego 2012

Ile Polska znaczy w Europie

Z pucharów 2011/2012 nasze futbolowe kluby zostały już wyproszone, więc przeżyjmy to jeszcze raz: bezprecedensowe pięć z rzędu zwycięstw Wisły w eliminacjach Ligi Mistrzów; kilkaset sekund dzielących ją od awansu do Ligi Mistrzów; pokonanie przez krakowian APOEL-u, który zaraz potem rozszalał się w Lidze Mistrzów; zdumiewający legijny podbój Moskwy i wykopanie z Ligi Europejskiej serio mierzącego w trofeum Spartaka; zwycięstwa nad całą kupą drużyn reprezentujących kraje wyżej sklasyfikowane w rankingu UEFA (wspomniane APOEL i Spartak, Fulham, Gaziantepspor, Hapoel Tel Aviw, Rapid Bukareszt, Liteks Łowecz, Odense, Twente Enschede, Dundee United); awans naszej ekstraklasy w tymże rankingu z 24. na 20. pozycję, co zwalnia polskie kluby z katorgi grania w europucharach czerwcowego... Tak, to był najładniejszy międzynarodowy popis polskiej ligi od pamiętnego sezonu 2002/2003, ozdobionego przez Wisły rozjechanie wiadomych firm włoskiej oraz niemieckiej i wtargnięcie do 1/8 finału Pucharu UEFA.

Postęp cieszy, ale też przypomina, jak niewiele musiało nam w dziejach europejskich rozgrywek wystarczyć, by się uśmiechnąć. Najcenniejsze kontynentalne trofeum brały Crveva Zvezda Belgrad czy Steaua Bukareszt, finałowe starcia miały zaszczyt przegrać Malmoe, FC Brugge, Partizan Belgrad. Nasi doleźli ledwie do półfinału. Dwa razy.

Jeszcze marniej wyglądamy, jeśli zsumować dorobek we wszystkich międzynarodowych pucharach. W poniższym zestawieniu - sporządzonym z nieustępującej bezsenności, ktoś ma jakąś radę? - uwzględniłem wszystkie europejskie klubowe zmagania poza starożytnym Pucharem Miast Targowych (zbyt długo był mocno niereprezentatywny dla kontynentu), a trofea przypisywałem według aktualnej mapy - sukces Slovana Bratysława zabrałem Czechosłowacji, by oddać Słowacji; popisy Dynama Kijów sklasyfikowałem jako ukraińskie; sukces Dinama Tbilisi przyznałem Gruzji etc:

1) Włochy            28  trofeów     24 finałowe porażki

2) Hiszpania         28                22

3) Anglia              25                17

4) Holandia          11                  5

5) Niemcy            17                22

6) Portugalia         6                   9

7) Belgia               4                   7

8) Szkocja            3                   6

9) Ukraina            3                   0

10) Francja           2                 11

11) Rosja              2                    1

12) Szwecja          2                    1

13) Rumunia         1                    1

14) Gruzja            1                    0

15) Serbia            1                    1

16) Słowacja        1                    0

17) Turcja            1                    0

18) Węgry            0                    3

19) Austria           0                    2

20) Grecja            0                     1

21) Polska            0                    1

Greków postawiłem wyżej, ponieważ oni mieli swój Panathinaikos Ateny w ostatecznej grze najbardziej prestiżowego Pucharu Europy (lepszy w 1971 był tamten legendarny Ajax), a nasz Górnik Zabrze dopchał się do finału w pomniejszym, nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów (co więcej, zanim w 1970 uległ Manchesterowi City, pokonał Romę w losowaniu, co w sporcie, zgodzimy się chyba wszyscy, jest rozwiązaniem dość kontrowersyjnym). Generalnie w historii międzynarodowych igrzysk futbolowych odgrywały nasze kluby role drugoplanowe i trzecioplanowe, nawet odosobniony finał antypolscy komentatorzy mogliby podważyć, wymachując argumentami całkiem mocnymi.

Tak sobie napisałem późną nocą, a może raczej nad ranem, dla higieny kibicowskiej, bo wiem, że śnimy o potędze. Podobno utraconej potędze...

 
1 , 2
Archiwum
Tagi