Wpisy z tagiem: inne światy

czwartek, 13 marca 2014

Hello Kitty

O japońskiej scenie rockowej wiemy stosunkowo niewiele, w każdym razie wysokonakładowi recenzenci specjalnie się w nią nie wsłuchują, a dzieje się i działo tam dynamicznie, także w najwspanialszych artystycznie latach 60. i 70. – miłośnikom progresywnego, lekko psychodelicznego grania musiały wpaść w uszy takie cuda jak Far Out. Muzyczne upodobania Japończyków też znamy o tyle, o ile składają hołdy Chopinowi, choć lubią się oni zatracać w bardzo ciężkim brzmieniu, nasz Nergal dawał tam po garach jeszcze w październiku (w Saitamie, nie mam pojęcia, czy i jakie święte księgi masakrował).

Każdy przeciętny zjadacz popowej pulpy zetknął się natomiast prawdopodobnie z kulturą kawaii, idealizująca i tęskniąca do dzieciństwa Japonia bez tej infantylnej ornamentyki nie istnieje. Jej najsławniejsza ikona to oczywiście Hello Kitty, którą wlepiłem pod tytuł notki (starałem się o możliwie różowiutko-delikatniusio-słitaśną). Zjawiska sam nie zdefiniuję, jest zbyt złożone, wolę zacytować znawczynię, laureatkę nagrody Nike Joannę Bator: „Słowo kawaii tłumaczy się na angielski jako cute, ale termin ma nieco inny zakres znaczeniowy. Służy bowiem do opisywania ludzi i rzeczy, które są nie tylko ładne i atrakcyjne seksualnie, miłe, słodkie i wdzięczne”, lecz także niewinne, słabe, bezbronne, maleńkie, troszkę żałosne. (…) służy także opisowi ogólnie pozytywnych cech człowieka, zwierzęcia, rzeczy i zjawiska, odnosząc się jednak tylko do tego, co jest słodkie lub fajniutkie w sposób dziecinny, niedojrzały, bierny. Przeciętny człowiek może użyć tego słowa w znaczeniu bierny, ale w świecie lolitek to coś, co jest fajne inaczej: na przykład kocię, które spadło właśnie z tapczanu, pluszowe zwierzątko doczepione do damskiej torebki, miękka wielkooka maskotka pozbawiona ust, różowy toster, włochata ramka na wewnętrzne lusterko w samochodzie”.

Spędziłem w Japonii parę miesięcy (a chętnie spędziłbym parę lat), dodam tylko, że od kawaii nie sposób uciec, ten estetyczny lukier oblepia cię wszędzie, gdzie są ludzie, i wszędzie, gdzie nie ma nikogo, możesz kupić skąpany w nim dowolny sprzęt AGD albo nawet autobus…

Autobus kawaii, znaczy słodziutki

…gdzieniegdzie bez żadnego słodziutkiego bibelociku wyglądasz na dziwaka. Styl kawaii obejmuje i seks, kiedy w metrze zajrzysz przez ramię facetom w średnim wieku, którzy jeszcze nie zeszli z przepracowania i czytają komiksy, pomyślisz, że wdepnąłeś w wagon z samymi pedofilami, to samo w filmach porno, w erotycznych fantazjach Japończyków mieszczą się chyba wyłącznie lolitki, najlepiej rozszczebiotane i rozchichotane, ubrane w szkolny uniform – granatowe spódniczki i białe, luźne skarpetusie pod kolana.

Nikogo to naturalnie nie oburza, w japońskiej kulturze postaci dziecka nie chroni, jak w zachodnim świecie, tabu, tamtejsi twórcy umieszczają je w zaskakujących kontekstach. Jak w „Battle Royale” – by znów odwołać się do dzieła znanego także w Polsce – które byłoby zwykłą – choć brutalną – opowieścią o reality show z bohaterami rzuconymi na bezludną wyspę i mającymi się pozabijać, gdyby jego uczestnikami nie byli uczniowie wyłonionego w losowaniu liceum. Wyobrażacie sobie taką osobliwość w europejskim mainstreamie? Tam rzecz zaadaptował na duży ekran Kinji Fukasaku, reżyser wówczas 70-letni.

A skoro Japończycy poślą dzieci – zwłaszcza rodzaju żeńskiego – wszędzie, to musieli zawlec je również na służbę do szatana. Polskim wielbicielom popkulturowego fusion zawsze marzyło się, wiem to z pewnych źródeł, żeby na przykład frontman naszego Behemotha porwał się na coś piekielniej obrazoburczego niż targanie książek i oddał mikrofon Muminkom, Smerfetce albo pszczółce Mai, oczywiście się nie doczekali, nędza bogobojnej nadwiślańskiej wyobraźni niech będzie przeklęta, na szczęście szalona wędrówka genów po planecie zrodziła tamtą wyspę bez klamek, gdzie wolno wszystko. Czyż metalowa ściana dźwięku nie powinna służyć za podkład dla słodziusiej miłosnej odzie do czekolady? Sami liźnijcie (instrukcji obsługi, mam nadzieję, nie trzeba, do słuchania tylko na pułapie rozłupania bębenków):

)

Tańczą i gardłują dziewczęta w sensie ścisłym, to nie ucharakteryzowane na uczennice kobiety, lecz 14-, 14- i 16-latka, znane wcześniej gwiazdeczki pop, których wcale nie natchnęło międzygatunkowo, przeciwnie, nie miały zielonego pojęcia o istnieniu muzyki metalowej, zanim same zaczęły do jej ciężkich riffów śpiewać. To nie niszowy wybryk, one zostały wykorzystane w czysto merkantylnym celu przez macherów z agencji talentów Amuse, razem z kopiącymi po strunach i bębnach kościotrupami wydały w zeszłym miesiącu pierwszy album, który miał świetne przyjęcie. Listy przebojów podbite, You Tube płonie, koncerty wyprzedane. Słitaśnie.

)

17:22, rafal.stec
Link Komentarze (29) »
Archiwum
Tagi